Plan Kremla na zwycięstwo z USA – dlaczego „Przesmyk Suwalski” stanie się nieistotny

Zamów książkę lub kup EBOOKA: „Trzecia Dekada. Świat dziś i za 10 lat”:

TRZECIA DEKADA. Świat dziś i za 10 lat

 

 

Ostatnimi czasy dużo mówi się w Polsce o bezpośrednim zagrożeniu militarnym ze strony Rosji i potrzebie wzmacniania Wojska Polskiego. O ile bliska mi jest idea przygotowywania armii na trudne czasy, o tyle sceptycznie odnoszę się do poglądów, zgodnie z którymi Kreml planuje rychły atak na terytorium III RP.

Amerykanie straszą nas i organizują gry wojenne związane z działaniami operacyjnymi na tzw. „wschodniej flance”. Posługują się przy tym pojęciem Przesmyku Suwalskiego, przypisując mu dość znaczną wagę. Czy formułowane na tej podstawie obawy są zasadne?

W mojej opinii, scenariusz Kampanii Suwalskiej, jaki kreśli nam od dłuższego czasu Pan Jacek Bartosiak (pozwoliłem sobie na odniesienie osobowe, bowiem na ostatnim wykładzie live pan mecenas sam zachęcił do polemiki z jego narracją), jest zwyczajnie mało prawdopodobny.

By uzasadnić tą tezę, trzeba jednak wrócić do nieco szerszej perspektywy.

 

Rywalizacja USA – Rosja – o co toczy się gra?

O tym, że Waszyngton i Moskwa toczą ze sobą polityczno-gospodarczą walkę, nie trzeba chyba nikogo przekonywać. Proces ten jest bardzo wyraźny już od czterech lat. Jednak należy w tym miejscu podkreślić najważniejszą kwestię. Amerykanie prowadzą z Rosjanami pewnego rodzaju negocjacje, z tym, że obie strony inaczej wyobrażają sobie ich koniec. Władze z Kremla chciałyby doprowadzić do Nowej Jałty, która dzieliłaby świat na strefy wpływów w wielobiegunowym układzie sił. Biały Dom nie godzi się na takie rozwiązanie, ponieważ byłaby to kapitulacja i oddanie światowej hegemonii bez walki. Waszyngton zamierza walczyć o prymat z Chinami i w tym celu potrzebuje sojusznika na Kremlu. Dla Rosjan, walka z chińskim gigantem byłaby jednak samobójstwem. Stąd nieprzejednane stanowisko Władimira Putina i wciąż agresywna postawa Donalda Trumpa (który pomimo „sympatii” do Rosji, uścisków i uśmiechów w czasie spotkania z prezydentem Rosji, nadal nakłada na Moskwę nowe sankcje).

W tym miejscu należy rozprawić się z wciąż używanym (również przeze mnie), a już dawno nieaktualnym pojęciem „resetu” z Rosją. Reset miał miejsce za czasów prezydentury Baracka Obamy i oznaczał normalizację stosunków (w dużym skrócie). Dziś Amerykanie nie szukają żadnego „resetu”. Oni dążą do stworzenia antychińskiej koalicji. Chcą jasnej deklaracji. Opowiedzenia się Kremla po stronie Waszyngtonu. Reset ich zwyczajnie nie urządza.

 

Możliwe rozstrzygnięcia „negocjacji” Waszyngton – Moskwa

Z punktu widzenia Stanów Zjednoczonych, opcje są dwie. Albo Kreml ulegnie i zgodzi się na rolę junior-partnera (sojusznika) przeciwko Chinom, albo nie.

Pierwszy scenariusz może okazać się bardzo niekorzystny dla Polski. W takiej sytuacji, Moskwa będzie dla Waszyngtonu najważniejszym partnerem. Tymczasem Warszawa straci na znaczeniu. Tym samym, nasze interesy mogą zostać przez Amerykanów przehandlowane na korzyść Rosjan. I prawdopodobnie również Berlina (który w pojedynkę nie będzie przecież walczył samotnie lub wespół z odległym Pekinem przeciwko hegemonowi). Nasza sytuacja w tego rodzaju scenariuszu będzie nienajlepsza. Niemcy i Rosjanie w obozie Amerykanów, to marginalizacja Polski. Nie muszę chyba dowodzić, że wówczas nie doszłoby do żadnego starcia ani na linii NATO-Rosja, ani nawet Polska-Rosja. Tort III RP zostałby pokrojony wg uznania decydentów z Berlina i Moskwy. Formalnie zapewne nie stracilibyśmy niepodległości, ale wrócilibyśmy do politycznej, gospodarczej i ekonomicznej zależności od sąsiadów. Gdyby taki stan utrzymał się zbyt długo, z pewnością Polska z każdym rokiem stawałaby się coraz bardziej krainą czysto geograficzną.

Gdyby jednak (co jest w mojej ocenie najbardziej prawdopodobne) Kreml nie zgodził się na rolę prokurenta USA w walce z Chinami, Stany Zjednoczone musiałaby doprowadzić Rosję do knock-downu i siłą przeforsować własne warunki. I przy tym scenariuszu, rzeczywiście, możliwa jest konfrontacja NATO – Rosja. Z tym, że nie bezpośrednia.

 

Konfrontacja NATO (USA) vs Rosja – potencjalne skutki

Dotychczas Moskwa konsekwentnie i stanowczo broni własnego status quo i nie opowiada się po żadnej ze stron (a wręcz zacieśnia współpracę z Chinami, co nie jest dla Kremla całkowicie korzystne, ale w tej sytuacji Rosjanie nie mają wyboru).

Z uwagi na to Waszyngton prowadzi bardzo ostrą politykę nakierowaną na dociskanie Rosji. Najwyraźniej Amerykanie nie mają zamiaru przechodzić do starcia z Chinami, mając za plecami niezdecydowaną, niepewną, a wciąż niebezpieczną Rosję.

Ta polityczno-gospodarcza batalia może przerodzić się (a w zasadzie już się po części tak stało) w ograniczone działania militarne (hybrydowe), jednak z dużą dozą pewności należy podkreślić, iż żadnej ze stron nie zależy na otwartej, pełnowymiarowej wojnie (o czym pisałem wielokrotnie, w tym w ostatnim tekście dot. możliwości wybuchu III Wojny Światowej).

Gdy zmagania USA z Rosją dotrą do punktu, z którego nie będzie już odwrotu (i powrotu do negocjacji), rozwiązania mogą być jedynie dwa. Albo nastąpi całkowita, katastrofalna porażka polityki Stanów Zjednoczonych, czego efektem będzie wyjście USA z Europy. Albo moskiewski niedźwiedź zostanie zagoniony w kozi róg, co wywoła jego agresywną (militarną) reakcję.

Jeśli Amerykanie uciekną z Europy bez podjęcia rękawicy, Polska znajdzie się w podobnej sytuacji do tej, która zaistniałaby w przypadku zawarcia dealu Trump-Putin. Innymi słowy, nie wybuchłaby żadna wojna NATO – Rosja, ani Polska – Rosja, ponieważ Kreml szybko porozumiałby się z Berlinem i wspólnie, metodami całkowicie pokojowymi, stolice te dokonałyby podziału Europy Środkowej. Politycznego i gospodarczego. Przesuwanie granic nie byłoby wcale konieczne.

 

Rosja: plan „B”

Przechodząc powoli do sedna. Jedyny scenariusz, w którym mogłoby dojść do starcia militarnego pomiędzy USA (NATO) i Rosją, zakłada, że Kreml nie zgodzi się na układ z USA przeciwko Chinom, a Stany Zjednoczone będą dość silne i zdeterminowane by Moskwę powalić na kolana. I siłą podyktować warunki.

I tutaj należy spojrzeć na taką podbramkową sytuację z perspektywy Kremla. Jak pisałem w tekście o Rosyjskim Ikarze, Federacja Rosyjska nie posiada absolutnie żadnego innego argumentu niż ten siłowy, jeśli chodzi o starcie z USA. Rosjanie nie mogą dosięgnąć Amerykanów ani politycznie, ani gospodarczo. Na ataki w tych płaszczyznach, mogą odpowiedzieć jedynie asymetrycznie. Militarnie i poprzez wojnę informacyjną (co nie jest przedmiotem rozważań). I to jest prawdopodobnie awaryjny plan Rosjan. Uderzenie zbrojne. Otwarte, lub hybrydowe.

Ponieważ oddziaływanie na terytorium USA jest w zasadzie poza zasięgiem możliwości Rosji (pomijam kwestie broni atomowej), to musi ona uderzać w słabsze, położone bliżej Moskwy, cele. Z politycznych względów uderzenie w państwa NATO stanowi pewnego rodzaju ryzyko. Z perspektywy Rosji, zupełnie niepotrzebne (o czym za chwilę).

Federacja Rosyjska nie ma warunków do tego, by oddziaływać militarnie na dalekim wschodzie. Dlatego skupia swoją uwagę na Bliski Wschód (Syria), Kaukaz (Gruzja, Armenia, Azerbejdżan) i oczywiście Europę środkowo-wschodnią (Białoruś, Ukraina, Bałtowie, Polska – kolejność nieprzypadkowa).

Przywołując bieg wydarzeń z ostatnich lat, można łatwo zakreślić opcje, z których Rosjanie już skorzystali. Interweniowali w Syrii, wygrali wojnę z Gruzją, zajęli część Ukrainy i prowadzą względem Kijowa działania hybrydowe.

 

Jakie opcje posiada Kreml?

Z możliwości uderzenia pośredniego w interesy USA pozostają:

– otwarte uderzenie na Gruzję,– otwarte uderzenie na Ukrainę.

Moskwa może również wykonać bezpośrednio działania przeciwko NATO, tj.:

– działania hybrydowe przeciwko Bałtom,

– działania zbrojne przeciwko Bałtom,

– działania zbrojne przeciwko Polsce i Bałtom (co zakłada scenariusz Kampanii Suwalskiej

 

Kolejna wojna w Gruzji nie jest Rosjanom wcale potrzebna, o czym pisałem w analizie dotyczącej Zakaukazia. Kontrolując Abchazję i Osetię Płd., Rosja w zasadzie posiada otwarte drzwi do Gruzji, a jednocześnie zabezpiecza przesmyki kaukaskie prowadzące w głąb jej terytorium. Ponadto konflikt z Gruzją z pewnością byłby nie na rękę Turcji i Niemcom, a także całej Europie (z uwagi na zainteresowanie surowcami z Azerbejdżanu). Inwazja na Tiblisi raczej zjednoczyłaby interesy UE, USA i Turcji, tymczasem Moskwa woli grać na rozdźwięk pomiędzy tymi graczami. Lepiej przeciwników dzielić, niż łączyć.

Tym samym, główna uwaga Rosjan musi skupić się na europie środkowo-wschodniej (stąd budowa 1 Gwardyjskiej Armii Pancernej pod Moskwą).

 

Kolejność ruchów na środkowoeuropejskiej szachownicy

Jak w każdego rodzaju rozgrywce, istotna jest kolejność działań. Nastawianie się na jeden decydujący, nieprzygotowany wcześniej cios, który ma znokautować, jest ogromnym ryzykiem i rzadko przynosi pożądany efekt. Sukces w takim przypadku zależy od szczęścia. Planiści w Moskwie z pewnością wolą bardziej roztropne i metodyczne rozwiązania.

Stawiając się nieco w ich sytuacji, łatwo można dojść do wniosku, że jakikolwiek przyszły ruch w strefie pomostu bałtycko-czarnomorskiego, musi być poprzedzony zdobyciem dostępu wojskowego do terytorium Białorusi. Mińsk jest absolutnie kluczowy do tego, by wywołać presję na NATO, a jednocześnie zając strategiczną, dogodną do ataku w każdym kierunku pozycję. Pisałem o tym w ostatniej analizie dotyczącej Białorusi. Póki co, Rosjanie takiego dostępu nie posiadają. Więc ich następnym ruchem z pewnością będzie podporządkowanie sobie Mińska w tym zakresie.

I do tego momentu, założenia przedstawiane przez Amerykanów, scenariusz kreślony przez Pana Jacka Bartosiaka (dot. starcia NATO vs Rosja w obronie Bałtów i Przesmyku Suwalskiego) i dotychczasowe rozważania niniejszego tekstu są zapewne dość zbieżne.

Jednak w celu poparcia tezy postawionej na wstępie, istotne jest przewidzenie drugiego następnego ruchu Rosjan.

I w mojej ocenie z pewnością nie będzie to podjęcie działań zbrojnych przeciwko Bałtom i ew. Polsce. Z punktu widzenia Rosji, lekkomyślnością byłoby uderzanie w najsilniejszego sojusznika USA w regionie (nawet, jeśli jest dość słaby) w pierwszej czy drugiej kolejności. W sytuacji, gdy Moskwa posiada wciąż otwarty front z Ukrainą. I w okolicznościach, gdy wojnę z Polską i USA można wygrać… Bez walki z nimi.

 

Marsz na Kijów

Po zdobyciu dostępu do terytorium Białorusi, najłatwiejszym i dającym najwięcej korzyści celem jest Ukraina. Państwo neutralne, którego członkowie NATO nie mają obowiązku bronić (a więc prawdopodobnie nastąpi rozdźwięk wśród potencjalnych sojuszników Kijowa – czy pomagać, czy tego nie robić). Ukraina byłaby w opisywanej sytuacji okrążona z trzech stron (Białoruś, Rosja, Krym, a nawet z czterech jeśli uwzględnić Naddniestrze). Jednocześnie Kijów znajduje się pod protekcją USA, a tym samym jego zajęcie bardzo mocno uderzy w interesy USA. Rosjanie dadzą sygnał: tak kończą sojusznicy Waszyngtonu.

Innymi słowy inwazja na naszego wschodniego sąsiada nie będzie wiązała się z tak wysokim ryzykiem politycznym, jak atak na któregoś członka NATO, a jednocześnie będzie dostatecznie silnym ciosem w interesy Waszyngtonu.

Wracając jednak do argumentów strategicznych. Zajęcie Ukrainy odsłania Polskę od strony południowo-wschodniej. Daje Rosjanom możliwość ataku z drugiego (historycznego zresztą) kierunku. Co dla znacznie liczniejszej armii atakującej jest dużym atutem. Innymi słowy, zagrożenie z kierunku ukraińskiego, uniemożliwia Wojsku Polskiemu koncentrację sił na jednym odcinku. Nasze jednostki, zamiast skupić się na granicy z Obwodem Kaliningradzkim i w okolicach Przesmyku Suwalskiego (z uwzględnieniem obrony Warszawy), musiałaby zabezpieczyć całą wschodnią granicę Polski. Front ukraiński to zagrożenie dla Rzeszowa, Krakowa i dalej Śląska. To otwarta droga na Lublin i Warszawę od strony południowo-wschodniej.

Gdyby armia Federacji Rosyjskiej stanęłaby na granicy polsko-ukraińskiej, blisko Przemyśla, Tomaszowa Lubelskiego, Chełma, a na Białorusi przy Brześciu i Grodnie, wówczas ostatnią rzeczą, o jakiej myśleliby decydenci z Warszawy, byłaby obrona państw bałtyckich.

Ostatnim miejscem, w którym chcielibyśmy mieć w takich okolicznościach swoje dywizje, byłby Przesmyk Suwalski.

Dlatego uważam, że scenariusz kreślony na przyszłość (symulacja zakładała bodaj 2027 rok), w którym Polska i ew. wojska NATO bronią Bałtów i Przesmyku Suwalskiego przed wojskami Federacji Rosyjskiej jest bardzo mało prawdopodobny.

W mojej ocenie, zanim Rosjanie przekroczą granicę Polski, muszą zabezpieczyć i zająć Ukrainę. Raz z powodów bezpieczeństwa (dla nich to aktualnie drugi front, a nawet jeśli się sytuacja wyklaruje, to Ukraińcy zawsze mogą oflankować rosyjskie armie), dwa z uwagi na to, że da to ogromną przewagę przeciw Warszawie, jeszcze przed właściwym starciem NATO-Rosja.

 

Co byłoby zwycięstwem Rosji?

Z opisanych wyżej powodów, zajęcie Ukrainy byłoby całkowitą klęską Stanów Zjednoczonych. Raz polityczną, bo nie popisaliby się, jako protektor. Dwa strategiczną, ponieważ ich najważniejszy sojusznik w regionie (Polska) byłby całkowicie zaszachowany militarnie przez siły rosyjskie. Armia FR stojąca wzdłuż całej granicy z Polską oznacza dla USA:

  1. Albo rezygnację z politycznych aspiracji, kapitulację i ugodę z Rosją,
  2. Albo potrzebę rozmieszczenia ogromnych zgrupowań lądowych wojsk amerykańskich w Polsce na nie wiadomo jak długi okres.

Ponieważ USA nie ma zamiaru prowadzić drugiej zimnej wojny z Moskwą, zwłaszcza w perspektywie zmagań z Chinami, efekt jest łatwy do przewidzenia. Upadek Ukrainy = upadek dotychczas prowadzonej, agresywnej polityki USA względem Rosji i Europy, a być może nawet przegrana Stanów Zjednoczonych w walce o obronę hegemonii światowej.

 

Rosjanie z pewnością to dostrzegają. I dlatego do żadnej wojny polsko-rosyjskiej prawdopodobnie nie dojdzie w najbliższym czasie, ponieważ albo rzecz rozstrzygnie się politycznie (deal USA – Rosja), albo militarnie, ale na Ukrainie ( i to tam może dojść do starcia wojsk NATO, w tym Polski, z rosyjskimi żołnierzami). Po upadku Kijowa, Polska może znaleźć się w sytuacji, w której będzie musiała skapitulować jeszcze przed walką (zwłaszcza, gdy USA uzna swoją porażkę). To, jak ważna jest dla nas niezależna od Rosji Ukraina, opisywałem bardziej szczegółowo w tekście dotyczącym Polski, jej sytuacji i wyzwań przed jakimi może stanąć w najbliższej przyszłości.

 

Podsumowanie

Przesmyk Suwalski jest w istocie ważnym elementem amerykańskiej strategii obrony państw bałtyckich. Z pewnością jest to kluczowe miejsce również dla samych Bałtów. Dlatego tworzenie planów i symulacji związanych z tym odcinkiem frontu jest z pewnością jak najbardziej zasadne. Trzeba być przygotowanym na każdą ewentualność. Jednakże mam nadzieję, że zarówno Warszawa, jak i przede wszystkim Waszyngton posiadają plany dotyczące znacznie ważniejszych kierunków. I przygotowują się do wyzwań czekających nas za naszą wschodnią granicą (Białoruś, Ukraina). Ponieważ mało realne jest to, by Rosjanie zaatakowali NATO i to tylko na jednym wycinku frontu, na którym szykujemy się do skoncentrowanej obrony. W wojnie polsko-bolszewickiej, której celem była Warszawa, Bolszewicy nadchodzili z dwóch stron. Mieliśmy dwa fronty: białoruski i ukraiński. Wątpię, by współcześni planiści z Moskwy ograniczyli własne możliwości tylko do jednego z nich.

W mojej ocenie, najprawdopodobniej do starcia polsko-rosyjskiego (na terytorium Polski) w najbliższej przyszłości (10-20lat) nie dojdzie. Polska perspektywa wygląda w ten sposób, że albo zostaniemy poddani wcześniej bez walki (deal), albo będziemy musieli stanąć w obronie Ukrainy (jeśli nie uratujemy Białorusi), by nie znaleźć się później w sytuacji bez wyjścia.

Decydenci z Warszawy, Kijowa i Waszyngtonu powinni pracować nad planami i symulacjami tego, jak obrócić Mińsk i jak obronić Ukrainę, gdy zajdzie taka potrzeba. Bo, gdy padnie naddnieprzańska stolica, wówczas zapomnimy o takim pojęciu jak Przesmyk Suwalski.

W ramach wyjaśnień.

Oczywistym jest to, że rządy USA i Polski nie będą się chwalić planowaniem interwencji (bratniej pomocy) na Ukrainie. Tymczasem społeczeństwo potrzebuje jakiegoś wyjaśnienia, dlaczego szykujemy wzmocnienie „wschodniej flanki”, dozbrajamy armię i zabiegamy o obecność US Army na terenie naszego kraju. Mam nadzieję, że cała ta otoczka i szum medialny wkoło Przesmyku Suwalskiego jest jedynie zasłoną dymną i pewnego rodzaju odwróceniem uwagi od rzeczywistych planów na dużo istotniejszych kierunkach. Bo jeśli koncepcja obrony Bałtów jest tą wiodącą (albo co gorsza jedyną), to…

I wracając do ostatniego wykładu Pana Jacka Bartosiaka (który zainspirował mnie do napisania niniejszego tekstu). Rzeczywiście, koncepcja „piastowska” jest tylko wyborem pozornym. Polska, by utrzymać swoją niepodległość i uzyskać niezależność od sąsiadów musi powrócić do polityki Jagiellonów. Musimy obserwować i działać poza naszymi wschodnimi granicami, ponieważ nasze bezpieczeństwo wcale nie zależy od ich obrony.

 

Krzysztof Wojczal

geopolityka, polityka, gospodarka, prawo, podatki – blog

41 komentarzy

  1. tak, ale Polska jest gospodarczą miernotą, uzależnioną od gospodarki Niemiec. Chiny też uzależniają gospodarczo. Rosjanin przebywający w Polsce napisał : Amerykanie mają technologie, Chińczycy gospodarkę a Rosjanie rakiety. Co my , Polacy mamy ? Nie potrafimy nawet sprawdzić rozliczeń za gaz. Ile Niemcy dostają od Rosji za pośrednictwo ( to rozliczenie nie polega na obniżce cen gazu) Czy Amerykanie wypełnili umowy offsetowe ? Bo nie wiem

Leave a Reply

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.