NATO vs Rosja – Strategia zastraszenia

Faktem jest, że agresywne działania Rosji na Ukrainie zastały NATO nieprzygotowane do odpowiedniej reakcji. Nie chodzi jednak o to, że Sojusz nie był przygotowany do ewentualnej obrony. To tylko półprawda, ponieważ z drugiej strony Rosja nie była i nie jest przygotowana do ataku i wojny z Sojuszem. W tym kontekście słabość tzw. wschodniej flanki NATO – zwłaszcza przed 2014 rokiem – nie generowała wielkich obaw o bezpieczeństwo. Wskazać ponadto należy, że gdy tylko zagrożenie ze strony Rosji się objawiło –  a nie „pojawiło”, ponieważ zawsze istniało o czym my Polacy dobrze wiedzieliśmy – na Zachodzie ruszyła cała machina polityczno-urzędniczo-wojskowa, której celem było przygotowanie się do neutralizacji owego zagrożenia. Z jednej strony nałożono na Rosję sankcje, z drugiej rozpoczęto proces rozmieszczania wojsk Sojuszu na tzw. wschodniej flance. Międzynarodowe kontyngenty pojawiły się w Polsce, na Litwie, Łotwie i w Estonii. Wzmożono proces wzmacniania państwa buforowego jakim stała się Ukraina (vide szkolenia wojskowe).

Tak więc w kontekście bezpieczeństwa NATO można było mieć zastrzeżenia, uwagi oraz zdanie krytyczne co do tego, czy Sojusz – a zwłaszcza poszczególni jego członkowie – organizuje się w odpowiednim tempie. Natomiast faktem jest, że czuliśmy się i wciąż czujemy się w NATO bezpiecznie. Stany Zjednoczone odpowiadają na działania decydentów z Kremla.

Największym zarzutem względem działań NATO – w kontekście ostatnich lat – jest ten dotyczący mało aktywnej postawy Sojuszu. Reagowano na działania Moskwy, a następnie czekano na efekty w postaci opamiętania się Rosjan, które nie nadchodziło. Z tego powodu to Władimir Putin posiadał przez wiele lat inicjatywę i mógł spokojnie przygotować sobie plan ataku, wybrać jego miejsce oraz czas. To Władimir Putin późną jesienią 2021 roku stawiał żądania Zachodowi. Oczywiście wynikało to po części z faktu, że Federacja Rosyjska znajdowała się po 2014 roku pod wpływem sankcji. Była izolowana politycznie. Tymczasem Zachód funkcjonował sobie dalej, bez żadnych negatywnych konsekwencji (do momentu, aż Putin nie odciął dostaw gazu do Europy Zachodniej). Tak więc władze z Kremla – na własne życzenie – znalazły się pod wpływem presji i dążyły do eskalacji.

Trzeba również brać pod uwagę fakt, że w roku 2014 Stany Zjednoczone były kompletnie pochłonięte konfliktami w Afganistanie (talibowie) i na Bliskim Wschodzie (ISIS), gdzie zaangażowano spore siły militarne. W związku z czym można domniemywać, że relatywnie łagodna postawa NATO (USA) wobec Rosji po 2014 roku wynikała z tego, że próbowano grać na czas. Powoli organizowano wzmocnienie tzw. wschodniej flanki, a jednocześnie zastanawiano się jak ograniczyć zaangażowanie w Azji. Zdawano sobie również sprawę z uzależnienia Europy od rosyjskich surowców energetycznych. Polska budowała terminal LNG w Świnoujściu. Decyzje o budowie Baltic Pipe miały dopiero zapaść.

Mamy jednak rok 2023 i obserwujemy zmagania w czasie drugiej rosyjskiej inwazji na Ukrainę. Europa w dużej mierze uniezależniła się od rosyjskich surowców. Rosja wypowiedziała nieformalną wojnę NATO w dniu 24 lutego 2023 roku o czym pisałem w tekście: „#To jest nasza wojna”. Na Bliskim Wschodzie – po pokonaniu ISIS na polu bitwy – trwa pewnego rodzaju zawieszenie broni, a Stany Zjednoczone wycofały się z Afganistanu. Jednocześnie wiele europejskich członków NATO zmieniło swoje nastawienie względem Rosji, zrozumiało zagrożenie i przejawia wolę prezentowania stanowczej postawy. Zwiększyła się akceptacja społeczna, jeśli chodzi o trudne decyzje w zakresie bezpieczeństwa. Nadszedł czas, by zastanowić się czy nie należy skorygować podejścia do Rosji i jej elit. Zastosować bardziej aktywną strategię odstraszania, polegającą nie tylko na odstraszaniu, ale i na zastraszeniu. Być może NATO powinno zwiększyć zdolności do wykonania akcji ofensywnych po to, by Rosjanie musieli zacząć myśleć o obronie. To powinno rozproszyć nie tylko ich uwagę, ale i zasoby, które w tej chwili mogą dość swobodnie kierować na wybrany kierunek (aktualnie ukraiński).

Warto przeanalizować istniejące opcje wywoływania na Rosję presji przy podziale na poszczególne odcinki „frontu” (jak mawia SSG gen. Rajmund Andrzejczak).

Front Północny

W kontekście tzw. flanki północnej NATO zmieniło się najwięcej na płaszczyźnie politycznej. Finlandia weszła do NATO, a Szwecja lada moment również dołączy do grona Sojuszników. To stwarza kilka nowych strategicznych opcji, które nie były dostępne gdy państwa te posiadały status „państw goszczących”.

CEL: Murmańsk

Dotychczas sporo uwagi osób zajmujących się geostrategią przykuwał rejon tzw. GIUK-u. Czyli przestrzeni morskich pomiędzy Grenlandią a Islandią oraz Islandią a Zjednoczonym Królestwem. Bowiem to przez te dwie „bramy” jednostki rosyjskiej Floty Północnej mogły przedostawać się na Atlantyk w sposób dość nieskrępowany.

Gdy spojrzymy na mapę, rejon GIUK-u znajduje się w odległości aż ok.  1300 mil morskich od rosyjskiego portu w Murmańsku.

Dlaczego rosyjska flota ma łatwy dostęp do owych bram na Atlantyk? I to w sytuacji, gdy wybrzeża Morza Norweskiego również ciągną się wzdłuż terytoriów państw należących do NATO? Morze Norweskie to spory akwen, którego nie sposób kontrolować za pośrednictwem norweskich fiordów, grenlandzkiej pokrywy lodowej czy przy wykorzystaniu choćby Islandii. Ponieważ morze to jest bardzo głębokie (średnio ok. 2000 m), co ułatwia operowanie okrętami podwodnymi. Jego wybrzeża są często niezaludnione, a funkcjonowanie dużych portów i baz wojskowych jest trudne z uwagi na arktyczny klimat.

Inaczej jest w przypadku Morza Barentsa. Głębokość tego akwenu nie jest wielka (średnio 230m), a rzeźbę dna można przyrównać do podwodnej równiny. W takich warunkach wykrycie choćby rosyjskich atomowych okrętów podwodnych, których długość oscyluje od 110 do 170 metrów nie jest takie trudne. Tak ogromne jednostki są – w odpowiednich warunkach pogodowych –  łatwo dostrzegalne choćby z powietrza i to nawet, gdy są zanurzone.

I choć Morze Barentsa kojarzymy raczej z rosyjską strefą oddziaływania, to należy pamiętać, że bezpośredni dostęp do niego posiada Norwegia. Choćby poprzez archipelag Svalbard i jego największą wyspę Spitsbergen, której położenie wyznacza północno-zachodni kraniec Morza Barentsa. Na wyspie znajduje się kilka norweskich osad oraz lotnisk. Te ostatnie mogłyby służyć jako bazy dla cywilnych samolotów badawczych (rozpoznania) lub bezzałogowców, gdyby powstały wersje mogące służyć w trudnych okołoarktycznych warunkach (cywilnych z uwagi na zdemilitaryzowany status archipelagu). Z pewnością prowadzenie obserwacji rosyjskich poczynań ze Spitsbergen jest znacznie utrudnione, niemniej w porze letniej mogłoby być istotnym elementem całego łańcucha rozpoznania w omawianym rejonie.

Najważniejszym punktem obserwacyjnym NATO nad Morzem Barentsa jest Vardo, czyli najbardziej wysunięta na wschód miejscowość Norwegii. Znajduje się tam niewielki port oraz lotnisko, a przede wszystkim spora stacja radarowa z radarami GLOBUS II (oper. od 1995r.) oraz GLOBUS III (oper. od 2022) zbudowanymi przez amerykańską firmę Raytheon za częściowo amerykańskie środki. Spekuluje się, że systemy te mają zdolność do obserwacji przestrzeni kosmicznej oraz powietrznej i mogą służyć do rozpoznawania i namierzania obiektów w nich przebywających (w tym pocisków balistycznych). Co istotne, radary zostały zbudowane na wschodnim (od strony terytorium rosyjskiego) wybrzeżu wyspy, na której znajduje się Vardo. Zapewne z tych właśnie powodów Rosjanie zamieścili systemy radarowe z Vardo na liście celów priorytetowych do zniszczenia na początku ewentualnego konfliktu z NATO. Bombowy atak na Vardo został przećwiczony w 2017 roku. Ponadto w 2019 roku Rosja rozmieściła wyrzutnie pocisków rakietowych ziemia-ziemia w odległości ok. 70 km od lokalizacji ww. radarów.

Z uwagi na położenie geograficzne, topografię terenu, niskie zaludnienie, klimat i specyficzny przebieg granic państwowych w tym rejonie trudno było dotychczas myśleć o jego wykorzystaniu w celu wywierania na Rosję presji strategicznej lub choćby operacyjnej. Wybrzeża północnej Norwegii mogły być wykorzystywane jako bazy obserwacyjne, ale nie podstawa operacyjna do działań militarnych. W efekcie nie decydowano się dotychczas na rozmieszczanie większych sił w rejonie, co w zasadzie powoduje, że Vardo i okolice są podatne na ew. ataki lotniczo-rakietowe, a nawet na inwazję lądową ze strony Rosji.

Przystąpienie Finlandii do NATO zmienia ten stan rzeczy.

Fińskie terytorium znacznie ułatwia lądowy dostęp do norweskiego Półwyspu Varanger. Region Laponii tworzy z tym półwyspem wspólną przestrzeń operacyjną, która zyskuje odpowiednią głębię. Umożliwia zbudowanie odpowiedniej infrastruktury wojskowej (choćby lotnisk), która dawałaby potencjał do stworzenia przesłony z powietrzna dla północnej Norwegii i Finlandii. Wreszcie, w Laponii można rozmieścić wyrzutnie pocisków rakietowych ziemia-ziemia (HIMARS) w odległości bliższej niż 300 km od Murmańska. Zagrażając głównemu rosyjskiemu portowi morskiemu, lotnisku, a tym samym regionalnym rosyjskim siłom powietrznym oraz Flocie Północnej. Fińska Laponia mogłaby zostać wykorzystana przez NATO jako podstawa operacyjna do ewentualnych ofensywnych działań przeciwko Rosji na Półwyspie Kolskim. Jednocześnie włączenie Laponii do granic NATO stwarza realne możliwości do obrony norweskiej granicy z Rosją. Co posiada dodatkowy polityczny wydźwięk w kontekście deklaracji prezydenta Joe Bidena o tym, że NATO będzie broniło każdego metra terytorium. W kontekście Norwegii, dzięki przystąpieniu Finlandii do NATO, taka zapowiedź może zostać poparta realnymi zdolnościami uzyskanymi poprzez inwestycje oraz odpowiednie rozmieszczenie zasobów.

Skoro mowa jest już o Finlandii, to dzięki jej terytorium NATO zyskuje podstawę operacyjną do wykonania uderzenia w jedną jedyną drogę lądową łączącą Murmańsk z resztą Rosji. Drogę liczącą sobie blisko 800 km, którą łatwo zablokować poprzez zniszczenie którejś z licznych przepraw przez mniejsze lub większe cieki wodne. Tego rodzaju zadanie mogłoby być wykonane tak przy pomocy zestawów wyrzutni pocisków HIMARS, jak i przez lotnictwo wykorzystujące fińskie lotniska takie jak np. to w Rovaniemi czy nawet w Oulu.

CEL: Piotrogród

Jeszcze większą presję można by wywrzeć na Rosjan na południu, gdzie granicę fińsko-rosyjską dzieli do Petersburga zaledwie 150 km. Finowie mogliby w zasadzie strzelać do celów w Piotrogrodzie z systemów rozmieszczonych koło Helsinek (odl. ok. 300 km). Oznacza to, że drugie największe miasto Federacji Rosyjskiej, a tym samym jeden z dwóch głównych rosyjskich portów na Bałtyku, wojskowa baza lotnicza oraz cywilne lotnisko, a jednocześnie jeden z głównych ośrodków decyzyjnych mogłyby w jednej chwili zostać rażone atakiem rakietowym z trzech różnych kierunków. Z północnego i północno-zachodniego (Finlandia), zachodniego (Estonia) oraz z południowo-zachodniego (Łotwa). Otworzenie kierunków północnych ewentualnego ataku jest niezwykle istotne, bowiem obrona przeciwlotnicza i przeciwrakietowa nie działa dookólnie. Systemy rozpoznania (w tym radary), a także często efektory (wyrzutnie) muszą zostać ukierunkowane w stronę potencjalnego zagrożenia. Jeśli brak jest odpowiedniego nasycenia systemami obronnymi, wówczas obrona musi rozrzedzić zasoby, a w konsekwencji staje się bardziej podatna na przeniknięcie.

Stworzenie zagrożenia dla Petersburga może być istotnym elementem nacisku. Jednocześnie nie należy zapominać o tym, że w ramach zadań defensywnych NATO (którym nie będę w tym artykule poświęcał wiele miejsca) należałoby zadbać o potencjał do zamknięcia Zatoki Fińskiej dla statków i okrętów wypływających z Kronsztadu. Co byłby stosunkowo łatwe przy współpracy Helsinek i Tallina. Choć pamiętamy rozmieszczenie polskich systemów pocisków przeciwokrętowych na estońskiej wyspie Hiuma, z której można kontrolować wyjście z Zatoki Fińskiej na Bałtyk.

 

CEL: Psków

Przechodząc do państw Bałtyckich i wspomnianej Estonii, państwo to (podobnie jak Łotwa) musi oczywiście zadbać o stworzenie obrony powietrznej nad swoim terytorium, jak również zabezpieczyć granicę z Rosją. Zwłaszcza na północnym odcinku pomiędzy Zatoką Fińską a Jeziorem Pskowskim (k. Narwy).

Z kolei na południu, w okolicy Pskowa sytuacja może być wbrew pozorom relatywnie łatwa do opanowania. Gdyby bowiem NATO rozmieściło odpowiedni potencjał na Łotwie lub w Estonii, wówczas można by pokusić się o uszkodzenie/zniszczenie przepraw na rzece Wielikaja. Cztery mosty (w tym 1 kolejowy) znajdują się w Pskowie, jeden niedaleko Ostrowa oraz  kolejne trzy (w tym kolejowy) w samym Ostrowie. Wszystkie znajdują się w odległości ok. 30-50km od granicy. Tego rodzaju operacja wymagałaby sporych zasobów artyleryjskich lub lotniczych, jednakże uszkodzenie/zniszczenie ww. infrastruktury w znaczącym stopniu ograniczałoby Rosjanom pole manewru na styku granic Estonii, Łotwy i Rosji.

Neutralizując zagrożenie na ww. odcinku frontu, Łotysze – w czasie wojny – mogliby skupić się na obronie linii Rzeżyca-Dyneburg bez potrzeby angażowania znacznej części sił na kierunku Psków-Ryga poprzez skrawek estońskiego terytorium (droga E77).

Jednocześnie warto pamiętać, że pskowskie bazy militarne mogłyby się znaleźć w zasięgu rozmieszczonych na Łotwie i w Estonii systemów artyleryjskich (tak lufowych jaki rakietowych). Rozmieszczenie takiego potencjału w ww. krajach stanowiłoby kolejny punkt nacisku w koncepcji wywierania presji na stronę rosyjską.

CEL: północ Bałtyku

Zakładając, że Szwecja przystąpi niebawem do NATO warto zastanowić się, jak państwo to mogłoby pomóc Sojuszowi w zademonstrowaniu Rosji jej słabego położenia. Szwecja musi w przyszłości zwiększyć zdolności własnej marynarki wojennej, to będzie wymagało jednak czasu.

To co można zrobić stosunkowo szybko, to stworzenie z Gotlandii wielkiej bałtyckiej twierdzy, a raczej niezatapialnego lotniskowca. Rozmieszczenie na wyspie systemów przeciwlotniczych, wyrzutni przeciw-okrętowych, lotnictwa, a także systemów rakietowych ziemia-ziemia dawałoby potencjał do kontrolowania przestrzeni powietrznej i nawodnej w sercu Morza Bałtyckiego. Co istotne Królewiec oraz port w Bałtyjsku mogłyby znaleźć się w zasięgu HIMARSów rozmieszczonych na Gotlandii (odl. Niecałe 300 km). To dawałoby możliwość uderzenia rakietowego na rosyjskie bazy w Obwodzie Królewieckim z północno-zachodniego kierunku. Przy dodatkowym zagrożeniu ze strony Litwy i Polski, obrona Królewca byłaby niezwykle rozciągnięta, a więc bardziej podatna na ew. przeniknięcie.

Ponadto Szwedzi powinni zadbać o potencjał do przerzutu drogą morską własnych sił lądowych do Estonii, Łotwy i ew. Finlandii. Co musiałoby się odbywać pod parasolem powietrznym, które mogłoby zostać zapewnione przez szwedzkie lotnictwo. Ponieważ Szwedzi nie posiadają granicy z Federacją Rosyjską, ich armia powinna skupić się na możliwościach ekspedycyjnych. Zwłaszcza na obszar historycznie leżący w spektrum zainteresowania Sztokholmu.

Zadania na  Froncie Północnym

Mając na względzie wszystkie ww. cele, jakie powinno postawić sobie NATO na Froncie Północnym, osiągnięcie gotowości do ich zrealizowania sprawi, że NATO mogłoby w razie ewentualnej wojny już w pierwszych jej godzinach i dniach:

  1. Zaatakować bazy w Murmańsku oraz niszcząc najważniejszy rosyjski port morski na Zachodniej Hemisferze.
  2. Odciąć Murmańsk od reszty kraju na lądzie, redukując możliwość zaopatrywania tego miasta oraz znajdujących się w tym rejonie wojsk.
  3. Obronić granicę norwesko-rosyjską, dzięki podstawie operacyjnej w postaci fińskiej Laponii.
  4. Uderzyć z wielu kierunków na bazy w Piotrogrodzie (w tym port w Kronsztadzie), rażąc drugi największy ośrodek miejski w Rosji oraz znajdujące się tam cele strategiczne.
  5. Zamknąć Zatokę Fińską oraz Bałtyk Północny dla Floty Bałtyckiej oraz rosyjskiego lotnictwa.
  6. Zneutralizować rosyjskie zagrożenie inwazją lądową z kierunku pskowskiego na Estonię oraz Łotwę.

 

Front Wschodni

Z pewnością u wielu czytelników pojawiła się już w głowie czerwona lampka związana z faktem, że ww. aktywne działania NATO na Froncie Północnym mogą wywołać bardzo nerwowe reakcje u Rosjan. Z pewnością niżej opisane cele dotyczące Frontu Wschodniego wywołają jeszcze większe kontrowersje. Natomiast nie należy zapominać o tym, że dotychczas NATO nie rozmieszczało blisko granicy z Federacją Rosyjską systemów ofensywnych. Tymczasem Rosja od lat rozmieszcza w Obwodzie Królewiecki wyrzutnie rakietowe i broń jądrową, a teraz robi to na Białorusi. Jeśli ktokolwiek myśli, że postawa ostrożna/bierna zniechęci Putina do straszenia państw NATO swoim arsenałem rakietowym, to powinien o ww. fakcie pamiętać. Opisywane w niniejszej analizie działania nie stanowią przekroczenia granicy, którą ustanowili swoimi decyzjami sami Rosjanie. Przy czym należy pamiętać o tym, że gdyby wybuchła wojna NATO-Rosja, to bez względu na to, czy na terytorium np. Polski znajdowałyby się systemy ofensywne czy też nie, to polskie miasta stałyby się jednymi z pierwszych ofiar wojny (chyba, że zdołalibyśmy wybudować własną tarczę antyrakietową, co jest już w trakcie procesu).

CEL: Królewiec

Obwód Królewiecki powinien stać się NATO-wskim zakładnikiem. Dotychczas było odwrotnie, to Rosjanie wykorzystywali enklawę do wywierania presji na Polskę czy Litwę, a nawet Danię (potencjalny desant na Bornholm). Jednak geografia sprzyja w tym rejonie Sojusznikom. Strategiczne cele znajdujące się w rejonie Królewca powinny zostać obrane na cel systemów artyleryjskich (rakietowych ale i lufowych) rozmieszczonych wokół enklawy. Tak by atak mógł nadejść z każdego kierunku: północy (Szwecja), zachodu i południa (Polska), płn-wschodu (Litwa). Jednocześnie należy demonstrować możliwość założenia blokady morskiej na Bałtyjsk, w czym mogłyby brać udział floty: Duńczyków, Brytyjczyków, Amerykanów i Polaków. Jednocześnie Polska ma możliwość rozstawienia systemów wyrzutni przeciwokretowych nad Zatoką Gdańską.

NATO jest w stanie zamknąć strefę powietrzną nad Obwodem Królewieckim, dzięki ew. rozmieszczeniu systemów przeciwlotniczych i przeciwrakietowych w Polsce i na Litwie. Co z kolei ułatwiłoby dokonanie ew. ataku NATO-wskiego lotnictwa na cele w OK. Które to misje powinny być ćwiczone w sposób demonstracyjny.

To wszystko zmuszałoby dowództwo z Kremla do kalkulowania, czy w razie napięć i ew. konfliktu z NATO operować lotnictwem własnym z lotnisk w Obwodzie Królewieckim, czy też z uwagi na wysokie ryzyko porażenia samolotów i ich zaplecza, lepiej byłoby przenieść drogocenne maszyny na lotniska w Białorusi lub Rosji. Gdyby wybrała ta druga opcja, NATO byłoby już wygrane na starcie, bowiem ograniczyłoby Rosjanom pole manewru jeszcze przed gorącym konfliktem, a w czasie jego trwania zniwelowałoby zagrożenie uderzenia z powietrza. Co z kolei w sposób korzystny wpłynęłoby również na bezpieczeństwo jednostek morskich Sojuszu.

Zademonstrowanie potencjału do odcięcia Królewca od zaopatrzenia z kierunku Rosji/Białorusi musiałoby się pokrywać z gotowością do obrony granic Litwy i Polski. Tak by nie pozostawić Rosjanom złudzeń co do tego, czy byliby zdolni przebić się drogą lądową z Białorusi do swojej enklawy.


“#To jest nasza wojna” – o polskich interesach w kontekście wojny na Ukrainie, zagrożeniach dla relacji z Kijowem w przyszłości oraz o Wielkiej Strategii Polski w kontekście budowy sił Zbrojnych RP.   “Trzecia Dekada. Świat dziś i za 10 lat” – dowiedz się jak funkcjonował świat i poszczególne państwa do 2020 roku, a także sprawdź prognozy na przyszłość, z których część (tj. II inwazja na Ukrainę) już się sprawdziła. W pakiecie taniej! Wszystkie książki zamówione na stronie autora zostaną podpisane 🙂 

Pakiet: #To jest nasza wojna + Trzecia Dekada


 

CEL: Mińsk

Rozmieszczenie odpowiednich sił do obrony Wilna oraz tzw. Przesmyku Suwalskiego (również OPL) dawałoby podstawę do rozmieszczenia na Litwie systemów ofensywnych. Takich jak HIMARS, które można wycelować nie tylko w kierunku Królewca ale i Mińska (odl. 150 km). Przy zwiększeniu kierunków zagrożenia ze strony łotewskiego Dyneburga oraz polskiego Białegostoku, Aleksandr Łukaszenka z pewnością zyskałby motywację do bardziej trzeźwego myślenia. Białoruska stolica mogłaby się stać NATO-owskim zakładnikiem.

CEL: Brześć i Grodno

Jednocześnie Polska powinna mieć potencjał do szybkiego rozmieszczenia znacznych sił na kierunkach Grodna i Brześcia. W formacji gotowej do ataku. Nie myślimy bowiem o wojnie NATO-Rosja i obronie granic przed potencjalną inwazją ze Wschodu. Wciąż musimy pamiętać o tym, że Rosja walczy na Ukrainie, a białoruska armia może się do tego konfliktu w każdej chwili włączyć. Gdyby zagrożenie takim scenariuszem było widoczne, Wojska Lądowe muszą zostać rozstawione w taki sposób, by reżim Łukaszenki bał się wysyłać wojska na Ukrainę i musiał zabezpieczyć własne granice.

Należy ponadto pamiętać, że Brześć może stanowić podstawę operacyjną do ataku na zachodnią część Ukrainy. W tym kontekście, warto będzie demonstrować zdolność do izolowania Brześcia ogniem artyleryjskim. Zarówno Brześć jak i Grodno – z uwagi na przebieg granic i geografię – mogą być potencjalnie zaatakowane z 3 stron. Zwłaszcza Grodno podatne jest na izolację z uwagi przebieg granic z Polską i Litwą, a także nurt Niemna.

Warto też odnotować, że z okolic Białej Podlaskiej można skutecznie kontrolować za pomocą artylerii lufowej przestrzeń od granicy polsko-białoruskiej w Połowcach, po granicę białorusko-ukraińską w Domanowie. Jednakże równocześnie jest to najbardziej newralgiczny i odkryty teren po polskiej stronie granicy. W tym kontekście – gdyby mówić o przygotowaniu terenu pod ew. działania militarne – to właśnie rejon Międzyrzec Podlaski-Biała Podlaska powinien być traktowany priorytetowo. Jest to bowiem jeden najbardziej wymagających odcinków polskiej granicy, jeśli chodzi o zadania defensywne. Tak więc dopiero jego odpowiednie przygotowanie i zabezpieczenie, dawałoby możliwość rozmieszczenia tak obrony OPL jak i systemów artyleryjsko-rakietowych. Co ograniczałoby swobodę działań wrogiemu lotnictwu, a jednocześnie umożliwiałoby porażenie ogniem stref znajdujących się za ew. linią frontu. Na białoruskich tyłach.

Jedocześnie kontrola przejścia granicznego w ukraińskim Domanowie byłaby istotna z uwagi na osłonę potencjalnej misji pokojowej w kierunku Kijowa (jak niżej).

 

Ukraina – kordon sanitarny

NATO powinno w przyszłości wygospodarować siły szybkiego reagowania, które byłyby zdolne do wkroczenia na prawobrzeżną Ukrainę  w celu jej zabezpieczenia przed ew. inwazją ze strony Białorusi i Rosji. Sojusz powinien w sposób jasny i klarowny zademonstrować Rosji, że ta nie jest w stanie osiągnąć w wojnie swoich celów strategicznych (przejęcie kontroli nad całą Ukrainą). NATO powinno wyrażać gotowość do wkroczenia na Ukrainę w sytuacji, gdyby Kijów był zagrożony, lub gdyby Rosjanie podchodzili pod Dniepr, lub uderzyli z północy (z ter. Białorusi) na zachodnią Ukrainę.

Siły NATO powinny być zdolne do odparcia ew. ataku na nie, w tym posiadać własną mobilną osłonę przeciwlotniczą i przeciwrakietową (a także przeciwdronową). Tak by umożliwić własnemu lotnictwu operowanie w przestrzeni powietrznej Ukrainy w celu demonstracji dominacji powietrznej oraz osłony wojsk własnych. Potrzebę do uzyskania gotowości do tego rodzaju operacji opisywałem już wielokrotnie na blogu.

 

Front Południowy

Jest to jeden z najtrudniejszych dla NATO rejonów, jeśli chodzi o możliwość wywierania bezpośredniej presji na Rosję. Przede wszystkim brak jest granicy lądowej NATO-Rosja, co z jednej strony należy uznać za atut, ale akurat w kwestii próby wywarcia na Moskwę presji jest znacznym utrudnieniem.

Jednocześnie należy pamiętać o tym, że od 2014 roku – kiedy to Rosjanie przejęli kontrolę nad Półwyspem Krymskim – Flota Czarnomorska dominuje na Morzu Czarnym przy wsparciu ze strony rosyjskiego lotnictwa.

Ponadto dochodzą ograniczenia polityczne oraz formalno-prawne. Turcja należy do dość asertywnych i często problematycznych sojuszników w NATO. A to głównie od postawy władz z Ankary zależałaby możliwość podjęcia konkretnych inicjatyw opisanych poniżej.

Niemniej przy wyżej opisanych uwarunkowaniach, NATO mogłoby paradoksalnie wywierać bardzo silną presję pośrednią na Rosję. Obierając na cel podmioty polityczne o niejasnym statusie na gruncie prawa międzynarodowego. Często nieobjęte moskiewskim parasolem nuklearnym. Z uwagi na to, groźby na tym froncie mogą się okazać najbardziej wiarygodne. A o to w gruncie rzeczy właśnie chodzi.

CEL: Naddniestrze (+południowy kordon sanitarny)

Naddniestrze – z punktu widzenia prawa międzynarodowego – traktowane jest jako część Mołdawii. Jedynie Abchazja oraz Osetia Południowa uznały suwerenność przedmiotowego regionu, co oznacza, że nie istnieje on jako niezależne państwo nawet dla Moskwy.

W tym kontekście, ewentualna interwencja NATO mogłaby być nawet legalna, gdyby została przeprowadzona na prośbę/wniosek władz z Kiszyniowa. Prośba o pacyfikację „zbuntowanego” – a de facto kontrolowanego przez Rosjan – regionu przez NATO byłaby tym bardziej zasadna, że Republika Mołdawii nie dysponuje siłami zbrojnymi, które mogłyby się z problemem uporać.

Mając to wszystko na uwadze NATO powinno dysponować odpowiednią siłą militarną rozmieszczoną na terytorium Rumunii, która byłaby zdolna do szybkiej pomocy mołdawskiemu partnerowi i odzyskania Naddniestrza. Główny ciężar za przygotowanie tego rodzaju potencjału powinien spoczywać na samych Rumunach.

Temat wyzwolenia Naddniestrza powinien być wiodący, jeśli chodzi o neutralizację rosyjskiego zagrożenia na Ukrainie. NATO powinno sygnalizować nieoficjalnymi kanałami, że tego rodzaju groźba byłaby wykonana, gdyby okazało się, że Rosja nie porzuciła planów zajęcia Kijowa. Innymi słowy, gdyby strona rosyjska chciała uruchomić w przyszłości kolejną dużą ofensywę, której celem byłoby złamanie linii Dniepru oraz zagrożenie ukraińskiej stolicy, to NATO powinno demonstrować, że jest gotowe do znacznie bardziej stanowczej reakcji. W tym do natychmiastowego wyzwolenia Naddniestrza oraz do wprowadzenia wojsk na Ukrainę celem stworzenia kordonu sanitarnego.

Operacja w Naddniestrzu powinna być planowana jako większa część inicjatywy, a siły przekraczające Dniestr nie musiałyby się zatrzymywać. Ich celem powinno być zabezpieczenie południowo-zachodniej Ukrainy. Wydaje się, że Ukraińcy – nawet gdyby sytuacja na froncie okazała się fatalna dla nich – byliby w stanie zniszczyć lub obronić większość przepraw przez Dniepr (Kaniów, Czerkasy, Krzemieńczuk, Kamieńskie, Dniepr i Zaporoże).  Dlatego priorytetem południowej części sił rozjemczych NATO powinno być zabezpieczenie ukraińskiego wybrzeża, włączając w to co najmniej Odessę i Mikołajów.

CEL: Krym

Rumuńską Konstancę dzieli z anektowanym przez Rosję Sewastopolem blisko 400 km przebiegających przez Morze Czarne. To dość znaczna odległość. Od ujścia Dunaju – na granicy rumuńsko-ukraińskiej – do rosyjskiej bazy morskiej jest z kolei ok. 300km. To wciąż daleko, zwłaszcza, że tamta część wybrzeża to głównie teren bagnisty, niesprzyjający rozmieszczaniu drogich i ciężkich systemów wyrzutni rakietowych. Jednakże z okolic Odessy odległość do rosyjskiego portu jest już nieco mniejsza niż 300km, a wybrzeże jest dość zurbanizowane. Tak więc rozmieszczenie w tamtym rejonie systemów rakietowych NATO – przy okazji stawiania kordonu sanitarnego – stwarzałoby zagrożenie dla strony rosyjskiej. Piszemy tu jednak o przyszłych możliwościach, których nie da się osiągnąć na dzień dzisiejszy.

To co jednak można zrobić dziś, to rozmieścić wyrzutnie pocisków rakietowych ziemia-ziemia oraz ziemia-woda na północnym wybrzeżu Turcji. Skąd odległość do Sewastopola w linii prostej jest dokładnie taka sama jak z Odessy.

Ponadto należy pamiętać o zdolnościach lotnictwa NATO-wskiego, które operując z lotnisk w Rumunii mogłoby zbliżyć się na odległość skutecznego rażenia celów w Sewastopolu przy użyciu pocisków JASMM (czyli ok. 370km, nie mówiąc już o JASMM-ER z zasięgiem do blisko 1000km).

W celu uzyskania przewagi na Morzu Czarnym niezbędnym byłoby rozmieszczenie odpowiedniego komponentu lotniczego NATO w rejonie. Tak, by móc grozić Rosjanom atakiem lotniczym na jednostki Floty Czarnomorskiej, nawet gdyby ta miała wsparcie rosyjskiego lotnictwa.

NATO powinno również dysponować zespołem okrętów (stacjonującym w portach greckich?) gotowych na wpłynięcie na Morze Czarne i zneutralizowanie Floty Czarnomorskiej, a także na zagrożenie ostrzałem rakietowym rosyjskich celów nadmorskich (zwłaszcza Sewastopola). Problemem są tutaj jednak kwestie natury prawnej, a konkretnie postanowienia Konwencji z Montreux regulujące prawo morza w Cieśninach Tureckich oraz na samym Morzu Czarnym. Zapisy konwencji dają jednak  z jednej strony pole do interpretacji, a z drugiej pole manewru „gospodarzowi” cieśnin, a więc władzom Turcji, która należy przecież do NATO.

CEL: Soczi

Warto również pamiętać o tym, że rosyjska nadmorska miejscowość Soczi znajduje się w odległości poniżej 300km od wybrzeża tureckiego w okolicy Trabzonu. Co również daje pole manewru, jeśli chodzi o groźbę użycia pocisków ziemia-ziemia.

CELE: Abchazja i Osetia Południowa

Zadaniem państw Paktu Północnoatlantyckiego powinno być nie tylko stworzenie po stronie rosyjskiej wrażenia gotowości do zadania natychmiastowego ciosu konwencjonalnego w wybranych miejscach. Front z Rosją powinien zostać rozciągnięty tak daleko, jak to tylko możliwe. Należy bowiem pamiętać, że o ile Federacja Rosyjska musi zabezpieczyć całą długość swoich długich granic ciągnących się przez dwa kontynenty, o tyle sojusznicy mogą dzielić się odpowiedzialnością za konkretne wycinki frontu. W konsekwencji relatywnie łatwo jest rozproszyć rosyjskie: uwagę i zasoby.

W tym celu NATO powinno nie tylko myśleć o działaniu własnym, ale i również przewidywać lub planować operacje wraz z państwami trzecimi. Takimi jak Gruzja. Gruzja posiada roszczenia terytorialne względem Abchazji oraz Osetii Południowej, które znajdują się pod protekcją Rosji. Oczywistym jest, że Tbilisi w pojedynkę nie może rzucić wyzwania Moskwie. Natomiast przy sprzyjających okolicznościach oraz słabości Rosji, Gruzini mogliby pokusić się o odzyskanie spornych terytoriów. Byliby przy tym bardziej skłonni do działania, gdyby NATO gwarantowało suwerenność i nienaruszalność dotychczasowych granic Gruzji, co zostałoby poparte rozmieszczeniem sił sojuszniczych w północno-wschodniej Turcji w okolicy Batumi. Zwłaszcza systemów wyrzutni pocisków przeciwokrętowych oraz przeciwlotnicznych, które rozciągałyby – nawet w czasie pokoju – parasol ochronny nad głównym gruzińskim portem morskim. Kluczową byłaby również zdolność błyskawicznego przerzucenia sił NATO do gruzińskiej stolicy – Tbilisi.

 

PODSUMOWANIE

Należy podkreślić, że wszystkie wyżej wymienione działania nie mają na celu przyszykowania się do ataku na Federację Rosyjską. Nie chodzi więc o zadanie pierwszego ciosu i wywołanie wojny nuklearnej. Przeciwnie, poprzez stworzenie sobie konkretnych możliwości oraz zbudowanie potencjału do ich wykorzystania należy dać Rosjanom do zrozumienia, że odpowiedź NATO na rosyjski atak – również na płaszczyźnie konwencjonalnej – byłaby miażdżąca dla Moskwy.

Dotychczasowa – bardzo defensywna i zachowawcza – doktryna NATO względem Rosji się nie sprawdziła. Również z tej przyczyny, że modus operandi Rosjan polega m.in. na szukaniu słabości i bierności rywala, a następnie ich wykorzystywaniu poprzez często agresywne i stanowcze działania. Przez co nie można nie ulec wrażeniu, że NATO-ski policjant wprawdzie znajduje się na miejscu zdarzenia kryminalnego, ale zamiast wyciągnąć broń, odbezpieczyć ją i wycelować w bandytę przy okrzyku: „stój bo strzelam”, przygląda się całej sytuacji, ściąga kolejne zastępy służb mundurowych, dozbraja ofiary rozboju, ale sam nawet nie demonstruje gotowości użycia przemocy wobec napastnika. Co tylko rozzuchwala tego ostatniego.

Dla przykładu dotychczas NATO skupiało się na problemie obrony państw bałtyckich przed uderzeniem z Rosji. Warto jednak się zastanowić, czy nie traktować Litwy, Łotwy, Estonii ale i teraz również Finlandii jako podstawy operacyjnej do wykonania ewentualnych uderzeń na terytorium Rosji. Co miałoby przekonać Moskwę, że gdyby ta zaatakowała, to już w pierwszych godzinach ewentualnej wojny rosyjskie wojska mogłyby utracić najważniejsze bazy militarne, magazyny zaopatrzeniowe i obiekty infrastrukturalne znajdujące się w zasięgu odpowiednio rozmieszczonego NATO-wskiego uzbrojenia.

Przykład Ukrainy pokazuje, że władze z Kremla są gotowe prowadzić wojnę na terenie przeciwnika do skutku. Należy więc zadać Rosjanom pytanie – poprzez odpowiednie przygotowania – czy byliby gotowi prowadzić konflikt również wówczas, gdyby toczył się on na ich własnym terytorium?

 

Krzysztof Wojczal

geopolityka, polityka, gospodarka, prawo, podatki – blog

Wartościowe? Pomóż rozwijać bloga
Twitter
Visit Us
Follow Me
RSS
YOUTUBE
YOUTUBE

59 komentarzy

  1. Po trzecie PIENIĄDZE: jak już wiemy z wojny z Rosją na UKR czeka nas rok samodzielnej walki z wrogiem, ponieważ to rok zajmuje przestawienie gospodarki na produkcję wojenną w warunkach zdecentralizowanej, wewnętrznie sprzecznej, kapitalistycznej gospodarki. Rok musimy wytrzymać, co determinuje właśnie liczną 300 tys armię oraz duży zasób sprzętu i amunicji. Per analogia do UKR potrzebujemy przykładowo samych nabojow 155mm 7000 dziennie czyli 2,5 MLN sztk na rok walki, co oznacza upraszczając i skracając KONIECZNY zakup i produkcję minimum 700 tys nabojów rocznie kalibrów czołgowych i krabowych przez najbliższe sześć lat. To 15 MLD rocznie. Dalej 6 MLD rocznie przez 6 lat amunicji średniego kalibru do bwpów oraz 9 MLD za bomby, rakiety i pociski powietrze-ziemia dla lotnictwa. Razem ok 30 MLD czyli tyle, ile obecny rząd okupacyjny w Warszawie przeznaczy na ciepłą, praworządną wodę w kranie, podwyżki dla nauczycieli oraz wyższą kwotę wolną.

    Co za to możemy zniszczyć? ‎Ruską korwetę klasy Sterieguszczyj wartą w przeliczeniu 2,4MLD PLN rozwala salwa w najgorszym razie trzech torped o zasięgu 20km za niecałe 10MLN PLN. Czyli 0,4% kosztu okrętu. KROPKA. Ruskiego SU30K nadlatujacego znad Bałtyku strąci na dystansie 60km salwa trzech rakiet CAMM ER kosztujacych nas 1,8% ceny samolotu. I między innymi po to również potrzebujemy wysuniętych w morze fregat z radarami i bateriami rakiet, aby widziały cele poza horyzontem radiolokacyjnym z radarów na brzegu. Pocisk ppk SPIKE ER za 400 tys PLN rozwala ruski czołg T80 Oplot za 20MLN; 2% wartości. Rakieta PIORUN vs helikopter KA52 0,78%, ppk BRIMSTONE 2 o zasięgu 40km vs ruski bojowy wóz piechoty BMP3 2,5%, trzy SIDEWINDERy 9X za 6MLN PLN odpalone z FA50 lub F16 rozwalaja ruskiego Sukchoja za 400 MLN PLN czyli 1,4%.‎ To dlatego koszt Tomahawka to między 2 a 5 MLN USD, bomby kierowanej 200 tys USD a rakiety CAMM ok 7 MLN PLN. Bo niszczą cele warte kilkadziesiąt razy więcej.

    Koszt elektrowni atomowej Hanul w Republice Korei to było w1988 roku 6MLD USD za 6 GW energii a budowanej w tym samym czasie kanadyjskiej elektrowni Bruce 8MLD USD za 6,3GW. ‎W Pątnowie to będzie ok 41 MLD PLN – między 3700 a 4000USD za jeden kWh energii wg koreańskiego KHNP. 3,7 MLD USD za jeden blok 1GW tj 10,4 MLD USD. Pątnów ma mieć 2,8GW i zaspokoić 12% rynku energii. Wyłączenie tej elektrowni to przykładowo atak 30 pocisków manewrujacych typu Tomahawk, z których przy ich potwierdzonej celnosci 74% 22 trafia w cel. 22x 450kg trotylu uderzają w obszar samych bloków elektrowni tj czterech hektary. 10 ton przeliczeniowego TNT rozwala teren 200×200 metrów. ‎A potem następuje nalot przykładowo 20 bomb kierowanych typu BUNKER BUSTER o wadze 2,3 ton z głowicami 930kg każda. Łączny koszt nalotu to 1,14% kosztu elektrowni plus straty własne samolotów oraz dronow w równoczesnym ataku saturacyjnym aby sparaliżować OPL. I nie ma elektrowni.1,5 milionów polskich gospodarstw nie ma prądu.
    Ta wojenna statystyka koszt/efekt pokazuje, że atak na 10 polskich elektrowni, który na pięć lat sprowadzi nas do epoki lamp naftowych będzie kosztować przeciętnie 300 rakiet manewrujacych i 200- 400 bomb. Koszt około 5MLD PLN i nie ma teleranka ani tiktoka a producenci świec i zniczy stają się milionerami. Na szczęście działa to w dwie strony i dlatego musimy mieć pociski manewrujące, 15 eskadr lotnictwa wielozadaniowego oraz fregaty, okręty podwodne oraz niszczyciele z wyrzutniami tych rakiet. Tylko to pozwoli ruskim wyłączyć prąd, uderzyć na Ural, syberyjskie hydrelektrownie, fabryki czolgow, kopalnie, pola naftowe, gazoporty i inne cele, które dziś są poza jakimkolwiek naszym zasięgiem.

    Dla obecnego ministra obrony i jego czerwonych towarzyszy najważniejszą bo pierwszą decyzją było jakże stalinowskie wygumkowanie historii tj likwidacja TVP z jej archiwami nt resetu z Rosją oraz likwidacja Komisji Smoleńskiej. Obecne PSL ma tyle wspólnego z Witosem walczącym z bolszewikami, co krzesło z krzesłem elektrycznym. Rodzony wuj Kosiniaka Zenon podczas stanu wojennego student Uniwersytetu w Dreźnie DDR, potem w dorosłym życiu ambasador RP i a jakże w 2009 wiceminister MON, który wbrew wcześniejszej praktyce skierował remont rządowego Tupolewa do zakładów w Samarze, gdzie jak już wiemy podłożono do skrzydła i w kadłub samolotu ładunki wybuchowe, które zdalnie odpalono 10 kwietnia. I dlatego to co powyżej postuluję szybko nie nastąpi. Resortowe dzieci, które strach i poddaństwo Moskwie wyssały z mlekiem swoich ubeckich matek mają nas bronić przed Rosją? Wolne żarty.

Leave a Reply

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *