NATO vs Rosja – Strategia zastraszenia

Faktem jest, że agresywne działania Rosji na Ukrainie zastały NATO nieprzygotowane do odpowiedniej reakcji. Nie chodzi jednak o to, że Sojusz nie był przygotowany do ewentualnej obrony. To tylko półprawda, ponieważ z drugiej strony Rosja nie była i nie jest przygotowana do ataku i wojny z Sojuszem. W tym kontekście słabość tzw. wschodniej flanki NATO – zwłaszcza przed 2014 rokiem – nie generowała wielkich obaw o bezpieczeństwo. Wskazać ponadto należy, że gdy tylko zagrożenie ze strony Rosji się objawiło –  a nie „pojawiło”, ponieważ zawsze istniało o czym my Polacy dobrze wiedzieliśmy – na Zachodzie ruszyła cała machina polityczno-urzędniczo-wojskowa, której celem było przygotowanie się do neutralizacji owego zagrożenia. Z jednej strony nałożono na Rosję sankcje, z drugiej rozpoczęto proces rozmieszczania wojsk Sojuszu na tzw. wschodniej flance. Międzynarodowe kontyngenty pojawiły się w Polsce, na Litwie, Łotwie i w Estonii. Wzmożono proces wzmacniania państwa buforowego jakim stała się Ukraina (vide szkolenia wojskowe).

Tak więc w kontekście bezpieczeństwa NATO można było mieć zastrzeżenia, uwagi oraz zdanie krytyczne co do tego, czy Sojusz – a zwłaszcza poszczególni jego członkowie – organizuje się w odpowiednim tempie. Natomiast faktem jest, że czuliśmy się i wciąż czujemy się w NATO bezpiecznie. Stany Zjednoczone odpowiadają na działania decydentów z Kremla.

Największym zarzutem względem działań NATO – w kontekście ostatnich lat – jest ten dotyczący mało aktywnej postawy Sojuszu. Reagowano na działania Moskwy, a następnie czekano na efekty w postaci opamiętania się Rosjan, które nie nadchodziło. Z tego powodu to Władimir Putin posiadał przez wiele lat inicjatywę i mógł spokojnie przygotować sobie plan ataku, wybrać jego miejsce oraz czas. To Władimir Putin późną jesienią 2021 roku stawiał żądania Zachodowi. Oczywiście wynikało to po części z faktu, że Federacja Rosyjska znajdowała się po 2014 roku pod wpływem sankcji. Była izolowana politycznie. Tymczasem Zachód funkcjonował sobie dalej, bez żadnych negatywnych konsekwencji (do momentu, aż Putin nie odciął dostaw gazu do Europy Zachodniej). Tak więc władze z Kremla – na własne życzenie – znalazły się pod wpływem presji i dążyły do eskalacji.

Trzeba również brać pod uwagę fakt, że w roku 2014 Stany Zjednoczone były kompletnie pochłonięte konfliktami w Afganistanie (talibowie) i na Bliskim Wschodzie (ISIS), gdzie zaangażowano spore siły militarne. W związku z czym można domniemywać, że relatywnie łagodna postawa NATO (USA) wobec Rosji po 2014 roku wynikała z tego, że próbowano grać na czas. Powoli organizowano wzmocnienie tzw. wschodniej flanki, a jednocześnie zastanawiano się jak ograniczyć zaangażowanie w Azji. Zdawano sobie również sprawę z uzależnienia Europy od rosyjskich surowców energetycznych. Polska budowała terminal LNG w Świnoujściu. Decyzje o budowie Baltic Pipe miały dopiero zapaść.

Mamy jednak rok 2023 i obserwujemy zmagania w czasie drugiej rosyjskiej inwazji na Ukrainę. Europa w dużej mierze uniezależniła się od rosyjskich surowców. Rosja wypowiedziała nieformalną wojnę NATO w dniu 24 lutego 2023 roku o czym pisałem w tekście: „#To jest nasza wojna”. Na Bliskim Wschodzie – po pokonaniu ISIS na polu bitwy – trwa pewnego rodzaju zawieszenie broni, a Stany Zjednoczone wycofały się z Afganistanu. Jednocześnie wiele europejskich członków NATO zmieniło swoje nastawienie względem Rosji, zrozumiało zagrożenie i przejawia wolę prezentowania stanowczej postawy. Zwiększyła się akceptacja społeczna, jeśli chodzi o trudne decyzje w zakresie bezpieczeństwa. Nadszedł czas, by zastanowić się czy nie należy skorygować podejścia do Rosji i jej elit. Zastosować bardziej aktywną strategię odstraszania, polegającą nie tylko na odstraszaniu, ale i na zastraszeniu. Być może NATO powinno zwiększyć zdolności do wykonania akcji ofensywnych po to, by Rosjanie musieli zacząć myśleć o obronie. To powinno rozproszyć nie tylko ich uwagę, ale i zasoby, które w tej chwili mogą dość swobodnie kierować na wybrany kierunek (aktualnie ukraiński).

Warto przeanalizować istniejące opcje wywoływania na Rosję presji przy podziale na poszczególne odcinki „frontu” (jak mawia SSG gen. Rajmund Andrzejczak).

Front Północny

W kontekście tzw. flanki północnej NATO zmieniło się najwięcej na płaszczyźnie politycznej. Finlandia weszła do NATO, a Szwecja lada moment również dołączy do grona Sojuszników. To stwarza kilka nowych strategicznych opcji, które nie były dostępne gdy państwa te posiadały status „państw goszczących”.

CEL: Murmańsk

Dotychczas sporo uwagi osób zajmujących się geostrategią przykuwał rejon tzw. GIUK-u. Czyli przestrzeni morskich pomiędzy Grenlandią a Islandią oraz Islandią a Zjednoczonym Królestwem. Bowiem to przez te dwie „bramy” jednostki rosyjskiej Floty Północnej mogły przedostawać się na Atlantyk w sposób dość nieskrępowany.

Gdy spojrzymy na mapę, rejon GIUK-u znajduje się w odległości aż ok.  1300 mil morskich od rosyjskiego portu w Murmańsku.

Dlaczego rosyjska flota ma łatwy dostęp do owych bram na Atlantyk? I to w sytuacji, gdy wybrzeża Morza Norweskiego również ciągną się wzdłuż terytoriów państw należących do NATO? Morze Norweskie to spory akwen, którego nie sposób kontrolować za pośrednictwem norweskich fiordów, grenlandzkiej pokrywy lodowej czy przy wykorzystaniu choćby Islandii. Ponieważ morze to jest bardzo głębokie (średnio ok. 2000 m), co ułatwia operowanie okrętami podwodnymi. Jego wybrzeża są często niezaludnione, a funkcjonowanie dużych portów i baz wojskowych jest trudne z uwagi na arktyczny klimat.

Inaczej jest w przypadku Morza Barentsa. Głębokość tego akwenu nie jest wielka (średnio 230m), a rzeźbę dna można przyrównać do podwodnej równiny. W takich warunkach wykrycie choćby rosyjskich atomowych okrętów podwodnych, których długość oscyluje od 110 do 170 metrów nie jest takie trudne. Tak ogromne jednostki są – w odpowiednich warunkach pogodowych –  łatwo dostrzegalne choćby z powietrza i to nawet, gdy są zanurzone.

I choć Morze Barentsa kojarzymy raczej z rosyjską strefą oddziaływania, to należy pamiętać, że bezpośredni dostęp do niego posiada Norwegia. Choćby poprzez archipelag Svalbard i jego największą wyspę Spitsbergen, której położenie wyznacza północno-zachodni kraniec Morza Barentsa. Na wyspie znajduje się kilka norweskich osad oraz lotnisk. Te ostatnie mogłyby służyć jako bazy dla cywilnych samolotów badawczych (rozpoznania) lub bezzałogowców, gdyby powstały wersje mogące służyć w trudnych okołoarktycznych warunkach (cywilnych z uwagi na zdemilitaryzowany status archipelagu). Z pewnością prowadzenie obserwacji rosyjskich poczynań ze Spitsbergen jest znacznie utrudnione, niemniej w porze letniej mogłoby być istotnym elementem całego łańcucha rozpoznania w omawianym rejonie.

Najważniejszym punktem obserwacyjnym NATO nad Morzem Barentsa jest Vardo, czyli najbardziej wysunięta na wschód miejscowość Norwegii. Znajduje się tam niewielki port oraz lotnisko, a przede wszystkim spora stacja radarowa z radarami GLOBUS II (oper. od 1995r.) oraz GLOBUS III (oper. od 2022) zbudowanymi przez amerykańską firmę Raytheon za częściowo amerykańskie środki. Spekuluje się, że systemy te mają zdolność do obserwacji przestrzeni kosmicznej oraz powietrznej i mogą służyć do rozpoznawania i namierzania obiektów w nich przebywających (w tym pocisków balistycznych). Co istotne, radary zostały zbudowane na wschodnim (od strony terytorium rosyjskiego) wybrzeżu wyspy, na której znajduje się Vardo. Zapewne z tych właśnie powodów Rosjanie zamieścili systemy radarowe z Vardo na liście celów priorytetowych do zniszczenia na początku ewentualnego konfliktu z NATO. Bombowy atak na Vardo został przećwiczony w 2017 roku. Ponadto w 2019 roku Rosja rozmieściła wyrzutnie pocisków rakietowych ziemia-ziemia w odległości ok. 70 km od lokalizacji ww. radarów.

Z uwagi na położenie geograficzne, topografię terenu, niskie zaludnienie, klimat i specyficzny przebieg granic państwowych w tym rejonie trudno było dotychczas myśleć o jego wykorzystaniu w celu wywierania na Rosję presji strategicznej lub choćby operacyjnej. Wybrzeża północnej Norwegii mogły być wykorzystywane jako bazy obserwacyjne, ale nie podstawa operacyjna do działań militarnych. W efekcie nie decydowano się dotychczas na rozmieszczanie większych sił w rejonie, co w zasadzie powoduje, że Vardo i okolice są podatne na ew. ataki lotniczo-rakietowe, a nawet na inwazję lądową ze strony Rosji.

Przystąpienie Finlandii do NATO zmienia ten stan rzeczy.

Fińskie terytorium znacznie ułatwia lądowy dostęp do norweskiego Półwyspu Varanger. Region Laponii tworzy z tym półwyspem wspólną przestrzeń operacyjną, która zyskuje odpowiednią głębię. Umożliwia zbudowanie odpowiedniej infrastruktury wojskowej (choćby lotnisk), która dawałaby potencjał do stworzenia przesłony z powietrzna dla północnej Norwegii i Finlandii. Wreszcie, w Laponii można rozmieścić wyrzutnie pocisków rakietowych ziemia-ziemia (HIMARS) w odległości bliższej niż 300 km od Murmańska. Zagrażając głównemu rosyjskiemu portowi morskiemu, lotnisku, a tym samym regionalnym rosyjskim siłom powietrznym oraz Flocie Północnej. Fińska Laponia mogłaby zostać wykorzystana przez NATO jako podstawa operacyjna do ewentualnych ofensywnych działań przeciwko Rosji na Półwyspie Kolskim. Jednocześnie włączenie Laponii do granic NATO stwarza realne możliwości do obrony norweskiej granicy z Rosją. Co posiada dodatkowy polityczny wydźwięk w kontekście deklaracji prezydenta Joe Bidena o tym, że NATO będzie broniło każdego metra terytorium. W kontekście Norwegii, dzięki przystąpieniu Finlandii do NATO, taka zapowiedź może zostać poparta realnymi zdolnościami uzyskanymi poprzez inwestycje oraz odpowiednie rozmieszczenie zasobów.

Skoro mowa jest już o Finlandii, to dzięki jej terytorium NATO zyskuje podstawę operacyjną do wykonania uderzenia w jedną jedyną drogę lądową łączącą Murmańsk z resztą Rosji. Drogę liczącą sobie blisko 800 km, którą łatwo zablokować poprzez zniszczenie którejś z licznych przepraw przez mniejsze lub większe cieki wodne. Tego rodzaju zadanie mogłoby być wykonane tak przy pomocy zestawów wyrzutni pocisków HIMARS, jak i przez lotnictwo wykorzystujące fińskie lotniska takie jak np. to w Rovaniemi czy nawet w Oulu.

CEL: Piotrogród

Jeszcze większą presję można by wywrzeć na Rosjan na południu, gdzie granicę fińsko-rosyjską dzieli do Petersburga zaledwie 150 km. Finowie mogliby w zasadzie strzelać do celów w Piotrogrodzie z systemów rozmieszczonych koło Helsinek (odl. ok. 300 km). Oznacza to, że drugie największe miasto Federacji Rosyjskiej, a tym samym jeden z dwóch głównych rosyjskich portów na Bałtyku, wojskowa baza lotnicza oraz cywilne lotnisko, a jednocześnie jeden z głównych ośrodków decyzyjnych mogłyby w jednej chwili zostać rażone atakiem rakietowym z trzech różnych kierunków. Z północnego i północno-zachodniego (Finlandia), zachodniego (Estonia) oraz z południowo-zachodniego (Łotwa). Otworzenie kierunków północnych ewentualnego ataku jest niezwykle istotne, bowiem obrona przeciwlotnicza i przeciwrakietowa nie działa dookólnie. Systemy rozpoznania (w tym radary), a także często efektory (wyrzutnie) muszą zostać ukierunkowane w stronę potencjalnego zagrożenia. Jeśli brak jest odpowiedniego nasycenia systemami obronnymi, wówczas obrona musi rozrzedzić zasoby, a w konsekwencji staje się bardziej podatna na przeniknięcie.

Stworzenie zagrożenia dla Petersburga może być istotnym elementem nacisku. Jednocześnie nie należy zapominać o tym, że w ramach zadań defensywnych NATO (którym nie będę w tym artykule poświęcał wiele miejsca) należałoby zadbać o potencjał do zamknięcia Zatoki Fińskiej dla statków i okrętów wypływających z Kronsztadu. Co byłby stosunkowo łatwe przy współpracy Helsinek i Tallina. Choć pamiętamy rozmieszczenie polskich systemów pocisków przeciwokrętowych na estońskiej wyspie Hiuma, z której można kontrolować wyjście z Zatoki Fińskiej na Bałtyk.

 

CEL: Psków

Przechodząc do państw Bałtyckich i wspomnianej Estonii, państwo to (podobnie jak Łotwa) musi oczywiście zadbać o stworzenie obrony powietrznej nad swoim terytorium, jak również zabezpieczyć granicę z Rosją. Zwłaszcza na północnym odcinku pomiędzy Zatoką Fińską a Jeziorem Pskowskim (k. Narwy).

Z kolei na południu, w okolicy Pskowa sytuacja może być wbrew pozorom relatywnie łatwa do opanowania. Gdyby bowiem NATO rozmieściło odpowiedni potencjał na Łotwie lub w Estonii, wówczas można by pokusić się o uszkodzenie/zniszczenie przepraw na rzece Wielikaja. Cztery mosty (w tym 1 kolejowy) znajdują się w Pskowie, jeden niedaleko Ostrowa oraz  kolejne trzy (w tym kolejowy) w samym Ostrowie. Wszystkie znajdują się w odległości ok. 30-50km od granicy. Tego rodzaju operacja wymagałaby sporych zasobów artyleryjskich lub lotniczych, jednakże uszkodzenie/zniszczenie ww. infrastruktury w znaczącym stopniu ograniczałoby Rosjanom pole manewru na styku granic Estonii, Łotwy i Rosji.

Neutralizując zagrożenie na ww. odcinku frontu, Łotysze – w czasie wojny – mogliby skupić się na obronie linii Rzeżyca-Dyneburg bez potrzeby angażowania znacznej części sił na kierunku Psków-Ryga poprzez skrawek estońskiego terytorium (droga E77).

Jednocześnie warto pamiętać, że pskowskie bazy militarne mogłyby się znaleźć w zasięgu rozmieszczonych na Łotwie i w Estonii systemów artyleryjskich (tak lufowych jaki rakietowych). Rozmieszczenie takiego potencjału w ww. krajach stanowiłoby kolejny punkt nacisku w koncepcji wywierania presji na stronę rosyjską.

CEL: północ Bałtyku

Zakładając, że Szwecja przystąpi niebawem do NATO warto zastanowić się, jak państwo to mogłoby pomóc Sojuszowi w zademonstrowaniu Rosji jej słabego położenia. Szwecja musi w przyszłości zwiększyć zdolności własnej marynarki wojennej, to będzie wymagało jednak czasu.

To co można zrobić stosunkowo szybko, to stworzenie z Gotlandii wielkiej bałtyckiej twierdzy, a raczej niezatapialnego lotniskowca. Rozmieszczenie na wyspie systemów przeciwlotniczych, wyrzutni przeciw-okrętowych, lotnictwa, a także systemów rakietowych ziemia-ziemia dawałoby potencjał do kontrolowania przestrzeni powietrznej i nawodnej w sercu Morza Bałtyckiego. Co istotne Królewiec oraz port w Bałtyjsku mogłyby znaleźć się w zasięgu HIMARSów rozmieszczonych na Gotlandii (odl. Niecałe 300 km). To dawałoby możliwość uderzenia rakietowego na rosyjskie bazy w Obwodzie Królewieckim z północno-zachodniego kierunku. Przy dodatkowym zagrożeniu ze strony Litwy i Polski, obrona Królewca byłaby niezwykle rozciągnięta, a więc bardziej podatna na ew. przeniknięcie.

Ponadto Szwedzi powinni zadbać o potencjał do przerzutu drogą morską własnych sił lądowych do Estonii, Łotwy i ew. Finlandii. Co musiałoby się odbywać pod parasolem powietrznym, które mogłoby zostać zapewnione przez szwedzkie lotnictwo. Ponieważ Szwedzi nie posiadają granicy z Federacją Rosyjską, ich armia powinna skupić się na możliwościach ekspedycyjnych. Zwłaszcza na obszar historycznie leżący w spektrum zainteresowania Sztokholmu.

Zadania na  Froncie Północnym

Mając na względzie wszystkie ww. cele, jakie powinno postawić sobie NATO na Froncie Północnym, osiągnięcie gotowości do ich zrealizowania sprawi, że NATO mogłoby w razie ewentualnej wojny już w pierwszych jej godzinach i dniach:

  1. Zaatakować bazy w Murmańsku oraz niszcząc najważniejszy rosyjski port morski na Zachodniej Hemisferze.
  2. Odciąć Murmańsk od reszty kraju na lądzie, redukując możliwość zaopatrywania tego miasta oraz znajdujących się w tym rejonie wojsk.
  3. Obronić granicę norwesko-rosyjską, dzięki podstawie operacyjnej w postaci fińskiej Laponii.
  4. Uderzyć z wielu kierunków na bazy w Piotrogrodzie (w tym port w Kronsztadzie), rażąc drugi największy ośrodek miejski w Rosji oraz znajdujące się tam cele strategiczne.
  5. Zamknąć Zatokę Fińską oraz Bałtyk Północny dla Floty Bałtyckiej oraz rosyjskiego lotnictwa.
  6. Zneutralizować rosyjskie zagrożenie inwazją lądową z kierunku pskowskiego na Estonię oraz Łotwę.

 

Front Wschodni

Z pewnością u wielu czytelników pojawiła się już w głowie czerwona lampka związana z faktem, że ww. aktywne działania NATO na Froncie Północnym mogą wywołać bardzo nerwowe reakcje u Rosjan. Z pewnością niżej opisane cele dotyczące Frontu Wschodniego wywołają jeszcze większe kontrowersje. Natomiast nie należy zapominać o tym, że dotychczas NATO nie rozmieszczało blisko granicy z Federacją Rosyjską systemów ofensywnych. Tymczasem Rosja od lat rozmieszcza w Obwodzie Królewiecki wyrzutnie rakietowe i broń jądrową, a teraz robi to na Białorusi. Jeśli ktokolwiek myśli, że postawa ostrożna/bierna zniechęci Putina do straszenia państw NATO swoim arsenałem rakietowym, to powinien o ww. fakcie pamiętać. Opisywane w niniejszej analizie działania nie stanowią przekroczenia granicy, którą ustanowili swoimi decyzjami sami Rosjanie. Przy czym należy pamiętać o tym, że gdyby wybuchła wojna NATO-Rosja, to bez względu na to, czy na terytorium np. Polski znajdowałyby się systemy ofensywne czy też nie, to polskie miasta stałyby się jednymi z pierwszych ofiar wojny (chyba, że zdołalibyśmy wybudować własną tarczę antyrakietową, co jest już w trakcie procesu).

CEL: Królewiec

Obwód Królewiecki powinien stać się NATO-wskim zakładnikiem. Dotychczas było odwrotnie, to Rosjanie wykorzystywali enklawę do wywierania presji na Polskę czy Litwę, a nawet Danię (potencjalny desant na Bornholm). Jednak geografia sprzyja w tym rejonie Sojusznikom. Strategiczne cele znajdujące się w rejonie Królewca powinny zostać obrane na cel systemów artyleryjskich (rakietowych ale i lufowych) rozmieszczonych wokół enklawy. Tak by atak mógł nadejść z każdego kierunku: północy (Szwecja), zachodu i południa (Polska), płn-wschodu (Litwa). Jednocześnie należy demonstrować możliwość założenia blokady morskiej na Bałtyjsk, w czym mogłyby brać udział floty: Duńczyków, Brytyjczyków, Amerykanów i Polaków. Jednocześnie Polska ma możliwość rozstawienia systemów wyrzutni przeciwokretowych nad Zatoką Gdańską.

NATO jest w stanie zamknąć strefę powietrzną nad Obwodem Królewieckim, dzięki ew. rozmieszczeniu systemów przeciwlotniczych i przeciwrakietowych w Polsce i na Litwie. Co z kolei ułatwiłoby dokonanie ew. ataku NATO-wskiego lotnictwa na cele w OK. Które to misje powinny być ćwiczone w sposób demonstracyjny.

To wszystko zmuszałoby dowództwo z Kremla do kalkulowania, czy w razie napięć i ew. konfliktu z NATO operować lotnictwem własnym z lotnisk w Obwodzie Królewieckim, czy też z uwagi na wysokie ryzyko porażenia samolotów i ich zaplecza, lepiej byłoby przenieść drogocenne maszyny na lotniska w Białorusi lub Rosji. Gdyby wybrała ta druga opcja, NATO byłoby już wygrane na starcie, bowiem ograniczyłoby Rosjanom pole manewru jeszcze przed gorącym konfliktem, a w czasie jego trwania zniwelowałoby zagrożenie uderzenia z powietrza. Co z kolei w sposób korzystny wpłynęłoby również na bezpieczeństwo jednostek morskich Sojuszu.

Zademonstrowanie potencjału do odcięcia Królewca od zaopatrzenia z kierunku Rosji/Białorusi musiałoby się pokrywać z gotowością do obrony granic Litwy i Polski. Tak by nie pozostawić Rosjanom złudzeń co do tego, czy byliby zdolni przebić się drogą lądową z Białorusi do swojej enklawy.


„#To jest nasza wojna” – o polskich interesach w kontekście wojny na Ukrainie, zagrożeniach dla relacji z Kijowem w przyszłości oraz o Wielkiej Strategii Polski w kontekście budowy sił Zbrojnych RP.   „Trzecia Dekada. Świat dziś i za 10 lat” – dowiedz się jak funkcjonował świat i poszczególne państwa do 2020 roku, a także sprawdź prognozy na przyszłość, z których część (tj. II inwazja na Ukrainę) już się sprawdziła. W pakiecie taniej! Wszystkie książki zamówione na stronie autora zostaną podpisane 🙂 

Pakiet: #To jest nasza wojna + Trzecia Dekada


 

CEL: Mińsk

Rozmieszczenie odpowiednich sił do obrony Wilna oraz tzw. Przesmyku Suwalskiego (również OPL) dawałoby podstawę do rozmieszczenia na Litwie systemów ofensywnych. Takich jak HIMARS, które można wycelować nie tylko w kierunku Królewca ale i Mińska (odl. 150 km). Przy zwiększeniu kierunków zagrożenia ze strony łotewskiego Dyneburga oraz polskiego Białegostoku, Aleksandr Łukaszenka z pewnością zyskałby motywację do bardziej trzeźwego myślenia. Białoruska stolica mogłaby się stać NATO-owskim zakładnikiem.

CEL: Brześć i Grodno

Jednocześnie Polska powinna mieć potencjał do szybkiego rozmieszczenia znacznych sił na kierunkach Grodna i Brześcia. W formacji gotowej do ataku. Nie myślimy bowiem o wojnie NATO-Rosja i obronie granic przed potencjalną inwazją ze Wschodu. Wciąż musimy pamiętać o tym, że Rosja walczy na Ukrainie, a białoruska armia może się do tego konfliktu w każdej chwili włączyć. Gdyby zagrożenie takim scenariuszem było widoczne, Wojska Lądowe muszą zostać rozstawione w taki sposób, by reżim Łukaszenki bał się wysyłać wojska na Ukrainę i musiał zabezpieczyć własne granice.

Należy ponadto pamiętać, że Brześć może stanowić podstawę operacyjną do ataku na zachodnią część Ukrainy. W tym kontekście, warto będzie demonstrować zdolność do izolowania Brześcia ogniem artyleryjskim. Zarówno Brześć jak i Grodno – z uwagi na przebieg granic i geografię – mogą być potencjalnie zaatakowane z 3 stron. Zwłaszcza Grodno podatne jest na izolację z uwagi przebieg granic z Polską i Litwą, a także nurt Niemna.

Warto też odnotować, że z okolic Białej Podlaskiej można skutecznie kontrolować za pomocą artylerii lufowej przestrzeń od granicy polsko-białoruskiej w Połowcach, po granicę białorusko-ukraińską w Domanowie. Jednakże równocześnie jest to najbardziej newralgiczny i odkryty teren po polskiej stronie granicy. W tym kontekście – gdyby mówić o przygotowaniu terenu pod ew. działania militarne – to właśnie rejon Międzyrzec Podlaski-Biała Podlaska powinien być traktowany priorytetowo. Jest to bowiem jeden najbardziej wymagających odcinków polskiej granicy, jeśli chodzi o zadania defensywne. Tak więc dopiero jego odpowiednie przygotowanie i zabezpieczenie, dawałoby możliwość rozmieszczenia tak obrony OPL jak i systemów artyleryjsko-rakietowych. Co ograniczałoby swobodę działań wrogiemu lotnictwu, a jednocześnie umożliwiałoby porażenie ogniem stref znajdujących się za ew. linią frontu. Na białoruskich tyłach.

Jedocześnie kontrola przejścia granicznego w ukraińskim Domanowie byłaby istotna z uwagi na osłonę potencjalnej misji pokojowej w kierunku Kijowa (jak niżej).

 

Ukraina – kordon sanitarny

NATO powinno w przyszłości wygospodarować siły szybkiego reagowania, które byłyby zdolne do wkroczenia na prawobrzeżną Ukrainę  w celu jej zabezpieczenia przed ew. inwazją ze strony Białorusi i Rosji. Sojusz powinien w sposób jasny i klarowny zademonstrować Rosji, że ta nie jest w stanie osiągnąć w wojnie swoich celów strategicznych (przejęcie kontroli nad całą Ukrainą). NATO powinno wyrażać gotowość do wkroczenia na Ukrainę w sytuacji, gdyby Kijów był zagrożony, lub gdyby Rosjanie podchodzili pod Dniepr, lub uderzyli z północy (z ter. Białorusi) na zachodnią Ukrainę.

Siły NATO powinny być zdolne do odparcia ew. ataku na nie, w tym posiadać własną mobilną osłonę przeciwlotniczą i przeciwrakietową (a także przeciwdronową). Tak by umożliwić własnemu lotnictwu operowanie w przestrzeni powietrznej Ukrainy w celu demonstracji dominacji powietrznej oraz osłony wojsk własnych. Potrzebę do uzyskania gotowości do tego rodzaju operacji opisywałem już wielokrotnie na blogu.

 

Front Południowy

Jest to jeden z najtrudniejszych dla NATO rejonów, jeśli chodzi o możliwość wywierania bezpośredniej presji na Rosję. Przede wszystkim brak jest granicy lądowej NATO-Rosja, co z jednej strony należy uznać za atut, ale akurat w kwestii próby wywarcia na Moskwę presji jest znacznym utrudnieniem.

Jednocześnie należy pamiętać o tym, że od 2014 roku – kiedy to Rosjanie przejęli kontrolę nad Półwyspem Krymskim – Flota Czarnomorska dominuje na Morzu Czarnym przy wsparciu ze strony rosyjskiego lotnictwa.

Ponadto dochodzą ograniczenia polityczne oraz formalno-prawne. Turcja należy do dość asertywnych i często problematycznych sojuszników w NATO. A to głównie od postawy władz z Ankary zależałaby możliwość podjęcia konkretnych inicjatyw opisanych poniżej.

Niemniej przy wyżej opisanych uwarunkowaniach, NATO mogłoby paradoksalnie wywierać bardzo silną presję pośrednią na Rosję. Obierając na cel podmioty polityczne o niejasnym statusie na gruncie prawa międzynarodowego. Często nieobjęte moskiewskim parasolem nuklearnym. Z uwagi na to, groźby na tym froncie mogą się okazać najbardziej wiarygodne. A o to w gruncie rzeczy właśnie chodzi.

CEL: Naddniestrze (+południowy kordon sanitarny)

Naddniestrze – z punktu widzenia prawa międzynarodowego – traktowane jest jako część Mołdawii. Jedynie Abchazja oraz Osetia Południowa uznały suwerenność przedmiotowego regionu, co oznacza, że nie istnieje on jako niezależne państwo nawet dla Moskwy.

W tym kontekście, ewentualna interwencja NATO mogłaby być nawet legalna, gdyby została przeprowadzona na prośbę/wniosek władz z Kiszyniowa. Prośba o pacyfikację „zbuntowanego” – a de facto kontrolowanego przez Rosjan – regionu przez NATO byłaby tym bardziej zasadna, że Republika Mołdawii nie dysponuje siłami zbrojnymi, które mogłyby się z problemem uporać.

Mając to wszystko na uwadze NATO powinno dysponować odpowiednią siłą militarną rozmieszczoną na terytorium Rumunii, która byłaby zdolna do szybkiej pomocy mołdawskiemu partnerowi i odzyskania Naddniestrza. Główny ciężar za przygotowanie tego rodzaju potencjału powinien spoczywać na samych Rumunach.

Temat wyzwolenia Naddniestrza powinien być wiodący, jeśli chodzi o neutralizację rosyjskiego zagrożenia na Ukrainie. NATO powinno sygnalizować nieoficjalnymi kanałami, że tego rodzaju groźba byłaby wykonana, gdyby okazało się, że Rosja nie porzuciła planów zajęcia Kijowa. Innymi słowy, gdyby strona rosyjska chciała uruchomić w przyszłości kolejną dużą ofensywę, której celem byłoby złamanie linii Dniepru oraz zagrożenie ukraińskiej stolicy, to NATO powinno demonstrować, że jest gotowe do znacznie bardziej stanowczej reakcji. W tym do natychmiastowego wyzwolenia Naddniestrza oraz do wprowadzenia wojsk na Ukrainę celem stworzenia kordonu sanitarnego.

Operacja w Naddniestrzu powinna być planowana jako większa część inicjatywy, a siły przekraczające Dniestr nie musiałyby się zatrzymywać. Ich celem powinno być zabezpieczenie południowo-zachodniej Ukrainy. Wydaje się, że Ukraińcy – nawet gdyby sytuacja na froncie okazała się fatalna dla nich – byliby w stanie zniszczyć lub obronić większość przepraw przez Dniepr (Kaniów, Czerkasy, Krzemieńczuk, Kamieńskie, Dniepr i Zaporoże).  Dlatego priorytetem południowej części sił rozjemczych NATO powinno być zabezpieczenie ukraińskiego wybrzeża, włączając w to co najmniej Odessę i Mikołajów.

CEL: Krym

Rumuńską Konstancę dzieli z anektowanym przez Rosję Sewastopolem blisko 400 km przebiegających przez Morze Czarne. To dość znaczna odległość. Od ujścia Dunaju – na granicy rumuńsko-ukraińskiej – do rosyjskiej bazy morskiej jest z kolei ok. 300km. To wciąż daleko, zwłaszcza, że tamta część wybrzeża to głównie teren bagnisty, niesprzyjający rozmieszczaniu drogich i ciężkich systemów wyrzutni rakietowych. Jednakże z okolic Odessy odległość do rosyjskiego portu jest już nieco mniejsza niż 300km, a wybrzeże jest dość zurbanizowane. Tak więc rozmieszczenie w tamtym rejonie systemów rakietowych NATO – przy okazji stawiania kordonu sanitarnego – stwarzałoby zagrożenie dla strony rosyjskiej. Piszemy tu jednak o przyszłych możliwościach, których nie da się osiągnąć na dzień dzisiejszy.

To co jednak można zrobić dziś, to rozmieścić wyrzutnie pocisków rakietowych ziemia-ziemia oraz ziemia-woda na północnym wybrzeżu Turcji. Skąd odległość do Sewastopola w linii prostej jest dokładnie taka sama jak z Odessy.

Ponadto należy pamiętać o zdolnościach lotnictwa NATO-wskiego, które operując z lotnisk w Rumunii mogłoby zbliżyć się na odległość skutecznego rażenia celów w Sewastopolu przy użyciu pocisków JASMM (czyli ok. 370km, nie mówiąc już o JASMM-ER z zasięgiem do blisko 1000km).

W celu uzyskania przewagi na Morzu Czarnym niezbędnym byłoby rozmieszczenie odpowiedniego komponentu lotniczego NATO w rejonie. Tak, by móc grozić Rosjanom atakiem lotniczym na jednostki Floty Czarnomorskiej, nawet gdyby ta miała wsparcie rosyjskiego lotnictwa.

NATO powinno również dysponować zespołem okrętów (stacjonującym w portach greckich?) gotowych na wpłynięcie na Morze Czarne i zneutralizowanie Floty Czarnomorskiej, a także na zagrożenie ostrzałem rakietowym rosyjskich celów nadmorskich (zwłaszcza Sewastopola). Problemem są tutaj jednak kwestie natury prawnej, a konkretnie postanowienia Konwencji z Montreux regulujące prawo morza w Cieśninach Tureckich oraz na samym Morzu Czarnym. Zapisy konwencji dają jednak  z jednej strony pole do interpretacji, a z drugiej pole manewru „gospodarzowi” cieśnin, a więc władzom Turcji, która należy przecież do NATO.

CEL: Soczi

Warto również pamiętać o tym, że rosyjska nadmorska miejscowość Soczi znajduje się w odległości poniżej 300km od wybrzeża tureckiego w okolicy Trabzonu. Co również daje pole manewru, jeśli chodzi o groźbę użycia pocisków ziemia-ziemia.

CELE: Abchazja i Osetia Południowa

Zadaniem państw Paktu Północnoatlantyckiego powinno być nie tylko stworzenie po stronie rosyjskiej wrażenia gotowości do zadania natychmiastowego ciosu konwencjonalnego w wybranych miejscach. Front z Rosją powinien zostać rozciągnięty tak daleko, jak to tylko możliwe. Należy bowiem pamiętać, że o ile Federacja Rosyjska musi zabezpieczyć całą długość swoich długich granic ciągnących się przez dwa kontynenty, o tyle sojusznicy mogą dzielić się odpowiedzialnością za konkretne wycinki frontu. W konsekwencji relatywnie łatwo jest rozproszyć rosyjskie: uwagę i zasoby.

W tym celu NATO powinno nie tylko myśleć o działaniu własnym, ale i również przewidywać lub planować operacje wraz z państwami trzecimi. Takimi jak Gruzja. Gruzja posiada roszczenia terytorialne względem Abchazji oraz Osetii Południowej, które znajdują się pod protekcją Rosji. Oczywistym jest, że Tbilisi w pojedynkę nie może rzucić wyzwania Moskwie. Natomiast przy sprzyjających okolicznościach oraz słabości Rosji, Gruzini mogliby pokusić się o odzyskanie spornych terytoriów. Byliby przy tym bardziej skłonni do działania, gdyby NATO gwarantowało suwerenność i nienaruszalność dotychczasowych granic Gruzji, co zostałoby poparte rozmieszczeniem sił sojuszniczych w północno-wschodniej Turcji w okolicy Batumi. Zwłaszcza systemów wyrzutni pocisków przeciwokrętowych oraz przeciwlotnicznych, które rozciągałyby – nawet w czasie pokoju – parasol ochronny nad głównym gruzińskim portem morskim. Kluczową byłaby również zdolność błyskawicznego przerzucenia sił NATO do gruzińskiej stolicy – Tbilisi.

 

PODSUMOWANIE

Należy podkreślić, że wszystkie wyżej wymienione działania nie mają na celu przyszykowania się do ataku na Federację Rosyjską. Nie chodzi więc o zadanie pierwszego ciosu i wywołanie wojny nuklearnej. Przeciwnie, poprzez stworzenie sobie konkretnych możliwości oraz zbudowanie potencjału do ich wykorzystania należy dać Rosjanom do zrozumienia, że odpowiedź NATO na rosyjski atak – również na płaszczyźnie konwencjonalnej – byłaby miażdżąca dla Moskwy.

Dotychczasowa – bardzo defensywna i zachowawcza – doktryna NATO względem Rosji się nie sprawdziła. Również z tej przyczyny, że modus operandi Rosjan polega m.in. na szukaniu słabości i bierności rywala, a następnie ich wykorzystywaniu poprzez często agresywne i stanowcze działania. Przez co nie można nie ulec wrażeniu, że NATO-ski policjant wprawdzie znajduje się na miejscu zdarzenia kryminalnego, ale zamiast wyciągnąć broń, odbezpieczyć ją i wycelować w bandytę przy okrzyku: „stój bo strzelam”, przygląda się całej sytuacji, ściąga kolejne zastępy służb mundurowych, dozbraja ofiary rozboju, ale sam nawet nie demonstruje gotowości użycia przemocy wobec napastnika. Co tylko rozzuchwala tego ostatniego.

Dla przykładu dotychczas NATO skupiało się na problemie obrony państw bałtyckich przed uderzeniem z Rosji. Warto jednak się zastanowić, czy nie traktować Litwy, Łotwy, Estonii ale i teraz również Finlandii jako podstawy operacyjnej do wykonania ewentualnych uderzeń na terytorium Rosji. Co miałoby przekonać Moskwę, że gdyby ta zaatakowała, to już w pierwszych godzinach ewentualnej wojny rosyjskie wojska mogłyby utracić najważniejsze bazy militarne, magazyny zaopatrzeniowe i obiekty infrastrukturalne znajdujące się w zasięgu odpowiednio rozmieszczonego NATO-wskiego uzbrojenia.

Przykład Ukrainy pokazuje, że władze z Kremla są gotowe prowadzić wojnę na terenie przeciwnika do skutku. Należy więc zadać Rosjanom pytanie – poprzez odpowiednie przygotowania – czy byliby gotowi prowadzić konflikt również wówczas, gdyby toczył się on na ich własnym terytorium?

 

Krzysztof Wojczal

geopolityka, polityka, gospodarka, prawo, podatki – blog

Wartościowe? Pomóż rozwijać bloga
Twitter
Visit Us
Follow Me
RSS
YOUTUBE
YOUTUBE

61 komentarzy

  1. Marchewa no wreszcie dobrze bo bez jadu piszesz- tak właśnie sobie wyobrażam dwa mieszane dywizjony rajdowe. Mieszane czyli wsparte A26, fregatami, okrętami sigint, hydrografami, zaopatrzeniowcami itd. W praktyce dwie Virginie w morzu jedna w szkoleniu i jedna w porcie. Każda ma 40 Tomahawków w salwie o zasięgu do Uralu i za Ural z Oceanu Arktycznego. Moim zdaniem warto trzymać ruskich w szachu i budować własne kompetencje. To pierwszy krok. Poza tym pomoże to w budowie federacyjnej IVRP i projekcji politycznej siły. A Japonia już ma podpisaną umowę na zakup 500 Tomahawków, więc skończmy te pitolenie że się nie da, że za mało, za dużo, za drogo i do dupy. To jedyny zakup który daje nam Polakom jakikolwiek strategiczny ruch na czas pokoju i wojny.

    1. ” W praktyce dwie Virginie w morzu jedna w szkoleniu i jedna w porcie. Każda ma 40 Tomahawków w salwie o zasięgu do Uralu i za Ural z Oceanu Arktycznego. ”
      Wyobrażać sobie możesz ale nikt ich nam nie sprzeda. Ani Virginii ani Tomahawków. Może jakieś wykastrowane Tomahawki jak będziemy wuja sama ładnie prosić.
      Nie ma i nie będzie opcji serwisu atomowych OP w PL. Jedynie w kraju producenta/dostawcy.
      A tak w ogóle to USA zdaje się nawet dla australijczyjków nie ma slotów na produkcję OP i dlatego robią to w UK.

      1. Znowu piszesz aby tylko Twoje było na wierzchu; nielat czy ruski troll? AU zawarli właśnie umowę na zakup i budowę w US 3+ 2 w opcji atomowych Virginii Block V; UK to mają tylko plany budowy op dla Australii; no ale mimo że US mają już 22 Virginie z uderzeniowymi Tomahawkami w służbie to Marchewy to strategicznie nie przekonuje, bo wie lepiej.

        1. 1. AU zawarła umowę wstępną i czeka na aprobatę Kongresu USA. A ten ma bunt na pokładzie bo US Navy nie chce oddać slotów produkcyjnych.
          https://www.theguardian.com/world/2023/oct/27/difficult-and-expensive-us-report-raises-aukus-doubts-after-joe-biden-reassures-anthony-albanese-at-white-house
          2. Horyzont potencjalnych okrętów amerykańskich to 2030+ a tych wspólnych z UK 2040+ z tym że ten plus może być różny.
          3. Umowa w USA ma wcale licznych krytyków mówiących że sprzedaż tak istotnego zasobu strategicznego za granicę (nawet do Australii czy Kanady) nie powinna nastąpić.
          4. Pytanie o rzeczywiste koszty użytkowania i operowania takimi okrętami w samej Australii pozostaje otwarte. Tym bardziej że już na Collinsy narzeka się że drogo a to jest kilka rzędów wielkości więcej.

  2. Czy nie powinniśmy wokół Obwodu Królewieckiego postawić na granicy jakiś fortyfikacji, przynajmniej tam gdzie są wszyskie drogi. Jakieś tereny ogrodzone płotem w czasie pokoju, zalesione i zamaskowane, a wewnątrz terenu umocnienia, stanowiska dla PPK, stanowiska dla artylerii (wiele by habica mogła je zmieniać), transzeje, tunele. Dziś widać jakie znaczenie w Ukrainie mają fortyfikacje, okopy, umocnienia. I możliwość szybkiego zaminowania wszyskich dróg i okolic, narzutowo i ręcznie, oraz artylerią.

    Przy okazji, nie przydałyby się jakieś areostaty zawieszone przy granicy, kontrolujące non-stop radarami i optyką położenie ruskich wojsk? Tak by mieć cały czas informacje gdzie znajdują się zestawy przeciwlotnicze, Iskandery, magazyny z amunicją itp. W razie wojny, artylerią rakietową i lufową, znając położenie, w godzinę można by to wszystko porazić. Szczególnie Iskandery, artylerię rakietową oraz obronę przeciwloniczą.

    Do tego warto by rozmieścić przy wyjściu morskim z Obwodu jakąś sieć czujników, by mieć informację o każdym ruchu statków nad i pod wodą. Dokładnie zrobić z Obwodu zakładnika, orientować się non-stop gdzie znajdują się wyrzutnie rakiet i być w stanie zareagować natychmiast.

    Opcja otoczenia Obwodu jakiś systemem zakłócającym i upośledzającym łączność, nawigację Glonass, też byłaby chyba możliwa.

    1. „Czy nie powinniśmy wokół Obwodu Królewieckiego postawić na granicy jakiś fortyfikacji, przynajmniej tam gdzie są wszyskie drogi. ”
      Po to kupujemy Baobaby (minowanie narzutowe) aby tego nie robić. Poza tym atak z Królewca jest w kierunku Warmii i Mazur na dość trudnym terenie więc tam o żadnym Blitzkriegu nie ma mowy. Całość obwodu jest zresztą w zasięgu Himarsowania.

  3. Marchewa szacun za merytoryczną odp; ja powtórzę atomowe OP klasy Virginia lub koreańskie KSS III z napędem AIP dają nam jedyną prócz F35 z pociskami JASSM ER przewagę strategiczną w wojnie z Rosją; Jako JEDYNE dają nam możliwość uderzenia w cele na Uralu i Syberii,to kwestia podejścia z morza i zasięgu Tomahawków. Po trzecie cementują sojusz z US, co tylko chroni nas od ruskiego i niemieckiego ataku. Podnoszą nasze polityczne i wojskowe znaczenie. I najważniejsze w pakiecie jak napisałem z 2 bateriami THAAD i 6 szwedzkimi OP A26 również z Tomahawkami oraz z dwiema eskadrami F15EX kosztują nas od 80 do 95MLD PLN czyli około 12 MLD ROCZNIE z kosztem finansowej obsługi przez 10 lat. Więc niech każdy sobie odpowie czy nas stać i czy warto? A że byłyby baaaardzo drogie w zakupie i utrzymaniu tego absolutnie nie kwestionuję. Ale niech nikt nie pisze że jak z 300 tys armią nas na to nie stać przy budżecie 705MLD PLN.

    1. Mam niestety wrażenie że podobnie jak wiele innych osób przypisujesz niemalże mityczne znaczenie broni dalekiego zasięgu o strategicznym charakterze. Otóż moim zdaniem jeśli w/w broń nie ma dużej siły rażenia to konwencjonalne głowice nawet rażąc krytyczne cele Rus nie zrobią Rosji żadnej realnej krzywdy co boleśnie pokazała Ukraina. Ukraińcy generałów ubijali tuzinami, atakowali zaplecze i lotniska. I to nie powaliło Rosji na kolana. Więc nawet 140 Tomahawków tez nie powali. Tym bardziej że to nie jest tak że S300 czy S400 ich nie zestrzeli.

      1. I tak, i nie… przy masowości ruskich orków i pchaniu dziesiątek i setek tysięcy armatniego mięsa potrzebne są gigantyczne ilości amunicji, w tym kasetowej. Oraz systemy minowania na odległość.

        Ale broń dalkiego zasięgu też potrzebna, w dużych ilościach. Jak pokazuje ta wojna, w bardzo dużych. Taka która sparaliżuje logistykę ruską – na głębokość 150-300km rozwali wszystkie mosty, wiadukty, wykryte magazyny amunicji, i tego potrzeba dużo bo celów jest dużo. Więc najlepiej produkować to samemu, i nie mowa tu o setkach a o tysiącach lub więcej efektorów o zasięgu do 300km.

        Trzeba też mieć możliwość zaatakowania lotnisk, i to głęboko, kilkaset kilometrów co najmniej. Ukraina eliminowała, ale do pewnej głębokości. Jak dostali HIMARSy z rakietami do 85km to tylko tyle. Potem parę na 165km. Storm Shadow… i skutecznie ich używają, ale mają tego za mało. I nadal zasięg za krótki. Akurat samoloty i śmigłowce na lotniskach, mając dostateczną ilość efektorów o odpowiednim zasięgu, można wyeliminować a to drastycznie osłabia zdolności przeciwnika.

        A dalej to pytanie w co celujemy. Atakowanie Moskwy bez głowicy jądrowej wielkiego sensu nie ma. Petersburg można załatwić mniejszym zasiegiem, szczególnie z Filandii czy Estonii. Ale dobrze byłoby mieć możliwość trafienia dużą głowicą (najlepiej 100 lub więcej kilogramów), najlepiej penetrującą (jak w Storm Shadow) takich celów jak rafinerie czy fabryki rozsiane głęboko w Rosji, by zmniejszać ich zdolności produkcyjne. Czasem wystarczy rozwalić produkcję czy magazyn jednego elementu by samoloty nie mogły polecieć.

        Warto też, wzorem Ukraińców, rozwinąć jakieś zdolności atakowania celów wielką ilością tanich dronów. Niech leci na 1000km albo więcej, i zaniesie tam choćby 20kg czy 50kg głowicę. Rosja to przestrzeń nie do upilnowania. Raz że można tym siać dywersię w przemyśle, dwa że odciąga zasoby przeciwlotnicze w głąb kraju i brakuje ich na froncie. Tylko warto by mieć możliwości ataków nie po kilkanaście dronów, ale po kilkaset dziennie.

        Jądrówek nie mamy i nie zapowiada się byśmy je jakoś pozyskali. Stąd trzeba się przeprosić z amunicją kasetową, minowaniem narzutowym, oraz mieć jakieś efektory dalekiego zasięgu z głowicą np. pół tony. Oraz, przy przeciwdziałaniu przeciwlotniczym przeciwnika, bomby szybujące o dużym wagomiarze, tak o zasięu kilkudziesięciu (jak nie 100) kilometrów.

        Zamysł posiadania setek wyrzutni HIMARS/Jelczmoo nie jest tu głupi, tylko trzeba im zapewnić rakiety. A do setek wyrzutni trzeba mieć zapasy w milionach rakiet.

        1. @Jareczko
          „Ale broń dalkiego zasięgu też potrzebna, w dużych ilościach. Jak pokazuje ta wojna, w bardzo dużych. Taka która sparaliżuje logistykę ruską – na głębokość 150-300km rozwali wszystkie mosty, wiadukty, wykryte magazyny amunicji, i tego potrzeba dużo bo celów jest dużo. Więc najlepiej produkować to samemu, i nie mowa tu o setkach a o tysiącach lub więcej efektorów o zasięgu do 300km.”
          Za co? Obecnie nie mamy technologii trzeba by więc zakupić licencję. Mówimy o rakietach w cenie między 100 000$ a 2 000 000$ sztuka! Który rezurs to z jakieś 10-20 lat. Kilkaset to absolutny max na jaki będzie nas stać w wypadku środków klasy StormShadow/Tomahawk i zasięgu liczonym w setkach km.
          „Trzeba też mieć możliwość zaatakowania lotnisk, i to głęboko, kilkaset kilometrów co najmniej. Ukraina eliminowała, ale do pewnej głębokości. Jak dostali HIMARSy z rakietami do 85km to tylko tyle. Potem parę na 165km. Storm Shadow… i skutecznie ich używają, ale mają tego za mało. I nadal zasięg za krótki. Akurat samoloty i śmigłowce na lotniskach, mając dostateczną ilość efektorów o odpowiednim zasięgu, można wyeliminować a to drastycznie osłabia zdolności przeciwnika.”
          Po to mamy sojuszników i ich lotnictwo. Nie walczymy sami. Ukraina walczy bez lotnictwa.
          „A dalej to pytanie w co celujemy. Atakowanie Moskwy bez głowicy jądrowej wielkiego sensu nie ma. Petersburg można załatwić mniejszym zasiegiem, szczególnie z Filandii czy Estonii. ”
          „Załatwić” Petersburg? A jak sobie to kolega wyobraża? Trafiając w pałac zimowy co złamie morale i skapitulują? Bo strzelanie to kilkumilionowej metropolii z konwencjonalnego uzbrojenia to będzie raczej przeciwskuteczne.
          „Warto też, wzorem Ukraińców, rozwinąć jakieś zdolności atakowania celów wielką ilością tanich dronów.”
          Sam pomysł ciekawy i rzeczywiście możliwy ale postęp technologiczny jest tutaj tak szybki ze nie wiem czy jest sens produkować i trzymać na zapas. Może tylko opracowywać nowe typy do szybkiej wojennej ewentualnej produkcji?
          „Oraz, przy przeciwdziałaniu przeciwlotniczym przeciwnika, bomby szybujące o dużym wagomiarze, tak o zasięu kilkudziesięciu (jak nie 100) kilometrów.”
          Na to chyba ciocia fizyka nie pozwoli. Te zasięgi to już domena rakiet cruise.
          „Zamysł posiadania setek wyrzutni HIMARS/Jelczmoo nie jest tu głupi, tylko trzeba im zapewnić rakiety. A do setek wyrzutni trzeba mieć zapasy w milionach rakiet.”
          Znowu kwestia kosztu. A ten będzie potężny.

        2. uzupełniam wiedzę Jareczko;
          te tysiące rakiet niby ta pisowska gigantomania, to w największym i czytelnym skrócie 52 dywizjony artylerii rakietowej DAR a w nich 504 wyrzutnie HOMAR-A i 270 wyrzutnie HOMAR-K oraz 162 wyrzutni LANGUSTA. Jeden DAR to 18 wozów z wyrzutniami.
          Zaś rakiet do nich potrzeba 40 000 sztk o zasięgu 80-165km dla HOMAR-A, 15 140 sztk dla HOMARA-K oraz 5 100 sztk rakiet typu ATACAMS, PrSM i koreańskich KTTSM dla obu HOMARÓW o zasięgu od 290 do 700km. Plus 32 400 rakiet niekierowanych o zasięgu 45-65km dla polskiej LANGUSTY. Jak łatwo policzyć/ podzielić będzie to zestaw amunicji zupełnie podstawowy dający od kilku do kilkunastu salw na każdą wyrzutnie. I teraz to można sobie dowolnie skalować. W warunkach pokoju wystarczy, w warunkach wojny potrzebne będą szybkie dostawy od sojuszników oraz produkcja w kraju. Dlatego rząd takową zaplanował, co się właśnie dzieje patrz dokapitalizowanie MESKO i budowa nowej/starej fabryki amuncji w Pionkach.

          To wszystko oznacza że cały program wyrzutni rakietowych z amunicją kosztuje +/- 53MLD PLN czyli przez 10 lat bo tyle będą twały spodziewane dostawy i częsciowa produkcja w kraju będzie to 5,5MLD PLN ROCZNIE z kosztami finansowymi tj kredytu. Strasznie DUŻO tłumaczę jak dla debili, bo to będzie 15,87 złotych miesięcznie dla każdego dorosłego białego Polaka przez dziesięć lat. Pozdrawiam z Tworek, biały miś.

    2. A nie lepiej mieć bazę kosmiczną, na niej długie 6 m długości i 0,3m szerokości, 8 tonowe pręty w dużej ilości? Spuszczenie takich na Moskwę czy schrony na Uralu z prędkością hipersoniczną, likwiduje cele nawet na głębokości 100m. Energia kinetyczna porównywalna z bronią jądrową.

      Jak już rozpatrujemy polskie atomowe boomery z głowicami jądrowymi, to czemu nie to. Jeszcze lepsze.

  4. Marchewa znowu manipuluje, rozjuszyleś mnie do białości.
    Czy ja mam to napisać Tobie po niemiecku czy po rosyjsku? W obu językach mówię i piszę, więc o Tomahawkach to UKRy mogą sobie tylko pomarzyć albo je kredką narysować! Ich dotychczasowe uderzenia na cele w Rosji to sowieckie zmodernizowane Jerzyki lub sekcje dywersyjne z polską i amerykańską amunicją krążącą zwaną WARMATE. To jak porównanie muchy do słonia. Pocisk manewrujący z półtonową głowicą bojową do kilku kilogramowego drona. Zaś wojna obnażyła ruskie mity o S300 czy S400 lub antydronowych Pancyrach. Jest ich za mało i nie są takie dobre, więc nie powielajmy tej ruskiej propagandy. Ruska obrona zapewnie JAK KAŻDA, co widać z wojny w Izraelu jest dziurawa i do obejścia.
    A Japonia, Australia teraz Kanada i Niderlandy podpisują/ podpisali umowy z US na zakup Tomahawków, ale tow. Marchewa wie lepiej. Kolejny ruslandversteher trafia na moją listę.

    Własnie dlatego wrzuciłem ten granat do szamba tj temat atomowych OP i THAAD do publicznej dyskusji aby różni tacy eksperci, analni analitycy jak Budzisz, łże doktor Bartosiak, Janke, Zychowicz, Wolski, Warzecha, Soloch, grubi mandaryni z D24 i inni znafcy od liczenia pionków na szachownicy, recytujący z pamięci techniczne didaskalia przestali NAS białych Polaków zwodzić, łudzić i manipulować. Widzą drzewa a nie widzą lasu. Kiedy zdrajcy z PO robili reset i likwidowali państwo i wojsko, to potulnie milczeli i usłużnie wykonywali rozkazy jak odrażające trepy Skrzypczak, Gocuł, Cieniuch, Pacek, Różański i Koziej. Milczeli! Żaden się nawet nie zająknął, podobnie kiedy w 2017 roku adrianek PAD wraz z ubekami z BBN skasowali przetarg Macierewicza na bałtyckie OP z rakietami MdCN i wymyślili zakup australijskiego zlomu/ 40 letnich fragat zamiast budowy nowych Mieczników. Klakierzy. Całe stado ekspertow, ponura menażeria, która słowem krytki nie piśnie tylko liczy sreberka na swoich żałosnych bankowych rachunkach. Widzą drzewa a nie widzą lasu. Przez te ostatnie dekady, ostatnie 8 lat nawet nie mruknęli na ten temat.
    Co jest zakupem STRATEGICZNYM, co gwarantuje bolesny odwet za ruską agresję, co zmieni naszą pozycję geopolityczną i geostrategiczną wobec wrogich Niemiec i Rosji. Jakieś brednie o nuclear shering, którego użycie jest uzależnione od zgody członków NATO czyli póki co Berlina, Hagi i Paryża czyli naszych największych przyjaciół. Wciąż marudzenie, że za drogo, za pózno, za dużo, za mało, mnożenie wątpliwości, klasyka DEZINFORMACJI, aby tylko temat ominąć i ośmieszyć.
    Jako biały Polak, katolik, zoologiczny antykomunista, arcywróg Rosji i Niemiec, potomek księżnej na Turowie wrzucam temat Panu Wojczalowi, który jako jeden z niewielu jest intelektualnie uczciwy aby pominął środowiskowe uwikłania, zależności i publicznie taką dyskusję rozpoczął. Co przez najbliższą DEKADĘ zbuduje siłę Polski naszej Ojczyzny. Co nas i jakim kosztem obroni? Co skutecznie i boleśnie uderzy przeciwnika, co zbuduje i umocni nowe sojusze?
    Polską racją stanu jest przez najbliższe dekady budowa federacyjnej IV RP Sześciu Wolnych Narodów z granicami na Wałdaju, rzece Don oraz na Łabie i Soławie. Polska może być tylko wielka lub nie będzie jej wcale. Od 3500 lat od czasu bitwy pod Tolensee nasi przodkowie żyli, walczyli i umierali za te ziemie. To jest nasza Ojczyzna, polska przestrzeń życiowa, nasz horyzont, nasze Trójmorze. Pora skończyć z tą wdrukowaną do kolaboranckich umysłow MIKROMANIĄ NARODOWĄ. Pora mówić jasno i twardo, bo zbyt wielu z nas po Smoleńsku milczało.

    1. @Michael graf von Turowiecki
      „Polską racją stanu jest przez najbliższe dekady budowa federacyjnej IV RP Sześciu Wolnych Narodów z granicami na Wałdaju, rzece Don oraz na Łabie i Soławie. ”

      Nie zapominajmy o koloniach w Mozambiku. Większość tych narodów nie chce budować z nami żadnej federacji. To political fiction tyleż miłe dla narodowego ego co nie do zrealizowania.

      1. Mozambik też ; myślę całkiem serio że gdyby zapytać miejscowych murzynow czy chcą dostać polskie unijne paszporty to klaskaliby z radości; znowu Marchewa jak kulą w płot

      2. a już tak calkiem serio to akurat z tym Mozambikiem to trafiłeś; bo Mozambik i Wenezuela to dwa kraje w świecie, które potencjalnie powinny być w poważnym zainteresowaniu BBN w celu naszej wojskowej inwazji i szybkiej kolonizacji.
        Duży potencjał surowcowy, słabo wyszkolone miejscowe siły policyjne i duże możliwości do zainstalowaniatam przychylnego nam miejscowego rządu. Korzyści obustronne, dla nich przyspieszony rozwój infrestruktury, dla nas zaplecze surowcowe, dużo złota, ropy i miedzi oraz bazy ewakuacyjne w przypadku wojny z ruskimi i niemcami. A 50 tysięcy płodnych murzynek stanowczo poprawiołoby naszą demografię.

    2. „Jako biały Polak, katolik”

      Pamiętajmy, że mamy tajną broń, której nam zazdroszczą w całym NATO – katolickich magów bojowych – w stopniach od podporucznik po generała dywizji.

      Oczywiście największe moce ma Naczelny Kapelan – Ordynariusz Polowy (Biskup Polowy) więc używałbym mocy na strategicznych kierunkach do otwierania drogi dla naszych zagonów pancernych
      Nieco mniejsze moce ma Wikariusz Generalny, więc może się przydać w obronie.

      Mamy magów dedykowanych do poszczególnych sił zbrojnych, zorganizowanych w gildiach magów:

      Dekanat Wojsk Lądowych – magowie ziemi
      Dekanat Inspektoratu Wsparcia Sił Zbrojnych – magowie pomocniczy
      Dekanat Sił Powietrznych – magowie powietrza
      Dekanat Marynarki Wojennej – magowie wody
      Dekanat Wojsk Specjalnych – magowie specjalni
      Dekanat Żandarmerii Wojskowej – magowie nadzoru

      Dekanat Duszpasterstwa Wojskowego Kościoła Greckokatolickiego – wyspecjalizowani w walkach na Wschodzie
      Dekanat Wojsk Obrony Terytorialnej – pomniejsi magowie pomocniczy

  5. Panie Krzysztofie,
    Może jakiś krótki opis co Pan sądzi o pośpiechu komisji europejskiej w forsowaniu Unii federalnej.
    Z racji tego, że w przyszłym roku, za ok 7miesięcy są wybory do parlamentu europejskiego, a na podstawie ostatnich wyborów parlamentarnych w poszczególnych Państwach UE (ES, SE, Fin, PL, HU, SK, Cz, Öst) można sądzić, że ugrupowania prawicowe mocno zmienią dzisiejszy lewicowy parlament UE i następny PE nie będzie już tak skłonny do federalizacji jak obecny. Uda im się? zdąrzą? Bo póki co obecne jeszcze lewicowe rządy mogą się pod tym podpisać, ale gdyby % wyniki do PE w 2024 były takie jak ostatnie do parlamentów narodowych to chyba układ sił w PE w następnej kadencji może się zmienić.

    1. W Europie nie ma ugrupowań prawicowych. Są tylko udające trochę mniej lewackie, ewentualnie wciąż jeszcze z tradycyjnymi nazwami – chadecja bez chrześcijaństwa, konserwatyści bez konserwatyzmu… które może trochę poudają, że są przeciw.
      I nie ma co liczyć, że globaliści / euromasoneria dzięki „demokracji” nie wprowadza tego, co chcą. Pytanie tylko o tempo i sposób, dobiorą sobie taki, jaki będzie najbardziej wygodny.

  6. Niestety Polska nie ma kompetentnych elit, które odpowiednio kierowałyby państwem i dbały o jego los. To niekorzystne zjawisko ma miejsce w bardzo istotnym czasie, kiedy dochodzi do upadku dotychczasowego globalnego systemu i przechodzenia w nowy, jeszcze nieznany. Obecna sytuacja jest zarówno okazją, jak i zagrożeniem, które można efektywnie wykorzystać dzięki mądrym działaniom władz państwowych. Tak się nieszczęśliwie składa, że Polsce brakuje właściwych liderów. Warto zastanowić się, dlaczego tak się dzieje.
    Brak elit w Polsce po 1939 roku można wyjaśnić fizyczną eliminacją elit II RP lub ich przymusową emigracją. Jednak to wyjaśnienie jest niepełne, ponieważ nie tłumaczy dlaczego Polacy regularnie doprowadzają swoje państwo do upadku i naród do tragedii. Istnieje pewien stały czynnik, którym jest obsesja polskich intelektualistów na punkcie Zachodu: chcę zwrócić uwagę na jedną stałą, fatalną wadę Polaków: polscy intelektualiści są śmiertelnie zakochani w Zachodzie!
    Wszyscy, niezależnie od swojego statusu społecznego czy zawodowego, zapatrzeni są w Zachód. Zachodnie wartości są uważane za lepsze, bardziej odpowiednie, szybsze, eleganckie i słuszne. Każdy inteligentny człowiek, niezależnie od swojego światopoglądu, czerpie wzorce z Zachodu i pragnie mu się przypodobać. Istnieją pewne różnice, na przykład „patrioci” chcieliby, aby Polska była poddaną „tradycyjnych USA”, które są uosabiane przez Donalda Trumpa, podczas gdy „postępacy” pragną, aby Polska była poddaną „postępowej Europy”, której jednak nie uosabia nikt w szczególności. Ale łączy ich jedno: ani jedni, ani drudzy nie mają myśli, że Polska mogłaby istnieć samodzielnie. Dlatego marzeniem inteligentnych ludzi jest emigracja na Zachód, a po roku 1990 zajęcie stanowiska w jakiejkolwiek zachodniej firmie czy organizacji, obojętnie jakiej, liczy się tylko to, żeby pracować w biurze na Zachodzie. Tak właśnie Tusk postrzegał swoją pracę w Brukseli jako awans, podobnie jak jego elektorat, ponieważ Tuskowi udało się osiągnąć to, o czym wszyscy marzyli.
    Zapatrzenie w Zachód – polska przypadłość od wieków. Początki w Mieszku I, królowej Bonie, dalej w wyborze Henryka Walezego na króla. Pełna krasa po upadku I Rzeczypospolitej: wykorzystanie przez Napoleona i gloryfikowanie go. Elity podpuszczały do kolejnych bezsensownych powstań, służących Anglii w grze z Rosją. Czcimy prowodyrów tych głupich powstań.
    Czcimy Becka i innych, którzy w imię bycia w „dobrym towarzystwie” ulegli Anglikom, co doprowadziło do upadku II RP i niezrównanych strat w historii. Czcimy także głupców (czy też zdrajców?), którzy spowodowali fatalne Powstanie Warszawskie w 1944 roku. Skutki tych działań są tak tragiczne, że jako naród przez niemal sto lat nie zdołaliśmy się z tego podnieść.
    Cechy te, takie jak niezrozumienie cynizmu i dwulicowości w kulturze anglosaskiej oraz głęboki kompleks niższości, łączą zarówno „zachodofilów” z końca XVIII wieku, jak i dzisiejszych. Anglosasi wykorzystują wzniosłe hasła w walce o wpływy, władzę i majątek zarówno w polityce wewnętrznej, jak i zewnętrznej. Polscy „intelektualiści”, pragnąc równego statusu z Anglikami i Francuzami, byli gotowi na wszystko, nawet na likwidację swojego własnego państwa i poświęcenie milionów rodaków, jak pokazał przykład Becka.
    Zachód, choć nadal atrakcyjny z zewnątrz, jest gnijącym trupem. Mimo lepszych dróg, kolei i wyższych zarobków niż w Polsce, widać już smród tego upadku. Brudne, zaśmiecone miasta oraz obca rasowo i kulturowo ludność tworzą niebezpieczne miejsca, tzw. „no-go zones”. Młodzież z kolei jest zdegenerowana i rozdarta pomiędzy iluzjami samorealizacji serwowanym przez media społecznościowe a trudną rzeczywistością. W wyniku tego ucieka w narkotyki, świat gier komputerowych czy produkcję złudzeń na TikTok. Ponadto, jakość technologicznych produktów Zachodu oraz ich konkurencyjność obniżają się.
    Nasze fatalne zauroczenie Zachodem ma polityczne konsekwencje. Zachód przestał być racjonalny, co jest istotne. Procesy degeneracyjne posunęły się tak daleko, że władze kierujące Zachodem podejmują szkodliwe decyzje dla siebie i są niezdolne do ich wycofania. Samobójstwo gospodarcze Europy, wynikające z utopijnych haseł ekologicznych i „sankcji”, jest najlepszym przykładem tego. Wiara w możliwość zmiany płci przez zmianę zaimka jest dowodem na przejście z myślenia racjonalnego na magiczne.
    Tymczasem Azja rozwija się dynamicznie i jest miejscem, gdzie wartości rodzinne i ciężka praca są wciąż doceniane. Tamtejsze rządy również nie tolerują promocji odchylnych trendów. To oznacza, że nie muszą obawiać się niedoboru energii w niedalekiej przyszłości, ponieważ nie uwierzyli w teorię strasznego wpływu CO2 na globalne ocieplenie. Rosnąca siła Azji, zwłaszcza Chin, przeciwdziała wpływowi antywartości i anty-kultury, które płyną z Zachodu, szczególnie z USA. Na dodatek, ta rosnąca siła daje krajom słabym i małym polityczne możliwości manewru. Podobnie jest z Rosją, która broni swoich interesów, ale jest zarządzana przez racjonalny reżim, nie przez ekstremistów zakochanych w dziwacznej ideologii, takich jak Ci z Waszyngtonu czy Londynu. Rosja staje się coraz silniejszą alternatywą dla wpływów USA w naszym regionie. Jeśli jeszcze weźmie się pod uwagę, że Rosja jest częścią rosnącego w siłę BRICS – od stycznia to grono powiększy się o kolejne (Argentyna, Egipt, Etiopia, Iran, Arabia Saudyjska, Zjednoczone Emiraty Arabskie) stając się realną przeciwwagą dla skostniałych struktur upadającego Zachodu. Warto rzetelnie wykorzystać tę sytuację, tak jak robią to Turcy i Węgrzy.
    Jeśli małe Węgry tak dobrze prowadzą politykę (Orban jednego dnia klepie po plecach Merkelową, a następnego kupuje od Putina elektrownie atomową) to Polska, będąc większa o prawie czterokrotność, mogłaby również. Jednak musielibyśmy porzucić marzenie o byciu częścią Zachodu i zaakceptować, że szczytem politycznej kariery jest stanowisko premiera RP, a nie wysokie stanowiska w międzynarodowych instytucjach. Powinniśmy skupić się na interesach, a nie na przyzwoitym towarzystwie czy przeżyciach z przeszłości. Niestety, obawiam się, że nasze elity nie są na to zdolne, co jest złą wróżbą dla Polski i wszystkich nas.

    1. U nas wszystko rozsprzedano Niemcom, Włochomi Francuzom. Dlatego teraz nie mamy żadnych interesów, bo już nic nie jest nasze. Jak przyjdzie do bombardowania polskich zakładów, to chyba karnych, bo nawet miesne sprzedano zagranicznym inwestorom. Zostają drobne inetersy rodzinne.
      Na razie udało się zerwać z węglowodorami z Rosji i mamy nadzieję, że z czasem znikną również wpływy polityczne i wywiadów rosyjskich w Polsce.
      Jak przeciętny Polak pomyśli o Rosji, to chyba nie ma żadnego, rosyjskiego produktu, którego by pożądał ( bo są inne dobre wódki, niekoniecznie rosyjskie ).
      Nic obecnie nie przyciąga Polaka do Rosji- mogłaby się utworzyć rozpadlina pomiedzy Polską, a Rosją i prawdopodobnie nikt z Polaków, by tego nawet nie zauważył.
      Jeśli Polak miałby się przenieść do pracy w Rosji, to chyba za odszkodowaniem. No i taki to rozwój Rosji.

  7. Ten Wor w zakonie ruskiego mira to czego się napił? Naćpał? Bimber i kasza?
    Jest Nowy rok i chyba dalej pół świata w tym ta biedota z krajów BRICS ucieka do zgniłego kolektywnego ZACHODU a nie emigruje do ruskiego czy chińskiego mira. Ale może ktoś jeszcze nie wytrzeźwiał?

  8. W temacie 300 tys armii:
    Finlandia populacja 5,6MLN Finów, mają 31,5 tys wojska + 280tys rezerwy mobilizacyjnej i co roku szkolenie 19tys rezerwistów; Grecja 10,5MLN, 142 tys wojska; Izrael 9,5MLN i i 170tys wojska; Polska stan na 2024: populacja 37,9MLN ludzi i tylko 192 tys wojska. Podług proporcji greckiej, która ma wielkiego, agresywnego, historycznego sąsiada jak Polska powinno być 512 tysięcy żołnierza.
    I teraz najważniejsze: niejaki Kozubal analny analityk, kolejny łże doktor uczciwy intelektualnie jak dr Bartosiak, pisze a za nim chór klakierow o FALI ODEJSC z wojska, samemu podając niby w wielkim trudzie uzyskane dane z NIK i MON. Jak to wygląda wg samego Kozubala- otóż w 2022 odeszło do cywila 15,9 tys żłn zaś w 2023 odeszło 8 947 z woja i 9 759 z WOT razem 18,7 tys. Ale przyszło do wojska w 2023: 22 079 do zasadniczej służby wojskowej; 1542 do szkół; 3364 do dobrowolnej służby wojskowej i 12607 do WOT. Razem wstąpiło 39 592 w całym 2023 roku, w roku zerowego bezrobocia i wojny u bram! To oznacza roczny przyrost o 20 886 zln. Gdzie ta fala odejść???

    To oznacza, że w dekadę mamy plus 200 tysięcy nowych żołnierzy tj razem ze stanem obecnym ok 390 tys. Proste czy za proste dla analnych analitykow? Jak pisałem wcześniej polska armia powinna mieć ok 340 tys żłn stanu pokoju we wszystkich rodzajach wojsk. To optymalny moim zdaniem punkt dojścia.

    Dalej- jeśli opisany przez Kozubala trend powołań się utrzyma to w DEKADE mamy 97 tys przeszkolenej przez WOT rezerwy oraz ok 89 tys przeszkolonych żołnierzy kontaktowych w rezerwie poza wojskiem. Celem nadrzędnym jest stworzenie w dekadę 1MLN rezerwy. Czyli brakuje nam z grubsza 800 tys tj rocznie po 80 tys do przeszkolenia. Jak ich zdobyć w warunkach zerowego bezrobocia? Podaję przepis:
    80 tys rezerwistów to aż 0,53% obecnie zatrudnionych. Gdybyśmy chcieli się porównywać do Finów, którzy co roku szkolą 19 tys żłn to winno ich być 128 tysięcy! Ale zostajemy przy tych 80 tys. Proponuję szkolenie 90 dni w roku tj 8 dni w miesiącu. Płatne dla rezerwisty po 1500 PLN miesięcznie tj 18 tys za rok szkolenia. Zwolnione z PIT.
    Rezerwista w okresie szkolenia jest objęty ochroną przed zwolnieniem z pracy, zaś jego pracodawca dostaje za niego drugie 18 tysięcy rocznie w postaci do wyboru: odpisu w skladce zdrowotnej lub CIT lub rachunku za gaz/ prąd rocznie.
    To oznacza, że taki rezerwista ma rocznie oprócz swojej pensji w robocie plus 18 tys dodatkowo a jego pracodawca realne uzyski finansowe za brak pracownika w okresie szkoleń. Dla mikrofirm czyli JDG to będzie uzyskanie plus 36 tysięcy rocznie dodatkowej kasy.
    Koszt budżetu: W sumie 80 tysięcy x 36000 PLN to 1,5 MLD rocznie plus koszty szkoleń (kadra) i sprzętu. Z grubsza potrzebujemy ok 2000 podoficerow młodszych i ok 660 kapitanów i poruczników. Im płacimy dodatek 50% ich oficerskiego żołdu tj z grubsza po dzisiejszych żołdach wyjdzie ok 340 MLN rocznie. Za ich dodatkową wybitnie poligonową służbę 7 dni w tygodniu. Warto też do takich szkoleń pozyskać z cywila weteranów szczególnie misjonarzy i dać im robotę z dodatkową kasą.
    Poza tym liczymy jeszcze koszt sprzętu ( paliwo, amunicja, obiekty, żywność ekwipunek itd) to kolejne 720MLN rocznie. W sumie roczny koszt pozyskania i wyszkolenia 80 tys ludzi to dla budżetu państwa ok 2,5 MLD PLN za 90 dni szkolenia w roku kalendarzowym. Dupy nie urywa. To oznacza, że nie robiąc poboru, którego jestem przeciwnikiem, mamy w cyklu trzech lat przeszkolone do poziomu batalionu 80 000 żołnierza, czyli w dekadę trzy roczniki tj 240 000 żłn. Lub w dekadę mamy szkolenie roczne do poziomu działania w plutonie dla 800 tysięcy żołnierza.
    I krok trzeci: po odbyciu cyklu szkoleniowego kolejne obowiązkowe powołania co 6 lat dla utrwalenia pamięci mięśniowej rezerwistow.
    I didaskalia- może warto jak Finowie i Szwajcarzy zrobić darmowe czyli dotowane przez państwo kredyty dla rezerwistow na zakup broni strzeleckiej i amunicji i ekwipunku. Średnio karabinek+ pistolet + szpeje to ok 20tys. Kredyt na 15 lat wyjdzie po 100 PLN miesięcznie! Jak za kablówkę. Państwo ponosi koszt odsetkowy kredytu, rezerwista ponosi koszt zakupu broni i ekwipunku. Co roku policja tj dzielnicowy sprawdza stan posiadania broni żeby kontrolować zakaz jej zbywania i nadużycia.
    I ostatni mój pomysł to ustawa o powszechnym tj łatwym dostępie do broni strzeleckiej. Zakup na dowód w sklepie dla niekaranych dorosłych Polaków, po kilkugodzinnym przeszkoleniu przez personel sklepu. Jak młodzi kierowcy przez pierwszy rok jakiekolwiek wykroczenia/ złamania przepisów dot użycia i przechowywania karane surowo. Plus obowiązkowe, jednoczesne, kodeksowe zaostrzenie kar bezwzględnego więzienia za niuprawnione użycie broni, rozboje, napady z bronią itd. Tyle i aż tyle na sam początek.

  9. Niestety wszyscy jesteśmy zakładnikami filmów wojennych i różnych klisz propagandowych. Warto opisać pewne oczywistości, które oficerów rozbawią banałem, lecz większości otworzą oczy. 
    Bałtyk to 4/3 powierzchni Polski, czyli nie takie jezioro, a taki NISZCZYCIEL to ok 160m długości na 20m szerokości. Igła w stogu siana. Morze bardzo trudne do żeglugi, fala krótka średnio 70 cm do metra między grzbietami, średnio 220 dni sztormowych w roku i wcale nie takie płytkie – głębie gdańska, bornholmska czy gotlandzka przy brzegach Łotwy do 450m. Na wschód od Bornholmu srednio 50m. Morze wybitnie zatłoczone, codziennie 2000 jednostek czyli mnóstwo zakłóceń i o różnych poziomach strefach zasolenia. Czyli wybitnie przeznaczone do operowania okrętami podwodnymi i DUŻYMI jednostkami klasy fregata, niszczyciel które mogą walczyć przy stanie morza min 5, co na dziś potrafią tylko DWIE polskie 40 letnie fregaty OHP. 
    Horyzont walki w Polsce to max dwa kilometry. 70% terenu poza lasami to tereny zurbanizowane plus krzaki i zarośla co oznacza dystans walki do jednego dwóch kilometrow. Teren wybitnie do użycia czolgow i klasycznej lufowej artylerii. Podejść blisko do piechoty i walić z zasadzki i zaskoczenia. Co działa w dwie strony. Dla nas lepiej walić we wrogie bwp i czołgi z Apaczy i niszczycieli czolgow OTTOKAR BRZOZA z pociskami BRIMSTONE niż walczyć w okopach albo mieście. 
    Przeciętnie w Polsce jak i NATO ok 70% stanu samolotów codziennie może pełnić misje bojowe. Reszta to serwisy lub szrot. Pewnie podobnie lub gorzej jest w zmechu i czolgach, a już dramat jest w MW.  Więc od tej pisowskiej niby gigantomanii odejmujmy realistyczne wartości. Oczywiście podczas wojny lata wszystko, co nie spada, ale mówimy o stanach potrzebnych do codziennego szkolenia. Tacy piloci potrzebują minimum 192 samolotów bojowych tj 12 eskadr taktycznych.
    Broń atomowa- największa wojskowa bzdura tylko nakręcajaca PKB. Każde mocarstwo atomowe biorące udział w jakiejkolwiek wojnie od 1945 jej NIE użyło. Osobiście miałem nadzieję, że Sowieci zbombardują taktycznie Kijów i Przemyśl, ale i oni znają granice samozagłady. To brednia, majak i temat zastępczy bo co dałaby nam broń atomowa? Złudne poczucie obrony. Patrz Hamas. Co jeśli pójdziemy z Sowietami na wymianę atomowych ciosów? Salwy z dwóch ruskich boomerow to 32 rakiety z 192 głowicami i zachowując skuteczność ukraińskiej OPL mamy trafienie ok 40 ruskich rakiet w cele nad Polską. Opad radioaktywny w promieniu 50km od każdego wybuchu jak łatwo policzyć obejmuje 100% kraju. W pierwszej godzinie umiera 30% populacji tj 10MLN Polaków. A co u Sowietów? 40 polskich Tomahawków skazi ledwo 2% ich terytorium i zabije mniej ludzi z racji ich niższej gęstości zaludnienia. Jak nam dobrze pójdzie 4MLN Moskwa i 2 MLN Sankt Petersburg. Zostanie100MLN. Ale czy naprawdę liczycie, że ruskie wcześniej nie przeprowadzą ewakuacji tych miast? Trzeba szukać innego sposobu pokrojenia i rozgrabienia Rosji. Broń atomowa również nie przyda nam się do wojny Niemcami, która wisi w powietrzu z wielu powodów. Niestety opad radioaktywny znad Zagłębia Ruhry i Monachium skaziłby również Wielkopolskę i południe kraju.

  10. Napoleon nie miał do końca rację, że wojna to po trzykroć tylko pieniądze, bo gdyby tak było, to Watykan, Hongkong czy Lichtenstein byłyby mocarstwami.‎ Wojna to pieniądze i statystyka.

    I co nam mówi statystyka: u nas 340tys żłn u ruskich 1,5MLN w pierwszym roku wojny.‎ Co to oznacza? Jeśli moim zdaniem optymalnie mamy mieć 340 tys żłn tj 6 dywizji pancernych z grenadierami pancernymi i trzema brygadami aeromobilnymi z grubsza 170 tys żłn plus 2 odwodowe lekkie dywizje piechoty zmotoryzowanej czyli kolejne 40tys żłn plus 70tys OT,15tys powiększonych wojsk specjalnych plus lotnictwo i marynarka wojenna, TO OZNACZA że w starciu z 1,5 MLN Sowietów statystycznie każdy z nas musi podczas wojny takiej jak na UKR wyeliminować co najmniej 4 Rosjan. A przy realistycznym założeniu, że w rok utracimy 25% żołnierzy rannych lub zabitych tj 85tys czyli około dwie kompanie dziennie, to również oznacza, że kolejne 25% tych najskuteczniejszych kilerów musi wyeliminować 18 Rosjan, zaś połowa tj 170tys przecietniaków ma zlikwidować min 9 wrogów. Rosja nie ma wyszkolonego kolejnego 1,5MLN żołnierzy, każdy kolejny sort mobilizacyjny będzie łatwiej zabijać. Każdy z nas musi zabić co najmniej 4 Rosjan, żebyśmy przeżyli jako naród i masowo gwalcąc Rosjanki odbudowali nasz demograficzny potencjał.

    Po drugie ta olbrzymia dysproporcja żołnierzy oznacza walkę w dystansie. Nie wojnę w okopach, nie wymianę ciosów, walkę pozycyjną jak dziś na UKR lecz taktykę wilczego stada, uderzenia na tyły wroga, działanie manewrowe i unikania starcia bezpośredniego. Nikt nie idzie na wymianę ciosów z Mike Tyson’em. To zaś oznacza wybór broni i taktyki. Dłuższe lufy czyli większy zasięg, amunicja programowalna, rakiety kierowane, artyleria rakietowa czyli Homary, uderzenia lotnicze czyli bomby kierowane i pociski manewrujące. ‎Helikoptery i niszczyciel czolgow z rakietami BRIMSTONE 2 umożliwiającymi atak w dystansie 20-50km.To także czołgi z silnikami o wyższej mocy szybciej manewrujące i celniej strzelające w każdych warunkach oraz podczas jazdy do przodu i tyłu. To wyposażenie umożliwiające walkę w nocy, deszczu i mgle.‎ Oraz oczywiście Marynarka Wojenna uzbrojona w pociski woda- ziemia typu Tomahawk czy RBS15, ‎która jako jedyna obok lotnictwa zapewni dostęp do zaplecza wroga i uderzenia w jego centra logistyczne, miasta, elektrownie, szpitale, dworce kolejowe, lotniska, magazyny i fabryki.
    Walka na dystans to rozbudowa kompanii rozpoznania o wozy LEGWAN i WARAN z pociskami ppk oraz wyposażenie w konie i psy tropiące, bo są  lepsze od quadów. Praktycznie bezobsługowe, ciche, żrą trawę i wejdą wszędzie i pływają! Objuczone poniosą ppk, pioruna, warmat’a czy drona.‎ To także zmiana taktyki walki zmechu na walkę na wozach wespół z lotnictwem i czołgami a nie dowóz żołnierzy do okopu. A na poziomie drużyny oznacza nacisk na taktykę działań sekcji, działań rozpoznawczych ukierunkowanych na wskazywanie celów dla artylerii, lotnictwa, niszczycieli czolgow i moździeży. To wprowadzenie na etat drużyny jednego lub dwóch snajperow z karabinkami kaliber 7,62 mm a nie tylko 5,65mm, a dla pozostałych w drużynie granatniki podlufowe 40mm, granaty termobaryczne, celowniki kolimatorowe, warmate, drona rozpoznawczego oraz indywidualne maskowanie zmniejszające sygnatury termiczne żołnierza. Czyli wszystko co umożliwi nam większą ochronę i skuteczność.
    W końcu walka z tak przytlaczającą przewagą ilosciową wroga oznacza konieczność jak najszybszego przeniesienia wojny NA TEREN wroga. Wymiana ciosów z Mikem Tysonem w polskim narożniku kończy się nokautem.Czyli znowu więcej MW i lotnictwa i chyba teraz rozumiecie doktryny wojenne US, GB czy Francji. Stąd ich lotniskowce, ofensywna marynarka wojenna, broń atomowa, silne lotnictwo i nacisk na rakiety typu cruise. Wroga trzeba odciąć od zaplecza przemysłowego i demograficznego. Silny polski komponent lądowy obroni nas przed pierwszym uderzeniem, ale nie uchroni przed wojną na wyniszczenie i nie da zwycięstwa. Bez pocisków manewrujacych, bomb kierowanych i samolotów oraz okrętów które zagwarantują odpowiednio bliskie podejście do wroga, nie będzie polskiej parady zwycięstwa na Placu Czerwonym.

Leave a Reply

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *