Pokój, albo… Wojna! – Polska na rozstaju dróg.

Niemal każda współczesna debata geopolityczna kończy się pytaniem: „Co lepiej wybrać? Opcję niemiecką, czy strategiczny sojusz z USA?”. Oczywiście pojawiają się również i inne alternatywy, jednak te dwie wyżej wymienione są tak na prawdę najbardziej istotne (co uzasadniałem w tym wpisie).

Tym samym można zastanowić się nad konsekwencjami wyboru jednej z dwóch wymienionych wyżej dróg. Ponieważ kwestie geopolityczne, jak również argumenty „za” i „przeciw” opisałem w tekstach:

  1. Polska – kluczem do strategii USA?
  2. Czy rząd wybierze „opcję niemiecka”? – Jaka oferta leży w interesie Polski?

Niezależnie od tego, którą ścieżką podąży III RP, będzie to miało wpływ na nasze społeczeństwo. Na nas. Polaków. Nie ważne jest, czy zakładamy, że polski rząd jest wasalem USA, czy też prowadzi suwerenną i niezależną politykę. Nieistotne jest to, czy rzeczywiście polskie władze stoją przed wyborem Waszyngton – Berlin, czy też nasz los leży w cudzych rękach. A konkretnie w rękach tych, którzy są silniejsi i potrafią wepchnąć Warszawę w orbitę własnych wpływów.

Dla nas, Polaków, liczą się skutki podjęcia konkretnych decyzji. Niezależnie od tego, kto je de facto podejmie.

Ponieważ mamy do czynienia z dwoma alternatywnymi scenariuszami, powinniśmy również wskazać, co najmniej, dwa różne efekty.

Sprawa sprowadza się do bardzo prostej konstatacji:

Nasze władze albo podążą za USA na wojnę, albo porozumieją się z Berlinem by spróbować zbudować pokój w Eurazji.

Do tego w gruncie rzeczy sprowadza się widoczny dla nas wybór, czego nikt publicznie nie chce przyznać. Ale ponieważ to nie decydenci będą siedzieć na pierwszej linii frontu, to w moim przekonaniu, społeczeństwo zasługuje na tak uczciwe postawienie sprawy.

Nie wymagam, by tego rodzaju edukację prowadziły polskie władze, ponieważ z uwagi na grę prowadzoną na arenie międzynarodowej, byłoby to wysoce niewskazane. Jednak Polacy winni mieć świadomość ewentualnych konsekwencji decyzji, jakie zapadają właśnie teraz.

Mając do wyboru pokój, albo wojnę, decyzja wydaje się być prosta. Sprawa komplikuje się jednak, gdy dodamy do tej układanki kilka okoliczności.

 

Scenariusz nr 1 – wojna

Podsumowując jeden z moich wcześniejszych tekstów: obecnym celem USA jest znaczne osłabienie Rosji, rozbicie Unii Europejskiej oraz jednoczesne osłabienie Berlina. Wszystko po to, by móc wyizolować Chiny i nie dopuścić do powstania bloku Berlin – Moskwa – Pekin. Gdy to się powiedzie, Pekin zostanie osamotniony na placu boju, co da szansę Amerykanom na zwycięstwo w walce o światową hegemonię. Po zrealizowaniu wszystkich tych założeń, Warszawa znajdzie się w bardzo korzystnej sytuacji i będzie mogła, pierwszy raz od 100 lat, realnie myśleć o stworzeniu Międzymorza.

Innymi słowy, jeśli Polska podąży drogą wytyczoną przez amerykańskich planistów, to może stanąć przed historyczną szansą wybicia się na całkowitą niezależność. Oczywiście wykorzystanie tej szansy będzie zależało od nas. Pięknie to brzmi prawda?

Zła informacja jest taka, że:

  1. w międzyczasie może nas czekać potyczka zbrojna z Rosją na terenie Ukrainy,
  2. USA opuści Polskę natychmiast, gdy Moskwa podpisze układ z Waszyngtonem, a wówczas będziemy musieli samodzielnie stawić czoła drugiemu odwiecznemu zagrożeniu – Niemcom (i ich Unii),
  3. amerykańska polityka dąży do wywołania jak największej liczby regionalnych konfliktów w różnych stronach świata w celu uwikłania w nie Chińskiej Republiki Ludowej (o co nie będzie trudno, bo Pekin zwyczajnie musi zabezpieczyć sobie dostawy surowców),
  4. całkowita destabilizacja obecnego ładu światowego (który już trzeszczy w szwach) grozi wybuchem regularnej wojny, a ta może przerodzić się nawet w III WŚ i nuklearny holokaust.

Amerykanie zamierzają grać bardzo ostro, brutalnie i bezwzględnie. Na pograniczu światowego bezpieczeństwa. Przyjmują jednocześnie w swoich kalkulacjach śmierć wielu niewinnych ludzi. Tak jak to było w przypadku inwazji na Afganistan, czy Irak. Celem władz w Waszyngtonie jest utrzymanie hegemonii USA, a nie moralne zbawianie świata. Biały Dom nie cofnie się przed niczym, by zrealizować swoje plany. Skutki tej bezwzględności obserwujmy od wielu lat. Jedynym hamulcem, który nie pozwala prowadzić pełnowymiarowego i otwartego konfliktu jest broń atomowa ukryta w silosach położonych na terenie Rosji, Chin i kilku innych państw świata.

Na potrzeby niniejszego tekstu, należy podkreślić jedną ważną kwestię.

USA to hegemon, który obecnie dąży do wywołania wojny.

Jednocześnie sam nie chce brać w niej udziału. Przynajmniej nie od początku. Doświadczenia Amerykanów z I i II Wojny Światowej są proste: wejść do konfliktu jako ostatni, przechylić szalę na korzyść jednej z wyczerpanych wojną stron i wygrać pokój. Bo to jest celem każdego konfliktu zbrojnego. Nie chodzi o zwyciężenie w stu kolejnych bitwach, tylko o zawarcie jak najbardziej korzystnego traktatu pokojowego. Warunki w negocjacjach stawiają nie ci, którzy zabili największą ilość wrogów, a Ci, którzy są w danym momencie najsilniejsi.

Wracając do interesów państwa polskiego. Fakt dążenia do realizacji wyżej opisanego scenariusza, nie oznacza, że wszystko powiedzie się tak, jak to zaplanowano. Amerykanom może nie wyjść wiele przedsięwzięć. W skrajnie niekorzystnym scenariuszu, może okazać się, iż USA będzie za słabe, by wykonać choćby pierwszy krok. Czyli zmusić do kapitulacji Moskwę. Wówczas Polska zostanie sama, pośród wrogich jej i wciąż silnych sąsiadów. Ryzyko istnieje, ale i szansa wydaje się być rzeczywista.

 

Scenariusz nr 2 – pokój

Po drugiej stronie barykady znajdują się Paryż, Berlin, Moskwa i Pekin. Bruksela dąży do stworzenia europejskiego Super Państwa, które w porozumieniu z Moskwą i Pekinem stanie się potęgą eurazjatycką. Moskwa znając swoje słabości, chce wykorzystać własne położenie i pełnić rolę łącznika pomiędzy zachodem, a dalekim wschodem. Pekin dąży zwyczajnie do podporządkowania sobie rynków europejskich, w ten czy inny sposób. Chińczycy chętnie godzą się na powstanie porozumienia pomiędzy w/w stolicami, jednak docelowo myślą o całkowitym zawładnięciu Eurazją, a nawet Afryką. Te zapędy przyprawiają decydentów z Kremla o bezsenność, jednak Europejczycy wciąż nie zdają sobie chyba sprawy z wagi zagrożenia. Niemniej, koncept opiera się na pomyśle pokojowego wdrożenia gospodarczego projektu polegającego na scaleniu superkontynentu. Realizacja tego założenia sprawi, że Amerykanie stracą swoją pozycję, a ich kontynent wróci na peryferia globalnej rozgrywki.

Niewątpliwym atutem tego rodzaju rozwiązania, jest brak niepotrzebnego rozlewu krwi (przynajmniej w założeniu).

Jednakże z perspektywy Polski oznaczać to będzie jedno. Powolną marginalizację znaczenia naszego kraju, zagrożenie układem ponad naszymi głowami (Berlin – Moskwa), a w konsekwencji powolną agonię państwowości polskiej. Polska jest obecnie słabsza od Rosji i Niemiec. Wchodząc z takiej pozycji do układu Paryż – Berlin – Moskwa – Pekin, nawet jeśli uzyskamy zadowalające nas warunki wstępne, to nigdy nie będziemy mieć gwarancji, że zostaną one spełnione. Zwyczajnie słabsza od reszty partnerów Warszawa nie będzie miała narzędzi, by wymusić na nich dotrzymywania obietnic. Ponieważ projekt Eurazji jest projektem na dziesiątki lat, to trzeba zdawać sobie sprawę z tego, że Polska będzie musiała być klientem Berlina i Moskwy przez bardzo długi czas. Na ile Niemcom i Rosjanom starczy uczciwości i determinacji by przestrzegać gwarancji dla Polski, w sytuacji, gdy Warszawa będzie w tym projekcie konkurentem zarówno dla niemieckiej jak i rosyjskiej stolicy?

 

Lekcja z historii

Współczesne nagłośnienie i natężenie sporu historyków i publicystów, co do wyborów, jakie podejmowały władze II RP przed wybuchem drugiego światowego konfliktu nie uważam za przypadkowe. Nawet, jeśli same strony sporów tego nie dostrzegają, to w chwili obecnej Polska znajduje się w podobnej sytuacji, z jaką mieliśmy do czynienia w latach 30-tych XX wieku.

A przedstawiało się to wtedy następująco:

  1. hitlerowskie Niemcy dążyły ku wojnie (co było jasne już w 1934 roku, kiedy wystąpili z propozycją ataku na ZSRR) i proponowały Polsce sojusz,
  2. wykończone poprzednią wojną Francja i Anglia próbowały utrzymać pokój w Europie.

Polski rząd stał wówczas (w latach 1934 – 1938) przed wyborem. Czy wespół z Hitlerem iść na wojnę, czy wraz z Aliantami próbować go powstrzymać?

Parafrazując słowa Winstona Churchilla, Józef Beck miał do wyboru wojnę lub pokój, wybrał pokój, a wojnę mieliśmy i tak. Trudno jest jednak winić go za taką decyzję. Na tamtą chwilę (34’- 38’) wydawała się ona słuszna. Odpowiedzialność za państwo i życie jego obywateli nakazywała postępować w taki sposób, by nie wystawiać ich na zbędne ryzyko (a początkowo wydawało się, że można powstrzymać wybuch konfliktu).

Tymczasem sojusz z Hitlerem oznaczał:

  1. pewny wybuch wojny i wzięcie w nim udziału przez Polaków po stronie agresora,
  2. przetoczenie się przez terytorium Polski frontu przyszłej wojny z ZSRR,
  3. w przypadku porażki w konflikcie, okupację sowiecką (a już wiedziano, co to oznaczało zwłaszcza po tzw. Operacji polskiej NKWD),
  4. w przypadku zwycięstwa, a nawet jeszcze podczas wojny –  marginalizację znaczenia Polski, podporządkowanie jej Berlinowi, represje wobec Polaków pochodzenia żydowskiego oraz wobec Żydów mieszkających w II RP, a w konsekwencji:
  5. utrata suwerenności i niepodległości przez Polskę (prędzej, lub później).

Były to perspektywy, które musiały rodzić spore wątpliwości. Zwłaszcza w czasie, gdy istniały jeszcze szanse na to, by do wojny zwyczajnie nie dopuścić (a przynajmniej tak to wyglądało z perspektywy ówczesnych decydentów).

Współpracując z Francją i Wielką Brytanią polskie władze widziały:

  1. największe europejskie imperium morskie i prawdopodobnie  najsilniejszą i nowoczesną francuską armię lądową połączone wspólnymi interesami,
  2. szansę utworzenia Międzymorza w kształcie: Polska – Węgry – Rumunia (tutaj powinniśmy wziąć pod uwagę Czechosłowację, może nawet kosztem Węgrów),
  3. możliwość wsparcia aliantów przez Amerykanów (tak jak to było w I WŚ),
  4. możliwość politycznego okrążenia III Rzeszy i zablokowania jej zapędów wojennych,
  5. brak zagrożenia utratą suwerenności w sytuacji zachowania pokoju, a dodatkowo możliwość wzmocnienia państwa w sytuacji zbudowania Międzymorza,
  6. w przypadku wybuchu wojny, przewagę Aliantów.

Z perspektywy czasu wiemy już, że władze nie wzięły pod uwagę np. paktu Ribbentrop-Mołotow (czego należało się spodziewać), a także zostały zaskoczone słabością Francji i Wielkiej Brytanii.  Najważniejszym jednak brakiem w kalkulacjach było to, że wybuch światowego konfliktu zwyczajnie leżał w interesie USA (stąd, co najmniej bierne zachowanie w stosunku do amerykańskich podmiotów, które wspomagały finansowo i gospodarczo III Rzeszę). Oprócz tego, ZSRR szykowało się do marszu na zachód z przyczyn ideologicznych.  O ile intencje ZSRR były jeszcze łatwe do przewidzenia, to przez wybuchem wojny nikt nie spodziewał się, że Hitler wywoła ją dzięki amerykańskim dolarom.

Jednak jeszcze do końca 1937 roku Alianci dysponowali znacznymi atutami i przewagą w stosunku do Niemiec. To oni mogli dyktować warunki.

Oczywistym jest jednocześnie, że wybierając „pokój” polskie władze powinny mimo wszystko przygotować Polskę i Polaków na wojnę. Realizować stosowną politykę międzynarodową, budować sojusze blisko własnych granic i mobilizować siły zbrojne. Tego niestety nie zrobiono w sposób odpowiedni. Nawet wówczas, gdy okazało się, że wojna jest już nieuchronna.

Celem niniejszego wpisu nie jest jednak roztrząsanie historii, więc wspomnę tylko, że moim zdaniem władze II RP dokonały (na tamten czas i swoją wiedzę) właściwego wyboru (pokój). Zawiodły jednak, jeśli chodzi o realizację zamierzeń. Polski rząd powinien wesprzeć Czechosłowację i przekonać Aliantów, że w ich interesie jest stworzenie silnego bloku w centrum Europy (blokującego zarówno III Rzeszę jak i ZSRR). Bloku, w którego skład wchodziłaby Czechosłowacja. To 30 września 1938 roku w Monachium Alianci i Polacy przegrali pokój. Czesi ugięli się pod naciskiem Niemców, ponieważ Polacy i Węgrzy dążyli do zaspokojenia swoich roszczeń terytorialnych. Innymi słowy Czechosłowacja znalazła się osamotniona pośród stada wilków gotowych rzucić się na nią z każdej strony. Tymczasem ani Paryż, ani Londyn nie miały absolutnie żadnego przełożenia na tą sytuację, wobec czego – poddali Czechów. Dwa dni później Polska zajęła Zaolzie, a następnie wespół z Węgrami rozpoczęła Operację Łom. W efekcie zyskaliśmy skrawek terytorium, wspólną granicę z Węgrami, a straciliśmy potencjalnych sojuszników i bezpieczeństwo na południowej granicy (vide marcowa aneksja Czech, utworzenie podległej Niemcom Słowacji, sojusz Węgiersko – Niemiecki przekreślający planowany pakt Polsko – Węgierski). W marcu 1939 roku wybuch wojny stał się pewny, a Polska znalazła się w tragicznym położeniu geograficzno – politycznym. Hitler wystąpił do polskiego rządu z roszczeniami terytorialnymi, a 3 kwietnia rozkazał przygotowanie ataku na Polskę (Fall Weiss). 28 kwietnia 1939 roku III Rzesza wypowiedziała II RP pakt o nieagresji. Klamka zapadła.

Z perspektywy społeczeństwa, we wrześniu 1939 roku Polacy stanęli z bronią u nogi w obronie własnego państwa i w obliczu napaści ze strony sąsiadów. Nasi przodkowie mieli moralne prawo do prowadzenia wojny obronnej i zabijania napastników. Jak się później okazało, walczyli nie tylko z militarnym agresorami, ale i z przyszłymi mordercami, oprawcami oraz zbrodniarzami wojennymi. Miało to wpływ nie tylko w odniesieniu do ówcześnie żyjących, ale i wpłynęło na świadomość przyszłych pokoleń. Można oczywiście krytycznie oceniać politykę prowadzoną przez władze II RP. Jednak nie sposób nie zgodzić się z twierdzeniem, że jako społeczeństwo i jako indywidualne jednostki, możemy czuć dumę z tego, za co walczyli nasi pradziadowie. I nie mamy prawa krytykować ani tej walki, ani ich postawy. Bo bili się i umierali w słusznej sprawie. Był to ich wybór, robili to w swoim imieniu, na własną odpowiedzialność, ale i też w interesie przyszłych pokoleń.

I tej emocjonalny wątek nie jest bez znaczenia. O czym dalej.

 

Istota dylematu

Dziś, podobnie jak w latach 30-tych XX wieku, również nadchodzi przełomowy okres. Czas podejmowania decyzji, które zaważą o kolejnych dziesięcioleciach. Terytorium Polski odgrywa tutaj bardzo istotną rolę. Z pespektywy interesów naszego państwa, omawiane drogi przedstawiają się w sposób następujący:

  1. albo w najbliższym czasie podejmiemy walkę u boku USA, ponieważ „Polska albo zostanie regionalnym mocarstwem, albo nie będzie jej wcale”,
  2. albo nie unikając ryzyka, przyjmiemy zaproponowane układy, gwarantując sobie pokój na wiele lat, za cenę skazania kolejnych pokoleń na życie w coraz trudniejszych warunkach geopolitycznych.

 

Jeśli chodzi kwestie etyczno – moralne:

  1. wybieramy drogę wojny, stając po stronie agresora,
  2. decydujemy się na drogę pokojową, którą podążymy z naszymi konkurentami.

W tym miejscu należałoby się na chwilę zatrzymać. Bowiem ten drugi wybór, etyczno-moralny, wiążę się z konkretnymi zarzutami w stosunku do dokonującego decyzji:

  1. godzenie się na wojnę i udział w niej naraża całe polskie społeczeństwo (cywilów również) i jeśli wojna pójdzie niepomyślnie, w skrajnym przypadku może dojść do całkowitej zagłady narodu,
  2. nie podjęcie próby walki o interes narodowy, może sprawić, iż tego interesu w przyszłości nie będzie, ludzie wprawdzie przeżyją, ale w skrajnym przypadku kolejne pokolenia mogą nie znać polskich: języka, kultury czy historii.

Są to bardzo poważne zarzuty, które dzielą tą część polskiego społeczeństwa, która zdaje sobie sprawę z powagi sytuacji w jakiej się znaleźliśmy. Podział ten, jest poniekąd jedną z przyczyn wojny polsko-polskiej, a jeśli nie przyczyn, to jednym z narzędzi wykorzystywanych do dzielenia polskiego społeczeństwa.

 

Wracając bliżej geopolityki.

Poza dwiema w/w możliwościami istnieje również duże prawdopodobieństwo, że Polska podąży drogą pokoju, a wojna wybuchnie pomimo tego. Podobnie jak to było sto lat temu. Tylko tym razem, chyba wszyscy decydenci mają świadomość tego, że największa potęga świata do tej wojny otwarcie dąży. Trzeba tutaj nadmienić, że Stany Zjednoczone Ameryki są w tej chwili znacznie silniejsze w stosunku do reszty świata, niż było to w dwudziestoleciu międzywojennym.

Ostatnie wydarzenia związane z próbą zamachu na Skripala i zorganizowaną akcją wydalenia dyplomatów przez niemal cały świat zachodni, jasno wskazują, że USA nadal dyktuje warunki Europie. Jak inaczej tłumaczyć bowiem fakt, iż Paryż i Berlin zdecydowały się na udział w w/w inicjatywie, wbrew własnym interesom? Jak tłumaczyć to, że z jednej strony Niemcy za wszelką cenę chcą doprowadzić do budowy Nord Stream II, a z drugiej narażają się na dyplomatyczne retorsje ze strony Kremla?

Warto też zwrócić uwagę na fakt, iż takie maluczkie kraje jak m.in. Austria, potrafiły się przeciwstawić i zachowały rezerwę ogłaszając neutralność w opisywanej sytuacji. To jest doskonały przykład dla tych, którzy twierdzą, że jeśli małe Węgry mogą grać o swój interes, to Polska również ma taką możliwość. Niestety tak nie jest. Z tych samych względów, z których Pani Merkel nie mogła teraz odmówić Amerykanom. Jesteśmy zbyt wielcy (gospodarka) i zbyt ważni (położenie geogr.) by tolerować nasze „nieposłuszeństwo”. I tak USA z Wielką Brytanią zwyczajnie dopilnowały, by dyplomatów rosyjskich wydaliły wszystkie najważniejsze państwa Europy. Tak, by Moskwa otrzymała jasny i wyraźny sygnał.

 

Reasumując. Jeśli chodzi o kwestie geopolityczne, omawiany w niniejszym tekście „wybór” jest tak na prawdę iluzoryczny. To nie od nas zależy, czy wojna wybuchnie czy też nie, choć z pewnością Polska odgrywa niezwykle istotną rolę w planach USA. Być może bez wsparcia naszego kraju, Amerykanie nie będą zdolni zrealizować własnych zamierzeń. Nie oznacza to jednak, że nie zmienią taktyki i nie będą próbowali osiągnąć swoich celów innymi ścieżkami.

Dlatego w interesie Polski oraz w obowiązku naszych władz jest przygotowanie się na najgorszy scenariusz. I nawet, jeśli polski rząd posiada w tej kwestii zdolność podejmowania decyzji i wybierze „pokój”, to nie może zaniechać działań zmierzających do przygotowania społeczeństwa i państwa na wypadek konfliktu zbrojnego.

Jaką postawę powinna przyjąć Polska i Polacy, jeśli nastąpi inwazja na Ukrainę?

 Zdając sobie sprawę z faktu, iż to USA podejmuje decyzje i to Amerykanie dążą do konfliktu, czy wobec tego powinniśmy ich wspierać, jeśli wojna wybuchnie w naszym regionie?

Wyobraźmy sobie dwa różne zakończenia w przypadku rosyjskiej inwazji na Ukrainę.

  1. Rosjanie przegrywają.
  2. Rosjanie wygrywają.

Co się stanie, jeśli Polska zachowa neutralność i nie da się wplątać w konflikt? (Zastrzegam, że uważam to za bardzo mało prawdopodobne i to nie zależnie od tego, jaka partia będzie w Polsce u steru. Skoro Niemcy nie są w stanie oprzeć się amerykańskim naciskom, to my tym bardziej.)

Gdyby Kreml poniósł klęskę,

USA podyktowałoby Rosjanom swoje warunki. Ukraina odzyskałaby zapewne Krym i Donbas, a także otrzymałaby wsparcie w postaci sprzętu i technologii wojskowych (ponieważ Amerykanom potrzebny byłby silny sojusznik w regionie, a na Polskę nie mogliby już liczyć). Stany Zjednoczone natychmiast opuściłyby Europę i ogłosiły rzeczywisty pivot na Pacyfik. Ukraina natomiast zacieśniłaby współpracę z Niemcami, ponieważ Polska nie sprawdziłaby się jako sojusznik na trudne chwile. Ukraina z Donbasem, to Ukraina z ogromnym potencjałem produkcyjno surowcowym. Z wysoką populacją, doświadczoną w walkach i liczną armią, zapleczem przemysłowym, doskonałym położeniem geograficznym, z początkowym wsparciem USA, a także przy późniejszym partnerstwie z Niemcami, Ukraina byłaby dla Polski ogromnym konkurentem i zagrożeniem. Tymczasem znaczenie III RP mocno by spadło. Po porażce Kremla, w orbitę niemieckich wpływów wpadłaby zapewne również Białoruś. Drang nach Osten byłoby realizowane ponad polskimi głowami, a w dłuższej perspektywie zwyczajnie moglibyśmy się stać jednym z niemieckich landów. Lub doszłoby do kolejnych rozbiorów.

W sytuacji, gdyby Rosja wygrała starcie,

jej czołgi zatrzymałyby się pod Przemyślem. Na granicy z Polską. Nieistotne jest to, czy stałoby się to siłą rozpędu w czasie działań zbrojnych, czy też dopiero po podpisaniu kapitulacji przez Kijów. W ramach przebazowania jednostek. Biorąc pod uwagę Białoruś, cała nasza wschodnia granica znajdowałaby się pod presją. W przypadku utraty Ukrainy i powściągliwości Polski – Amerykanie byliby zmuszeni uznać całkowitą podległość Kijowa względem Moskwy. Możliwe, że nastąpiłaby Amerykańska ewakuacja z Europy. Zwłaszcza ze wschodnich, zagrożonych inwazja państw. Polska znalazłaby się w podobnej sytuacji do tej z marca 1939 roku, kiedy to III Rzesza anektowała Czechy i podporządkowała sobie Słowację.

Czy będzie nam wówczas lżej na sercach, gdy będziemy mieli świadomość tego, że Rosjanie zostali do takiego kroku zmuszeni przez Amerykanów? Że to Amerykanie doprowadzili do ponownego wybuchu konfliktu? Że to w ramach doktryny defensywnej, Rosjanie byli zmuszeni działać agresywnie?

Jak to moralne usprawiedliwienie własnej bezczynności będzie wpływało na sytuację, w której uzbrojona po zęby Armia Rosyjska stanie u naszych granic (wespół z wojskiem białoruskim), a Waszyngton dokona ponownego resetu stosunków pozostawiając nas samych na pastwę sąsiadów?

 

Oczywiście, należy rozpatrzyć również scenariusze, w których weźmiemy udział w działaniach zbrojnych na Ukrainie. I tak:

W przypadku porażki Rosji

usiądziemy przy stole zwycięzców, jako Ci, którzy oprócz samych obrońców wzięli na siebie największy wysiłek wojenny (bo zapewne tak się stanie). Co bardzo istotne, Amerykanom nie będzie już tak zależeć na silnej Ukrainie (ponieważ postawią na Międzymorze budowane wokół Polski). Oznacza to, że po układzie pokojowym Ukraina wcale nie musi wrócić do granic sprzed 2014 roku. Innymi słowy z konfliktu z pewnością wyjdzie słabsza i będzie bardziej skłonna orientować się na Warszawę (wciąż wspomaganą politycznie przez Waszyngton). Innymi słowy, nawet jeśli nasi politycy się nie wykażą przy negocjacjach, to i tak Polska ten pokój wygra.

Porażka Ukrainy

przy wsparciu ze strony Polski, Rumunii oraz USA (i zapewne Wlk. Brytanii) jest bardzo mało prawdopodobna. „Zielone ludziki” zapewne szybko ruszą w kierunku Dniepru jednak z Przemyśla do Kijowa nie jest wcale tak daleko. Podczas gdy Ukraińcy przyjmą na siebie pierwsze uderzenie i będą opóźniać pochód Rosjan, lądowe siły NATO (Polacy i Rumunii) wkroczą na zachodnią Ukrainę w celu „ochrony ludności cywilnej” przed „separatystami”. Wątpię by Rosjanie próbowali przebijać się przez ten kordon sanitarny. Raczej nastąpi wyścig o Kijów i przegrany będzie dyktować warunki. Może okazać się, że do starć między NATO, a „separatystami” wcale nie dojdzie. Jeśli Rosjanie wkroczą do Kijowa jako pierwsi, zapewne rozpoczną się rozmowy pokojowe. Z pewnością USA nie odpuści terenu, który już zostanie zajęty przez Polaków i Rumunów. Tym samym, prawdopodobnie dojdzie do aneksji wschodniej części Ukrainy przez Rosję, jednak państwo ze stolicą w Kijowie przetrwa. Politycznie pozostanie wówczas „neutralne”. Z Polskiej perspektywy taki scenariusz nie byłby najgorszy. Południowo wschodnia granica wciąż byłaby bezpieczna, a słaba Ukraina nie byłaby dla nas ani zagrożeniem, ani konkurencją.

Podsumowując.

Bierność państwa polskiego w obliczu inwazji na Ukrainę może okazać się fatalna w skutkach jeśli chodzi o sytuację geopolityczną.

Z drugiej strony, wysłanie polskich żołnierzy na wojnę z pewnością przyniesie straty ludzkie. Będzie się to również wiązało z ryzykiem dla całego społeczeństwa (choć wątpię, by Rosja i USA zaryzykowały otwarte i oficjalne starcie, raczej będzie ono odmianą ograniczonej wojny hybrydowej, a jednostki będą występować pod różnymi dziwnymi flagami – w końcu żadna ze stron nie chce zostać zmuszona do wywołania wojny nuklearnej).

Można różnie oceniać politykę zagraniczną prowadzoną przez USA. Można mieć świadomość tego, że Amerykanie posługują się Polską niczym narzędziem do realizacji własnych celów. Nie zmienia to jednak faktu, że najgorszy scenariusz uwzględniający udział Polaków w konflikcie na Ukrainie, może okazać się korzystniejszy geopolitycznie, niż najlepszy wariant wydarzeń, w których Polska nie weźmie udziału w w/w wojnie.

Czemu nie wspomniałem dotąd o zagrożeniu wojną nuklearną? Ponieważ nie sądzę, by wywołała ją którakolwiek ze stron NATO – Rosja. W Syrii Turcy zestrzelili Rosjanom samolot, a Amerykanie niedawno zbombardowali cały rosyjski oddział („najemników”) zabijając kilkuset ludzi. Pomimo tego Trump i Putin zamiast przycisku odpalającego rakiety, wolą wciskać ten od „szybkiego wybierania” w telefonie. Użycie broni atomowej będzie oznaczać zagładę i śmierć nie tylko dla cywilów, ale i samych rządzących. Z pewnością będą o tym pamiętać.

Jeśli chodzi natomiast o sprawy związane z etyką.

Przede wszystkim powinniśmy zdać sobie sprawę z tego, iż jeśli nasi żołnierze wezmą udział w działaniach zbrojnych na terenie Ukrainy, to nie powinni mieć wątpliwości, że walczą w słusznej sprawie. Bowiem nieistotne będzie to, czy wyjadą na wojnę na rozkaz Waszyngtonu czy też Warszawy. Za najważniejszy aspekt sprawy uważam ten, iż ostatecznie będą oni bronili nie tylko naszego interesu narodowego, ale również Polski i Polaków. Nas wszystkich. Nie możemy bowiem uchylać się od obowiązku walki twierdząc, że jest ona wywołana ze złych pobudek (interesy USA), w sytuacji, gdy skutek wojny będzie dotyczył Polski i Polaków. A tak właśnie będzie. III Rzeczpospolita znajduje się w takim położeniu geograficznym, iż każdy konflikt zbrojny za naszą wschodnią granicą, stanowi również bezpośrednie zagrożenie dla naszego państwa. Sytuacja natomiast wygląda tak, że na Ukrainie toczy się wojna. W przypadku inwazji Rosji, nie możemy dopuścić, by rosyjska armia zatrzymała się dopiero pod Przemyślem. Na polskich granicach. Niestety, pomimo tego, że decyzje podejmowane są przez Amerykanów, to skutki tych decyzji będą dotykać bezpośrednio Polski i Polaków. Znajdujemy się w sytuacji, w której brak reakcji może oznaczać dobrowolne samobójstwo.

Czy Polacy mają moralny obowiązek poświęcania swoich interesów państwowych i narodowych w imię pokoju na świecie? Zwłaszcza w sytuacji, gdy znacznie silniejsi uchylają się od tego obowiązku, a najpotężniejsze mocarstwo świata dąży do wojny?

Są to ważne pytania, ale dla większość z nas, raczej teoretyczne.

Znacznie ważniejszą kwestią dla obywateli jest to, czy powinni narażać bezpieczeństwo i życie swoje i  bliskich w imię walki o tzw. interes narodowy. Jedni będą gotowi oddać za to życie, inni stwierdzą, że właśnie życie jest tym interesem. Każdy będzie posługiwał się tutaj swoją definicją patriotyzmu (w zależności od przekonań, cenionych wartości czy wiary). I każdy ma do tego prawo. Kluczem do zbudowania jedności społeczeństwa, o co powinniśmy się starać, jest zrozumienie tego.

 

Eksperyment

Wprawdzie ciężar podjęcia tej trudnej decyzji (wojna czy pokój) nie spoczywa na nas. Obywatelach. Na mnie. Na Tobie. Pomimo to proponuję przeprowadzić pewien eksperyment intelektualny. Jeśli jesteś jego ciekaw, to czytaj teraz wolno i uważnie. Zadaj sobie następujące pytanie:

 

„Czy wybieram wojnę u boku agresora, czy też pokój u boku konkurentów?”

 

Zaryzykujesz, czy wybierzesz życie? Zawalczysz, czy wybierzesz bezpieczeństwo kosztem wolności? Poszukaj odpowiedzi. Sam w duchu.

Poczuj, przed jakimi dylematami stali nasi przodkowie i przed jakim dylematem stoisz Ty sam. Jak trudna do podjęcia jest ta decyzja i jak jej ciężar może przygnieść w przypadku wybrania niewłaściwej drogi. Idziesz na wojnę? Ryzykujesz życiem? Czy wybierasz pokój. Z nadzieją, że wszystko będzie dobrze.

Musisz sam dla siebie, dokonać wyboru, a następnie…. Wyobrazić sobie, że był on błędny. I z tym ciężarem odpowiedzialności stań w myślach przed swoim prawnukiem. Przeproś go. I wytłumacz się. Potrafisz?

 

Dlaczego

Każdy wybór jest i dobry i zły. Każdy wybór jest niezwykle trudny, a każda osoba ma prawo do postrzegania tego problemu w inny sposób. Zrozum to. Przełam własne schematy myślowe i uszanuj odmienną decyzję pozostałych. Po co? By nie toczyć kolejnej wojny polsko – polskiej o to, kto jest większym patriotą. Kto ma rację, kto bardziej dba o interes narodowy. Kto jest mądrzejszy, a kto daje się wysługiwać obcym interesom.

Bo przecież nie o to tutaj chodzi. Władze i stronnictwa polityczne możemy oceniać różnie. Krytykować tych, lub innych. Niewiele to jednak zmieni. Współcześnie nie ważne jest to, która partia sprawuje władzę. Decyzje, jeśli chodzi o politykę międzynarodową, zapadną podobne w każdym jednym wariancie.

Ale my, jako społeczeństwo, powinniśmy szanować się wzajemnie i podchodzić z szacunkiem do wyborów, jakie podejmuje każdy z nas. Czy będzie to „pokój” czy „wojna”, ta czy inna partia, czerń czy biel, każdy z nas podejmuje tą decyzję z myślą o Polsce i Polakach. Każda z tych opcji może okazać się słuszna, ale i może prowadzić do całkowitej klęski. Być może o tym, jak to się wszystko zakończy zadecyduje zwykłe szczęście? Ktoś wówczas może powiedzieć – miałem rację. Ale czy to jest wynik jego mądrości, czy zwykłego zrządzenia losu? Czy uprawnia go to, do negatywnej oceny tych, którzy sądzili inaczej? Przecież o „racji” zadecydował zwykły los. Rzut monetą. Nic więcej.

Roman Dmowski i Józef Piłsudski byli ludźmi o kompletnie różnych poglądach, którzy obrali dwie odmienne drogi prowadzące do odzyskania przez Polskę niepodległości. Podejmowali decyzje, które były niezmiernie istotne dla naszego kraju. Czasem z różnym skutkiem. Jednak obaj się wzajemnie szanowali (co nie oznacza, akceptacji). I nie wchodzili sobie w drogę. Nie prowadzili prywatnej wojny między sobą. Tylko tyle, i aż tyle. To wystarczyło, by Roman Dmowski zwyciężył Polakom pokój w traktacie wersalskim. To wystarczyło, by Józef Piłsudski wytyczył granice II Rzeczpospolitej.

Jeśli chodzi o państwo, to nie my podejmujemy decyzje. Ale my jako społeczeństwo będziemy wspólnie ponosić ich skutki. Razem. Bo interes narodowy, to nasz interes.

Nie dajmy się dzielić pod wpływem emocji. Spierajmy się na argumenty, dyskutujmy, ale nie prowadźmy wojny przeciw sobie.  Niech polityczne spory, nienawiść i walka nie przenoszą się na ulice i do naszych domów. Gdy politycy będą chcieli się pozabijać, nie pozwólmy, by robili to naszymi rękami. Bo tu w domach, umysłach i na ulicach to my podejmujemy decyzję. Wojna? Czy pokój? Spór czy zgoda? Należy wówczas pamiętać, że w tym przypadku opcja „wojna” nie przyniesie absolutnie żadnych korzyści.

Trzeba spojrzeć w przyszłość. Jeśli przyjdzie budować wspólnotę, czy to europejską czy to międzymorską, co powinniśmy zaproponować innym narodom? Zaciekłe spory i zamknięte umysły pogrążone w walce i nienawiści? Czy mądry, jednolity naród, dumny ze swojej historii, kultury i wartości? By decydować o sile wspólnoty, w pierwszej kolejności należy zadbać o jedność narodu. Bądźmy magnesem, a nie opiłkami żelaza, które bezwolnie ulegają przyciąganiu. Tylko tak będziemy mogli stawić czoła przyszłym wyzwaniom. Niezależnie od scenariusza.

 

 

Krzysztof Wojczal

geopolityka, polityka, gospodarka, prawo, podatki – blog

 

P.S.

Zależy mi tym, by przesłanie niniejszego wpisu zostało odebrane jako szczerze i uczciwie przedstawione. Zdając sobie sprawę z tego jak trudno jest myśleć całkowicie apolitycznie (zarówno dla mnie autora w czasie pisania, jak i dla czytelnika ), czuję, że lepiej dla wpisu będzie jeśli postawię sprawę jasno:

  • trzykrotnie głosowałem w wyborach parlamentarnych na PO (pierwszy raz przegrali, dwukrotnie wygrali, bardzo podobała mi się ich pierwsza kadencja w której nie zrobili praktycznie nic –  wychodziłem z założenia, że im mniej politycy robią tym lepiej dla nas – jak się okazało po drugiej bardzo pracowitej kadencji, miałem rację),
  • ani razu nie byłem wyborcą PiS-u, ani jego przedstawicieli,
  • jak dotąd żaden z wybranych przeze mnie kandydatów nie został prezydentem,
  • w chwili obecnej nie jestem wyborcą żadnej z tych partii, jakie dostały się do sejmu.

Tyle jeśli chodzi o szuflady.

84 komentarze

  1. Niestety nie zgodzę się, że sojusz z USA jest taki świetny i zapewni nam pozycję mocarstwa w przypadku wygranej usa. Zapomniał Pan o ustawie 447 którą podpisał Trump, a która skazuje Polskę na niewolnictwo ekonomiczne wobec żydów, gdyz wymusza na nas bilionowe odszkodowania dla Izraela za holokaust. Jakkolwiek brzmi to absurdalnie, ale tak jest. Czyżby nie zauważył Pan, że obecnie usa razem z izraelem i niemcami próbują zafałszowac historię wskazując , że to Polacy byli winni holokaustu. Czy tak postępuje sojusznik czy może raczej śmiertelny wróg. Wystarczy chociazby przytoczyć historię Jałty. Czy usa zachowało się wobec Polski jak sojusznik po II wojnie światowej. To fatalny sojusz. Na sojusz z Berlinem czy rosją też bym nie liczyła. Ale jakbym miała cokolwiek do powiedzenia zastanowiłabym się nad sojuszem z chinami. Przy umiejętnej i rozumnej polityce Polska dzięki chinom mogłaby się wyrwać z pętli zadłużenia (wszak Chiny to potęga) i zarobić na Jedwabnym Szlaku. Co mówił Song Hongbing na spotakniu w Polsce? Polska ma idealne położenie geostrategiczne dla budowy Szlaku. Czy Stany próbowałyby się na nas zemścić? Pewnie tak, ale mając u boku Pekin nie obawiałabym się zbytnio ich zemsty. usa to bankrut, kolos na glinianych nogach. Więc czy warto liczyc na sojusz z nimi? Bez urazy tylko głupiec nie widzi jak to szkodliwy sojusz

    1. Czy Chiny są alternatywą?

      Gdzie są ich sojusze wojskowe do których mogliby nas zaprosić, gwarantując bezpieczeństwo (jak choćby NATO). Gdzie jest Nowy Jedwabny Szlak? (Dopiero w budowie). Dotychczasowe doświadczenia różnych państw, jeśli chodzi o relacje z Chinami, sprowadzają się do tego, że Pekin słabszym narzuca swoją wolę niczym dyktator, a silniejszych próbuje wykorzystać (kradzież technologii, know-how, uzależnianie od eksportu etc.etc.).
      Szukanie „wybawienia” w Chinach jest dokładnie takim samym błędem jak szukanie wybawienia gdzie indziej. Każdy gra na swój interes. Jeśli Chińczycy mogliby zrobić interes z Rosją, naszym kosztem – zrobili by go. Podobnie jak USA, Niemcy, Rosja i każdy inny.

      Dlatego uważam, że nie ma co patrzeć na historyczne „zdrady” czy wybierać tego lub innego „dobrego wujka”. Trzeba zwracać się tam, gdzie AKTUALNIE można coś zyskać. Na dzień dzisiejszy Chiny nam niczego de facto nie zaproponowały. Nie zagwarantują nam również wsparcia względem Niemiec (i UE) czy Rosji, bo one leżą dokładnie na tej samej nitce szlaku, na którym leży Polska. Mało tego. POLSKA nie jest obecnie partnerem dla Chin. Co my możemy zaoferować Chińczykom, czego nie mogą zaoferować inni? Położenie? Przecież główną nitką NJS ma być szlak przez Bliski Wschód. Polska znów znajduje się w niekorzystnej sytuacji (dualizm na Łabie). Ponadto północna nitka szlaku przez Polskę, wiedzie najpierw przez Rosję, a następnie bądź to Ukrainę (a tam jest wojna, więc ta opcja już odpada na razie) bądź to Białoruś (a i tu sytuacja jest napięta). Więc i nawet ta nitka NJS stoi pod znakiem zapytania.

      Więc jak widać, Pekin musi się z Moskwą albo dogadać, albo nie będzie żadnego szlaku przez Polskę. Jak Pani widzi w takiej sytuacji sojusz Polsko-Chiński?
      Bo jeśli Rosja znajdzie porozumienie z Chinami w tej kwestii, to Kreml będzie dążył do umowy z Berlinem ponad głowami Warszawy. A dla Pekinu nie ma znaczenia kto będzie kontrolował szlak na polskim odcinku. Grunt, żeby towary szły w tą i z powrotem. Nie ważne kto będzie przewoźnikiem i beneficjentem. Z punktu widzenia Pekinu, terytorium Polski mogłoby zostać podzielone między Rosję i Niemcy. Dodatkowy pośrednik w łańcuchu dostaw, to tylko dodatkowy problem i koszty.

      Nawet jeśli chcielibyśmy ukierunkować się w przyszłości na Pekin, to na dzień dzisiejszy tylko dzięki Amerykanom możemy zyskać na Nowym Jedwabnym SZlaku (taki paradoks). USA zdemolowało Bliski Wschód i odizolowało Iran. Tylko dzięki temu, Chińczycy rozważają poważnie północną nitkę szlaku przez Rosję.
      Obecna polityka USA bardzo mocno uderza w siłę Rosji (głównie gospodarczo i politycznie). Dla nas, od połowy polskiej historii, osłabienie Rosji jest w jak największym interesie narodowym. Tymczasem Chiny grają na taktyczne partnerstwo ratując Kreml przed upadkiem. Wzmacniają naszego najgroźniejszego obecnie sąsiada. Więc na dzień dzisiejszy, ja tu widzę więcej znaków zapytania niż możliwości do porozumienia.

      Warto również wspomnieć, że mało brakowało, by Chińczycy wykupili u nas strategicznie nieruchomości pod hub logistyczny. Innymi słowy, sami chcieli zbudować tutaj własną infrastrukturę, która obsługiwałaby handel. Taktyka dokładnie ta sama, jaką stosuje Berlin. Zainwestować tanio, zarobić ile się da, a Polaków zatrudnić do pracy. Przy okazji dać kilka łapówek, znieść cła dla chińskich produktów i zająć cały rynek wypierając produkty zachodnie i lokalne.

      To tylko kilka wybiórczych punktów, gdzie widzę poważne wątpliwości jeśli chodzi o orientację na Chiny (obecnie).
      Dziś, interesy polski pokrywają się po części z interesami amerykańskimi (kwestia Rosji). I dlatego właśnie powinniśmy grać na USA i ugrać na tej sytuacji tak wiele jak się da. I przygotować się na „wyjście” Amerykanów z Europy, bo nie zależnie od tego, czy wygrają czy przegrają – z pewnością stąd wyjdą.

      Wówczas będzie można myśleć o zmianie stron. Nie wcześniej.

  2. Skoro miałaby się powtórzyć lekcja z historii – „Józef Beck miał do wyboru wojnę lub pokój, wybrał pokój, a wojnę mieliśmy i tak” to wybieram wojnę. Nie rozumiem jak można się poddać bez walki.

Leave a Reply

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *