Polski dead end? – Czyli co może zrobić Polska w obliczu nowego otwarcia Bidena

Trzecia dekada XXI wieku rozpoczęła się fatalnie dla polskiego rządu. Wraz z 2021 rokiem urząd w Białym Domu objął prezydent Joe Biden. Polityk zasłaniający się sztandarem wartości i ideologii, który postanowił ukarać rząd PiS za konserwatyzm i ścisłą współpracę z Donaldem Trumpem. Przynajmniej tak twierdzą niektórzy. Choć trzeba przyznać, że władze znad Wisły nie zrobiły absolutnie nic, co byłoby sprzeczne z interesami Stanów Zjednoczonych. Co wybrzmiewało czasem w debacie publicznej nawet jako zarzut.

Wydaje się, że Joe Biden ma zupełnie inny pomysł na politykę w Europie i, że jego rezerwa wobec polskich władz wynika z chęci zawarcia porozumienia z Niemcami. Jednakże uzasadnienie to nie daje odpowiedzi na wszystkie wątpliwości. Bowiem negocjując z Berlinem, Waszyngton wcale nie musiał aż tak bardzo dystansować się od Warszawy (vide wciąż brak jest amerykańskiego ambasadora w Polsce). Równie dobrze Joe Biden mógł utrzymać bardzo bliskie – lub choćby neutralne – relacje z Polską po to, by pokazać Niemcom, że wciąż posiada alternatywę i może kontynuować bolesną dla nich politykę Donalda Trumpa. Jednak stało się inaczej.

W efekcie nie da się nie dostrzec, że polski rząd stracił oparcie w polityce międzynarodowej. Będąc w sporze z Unią Europejską i Niemcami, przy wrogo nastawionej Rosji, Warszawa nagle musiała samodzielnie stanąć na nogi i utrzymać równowagę. Skutkiem tego są próby rozmów i zawierania porozumień m.in. z Turcją.

Postawa Joe Bidena wobec Warszawy została odczytana jako swoista zachęta czy też sygnał do ataku i wywierania presji na polski rząd. Również tej wewnętrznej. W miniony weekend obserwowaliśmy głośny powrót Donalda Tuska do krajowej polityki. Wydaje się, że wybrał na to odpowiedni moment, ponieważ sprzyja mu koniunktura zarówno geopolityczna jak i polityczna:

  • Joe Biden negocjujący z Niemcami w sposób bardzo łagodny i sugerujący możliwość dobicia targu kosztem relacji z Polską, a także dystansujący się od władz z Warszawy,
  • trwająca druga kadencja rządu PiS, która z dużą dozą prawdopodobieństwa będzie ostatnią, ponieważ żadnej partii w III RP nie udało się sprawować rządów trzykrotnie z rzędu, a jednocześnie występuje wysokie ryzyko „znużenia” społeczeństwa długimi rządami jednej opcji,
  • zapowiedź Jarosława Kaczyńskiego, że będzie to jego ostatnia prezesura w PiS,
  • wybuch pandemii i gospodarczy lockdown, których skutki zaczęły frustrować polskie społeczeństwo, skupiając negatywne emocje na rządzących,
  • skutki lockdownu, a także możliwy brak poparcia USA i finansjery mocno uderzą w polski budżet, wobec czego PiS może nie mieć już środków w budżecie na kolejne przekupstwo wyborcze w postaci programów socjalnych.

Czy polski rząd znalazł się w ślepym zaułku bez wyjścia i czy stało się to na jego własne życzenie?

 

Zmiany w układzie sił, do których nie doszło

 

W ostatnich miesiącach powstało wiele komentarzy, materiałów oraz artykułów w których różni autorzy (i to bez względu na środowisko pochodzenia) dowodzili, że zwycięstwo Joe Bidena w wyborach było w zasadzie pewne. Tak samo jak jego zwrot i przeorientowanie polityki międzynarodowej USA. Liczni komentatorzy – z mniejszym lub większym autorytetem – wskazywali, że nastąpiła jakaś bliżej nieokreślona geopolityczna zmiana, która skłoniła Joe Bidena do przeorientowania polityki wobec Polski. Co zdaniem licznej grupy krytyków dotychczasowej polityki wykorzystywania przez Polskę zbieżności interesów z USA, można było wcześniej przewidzieć. Tak samo jak fakt, że to przeorientowanie doprowadzi lada moment do „drugiego resetu” z Rosją, „drugiej Jałty” tudzież „odwróconego Nixona” (niezależnie od nazwy).

Tymczasem fakty są takie, że pomiędzy 2020 i 2021 rokiem nie zmieniło się absolutnie nic w istniejącym na arenie międzynarodowej układzie sił.  Nie zmieniły się również cele i interesy narodowe Stanów Zjednoczonych. Mało tego, nie zmienił się także kierunek w jakim podąża Waszyngton. Wciąż chodzi o obronę statusu hegemona. Powstrzymanie Chin, pozyskanie skutecznych lewarów na Rosję – by ta nie mogła zwrócić się przeciwko USA w najmniej oczekiwanym momencie. Metodą osiągnięcia tych dwóch powyższych celów wciąż ma być odzyskanie pozycji niekwestionowanego lidera w świecie zachodu oraz podporządkowanie polityczne Unii Europejskiej. Tak, by ta wespół z USA wywierała naciski na Federację Rosyjską oraz Chińską Republikę Ludową.

Nie zmieniła się ponadto sytuacja Polski w wyżej opisanej układance. Warszawa oddziela Moskwę od Berlina i to polskie terytorium może stanowić amerykańskie narzędzie do powstrzymywania Niemców i Rosjan przed zbudowaniem Eurosji od Lizbony po Władywostok stanowiącej odrębny i konkurencyjny względem Amerykanów ośrodek siły.

Nie doszło wreszcie do żadnego przetasowania kart na linii Waszyngton – Moskwa. Mimo, że wielu w to uwierzyło jeszcze przed szczytem Biden-Putin. Zresztą część komentatorów – wbrew jasnym deklaracjom obu przywódców – wciąż wierzy w wyimaginowaną przez siebie fatamorganę i powołuje się na „drugą Jałtę”. Choć trzeba przyznać, że ten fałszywy obraz wynika poniekąd ze słusznej konstatacji, że Stanom Zjednoczonym powinno zależeć na wsparciu ze strony Rosji w rywalizacji prowadzonej przeciwko Chinom.

Jednak tego rodzaju porozumienie nie ma szans zaistnieć w obecnej sytuacji geopolitycznej – bez względu na to, jak bardzo byłoby ono korzystne dla Waszyngtonu (co opisywałem kilka lat temu w analizie pt.: USA zamierzają pobić Rosję. Resetu nie będzie”). Nawet chęci poszczególnych przywódców nie wystarczą. Ta teza, którą staram się powtarzać i uzasadniać od lat, jest oparta o proste spostrzeżenie. Stany Zjednoczone już raz straciły cztery lata w wyniku resetu z Rosją z 2009 roku, po którym okazało się, że Władimir Putin gra przeciwko Waszyngtonowi. W efekcie zamiast zapowiadanego przez Hilary Clinton piwotu na Pacyfik, Amerykanie musieli wrócić do Europy i zaangażować się mocno w kwestię Ukrainy. Z tego powodu, by zgodzić się na ponowny „reset” lub taktyczny sojusz z Rosją, Waszyngton musi oczekiwać gwarancji. Ponieważ bez nich, Putin mógłby zmienić strony w trakcie rywalizacji chińsko-amerykańskiej i przeważyć szalę na stronę Pekinu. Gwarancjami takimi mogłyby być dostateczne silne lewary na Rosjan, dzięki którym Amerykanie byliby zdolni do użycia szantażu. Waszyngton musi uzyskać możliwość zasygnalizowania:

„Jeśli się zwrócicie przeciwko nam, to poniesiecie takie konsekwencje, że nie będzie to dla Was opłacalne nawet jeśli przegramy”.

Trudno wyobrazić sobie tego rodzaju silny lewar. Niemniej, Amerykanie próbują go zbudować poprzez stworzenie zależności Federacji Rosyjskiej od Stanów Zjednoczonych lub ich lojalnych sojuszników w zakresie dostaw ropy i gazu do Europy. Dostaw, z których żyje rosyjski budżet. Dlatego Donald Trump blokował Nord Stream II oraz South Stream. Dlatego również Polska była zachęcana i dopingowana w zakresie budowy Baltic Pipe oraz innych inwestycji infrastruktury przesyłowej. W tym na linii północ-południe (gazociąg do Chorwacji), zachód-wschód (gazociąg na Ukrainę).

Oczywistym jest, że Władimir Putin nie może zgodzić się na oddanie Amerykanom kluczy do własnego sejfu. Decydenci z Kremla zamierzają zachować niezależność od USA oraz odporność na presję polityczno-gospodarczą z zewnątrz. Federacja Rosyjska ma pozostać państwem jak najbardziej swobodnym w kreowaniu własnej polityki zagranicznej.

Dlatego już od blisko siedmiu lat nie doszło do żadnego porozumienia między Stanami Zjednoczonymi a Rosją. Zwrotu przeciw Moskwie dokonał jeszcze prezydent Barack Obama. Gdy wybory do Białego Domu wygrywał Donald Trump, huczało od pogłosek na temat jego powiązań z Rosją oraz bliskich relacji z Władimirem Putinem. Przed szczytem w Helsinkach, wielu zapowiadało nowy reset. Dokładnie bliźniaczy scenariusz obserwowaliśmy przez ostatnich kilka miesięcy, kiedy to administracja Joe Bidena w ramach „nowego otwarcia” zdecydowała się na szczyt w Genewie. I ponownie nie doszło do żadnego przełomu. Mimo, że niektórzy chcieliby to widzieć inaczej. Jednak wskazać należy, że sama zmiana osoby prezydenta USA nie doprowadzi do strukturalnych zmian na globalnej szachownicy. Układ sił i globalna sytuacja geopolityczna pozostały bez zmian.

Skoro nic się nie zmieniło na globalnej szachownicy, to czemu tak wiele się zmieniło się dla Polski?

 

Nowy lider i nowe metody osiągnięcia tych samych celów

 

Odpowiedzią na wyżej postawione pytanie jest to, że o ile polska figura wciąż stoi w tym samym miejscu, po środku europejskiej szachownicy, o tyle zmieniła się koncepcja jej wykorzystania. Joe Biden postanowił ją zwyczajnie wymienić.

W celu zmuszenia Niemiec do jednoznacznego opowiedzenia się po amerykańskiej stronie, prezydent Donald Trump zdecydował się na ostrą retorykę oraz twarde argumenty. Również w postaci ceł na niemiecką stal i aluminium. Oprócz nacisków gospodarczych, administracja Trumpa zainwestowała w polityczny projekt Trójmorza oparty o Polskę jako lidera. Z którym zacieśniono relacje. Jednakże polityka Donalda Trumpa nie zdążyła odnieść spodziewanego skutku. Niemcy przypierane do muru cofały się. Angela Merkel była upokarzana na wspólnych konferencjach z Trumpem. Niemcy stali się w pewnym momencie obserwatorami, którzy biernie zwlekali czekając, aż Trump siłą ściągnie ich z płotu po własnej stronie. Władze z Berlina do momentu porażki wyborczej Donalda Trumpa nie odważyły się na wykonanie ani jednego kroku wbrew interesom USA. Sytuacja zmieniła się raptownie tuż po wyborach. Korzystając z zamieszania i swobody, natychmiast uzgodniono (przełom 2020-2021) umowę inwestycyjną z Chinami. Wcześniej władze z Berlina nie odważyły się tego zrobić.

Niezależnie od tego, jak krytycznie oceniać prezydenturę Donalda Trumpa (zwłaszcza fatalne zachowanie po porażce wyborczej), to trzeba zauważyć, że jego polityka zagraniczna była skuteczna. Renegocjował szereg umów, w tym z Kanadą, Meksykiem i Koreą Południową (jeśli podpisanie nowej umowy nie jest dowodem skuteczności, to nie wiem co nim jest). I co należy powtórzyć. Donald Trump kompletnie obezwładnił Niemców w polityce zagranicznej. Nacisnął na Federację Rosyjską i nie bał się mocnej konfrontacji z Chinami. Uderzając w ich gospodarkę (cła), na co Pekin niespecjalnie mógł odpowiedzieć. Oczywiście wszystko to odbywało się kosztem wiarygodności Stanów Zjednoczonych na arenie międzynarodowej.

Joe Biden postanowił odbudować tą wiarygodność i prowadzić politykę w oparciu o dobre relacje, łagodną retorykę oraz konsensus. Wyciągnął rękę do Niemiec, by wciągnąć ich w orbitę własnej polityki na zasadach dobrowolności. I postanowił wykonać gesty dobrej woli w postaci rezygnacji z części sankcji na niemiecką spółkę związaną z Nord Stream II (wbrew pozorom to ustępstwo symboliczne, bowiem Rosjanie i tak samodzielnie kończyli gazociąg). Wydaje się, że drugim gestem dobrej woli jest właśnie zachowanie dystansu względem Polski, co może również później pomóc w kompletnym zawieszeniu relacji w razie porozumienia z Niemcami.

Jednocześnie nowy prezydent nie dokonał żadnego zwrotu w relacjach z Rosją (zmieniając retorykę na ostrą – w porównaniu do przyjaznej narracji Trumpa, która przykrywała jego twarde decyzje). Joe Biden utrzymał decyzje wyjścia z Afganistanu. Kontynuuje politykę nastawioną na powstrzymywanie Chin. Nie zamierza również oddać Ukrainy, na której wyrwanie z kremlowskich szponów tyle pracował wraz z Barackiem Obamą. Co jest kolejnym powodem, dla którego niemożliwym jest porozumienie na linii Waszyngton – Moskwa. Bowiem w strategicznym interesie Federacji Rosyjskiej jest odzyskanie kontroli nad Ukrainą. Jest to warunek sine qua non porozumienia z USA. Tymczasem Amerykanie nie mogą sobie pozwolić na odpuszczenie kwestii Kijowa. Ponieważ mimo braku formalnego sojuszu, cały świat obserwuje, czy Stany Zjednoczone są wiarygodne w raz danych gwarancjach bezpieczeństwa. Czy są dość silne jako protektor, by bronić przed rywalami zdobytych wcześniej rubieży. Jednocześnie nierozsądnym byłoby poddanie Ukrainy bez uzyskania w zamian żadnych konkretnych gwarancji. A tych Władimir Putin nie zamierza udzielać.

 

Niemiecki zarządca Europy

Cały plan zdobycia lewarów na Federację Rosyjska oraz wygrania rywalizacji z Chińską Republiką Ludową opiera się o zjednoczenie sił USA oraz Unii Europejskiej. Duet ten może bowiem przydusić Rosję w kwestii sprzedaży surowców energetycznych, a także wywrzeć olbrzymią presję na Chiny. Bowiem ponad połowa eksportu Chińczyków przypada właśnie na USA i UE. Innymi słowy, zachód daje Chinom zarobić, a kapitał ten jest niezbędny do wewnętrznych przekształceń w Państwie Środka. Do budowy klasy średniej, rozwijania technologii oraz tworzenia własnej niezależności rynkowej.

Należy więc zadać pytanie, czy polityka Joe Bidena względem Niemiec, Francji i UE jako całości okaże się skuteczna? By odpowiedzieć twierdząco na tak zadane pytanie, należałoby udowodnić, że Republika Federalna Niemiec byłaby gotowa ponieść koszty i straty ekonomiczne w starciu z Chińską Republiką Ludową oraz Federacją Rosyjską w imię amerykańskiej hegemonii. Donald Trump dawał Niemcom następujący wybór: albo poniesiecie niezbędne koszty rywalizacji z Chinami i Rosją, albo poniesiecie jeszcze wyższe straty jak odetniemy Was od naszego rynku, kapitału, struktur przepływu pieniądza, a także globalnego łańcucha dostaw. Oczywiście wszystko to leżało jedynie w sugestii, a rzeczywistym czynnikiem dyscyplinującym były na pierwszym etapie cła na wybrane produkty. Niemniej renoma i działania Trumpa nakazywały się zastanawiać, czy byłby gotowy do kolejnych drastycznych kroków. Z kolei Joe Biden, by przekonać Niemców do poniesienia kosztów współpracy z USA, będzie musiał zaproponować cenę, która wyrówna lub zniweluje Berlinowi ewentualne straty.

Warto więc poświęcić trochę miejsca na zastanowienie się nad tym, czego pragnęłyby władze z Berlina, gdyby miały zgodzić się na zapłatę amerykańskiego rachunku. To, na czym Niemcom zależy najbardziej – w kwestii geopolitycznej – to odzyskanie kontroli nad tzw. Mitteleuropą. Donald Trump pokazał Niemcom, że ich kontrola nad Europą Środkową nie jest absolutna i można z łatwością ją podważyć. Stany Zjednoczone wyrzuciły w 2015 roku Niemców z Europy Środkowej w takim tempie i z takim impetem, że ci aż wyskoczyli z butów, a Angela Merkel przez pięć lat zbierała rozrzucone wkoło fatałaszki. Niewątpliwym jest, że dzięki temu Joe Biden ma znacznie ułatwione zadanie, jeśli chodzi o perswazję.

 

Co to oznacza dla Polski?

 

W mojej ocenie, Joe Biden jest gotowy złożyć ofiarę z polskiego rządu w ramach gestu pojednania z Niemcami. Niemniej, jeśli zrobi to przedwcześnie, to Stany Zjednoczone ponownie stracą położonego w kluczowym miejscu (w kontekście sporu z Rosją), lojalnego sojusznika. A w zamian mogą doczekać się szybkiego resetu relacji na linii Berlin-Moskwa oraz powrotu do szerszej osi Paryż-Berlin-Moskwa oraz budowy koncepcji Eurosji. Ośrodka siły, który wcale nie wspierałby USA w rywalizacji z Chinami, tylko starał się zyskać na sporze gigantów. Ich kosztem. Tymczasem bez wsparcia Unii Europejskiej, amerykańska hegemonia mogłaby być nie do obrony. Przynajmniej na jakiś czas.

Znacznie bardziej rozsądnym rozwiązaniem z punktu widzenia USA byłoby utrzymanie stanu pewnego rodzaju zawieszenia Polski. Tak by nie wpadła ona jednoznacznie w niemieckie wpływy, ale jednocześnie by nie stanowiła dla Niemców drzazgi wbitej w oko. Tak jak to było do tej pory. Wówczas Niemcy musieliby podążać zgodnie z linią polityczną USA ze świadomością, że w każdej chwili Amerykanie mogą wrócić do koncepcji Trójmorza i rozbijania niemieckiego autorytetu w UE. Przecież jeśli powstanie gazociąg Nord Stream II, to Niemcy będą mogli w każdej chwili zrezygnować z odbioru gazu za jego pośrednictwem całkowicie (np. na żądanie USA) lub też wznowić dostawy w pełnym zakresie (działając wbrew woli USA). W tym kontekście Amerykanom potrzebny byłby swoisty Miecz Damoklesa, który nieustannie wisiałby nad niemieckimi głowami.

W pierwszym z opisywanych wyżej scenariuszy, polski rząd musiałby się liczyć z ogromną presją międzynarodową (której jeszcze nie widać), a do tego np. obniżeniem ratingów ekonomicznych dla Polski, co wiązałoby się z mniejszą wiarygodnością a więc skutkowałoby podrożeniem kosztów zadłużania się. To nie pozwalałoby korzystnie rolować długów, tak więc rząd miałby jeszcze większe problemy budżetowe. Wszystko to prowadzi nas do pytania, czy rząd by przetrwał? I co by się stało, gdyby odpowiedzieć na nie przecząco?

W drugim z opisywanych wariantów, amerykańska administracja wciąż utrzymywałaby ogromny dystans względem Warszawy. Co pozostawiałoby wielką niepewność w obozie rządzącym. Jednocześnie polska dyplomacja nie posiadając oparcia w USA, nie mogłaby zbudować koalicji wspierającej wewnątrz UE, a w konsekwencji miałaby bardzo ograniczone możliwości sprzeciwiania się osi Paryż-Berlin. Ponadto w kwestiach polityki wewnętrznej, z punktu widzenia Stanów Zjednoczony sytuacja, w której PiS musiałby sprawować rządy mniejszościowe byłaby idealną. Z jednej strony obezwładniłoby to koalicję rządzącą (również w kwestiach międzynarodowych), z drugiej Polska wciąż pozostawałaby poza kontrolą Niemiec.

 

Czy Polska powinna dokonać zwrotu w polityce zagranicznej?

 

Wobec tak trudnego położenia, w jakim znalazły się polskie władze, w debacie publicznej pojawiły się pomysły na to, co w takiej sytuacji polska dyplomacja powinna zrobić. Część głosów wskazywała, że Polska powinna zacząć prowadzić wreszcie politykę wielowektorową. Dowodząc, że należało to zrobić już wcześniej. Temat ten poruszałem wielokrotnie w moim wpisach, więc nie będę poświęcał temu wiele miejsca. Przede wszystkim wskazać należy, że na współpracy z Chinami zwyczajnie nie moglibyśmy wiele zyskać, a wręcz Pekin – jak wszędzie indziej – próbowałby wyciągnąć naszym kosztem jak najwięcej korzyści. Dość szeroko i bardzie szczegółowo uzasadniałem tą tezę w tekście pt.: „Czy Chiny mają cokolwiek do zaoferowania Polsce?”. Jednocześnie wskazać należy, że w interesie Republiki Federalnej Niemiec nie jest żadne porozumienie z Polską na zasadach partnerstwa. Niemcy dążą do odzyskania kontroli nad Warszawą i dalej całą Europą Środkową. Wobec czego nigdy nie zaproponują nam satysfakcjonującej nas oferty, o czym pisałem między innymi w: „Czy niemiecka oferta dla USA jest rzeczywiście szansą dla Polski?”. Dla Niemców warunkiem koniecznym do dobrowolnej zgody na pewnego rodzaju podległość względem USA jest odzyskanie Mitteleuropy. Bez tego, Berlin związałby sobie ręce, postępując zgodnie z wolą władz z Waszyngtonu a jednocześnie godząc się na polskiego blockera w Unii Europejskiej. Oporną Polskę, która w dodatku korzystałaby z siły Stanów Zjednoczonych by zwiększać swoją asertywność względem Niemiec i konsolidować politycznie bloki pod swoim przywództwem w postaci V4 lub Trójmorza. Tego rodzaju scenariusz jest dla władz z Berlina zwyczajnie nie do zaakceptowania, dlatego Donald Trump chciał wymusić go poprzez działania pacyfikacyjne. Zamierzał bowiem pozyskać zarówno pro-amerykańską oś w UE, jak również dzięki zależności Niemców od USA, zmusić ich do kapitulacji i poddania się przywództwu politycznemu Waszyngtonu.

Jednocześnie wskazać należy, że znaczne zaangażowanie Donalda Trumpa w relacje z Polską, niejako wywierały na Warszawie presję lojalności. Z drugiej strony byliśmy świadkami, jak amerykański prezydent potrafił potraktować sojuszników, którzy sprzeciwiali się jego woli. Opuścić głowę musieli Koreańczycy z południa, Kanadyjczycy, Australijczycy, na swoją kolej „renegocjacji” umowy czekała Japonia. Niemcy zostały obezwładnione. Niezwykle nierozsądnym byłoby wówczas działanie przeciwko interesom USA, w poprzek linii uzgodnionej z Donaldem Trumpem. W porównaniu do ww. państw, Polska byłaby znacznie łatwiejszym celem do zdyscyplinowania. Tak więc zamiast ponosić koszty oporu, znacznie korzystniej było płynąć z nurtem i korzystać na wspólnocie interesów z hegemonem. Jednak nie ograniczało to zupełnie pola manewru. Moglibyśmy zawierać deale choćby z Wielką Brytanią, Izraelem, Szwecją czy Koreą Południową. Na to przyzwolenie było, choć chyba nie  byliśmy zdolni by to wykorzystać. Zwłaszcza na płaszczyźnie zbrojeniowej.

W takiej sytuacji, dopiero przy zmianie przywódcy USA oraz dystansie jaki wprowadził do relacji z Warszawą, paradoksalnie pojawiło się okno do rozmów z innymi stronami. Oczywiście Chiny czy Niemcy wciąż nie są kierunkiem, który mógłby nam przynieść więcej korzyści niż strat. Porozumiewanie się z Pekinem w obecnej sytuacji, byłoby sprzeczne nie tylko z interesem USA (jak wcześniej) ale i dodatkowo z interesem Unii Europejskiej. Bowiem Niemcy i Francuzi nie mogliby tolerować polskiego odrębnego działania w sytuacji, gdyby negocjowali z Chinami wspólną umowę dla UE. Lub gdyby zwyczajnie porozumieli się z USA i wspólnie zaczęli działać przeciwko Pekinowi. Niestety, w kwestiach gospodarczych Polska jest zależna od Brukseli i udawanie, że taka zależność nie istnieje nie sprawi, że władze z Warszawy zyskają jakąś sprawczość. Wobec powyższego, samodzielna polityka pro-chińska spotkałaby się z reakcją tak Waszyngtonu jak i Brukseli. W tym miejscu należy jedynie wspomnieć, że sytuacja Polski znacznie różni się od węgierskiej, a Viktor Orban ma znacznie większe pole manewru. Kieruje krajem położonym na peryferiach, relatywnie mało istotnym w globalnym układzie sił, wobec czego Węgry nigdy nie stały pod tak wielką presją jak Polska. Dodatkowo Wiktor Orban potrafił uniezależnić się w dużym stopniu od zagranicznych instytucji finansowych, jednocześnie – działając niejako z zaskoczenia – dokonał wielu strukturalnych reform (sądownictwo, administracja, Konstytucja) a przede wszystkim znokautował opozycję. Innymi słowy, pozycja polityczna Wiktora Orbana na Węgrzech jest niepodważalna. Kompletnie inaczej wygląda to w Polsce, gdzie władze muszą borykać się nie tylko z presją zewnętrzną ale i wewnętrzną. Dodatkowo Węgry nie graniczą bezpośrednio ani z Niemcami, ani Rosją. Wszystkie atuty Wiktora Orbana opisałem w analizie dotyczącej Węgier pt.: „HungOUT! – dlaczego przyjaźń z Polską może kosztować Węgry wyrzuceniem z UE?”.

W konsekwencji tych wszystkich wskazanych wyżej ograniczeń, polskie władze zdecydowały się na m.in. zawarcie kontraktu zbrojeniowego z Turcją. Państwem, które również jest zdystansowane względem USA, jednak formalnie znajduje się wciąż sojusznikiem NATO oraz – podobnie jak Polska – zmaga się z polityką Federacji Rosyjskiej. Wydaje się, że tego rodzaju kroki są prawidłowe, choć nie powinny prowadzić do przeorientowania się polskiej polityki zagranicznej. Innymi słowy, powinniśmy zawierać różnego rodzaju deale z różnymi państwami (a nie jak dotychczas tylko z USA), jednak powinny być to kontrakty dotyczące konkretnych celów/dostaw. Nie natomiast próba zawiązania strategicznego partnerstwa (przynajmniej nie z Turcją). Wskazać bowiem należy, że Ankara jest skonfliktowana z USA i UE, a dodatkowo z Grecją i Francją (wszyscy z sojuszu NATO). Turcja toczy zmagania militarne na niemal wszystkich swoich granicach. Zawieranie z Erdoganem jakiegoś politycznego sojuszu byłoby fatalne i wplątywałoby w Polskę we wszystkie problemy Turcji. Tymczasem sami mamy ich nie mało. Ponadto Turcja w żaden sposób nie byłaby w stanie nam pomóc ani na płaszczyźnie NATO (z uwagi na osamotnienie) ani w UE (brak członkostwa) ani także nie pomogłaby nam w ewentualnym starciu z Federacją Rosyjską. Sama bowiem musi zabezpieczać swoje granice: z Syrią, Iranem, Armenią, a także z Grecją na Morzu Egejskim oraz na Morzu Czarnym. Dodatkowo Ankara angażuje się militarnie w Libii.

 

Książka niebawem w przedsprzedaży. Zapraszam na Newsletter

Innym wskazywanym kierunkiem porozumienia jest Szwecja. Problem w tym, że jest to państwo o statusie neutralnym. Nie należy do NATO, choć jest oficjalnie krajem wspierającym. Jednocześnie Szwedzi niechętnie angażowaliby się w problemy polityczne, a nawet militarne Polski. Niepotrzebne byłyby im spory z Niemcami czy nawet USA. Zresztą to te ostatnie mają największy wpływ na postawę Szwedów względem Rosji. Nie Polska. Ponadto Szwedzi czują się bezpieczni na Półwyspie Skandynawskim, są niejako odcięci od kontynentalnych problemów i jeśli nie będą musieli – to nie zaangażują się w cudze konflikty. Dla Szwedów istotny jest Bałtyk, jak również współpracują ściśle z pozostałymi Skandynawami w ramach NORDEFCO. Pozostaje kwestią otwartą czy Sztokholm wypowiedziałby oficjalnie wojnę Federacji Rosyjskiej, gdyby ta uderzyła na Finlandię. Cóż dopiero mówić o szwedzkiej pomocy dla Polski. Także również ze Szwedami pozostaje np. współpraca w zakresie zakupu uzbrojenia, jednak jak pokazuje przykład okrętów podwodnych, nie dostaniemy nic za darmo ani nawet w tańszej cenie tylko dlatego, że tego potrzebujemy.

W tym momencie należy poruszyć temat wielkiego nieobecnego, czyli państwa które dotychczas nie zostało wymienione jako nowy i pożądany kierunek dyplomatyczny. Mowa oczywiście o Federacji Rosyjskiej. Najciekawszy w mojej opinii pogląd w tym zakresie wyraził Pan Marek Budzisz – notabene świetny specjalista od polityki rosyjskiej, którego warto śledzić – w tekście: „Czy Warszawa powinna zacząć myśleć o dialogu z Moskwą?”. Dość krótko, jednak rzeczowo zobrazował tam swój pomysł na otwarcie kanałów komunikacyjnych z Kremlem, co powinno jego zdaniem nastąpić. Pogląd ten uważam za słuszny, choć nie do końca mam rozeznanie na ile kanały komunikacyjne z Kremlem zostały zerwane i co to konkretnie oznacza. Co do zasady powinniśmy być otwarci i przyjmować wszelkiego rodzaju komunikaty z każdej strony. W tym celu posiadamy w Moskwie ambasadora. I jeśli strona rosyjska chciałaby przedyskutować jakiś problem, to może o tym poinformować poprzez ambasadę. Podobnie jak Polska może podjąć rozmowy poprzez rosyjską ambasadę w Warszawie.

Natomiast zdanie polemiczne wyrażę co do stwierdzenia, że Polska – w ramach gestu dobrej woli – powinna na przykład znieść ograniczenia w ruchu przygranicznym z Obwodem Kaliningradzkim. Przy czym pominę kwestię, czy jest to ustępstwo istotne i czy wiązałoby się z jakimś ryzykiem.

W mojej ocenie należy podnieść w tym temacie kilka istotnych kwestii. Po pierwsze, to na stronie silniejszej ciąży odpowiedzialność za normalizowanie relacji. Sam Pan Marek Budzisz często podkreśla, że narracja rosyjska na potrzeby polityki wewnętrznej, ale i także postawa na arenie międzynarodowej rosyjskich dyplomatów jest taka, by ignorować i marginalizować Warszawę. Przedstawiać ją jako lennika i posłusznego wykonawcę woli Waszyngtonu. Innymi słowy władze z Moskwy celowo i świadomie starając się dystansować i pomijać Polskę we wszelkiego rodzaju działaniach dyplomatycznych. Jest to zupełnie zrozumiałe z uwagi na fakt, że Moskwie nigdy nie zależało i nie zależy na tym, by w Warszawie istniał jakiś samodzielny ośrodek decyzyjny. Władimir Putin może podejmować decyzje dotyczące Polski, ale tylko w ramach porozumienia z USA lub Niemcami. Uznanie podmiotowości Warszawy oznaczałoby, że Moskwa musiałaby się liczyć z Polakami przy każdego rodzaju biznesie czy porozumieniu z UE. To podrażałoby koszty polityczne i ekonomiczne wszelkich takich inicjatyw (ponieważ Polska żądałaby odpowiednich korzyści).

Mając powyższe na uwadze oczywistym jest, że jeśli Moskwa tego nie chce, to Polska nie ma żadnych narzędzi by zmusić Rosjan do dialogu. Wykonywanie gestów dobrej woli w tym kontekście mija się z celem. Mało tego, może być dla nas bardzo niebezpieczne.

Wysłanie sygnału w świat, że Polska jest gotowa rozmawiać i porozumieć się z Rosją, mogłoby się okazać niebezpiecznym precedensem i dyplomatycznym strzałem w kolano. Pojawia się w tym miejscu argument, że Polska postrzegana jest jako jednoznaczny antagonista Federacji Rosyjskiej. Na arenie międzynarodowej często jest to podnoszone jako zarzut względem Warszawy np. przez Francję. Dlatego zdaniem niektórych, gdybyśmy zmienili ten wizerunek, pokazując że my również możemy się porozumieć z Rosją, wówczas inni (Ukraina, USA ale i może Niemcy) musieliby wziąć to pod uwagę, a więc zacząć się starać o polskie względy. Tak by Warszawa pozostała w antyrosyjskiej koalicji.

Jest to w mojej ocenie myślenie prowadzące polską politykę zagraniczną na manowce. Bowiem nasze miejsce w układzie sił nie wynika z tego, z kim i o czym rozmawiamy, tylko z położenia geograficznego, przynależności do różnego rodzaju podmiotów międzynarodowych i sojuszy, a także a różnego rodzaju zależności międzypaństwowych. W tym kontekście Polska nie może zwyczajnie zignorować ww. uwarunkowań i dokonać zmiany wizerunku oraz pola w układzie sił, w którym zajmuje konkretne miejsce. Z jednej prostej przyczyny. Z uwagi na położenie, a także fakt, że to Polska jest państwem granicznym/frontowym NATO, a Rosja jest zagrożeniem głównie dla Warszawy. Z tych oczywistych względów to nam najbardziej (obok Bałtów) powinno zależeć na spójności sojuszu, której w żadnym momencie nie możemy podważać. Mało tego, to właśnie ustawia Polskę w pozycji skrajnej jeśli chodzi o zagrożenie rosyjskie. Tą skrajnością musimy bowiem równoważyć skrajną niechęć do przeciwstawiania się rosyjskiej ekspansji, która jest prezentowana przez państwa zachodnie. Jeśli Polska dyplomacja opuści ten skrajny posterunek, to żadne inne państwo go nie zastąpi.

Gdybyśmy sami kwestionowali spójność i jednomyślność sojuszu (oczywiście, że inni tak robią, ale dlatego my właśnie nie możemy), to Federacja Rosyjska nie testowałaby tej spójności na Stanach Zjednoczonych, Francji, czy Niemczech tylko właśnie na Polsce. I dokładnie z tych względów Polski MSZ musi ciągle w kółko powtarzać, że NATO jest spójne, Polska jest lojalnym sojusznikiem, a art. 5 jest jak najbardziej rzeczywisty. Podnoszenie niepodważalności art. 5 NATO nie ma służyć przekonywaniu Polaków, że jesteśmy bezpieczni bo nam ktoś pomoże, tylko przekonywaniu Rosjan, że nie warto testować wiarygodności sojuszu. Więc nawet gdyby polski rząd starał się grać nieco bardziej na innych kierunkach, to nie mógłby tego oficjalnie przyznać. Co nie oznacza, że powinniśmy robić cokolwiek za plecami NATO. Bowiem śmiem wątpić by nasze służby kontrwywiadowcze i wywiadowcze były zdolne do utrzymania w tajemnicy przez Amerykanami lub Niemcami jakiś tajnych kontaktów z Rosją czy Chinami. A gdyby taka sprawa wyszła na jaw, to konsekwencje dla Polski byłyby katastrofalne.

Nie zgodzę się również, że nawiązanie relacji na linii Warszaw-Moskwa umocniłoby naszą pozycję względem Kijowa. Jest dokładnie odwrotnie. Polska może zostać ukraińskim strategicznym partnerem (do czego powinniśmy dążyć) ale tylko w sytuacji, gdy nasza wiarygodność będzie przebijała wszelkie niemieckie oferty dla Ukraińców. Jesteśmy w niebywale korzystnej i jedynej takiej sytuacji historycznej od czasów powstań Chmielnickiego, kiedy to Ukraińcy postrzegają nas jako sojuszników. Mają o nas dobre zdanie, a przede wszystkim lepsze niż o Rosjanach czy Niemcach. To unikatowy moment, w którym Rosja sama zniechęciła Ukrainę i postawiła się w roli jej wroga, a z drugiej strony władze z Kijowa dostrzegły, że Niemcy przedkładają własne interesy (Nord Stream II) ponad bezpieczeństwo i niepodległość Ukrainy. Wobec czego, Ukraińcy są w tej chwili negatywnie nastawieni do obu naszych największych konkurentów do pozyskania partnerstwa z Kijowem. Naszą jedyną walutą względem Ukrainy jest wiarogodność i lojalność, której nie posiadają Niemcy. Jeśli dołożymy do tego odpowiedni potencjał militarny, który byłby zdolny wesprzeć Ukrainę w odstraszaniu Federacji Rosyjskiej, wówczas mielibyśmy szansę na historyczne, strategiczne partnerstwo z Ukrainą i urzeczywistnienie wizji Józefa Piłsudskiego.

Tak więc instrumentalne pokazywanie Ukrainie, że w każdej chwili możemy ich opuścić, zdewastowałoby cały dotychczasowy kapitał polityczny budowany od kilku lat. To, że kapitał ten nie przekłada się – jeszcze – na wzajemne relacje nie oznacza, że w przyszłości nie wystąpi okazja, gdy będzie można go spożytkować. W mojej ocenie – co podkreślałem wielokrotnie tutaj na blogu – Ukraina stanie w końcu przed groźbą inwazji Federacji Rosyjskiej i będzie musiała zwrócić się do Warszawy o pomoc. Jeśli będziemy wiarygodni, a także wyposażeni w odpowiednią armię, wówczas będzie można zebrać owoce i skonsumować zwrot z wcześniejszych inwestycji w relacje.

 

Polityczny dead end?

 

Wobec powyższej analizy można nabrać przeświadczenia, że Polska w istocie nie posiada wielkiego pola manewru. I nie może wiele zrobić wobec niekorzystnej koniunktury politycznej na arenie międzynarodowej. Tego rodzaju smutna konstatacja jest niestety prawdziwa, ale też odzwierciedla realia. Nie ma nic bardziej niebezpiecznego, niż przekonanie o swojej sprawczości w sytuacji kompletnej słabości oraz porywanie się na cele, które są zwyczajnie nieosiągalne. To co Polska może w tej chwili robić, to praca organiczna. U podstaw. Polegająca na budowaniu siły gospodarczej państwa, reformie administracji i służb, rozbudowie i wzmacnianiu armii. Polityka wewnętrzna leży w gestii polskiego rządu, choć nie w całości, ale jednak. I to tutaj posiadamy pole manewru i możliwość wzmocnienia Polski, a więc jednoczesnego wzmocnienia jej pozycji na arenie międzynarodowej. Bowiem siła w polityce zagranicznej nie wynika z działań dyplomatycznych, tylko z rzeczywistego potencjału danego państwa. Dyplomacja może jedynie ten potencjał w oczach partnerów spotęgować lub osłabić w zależności od potrzeb. Trudno jednak byłoby to zrobić w sytuacji, gdy polscy dyplomaci otrzymali marne karty, a wszyscy przy pokerowym stoliku już zdążyli się z nimi zapoznać. Wówczas żaden bluff nie może się powieźć.

Polski rząd czeka bardzo trudny okres, jednak należy pamiętać, że historia nigdy się nie kończy. I nawet przy niepomyślnie układających się uwarunkowaniach dotyczących samej Polski, należy pamiętać że globalna sytuacja i kierunki w jakich zmierzają poszczególne mocarstwa w ramach rywalizacji mogą okazać się dla Polski korzystne. Nawet bez naszego udziału, woli czy planowania. Sporo na ten temat miejsca poświęciłem w książce, której sprzedaż ruszy niebawem. Wszystkich chętnych zapraszam na newsletter, bowiem tam zostanie – nieco wcześniej – zamieszczona informacja o sprzedaży i możliwość dokonania zamówienia przedpremierowego.

 

Krzysztof Wojczal

Geopolityka, polityka, gospodarka, prawo, podatki – blog

 

53 komentarze

  1. Sorry – Nie Norman Friedman, a George Friedman jako współautor. To efekt mojej ostatniej rozmowy z innym Panem Normanem, która wywarła na mnie spore wrażenie.Swoją drogą – przypomina się rada Pana Friedmana dekadę temu do Polaków, po tym jak wydano u nas jego „następne 100 lat” [gdzie prorokował wielkość Polski i Turcji w regionie] i zaczęto robić z nim wywiady. Wtedy Pan Friedman radził Polakom – i co nieco osłupiałym dziennikarzom: „Polacy, budujcie bunkry”. Co nijak się nie rymowało z ową zapowiadaną wielkością Polski, a co dzisiaj wydaje się zrozumiałe w strefie zgniotu – oraz w obecnych czasach, gdy dawny, relatywnie łatwy ład konstruktywistyczny, zostaje zastąpiony prawem siły. Ja mam inną receptę – Polacy, budujcie rozproszoną prosumencką autonomiczną infrastrukturę oddolną. Przyszłość to bynajmniej nie wielkie miasta, i nie wielkie scentralizowane molochy przemysłowe – tylko maksymalne rozproszenie, synergia kolejnych poziomów współpracy budowana od dołu – od autonomicznego gospodarstwa rodziny na swoim, które zaspokaja krytyczną podstawę piramidy Maslowa. Każda rodzina ma praktycznie „swoich” na wsi – albo na obrzeżach miast. Trzeba się dogadać ZAWCZASU szeroko w ramach rodziny, przyjaciół – z jasnym celem – współpracujemy i inwestujemy na ciężkie czasy. Gdy zrobi się źle [np. wielkie miasta pod groźbą ataku jądrowego – przenosiny do gospodarstw autonomicznego. Z własną studnią, filtrami [w istocie wystarczy przepuścić wodę czy powietrze przez zmielone złoże antracytu jako substytutem drogiego węgla aktywnego] Własna mikrobioooczyszczalnia bezobsługowa – własna zautomatyzowana szklarnia całoroczna [wertykalna czy hydroponiczna] z zamkniętym w 98% obiegiem wody – a są już takie. Własny biznes-warsztat – plus koniecznie własne kompetencje. Nie tradycyjny ciężki samochód – a rower elektryczny [choćby trójkołowy – w tym tandem – nawet czterokołowiec na 4/5 osób – są takie – sprowadzają z Holandii – ciekawe, kto u nas się tym zajmie] z przyczepką – baterie [albo lepiej superkondensator [wytrzyma i milion cykli ładowania] zasilane z własnych wiatraków pionowych [nie wymagają zezwoleń środowiskowych – i zajmują mniej przestrzeni na jednostkę mocy – i mają niższy startowy próg prędkości wiatru] i z fotowoltaiki [charakterystyki uzysku mocy obu OZE komplementarnie się pokrywają w układzie rocznym – jak wieje – zwykle pochmurno – i na odwrót]. Wystarczą takie rowery z przyczepkami, by obsłużyć maksymalnie skrócone [więc odporne na perturbacje na świecie], lokalne pełne łańcuchy dostaw i wartości. W piwnicy min. kilka ton wody [beton obłożony wełną mineralną twardą, do nich szkło zbiorników łączone silikonem akwariowym – plus dodatki do wody do długotrwałego przechowywania]. Zapasy żywności długotrwałego składowania [liofilizacja, głębokie zmrożenie, odcięcie powietrza i inne sposoby] – rolowane co miesiąc [zjadamy najstarsze – dokupujemy najnowsze] – zapas na dwa lata. I tak dalej. Jak jest źle – liczą się wyłącznie dobra realne we własnym ręku – i aktywne zasoby, które zaspokajają podstawę piramidy Maslowa. To szerszy i bardziej rozpracowany temat – tylko sygnalizuję. To promuję od 2014 – znajomi najpierw się śmiali i co niektórzy szydzili, potem przeszli wszystkie etapy dojrzewania – teraz są na etapie zastanawiania się z kalkulatorem w ręku – bo wojny handlowe, pomruki decouplingu, geopolityczny taran silniejszy od rynku, no i świat post-COVID [z opcją raczej na pogarszanie, niż polepszanie sytuacji] czy ostatnio „nowy wspaniały świat” promowany na Davos [vide Obermacher Klaus Schwab i jego forsowana upiorna wizja : „W 2030 nie będziecie mieli niczego – i będziecie szczęśliwi”] – wszystko razem co nieco nimi wstrząsnęło. Klocki już są, dojrzałość technologiczna i efektywność ekonomiczna też – teraz trzeba to sprzęgnąć w spójną sprawną synergiczną całość – na poziomie najpierw gospodarstwa autonomicznego – i potem wyżej klastrów osiedli autonomicznych – i krajowego gridu – i wdrożyć masowo. Przy takim zorganizowaniu „podstawowych komórek społeczno-ekonomicznych” – nie złamie go nawet totalny upadek świata finansowego – przynajmniej Zachodu. Bo taką perspektywę widzę około umownego 2035 – czyli w terminie naznaczonym przez Xi przekroczenia krytycznego progu siły i sprawczości Chin – względem Zachodu. Przypomina mi się zabór pruski i oddolne skuteczne zorganizowanie Polaków wobec wielowektorowej presji Kulturkampfu – zwłaszcza robionego ekonomiczne. To dobry przykład – to tak od razu w kontrze do typowego biadolenia i programowego czarnowidztwa a la „wszystko skończone – nie będzie niczego” itd. A moim zdaniem czeka nas powtórka z Kulturkampfu – oczywiście nieporównanie bardziej agresywnego i zjadliwego – więc i remedia muszą być głębsze, bardziej zasadnicze i skuteczne. W sumie – nie bezmyślna konsumpcja czy wręcz „postaw się a zastaw się” – a przemyślane, twardo skalkulowane inwestowanie w przyszłość dla siebie, dzieci i wnuków – robione na poziomie zbiorczej siły „worka zasobowego” SWOT rodziny i przyjaciół. I przy pewnym lokalnym przekroczeniu „masy krytycznej” takiego zorganizowania się – kolejny stopień to współpraca i korzystanie z możliwości gminy, powiatu itd. Stopniowo, krok po kroku – jak radzą Chińczycy – przekraczać strumień, by wyjść na drugi, lepszy brzeg – cały czas czując kamienie pod nogami. Moim zdaniem jest to także najlepsze otrzeźwiające remedium na wygaszenie podsycanych zewnętrznie sporów i podziałów w Polsce. Bez fanfar – bez wielkich deklaracji „koniecznych wartości”, bez upajania się happeningami politycznymi, bez układania cudownych rewolucyjnych „programów” i bez „jedynie słusznych zbawców narodu” – za to wyników wymiernych w działaniu i w uchwytnych namacalnych – i co najważniejsze – w NASZYCH aktywach realnych – pod naszą bezpośrednią kontrolą i dystrybucją. WTEDY stare struktury – w tym polityczne – siłą rzeczy ulegną marginalizacji. To szerszy temat – zbliżony w istocie do pierwotnego modelu demokracji ateńskiej – która zaczęła się od podziału wielkich latyfundiów oligarchów, przydzieleniu każdej rodzinie ziemi, zbudowania u podstaw i od podstaw w istocie klasy średniej, która widziała zdrowy sens ekonomiczny i polityczny we współpracy w każdej dziedzinie.

  2. Okres pozytywizmu to najpiękniejszy okres dla Polskiej literatury i sama jego idea jest mi bardzo bliska. To właśnie dzięki temu okresu udało się wykorzystać szansę koniunktury po pierwszej wojnie światowej bo wykształciły się przyszłe elity. Dzięki podniesienia świadomości narodu będzie prościej opierać się wpływom zewnętrznym bez konieczności pójścia w stronę zamordyzmu Rosyjskiego.

    1. Hmm… sybiracy rozwinęli bogatą kulturę naukowo-techniczną*, a z racji natury tamtych czasów można zakładać, że z powodu samej odległości mieli nikły dostęp do wydarzeń kulturalnych na terenie Polski.

      * Tak bogatą, że jej liderzy byli zapraszani byli mile widziani na moskiewskich salonach.

  3. Błaszczyk i reszta decydentów wystraszyli się sami siebie odnośnie „nieprawowiernego buntowniczego” zakupu dronów TB2 – i z naddatkiem składają hołd lenny Waszyngtonowi – wg „jedynie słusznej strategii” uzależniania strategicznego WP i Polski od USA. Kupując 250 Abramsów SEP V.3 za 23 mld złotych. Pomijam kompletna nieprzydatność tych zbyt ciężkich maszyn na Polskim Teatrze Wojny, gdzie podstawa to mobilność i pozahoryzontalna sieciocentryczna projekcja siły. Raport gen. Behlera ze stycznia 2021 jest miażdżący dla SEP V.3 – która w pełnym wyposażeniu [z trałem przeciwminowym , pancerzem reaktywnym i aktywnym] i uzbrojeniu – wazy 84 tony. Przy polskich rzekach [układ południe-północ] REALNA mobilność jest poniżej krytyki. Zresztą – polecam https://www.konflikty.pl/aktualnosci/wiadomosci/rosnaca-masa-abrams-logistyka/ Nie zamierzam się pastwić nad tymi białymi słoniami [a raczej mamutami] – kompletnie bez sensu na Polskim Teatrze Wojny. Polecam moje komentarze jako Dalej Patrzący na https://www.defence24.pl/przeciwko-armatom-europa-i-usa-pracuja-nad-nowym-orezem-dla-czolgow-analiza i na https://www.defence24.pl/m1a2-abrams-sep-v3–amerykanski-czolg-dla-polski-komentarz Ale – żeby było konstruktywnie – za 23 mld złotych – to HSW w kooperacji z Cegielskim [a były rozmowy – pod K2 PL] wyprodukowałby nieskończenie bardziej przydatne nam Kraby – w ilości 400 sztuk. Realizując tym SP2017 – i korektę PMT. Pozahoryzontalna daleka projekcja siły – bezpieczne i skuteczne rolowanie relatywnie głęboko aktywów przeciwnika nie tylko na podstawach wyjściowych [np. 1 Armię Pancerna Gwardii] – ale także rolowanie podstawy operacyjnej Armii Czerwonej na Białorusi – i cały Obwód Kaliningradzki. Oczywiście – to koniecznie z amunicją precyzyjną [półaktywną Vulcano-Dardo o zasięgu 80+ km – oraz strumieniową Nammo – o zasięgu 130+ km] – i z wysuniętym dronowym rozpoznaniem i pozycjonowaniem sieciocentrycznym real-time. Cóż – potwierdza się – amunicja precyzyjna i w ogóle precyzyjna pozahoryzontalna projekcja siły, sieciocentryczność, drony itd – to wszystko jest „be” w MON – za to lobby „betonu” wojowania a la AD1970 trzyma się doskonale – na czele z Dowódcą Generalnym Rodzajów Sił Zbrojnych gen. Mika – który twardo głosi, że czołgi to podstawa na naszym teatrze wojny… Widać ogarnia sprawy militarne na poziomie entuzjastów strzelanek w World of Tanks…Sumując – kolejne 23 mld zł w błoto na DEFILADOWY MIRAŻ [pod wyborców-laików] budowania zdolności wojskowych…a na Kremlu strzelają korki od szampanów…

  4. Obejrzałem rozmowę Zychowicza z redaktorem Nowej Techniki Wojskowej Jarosławem Wolskim – nt zakupu Abramsów – i nie tylko [ https://www.youtube.com/watch?v=pNXDRgzMT3Q ]. Obejrzałem ze skrajnie ambiwalentnym odbiorem przekazu Pana Wolskiego. Jasne – zgoda pełna, zamiast czołgów winniśmy iść w budowę rozpoznania i walki radiowoelektronicznej – co cały czas wałkuję do znudzenia – pewnie będę wałkował kolejną dekadę – do skutku. Rozumiem, że Wolski mówił do laików, ale powinien wyraźnie zaznaczyć, żet o nie chodzi o „jakieś” rozpoznanie i „jakąś” walkę radiowoelektroniczną – tylko konkretnie chodzi o całokrajowy kompleks sieciocentryczny C5ISR/EW – spinający wszystkie sensory/efektory/nosiciele w czasie rzeczywistym – i to dla wszystkich domen. Ale zasadniczo – OK. Ale już promowanie fregat [przecież fregat tylko przeciwlotniczych, z ograniczeniem zwalczania do pocisków manewrujących podźwiękowych – bo tak jest standard i możliwości Sea Ceptor/CAMM/CAMM-ER itp. – a nie fregat przeciwrakietowych z prawdziwego zdarzenia [a własciwie potrzebny byłby poziom niszczycieli jak Arleigh Burke Flight IIIA- zresztą na atak saturacyjny rakiet i roju dronów nie ma bata przy koszt/efekt dwa rzędy wielkości niższym na rzecz atakującego – no i na hipersoniki [jak Cyrkon] to nawet US Navy buduje dopiero obronę przeciwrakietową – a dokładniej – MDA jest dopiero na etapie PLANOWANIA budowy tejże obrony – https://www.konflikty.pl/aktualnosci/wiadomosci/obrona-przed-pociskami-hipersonicznymi/ ]. A Rosja Cyrkony wdroży w 2023 – zaczynając właśnie od Kaliningradu i projekcji siły jego A2/AD dla kontroli Bałtyku – od brzegu do brzegu. Przepraszam – ale zęby zjadłem na strategii i technice morskiej od małego [to mój „konik”] – i takie babole wstawiane przez wydawałoby się oczytanego i wydawałoby się inteligentnego fachowca „w branży”…no comment…to co tu mówić o takich laikach, jak Błaszczak, czy starej daty Pan Jarek? A już uzasadnianie skuteczności czołgów na współczesnym pełnoskalowym saturacyjnym polu walki ery RMA… – dramat. Sam Pan Wolski przyznaje, że Abrams [i inne czołgi] NIGDY nie były wypróbowane w warunkach takiej pełnoskalowej wojny – na obecnym, najwyższym poziomie. Po czym z rozbrajającym brakiem logiki powołuje się na doświadczenia konfliktów asymetrycznych niskiej intensywności o powiedzmy średnim poziomie techniki ppanc. Czyli Kornety, Fagoty [systemy w wiązce celowniczej] – oślepianie celowniczego – brak saturacji ataku. A gdzie pozahoryzontalne kppanc NAJNOWSZEJ generacji „fire-and-forget”? Skuteczność obrony aktywnej [np. Izraelskiego systemu Trophy] została przetestowana – i owszem – dla kppanc o prędkościach rzędu 200 m/s. Notabene – taką prędkość ma Spike i Spike NLOS. Dlatego optuje z a100% zakupem licencji produkcyjnej i rozwoju Brimstone 3 – multidomenowego „plug-and-fight” na dowolne nosiciele – który ma prędkość 450 m/s – a w trybie „top-atatck” – o ok. 30% więcej. Rafael – producent systemu „hard-kill” Trophy – ale i inni producenci takich systemów [np. niemiecki IBD] NIE ZGODZILI się na próby skuteczności systemów aktywnej obrony przeciw Brimstone 3… Zresztą – nawet najnowszy jednorazowy granatnik niekierowany ppanc „ostatniej szansy” RGW-110 – który będzie produkowany od 2022 – będzie miał skuteczną głowicę „trypletową” do sforsowania pancerza aktywnego, reaktywnego i pasywnego – to o czym tu mówić… Ja rozmawiałem z kilkoma ekspertami polskimi i zagranicznymi nt Miecznika czy Abramsów, czy załogowych Apache’ów i innych „super” systemów. ŻADEN – absolutnie ŻADEN nie był w stanie podać kontrargumentów dla mojego przewodu logicznego względem każdego z tych systemów. Po prostu – na końcu deklaratywne masło maślane typu „czołg na polu walki niezbędny i podstawowy jest” itd. – i wyśmiewanie oponentów. Żałosne – i tacy ludzie mają tworzyć nasze elity, jak nie umieją przeprowadzić racjonalnej wyskalowanej w związku przyczynowo-skutkowym analizy SWOT i kalkulacji koszt/efekt przypiętej do konkretnych, mierzalnych parametrów – i to na na podstawowym poziomie. Pozostaje korna i żarliwa modlitwa o oświecenie elit z góry – i to raczej zbiorowe i zasadnicze.

      1. O ile prawda na gazeta.pl. A jeżeli prawda – Premier i dowódca SG [i DGRSZ gen. Mika – i minister Błaszczak – jako szef MON] powinni [najlepiej zgodnie razem – „koalicyjnie”] zaryzykować głowę i powiedzieć publicznie „NIE – to bez sensu – są dużo lepsze opcje – militarnie, ekonomicznie, politycznie”. Tyle, że u nas stołki i kariera ważniejsze. W gruncie rzeczy wygrywa na koniec postawa: „nie wychodzić przed szereg – nie wychodzić przed SZEFA – SZEF zawsze mądrzejszy i wie wszystko” i daje to w rezultacie efekt „urawniłówki” w dół: stworzenia bezwolnej masy spod znaku standaryzacji „mierny, bierny, ale wierny:. Niestety – po 1956 wszelkie próby [i w PRL-u, i post-PRLu i teraz] wyrwania się spod znaku „homo sovieticus” w sprawności instytucjonalnej kończą się co najwyżej „regresem” [albo „postępem” – zależy jak patrzeć – i dla kogo patrzeć] – do poziomu caratu.Takiego trochę liberalnego, który trochę popuszcza srogiej władzy i nie gniecie dołu – ale w sumie instrumentalnie „podmalowanego” caratu cywilizacji turańskiej. Zresztą i za II Rzeczypospolitej były podobne objawy – z odgórnym „zbiorowym myśleniem” związanym z kultem Marszałka czy potem Naczelnego Wodza – ale jednak sprawność instytucjonalno-instrumentalna biła dzisiejszą Polskę na głowę – o jakieś dwa poziomy. U nas się głównie gada i toczy wewnętrzne pyskówki i emocjonalne pieniactwo polityczne w medialnym teatrzyku – a zamiast normalnego zdrowego MERYTORYCZNEGO funkcjonowania instytucji – wobec ich bierności i nieudolności [bo każdy podmiot broni zażarcie swojego lenna i swoich interesów – i nie ma ani czasu ani ochoty na działanie na rzecz Polski] – stąd najważniejsze sprawy przepycha się specustawami. Albo decyzjami podejmowanymi ad hoc wg „jedynie słusznego” widzimisię danego „Szefa Szefów” – jak ów Pan Jarek z Abramsami. Kiedyś Morawieckiemu wymknęła się już taka uwaga w sensie, że jak szedł do polityki, to wiedział, że poszczególne ministerstwa to silosy – ale dopiero jako premier się przekonał, że to silosy atomowe…. Ja to widzę jako silniki wyjące przerabianymi megatonami papieru [od których zresztą machina się dławi – w obiegu zamkniętym] – wyjące na biegu jałowym – z punktu widzenia efektów w realu. Wszystkie „ulepszenia organizacyjne” powodują jedynie rozrost tych molochów – a raczej udzielnych państw w państwie – funkcjonujących każde sobie i każde dla siebie – w pełnej konkurencyjnej suboptymalizacji – wyrywając sobie nawzajem krótką kołdrę zasobów [zwłaszcza finansowych]. Dlatego Izrael ma takie siły i potencjał pod każdym względem, jaki ma – a my jesteśmy ekonomicznie montownią Niemiec, a politycznie na cudzym pasku – Waszyngtonu – a już Waszyngton chce nas „przewiesić” na klamkę Berlina. Zakup Abramsów to świadectwo ślepej już determinacji „w zaparte” Pana Jarka – „kupowania a konto z góry przyjaźni USA” przy braku jakiegokolwiek targowania polskiego interesu i zgodzie na wszystko za nic – bo nie chce uznać całkowitej klęski swojej polityki zagranicznej od 2015. Myślę, że Pan Jarek od pewnego czasu wiosną/latem – zwłaszcza po lekturze Bartosiaka – stanął przed uświadomionym wyborem zasadniczej zmiany kursu lub kontynuacji starej drogi – i wybrał dalej starą drogę – oraz samozakłamanie. Co w sumie musi się skończyć bolesnym zderzeniem z realem – i dla Polski – i dla Pana Jarka. Być może szybciej, niż się spodziewa – bo presja Waszyngtonu, Berlina i Kremla narasta bardzo szybko – z akompaniamentem Brukseli, Paryża, czy nawet ostatnio…Pragi… Co najbardziej pokazuje – jak bardzo tracimy pozycję w rankingu gry statusowej między graczami.

  5. Miałem rozmowę bezpośrednią z pewnym generałem. Żeby nie zdradzać – był to człowiek z wojsk lądowych. „Prywatnie” przyznał mi rację. Zakup [jeżeli koniecznie by się chciało dużych dział na gąsienicach] ca 400 Krabów za te 23 mld złotych byłby o niebo sensowniejszy. Zwłaszcza dla likwidacji całego Obwodu Kaliningradzkiego z jego A2/AD – i przyszłej rosyjskiej A2/AD na Białorusi – oraz zrolowania 1 Armii Pancernej na jej zapleczu. Zwłaszcza gdy mu powiedziałem, że mój pomysł zastosowania haubicoarmat z amunicją precyzyjną jako ciężkiej artylerii plot/prak – został przetestowany z pełnym sukcesem w…zeszłym roku przez…Amerykanów – na haubicoarmacie M109A6 Paladin [z inną amunicją precyzyjną – BAE HVP – ja proponowałem i proponuję dla Krabów APR Vulcano-Dardo – o zasięgu 80+ km – dla armaty 155mm/L52 – jak u Kraba]. Czyli – „przykrycie” nieba [de facto zrealizowana Narew min. w 50% – ze względu na zasięg] plot/prak – załatwione za jednym zamachem z Krabami [ale łącznie z amunicją precyzyjną i z rozległym sieciocentrycznym C5ISR/EW – dopiero wtedy powstaje zupełnie nowa ofensywno-defensywna lądowo-powietrzna i…[TAK] także morska projekcja siły – i nowa jakość]. Myślał, myślał, jak by tu znaleźć dziurę w całym w moim rozumowaniu – i wymyślił – że te Kraby to HSW za póżno wyprodukuje. A ja na to „HSW samo – tak – za późno, chociaż gdyby produkowali non-stop na 3 zmiany, to sami deklarują podniesienie produkcji ponad dwukrotnie – ale HSW w kooperacji z Cegielskim [który gotował się na K2 PL] – a nawet [przy pełnej kotroli – najlepiej komisarycznej] z Bumarem [elementy mniej zaawansowane – np. koła nośne i napinające – i przede wszystkim montaż] – to by pozwoliło uzyskać nam w linii ok. 250 Krabów w 2026 – oczywiście przy mobilizacji jak wyżej. A stan 500 Krabów w linii – w pełni operacyjnych – około 2030. W tej chwili WP ma w linii 72 Kraby – czyli baza szkoleniowa jest [i będzie się powiększać – do końca roku będzie w linii przynajmniej 80 Krabów- dla przeszkolenia przyszłych załóg. Natomiast REALNIE dostawy „polskich” Abramsów zaczną się najszybciej w 2023 [przecież dopiero wysłano Letter of Requqst – LOR] – gdzie trzeba od zera stworzyć całą logistykę i bazę szkoleniowo-treningową – a potem od zera budować poziomy certyfikacji tych 4 batalionów Abramsow „żelaznej dywizji” – co potrwa PRZYNAJMNIEJ [właśnie na szczeblu dywizji] do 2030. Oby nie później. Abramsy Polski nie obronią – Obwodu Kaliningradzkiego nie zlikwidują z jego A2/AD, tak samo względem Białorusi, jej przyszłej A2/Ad – i 1 Armii Pancernej Gwardii. Tylko pogratulować „myślenia” w MON,IU, KPRM – i Panu Błaszczakowi i Panu Jarkowi. Tragikomiczne – tragiczne dla Polski – komiczne dla Kremla i innych graczy. To się chyba nazywa antypolityka i antyracja stanu. Niektórzy nazwali by to zdradą.

  6. No i stało się…Pekin [przynajmniej medialnie] przekroczył Rubikon. Po deklaracji Japonii o obronie Tajwanu przed inwazja z Chin – w Xinhua groźba ataku jądrowego na Japonię i…podziału na 4 strefy okupacyjne – wspólnie z…Rosją. Wg mnie: balon próbny i sygnał dokładnie wyskalowany tak, by Pekin mógł się wycofać z twarzą, bagatelizując jako „nieodpowiedzialny żart odosobnionej grupki” – a jednocześnie – by w drugą stronę móc rozpalić nacjonalistyczny ogień jeszcze większych gróźb. Polecam: https://www.news.com.au/technology/innovation/military/china-threatens-to-nuke-japan-if-country-intervenes-in-taiwan-conflict/news-story/d9af14dc6b90628082e79ab4c77629e1
    Tak dla Pana Jarka info „co robić?”: w Waszyngtonie nikt już nawet nie pamięta o zamówieniu tych 250 Abramsów przez Polskę – pewnie scedują to na niższego urzędnika, a odpowiednie głosowanie będzie formalnością, o której w Waszyngtonie zapomną po 5 minutach. Teraz liczy się TYLKO AZJA – w Japonii, Korei, Australii, Indiach, w Waszyngtonie – obradują specjalne tajne gremia, a think-tanki wyciskają scenariusze ewentualnościowe. Dlatego Panie Jarku – doradzam NATYCHMIAST porzucić zakup Abramsów, za to „na wczoraj” nawiązać w trybie maksymalnego priorytetu dogadanie się z Japonią, Koreą, Australią. Bo te państwa realnie myślą o suwerenności – i mają możliwości techniczne – albo uran. Temat: budowa suwerennych głowic i suwerennych środków przenoszenia, budowa kompleksów sieciocentrycznych C5ISR/EW, budowa saturacyjnej tarczy antyrakietowej i plot. Reszta „długo, długo nic” w priorytetach i w wydatkach tak drastycznie zmienionego PMT AD2021. Da Japonii bron jądrowa to kwestia 2 miesięcy max, zresztą podobnie dla Korei. System antyrakietowy L-SAM z Korei [3 razy wyższy pułap i 2 razy większy zasięg od Patriotow] – do kupienia ZA KAŻDĄ CENĘ z pełnym transferem technologicznym i wspólnym pełnym rozwojem. Tak samo plot [z prak] KM-SAM Block 2. To samo odnośnie rakiet balistycznych Korei HM-2C [zasięg 800+ km] i dalszych klonów rozwojowych – i pocisków uskrzydlonych HM-3C [zasięg 1500+ km]. Plus zassanie technologii elektroniki dla budowy najnowocześniejszej C5ISR/EW – plus totalna dronizacja – w tym z dronami jako nosicielami Piorunów i Piratów. Na początek radziłbym zakup 10 tys Warmate 1 najnowszej odmiany i 3 tys Warmate 2 w systemie Silent BMS. Plus Manty i Łosie i Gzy. Reszta – włącznie z lotnictwem i PMW [nie mówiąc o czołgach] – zasadniczo „w odstawkę” – bez względu na wycie danego lobby. Co do reszty Dokończenie Kryla i Moskita – KONIECZNIE.- intensyfikacja produkcji Krabów – na 3 zmiany non-stop „ile się da” – z podwykonawstwem Cegielskiego i w pewnym stopniu Bumaru. Zakup licencji bez ograniczeń amunicji precyzyjnej dalekiego zasięgu dla Krabów i Kryli: Vulcano-Dardo, Nammo, BAE HVP. I zakup natychmiast licencji na produkcję 200 tys RGW-90, a jak będzie RGW-110 – też licencja min. na 100 tys sztuk – zastrzeżeniem użycia w każdej domenie z każdego nosiciela – w tym z dronów – powietrznych, lądowych, morskich. Doradzam „na wczoraj” dogadanie się z NORDEFCO – a minimum z Finlandią, która już robi suwerenny przemysł atomowy – od kopalni uranu – po wzbogacony materiał jądrowy. Oraz dogadanie z Turcją – dla strategii rozpraszania Rosji. Bo koncentracja Waszyngtonu i pasa pacyficznego względem Chin – to otwarte okno dla swobodnego działania Kremla na szeroko rozumianej Flance – od GIUK i NORDEFCO – po Morze Czarne i Kaspijskie i Azję Środkową. A jeżeli Pan nie ogrania spraw ZASAD GRY i TRENDÓW PRAWDZIWEJ REALNEJ POLITYKI SIŁY w obecnych czasach – to proszę iść na emeryturę i pisać pamiętniki. Żarty się skończyły – symulowanie polityki i symulowanie obrony Polski – TEŻ.

    1. Nie wiem, kto z ważnych polityków z wieży czyta blog pana Krzysztofa. Mam nadzieję, że wielu, ale pewności mieć nikt nie może. Wiele ciekawych i moim zdaniem celnych wniosków panie Georealista, ale śledzę Pana starania na Defence24 i tu i po raz kolejny, wnoszę o przeniesienie dyskusji do innej domeny, która ma realną szansę wywołania efektu indukcji myśli poprzez jej upublicznienie i zgromadzenie osób popierających. Tak, tak właśnie działa Jacek Bartosiak i co by nie mówić już widać wpływ jego działalności na sferę polityki. Jakiś, niepełny, widać opozycję, system trzeszczy, broni się, gubi. Ale drgnęło, coś się dzieje, widać ruch. Może to czas, by i Pan się włączył w otwartej formie? Rozmowy zakulisowe, nawet najszczersze i z wysoko postawionymi ludźmi polityki czy wojska nie będą skuteczne, jeżeli nie wywoła się efektu nacisku wynikającego z dyskusji publicznej. Pisze Pan o książce – bardzo dobrze, to jest dobry ruch. Tylko trzeba zacząć ją promować, mówić o niej, zapowiadać, podgrzewać atmosferę. Inaczej zjawi się i zniknie bez większego echa. Proszę się nie gniewać za moje następne słowa, ale o ile odbieram Pana za naprawdę tęgi umysł w sprawach strategii i geostrategii, to obecny sposób promocji Pana wizji jest kompletnie nieskuteczny, amatorski bez szans na realne powodzenie. A szkoda, by tworzył Pan wyłącznie dla wąskiego grona koneserów blogu pana Krzysztofa czy by Pana posty ginęły w informacyjnym szumie różnego rodzaju trolli na Defence24, który jest celowo generowany w ramach wojny nowej generacji. Czas wyjść ze strefy komfortu i zacząć działać, bo czas płynie nieubłaganie. Chyba, że Pana celem jest zaistnienie w historii jako teoretyka, który miał rację…

      1. Muszę wyraźnie zaznaczyć: od 2017 przesyłałem różne projekty i opracowania do konkretnych departamentów MON i IU i nawet BBN i nawet KPRM], ale odpowiedzi w sensie merytorycznym [po żonglerce odpychania od siebie i spychania „do innych”] przedstawiały poziom twita Pana Ministra nt stacjonowania Abramsów. Dotychczas stawiałem na bezpośrednie kontakty, ale ostatnia odpowiedź z MON [na zasadzie „nie, bo nie – a my i tak wszystko wiemy i robimy lepiej i nam się tu nie wtrącać”] zakończyła ten etap – dlatego prawdopodobnie od przyszłego miesiąca będę publikował w periodyku militarnym.

        1. To dobrze, że Pan zrozumiał, że z betonem nie da się bezpośrednio. Dlatego zapewne taką a nie inną drogę obrał Bartosiak. Nie wiem, czy mu wyjdzie ostatecznie, ale, jak pisałem wyżej, jakiś ruch już widać. Zresztą może i Pan zdyskontować zrobiony przez niego wyłom w schematach.

  7. (…)Dlatego Panie Jarku – doradzam NATYCHMIAST porzucić zakup Abramsów, za to “na wczoraj” nawiązać w trybie maksymalnego priorytetu dogadanie się z Japonią, Koreą, Australią. Bo te państwa realnie myślą o suwerenności – i mają możliwości techniczne – albo uran.(…)
    A tak nie dawno to Pan Georealista pobierał Bombę… od Chin.

      1. Zaraz, zaraz… Pan Georalista teraz straszy teraz sojuszem w celu rozbioru Japonii… Zatem mielibyśmy biorcami Bomb jednocześnie do zaborcy i rozbieranego… mi to się nie klei.

        1. Nie ja straszę rozbiorem Japonii, tylko Chiny. Które w skalkulowany sposób chcą podwyższyć ostro koszty Japonii ewentualnej interwencji obronnej wobec Tajwanu. A w Japonii na pewno już zrobiono tajny przegląd gotowości do produkcji własnych głowic – i wszystkie dokumenty czekają w szufladzie na odpowiednie podpisy w trybie wyższej konieczności i bezpośredniego zagrożenia bytu państwa.

    1. Dokładniej – w razie krytycznego zagrożenia – przy naszym uświadomionym dogadaniu pod stołem z Pekinem – dostaniemy te bomby od Chin via Pakistan. Tyle, że dla obecnej ekipy TERAZ to nie do pomyślenia. No i warunkiem koniecznym [i wystarczającym] przekazania strategicznego odstraszania dla Polski przez Chiny jest z punktu widzenia Pekinu rzeczywiście krytyczne zagrożenie istnienia Polski jako skutecznego suwerennego bufora rozdzielającego Kreml i Berlin – dla uniemożliwienia powstania supermocarstwa Lizbona-Władywostok. Ten moment krytyczny nie nastąpił – i jeszcze ładnych parę lat nie nastąpi. Natomiast nawiązanie współpracy technologicznej z Koreą, Japonią dla budowy suwerennych systemów strategicznych – trzeba robić natychmiast. Przy czym dla jasności – Chiny uważam za ostateczność – za ostatnią deskę ratunku – a ja nie chcę doprowadzenia nas do ostateczności, tylko działania naszych sterników ZAWCZASU – bo to i mniej kosztuje i daje większe pole manewru. Pod stołem należy już teraz dogadać się co do technologii jądrowych i scenariuszy działania z Finlandią, Ukrainą, Turcją [ale i z zagrożonym Rosją Kazachstanem – dużym wydobywcą uranu], a także z Japonią, Koreą i Australią – a ostatnia ma i wydobycie i zasoby uranu – i moim zdaniem [po ostatniej deklaracji ataku atomowego Pekinu na Japonię] też już rozważa samodzielny program jądrowy dla stworzenia skutecznego odstraszania strategicznego Chin. Same uruchomienie tych rozmów w szerszym formacie poza USA, spowoduje, że wskutek takich i innych przecieków Waszyngton „nagle” i „niespodziewanie” stanie się spolegliwy z NATO Nuclear Sharing dla Polski – czy szerzej – dla Flanki NATO. Zaś otrzymanie NATO Nuclear Sharing nie powinno zastopować wcale naszej drogi do pozyskania całkowicie suwerennej broni jądrowej. I w ramach szeroko rozumianego sojuszu państw w strefie zgniotu z Rosją – i finalnie dla Polski indywidualnie – w ramach całkowicie suwerennego dysponowania głowicami. Bo kryzys i Wielki Chaos i regionalne napięcia i wojny to jedno – ale trzeba przetrwać najgorszy okres – czyli Wielkiej Konfrontacji. A i potem – w ramach dochodzenia świata do nowej równowagi i porządku – trzeba mieć silne karty w ręce. Tu nie chodzi o użycie broni jądrowej przez WP – tylko o uzyskanie strategicznego skutecznego odstraszania na jądrowych szczeblach drabiny eskalacyjnej – oraz dla większego skalkulowanego ryzyka i kosztów agresji dla Rosji czy Niemiec – także na szczeblach konfliktu opartego o „bronie klasyczne”. Po to, by Polska nie musiała wojować, a jeżeli już – to jak najmniej – i z jak najkorzystniejszej pozycji – najlepiej rozkładając ciężar wojny na koalicję w strefie zgniotu – z jak największym wsparciem strategicznym OBU supermocarstw. W każdym razie po deklaracji możliwości atomowego ataku Chin na Japonię – teraz wszyscy gracze w Azji na nowo rozpisują plany ewentualnościowe – wszędzie z przesunięciem ku drastycznym rozwiązaniom, przedtem odstawianym na półki z napisem „remedia na hipotetyczne, zaawansowane w drabinie eskalacyjnej zagrożenie”. A zachodnia [tj. rosyjska] strefa zgniotu od GIUK po Morze Czarne i Kaspijskie i Azję Środkową – to naczynia połączone z teatrem pacyficznym. Im bardziej USA skupiają się na Chinach i Pacyfiku – tym większe otwarte pole możliwości działania w tym pasie zgniotu widzi Kreml. Swoją drogą – Pekin deklarując okupację Japonii wraz z Rosją, postawił Kreml w bardzo, ale to bardzo niewygodnej sytuacji. Kreml złoży dementi i odetnie się od okupacji Japonii – to narazi rdzeń polityki swego „zwrotu na Chiny”. Nie zrobi dementi – stanie przed alternatywą PRZYMUSOWEGO sojuszu z Chinami. Czyli nie będzie mógł stać wolny z boku – pozbawi się tak czy tak pozycji obrotowej. Jak widać – w tym pozornie „sojuszniczym” geście Chiny wiążą Kreml – pozbawiając go pola manewru. Jak znam Kreml – najpierw będą udawali „głupich”, że niby to oświadczenie Pekinu ich nie dotyczy, a w razie pytań ze strony Tokio czy innych graczy – będą kręcili i bagatelizowali. No chyba, że zależy im na ostrym podbiciu swej ceny względem Waszyngtonu i szeroko rozumianego świata Zachodniego – ale to byłaby bardzo ostra i przedwczesna akcja przyśpieszenia biegu spraw – co samo w sobie podwyższa ryzyko utraty kontroli nad przebiegiem gry – i z całym ryzykiem „przymusowego przyklejenia do Chin” w razie fiaska zawarcia deal’u z USA. Jednak bardziej prawdopodobny jest wariant pierwszy.

      1. (…)Przy czym dla jasności – Chiny uważam za ostateczność – za ostatnią deskę ratunku – a ja nie chcę doprowadzenia nas do ostateczności, tylko działania naszych sterników ZAWCZASU – bo to i mniej kosztuje i daje większe pole manewru.(…)
        Jakoś ten nurt w Pana myśli geostrategicznej do tej pory nie wybrzmiał…

        1. Dokładnie odwrotnie Panie Strzemieczny – cały czas podkreślam konieczność zasadniczego zwrotu ZAWCZASU – inaczej będziemy mieli same drastyczne alternatywy [do wyboru – albo bez wyboru] – na czele z kopaniem studni do pożaru – rzecz jasna z olbrzymimi kosztami społecznymi – i pewnie z przechwyceniem władzy przez rządy silnej ręki w modelu autorytarnym, w tym resortów siłowych. I cały czas podkreślam, że Chiny dla Polski to nie Jedwabny Szlak [bo ten rozkwitnie dopiero PO Wielkiej Konfrontacji, jak przynajmniej Eurazja się ustabilizuje – najszybciej po 2050 – a realnie pewnie około 2070], ani jakieś bonusy z „przyjaźni” – bo taka kategoria w polityce nie istnieje – ale tylko przez zasadniczy krok wsparcia strategicznego [pod stołem – głowicami via Pakistan]. „Tylko” i „aż” – i pewnie nic więcej – chyba, że będziemy umieli udowodnić długofalowa linię równego dystansu wobec Pekinu i Waszyngtonu. A i te głowice – podkreślam raz jeszcze – dostaniemy tylko i wyłącznie wtedy – gdy udowodnimy szczelność państwa i samosterowność i twarda determinację do obrony suwerenności. W bardziej optymistycznym modelu – gdy zdamy ten egzamin przed Pekinem – dostaniemy i tran sfery technologiczne – konieczne dla utrzymania całkowicie odciętego od Zachodu sterowania na wysokim poziomie technicznym. Oczywiście – to będzie „druga linia” poziomu technologicznego, jakim będzie dysponował Pekin – ale i tak wystarczy dla dotrzymania kroku i utrzymania suwerennego cywilnego i militarnego C5ISR/EW. Tak dla uzupełnienia dyskursu – polecam mój komentarz do artykułu Pana Radziejewskiego w https://nowakonfederacja.pl/przyspieszenie-geopolityczne-ktore-przegrywamy-czesc-5-sklejanie-zachodu-usa-niemcy-polska/ Tam piszę dość bezpardonowo o realu – i choćby możliwym ZASADNICZYM ruchu, który rozwaliłby w drobny mak wszelkie układy nad nasza głową. Co – zaznaczam – mam w przypadku naszej ekipy jedynie za model do zaprezentowania PRAWDZIWEJ GEOPOLITYKI na najwyższym poziomie – bo od razu zaznaczyłem, że dla „dobrej zmiany” jest to kosmos mentalnie nie do pomyślenia ze względu na głęboko utrwalone wyuczone poczucie bezradności i rozpaczliwego czepiania się poły tych, którzy nami gardzą i nas bezwzględnie instrumentalnie i przedmiotowo eksploatują. Ja już pisałem – wystarczyłby scenariusz ewentualnościowy dogadany pod stołem w Pekinie – nawet w razie blokady SWIFT – od razu przepięcie na chiński CIPS. A w razie gróźb siłowych – nawet atomowych – na lotniskach w jeden dzień lądują „cywilne” transportowce z bateriami antyrakietowymi pod wspólnym dowództwem – a jak trzeba to i mobilne rakiety średniego zasięgu z głowicami. Podstawa prawna? – traktat o strategicznej współpracy z 20 grudnia 2012 i zaliczenie przez Pekin Polski do jednego z 7 państw o strategicznym znaczeniu dla Chin. Od tamtego czasu nic w układance geopolitycznej [i geografii] się nie zmieniło – w zasadzie nawet wróciliśmy w pewnym stopniu [chcianym i pożądanym przez Waszyngton – aczkolwiek teraz i Berlin i Kreml się droży] do narracji z okresu „resetu” 2009-2013. Apelowanie do Białego Domu, że powtarzają identyczny błąd, ze już raz dostali upokarzającego kopniaka i od Kremla i od Berlina – to strata czasu. Tak samo tłumaczenie, że jak USA wyjdą z Europy, to wszelkie udawane posłuszeństwo i sojusze proamerykańskie Berlina [czy nawet Kremla] prysną w jednej chwili – by po minucie ustąpić deklaracji o stworzeniu konkurencyjnego SILNIEJSZEGO supermocarstwa od Lizbony do Władywostoku. Amerykanie są zwyczajnie jako elita polityczno-sterująca krajem GŁUPI. Zaś elity WYŻSZEGO RZEDU – te PONADPAŃSTWOWE – moim zdaniem montują totalitarnego, marksistowskiego ultramolocha po likwidacji, państw, nardów, społeczeństw opartych o rodzinę. Zresztą – dla tego scenariusza – najbardziej prawdopodobnego w ramach całego Zachodu – polecam mój komentarz na https://nowakonfederacja.pl/piec-scenariuszy-dla-swiata-od-renesansu-demokracji-do-tragedii/ Tragikomiczne, że o TYM scenariuszu autor artykułu ani pisnął – chociaż to, co dzieje się na Zachodzie – aż bije w oczy swą oczywistością budowy ultratotalitarnego projektu absolutnej władzy elit nad ogłupionym i zatomizowanym miliardowym tłumem lemingów – i jego zasobami. Przy czym ruchy USA na poziomie państwowym odbieram jako przeciagąnie liny i chęć elit amerykańskich dla zajęcia uprzywilejowanej pozycji w tym ultraimperium. Jedno nie przeczy drugiemu – przeciwnie – poziom PRZEDMIOTOWO-INSTRUMENTALNEJ gry rzekomo w interesie państw [faktycznie z państwami jako przedmiotami do wykorzystania ich zasobów i sił w grze o „porządek dziobania”] – służy pozycjonowaniu swej pozycji danych „regionalnych” elit w ramach ultraimperium. Powtórzę: teraz demontują i osłabiają państwa – po to, by po atomizacji społeczeństw i poddaniu ich politpoprawnemu ogłupieniu i bezwolności i utracie elementarnej orientacji – oraz po pozbawieniu jakiejkolwiek własności prywatnej – zbudować docelowe ultraimperium – wystarczająco silne za „żelazną kurtyną” PRZEWAŻAJĄCEJ części świata – by być nietykalne jak Korea Północna. Sumując – teraz odbywa się [jeszcze na wczesnym etapie – szaleństwo dopiero się rozpoczyna] Rewolucja Kulturalna 2.0 – by stworzyć Nową Wielką Wspaniałą Koreę Północną do czwartej potęgi – zarządzana przez klan wielbionych „boskich” Kimów XXI w.. Chciałbym powiedzieć, że to żart albo s-f – niestety, na razie – patrząc na ostatni tuzin lat – jest to realizowany spójnie, wielotorowo i w ramach całego Zachodu, konsekwentny i ukierunkowany forsowany świadomie i koordynowany proces. Co widać gołym okiem – każdego dnia – i co wręcz wylewa się z mediów. Te wszystkie „postępowe wynalazki” ze 100 płciami, gender, LGBTQX, krytyczną teorią rasy, ultramarksizmem, „postępem”, szkołą frankfurcką, demontażem prawdy i elementarnych kryteriów myślenia, wpieranie histerii COVID i segregacji i nakładanych ograniczeń – wszelkie bijące w oczy BZDURY – to z punktu widzenia macherów od urabiania mas – systematyczne przesuwanie okna Overtona – i narzędzia do ukierunkowanego wykorzystywania już naturalnych [w gnuśnej bezpiecznej sytości] trendów degeneracyjnych Zachodu – dokładnie wg tego etapu eksperymentu Calhouna. Jednego jestem pewien – nawet jeżeli owym elitom elit uda się zbudować owo hiperimperium totalitarnego marksizmu z „Partą Wewnętrzną” elit- to na krótko – skok generacyjny technologii Chin [a szerzej – Azji] – i goła siła – rozwali je jak gliniany garnek. Bo w Pekinie myślą naprawdę długofalowo – i nie pozwolą na utrwalenie takiego bardzo niewygodnego tworu [bardziej niewygodnego, niż obecnie Rosja]. Tym bardziej, że ów klan „boskich” Kimów miałby zerową wiarygodność dla Pekinu i Azji co do utrzymania długofalowej stabilności globalnej – i poza globem. Ryzyko i koszty trzymywania takiego status quo zbyt duże – a zyski żadne.

          1. (…)Te wszystkie “postępowe wynalazki” ze 100 płciami, gender, LGBTQX, krytyczną teorią rasy, ultramarksizmem, “postępem”, szkołą frankfurcką, demontażem prawdy i elementarnych kryteriów myślenia, wpieranie histerii COVID i segregacji i nakładanych ograniczeń – wszelkie bijące w oczy BZDURY(…)
            Kwestie seksualne to typowe przykrywanie innych tematów… taka jedna sprawa pedofilska Jankowskiego skutecznie przekryło całe pasmo afer… o zupełnie innym charakterze.
            A co do restrykcji COVID’owych… to niby nie mamy jakiś wielkich, ale wystarczą one do blokowania prawdy o zamachu w Smoleńsku… https://wiadomosci.wp.pl/podkomisja-smolenska-nie-opublikuje-jeszcze-raportu-powod-koronawirus-w-polsce-6514771315161217a

          2. Panie Strzemieczny – twierdzi Pan, że osoby seksualnie patologiczne z „postępowych” kół laickich przykrywają infiltrację Kościoła Katolickiego przez takie same grupy patologii seksualnej? Zniszczenie KK dywersją od środka [nazywa się to „modernizmem” – nie tylko luzowanie w sprawach seksualnych pod znakiem „róbta, co chceta”, ale całkowite odwrócenie podstawowych zasad Ewangelii w ich przeciwieństwo] – to jeden z celów całkowitej atomizacji społeczeństwa, całkowitej likwidacji rodziny, które wraz z likwidacją kultury [„cancel culture”, krytyczna teoria rasy, szkoła frankfurcka itp] i państwa – ma utorować drogę absolutnej władzy elit totalitarnego, całkowicie scentralizowanego ultraimperium z dawnego Zachodu? Cóż – to się nawet pokrywa racjonalnie z totalnym skokiem na własność prywatną [„W 2030 nie będziesz miał niczego i będziesz szczęśliwy”] – i z zaprowadzeniem w Nowej Lepszej Rewolucji Kulturalnej 2.0 całkowitego ubóstwiania elit „Jedynie Słusznych i Nieomylnych Giga-Kimów” przyjmujących miliardowy hołd i uwielbienie od swych całkowicie zindoktrynowanych niewolników. Co do Smoleńska – twierdzi Pan, że oczywista [w ówczesnych warunkach nowej mądrości etapu „resetu” Waszyngtonu z Kremlem] i wręcz „konieczna” likwidacja bardzo niewygodnego po 17 IX 2009 polskiego przywództwa [jak sądzę – przez CIA we współpracy z GRU – i przy wiedzy powiadomionego BND i Mossadu] – jest tak drażliwym tematem i spaleniem mostów z USA? – że Pan Jarek [mimo straty brata] nie zdecyduje się na odpalenie tej opcji atomowej? To by sugerowało, że Pan Jarek jest mężem stanu, który za priorytet ma rację stanu i interes narodowy Polski. Może tak, może nie – po prostu polityka Pana Jarka jest niekonsekwentna i niespójna w planie strategicznym [być może ma sens w partykularnym planie taktycznym „z dnia na dzień”] – i głównie zwrócona na utrzymanie władzy na krajowym podwórku. Na naszym europejskim podwórku narzędziem wdrażania jest Berlin – i tu ponadnarodowe elity „europejskie” wielkich lobby, kapitału, banksterów, mediów itd – traktują Europę Wschodnią jako zasób, który w krytycznym okresie tej ww transformacji zostanie całkowicie zużyty – by oszczędzić nadmiernych kosztów tego procesu staremu Zachodowi. Że kroi się ultra-hucpa na niespotykaną skalę – to w ramach europejskiego podwórka widzą i inni. Polecam Ziemkiewicza – polecam „Zachód – dezaktywacja” https://www.youtube.com/watch?v=LXKoopszXUU . Ci, którzy popierają Berlin – bo mają w oczach górę euro, którą rzekomo nas stary Zachód zasypie, jak tylko znowu ustanowimy najemnych nadzorców TuskGmBH – mylą się całkowicie. Nic nie dostaniemy – zostaniemy całkowicie wyssani ze wszelkich zasobów – by na Zachodzie „postępowa” rewolucja przechwycenia totalnej władzy mogła się dokonać bez oporu ich społeczeństw. Co robić? – moim zdaniem budować krok po kroku [za każdym krokiem wykorzystując nową lepszą pozycję do dalszego lewarowania] osobny twór Konfederacji-Sojuszu Strefy Zgniotu – od Arktyki przez Bałtyk. Morze Czarne i Kaspijskie. Wykorzystując 16+1 i „pas turański budowany przez Turcję – dla zbudowania synergii siły politycznej, ekonomicznej i technologicznej [wzajemnymi transferami] – w opozycji do Starej Europy [„jądra karolińskiego”] – i w opozycji do presji militarnej i politycznej Rosji. Czyli podpisując NASZE CAI z Chinami – oczywiście kolektywnie – bo Polska sama zostanie rozjechana. Paradoksalnie [ale tylko pozornie] – taka siła spowoduje zwrot USA – już nie będa namaszczali Berlina na swojego „agenta interesów” – tylko siłą rzeczy zwrócą sie do tej Konfederacji-Sojuszu Strefy Zgniotu. Bo będzie silna. I co więcej – pozwoli jako separator i „oddział zaporowy” docisnąć i Berlin i Kreml osobno. Ale – obecni sternicy moim zdaniem zwyczajnie nie ogarniają spraw geostrategicznych i prawdziwej twardej real-politik. Nie budują prawdziwej gwarancji militarnej NASZEJ dysponowanej siły i suwerenności strategicznej Polski. Już kontrakt na „modernizację” T-72M1R był całkowicie nakierowany na doraźne wewnętrzne „zadziałanie’ pod wybory – bo w rezultacie dawał czołg gorszy od starego PT-91A czyli Twardego z początku lat 90-tych. Teraz kontrakty na Abramsy i Mieczniki za jakieś 45 mld zł razem [w przypadku Abramsow plus 60 mld dodatkowo na obcy serwis – a i w przypadku Mieczników 3/4 serwisu będzie na obcych kontraktorów – czyli drugie 60, nawet 80 mld zł do obcej kieszeni – bo systemy okrętowe są wyjątkowo drogie i specjalizowane]. Ja to skomentowałem pod artykułem https://www.defence24.pl/zapowiedziano-umowe-na-miecznika jako Dalej Patrzący wpisem z 26 lipca 22:40 – proponując o dwa rzędy wielkości bardziej efektywny system na nasze potrzeby strategiczne. Gdyby doliczyć jeszcze te 120-140 mld złotych, które wezmą obcy kontraktorzy na serwis i MLU itp sprawy – można by stworzyć naprawdę skuteczną strategiczną „tarczę i miecz” na poziomie zbliżonym do całokrajowej A2/AD Tarczy i Miecza Polski. Aczkolwiek ten ostatni projekt to moim zdaniem ca 250 [min] do 350 [max mld złotych – i oczywiście plus zakup głowic asymetrycznego skutecznego odstraszania jądrowego. Po takim kroku Berlin [65 km od granicy] bardzo by zgrzeczniał wobec Polski. No, ale „wstawanie z kolan” w wykonaniu obecnych sterników polega w istocie na „padaniu na twarz” jak to ładnie określił dr Targalski. Chcieli Waszyngtonem zlewarować i zdystansować Berlin – a teraz Waszyngton traktuje Warszawę jako parobka namaszczonego nadrzędnego Berlina… Dlaczego? – bo po końcu „resetu resetu” nie budowaliśmy suwerennej siły – i ekonomicznej [prawdziwego wyjścia z roli montowni Niemiec] – ani militarnej – na systemach strategicznych budowanych we własnych zakładach. Kluczem była i jest koncentracja na zassaniu technologii cywilnych i wojskowych [a często – podwójnego zastosowania] od graczy niezależnych od Waszyngtonu, Berlina i Kremla. Np. od Korei Płd, ale także Japonii. Które idą swoja drogą – to już widać choćby po programach militarnych, technice kosmicznej [japońskiej i koreańskiej – TAK – Korea Płd ma swój program – polecam: https://www.space24.pl/powitanie-na-wyrzutni-korea-poludniowa-prezentuje-najnowsza-rakiete-nosna oraz https://www.space24.pl/korea-pld-wiecej-inzynierii-kosmicznej-na-potrzeby-panstwa-powstaje-osrodek-analiz ] i choćby po umowie RCEP. Dlaczego nie budowaliśmy suwerennej siły ekonomicznej i militarnej? Bo od jesieni 2013 – gdy z końcem „resetu” Waszyngton-Kreml – otwarło się okienko możliwości – to najpierw kompradorzy berlińscy dalej wisieli okrakiem między Berlinem a Waszyngtonem, a potem po 2015 zastąpili ich kompradorzy uwieszeni na klamce Waszyngtonu. W tym sensie „dobra zmian” robiła i robi tylko medialna maskirowkę dla starego systemu kompradorskiego – z nowym panem zamiast starego.

          3. (…)Zniszczenie KK dywersją od środka [nazywa się to “modernizmem” – nie tylko luzowanie w sprawach seksualnych pod znakiem “róbta, co chceta”, ale całkowite odwrócenie podstawowych zasad Ewangelii w ich przeciwieństwo](…)
            Jestem ateistą, a jakoś nie mam wielkich problemów nad panowaniem chucią czy orientacją seksualną… w przeciwieństwie co do niektórych purparatów.

            (…)i z zaprowadzeniem w Nowej Lepszej Rewolucji Kulturalnej 2.0 całkowitego ubóstwiania elit “Jedynie Słusznych i Nieomylnych Giga-Kimów” przyjmujących miliardowy hołd i uwielbienie od swych całkowicie zindoktrynowanych niewolników.(…)
            U nas teżwystarczy spojrzeć na to co się dzieje wokół Kaczyńskigo czy Rydzyka. widzę objawy kultu jednostki… nawet Duda też się doczekał takich kuriozów jak:
            – szpaler honorowy Paulinów na Jasnej Górze czy (…)błogosławione łono, które Ciebie nosiło, i piersi, które ssałeś(…)

            (…)Cóż – to się nawet pokrywa racjonalnie z totalnym skokiem na własność prywatną [“W 2030 nie będziesz miał niczego i będziesz szczęśliwy”] – i z zaprowadzeniem w Nowej Lepszej Rewolucji Kulturalnej 2.0 całkowitego ubóstwiania elit “Jedynie Słusznych i Nieomylnych Giga-Kimów” przyjmujących miliardowy hołd i uwielbienie od swych całkowicie zindoktrynowanych niewolników.(…)
            Póki co mamy jeszcze rok 2021, a jak już lecimy z nawiązaniami literackimi to pozwolę się odwołać do tytułu pewnej gry RPG (…)Cyberpunk 2020(…)… dziwnym trafem w roku wybuchu pandemii COVID’a zaczęły się wyłaniać zręby organizacji społecznej rodem z tego nurtu… jednej rzekomi komuniści otwierają w placówce dyplomatycznej nielegalną dyskotekę… https://www.facebook.com/oko.press/videos/nielegalne-imprezy-w-ambasadzie-korei-p%C3%B3%C5%82nocnej-%C5%9Brodowisko-klubowe-protestuje/454339939324517/?extid=SEO—- , a z drugiej DobraZmiana ustawą o środkach epidemicznych pozbawia państwo nadzoru nad inwestycjami, które mają tzw. podkładkę w stylu zadeklarowania, że budowany ośrodek wypoczynkowy to np. sanatorium. Zatem przewidywałbym, że bieg wydarzeń pójdzie raczej w tym kierunku…

            (…)To by sugerowało, że Pan Jarek jest mężem stanu, który za priorytet ma rację stanu i interes narodowy Polski.(…)
            To raczej by sugerowało, żeby nazywać Pana Jarka określeniem zaczerpniętym z gwary więziennej… po tym jak pozwolił przejąć rozgrywanie tej sprawy Macierewiczowi to wcześniej czy póżniej musi wystąpić nakaz ścigania autorów tegoż zamachu albo przyznać się do kłamstwa. A po za tym… czyż to nie jest idealna okazja, aby pokazać, że Polska jest suwerenna i samosterowna i pragmatycznie bez emocji rozliczyć zachód z neokolonializmu? Na początek wystarczyłoby opublikowanie aneksu do raporty z likwidacji WSI… tylko, że na to był czas 5 lat temu, teraz taki gest w wykonaniu Dudy byłby skrajnie nieszczery… coś na miarę niedawnego wniosku o pozbawienie Banasia immunitetu. Powiedz sam… czy Mąż stanu dałby się grillować Banasiem?

          4. Nie jestem ekspertem od uzbrojenia, przyznaję, aczkolwiek wydaje mi się, że fregaty by nam się przydały. Mają one przecież zadania nie tylko na czas wojny. Poza tym w 100% zgadzam się z Georealistą. Pozdrawiam.

Leave a Reply

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *