Polski dead end? – Czyli co może zrobić Polska w obliczu nowego otwarcia Bidena

Trzecia dekada XXI wieku rozpoczęła się fatalnie dla polskiego rządu. Wraz z 2021 rokiem urząd w Białym Domu objął prezydent Joe Biden. Polityk zasłaniający się sztandarem wartości i ideologii, który postanowił ukarać rząd PiS za konserwatyzm i ścisłą współpracę z Donaldem Trumpem. Przynajmniej tak twierdzą niektórzy. Choć trzeba przyznać, że władze znad Wisły nie zrobiły absolutnie nic, co byłoby sprzeczne z interesami Stanów Zjednoczonych. Co wybrzmiewało czasem w debacie publicznej nawet jako zarzut.

Wydaje się, że Joe Biden ma zupełnie inny pomysł na politykę w Europie i, że jego rezerwa wobec polskich władz wynika z chęci zawarcia porozumienia z Niemcami. Jednakże uzasadnienie to nie daje odpowiedzi na wszystkie wątpliwości. Bowiem negocjując z Berlinem, Waszyngton wcale nie musiał aż tak bardzo dystansować się od Warszawy (vide wciąż brak jest amerykańskiego ambasadora w Polsce). Równie dobrze Joe Biden mógł utrzymać bardzo bliskie – lub choćby neutralne – relacje z Polską po to, by pokazać Niemcom, że wciąż posiada alternatywę i może kontynuować bolesną dla nich politykę Donalda Trumpa. Jednak stało się inaczej.

W efekcie nie da się nie dostrzec, że polski rząd stracił oparcie w polityce międzynarodowej. Będąc w sporze z Unią Europejską i Niemcami, przy wrogo nastawionej Rosji, Warszawa nagle musiała samodzielnie stanąć na nogi i utrzymać równowagę. Skutkiem tego są próby rozmów i zawierania porozumień m.in. z Turcją.

Postawa Joe Bidena wobec Warszawy została odczytana jako swoista zachęta czy też sygnał do ataku i wywierania presji na polski rząd. Również tej wewnętrznej. W miniony weekend obserwowaliśmy głośny powrót Donalda Tuska do krajowej polityki. Wydaje się, że wybrał na to odpowiedni moment, ponieważ sprzyja mu koniunktura zarówno geopolityczna jak i polityczna:

  • Joe Biden negocjujący z Niemcami w sposób bardzo łagodny i sugerujący możliwość dobicia targu kosztem relacji z Polską, a także dystansujący się od władz z Warszawy,
  • trwająca druga kadencja rządu PiS, która z dużą dozą prawdopodobieństwa będzie ostatnią, ponieważ żadnej partii w III RP nie udało się sprawować rządów trzykrotnie z rzędu, a jednocześnie występuje wysokie ryzyko „znużenia” społeczeństwa długimi rządami jednej opcji,
  • zapowiedź Jarosława Kaczyńskiego, że będzie to jego ostatnia prezesura w PiS,
  • wybuch pandemii i gospodarczy lockdown, których skutki zaczęły frustrować polskie społeczeństwo, skupiając negatywne emocje na rządzących,
  • skutki lockdownu, a także możliwy brak poparcia USA i finansjery mocno uderzą w polski budżet, wobec czego PiS może nie mieć już środków w budżecie na kolejne przekupstwo wyborcze w postaci programów socjalnych.

Czy polski rząd znalazł się w ślepym zaułku bez wyjścia i czy stało się to na jego własne życzenie?

 

Zmiany w układzie sił, do których nie doszło

 

W ostatnich miesiącach powstało wiele komentarzy, materiałów oraz artykułów w których różni autorzy (i to bez względu na środowisko pochodzenia) dowodzili, że zwycięstwo Joe Bidena w wyborach było w zasadzie pewne. Tak samo jak jego zwrot i przeorientowanie polityki międzynarodowej USA. Liczni komentatorzy – z mniejszym lub większym autorytetem – wskazywali, że nastąpiła jakaś bliżej nieokreślona geopolityczna zmiana, która skłoniła Joe Bidena do przeorientowania polityki wobec Polski. Co zdaniem licznej grupy krytyków dotychczasowej polityki wykorzystywania przez Polskę zbieżności interesów z USA, można było wcześniej przewidzieć. Tak samo jak fakt, że to przeorientowanie doprowadzi lada moment do „drugiego resetu” z Rosją, „drugiej Jałty” tudzież „odwróconego Nixona” (niezależnie od nazwy).

Tymczasem fakty są takie, że pomiędzy 2020 i 2021 rokiem nie zmieniło się absolutnie nic w istniejącym na arenie międzynarodowej układzie sił.  Nie zmieniły się również cele i interesy narodowe Stanów Zjednoczonych. Mało tego, nie zmienił się także kierunek w jakim podąża Waszyngton. Wciąż chodzi o obronę statusu hegemona. Powstrzymanie Chin, pozyskanie skutecznych lewarów na Rosję – by ta nie mogła zwrócić się przeciwko USA w najmniej oczekiwanym momencie. Metodą osiągnięcia tych dwóch powyższych celów wciąż ma być odzyskanie pozycji niekwestionowanego lidera w świecie zachodu oraz podporządkowanie polityczne Unii Europejskiej. Tak, by ta wespół z USA wywierała naciski na Federację Rosyjską oraz Chińską Republikę Ludową.

Nie zmieniła się ponadto sytuacja Polski w wyżej opisanej układance. Warszawa oddziela Moskwę od Berlina i to polskie terytorium może stanowić amerykańskie narzędzie do powstrzymywania Niemców i Rosjan przed zbudowaniem Eurosji od Lizbony po Władywostok stanowiącej odrębny i konkurencyjny względem Amerykanów ośrodek siły.

Nie doszło wreszcie do żadnego przetasowania kart na linii Waszyngton – Moskwa. Mimo, że wielu w to uwierzyło jeszcze przed szczytem Biden-Putin. Zresztą część komentatorów – wbrew jasnym deklaracjom obu przywódców – wciąż wierzy w wyimaginowaną przez siebie fatamorganę i powołuje się na „drugą Jałtę”. Choć trzeba przyznać, że ten fałszywy obraz wynika poniekąd ze słusznej konstatacji, że Stanom Zjednoczonym powinno zależeć na wsparciu ze strony Rosji w rywalizacji prowadzonej przeciwko Chinom.

Jednak tego rodzaju porozumienie nie ma szans zaistnieć w obecnej sytuacji geopolitycznej – bez względu na to, jak bardzo byłoby ono korzystne dla Waszyngtonu (co opisywałem kilka lat temu w analizie pt.: USA zamierzają pobić Rosję. Resetu nie będzie”). Nawet chęci poszczególnych przywódców nie wystarczą. Ta teza, którą staram się powtarzać i uzasadniać od lat, jest oparta o proste spostrzeżenie. Stany Zjednoczone już raz straciły cztery lata w wyniku resetu z Rosją z 2009 roku, po którym okazało się, że Władimir Putin gra przeciwko Waszyngtonowi. W efekcie zamiast zapowiadanego przez Hilary Clinton piwotu na Pacyfik, Amerykanie musieli wrócić do Europy i zaangażować się mocno w kwestię Ukrainy. Z tego powodu, by zgodzić się na ponowny „reset” lub taktyczny sojusz z Rosją, Waszyngton musi oczekiwać gwarancji. Ponieważ bez nich, Putin mógłby zmienić strony w trakcie rywalizacji chińsko-amerykańskiej i przeważyć szalę na stronę Pekinu. Gwarancjami takimi mogłyby być dostateczne silne lewary na Rosjan, dzięki którym Amerykanie byliby zdolni do użycia szantażu. Waszyngton musi uzyskać możliwość zasygnalizowania:

„Jeśli się zwrócicie przeciwko nam, to poniesiecie takie konsekwencje, że nie będzie to dla Was opłacalne nawet jeśli przegramy”.

Trudno wyobrazić sobie tego rodzaju silny lewar. Niemniej, Amerykanie próbują go zbudować poprzez stworzenie zależności Federacji Rosyjskiej od Stanów Zjednoczonych lub ich lojalnych sojuszników w zakresie dostaw ropy i gazu do Europy. Dostaw, z których żyje rosyjski budżet. Dlatego Donald Trump blokował Nord Stream II oraz South Stream. Dlatego również Polska była zachęcana i dopingowana w zakresie budowy Baltic Pipe oraz innych inwestycji infrastruktury przesyłowej. W tym na linii północ-południe (gazociąg do Chorwacji), zachód-wschód (gazociąg na Ukrainę).

Oczywistym jest, że Władimir Putin nie może zgodzić się na oddanie Amerykanom kluczy do własnego sejfu. Decydenci z Kremla zamierzają zachować niezależność od USA oraz odporność na presję polityczno-gospodarczą z zewnątrz. Federacja Rosyjska ma pozostać państwem jak najbardziej swobodnym w kreowaniu własnej polityki zagranicznej.

Dlatego już od blisko siedmiu lat nie doszło do żadnego porozumienia między Stanami Zjednoczonymi a Rosją. Zwrotu przeciw Moskwie dokonał jeszcze prezydent Barack Obama. Gdy wybory do Białego Domu wygrywał Donald Trump, huczało od pogłosek na temat jego powiązań z Rosją oraz bliskich relacji z Władimirem Putinem. Przed szczytem w Helsinkach, wielu zapowiadało nowy reset. Dokładnie bliźniaczy scenariusz obserwowaliśmy przez ostatnich kilka miesięcy, kiedy to administracja Joe Bidena w ramach „nowego otwarcia” zdecydowała się na szczyt w Genewie. I ponownie nie doszło do żadnego przełomu. Mimo, że niektórzy chcieliby to widzieć inaczej. Jednak wskazać należy, że sama zmiana osoby prezydenta USA nie doprowadzi do strukturalnych zmian na globalnej szachownicy. Układ sił i globalna sytuacja geopolityczna pozostały bez zmian.

Skoro nic się nie zmieniło na globalnej szachownicy, to czemu tak wiele się zmieniło się dla Polski?

 

Nowy lider i nowe metody osiągnięcia tych samych celów

 

Odpowiedzią na wyżej postawione pytanie jest to, że o ile polska figura wciąż stoi w tym samym miejscu, po środku europejskiej szachownicy, o tyle zmieniła się koncepcja jej wykorzystania. Joe Biden postanowił ją zwyczajnie wymienić.

W celu zmuszenia Niemiec do jednoznacznego opowiedzenia się po amerykańskiej stronie, prezydent Donald Trump zdecydował się na ostrą retorykę oraz twarde argumenty. Również w postaci ceł na niemiecką stal i aluminium. Oprócz nacisków gospodarczych, administracja Trumpa zainwestowała w polityczny projekt Trójmorza oparty o Polskę jako lidera. Z którym zacieśniono relacje. Jednakże polityka Donalda Trumpa nie zdążyła odnieść spodziewanego skutku. Niemcy przypierane do muru cofały się. Angela Merkel była upokarzana na wspólnych konferencjach z Trumpem. Niemcy stali się w pewnym momencie obserwatorami, którzy biernie zwlekali czekając, aż Trump siłą ściągnie ich z płotu po własnej stronie. Władze z Berlina do momentu porażki wyborczej Donalda Trumpa nie odważyły się na wykonanie ani jednego kroku wbrew interesom USA. Sytuacja zmieniła się raptownie tuż po wyborach. Korzystając z zamieszania i swobody, natychmiast uzgodniono (przełom 2020-2021) umowę inwestycyjną z Chinami. Wcześniej władze z Berlina nie odważyły się tego zrobić.

Niezależnie od tego, jak krytycznie oceniać prezydenturę Donalda Trumpa (zwłaszcza fatalne zachowanie po porażce wyborczej), to trzeba zauważyć, że jego polityka zagraniczna była skuteczna. Renegocjował szereg umów, w tym z Kanadą, Meksykiem i Koreą Południową (jeśli podpisanie nowej umowy nie jest dowodem skuteczności, to nie wiem co nim jest). I co należy powtórzyć. Donald Trump kompletnie obezwładnił Niemców w polityce zagranicznej. Nacisnął na Federację Rosyjską i nie bał się mocnej konfrontacji z Chinami. Uderzając w ich gospodarkę (cła), na co Pekin niespecjalnie mógł odpowiedzieć. Oczywiście wszystko to odbywało się kosztem wiarygodności Stanów Zjednoczonych na arenie międzynarodowej.

Joe Biden postanowił odbudować tą wiarygodność i prowadzić politykę w oparciu o dobre relacje, łagodną retorykę oraz konsensus. Wyciągnął rękę do Niemiec, by wciągnąć ich w orbitę własnej polityki na zasadach dobrowolności. I postanowił wykonać gesty dobrej woli w postaci rezygnacji z części sankcji na niemiecką spółkę związaną z Nord Stream II (wbrew pozorom to ustępstwo symboliczne, bowiem Rosjanie i tak samodzielnie kończyli gazociąg). Wydaje się, że drugim gestem dobrej woli jest właśnie zachowanie dystansu względem Polski, co może również później pomóc w kompletnym zawieszeniu relacji w razie porozumienia z Niemcami.

Jednocześnie nowy prezydent nie dokonał żadnego zwrotu w relacjach z Rosją (zmieniając retorykę na ostrą – w porównaniu do przyjaznej narracji Trumpa, która przykrywała jego twarde decyzje). Joe Biden utrzymał decyzje wyjścia z Afganistanu. Kontynuuje politykę nastawioną na powstrzymywanie Chin. Nie zamierza również oddać Ukrainy, na której wyrwanie z kremlowskich szponów tyle pracował wraz z Barackiem Obamą. Co jest kolejnym powodem, dla którego niemożliwym jest porozumienie na linii Waszyngton – Moskwa. Bowiem w strategicznym interesie Federacji Rosyjskiej jest odzyskanie kontroli nad Ukrainą. Jest to warunek sine qua non porozumienia z USA. Tymczasem Amerykanie nie mogą sobie pozwolić na odpuszczenie kwestii Kijowa. Ponieważ mimo braku formalnego sojuszu, cały świat obserwuje, czy Stany Zjednoczone są wiarygodne w raz danych gwarancjach bezpieczeństwa. Czy są dość silne jako protektor, by bronić przed rywalami zdobytych wcześniej rubieży. Jednocześnie nierozsądnym byłoby poddanie Ukrainy bez uzyskania w zamian żadnych konkretnych gwarancji. A tych Władimir Putin nie zamierza udzielać.

 

Niemiecki zarządca Europy

Cały plan zdobycia lewarów na Federację Rosyjska oraz wygrania rywalizacji z Chińską Republiką Ludową opiera się o zjednoczenie sił USA oraz Unii Europejskiej. Duet ten może bowiem przydusić Rosję w kwestii sprzedaży surowców energetycznych, a także wywrzeć olbrzymią presję na Chiny. Bowiem ponad połowa eksportu Chińczyków przypada właśnie na USA i UE. Innymi słowy, zachód daje Chinom zarobić, a kapitał ten jest niezbędny do wewnętrznych przekształceń w Państwie Środka. Do budowy klasy średniej, rozwijania technologii oraz tworzenia własnej niezależności rynkowej.

Należy więc zadać pytanie, czy polityka Joe Bidena względem Niemiec, Francji i UE jako całości okaże się skuteczna? By odpowiedzieć twierdząco na tak zadane pytanie, należałoby udowodnić, że Republika Federalna Niemiec byłaby gotowa ponieść koszty i straty ekonomiczne w starciu z Chińską Republiką Ludową oraz Federacją Rosyjską w imię amerykańskiej hegemonii. Donald Trump dawał Niemcom następujący wybór: albo poniesiecie niezbędne koszty rywalizacji z Chinami i Rosją, albo poniesiecie jeszcze wyższe straty jak odetniemy Was od naszego rynku, kapitału, struktur przepływu pieniądza, a także globalnego łańcucha dostaw. Oczywiście wszystko to leżało jedynie w sugestii, a rzeczywistym czynnikiem dyscyplinującym były na pierwszym etapie cła na wybrane produkty. Niemniej renoma i działania Trumpa nakazywały się zastanawiać, czy byłby gotowy do kolejnych drastycznych kroków. Z kolei Joe Biden, by przekonać Niemców do poniesienia kosztów współpracy z USA, będzie musiał zaproponować cenę, która wyrówna lub zniweluje Berlinowi ewentualne straty.

Warto więc poświęcić trochę miejsca na zastanowienie się nad tym, czego pragnęłyby władze z Berlina, gdyby miały zgodzić się na zapłatę amerykańskiego rachunku. To, na czym Niemcom zależy najbardziej – w kwestii geopolitycznej – to odzyskanie kontroli nad tzw. Mitteleuropą. Donald Trump pokazał Niemcom, że ich kontrola nad Europą Środkową nie jest absolutna i można z łatwością ją podważyć. Stany Zjednoczone wyrzuciły w 2015 roku Niemców z Europy Środkowej w takim tempie i z takim impetem, że ci aż wyskoczyli z butów, a Angela Merkel przez pięć lat zbierała rozrzucone wkoło fatałaszki. Niewątpliwym jest, że dzięki temu Joe Biden ma znacznie ułatwione zadanie, jeśli chodzi o perswazję.

 

Co to oznacza dla Polski?

 

W mojej ocenie, Joe Biden jest gotowy złożyć ofiarę z polskiego rządu w ramach gestu pojednania z Niemcami. Niemniej, jeśli zrobi to przedwcześnie, to Stany Zjednoczone ponownie stracą położonego w kluczowym miejscu (w kontekście sporu z Rosją), lojalnego sojusznika. A w zamian mogą doczekać się szybkiego resetu relacji na linii Berlin-Moskwa oraz powrotu do szerszej osi Paryż-Berlin-Moskwa oraz budowy koncepcji Eurosji. Ośrodka siły, który wcale nie wspierałby USA w rywalizacji z Chinami, tylko starał się zyskać na sporze gigantów. Ich kosztem. Tymczasem bez wsparcia Unii Europejskiej, amerykańska hegemonia mogłaby być nie do obrony. Przynajmniej na jakiś czas.

Znacznie bardziej rozsądnym rozwiązaniem z punktu widzenia USA byłoby utrzymanie stanu pewnego rodzaju zawieszenia Polski. Tak by nie wpadła ona jednoznacznie w niemieckie wpływy, ale jednocześnie by nie stanowiła dla Niemców drzazgi wbitej w oko. Tak jak to było do tej pory. Wówczas Niemcy musieliby podążać zgodnie z linią polityczną USA ze świadomością, że w każdej chwili Amerykanie mogą wrócić do koncepcji Trójmorza i rozbijania niemieckiego autorytetu w UE. Przecież jeśli powstanie gazociąg Nord Stream II, to Niemcy będą mogli w każdej chwili zrezygnować z odbioru gazu za jego pośrednictwem całkowicie (np. na żądanie USA) lub też wznowić dostawy w pełnym zakresie (działając wbrew woli USA). W tym kontekście Amerykanom potrzebny byłby swoisty Miecz Damoklesa, który nieustannie wisiałby nad niemieckimi głowami.

W pierwszym z opisywanych wyżej scenariuszy, polski rząd musiałby się liczyć z ogromną presją międzynarodową (której jeszcze nie widać), a do tego np. obniżeniem ratingów ekonomicznych dla Polski, co wiązałoby się z mniejszą wiarygodnością a więc skutkowałoby podrożeniem kosztów zadłużania się. To nie pozwalałoby korzystnie rolować długów, tak więc rząd miałby jeszcze większe problemy budżetowe. Wszystko to prowadzi nas do pytania, czy rząd by przetrwał? I co by się stało, gdyby odpowiedzieć na nie przecząco?

W drugim z opisywanych wariantów, amerykańska administracja wciąż utrzymywałaby ogromny dystans względem Warszawy. Co pozostawiałoby wielką niepewność w obozie rządzącym. Jednocześnie polska dyplomacja nie posiadając oparcia w USA, nie mogłaby zbudować koalicji wspierającej wewnątrz UE, a w konsekwencji miałaby bardzo ograniczone możliwości sprzeciwiania się osi Paryż-Berlin. Ponadto w kwestiach polityki wewnętrznej, z punktu widzenia Stanów Zjednoczony sytuacja, w której PiS musiałby sprawować rządy mniejszościowe byłaby idealną. Z jednej strony obezwładniłoby to koalicję rządzącą (również w kwestiach międzynarodowych), z drugiej Polska wciąż pozostawałaby poza kontrolą Niemiec.

 

Czy Polska powinna dokonać zwrotu w polityce zagranicznej?

 

Wobec tak trudnego położenia, w jakim znalazły się polskie władze, w debacie publicznej pojawiły się pomysły na to, co w takiej sytuacji polska dyplomacja powinna zrobić. Część głosów wskazywała, że Polska powinna zacząć prowadzić wreszcie politykę wielowektorową. Dowodząc, że należało to zrobić już wcześniej. Temat ten poruszałem wielokrotnie w moim wpisach, więc nie będę poświęcał temu wiele miejsca. Przede wszystkim wskazać należy, że na współpracy z Chinami zwyczajnie nie moglibyśmy wiele zyskać, a wręcz Pekin – jak wszędzie indziej – próbowałby wyciągnąć naszym kosztem jak najwięcej korzyści. Dość szeroko i bardzie szczegółowo uzasadniałem tą tezę w tekście pt.: „Czy Chiny mają cokolwiek do zaoferowania Polsce?”. Jednocześnie wskazać należy, że w interesie Republiki Federalnej Niemiec nie jest żadne porozumienie z Polską na zasadach partnerstwa. Niemcy dążą do odzyskania kontroli nad Warszawą i dalej całą Europą Środkową. Wobec czego nigdy nie zaproponują nam satysfakcjonującej nas oferty, o czym pisałem między innymi w: „Czy niemiecka oferta dla USA jest rzeczywiście szansą dla Polski?”. Dla Niemców warunkiem koniecznym do dobrowolnej zgody na pewnego rodzaju podległość względem USA jest odzyskanie Mitteleuropy. Bez tego, Berlin związałby sobie ręce, postępując zgodnie z wolą władz z Waszyngtonu a jednocześnie godząc się na polskiego blockera w Unii Europejskiej. Oporną Polskę, która w dodatku korzystałaby z siły Stanów Zjednoczonych by zwiększać swoją asertywność względem Niemiec i konsolidować politycznie bloki pod swoim przywództwem w postaci V4 lub Trójmorza. Tego rodzaju scenariusz jest dla władz z Berlina zwyczajnie nie do zaakceptowania, dlatego Donald Trump chciał wymusić go poprzez działania pacyfikacyjne. Zamierzał bowiem pozyskać zarówno pro-amerykańską oś w UE, jak również dzięki zależności Niemców od USA, zmusić ich do kapitulacji i poddania się przywództwu politycznemu Waszyngtonu.

Jednocześnie wskazać należy, że znaczne zaangażowanie Donalda Trumpa w relacje z Polską, niejako wywierały na Warszawie presję lojalności. Z drugiej strony byliśmy świadkami, jak amerykański prezydent potrafił potraktować sojuszników, którzy sprzeciwiali się jego woli. Opuścić głowę musieli Koreańczycy z południa, Kanadyjczycy, Australijczycy, na swoją kolej „renegocjacji” umowy czekała Japonia. Niemcy zostały obezwładnione. Niezwykle nierozsądnym byłoby wówczas działanie przeciwko interesom USA, w poprzek linii uzgodnionej z Donaldem Trumpem. W porównaniu do ww. państw, Polska byłaby znacznie łatwiejszym celem do zdyscyplinowania. Tak więc zamiast ponosić koszty oporu, znacznie korzystniej było płynąć z nurtem i korzystać na wspólnocie interesów z hegemonem. Jednak nie ograniczało to zupełnie pola manewru. Moglibyśmy zawierać deale choćby z Wielką Brytanią, Izraelem, Szwecją czy Koreą Południową. Na to przyzwolenie było, choć chyba nie  byliśmy zdolni by to wykorzystać. Zwłaszcza na płaszczyźnie zbrojeniowej.

W takiej sytuacji, dopiero przy zmianie przywódcy USA oraz dystansie jaki wprowadził do relacji z Warszawą, paradoksalnie pojawiło się okno do rozmów z innymi stronami. Oczywiście Chiny czy Niemcy wciąż nie są kierunkiem, który mógłby nam przynieść więcej korzyści niż strat. Porozumiewanie się z Pekinem w obecnej sytuacji, byłoby sprzeczne nie tylko z interesem USA (jak wcześniej) ale i dodatkowo z interesem Unii Europejskiej. Bowiem Niemcy i Francuzi nie mogliby tolerować polskiego odrębnego działania w sytuacji, gdyby negocjowali z Chinami wspólną umowę dla UE. Lub gdyby zwyczajnie porozumieli się z USA i wspólnie zaczęli działać przeciwko Pekinowi. Niestety, w kwestiach gospodarczych Polska jest zależna od Brukseli i udawanie, że taka zależność nie istnieje nie sprawi, że władze z Warszawy zyskają jakąś sprawczość. Wobec powyższego, samodzielna polityka pro-chińska spotkałaby się z reakcją tak Waszyngtonu jak i Brukseli. W tym miejscu należy jedynie wspomnieć, że sytuacja Polski znacznie różni się od węgierskiej, a Viktor Orban ma znacznie większe pole manewru. Kieruje krajem położonym na peryferiach, relatywnie mało istotnym w globalnym układzie sił, wobec czego Węgry nigdy nie stały pod tak wielką presją jak Polska. Dodatkowo Wiktor Orban potrafił uniezależnić się w dużym stopniu od zagranicznych instytucji finansowych, jednocześnie – działając niejako z zaskoczenia – dokonał wielu strukturalnych reform (sądownictwo, administracja, Konstytucja) a przede wszystkim znokautował opozycję. Innymi słowy, pozycja polityczna Wiktora Orbana na Węgrzech jest niepodważalna. Kompletnie inaczej wygląda to w Polsce, gdzie władze muszą borykać się nie tylko z presją zewnętrzną ale i wewnętrzną. Dodatkowo Węgry nie graniczą bezpośrednio ani z Niemcami, ani Rosją. Wszystkie atuty Wiktora Orbana opisałem w analizie dotyczącej Węgier pt.: „HungOUT! – dlaczego przyjaźń z Polską może kosztować Węgry wyrzuceniem z UE?”.

W konsekwencji tych wszystkich wskazanych wyżej ograniczeń, polskie władze zdecydowały się na m.in. zawarcie kontraktu zbrojeniowego z Turcją. Państwem, które również jest zdystansowane względem USA, jednak formalnie znajduje się wciąż sojusznikiem NATO oraz – podobnie jak Polska – zmaga się z polityką Federacji Rosyjskiej. Wydaje się, że tego rodzaju kroki są prawidłowe, choć nie powinny prowadzić do przeorientowania się polskiej polityki zagranicznej. Innymi słowy, powinniśmy zawierać różnego rodzaju deale z różnymi państwami (a nie jak dotychczas tylko z USA), jednak powinny być to kontrakty dotyczące konkretnych celów/dostaw. Nie natomiast próba zawiązania strategicznego partnerstwa (przynajmniej nie z Turcją). Wskazać bowiem należy, że Ankara jest skonfliktowana z USA i UE, a dodatkowo z Grecją i Francją (wszyscy z sojuszu NATO). Turcja toczy zmagania militarne na niemal wszystkich swoich granicach. Zawieranie z Erdoganem jakiegoś politycznego sojuszu byłoby fatalne i wplątywałoby w Polskę we wszystkie problemy Turcji. Tymczasem sami mamy ich nie mało. Ponadto Turcja w żaden sposób nie byłaby w stanie nam pomóc ani na płaszczyźnie NATO (z uwagi na osamotnienie) ani w UE (brak członkostwa) ani także nie pomogłaby nam w ewentualnym starciu z Federacją Rosyjską. Sama bowiem musi zabezpieczać swoje granice: z Syrią, Iranem, Armenią, a także z Grecją na Morzu Egejskim oraz na Morzu Czarnym. Dodatkowo Ankara angażuje się militarnie w Libii.

 

Książka niebawem w przedsprzedaży. Zapraszam na Newsletter

Innym wskazywanym kierunkiem porozumienia jest Szwecja. Problem w tym, że jest to państwo o statusie neutralnym. Nie należy do NATO, choć jest oficjalnie krajem wspierającym. Jednocześnie Szwedzi niechętnie angażowaliby się w problemy polityczne, a nawet militarne Polski. Niepotrzebne byłyby im spory z Niemcami czy nawet USA. Zresztą to te ostatnie mają największy wpływ na postawę Szwedów względem Rosji. Nie Polska. Ponadto Szwedzi czują się bezpieczni na Półwyspie Skandynawskim, są niejako odcięci od kontynentalnych problemów i jeśli nie będą musieli – to nie zaangażują się w cudze konflikty. Dla Szwedów istotny jest Bałtyk, jak również współpracują ściśle z pozostałymi Skandynawami w ramach NORDEFCO. Pozostaje kwestią otwartą czy Sztokholm wypowiedziałby oficjalnie wojnę Federacji Rosyjskiej, gdyby ta uderzyła na Finlandię. Cóż dopiero mówić o szwedzkiej pomocy dla Polski. Także również ze Szwedami pozostaje np. współpraca w zakresie zakupu uzbrojenia, jednak jak pokazuje przykład okrętów podwodnych, nie dostaniemy nic za darmo ani nawet w tańszej cenie tylko dlatego, że tego potrzebujemy.

W tym momencie należy poruszyć temat wielkiego nieobecnego, czyli państwa które dotychczas nie zostało wymienione jako nowy i pożądany kierunek dyplomatyczny. Mowa oczywiście o Federacji Rosyjskiej. Najciekawszy w mojej opinii pogląd w tym zakresie wyraził Pan Marek Budzisz – notabene świetny specjalista od polityki rosyjskiej, którego warto śledzić – w tekście: „Czy Warszawa powinna zacząć myśleć o dialogu z Moskwą?”. Dość krótko, jednak rzeczowo zobrazował tam swój pomysł na otwarcie kanałów komunikacyjnych z Kremlem, co powinno jego zdaniem nastąpić. Pogląd ten uważam za słuszny, choć nie do końca mam rozeznanie na ile kanały komunikacyjne z Kremlem zostały zerwane i co to konkretnie oznacza. Co do zasady powinniśmy być otwarci i przyjmować wszelkiego rodzaju komunikaty z każdej strony. W tym celu posiadamy w Moskwie ambasadora. I jeśli strona rosyjska chciałaby przedyskutować jakiś problem, to może o tym poinformować poprzez ambasadę. Podobnie jak Polska może podjąć rozmowy poprzez rosyjską ambasadę w Warszawie.

Natomiast zdanie polemiczne wyrażę co do stwierdzenia, że Polska – w ramach gestu dobrej woli – powinna na przykład znieść ograniczenia w ruchu przygranicznym z Obwodem Kaliningradzkim. Przy czym pominę kwestię, czy jest to ustępstwo istotne i czy wiązałoby się z jakimś ryzykiem.

W mojej ocenie należy podnieść w tym temacie kilka istotnych kwestii. Po pierwsze, to na stronie silniejszej ciąży odpowiedzialność za normalizowanie relacji. Sam Pan Marek Budzisz często podkreśla, że narracja rosyjska na potrzeby polityki wewnętrznej, ale i także postawa na arenie międzynarodowej rosyjskich dyplomatów jest taka, by ignorować i marginalizować Warszawę. Przedstawiać ją jako lennika i posłusznego wykonawcę woli Waszyngtonu. Innymi słowy władze z Moskwy celowo i świadomie starając się dystansować i pomijać Polskę we wszelkiego rodzaju działaniach dyplomatycznych. Jest to zupełnie zrozumiałe z uwagi na fakt, że Moskwie nigdy nie zależało i nie zależy na tym, by w Warszawie istniał jakiś samodzielny ośrodek decyzyjny. Władimir Putin może podejmować decyzje dotyczące Polski, ale tylko w ramach porozumienia z USA lub Niemcami. Uznanie podmiotowości Warszawy oznaczałoby, że Moskwa musiałaby się liczyć z Polakami przy każdego rodzaju biznesie czy porozumieniu z UE. To podrażałoby koszty polityczne i ekonomiczne wszelkich takich inicjatyw (ponieważ Polska żądałaby odpowiednich korzyści).

Mając powyższe na uwadze oczywistym jest, że jeśli Moskwa tego nie chce, to Polska nie ma żadnych narzędzi by zmusić Rosjan do dialogu. Wykonywanie gestów dobrej woli w tym kontekście mija się z celem. Mało tego, może być dla nas bardzo niebezpieczne.

Wysłanie sygnału w świat, że Polska jest gotowa rozmawiać i porozumieć się z Rosją, mogłoby się okazać niebezpiecznym precedensem i dyplomatycznym strzałem w kolano. Pojawia się w tym miejscu argument, że Polska postrzegana jest jako jednoznaczny antagonista Federacji Rosyjskiej. Na arenie międzynarodowej często jest to podnoszone jako zarzut względem Warszawy np. przez Francję. Dlatego zdaniem niektórych, gdybyśmy zmienili ten wizerunek, pokazując że my również możemy się porozumieć z Rosją, wówczas inni (Ukraina, USA ale i może Niemcy) musieliby wziąć to pod uwagę, a więc zacząć się starać o polskie względy. Tak by Warszawa pozostała w antyrosyjskiej koalicji.

Jest to w mojej ocenie myślenie prowadzące polską politykę zagraniczną na manowce. Bowiem nasze miejsce w układzie sił nie wynika z tego, z kim i o czym rozmawiamy, tylko z położenia geograficznego, przynależności do różnego rodzaju podmiotów międzynarodowych i sojuszy, a także a różnego rodzaju zależności międzypaństwowych. W tym kontekście Polska nie może zwyczajnie zignorować ww. uwarunkowań i dokonać zmiany wizerunku oraz pola w układzie sił, w którym zajmuje konkretne miejsce. Z jednej prostej przyczyny. Z uwagi na położenie, a także fakt, że to Polska jest państwem granicznym/frontowym NATO, a Rosja jest zagrożeniem głównie dla Warszawy. Z tych oczywistych względów to nam najbardziej (obok Bałtów) powinno zależeć na spójności sojuszu, której w żadnym momencie nie możemy podważać. Mało tego, to właśnie ustawia Polskę w pozycji skrajnej jeśli chodzi o zagrożenie rosyjskie. Tą skrajnością musimy bowiem równoważyć skrajną niechęć do przeciwstawiania się rosyjskiej ekspansji, która jest prezentowana przez państwa zachodnie. Jeśli Polska dyplomacja opuści ten skrajny posterunek, to żadne inne państwo go nie zastąpi.

Gdybyśmy sami kwestionowali spójność i jednomyślność sojuszu (oczywiście, że inni tak robią, ale dlatego my właśnie nie możemy), to Federacja Rosyjska nie testowałaby tej spójności na Stanach Zjednoczonych, Francji, czy Niemczech tylko właśnie na Polsce. I dokładnie z tych względów Polski MSZ musi ciągle w kółko powtarzać, że NATO jest spójne, Polska jest lojalnym sojusznikiem, a art. 5 jest jak najbardziej rzeczywisty. Podnoszenie niepodważalności art. 5 NATO nie ma służyć przekonywaniu Polaków, że jesteśmy bezpieczni bo nam ktoś pomoże, tylko przekonywaniu Rosjan, że nie warto testować wiarygodności sojuszu. Więc nawet gdyby polski rząd starał się grać nieco bardziej na innych kierunkach, to nie mógłby tego oficjalnie przyznać. Co nie oznacza, że powinniśmy robić cokolwiek za plecami NATO. Bowiem śmiem wątpić by nasze służby kontrwywiadowcze i wywiadowcze były zdolne do utrzymania w tajemnicy przez Amerykanami lub Niemcami jakiś tajnych kontaktów z Rosją czy Chinami. A gdyby taka sprawa wyszła na jaw, to konsekwencje dla Polski byłyby katastrofalne.

Nie zgodzę się również, że nawiązanie relacji na linii Warszaw-Moskwa umocniłoby naszą pozycję względem Kijowa. Jest dokładnie odwrotnie. Polska może zostać ukraińskim strategicznym partnerem (do czego powinniśmy dążyć) ale tylko w sytuacji, gdy nasza wiarygodność będzie przebijała wszelkie niemieckie oferty dla Ukraińców. Jesteśmy w niebywale korzystnej i jedynej takiej sytuacji historycznej od czasów powstań Chmielnickiego, kiedy to Ukraińcy postrzegają nas jako sojuszników. Mają o nas dobre zdanie, a przede wszystkim lepsze niż o Rosjanach czy Niemcach. To unikatowy moment, w którym Rosja sama zniechęciła Ukrainę i postawiła się w roli jej wroga, a z drugiej strony władze z Kijowa dostrzegły, że Niemcy przedkładają własne interesy (Nord Stream II) ponad bezpieczeństwo i niepodległość Ukrainy. Wobec czego, Ukraińcy są w tej chwili negatywnie nastawieni do obu naszych największych konkurentów do pozyskania partnerstwa z Kijowem. Naszą jedyną walutą względem Ukrainy jest wiarogodność i lojalność, której nie posiadają Niemcy. Jeśli dołożymy do tego odpowiedni potencjał militarny, który byłby zdolny wesprzeć Ukrainę w odstraszaniu Federacji Rosyjskiej, wówczas mielibyśmy szansę na historyczne, strategiczne partnerstwo z Ukrainą i urzeczywistnienie wizji Józefa Piłsudskiego.

Tak więc instrumentalne pokazywanie Ukrainie, że w każdej chwili możemy ich opuścić, zdewastowałoby cały dotychczasowy kapitał polityczny budowany od kilku lat. To, że kapitał ten nie przekłada się – jeszcze – na wzajemne relacje nie oznacza, że w przyszłości nie wystąpi okazja, gdy będzie można go spożytkować. W mojej ocenie – co podkreślałem wielokrotnie tutaj na blogu – Ukraina stanie w końcu przed groźbą inwazji Federacji Rosyjskiej i będzie musiała zwrócić się do Warszawy o pomoc. Jeśli będziemy wiarygodni, a także wyposażeni w odpowiednią armię, wówczas będzie można zebrać owoce i skonsumować zwrot z wcześniejszych inwestycji w relacje.

 

Polityczny dead end?

 

Wobec powyższej analizy można nabrać przeświadczenia, że Polska w istocie nie posiada wielkiego pola manewru. I nie może wiele zrobić wobec niekorzystnej koniunktury politycznej na arenie międzynarodowej. Tego rodzaju smutna konstatacja jest niestety prawdziwa, ale też odzwierciedla realia. Nie ma nic bardziej niebezpiecznego, niż przekonanie o swojej sprawczości w sytuacji kompletnej słabości oraz porywanie się na cele, które są zwyczajnie nieosiągalne. To co Polska może w tej chwili robić, to praca organiczna. U podstaw. Polegająca na budowaniu siły gospodarczej państwa, reformie administracji i służb, rozbudowie i wzmacnianiu armii. Polityka wewnętrzna leży w gestii polskiego rządu, choć nie w całości, ale jednak. I to tutaj posiadamy pole manewru i możliwość wzmocnienia Polski, a więc jednoczesnego wzmocnienia jej pozycji na arenie międzynarodowej. Bowiem siła w polityce zagranicznej nie wynika z działań dyplomatycznych, tylko z rzeczywistego potencjału danego państwa. Dyplomacja może jedynie ten potencjał w oczach partnerów spotęgować lub osłabić w zależności od potrzeb. Trudno jednak byłoby to zrobić w sytuacji, gdy polscy dyplomaci otrzymali marne karty, a wszyscy przy pokerowym stoliku już zdążyli się z nimi zapoznać. Wówczas żaden bluff nie może się powieźć.

Polski rząd czeka bardzo trudny okres, jednak należy pamiętać, że historia nigdy się nie kończy. I nawet przy niepomyślnie układających się uwarunkowaniach dotyczących samej Polski, należy pamiętać że globalna sytuacja i kierunki w jakich zmierzają poszczególne mocarstwa w ramach rywalizacji mogą okazać się dla Polski korzystne. Nawet bez naszego udziału, woli czy planowania. Sporo na ten temat miejsca poświęciłem w książce, której sprzedaż ruszy niebawem. Wszystkich chętnych zapraszam na newsletter, bowiem tam zostanie – nieco wcześniej – zamieszczona informacja o sprzedaży i możliwość dokonania zamówienia przedpremierowego.

 

Krzysztof Wojczal

Geopolityka, polityka, gospodarka, prawo, podatki – blog

 

Wartościowe? Pomóż rozwijać bloga
Twitter
Visit Us
Follow Me
RSS
YOUTUBE
YOUTUBE

53 komentarze

  1. Republikanie maja spore szansę odbić senat w przyszłym roku- wtedy mniejszościowe rządy będzie miał Biden. Niestety, ale musimy trzymać za to kciuki. Tusk nie wróży niczego dobrego

    1. Ja na miejscu Republikanów bardziej przejmowałbym się nadchodzącymi prawyborami… uruchomione z tej okazji siły mogą stanowić zagrożenie egzystencjalne dla całej partii.

  2. Należy przeczekać Bidena tak jak Berlin i Moskwa przeczekały Trumpa. Kulturowa rewolucja w USA dopiero rozkręca się i jest duża szansa wygranej republikańskiego kandydata w 2023 roku po tym jak społeczeństwo amerykańskie zostanie poddane otrzeźwiającej, postawionej na głowie przyśpieszonej turbo-lewicowej transformacji. Zaś zdobyte doświadczenie w wyborach 2019 roku pozwoli na uniknięcie wielu grubych przewał w procesie wyborczym. Polska musi tylko albo aż przeczekać te 3 trudne kolejne lata nawet kosztem tymczasowego wycofania się w niektórych kwestiach, zostawiając je w zawieszeniu do nadejścia lepszej koniunktury. Widać już że obecny obóz rządowy zdał sobie sprawę, że ma z kim przegrać w wyborach 2023 skoro bierze się za nepotyzm partyjnych dołów. Jeśli w 2023 roku do władzy dojdzie liberalno-lewicowa opozycja – po projekcie 3M nie zostanie kamień na kamieniu i także u nas będzie wdrażana w trybie turbo kosztowna transformacja energetyczna i kulturowa. Jeśli w tej nowej ideologi zostaną wychowane 1-2 młode pokolenia to będziemy mogli zapomnieć o reaktywacji jakiejkolwiek samodzielnej polityki – popłyniemy głównym nurtem polityki europejskiej gdziekolwiek on nas doprowadzi.

    1. (…)Kulturowa rewolucja w USA dopiero rozkręca się i jest duża szansa wygranej republikańskiego kandydata w 2023 roku po tym jak społeczeństwo amerykańskie zostanie poddane otrzeźwiającej, postawionej na głowie przyśpieszonej turbo-lewicowej transformacji.(…)
      Jesteś taki pewny… a wg. mnie to istnieje zagrożenie, że partia ta nie przetrwa prawyborów.

      (…) Widać już że obecny obóz rządowy zdał sobie sprawę, że ma z kim przegrać w wyborach 2023 skoro bierze się za nepotyzm partyjnych dołów.(…)
      Zaraz jak zaczęli zwalczać ten nepotyzm to zrobili sobie (…)nadzwyczajną(…) podkładkę, żeby jednak małżonka na stanowisku zostawić. Zatem to jest taka sama burza w szklance wody jak wywalenie Misiewicza przez komisję Brudzińskiego, która ogłosiła co następuje:
      (…)Komisja po wnikliwej analizie postępowania pana Bartłomieja Misiewicz całkowicie negatywnie oceniła jego postawę. PiS stwierdza, że pan Bartłomiej Misiewicz nie ma kwalifikacji do pełnienia funkcji w sferze administracji publicznej, spółkach Skarbu Państwa czy innych sferach życia publicznego(…)
      Żródło… https://www.gazetaprawna.pl/wiadomosci/artykuly/1035087,komisja-negatywnie-ocenila-postepowania-misiewicza.html

      (…)Jeśli w 2023 roku do władzy dojdzie liberalno-lewicowa opozycja – po projekcie 3M nie zostanie kamień na kamieniu i także u nas będzie wdrażana w trybie turbo kosztowna transformacja energetyczna i kulturowa.(…)
      Oni już rządzą całą kadencję, zatem projekt budownictwa mieszkalnego powinien być nie na etapie, (…)jak przegramy to zabioro(…) tylko (…)zapowiedzieliśmy i słowa dotrzymaliśmy(…)… mam tu na myśli nie M3 za pieniądze tej złej UE tylko te Mieszkanie+ za uszczolniony VAT*… http://isap.sejm.gov.pl/isap.nsf/DocDetails.xsp?id=WDU20150001720

      * O sukcesy w tej materii trzeba pytać Banasia i kolesi, którzy utworzyli mafię w sercu KAS i Ministerstwa Finansów, do tej pory jedyny wykryty.

  3. Odnośnie otwarcia na Rosję a raczej na Rosjan. Można to próbować robić bez angażowania się w dialog z Moskwą. Przywrócić mały ruch graniczny z eksklawą, zaproponować lokalnym władzom przekazanie nadmiarowych szczepionek – najlepiej aby powstały mocno eksponowane medialnie polskie punkty szczepień itp, ułatwienia w wymianie gospodarczej z firmami z eksklawy, program wymiany uczniów/studentów. Pomoc w odbudowie zabytków, zwłaszcza zamku krzyżackiego, przypominanie o związkach tego terenu z IRP.Traktować ten okręg jak to by było suwerenne państwo – na plakatach reklamowych tylko zarys granic Polski i okręgu. Niech na Kremlu skoczy ciśnienie…

  4. PS. (…)Pomoc w odbudowie zabytków, zwłaszcza zamku krzyżackiego,(…)
    Polską politykę historyczną podsumowuje afera Złotego Pociągu, a zatem z czym do ludzi?

  5. (…)Co wybrzmiewało czasem w debacie publicznej nawet jako zarzut.(…)
    Faktycznie… po za sprzyjaniem z środowiskom, które sabotowały, czasami nawet zbrojnie, proces przekazania władzy prezydenckiej.

    (…)a jednocześnie występuje wysokie ryzyko „znużenia” społeczeństwa długimi rządami jednej opcji,(…)
    A ja widzę 3 frakcje, które się źrą niczym buldogi… żrą się do tego stopnia, że gdyby nie Lewica, to Morawiecki nie mógłby się chwalić kasą z Polskiego Ładu.

    (…)wybuch pandemii i gospodarczy lockdown, których skutki zaczęły frustrować polskie społeczeństwo, skupiając negatywne emocje na rządzących,(…)
    Frustrację było widać też przed wyborami…

    (…)skutki lockdownu, a także możliwy brak poparcia USA i finansjery mocno uderzą w polski budżet, wobec czego PiS może nie mieć już środków w budżecie na kolejne przekupstwo wyborcze w postaci programów socjalnych.(…)
    I znowu w Polsce zacznie rządzić mafia Vatowska? Za przeproszeniem jedyny twór godny tego miana utworzył obecny Prezes Najwyższej Izby Kontroli.

    (…)Nie doszło wreszcie do żadnego przetasowania kart na linii Waszyngton – Moskwa. Mimo, że wielu w to uwierzyło jeszcze przed szczytem Biden-Putin.(…)
    Jeśli jesteśmy takim ważnym punktem to zasługujemy na coś więcej niż siły będące ekwiwalentem 1/4 brytyjskich sił okupujących Ulster.

    (…)Dlatego Donald Trump blokował Nord Stream II oraz South Stream.(…)
    Na długo przed wyborami były prace nad wznowieniem budowy NS II, a zatem mieli sankcje Truma za nic albo mieli wiedzę, że przegra, a zatem musieli mieć tak szerokie dojścia, że uchwalanie czegoś w co ich na prawdę uderza uchodzi za nieprawpodne.

    (…)Oprócz nacisków gospodarczych, administracja Trumpa zainwestowała w polityczny projekt Trójmorza oparty o Polskę jako lidera.(…)
    Jakieś to były inwestycje? Ruszyły jakieś projekty infrastruralne, a może powstały wspólne progamy obronne czy chociaż przemysłowe (np. produkcja dronów) z tego zakresu? No nie… z funduszem 5 mld. euro to ma co zaczynać nawet lotniska w Baranowie, zatem z czym do ludzi?

    (…)Angela Merkel była upokarzana na wspólnych konferencjach z Trumpem.(…)
    A konferencja w sprawie Iranu, ustawa 447 czy poczynania Pani Ambsador to było poklepywanie po plecach…

    (…)Niezależnie od tego, jak krytycznie oceniać prezydenturę Donalda Trumpa (zwłaszcza fatalne zachowanie po porażce wyborczej), to trzeba zauważyć, że jego polityka zagraniczna była skuteczna.(…)
    Mnie uczono, że skuteczna polityka ma trwałe owoce… no przynajmniej takie co nie obracają się w niwecz po tym jak jej realizator wypadnie z obiegu.

    (…)By odpowiedzieć twierdząco na tak zadane pytanie, należałoby udowodnić, że Republika Federalna Niemiec byłaby gotowa ponieść koszty i straty ekonomiczne w starciu z Chińską Republiką Ludową oraz Federacją Rosyjską w imię amerykańskiej hegemonii.(…)
    A Polacy udowodnili, że są? W pewnym sensie tak… niemrawo rozwijając sieci kolejowej powodujemy, że nie ma sensu przewozić czegokolwiek przez Polskę… zauważyła to nawet Rosja:
    (…)Z drugiej strony inne państwa realizują lub planują realizację infrastrukturę kolejową i terminalową, które mogą w znaczący sposób umniejszyć rolę Polski jako państwa tranzytowego.Taką inwestycją jest np. budowa toru szerokotorowego do Wiednia, która ma być przedłużeniem istniejącej linii szerokotorowej Širokorozchodná Trať (ŠRT) pomiędzy granicą słowacko-ukraińską w Użhorodzie i Koszycami. ŠRT jest połączona z siecią Kolei Ukraińskich (UZ).

    Od wielu lat rządy Słowacji i Austrii zapowiadają przedłużenie ŠRT, liczącej 88 km, o kolejne ok. 400
    km, do Wiednia. Inwestycja ma zostać zrealizowana przy współudziale strony rosyjskiej: za budowę
    odpowiedzialna będzie spółka Breitspur Planungsgesellschaft GMBH z siedzibą w Wiedniu, której
    udziałowcami są spółki zarządzające infrastrukturą kolejową w Rosji (RŻD), Słowacji (ŽSR), Austrii
    (OBB) i na Ukrainie (UZ). Założenia umowy spółki są takie, że każde z państw uczestniczących
    przygotowuje (buduje bądź modernizuje) i inwestuje w infrastrukturę tylko na swoim obszarze.
    Zgodnie z obecnymi zapowiedziami, do 2025 r. mają zakończyć się prace studialne i projektowe
    (obecnie trwa przygotowywanie dokumentacji środowiskowej) odcinka Koszyce-Wiedeń, a do 2033 r.
    ma zostać ukończona inwestycja.

    Jeśli inwestycja zostanie zrealizowana, Wiedeń będzie wówczas najbardziej wysuniętym na zachód
    ośrodkiem posiadającym szerokotorową linię kolejową. Intencją przedłużenia ŠRT do Wiednia jest
    zwiększenie punktów styku pomiędzy infrastrukturą 1435 i 1520 mm, co ma ułatwić przeładunki,
    rozwiązać ograniczoną przepustowość linii kolejowych w Polsce i Słowacji prowadzących do przejść
    granicznych. Pośrednio mają również przyczynić się do rozwoju łańcuchów multimodalnych: dzięki
    budowie terminali przeładunkowych w Wiedniu i Bratysławie, miastach położonych nad Dunajem
    (jedną z najważniejszych rzek żeglownych w Europie), możliwe będą sprawne przeładunki pomiędzy
    transportem kolejowym i wodnym śródlądowym.

    Kwestia ominięcia obecnych kolejowych przejść granicznych na wschodniej granicy Polski i Słowacji
    jest istotna ze względu na ograniczoną przepustowość samej infrastruktury granicznej oraz linii
    kolejowych prowadzących do granicy. Duże obciążenie tych tras, zarówno ruchem pasażerskim, jak
    i towarowym, powodowało w przeszłości problemy z konstrukcją rozkładu jazdy. Dla przykładu jeden
    z największych kolejowych przewoźników towarowych w Polsce, DB Schenker Polska (obecnie DB
    Cargo Rail Polska) sygnalizował (w 2014 r.), że zarządca infrastruktury nie przyjął wszystkich
    wniosków do konstrukcji rozkładu jazdy w zakresie połączeń pomiędzy Polską i Białorusią (przez
    przejścia graniczne w Kuźnicy Białostockiej i Terespolu), ze względu na wyczerpaną przepustowość
    infrastruktury przejść granicznych.

    Należy podkreślić, że zarządca infrastruktury zazwyczaj nieco inaczej podchodzi do kwestii
    „wyczerpania przepustowości” niż przewoźnicy (i ich klienci). Z punktu widzenia zarządcy, kluczowa
    jest liczba pociągów, które mogą przejechać danym odcinkiem. Natomiast dla przewoźników ważny
    jest tylko rozkład jazdy (czas przejazdu, a w przypadku przewoźników pasażerskich – również godziny
    kursowania). Nawet jeśli zatem w ocenie zarządcy infrastruktury linia posiada jeszcze wolną
    przepustowość, to konstrukcja rozkładu na takich trasach znacząco odbiega od oczekiwań
    przewoźników, zwłaszcza jeśli są to linie z ruchem mieszanym. Prowadzi to do uzyskiwania,
    zwłaszcza przez pociągi towarowe, nieatrakcyjnych prędkości handlowych.
    Własne projekty intermodalne rozwija również, w Obwodzie Kaliningradzkim, Federacja Rosyjska.
    Porty morskie w Kaliningradzie i Bałtijsku, posiadają rozbudowaną infrastrukturę przeładunkową
    pomiędzy statkami pełnomorskimi i transportem kolejowym. W związku z tym, Niemcy i Rosja
    zacieśniły współpracę w zakresie przewozów towarowych z wykorzystaniem infrastruktury Obwodu
    Kaliningradzkiego. W 2018 r. podpisana została umowa pomiędzy przewoźnikami towarowymi – RŻD
    Logistics oraz DB Cargo ws. uruchomienia multimodalnej usługi przewozu kontenerów pomiędzy
    Chinami i Europą Zachodnią, z pominięciem Polski. Strona rosyjska odpowiada zgodnie z umową za
    organizację pociągów do Kaliningradu lub Bałtijska, a strona niemiecka za transport ładunków drogą
    morską do Rostocku oraz dalej pociągami do państw Europy Zachodniej.

    W tym kontekście trasa przez Litwę i Rosję (Obwód Kaliningradzki) jest z punktu widzenia
    przewoźników towarowych o tyle korzystna, że, w przeciwieństwie do linii kolejowych na terenie
    Polski, przebiega trasami o małym natężeniu ruchu pasażerskiego. Wyjątek stanowi odcinek WilnoKowno, na którym pociągi pasażerskie przez większą część dnia kursują z częstotliwością co ok. 60
    minut, co jednak i tak nie jest znacznym obciążeniem infrastruktury i nie zaburza płynności ruchu
    towarowego (na pozostałych odcinkach oferta połączeń pasażerskich na terenie Litwy i Obwodu
    Kaliningradzkiego nie przekracza 5-6 par na dobę).(…)
    https://www.kujawsko-pomorskie.pl/pliki/2020/wspolpraca/20201229_combine/koncepcja_wezel.pdf – strona 100

    (…)Wobec powyższego, samodzielna polityka pro-chińska spotkałaby się z reakcją tak Waszyngtonu jak i Brukseli. W tym miejscu należy jedynie wspomnieć, że sytuacja Polski znacznie różni się od węgierskiej, a Viktor Orban ma znacznie większe pole manewru.(…)
    DobraZmiana ściągnęła mu na głowę prawdziwe problemy… na Węgrzech są takie przewały na funduszach, że nie trzeba wystarczy sama litera traktatów, aby dostał po tyłku.

    (…)Dodatkowo Wiktor Orban potrafił uniezależnić się w dużym stopniu od zagranicznych instytucji finansowych, jednocześnie – działając niejako z zaskoczenia – dokonał wielu strukturalnych reform (sądownictwo, administracja, Konstytucja) a przede wszystkim znokautował opozycję.(…)
    Umiał też kiwać Brukselę… DobraZmiana nawet nie próbowała.

    (…)Innym wskazywanym kierunkiem porozumienia jest Szwecja. Problem w tym, że jest to państwo o statusie neutralnym.(…)
    Po akcji pt. (…)Kot srał tę stępkę(…) nawiązanie partnerskich relacji będzie raczej trudne… prędzej spodziewałbym się pozwu do TSUE… https://gs24.pl/polskie-promy-ktorych-nie-ma-i-miliony-euro-ktore-moga-stracic-szwedzi/ar/c3-15445617

    1. Panowie Strzelmieczny i Georealista. Ustanowię limit wyrazów na komentarz. Komentarze powinny być na konkretny temat, a nie stanowić odrębny artykuł. Jeśli chcecie pisać artykuły z milionem tematów do dyskusji – dobrze jest założyć własnego bloga. Tutaj ograniczajmy się do konkretnych dysksusji w związku z konkretnymi wpisami i nie zbaczajmy na wątki poboczne.

      pozdrawiam
      KW

        1. Pierwsza dekada XXI wieku to lata 2000-2009, druga dekada to 2010-2019, trzecia 2020-2021. W czwartej już chyba będzie ustalony nowy podział świata na kilkadziesiąt lat.

      1. Proszę się zastanowić => lubię czytać dłuższe komentarze, bo rodzi się pod nimi dyskusja. Autorskie artykuły pojawiają się rzadziej, a dzięki tym komentarzom zaglądam codziennie 🙂

        1. Dołączam do prośby o przemyślenie tego ograniczenia w długości komentarzy . Artykuły są bardzo OK – dobrze się je czyta, poparte są danymi – wnoszą istotny punkt widzenia.
          Niemniej jednak komentarze – również te super długie są -jak dla mnie – nierozerwalną częścią wartości tego bloga. Szczególnie te komentarze krytyczne – powodują wyzwanie, dyskusje, pytania lub utwierdzenie myśli Autora – czyli iteracyjne dochodzenie do własnej opinii.
          Prośba o zachowanie dotychczasowego forum opinii.
          jednocześnie dziękuję za te wpisy na blogu – można się zgadzać / nie zgadzać -ale wnoszą wiele do własnych przemyśleń

        2. @Panie Krzysztofie, przyłączam się do apelu @Pp (@Pp33296132).
          Doszedłem do podobnej konstatacji, że pańskie autorskie artykuły pojawiają się rzadziej, a dzięki tym komentarzom coś się ciekawego dzieje, poruszane są nowe wątki i zaglądam codziennie. Rozumiem, że z powodu moderacji ma Pan z tym więcej pracy. Ale popularność bloga na tym, moim zdaniem, bardzo zyskuje.
          Natomiast obaj Panowie @Jacek Strzemieczny i @Georealista w interesujący sposób dodają wartości dodanej do dyskusji.

          1. Ja również apeluję o zachowanie dotychczasowych zasad funkcjonowania forum. Wydaje mi się, że brakuje udziału w dyskusji Pana KW(o co niedawno apelowałem), dlatego czasami komentarze zaczynają odbiegać od tematyki wpisu. Widziałem na twitterze, że Pan książkę skończył więc mam nadzieję, że aktywniej będzie Pan brał udział w dyskusji – jak kiedyś. Co do Pana Georealisty to ponawiam – już kolejny raz – apel, żeby Pan stworzył swojego bloga i ponownie oferuję swoje wsparcie, jeśli tylko będzie taka chęć. Ja również, tak jak poprzednicy, odwiedzam bloga niemal codziennie ze względu na arcyciekawą dyskusję oraz wpisy, ale tak jak zostało wspomniane wcześniej, wpisy pojawiają się rzadko więc komentarze na blogu robią za swoiste forum dla chętnych na dyskusję.
            Podsumowując, proponowałbym:
            1. Nie ograniczać dyskusji
            2. Więcej aktywności właściciela bloga(szczególnie branie udziału w dyskusji, jak na TT)
            3. Pan Georealista tworzy swojego bloga

            Pozdrawiam, stały czytelnik od dawna

  6. Strategia negocjacyjna Waszyngtonu polega na dogadywaniu się z silniejszymi – kosztem słabszych. Czyli z Rosja – kosztem Ukrainy, oraz z Niemcami – kosztem Polski. Tak strategia ma jednak NA KOŃCU zasadniczą słabość – USA nie mogą oddać Rosji Ukrainy – ani Niemcom Polski. Bo Ukraina to lewar zasadniczy USA na Rosję, a Polska to konieczny bufor rozdzielający Kreml od Berlina – umożliwiający W OGÓLE [pomijając zapobieżenie geopolitycznej katastrofie powstania trzeciego, silniejszego supermocarstwa Lizbona-Władywostok] jako warunek konieczny rozgrywanie OSOBNO Rosji i niemieckiej UE. Pytanie, na ile „słabość końcową” strategii USA tych PUSTYCH obietnic widzi Kreml i Berlin? I na ile widzą to w Warszawie? – odróżniając medialno-deklaratywna zasłonę – od twardego jądra realnych celów i działań. Moim zdaniem winniśmy wspólnie dogadać się po cichu z Kijowem [który jako pierwszy na widelcu – ma słabszą od Warszawy pozycją w tych rozmowach]. Dogadując OFICJALNY przekaz i oficjalne „działania” – oraz te realne – oparte o poufne uzgodnienia. Przy czym wspólnie winniśmy zakomunikować poufnym kanałem Waszyngtonowi: „znamy waszą strategię, znamy jej słabości – na końcu i tak będzie się musieli się z nami przeprosić – więc myślcie o marchewce dla nas – i pamiętajcie, ze dzisiejszy bat będzie was jutro drogo kosztował”. Co do NORDEFCO [ze Szwecją i Finlandią jako w istocie wspólnym organizmem w kwestiach twardego bezpieczeństwa] – nie chodzi o zmuszanie Skandynawów do oficjalnego politycznego opowiedzenia się po stronie Warszawy. Chodzi o dogadanie pod stołem twardych zdolności i interoperacyjności – koniecznych do utrzymania kontroli Bałtyku – bo na tym Skandynawom najbardziej zależy. Czyli wsparcie Bałtów – i neutralizacja A2/AD Kaliningradu – obie sprawy w wyłącznej gestii Polski – co daje nam korzystna pozycję negocjacyjną. Najpierw wspólne ćwiczenia w ramach „zbliżenia z NATO” [czyli NATO – jako zasłonka] – wzajemne przeloty i lądowania i operowanie samolotów – i okrętów w portach. Wspólne zakupy sprzętowe, transfery technologii. Tak samo z Turcją i Ukrainą [i przy okazji – z Rumunią] względem Morza Czarnego. Nie deklaracje „zmiany kursu politycznego”, nie flesze, nie traktaty, nie oficjalne „papiery” – tylko uzgodnione pod stołem realne działania, budowana synergia ilościowa i jakościowa i komplementarna, interoperacyjność, poszerzenie realnego pola wspólnej strategicznej projekcji siły. Deklaratywnie – wszystko dalej „posłusznie” w ramach NATO – dalej w ramach przywództwa USA. Ba – wręcz zachwalając współpracę z Turcja jako zwiększanie spójności NATO i czynienie kroków mediacyjnych dla jej zbliżenia z USA . Na końcu tej drogi mają być wyraźne demonstracje REALNEJ wspólnej siły własnej tego REALNEGGO sojuszu [realnego – bo opartego nie o papiery i deklaracje – tylko o wspólne interesy] – gdy np. na jednym odcinku szeroko rozumianej Flanki Rosja pręży muskuły i koncentruje wojska – na drugim krańcu Flanki następuje wspólna sojusznicza koncentracja dla „niezapowiedzianych ćwiczeń” – oraz wysłanie eskadr lotnictwa i dronów [jako sił NATYCHMIASTOWEGO reagowania] do gracza zagrożonego pierwotną koncentracją sił Rosji przy granicy. W sumie – oficjalnie udawać posłusznych – wręcz medialnie deklaratywnie składać wszelkie słodkie gesty [bez pokrycia] – i robić swoje w swoim gronie – budując swoją pozycję i czekając na nieuchronny moment, kiedy „przyjdzie koza do woza” – czyli Waszyngton dojdzie do kresu swojej strategii – i okaże się, że za nic nie może oddać Ukrainy Rosji, ani Polski Niemcom. I to oczekiwanie z tej coraz silniejszej pozycji – nieustannie pod stołem sygnalizować Waszyngtonowi. A Chiny – to opcja atomowa – dosłownie. Gdyby było naprawdę źle [USA, Niemcy, Rosja – dociskają maksymalnie dla sterroryzowania Warszawy i „przekonania” decydentów, że ich kapitulacja i absolutne posłuszeństwo jest nieuchronne] – to pomijając oczywiste sygnalizowanie pod stołem Waszyngtonowi „i tak na końcu do nas na końcu przyjdziecie po prośbie – więc nie róbcie sami sobie pod górkę” – warto wtedy [mając zawczasu przygotowane sprawy w Pekinie – pod stołem] – spuścić powietrze dogadując głowice dla Polski jako twardy „bezpiecznik” geostrategiczny. Tu rzeczą do uzgodnienia z Pekinem byłoby ułożenie scenariusza teatrzyku tego kontrolowanego przecieku dla kopnięcia w stolik Waszyngtonu. Oczywiście – możliwa także dodatkowa podwójna gra z Berlinem i Kremlem – choćby dla maksymalnej dezorientacji trójkąta Waszyngton-Kreml-Berlin. Oficjalnie Polska jako „posłuszny łatwowierny ufny głupek” – pod stołem – robić twardo swoje – krok po kroku – nie przekraczając „progu irytacji” – i zasłaniając się oficjalnie [strugając przysłowiowego głupka i niewiniątko] działaniami „w interesie spójności NATO, ochrony UE i przywództwa USA”. Na razie polityka Warszawy jest dokładnie odwrotna – tzn. przeskalowane oficjalne deklaracje [a la „wstawanie z kolan” i „suwerenność”] – a w realnych działań – żałosna nędza, brak konsekwencji i krótkotrwałe zrywy po najmniejszej linii oporu. Jak z tureckimi dronami – kupionymi na zasadzie czarnej skrzynki – bez transferu technologii. A powinno być odwrotnie – zakup technologii – rozłożony na te kompetencje których nie mamy – i których potrzebujemy – a na końcu to my z naszych fabryk wytaczamy LEPSZY od TB2 dron bojowy – dokładnie dopasowany pod nasze potrzeby. Z rozmów z WB, Spartaqs i innymi oceniam, że dysponujemy przynajmniej 80% potrzebnych kompetencji do zbudowania drona bojowego lepszego i bardziej perspektywicznego od TB2. Co oznacza – ze winniśmy dokupić brakujące 20% – potem uwspólnić ten zakupiony transfer na wszystkie firmy od dronów – a potem stworzyć jedną silną grupę dronową. I przeskoczyć do dronów stealth, odrzutowych, z wieloma funkcjami pod budowę zadaniowych rojów dronów – nie tylko lotniczych. Niestety – dla naszych decydentów jest to absolutny kosmos – oni zwyczajnie nie są w stanie w ten sposób myśleć DŁUGOFALOWO i PERSPEKTYWICZNIE. Generalnie – siedzą na ciepłych stołkach i minimalizują w zaparte robotę do przekładania papierków i masła maślanego. A działają – dopiero jak idzie nacisk z góry – i mało tego – dopiero jak czują się zagrożeni na swych stołkach. Dopiero wtedy idą po linii najmniejszego oporu – czyli najdrożej, najłatwiej dla nich, i z minimalnym korzyściami dla Polski. Na czym zawsze korzystają obcy gracze – w swoitych kontarktach. Tę zagrywkę z kupnem gotowych dronów TB2 po linii najmniejszego oporu, aby tylko żeby się „wykazać” najmniejszym kosztem – to znając mentalność ludzi w MON, IU i innych instytucjach – przewidywałem już po Karabachu.
    Żeby nie było: proszę przeczytać mój komentarz na https://www.defence24.pl/gorski-karabach-bezzalogowce-wygrywaja-wojne-analiza jako „Dalej Patrzący” z 2 października 2020 – zacytuję: „Nawet Ukraina – która początkowo bazowała na WB Warmate, teraz rozwija własne drony i amunicję krążącą, nie mówiąc o współpracy z Turcją i kupionych dronach bojowych Bayraktar TB2 z efektorami precyzyjnymi. A nasze szanowne grono generalicji, decydentów i ekspertów ręce założone na brzuszkach i pełne samozadowolenie. Przy czy boję się odbicia w druga stronę, jak stanie się jasne, że król jest nagi i Pana Jarek rzuci hasło „drony” – to owi decydenci, generałowie i eksperci na „hurra” rzucą się [w obronie ciepłych stołeczków] w te pędy do zamawiania dronów i efektorów i systemów C2 [szerzej C5ISR], aby tylko szybciej się wykazać, bez patrzenia na koszty, serwis, zaplecze produkcyjne, cykl życia produktu, interes państwa, perspektywy rozwoju czy komercjalizacji [a nasz eksport specjalny „leży”] – nie mówiąc o parametrach techniczno-taktycznych i ich zgodności z wymaganiami [z najwyższej półki] pola walki saturacyjnego Polskiego Teatru Wojny.”
    ….- Cóż – sprawdziło się wszystko co do joty, jak przewidywałem. W kwietniu 2021 Pana Jarek rzucił hasło „zbroimy się” i – i nasi „eksperci” i „wytrwani decydenci” zaraz poszli na hurra po linii najmniejszego oporu…a Błaszczak zrobił sobie jeszcze z tego swój prywatny medialny show na twitterze do lansowania się politycznie przed laikami [„Stay tuned…etc]. Co bynajmniej nie napełnia mnie zadowoleniem z dokładnego prześwietlenia i przewidzenia „co, jak, kiedy” – raczej wielkim smutkiem… Nie mamy elit ani kadr – tylko namiastki, które to namiastki nieudolnie symulują pod publiczkę prawdziwych ekspertów i odpowiedzialnych strategicznych decydentów…a 99% swej aktywności ci zadufani w sobie „wielcy ludzie” poświęcają głównie pod pilnowanie swej pozycji, lans, podgryzanie konkurentów i pod swe bieżące notowania – w niekończącym się okładaniu łopatkami w krajowej piaskownicy… tylko na tyle ich stać… Mogę tylko powtórzyć: pieniądze, technologia, produkcja i na końcu suwerenność strategiczna – to nie jest żaden problem – przy konsekwentnym przywództwie w merytorycznym planowaniu i realizacji. Problemem są nasze kadry i instytucje, systemowo i strukturalnie chyba najgorsze z możliwych – „dobierane” w „polskim piekle” wg selekcji negatywnej [awansują ci co są lepszymi lizusami i lepiej podgryzają innych] i wg chorego układu funkcjonowania. W tym układzie – przy krytycznym przesileniu za X-lat – albo Polska zniknie – albo władza zostanie przejęta w sposób autorytarny – i sprawowana będzie autorytarnie ciężka ręką [i pewnie w kryzysie]. I co gorsza – to będzie przyjmowane jako „zbawienie” – przy aprobacie narodu. Czyli skończy się akcyjnie, na hurra i na szturmówkę – pospolitym ruszeniem – i kopaniem studni do pożaru – przy nieproporcjonalnie wielkich, wręcz olbrzymich kosztach – także społecznych. Kosztach, które można by ominąć [a wręcz wyciągnąć bonusy z rozwoju rozpracowanej i przewidzianej i rozegranej ZAWCZASU sytuacji] – gdybyśmy zawczasu mieli odpowiednie elity i instytucje. Obym się mylił. Na razie ten scenariusz krańcowego dramatycznego „albo-albo” za X-lat na ostrzu noża – liczę na przynajmniej 80%. Niestety – świadome społeczeństwo obywatelskie, ukierunkowana presja na „wieżę” – i rozliczanie „wieży” – oraz zbudowanie bezpieczników struktur oddolnych kontroli wieży – gdy władza będzie musiała być twarda – to wszystko jest w stadium zaczątkowym – zupełnie niedostatecznym do tempa zmian naszego otoczenia geostrategicznego. A gra idzie o PRZETRWANIE. Jak ludzie w przyszłości za X-lat poczują ten nóż na gardle – zaakceptują i poprą nawet skrajnego dyktatora… Obym się mylił…

    1. Na ile to widzą w Warszawie.. Polska nie prowadziła i nie prowadzi samodzielnej polityki. Aby tak było musiałoby dojść do sytuacji, jaka zaistniała przy odrodzeniu Polski po I WŚ. Przegrały wszystkie strony, które podzieliły się Polską a u nas pojawił się przywódca odpowiedniej klasy. A i tak wszystko zakończyło się po 20tu latach hekatombą, której skutki ciążą na nas do dzisiaj.
      Niezależnie jakie ugrupowanie w Polsce rządzi, prowadzimy politykę zgodną z tym, co jest nam narzucane. Budowaliśmy armię ekspedycyjną na potrzeby USA. Teraz budujemy armię, która stanowi uzupełnienie systemu amerykańskiego, bo jest to w interesie geopolitycznej racji stanu USA i jej firm zbrojeniowych. Niemcy też mają tu swoje interesy i ich nie odpuszczą. Obie strony dużo zainwestowały w swoje stronnictwa polityczne i medialnie obrabiają nasze społeczeństwo od czasu wyjścia z rosyjskiej strefy wpływów. Dzięki temu utrzymuje się wysoki stopień polaryzacji i utożsamianie przez społeczeństwo obcych interesów z własnymi. Do tego wgrano kulturowo obcy nam konflikt ideologiczny. Amerykanie czują się tak pewnie, że ich ambasada regularnie wysyła połajanki i traktuje nas jak bantustan. Niemcy od kiedy zelżała presja amerykańska, coraz agresywniej zachowują się wobec Polski. Na razie czyni to ich „niezależna prasa” ale za tym pójdzie zwiększona presja polityczna i gospodarcza. Jest to korzystne dla Rosji, która jak nikt potrafi wykorzystać i wzmocnić każdy konflikt. To, w jakiej jesteśmy sytuacji widać gołym okiem. Eksterytorialne obozy CIA dla potrzeb przesłuchiwania Talibów powstały w czasach rządów antyamerykańskiej lewicy. Decyzja o wysyłaniu naszych misji wojskowych również. Na potrzeby niemieckiej gospodarki budowaliśmy własną opartą na niskich płacach i uprzywilejowywanej pozycji zagranicznych korporacji. Antyniemiecki w retoryce PIS realizuje gospodarcze interesy niemieckie. W krótkim czasie z eksportera energii staliśmy się importerem. W takim systemie każde dogadywanie się „pod stołem” już godzinę po, jest na fejsie czy gdziekolwiek. Do tego, jako kolejny lewar, wisi nad nami sprawa reparacji żydowskich. To jest interes wszystkich. Amerykanów bo pieniądze pójdą do prawniczych korporacji wschodniego wybrzeża a część zostanie wytransferowana do żydowskiej elity. Niemcy, bo konsekwentnie zdejmuje się z nich odpowiedzialność za zbrodnie i ich ambicje imperialne nie spotykają się z oporem wewnętrznym i zewnętrznym. Rosja, bo każde osłabienie Polski jest w ich interesie.
      Amerykanie dogadali się z Niemcami w sprawie podziału interesów w Polsce. Amerykanie dostaną dostęp do naszego terytorium odpowiednio do swoich potrzeb, kontrakty zbrojeniowe, dostawy gazu i energetykę jądrową. Niemcy będą mogli budować swoją mitteleuropę ponieważ bez niej ich potęga nie jest możliwa. Nie przypadkiem zaraz po dealu Bidena z Merkel, Tusk „zdecydował się” na powrót do kraju. Czeka nas kolejna wewnętrzna, inspirowana z zewnątrz wojna, która jest również na rękę naszym elitom ponieważ pozwala utrzymywać własny elektorat w ciągłym stanie przedwyborczym. Walka elit nie jest rozgrywana o pomyślność kraju, bo tu mamy możliwości ograniczone i elity nie mają wiele do zaoferowania, ale, jak Pan pisze, o ustalenie kolejności dziobania.
      Tak więc jesteśmy w sytuacji, gdzie racją stanu wszystkich wielkich graczy jest niepodległa ale słaba Polska. To co możemy, to budować patriotyczne elity, kształcić i patriotycznie wychowywać młodzież, stymulować diasporę, budować własną kulturę tak aby była bardziej atrakcyjna od zachodniej papki, uczyć własnej historii i dumy z niej, wspierać własnych przedsiębiorców i znajdować luki w systemie presji zewnętrznej aby przetrwać do momentu aż okoliczności pozwolą się rozepchać. Obawiam się, że taki zakres i tak jest poza kompetencjami obecnych elit i wbrew aspiracjom obecnego społeczeństwa, które swoją szansę widzi we wtopieniu się w krajobraz prymitywnie rozumianego zachodu.

      1. (…)Do tego, jako kolejny lewar, wisi nad nami sprawa reparacji żydowskich.(…)
        Ja bym wolał to potraktować jako mobilizację do uporządkowania sprawy reprywatyzacji… bo to się dzieje w coniektórych w dzielnicach polskich metropolii w połączeniu z upadkiem służby zdrowi może łacno doprowadzić do epidemii grużlicy.

        (…)Amerykanie dostaną dostęp do naszego terytorium odpowiednio do swoich potrzeb, kontrakty zbrojeniowe, dostawy gazu i energetykę jądrową.(…)
        Polska nie energetyki jądrowej i póki co nie widać, żadnych realnych kroków, aby takowa powstała. To może być o tyle trudniejsze, że w przyszłym roku mają ruszyć prace nad poszukiwaniem następcy Różana.

      2. W sumie – prócz pracy u podstaw skierowanej bezpośrednio do obywatela – trzeba zbudować cały „pakiet edukacyjny” dla dzisiejszej młodzieży, która da nowe elity po wymianie pokoleniowej. Bo czas poprzedniego pokolenia polityków i tak się kończy. Praktycznie w każdej partii. A „nieco młodsi” – nie reprezentują nowej jakości – w istocie to katarynki od starych melodii. Zresztą profesjonalni spece od analiz społeczeństwa i socjotechniki politycznej doskonale to rozumieją – stąd wpychanie nam wizji rzekomo „nowej drogi” z przypięciem młodych twarzy – jak Trzaskowski, Hołownia, Zandberg, przedtem Petru… W PiS też była próba dania miejsca młodym [Jaki, Wasserman] – ale przez brak tego profesjonalnego wielkoskalowego marketingu, jaki dają zagraniczni mocodawcy swoim kompradorskim marionetkom – oraz przez opór „starego betonu” PiS – przegrali. Tym niemniej – i Pan Kaczyński odejdzie niebawem – a i Herr Tusk nawet po „recyklingu” wydaje się być mocno zużyty i nie wnosi starymi sztuczkami nowej jakości – a właściwie [bo tak to chcą jego mocodawcy] – WRAŻENIA nowej jakości [przy pozostawieniu „wszystkiego jak niegdyś było” – czyli korzystnego dojenia Polski i przedmiotowego wykorzystywania do swoich celów]. Myślę, że za kilka lat będziemy świadkami bardzo zażartej walki – wręcz wyniszczającej polityczno-społecznej skumulowanej „wojny wewnętrznej” – nawet z bijatykami na ulicach – która jeszcze bardziej podzieli i osłabi Polskę. I o to zapewne idzie zewnętrznym graczom – wg klasycznej strategii „dziel i rządź”. Obawiam się, że będziemy się obijali w tym wewnętrznym sterowanym chocholim tańcu od ściany do ściany – by [być może] otrzeźwieć dopiero wobec oczywistej, przeważającej presji zewnętrznego zagrożenia. W sumie – jak i za II Rzeczypospolitej – nie zdaliśmy wtedy – tak i teraz nie zdamy egzaminu z dojrzałości organizacyjnej/instytucjonalnej elit do zbudowania samosterownego państwa. Przynajmniej na 80% szacuję prawdopodobieństwo – że – o ile społeczeństwo otrzeźwieje wobec groźby demontażu Polski i zagrożeń już fizycznych – to i tak w takim przypadku władzę przejmie autokracja – zapewne z resortów siłowych. Który de facto [a pewnie i de jure] zlikwiduje ten kontrolowany i ciągle mieszany – systemowo chory kocioł polityczny „polskiego piekła”. A społeczeństwo to zaakceptuje – i przyjmie z ulgą stabilizację i pewien niewysoki, ale w miarę gwarantowany poziom życia i bezpieczeństwa – nawet kosztem drastycznej utraty praw obywatelskich. Niestety – PiS popada w samouwielbienie i w myślenie życzeniowe. Nie wierzyłem własnym uszom i szczypałem się po ręce – gdy na ostatnim kongresie PiS [w opozycji do spędu PO-KO Tuska] Pan Kaczyński oznajmiał, że już przebiliśmy pułapkę średniego rozwoju. Czyli – bo to jedzie na jednym wózku – wynikałoby z tego oświadczenia, że przestaliśmy być podwykonawcą Niemiec! Myślę, że w Berlinie to oświadczenie przyjęto nie tylko z rozbawieniem – ale przede wszystkim odczytano tam jako ukryte przyznanie się „dobrej zmiany” do wyczerpania możliwości budowy suwerenności Polski. W gruncie rzeczy ta bombastyczna deklaracja Pana Kaczyńskiego – to sygnał [zwłaszcza dla ludzi pokroju Pana Kurskiego] do przejścia od prób realnych zmian i działań strukturalno-systemowych – które zakończyły się klęską przez nieudolność „miernych, biernych, ale wiernych” – do promowania zastępczej propagandy sukcesu. A to niestety najlepszy przepis na przyszłe twarde lądowanie i bolesną korektę przez real. I oczywiście – przepis na klęskę polityczną – im bardziej odwlekaną – tym boleśniejszą. Zapewne za X-lat – już z pewnej perspektywy – cały okres „dobrej zmiany” będzie skwitowany: „chcieli dobrze – ale po amatorsku: „wystarczy nie kraść” nie wystarczyło – a dobre intencje skończyły się wg przysłowia „dobrymi intencjami piekło wybrukowane”… „. Recepta na te przyszłe operacyjne turbulencje i rzekomo „ostateczne katastrofy” i „koniec nadziei”: zachować stoicki spokój i dystans do spraw przejściowych – czyli wg zasad długiego biegu – spraw na poziomie strategicznym – i robić swoje – korygując operacyjnie niezmienny plan strategiczny. Krok po kroku – u podstaw. Musimy wychować i społeczeństwo – i elity. A doświadczenia twardego realu będą nader skutecznie motywować do nowego – niestety w tym układzie na zasadzie twardej „żelaznej rózgi” – wynikającej [jako skutek] z zapaści starego modelu – już „z deszczu pod rynnę” – czyli wynikającej z nieudolności elit i bierności społeczeństwa – systemowo”
        ta zapaść [oby tymczasowa] wyniknie z zaprzepaszczenia SWOT i okien okazji.

        1. (…)Przynajmniej na 80% szacuję prawdopodobieństwo – że – o ile społeczeństwo otrzeźwieje wobec groźby demontażu Polski i zagrożeń już fizycznych – to i tak w takim przypadku władzę przejmie autokracja – zapewne z resortów siłowych.(…)
          Jak dojdziemy do etapu zadym w stylu Żółtych Kamizelek to nie będę widział powodu, aby nie demontować Polski, a zagrożenia fizyczne będę miał takie same u siebie jak i za granicą.

          1. Rozumiem, że – stosując tę sama miarkę – już teraz publicznie Pan głosi wszem i wobec absolutna konieczność demontażu Francji z tytułu „zadym” Żółtych Kamizelek? Swoją drogą – na jakiej podstawie sądzi Pan, że niebezpieczeństwa fizyczne będą większe w Polsce, niż np. we Francji – po załamaniu kontraktu społecznego na Zachodzie? – gdy muzułmanie przestaną otrzymywać socjał – który traktują jako tzw. „dźizję” – czyli opłatę od niewiernych – za zostawianie ich w spokoju? Bo wtedy NAPRAWDĘ ZACZNIE się terroryzm islamski na wielką skalę. Czego u nas nie widzę – dzięki Bogu. I skąd pomysł, że demontaż państwa polskiego przyniesie polepszenie sytuacji Polaków? Raczej wręcz przeciwnie – znikną wszystkie bariery do nieograniczonej eksploatacji Polaków. I proszę nie opowiadać, że zaoszczędzimy np. na armii itd. Kto nie chce łożyć na swoją armię [nieudolnie budowaną – ale i tak dostatecznie SKUTECZNĄ w czasach wojny niekinetycznej dla realnej minimalnej ochrony interesów obywateli na własnym podwórku] – cóż – taki „oszczędzający na armii” po pewnym czasie musi i tak łożyć trzy razy więcej na armię – ale już cudzą. Swoją droga dziękuję za szczerość w otwartym pokazywaniu celów Pana narracji. Tym bardziej bezsensownej narracji [pomijając motywację – być może nadmiernie emocjonalna – kosztem logiki] – że przecież wyraźnie zaznaczam, że Polacy na min 80% poprą autorytarną władzę w sytuacji podbramkowej – właśnie dla bezpieczeństwa i stabilności.

          2. (…)Rozumiem, że – stosując tę sama miarkę – już teraz publicznie Pan głosi wszem i wobec absolutna konieczność demontażu Francji z tytułu “zadym” Żółtych Kamizelek?(…)
            Od pełnego przyzwolenia do głoszenia absolutnej konieczności jeszcze droga daleka… a co do Francji, widać jest Francuzom nie potrzebna skoro sami ją demontują.

            (…)Swoją drogą – na jakiej podstawie sądzi Pan, że niebezpieczeństwa fizyczne będą większe w Polsce, niż np. we Francji – po załamaniu kontraktu społecznego na Zachodzie?(…)
            I znowu tam, gdzie ja mówię, że zagrożenia będą takie same w Polsce jak zagranicą Pan Georalista twierdzi, że jednak twierdzę, że w Polsce będzie bardziej niebezpieczne. Mi pozostaje tylko odpowiedzieć, że po załamaniu kontraktu społecznego* nastąpi przysłowiowy MadMax, gdziekolwiek do owego załamania kontraktu, by nie doszło.

            (…)gdy muzułmanie przestaną otrzymywać socjał – który traktują jako tzw. “dźizję” – czyli opłatę od niewiernych – za zostawianie ich w spokoju?(…)
            Poczekaj jak zaczną na poważnie likwidować kopalnie i/lub przekształcać strukturę tamtejszych klubów piłkarskich… będziesz miał w Konurbacji taki Pruszków, że sam nie będziesz wiedział co jest gorsze… PeGiDa, i inni PrawdziwiNiemcy, też w w tym się pogubi, bo to jest dobry punkt startu na jumę.

            (…)Czego u nas nie widzę – dzięki Bogu.(…)
            To już nie straszysz, że polską wersją Antify? Skoro jesteś taki odważny to wstąp do BOA…

            (…) I proszę nie opowiadać, że zaoszczędzimy np. na armii itd. Kto nie chce łożyć na swoją armię [nieudolnie budowaną – ale i tak dostatecznie SKUTECZNĄ w czasach wojny niekinetycznej dla realnej minimalnej ochrony interesów obywateli na własnym podwórku] – cóż – taki “oszczędzający na armii” po pewnym czasie musi i tak łożyć trzy razy więcej na armię – ale już cudzą.(…)
            Trudno… przynajmniej istnieje jakaś nadzieja, że będzie ona warta ona swojej ceny.

            (…)Tym bardziej bezsensownej narracji [pomijając motywację – być może nadmiernie emocjonalna – kosztem logiki] – że przecież wyraźnie zaznaczam, że Polacy na min 80% poprą autorytarną władzę w sytuacji podbramkowej – właśnie dla bezpieczeństwa i stabilności.(…)
            W zeszłym roku Łukaszenka ogłosił koncetrację wosjk pod Grodnem… i jakoś nie widziałem wzywania do stanowczej reakcji. Co jak co, ale gdybym mieszkał w okolicach granicy z Białorusią to taka prowokacja mocno by zachwiała mojemu poczuciu bezpieczeństwa i stabilności… pamiętaj, że taki BIałystok leży za blisko zagrożenia, żeby jego mieszkańcy dywagowali czy to był bleg, komunikacja strategiczna czy co tam jeszcze.
            Podobnie mieszkańcy Mazur teraz po wybuchu migracyjnego, w którym Łukaszenka zaczął puszczać migrantów z islamskiego kręgu kulturowego i jak sam Łukaszenka przyznał narkotyki mają prawo odczuwać niepokój.
            Jak widzisz mieszkańcy okolic powiedzmy Przesmyku Suwalskiego w ciągu ok. pół roku mieli sytuacje podbramkowe… conajmniej w sensie psychologicznym. I ich reakcja to było jedno wielkie nic… w zeszłym roku nie chcieli stanu alarmu, a teraz nie chcą wzmocnienia sił oddziałów zwalczania terroru kryminalnego. Widać wolą jak miękiszonów.

            * A co to jest ten kontrakt społeczny?
            Że obywatele dają się podpuszczać do wojny pod pomnikiem schodów, a działania władzy w kierunku ratowania stoczni podsumowała baronka PIS bon motem o kocie i stępce?

  7. Skąd przekonanie, że Ukraińcy mają o Polsce i Polakach lepsze zdanie niż o Niemcach? Historia wskazuje wręcz na coś odwrotnego

    1. A co ma do rzeczy w geopolityce lepsze albo gorsze zdanie o takim lub innym narodzie? To nie małżeństwo – tylko kwestia wspólnoty interesów i synergii sił do realizacji. To pragmatyczny biznes robiony wg chłodnej kalkulacji – instytucjonalnie i instrumentalnie – a nie rozszlochane przedszkole.

      1. Z tego właśnie powodu zadałem to pytanie gdyż w tekście figuruje: ,,,kiedy to Ukraińcy postrzegają nas jako sojuszników. Mają o nas dobre zdanie, a przede wszystkim lepsze niż o Rosjanach czy Niemcach…
        A od kiedy to polscy politycy kierują się pragmatyzmem i interesami własnego kraju a nie fobiami i uprzedzeniami?

  8. Należy rozważyć opcję skrajną: „Sojusz szeroko rozumianej Flanki się nie powiódł, a Polska przegrała – rozebrali nas”. I CO WTEDY? Moim zdaniem – podstawa to obrona rodziny. Tam się wszystko rodzi i buduje u źródła. Powiedzmy „totalni postępowcy” scentralizowanego połączonego Zachodu [w ramach umownego hiperimperium „ponadnarodowego” i „ponadkontynentalnego” ] likwidują państwa dla zatomizowanych społeczeństw zlepienia w jeden twór, narzucają nam swoje wariackie „wartości”, niszczą państwo, dokonują pełnego zaboru. Czy to koniec? NIE. Bo ten system się rozleci relatywnie bardzo szybko – ponieważ w żaden sposób nie sklei się z chińskim imperialnym nacjonalizmem i jego apetytami. Ani z długim trwaniem Indii, Japonii, czy innych graczy – np. świata islamu. Bezwzględny real wygra – czyli ten, kto ma realne aktywa ilościowo-jakościowe fundowane na lepszej technologii – a nie bardziej wzniosłe deklaratywnie „wartości”. My mieliśmy zabory i wyciągnijmy z nich lekcje. Nie organizować powstania – a pracę u podstaw – z rodziną jako rdzeniem rdzenia. Najważniejsze są dzieci. Przetrwać i zachować tożsamość w rodzinie – i czekać chwili, gdy ten potworek totalitarny się rozsypie. Co szacuję w najgorszym razie na 5-7 lat. Nie paplać [jak teraz – zwłaszcza młodzież] otwarcie i naiwnie w mediach społecznościowych – ale „szyfrować” przekaz znaczeniowy ukryty za drugim i trzecim dnem – jak to robiono za okupacji i komuny. I współpraca bezpośrednia – rodzina, przyjaciele, sąsiedzi. I maksymalna autonomia rodziny na swoim. Najcenniejsi są krewni na wsi. Kontrolują nas ci „z góry” np. przez przelewy wyłącznie cyfrowe – to wymiana bezpośrednia i dogadanie, nawet na gębę, na zaufanie w swoim gronie. Za „nieśmiertelnej” [jak się wydawało] komuny było powiedzenie: „Przeżyliśmy potop szwedzki – przeżyjemy i sowiecki”. Nie rozpacz i nie biadolenie spod znaku „to już koniec – wszystko upadło – nie ma nadziei – tylko pozostaje pić na umór i być posłusznym niewolnikiem” – tylko po pierwsze „trzymać się – choćby na kolanach” – a potem małymi kroczkami budować wewnętrzną przestrzeń swobody i działania i współdziałania. I kombinować i myśleć, jak obchodzić ograniczenia [strugając przy tym głupków i naiwniaków] – to potrafimy. Myśleć swoje – i robić swoje. Gdy upadnie owo totalnie zakłamane hiperimperium – my pierwsi się otrząśniemy, pierwsi zorganizujemy – i zajmiemy dużo wyższą pozycję w porządku dziobania i statusie podziału pracy. Dlaczego Niemcom kolonizacja Polaków podczas Kulturkampf nie wyszła? Sami czołowi działacze Hakaty odpowiadali: „bo Polacy sobie nawzajem pomagali i się organizowali oddolnie – a niemiecki kolonista bez dotacji to nawet gwoździa nie przybił”. Zaradność, niepoddawanie się biadoleniu, aktywność oddolna – i dzieci i rodzina w centrum – także w edukacji i prawdzie idącej wprost od rodziny. Podobała mi się uwaga biskupa Lengi: „mogą zburzyć kościoły – ale wiara i tożsamośc przetrwa i potem odbuduje kościoły – ale gdy umrze rodzina i kościół domowy – wtedy nawet pięknie odmalowane i całe kościoły staną się nieodwołalnie martwe”. Nawiasem mówiąc – w tej chwili Berlin w rękawiczkach „postępowej” Brukseli urządza nam Kulturkampf 2.0 [a właściwie 3.0 – biorąc pod uwagę „dokonania” Niemców za III Rzeszy]. Te same metody [także niszczenia ze wszystkich sił Kościoła Katolickiego – postrzeganego i wtedy i teraz jako rdzenia polskiej tożsamości narodowej], ten sam totalny, bufonowaty, napuszony krzyk mediów o ich rzekomej „wyższości” i „słuszności”, o „postępie”, o „cywilizowaniu”, o „praworządnej jedynie słusznej drodze” wobec tych ciemnych, krnąbrnych niedorozwiniętych Polaków. Nic nowego pod słońcem…Niemcy ciągle odgrywają tę samą płytę… Ten wpis polecam szczególnie – by mieć naprawdę długofalowy strategiczny ogląd spraw i świadomość możliwości działania wobec spełnienia się opcji – nawet najgorszych. Bo dopiero wtedy zyskuje się dystans i równowagę psychiczną i hart ducha i siły – do długiego biegu. I zrozumienie, że jeżeli się przegrało, nawet bardzo boleśnie – to nie jest koniec – tylko nowy etap walki – prowadzonej nowymi, odpowiednimi do sytuacji środkami. Ostatni bastion to rodzina, dzieci – i zachowanie osbniczej tozsamości i własnego rozumu. Zachód nie posmakował jeszcze żelaznej rózgi marksistowskiego raju – toteż idzie do niego ślepo i ufnie [z wielkimi nadziejami – jakby pieniądze i dobra redystrybuowane – spadały z nieba] – Zachód idzie jak stado lemingów w przepaść. My mamy – właśnie dzięki zaborom, okupacjom i potem komunie [i gorzkiej społecznie kolonizacji nas przez Zachód po 1991] – wyrobioną w długim trwaniu zaszczepioną bolesnymi doświadczeniami „odporność stadną” na to słodkie [zawsze na początku – dla zwiedzenia i dla zachęty] opium dla mas. I to jest nasz kapitał – szczególnie cenny w takich krytycznych razach. Ja mocno X-razy krytykuję brak odpowiedniego dostatecznie masowego uświadomienia społeczeństwa – by wywarło presję na „wieżę” – i by skontrowało jej kurs – i twardą przyszłą władzę. Ale z drugiej strony „nasz naród jako lawa” – i to się sprawdza w długotrwałej praktyce – czyli jest i drugi – znacznie korzystniejszy i na wyższym poziomie, niż na Zachodzie – aspekt wewnętrznej dojrzałości i odporności naszego społeczeństwa. Toteż proszę nie traktować tego wpisu jako krakanie – ale raczej jako trzeźwe rozważenie wszelkich opcji. Z końcowym wnioskiem – że w najgorszej opcji i tak możemy RELATYWNIE mocno zyskać wobec społeczeństw Zachodu – jeżeli nie opuścimy rąk. Opcje wygubienia Polaków do nogi, atomowego samobójstwa ludzkości itd. – pomijam z założenia, bo wobec nich pozostaje tylko czekanie w ogonku na Sąd Ostateczny na tamtym świecie – a jakiekolwiek rozważania o ewentualnym działaniu na tym świecie jest w TAKIEJ sytuacji z definicji bezprzedmiotowe.

    1. Osobiście wykluczam roszady terytorialne naszego kraju – tak samo jak mega konflikt- raczej coś na kształt wojny błyskawicznej ,która ma nas rzucić na kolana;

      Raz, że nikomu nie chce się pilnować Polaków => za droga impreza
      Dwa, że potrzebują taniej siły roboczej, a każdy konflikt okrutnie niszczy biznes

      Dlatego będą próbować metodami 'na wartości’ => ale po pierwsze- w PL ultralewicowych głąbów jest bardzo mało (tylko media pompujące balonik chcą sprawiać wrażenie wielkiego poparcia społecznego dla tej degrengolady). A po drugie => atrakcyjność zachodu w PL jawi się tylko i wyłącznie poprzez dostatni styl życia, co już się powoli kończy. Kiedy skończy się definitywnie, Polacy automatycznie zwrócą się tam, gdzie będą mogli podnieść swój standard życia => nawet z Chinami (zakładając, że pogoda geopolityczna na to pozwala)

  9. Czekam z niecierpliwością zarówno na publikację Pana Krzysztofa Wojczala – bo to pozycja wręcz konieczna i fundamentalna [jak ODB i wielka mapa sztabowa – a raczej globus] dla geostrategicznego przedstawienia graczy – jak figur na szachownicy – jak i czekam na publikację Panów Jacka Bartosiaka i Normana Friedmana nt nowej domeny astropolityki. Dopiero wtedy zamierzam wydać książkę na temat połączenia wszystkich domen w jedną. Starając się przedstawić współdziałanie i w dużym stopniu „zlewanie się w jedno” sfery militarnej i cywilnej – i różne propozycje balansu i sprzęgnięcia i synergii. Z racji dość słabo opisanej u nas domeny EM/cyberprzestrzeni [i pokrewnych] – będę [z racji profesjonalnego wykształcenia IT] do pewnego stopnia zmuszony do swego rodzaju pionierskiej pracy przedstawienia znaczenia tej bardzo rozbudowanej i „wielowątkowej” domeny w geopolitycznej machinie zupełnie nowych procesów. Bo właśnie te domeny spod znaku [patrząc szerzej] całej palety spraw IT/cyberprzestrzeni/mediów/AI/EW/ale i powiązanych blisko z użyciem broni energetycznych [w tym w kosmosie] – mają największy potencjał wzrostu jako „gamechanger”. Także w ramach siły oddziaływania społecznego w „wojnie o świadomość”. Wyrywając spod nóg dywanik dotychczasowego układu i porządku starych domen. Do pewnego stopnia – czyniąc je podrzędnymi i biernymi wobec tego cybernetycznego rdzenia, który w największym stanie się nadrzędną „metadomeną”. Tym bardziej, że ta dekada przyniesie pierwszą falę rewolucji Internetu Rzeczy/Internetu Wszystkiego – bazującego na robotyzacji/automatyzacji/autonomizacji/AI – istotnej dla organizacji społeczeństwa – ale i dla budowy na skalę masową kolejnego czynnika zmian – Przemysłu 4.0 – czy może raczej 5.0 – jako kolejnego wielkiego „gamechangera”. Pierwszy raz możemy uczestniczyć bez opóźnień w tej kolejnej wielkiej zmianie technologiczno-organizacyjnej – która przeora cały świat. Przy czym są skrajnie różne modele wdrożenia tych zmian – które [bez wojny, bez rywalizacji hegemonicznej USA-Chiny] mogą doprowadzić do skrajnie różnych modeli organizacji społeczeństw. Od pełnego uwłaszczenia i stworzenia prawdziwego społeczeństwa obywatelskiego w ciągu 2 pokoleń – do pełnego cybertotalitarnego zniewolenia – a na końcu fizycznej likwidacji obecnego człowieka [i obywatela z prawami człowieka] w ramach transhumanizmu Człowieka 2.0. Planowałem wydać książkę razem z bratem [jest doktorem historii – więc profesjonalnie uzupełnia sprawy „miękkie” – zwłaszcza społeczne] – książkę „jednym skokiem” w zakresie czasowym aż do 2070. Bo taki zakres czasowy jest naszym zdaniem minimalnie potrzebny do złapania nowej równowagi na świecie – w tym JUŻ PO rozstrzygnięciu kwestii hegemonii Chiny-USA – która zapewne dokona się po umownym 2035 [czyli po naznaczonym przez Xi przegonieniu USA w technologiach militarnych] – a znacznie przed 2050 [czy – jakby to widzieli w Pekinie – przed 2049 – czyli przed stuleciem ChRL – terminem progowym w ramach realizacji „wielkiego renesansu narodu chińskiego”]. Dlaczego stabilizację świata [oczywiście umowną i relatywną do poprzedniego okresu, gdy wszystko będzie się gotowało – czyli uzyskanie równowagi dynamicznej – bo przecież „wszystko płynie”] i wylizanie się z ran i wejście w stabilną ścieżkę prorozwojową i rozwojową widzę najszybciej dopiero około 2070? Po pierwsze – będzie to w istocie pierwsza prawdziwa wojna światowa – po drugie zakres oddziaływujących czynników zmian, ich głębokość i ich skala wpływu na „target docelowy” miliardów ludzi – nie będzie miał sobie nic porównywalnego w historii co do natężenia i skali – i złoży się w skumulowany „perfect storm” [w tym ze zmianami klimatycznymi, które zdezaktualizują nie tylko mapy, ale i rozkład fauny, flory, komunikacji – i wszelkie charakterystyki „geo”] . Gdy drastycznym zmianom będą podlegały wszystkie sfery życia ludzi – PRAKTYCZNIE WSZYSTKO – ale i wprost „fizyczna baza funkcjonowania” – to uzyskanie stabilności zajmie naprawdę wiele czasu – liczonego min na 2 dekady. Być może – nawet do końca wieku w modelu bardziej pesymistycznym. Ale jest to zadanie, które – już to widzę z bratem – trzeba podzielić w scenariuszach rozwoju i opisu na kilka etapów. Pan Krzysztof skoncentrował się swej w książce zasadniczo na tej dekadzie – siłą rzeczy postaram się o przedstawienie scenariuszy wielkiej gry i wielkich zmian dla kolejnej dekady – umownie do 2040 – z pewnymi dalszymi „wycieczkami” w przyszłość – na ile wskazują różne trendy i twarde, fizyczne parametry progowe. —– Panie Jacku – od 2017 odbiłem się tyle razy od zaporowo-asekuracyjnego betonowego muru wszelkich instytucji [nawet teraz – na dniach – w MON i KPRM i w PGZ], że mogę tylko potwierdzić wspólną, raczej pesymistyczną ocenę naszych elit – i co gorsza – sprawności instrumentalnej i systemowej naszych instytucji. Co oznacza – osobnym wpisem już to zrobiłem powyżej [9 lipca 10:44 PM] – konieczne przygotowanie planu awaryjnego – także na najgorszy scenariusz. Wniosek jest prosty i uniwersalny – i bezwzględny – statusowa „wszech-wojna” [czy też wyścig w „porządku dziobania”] nie kończy się nigdy – z wyjątkiem fizycznego unicestwienia gracza. Nawet gracz „tu i teraz przegrany” – przegrany wydawałoby się ostatecznie i nieodwołalnie – za dekady lub nawet za wieki – może znowu wypłynąć w wykorzystanym oknie okazji SWOT. Co my [a szerzej – gracze strefy zgniotu] – po doświadczeniach zaborów i potem II w.św. i „demoludów” i obecnego „niewykrystalizowanego stanu tymczasowego” [bo tak to widzę] – winniśmy rozumieć jak nikt inny. Stąd konstruktywne wnioski: w długim trwaniu liczy się na poziomie strategicznym praca u podstaw, oddolne zorganizowanie, cierpliwość, nieustająca czujność, aktywność – i konsekwencja w działaniu – aż do końca. I to trzeba zaszczepiać – bez względu na to, w jaką ścieżkę dziejów wejdziemy.

Leave a Reply

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *