Czy Chiny mają cokolwiek do zaoferowania Polsce?

W ostatnim czasie w przestrzeni publicznej na nowo wybrzmiała dyskusja na temat tego ile Polska mogłaby zyskać na współpracy z Chinami. I ile straciła, nie podejmując tej współpracy trzy lata temu.

Dyskusja dra Jacka Bartosiaka z reprezentantem Klubu Jagiellońskiego – Adrianem Broną oraz analitykiem Ośrodka Studiów Wschodnich – Jakubem Jakóbowskim moderowaną przez Andrzeja Kohuta zainspirowała mnie do próby odpowiedzi na pytanie, czego Polska oczekiwałaby od strony chińskiej by opłacało się jej wpuścić wpływy Państwa Środka nad Wisłę?

Ponieważ wbrew obiegowej opinii wydaje się, że Chińczycy niewiele mogą Polakom zaoferować. Po pierwsze dlatego, że nie chcą lub nie mogą. Po drugie polski rynek nie wykorzystałby szans stworzonych przez umowy polityczne zawarte na pułapie międzyrządowym. Bądź to z braku potencjału lub też z braku chęci.

 

Gospodarcze relacje polsko-chińskie

Powołując się na dane z bardzo ciekawego  raportu Adriana Brony warto zaznaczyć,  że – od czasu podpisania w 2011 deklaracji polsko-chińskiej o strategicznym partnerstwie  – wymiana handlowa między krajami wciąż pozostaje na bardzo niskim poziomie. W 2011 roku polski eksport do Chin stanowił zaledwie 1% całego krajowego eksportu. Do 2019 roku poziom ten wzrósł do zaledwie do 1,1%. Znacznie bardziej zyskali na tym Chińczycy ponieważ import z Państwa Środka stanowił w 2011 roku 8,7% całego polskiego importu, natomiast w 2019 roku było to już 12,3%. W liczbach bezwzględnych nasz ujemny bilans handlowy wciąż się powiększał i zeszłym roku wyniósł blisko 30 miliardów dolarów. Tak więc pod względem czysto biznesowym, Polska nie zyskała wiele mimo przystąpienia do:

  1. formatu 17+1 w 2012 roku (wówczas to był 16+1),
  2. Inicjatywy Pasa i Szlaku w 2015 roku,
  3. Azjatyckiego Banku Inwestycji Infrastrukturalnych (AIIB) w 2016 roku.

 

Mało tego, autor wyżej linkowanego raportu wskazał, że niespecjalnie na współpracy zyskali polscy rolnicy. Mimo znacznego proporcjonalnego wzrostu eksportu polskich produktów spożywczych w latach 2011-2019 (z 35 do 211 milionów dolarów) eksport ten stanowi i tak zaledwie 0,7% łącznej wartości polskiego eksportu żywności. Wynika to z wielu czynników, ale tym chyba najistotniejszym jest odległość od chińskiego rynku. Transport morski trwa długo, a lądowy jest drogi i nieopłacalny w przypadku tanich towarów wymagających znacznej ilości miejsca w kontenerach.

Raport Adriana Brony wskazał ponadto na coś, co dla zainteresowanych było wiedzą oczywistą. Chińskie inwestycje nie polegają na budowaniu zakładów produkcyjnych, a na przejmowaniu już istniejących. Cele są proste. Przejmowanie zachodnich technologii i know-how oraz ekspansja na zewnętrznych rynkach. Wykupowanie ewentualnej konkurencji często kończy się także przenoszeniem produkcji do Chin i pozostawianiem szczątkowej struktury w kraju macierzystym. Państwa UE zaczęły się przed tym bronić poprzez wprowadzanie do umów sprzedaży zakładów regulacji wymuszających utrzymanie zatrudnienia a czasem nawet produkcji na dotychczasowym poziomie. Jednak zanim tak się stało, wiele np. greckich a nawet francuskich firm padło ofiarą rzeczywistej likwidacji, przeniesienia produkcji i przejęcia firm czy dobrze sprzedającego się loga.

Nie oznacza to jednak, że z Chińczykami nie da się zrobić dobrego biznesu. Niemniej, by doprowadzić do podpisania dobrej umowy należy zdawać sobie sprawę z tego, że partner z Pekinu wykorzysta wszystkie słabości tej umowy na naszą niekorzyść. I jeśli umowa będzie słaba – to wyciśnie nas jak cytrynę. Bez żadnych sentymentów związanych z tym, że Polska jest „bramą” do Europy na drodze Nowego Jedwabnego Szlaku (a konkretnie jednej z jego nitek i to tej przechodzącej również przez Rosję).

 

Polska nieodpowiedzialnym partnerem w oczach Chin? Doświadczenia z współpracy

Istnieje narracja zgodnie z którą, Chińczycy sparzyli się na inwestycjach w Polsce w 2011 roku, kiedy to mieli zbudować polską autostradę A2. Niektórzy z komentatorów nie mogli zrozumieć, jak polski rząd mógł pozwolić, by polscy przedsiębiorcy zawyżali ceny materiałów i maszyn, które chcieli nabyć lub wynająć wykonujący kontrakt Chińczycy. Miało to w oczach władz z Pekinu pokazać, że Polska nie jest krajem poważnym ponieważ nie potrafi zdyscyplinować swoich przedsiębiorców i sektora budowlanego. Nie sposób się z tą narracją jednak zgodzić.

W mojej ocenie polskie firmy zachowały się zupełnie racjonalnie broniąc własnego rynku. Chińczycy zaoferowali dumpingowe ceny w celu wygrania przetargu przy dużym niedoszacowaniu kosztów budowy. Chcieli wykonać zlecenie korzystając z własnej taniej siły roboczej oraz tanich materiałów dostępnych na miejscu. Sukces takiego przedsięwzięcia oznaczałby wyłamanie drzwi do polskiego rynku. W krótkim czasie chińscy wykonawcy przejęliby rynek przetargów publicznych i doprowadzili rodzime polskie firmy do bankructwa. Polskie firmy narzucając wysokie ceny materiałów i ewentualnego wykonawstwa dla Chińczyków zwyczajnie broniły się przed obcą ekspansją. Gdyby nie to efektywne działanie, być może dzisiaj nie mielibyśmy już rodzimych dużych firm budowlanych ani nawet technologii do budowy podstawowej infrastruktury. Zastanówmy się dlaczego polski sektor tak zdecydowanie odpowiedział na próbę akurat chińskiej ekspansji. Przecież na nasz rynek budowlany z powodzeniem weszły firmy z zachodu – zwłaszcza niemieckie. Fakt, że z każdego jednego euro dotacji unijnej udzielanej Polsce aż ok. 85% centów wraca do Niemiec wziął się m.in. z tego to niemieckie firmy wygrywały w Polsce przetargi publiczne. Więc czemu polski rynek nie walczył tak skutecznie i zaciekle również w tym przypadku?

Różnice między firmami z zachodu i wschodu są dość istotne. Niemiecki wykonawca wykonywał zlecenie głównie lub przede wszystkim polskimi wykonawcami. Ci korzystali z mniejszych polskich podwykonawców a wszyscy zaopatrywali się w polskich hurtowniach z materiałami. Materiałami w dużej części produkowanymi na miejscu. Każdy w tym łańcuchu dostaw mógł zarobić. Nawet te 15 centrów z każdego dotacyjnego euro dawało w miarę szybkie warunki rozwoju. Podobnie jak fakt, że polskie firmy pracując pod niemieckimi wykonawcami nabywały nowe kompetencje. Uczyły się budować skomplikowanych obiektów infrastrukturalnych, co z kolei dawało w przyszłości szansę na zdolność samodzielnego wygrania przetargu publicznego.

Chińczycy mieli zupełnie inny model biznesowy. Oparty na chciwości i eksploatowaniu klienta, jeśli ten pozwalał się eksploatować. Do cna. Chińczycy nie chcieli dzielić się technologiami, a infrastrukturę zamierzali budować w jak największym stopniu własnymi – tańszymi – pracownikami. Jednak to do czego nie mieli dostępu to surowce. Ściąganie maszyn, piasku, cementu i innych surowców z Chin nie wchodziło w grę. Byłoby to zbyt drogie i czasochłonne. I dzięki tej zależności polski rynek budowlany zdołał się obronić. O co niektórzy zdaje się mają pretensje.

 

Kolonizacja gospodarcza

Jeśli sprawa budowy CPK (lotniska i kolei w Polsce) miała w wizji chińskiej wyglądać podobnie jak budowa autostrady A2, to należy się cieszyć, że Chińczycy nie otrzymali tego kontraktu. A już kuriozalnym pomysłem byłby taki, w którym polskie przedsiębiorstwa budowlane zostałyby odsunięte od intratnego kontraktu na budowę lub choćby podwykonawstwo CPK, a w zamian za to otrzymałyby propozycję stania się chińskimi podwykonawcami w Afryce… Zastanówmy się chwilę nad bilansem zysków i strat takiego ewentualnego porozumienia, gdyby wyglądało w ten sposób, że:

  1. Chińczycy otrzymaliby udział własności w strategicznej inwestycji w Polsce, która mogłaby służyć np. do przyjmowania wojskowych samolotów transportowych NATO,
  2. Chińczycy otrzymaliby dobre, niezwykle intratne kontrakty w Polsce, które wykonaliby niemal całkowicie swoimi firmami i pracownikami z Chin,
  3. W zamian Polska otrzymałaby średnio-opłacalne kredyty na inwestycję (bo chyba nie łudzimy się, że ktoś by nam coś wybudował za darmo), które po wybudowaniu CPK należałoby spłacić,
  4. Polskie firmy zostałyby z niczym na własnym rynku, ich pozycja by mocno spadła a przyszłość byłaby zagrożona, ale za to w ramach rekompensaty mogłyby przejść na znacznie gorzej płatny i opłacalny afrykański rynek i to tylko jako podwykonawcy chińskich firm.

Jeśli tak wyglądałby deal, to trudno nie oprzeć się wrażeniu że zgodzilibyśmy się dobrowolnie na chińską kolonizację polskiego sektora budowlanego. Przy okazji dając Chińczykom w praktyce dożywotnie prawo własności do części newralgicznej infrastruktury krajowej (no chyba, że postanowiliby to prawo sprzedać). Jeśli to miałoby zmienić łańcuchy dostaw w Polsce, to zmiana taka byłaby katastrofalna dla naszego rynku.

Warto w tym miejscu przypomnieć o książce Johna Perkinsa pt.: „Hitman. Wyznania ekonomisty od brudnej roboty”, gdzie autor wskazał, jak Amerykanie kolonizowali Amerykę Południową. Co zresztą było modelem dla późniejszej ekspansji Niemiec w Europie Środkowej oraz Chin na wszelkich interesujących je kierunkach (w tym w Afryce). Mechanizm uzależniania państw polega m.in. na tym, że państwo kolonizujące udziela „pomocy” w formie kredytu lub pożyczki. Przy czym warunkiem tego jest wydanie pieniędzy z niej pochodzących na budowę infrastruktury. Oczywiście kontrakty na przedmiotowe inwestycje muszą zostać wykonane przez firmy z państwa udzielającego kredytu lub pożyczki. W ten sposób pieniądze z pożyczki wracają na powrót do kraju skąd zostały wytransferowane. Powstaje oczywiście infrastruktura, ale ta w całości lub częściowo należy do firm z kraju pożyczkodawcy. Natomiast ofiara tego rodzaju pomocy musi jeszcze spłacić odsetki. Tego rodzaju metody były narzucane siłą i w sposób polityczny przez USA krajom Ameryki Środkowej i Południowej. Ten mechanizm zastosowano np. w Iraku po jego zajęciu. To dlatego polskie firmy niewiele tam zarobiły – bo polski rząd nie wyłożył kasy na odbudowę Iraku, a amerykanie nie chcieli się dzielić z Polakami własnymi dolarami.

Mając na uwadze powyższe doświadczenia innych, powinniśmy wystrzegać się dobrowolnej zgody na kolonizację – choćby początkowo miała dotyczyć tylko jednego sektora gospodarczego. I to w momencie gdy polski sektor budowlany – wraz np. z transportowym i rolniczym – stał się główną siłą napędową naszej gospodarki. Nasze firmy przez ostatnie dwie dekady rozrosły się na tyle, by walczyć na własnym polskim rynku z tymi z zachodu. Oferowanie im podwykonawstwa i to jeszcze na egzotycznym, dalekim i nisko dochodowym rynku to oczywista degradacja. Można napisać mocniej. Wykluczanie polskich firm z budowy CPK w zamian uzyskanie dla nich podwykonawstwa w Afryce to tak jakby powiedzieć: „tutaj już się dorobiliście, teraz spieprzajcie do Afryki pracować na Chińczyków”. Oczywistym jest, że nikt dobrowolnie na taki interes życia by się nie zgodził.

Rynek potrafi o siebie zadbać – bez pomocy polityków ale byleby nie przeszkadzali

Biznes sam potrafi o siebie zadbać. Przedsiębiorcy wykorzystują szanse, okazje i atuty jakimi dysponujemy lepiej niż ktokolwiek inny. Lepiej niż politycy, geopolitycy czy różnej maści naukowcy – choćby z tytułami profesora. Rolą rządów jest oczywiście otwieranie drzwi, poprzez podpisywanie umów międzynarodowych. Jednak gdy już takie istnieją (a polsko-chińskie istnieją), to biznes samodzielnie powinien decydować o tym, czy ze stworzonych warunków skorzysta czy nie. To przedstawiciele firm wiedzą lepiej jak dysponować swoimi zasobami by te przynosiły największe stopy zwrotu. A największe stopy zwrotu dla polskich firm budowlanych i eksporterów są te w Unii Europejskiej. Po pierwsze dlatego, że Polska sąsiaduje z gospodarczym sercem Europy w postaci Niemiec. To tam są największe pieniądze do wyciągnięcia. Po drugie Polska znajduje się w unii handlowej w ramach UE. Ta zniosła wszelkie cła i taryfy co pozwoliło łatwo podbić polski rynek zagranicznym koncernom, ale i ułatwia to polski eksport. Z czego skorzystał sektor transportu drogowego, który podbił unijny rynek oferując niższe ceny (co notabene spotkało się z reakcją Francji i Niemiec oraz wprowadzeniem tzw. pakietu mobilności). Po trzecie rynek Unii Europejskiej to jeden najbardziej chłonnych rynków konsumenckich na świecie. I Chiny marzyłyby o tym, by zamienić się z Polską miejscami w celu zwiększenia handlu z Europą Zachodnią. Cały chiński wysiłek infrastrukturalny nastawiony jest na to, by zbudować trwałe i bezpieczne szlaki handlowe z Chin do Europy. Hasło Nowego Jedwabnego Szlaku nie schodzi z ust polskich geopolityków. Chińczycy chcą być dokładnie tu gdzie my. Chcą mieć dostęp do bogatego rynku zbytu. Tymczasem w Polsce pojawiają się głosy, że Polskie firmy powinny zarabiać w biednej Afryce jako chińscy podwykonawcy. Zamiast budować w Polsce: mosty, wiadukty czy lotniska, mieliby zarabiać na usypywaniu dróg szutrowych pośrodku dżungli (to skrót myślowy, ale obrazuje rzeczywistość). Gdzie tu jest rozwój?

Daliśmy sobie wmówić, że trzeba podbijać, daleki ale za to ogromny chiński rynek, który dysponuje miliardową populacją. Problem w tym, że chińskie władze nie dopuszczają zagranicznych firm na swój rynek. Chińczycy nie jeżdżą BMW czy Mercedesami tylko chińskimi podróbkami, które przypominają polskie marki z lat 90-tych typu: „Adonis” czy „Adidos”. Różnica polega na tym, że u nas noszenie butów z czterema paskami było obciachem, a władze ChRL robią wszystko by to chińskie marki dominowały w Chinach. Bo to Pekin ma kolonizować, a nie być kolonizowanym.

Nowy Jedwabny Szlak nie jest budowany przez Europejczyków w celu dotarcia do rynku chińskiego tylko przez Chiny by dotrzeć do europejskiego konsumenta. Bo tutaj można zarobić najwięcej (obok USA). Skoro tak, to nie powinno dziwić, że Polska gospodarka żyje z handlu z Unią Europejską. Polskie firmy nie muszą wysyłać pracowników i towarów tysiące kilometrów dalej do Azji i Afryki, ponieważ lepszą cenę uzyskają w pobliskich Niemczech. Gdzie transport jest szybki i tani – bo jest blisko. Mało tego, nawet gdy polskie firmy budowlane nie mogły konkurować z niemieckimi na ich własnym rynku w zakresie przetargów publicznych to wymyśliły jak to ograniczenie obejść. Powstały setki polskich firm, które wysyłały polskich a następnie ukraińskich budowlańców do Niemiec w ramach delegacji. Polacy budują i remontują niemiecką infrastrukturę nie uczestnicząc formalnie w strukturze wykonawców i podwykonawców. Zwyczajnie wynajmują pracowników. A euro z niemieckich kontraktów płynie do Polski. Dla polskiej gospodarki najbardziej korzystnym scenariuszem jest taki, w którym polskie firmy dorobią się jak najwięcej w możliwie najkrótszym czasie. I takie warunki gwarantuje region, a nie dalekie: Azja czy Afryka. Stoczyliśmy na ten temat arcyciekawą całodniową dyskusję na TT, którą podsumował i w zasadzie zakończył były prezes Polskiej Agencji Informacji i Inwestycji Zagranicznych z lat 2009-2016:

Biznes zawsze wybiera najmniej ryzykowny i najbardziej dochodowy model rozwoju. Sięga po łatwy kapitał, chyba że jego zasoby pozwalają poszerzyć działalność i podjąć większe ryzyko. Tymczasem sektor budowlany przed pandemią był kompletnie przeciążony. Na rynku brakowało pracowników i fachowców (bo większość wyjechała na zachód), a zleceń było na rok, dwa do przodu. Efekt był taki, ze skoczyły ceny, a mimo to firmy budowlane musiały wybierać zlecenia odrzucając te mniej atrakcyjne. Popyt znacznie przewyższał podaż. Sama Polska dawała bardzo dobrze zarobić z uwagi na rozwijaną infrastrukturę. Polski sektor budowlany od lat zbiera tłuste euro i złotówki z regionalnego rynku, problem jest tylko taki, że brakuje rąk by robić to szybciej i wykorzystać wszystkie nadarzające się okazje. Polskie firmy weszły na poziom, na którym mogą konkurować z zachodnimi na rodzimym rynku. Próbują też prowadzić ekspansję w bliskiej zagranicy. Problemem polskich firm budowlanych nie był brak zleceń, a brak potencjału by je wszystkie obsłużyć. W takich warunkach tej branży załatwienie kilku polskim firmom chińskich kontraktów w Afryce nie należy odczytywać jako szansę czy potencjał do zmiany łańcucha dostaw na lepsze. Te firmy pojechałyby, zarobiłyby (albo i nie) po czym przerzuciłyby wszystkie zasoby z powrotem na unijny rynek. W debacie pojawił się argument, że w przypadku rozmowy z Chińczykami o CPK polskie firmy zostały niejako zastraszone przez co straciły zainteresowanie chińską ofertą. Nie jest to wcale dowód na to, że została zaprzepaszczona jakaś ogromna szansa. Świadczy to jedynie o tym, że chińska oferta była za mało atrakcyjna  by ryzykować dla niej utratę intratnych zamówień publicznych w kraju. Z jakiegoś przecież powodu polskie firmy budowlane wybierają zlecenia krajowe lub regionalne i nie pchają się daleko do Azji czy Afryki. Tym powodem są interesy. Powtórzmy. Największe stopy zwrotu dla polskich przedsiębiorców są w Unii Europejskiej.

 

Pieniądze to nie wszystko

Praca i handel w UE jest ponadto bezpieczny. Funkcjonuje Europejski Trybunał Sprawiedliwości. Sądownictwa krajowe można oceniać różnie, ale nie jest tak, że polski przedsiębiorca nie może wygrać w sprawie przed francuskim czy niemieckim sądem. Tymczasem wyobraźmy sobie sytuację, w której polski podwykonawca budowlany podejmując zlecenie w Afryce nie otrzymałby wynagrodzenia od chińskiego wykonawcy. Sądownictwo w państwach afrykańskich nie może budzić większego zaufania zwłaszcza w sytuacji, gdy Chińczycy słyną z korumpowania władz, sądów i administracji poszczególnych kolonizowanych krajów. Tak więc ryzyko biznesowe jest pod tym względem znacznie większe. Trudno jest też oczekiwać, by polskie firmy wolały wysyłać i kwaterować pracowników tysiące kilometrów od domu, skoro mogą delegować ich znacznie bliżej i często bez potrzeby kwaterowania. Koszty wykonywania zleceń np. w Niemczech są w tym względzie znacznie niższe niż w Afryce czy Azji.

I tu dochodzimy do sedna sprawy. Polskie firmy zapewne chętniej wybrałyby się na egzotyczne rynki gdyby to one miały być wykonawcami i zatrudniać tańsze lokalne firmy podwykonawcze. Transfer pracowników jest bowiem opłacalny tylko w jedną stronę. Gdy słabiej opłacani pracownicy są delegowani na rynek lepiej płatny. To dlatego Polacy delegują pracowników do Niemiec, a Niemcy nie przyjeżdżają do Polski ze swoimi ludźmi tylko zatrudniają lokalnych – tańszych – podwykonawców. Z perspektywy polskiego sektora budowlanego jadąc na wschód lub do Afryki należy robić dokładnie to co robią Niemcy u nas. Wygrywać przetargi przy pomocy kompetencji i szukać zysku na zatrudnianiu lokalnych firm i taniej siły roboczej. Rozumiejąc to, chińska propozycja podwykonawstwa dla polskich firm (o ile to była ich propozycja, a nie – o zgrozo – nasz pomysł) musi budzić podejrzenia. Chińczycy na rynku budowlanym słyną z niskich i dumpingowych cen, które mogą dawać z uwagi na tanich pracowników, którzy nie pracują według norm BHP i w ośmiogodzinnym czasie pracy. Afryka nie słynie ponadto z wysokich cen w przetargach. Tymczasem chiński wykonawca musiałby podnająć polską firmę, która płaci swoim pracownikom znacznie więcej. I nie pracują oni 16 godzin dziennie tylko 8 z przerwami.  Trudno nie oprzeć się wrażeniu, że ta kuriozalna konstrukcja mogła opierać się o założenie: „teraz się na to zgodzimy bo chcemy budować CPK, a później jakoś się tych polskich podwykonawców z budowy wywali”. Co byłoby całkiem proste. Każdy, kto miał do czynienia z omawianą branżą wie, że nie ma budowy, na której nie pojawiłyby się jakieś spory w zakresie jakości lub czasu wykonania. Sektor budowlany jest jednym z tych, w których zaufanie między firmami jest niezwykle ważne. I nie chodzi tu tylko o zaufanie wykonawcy do podwykonawcy (że ten dobrze wykona zlecenie) ale również podwykonawcy do wykonawcy (że ten drugi będzie potrafił polubownie załatwić sprawę ewentualnych mało istotnych nieprawidłowości).  Innymi słowy. Wykonawca na budowie ma znacznie silniejszą pozycję i łatwo może ją wykorzystać doszukując się wad prawdziwych lub nawet rzekomych. Kończąc na tej podstawie współpracę i nie wypłacając wynagrodzenia. Dlatego podwykonawcy w polskiej i europejskiej legislacji podlegają pewnego rodzaju ochronie prawnej. Jak by to wyglądało w warunkach afrykańskich, gdzie Chińczycy mają silne wpływy?

Warto również poruszyć kwestię bezpieczeństwa samego portu lotniczego CPK, który miałby zostać zbudowany przez Chińczyków. Bowiem Ci zdając sobie sprawę z tego, że to inwestycja strategiczna mogąca posłużyć również w celach militarnych, mogliby się nie powstrzymać przed zainstalowaniem w budynku polskiego hubu lotniczego odpowiedniej elektroniki. Tak jak to zrobili przy okazji budowania siedziby dla Unii Afrykańskiej…

Co Chińczycy mogą zaoferować Polsce?

Nie wchodząc zbytnio w szczegóły odpowiedzią na powyższe pytanie nie są:

  1. Bezpieczeństwo – co pokazał przykład Białorusi, a co jest logiczne ponieważ Chińczycy nie mają nawet jak wysłać do Polski swojej pomocy wojskowej bez zgody US Navy, nawet gdyby chcieli pomóc (a pamiętajmy, że Chiny z Rosją robią interesy większe niż z Polską).
  2. Handel – ponieważ Polski rynek nie ma nawet czym podbić chińskiego i nawet przy pełnym otwarciu tego drugiego, Polacy wybieraliby bliższy rynek unijny, bo nie byliby w stanie konkurować ceną i być może nawet technologią na rynku chińskim (a na europejskim możemy konkurować cenowo), natomiast temat negocjacji handlowych staje się nieaktualny w kontekście ramowej umowy UE – Chiny,
  3. Azjatyckie i Afrykańskie rynki – korzyść wątpliwa, gdyby się nam to opłacało, już byśmy na tych rynkach zarabiali. To Polska jest podłączona do najlepszego rynku na świecie i to Polska może go udostępniać Chińczykom poprzez swoje terytorium.
  4. Inwestycje – bowiem nie potrzebujemy wcale chińskich pożyczek, możemy otrzymać na tych samych albo lepszych warunkach pieniądze z zachodnich instytucji, a nawet dofinansowanie z UE,
  5. Technologie – Chińczycy nie są skłonni dzielić się własnymi technologiami, chcą natomiast sprzedawać towary na niej oparte, Warszawa nie ma szans ugrać z Pekinem umów na dostęp do know-how bowiem dla Chin to są zasoby strategiczne, a my jesteśmy postrzegani jako sojusznik przeciwnika, a więc przekazana wiedza mogłaby trafić do Waszyngtonu,
  6. Sprzęt militarny – Chińczycy nie chcą też sprzedawać swoich najnowszych i najlepszych systemów uzbrojenia z ww. powodu (tajemnica i bezpieczeństwo kraju), a i tak jest wysoce wątpliwe by te systemy były podobnej jakości jak zachodnie,
  7. Wsparcie polityczne – tak w UE jak i w rywalizacji z Rosją, wręcz przeciwnie, partnerstwo z Chinami postrzegane byłoby w UE jako wroga, rozbijająca jedność Unii inicjatywa, natomiast Chińczycy mają większe interesy z Rosją niż z Polską, a bez terytorium rosyjskiego nie mieliby nawet kontaktu lądowego z Warszawą – więc nie przedkładaliby interesów z małą Polską nad interesy z sąsiednim atomowym mocarstwem. Chińczycy nie pomogliby też w uzyskiwaniu asertywnej postawy wobec Niemiec, bowiem z Niemcami Chiny mają ogromną wymianę handlową i są zainteresowane współpracą zwłaszcza na gruncie technologicznym.

Tak oto drogą eliminacji wykluczyliśmy wszystkie istotne dla nas płaszczyzny, w których chcielibyśmy uzyskać wsparcie. Czy naprawdę nie ma takiej rzeczy, jaką Chińczycy mogliby zaoferować w zamian za swoje wpływy w Polsce? (Zakładając, że chcemy dać wpływy w naszym kraju kolejnemu graczowi, który będzie je rozgrywał niekoniecznie zgodnie z naszym interesem). Ja dostrzegam pewne potencjalne korzyści. Jednak nie chodzi o pomaganie polskiemu rynkowi na siłę, tylko o realne – gwarantowane przez chińskie państwo – zamówienia. Pytanie jest tylko na co? Dobrym pomysłem byłoby chińskie rządowe zamówienie na polskie elektryczne autobusy marki Solaris. Chińczycy przechodzą na zieloną energię w komunikacji, a chińskie wielomilionowe metropolie z pewnością byłyby świetnym klientem dla producenta elektrycznych autobusów. Problemem jest to, że Solaris został  w 2018 roku sprzedany Hiszpanom… Trudno jest znaleźć inny polski produkt, który mógłby samodzielnie zarobić na dużym, rządowym kontrakcie. Niemniej jeszcze w 2017 roku Solaris należał do Polaków. W zamian za udział Skarbu Państwa w firmie, rząd mógłby zagwarantować olbrzymi kontrakt z Chińczykami na dostawę Solarisów. To rzeczywiście mogłoby podnieść polską motoryzację na wyższy poziom (duży kontrakt = duże zyski = inwestycja w linię produkcyjną, nowe technologie i poszerzenie oferty). Być może to Solaris budowałby teraz polskie auta elektryczne w ramach zapowiedzi premiera Morawieckiego? Do czego warto nawiązać. Bo o ile temat Solarisów przepadł, o tyle mamy jeszcze w zanadrzu polskie auto elektryczne, które niewątpliwie okaże się technologicznym sukcesem 😉 Tylko czy przedstawiciele chińskiej administracji chcieliby jeździć w polskich elektrykach? Bo musimy myśleć tylko i wyłącznie o konkretnych zamówieniach – najlepiej publicznych – a nie o tym, czy Chińczycy dopuszczą nasze auta do konkurencji z własnymi producentami. Bo choć życzę polskim elektrykom samych sukcesów to myślę, że mogłyby mieć problem z ekspansją na chińskim rynku w ramach wolnej konkurencji.

Innymi słowy. Jeśli chcielibyśmy robić z Pekinem interesy, to tylko za realną gotówkę a nie w zamian za barter w postaci jakiś „możliwości”. Bo możliwości to my mamy na własnym i europejskim rynku i to takie, o które Chińczycy zabiegają. Więc cytując polskiego trenera reprezentacyjnego: „Kasa misiu, kasa.”. I na sam koniec stawiam otwarte pytanie. Czy za czysty zysk warto jest wpuszczać cudze wpływy na własne podwórko czy też lepiej odpuścić parę groszy i skupić się na wartościach strategicznych?

Być może w przyszłości Chiny zyskają potencjał do stania się strategicznym partnerem Polski, jednak na tą chwilę tego potencjału nie ma. Mało tego, by zawrzeć dobrze umowy z Pekinem, również Warszawa musiałaby być dla Chin strategicznie ważną stolicą. Tymczasem – o czym pisałem wielokrotnie – dla Chin jest ważne polskie terytorium a nie Polska i jej interesy. Bo interesy Pekin robi z Berlinem, Paryżem a nawet z Moskwą. I w najbliższej przyszłości nie widać szansy, byśmy stali się ważniejszym partnerem niż te stolice. Co za tym idzie, Chińczycy będą przedkładać interesy niemieckie i rosyjskie nad te z Polakami. Niestety.

Krzysztof Wojczal

geopolityka, polityka, gospodarka, prawo , podatki – blog

85 komentarzy

  1. Czyli zdaniem autora jak nas ” dymają ” Ci z zachodu to jest dobrze ale jakby mieli nas dymać ci ze Wschodu to już nie.
    Ci z zachodu robią to już od wieków więc ewolucyjnie kręgosłupy w tamta stronę u Polaków rosną

    1. Zdaniem autora lepiej jest, gdy Polska musi świadczyć usługi na rzecz jak najmniejszej ilości podmiotów zewnętrznych. Są takie, od których uwolnić się nie może. Maksymalnym polem manewru jest poudawanie niedostępnej i targowania się. Jednak szukanie dodatkowych klientów, którzy będą korzystać za darmo to już głupota.
      Im mniej trzeba dawać tym lepiej.
      pozdrawiam
      KW

  2. Obserwuję dyskusję nt roli kolei w spinaniu Heartlandu i odwrócenia przewagi państw morskich na rzecz lądowych. Czyli końca ery kolumbijskiej – która tak wysforowała Europę, UK i USA. Pan profesor Kamiński z UŁ raczył litościwie zauważyć, wtórując Panu Jakóbowskiemu z jego krytyką znaczenia kolei, jak już 20 lat temu się śmiali ze studentami z tych idei. A Pan Jakóbowski za dowód nietrafności Mackindera miał słabość budowy kolei w ZSRR – państwa, które handel traktowało zdecydowanie po macoszemu i w którym środki szły priorytetowo na zbrojenia. Zaś 20 lat temu Chiny dopiero były na drodze kraju rozwijającego się. I nie miały technologii szybkich kolei, które dopiero raczkowały, ani wystarczającego kapitału. Dzisiaj Chiny to potęga w projektach infrastrukturalnych – technologiczna i finansowa. Właśnie do eksploatacji wchodzą pierwsze pociągi towarowe – o prędkości 350 km/h. Polecam: https://chiny24.com/news/chiny-tydzien-za-wielkim-murem-01-21-czyli-subiektywny-przeglad-wydarzen-andrzeja-lianga-z-szanghaju czy https://chiny24.com/logistyka/pociag-towarowy-jezdzacy-z-predkoscia-350-kilometrow-na-godzine-tak-wlasnie Pociągi o tej prędkości wg wyliczeń będą obsługiwały trasy długości od 600 do 1500 km. Na krótszych trasach bardziej ekonomiczne są samochody, na dłuższych – samoloty. AI, Big Data i automatyzacja obsługi. Oczywista sprawa, że zwiększenie prędkości pociągów towarowych przesunie górną granicę “okna” optimum opłacalności takiego transportu. Właśnie tydzień temu pokazano prototypowy pociąg klasy MagLev, który osiąga 620 km/h. Jest to jednocześnie przedprototyp dla próżniowego transportu hyperloop o prędkości 1000 km/h. Polecam: https://chiny24.com/news/chiny-tydzien-za-wielkim-murem-02-21-czyli-subiektywny-przeglad-wydarzen-andrzeja-lianga-z-szanghaju#Maglev_620_kmgodz Jednak zaznaczam – wg mnie wielki program “osieciowania” transportu lądowego bardzo szybką koleją czy hyperloop – nastąpi dopiero po okresie chaosu Wielkiego Chaosu i po rozstrzygnięciu Wielkiej Konfrontacji o hegemonię globalną. Przedtem w niestabilnym środowisku Chinom taki projekt się nie opłaca. Powtórzę – wg mnie obecne nitki lądowe Jedwabnego szlaku mają za zadanie po pierwsze obracanie graczy na Chiny [obiecywana marchewką 1,5 biliona dolarów inwestycji] – a po drugie – zapewnienie bazowej infrastruktury komunikacyjnej – której Chiny będą w stanie dopilnować – a która ma za zadanie umożliwić przerzuty strategiczne chińskiej armii – czy wsparcia dla sojuszników – w okresie proxy wars – i w pierwszym okresie podboju Syberii – jeżeli Kreml nie będzie chciał jej “oddać po dobremu” – a pewnie nie będzie chciał… Proszę zauważyć – gdy Chiny za 30-40 lat – już w stabilnym świecie pax sinica – ruszą z wielkimi projektami bardzo szybkich kolei i hyperloop – raz, że technika będzie dużo bardziej zaawansowana – ale i transport morski stanie się mniej opłacalny. Powodem zmiany klimatyczne – już teraz mówi się o przejściu na nową skalę 6-stopniowa tornado i huraganów. A za 30-40 lat? Dobra pogoda na morzu stanie się rzadkim ptakiem – a czekanie na redzie, czy wyprowadzanie z portu [ba – nawet załadunek] czy w miarę sensowny logistycznie ETA [Expected Time of Arrival] – będzie na każdym etapie bardziej mozolne, droższe, opatrzone większa ilością strat czasu, wyższych nakładów na amortyzację, generalnie wyższych kosztów obsługi i dużo większego odsetka katastrof – co towarzystwa ubezpieczeniowe skrupulatnie wyliczą – podwyższając ogólnie niekorzystną tendencję dla handlu morskiego. Tym bardziej, że miasta portowe najbardziej ucierpią na zmianach pogody. Nie chodzi o podnoszenie poziomu oceanów – ale o coraz bardziej niekorzystne warunki życia i pracy – w coraz bardziej agresywnym środowisku – a także idzie o coraz wyższe koszty utrzymania infrastruktury portowej. Dlatego moim zdaniem za 30-40 lat wygra hyperloop – czyli transport 1000+km/h – w chronionych “rurach” próżniowych. Oczywiście transport morski nie zaniknie – nadal będzie sporo woził – ale już nie będzie “królem”. A powoływanie się na ZSRR w okresie 1945-91 czy na stan sprzed 20 lat – ma charakter PRZESTARZAŁYCH HISTORYCZNYCH rozważań na przyszłość – kompletnie nietrafnej ekstrapolacji opartej na prymitywnym podejściu “jak było w przeszłości – tak będzie w przyszłości” – czyli podejściu zupełnie odwrotnym wobec postępu techniki i wynikających z niego geostrategicznych trendów długofalowych.

  3. Głos z zagranicy – Davos – tematami wiodące świat w przyszłość Chiny, Wielki Reset, Agenda 2030, USA odstawiane w Davos na “boczny tor” – https://www.pch24.pl/komunizm-ma-sie-lepiej-niz-kiedykolwiek–legenda-hiszpanskiego-dziennikarstwa-mocno-o-davos,81743,i.html
    Cytuję artykuł: „Nauczanie z Davos mówi, że komunizm ma się lepiej niż kiedykolwiek i że coraz więcej idiotów chce nam go narzucić” – pisze o pomysłach Światowego Forum Ekonomicznego legenda hiszpańskiego dziennikarstwa, Federico Jiménez Losantos.
    20 stycznia zakończyły się obrady Światowego Forum Ekonomicznego. W tym roku honorowym gościem gremium był prezydent Chin, Xi Jinping. Gospodarzem wirtualnego spotkania Forum był prezes organizacji, Klaus Schwab, ten sam, który cieszył się, że pandemia doprowadzi do spadku liczby urodzeń. “Nie da się obecnie utrzymać globalnej populacji i liczba urodzeń musi spaść, można to uznać za bardzo pozytywny efekt pandemii Covid-19″ – pisał na Twitterze.
    Schwab na tegorocznym Forum nie ustawał w pochwałach dla prezydenta Chin. Zapewniał, że nadszedł czas rozpoczęcia „nowej globalnej ery” i składał Xi Jinpingowi serdeczne wyrazy przyjaźni.
    Jak pisze na łamach portalu DoRzeczy.pl red. Małgorzata Wołczyk, obrady Forum ciekawie podsumował hiszpański dziennikarz i autor książek, Federico Jiménez Losantos.
    „W złowieszczej szopie w Davos, w krótkich frazach i video zreferowano nam przyszłość, którą przygotował dla nas Wielki Reset. Jest to mieszanka przestępczości i głupoty, która naprawdę byłaby śmieszna, gdyby nie stały za tym potężne siły, które starają się promować Agendę 2030, i za którą w Hiszpanii odpowiedzialny jest oczywiście wicepremier Pablo Iglesias” – napisał.
    Według Losantosa nowy wspaniały świat ma być oparty na kilku „prostych” rozwiązaniach: „Nie będziesz niczego posiadać i będziesz szczęśliwy”; „Możesz wypożyczyć wszystko, czego potrzebujesz, a dron przywiezie to do domu”; „Stany Zjednoczone nie będą pierwszą światową potęgą. Garść innych krajów je zastąpi”; „Nie będziesz musiał czekać na dawcę organów. Przeszczepy narządów nie będą robione bo organy będą stwarzane”; „Będziesz jadł mniej mięsa. Nie będzie to podstawowy pokarm. Dla dobra środowiska i twojego zdrowia”; „Miliard ludzi będzie musiało zostać przesiedlonych przez zmiany klimatyczne. Będziemy musieli lepiej przyłożyć się do ich przyjmowania i integrowania”; „Ludzkość mogłaby podróżować na Marsa”; „Zachodnie wartości zostaną poddane próbie”.
    „Nauczanie z Davos mówi, że komunizm ma się lepiej niż kiedykolwiek i że coraz więcej idiotów chce nam go narzucić” – podsumował Hiszpan.
    Jak stwierdza Wołczyk, gdyby podobnie streścił z Davos jakiś polski prawicowy publicysta, spotkałby się z szyderstwem mediów centrowych i lewicowych. Trudno jednak tak samo potraktować wieloletniego felietonistę El Mundo i Libertad Digital, legendę hiszpańskiego dziennikarstwa, który z polską prawicą nie ma nic wspólnego…” – koniec.
    Pytanie czy elity szeroko pojmowanego Zachodu dogadały się z Chinami? Czyli uznały pozycję Chin jako “numeru 1” na świecie – za nieuniknioną? – i postanowiły dołączyć do zwycięzcy – póki mogą jeszcze negocjować nowy układ i swoją pozycję? Czyli “globalizm i ponadnarodowy obrót pieniądza, towarów i usług = maksymalizacja zysku ponad wszystko”. Taki globalny bunt elit przeciw USA, które niszczą strukturalnie ich interesy – dokładnie wobec ostrzeżenia z Memorandum Crowe’a.
    W takim układzie deklaracje nowej ekipy Białego Domu odnośnie niezmiennej konfrontacyjnej polityki USA wobec Chin, należałoby traktować jako negocjacyjne przeciąganie liny ze strony elit amerykańskich [Wall Street, digitalne imperia amerykańskie oraz amerykańskie ponadnarodowe korporacje] dla utrzymania już nie hegemonii, a uprzywilejowanej “pozycji nr 2” amerykańskich elit na świecie.W takim układzie wygrała chciwość [ideologicznie oparta o Szkołę Frankfurcką jako nową odsłonę marksizmu] – a długofalowo Chiny wprowadzą [zapewne zmodyfikowaną – ale jednak] koncepcję Wallersteina.
    Zobaczymy, czy elity się dogadają między sobą i z Chinami, bo każda ciągnie przecież w swoją stronę…dolar w jedną, euro w drugą, korporacje niemieckie chcą usadzić się w Chinach i na świecie przed amerykańskimi, no i Chiny pewnie będą stawiały twarde warunki…de facto kapitulacji Zachodu…
    Może tak być, że przez kilka lat ww projekt będzie realizowany we względnym porozumieniu – ale potem rozjazd pierwotnych ustaleń i zbytnie “przedrukowanie” na swoją korzyść pozycji przez Chiny i innych graczy – doprowadzi do takich strukturalnych sprzeczności, że ów Nowy Wspaniały Komunistyczny Świat się rozpadnie…No i wdrożenie na Zachodzie zasady “„Nie będziesz niczego posiadać i będziesz szczęśliwy” – czyli globalna grabież ludzi pod cnotliwymi hasłami – może napotkać bardzo zasadniczy zorganizowany opór oddolny – nie tylko w USA. A przypomnę – w USA na 1 mieszkańca przypada ponad 1 sztuka broni – i to w ich “prywatnych” rękach. W Europie też nadal sporo broni w rękach prywatnych – mimo usilnych działań Brukseli dla rozbrojenia społeczeństw. Polecam pod tym kątem przejrzenie listy https://en.wikipedia.org/wiki/Estimated_number_of_civilian_guns_per_capita_by_country Tak czy inaczej – zobaczymy, jak ów projekt Nowego Wspaniałego Komunistycznego Świata się rozwinie… Cóż – Huxley się cieszy – a Orwell przewraca w grobie…

    1. Żebym nie był gołosłowny co do “pro-i-kontra” w kwestii zbrojnego oporu społeczeństwa USA przed przymusowym “postępowym uszczęśliwianiem” typu „Nie będziesz niczego posiadać i będziesz szczęśliwy” – proszę przeczytać https://www.infosecurity24.pl/united-states-of-guns-rekordy-na-rynku-broni-palnej-w-usa Z jednej strony BLM nakręcił kwestię obrony własności przed zniszczeniem i zwykłym rabunkiem, z drugiej Demokraci kombinują usilnie, jak rozbroić społeczeństwo dla realizacji swych “szczytnych” planów – więc zakupy broni pobiły rekord – ogołacając magazyny [no i pandemiczne zakazy duszą łańcuchy dostaw – pogłębiając przewagę popytu nad podażą]. Moim zdaniem – przy dalszym forsowaniu tych wszystkich rewolucyjnych planów kosztem społeczeństwa i wbrew społeczeństwu – w USA dojdzie do zamieszek na naprawdę wielką skalę – w zasadzie do wojny domowej. Demokratom albo się uda odbudować gospodarkę – albo nastąpi zapaść i postępująca pauperyzacja – jako ważki czynnik/zapalnik wybuchu takich walk. Co tym bardziej każe koncentrować się na budowie strategicznej suwerenności Polski [wliczając A2/AD Tarczę i Miecz Polski plus głowice – już jako warunek sine qua non], koncentrować się na sojuszu regionalnym szeroko rozumianej Wschodniej Flanki [z Ukrainą i Turcją], na współpracy z Koreą Płd i Japonią i innymi chętnymi, oraz na balansie Pekinu i Waszyngtonu. Bo geostrategiczne akcje Waszyngtonu tanieją…

  4. Dzisiaj pojawiła się propozycja sojuszu Ukrainy, Gruzji i Mołdawii wspólnie z USA. Ciekawe, że w tym sojuszu nie zaproponowali wspólpracy Armenii. Tym bardziej, że nie ma w nim Turcji. Taki start amerykańskiej nowej dyplomacji.
    USA zastanawia się również nad seryjną budową lekkich lotniskowców z F-35B. Widać, że zaczynają myśleć o większym konflikcie z Chinami i analizują, co obecnie CHINY mogłyby zrobić ich marynarce i bazom na wyspach.
    Z kolei rozkręca się konflikt o Tigraj, odkąd Rosja ustanowiła nową baze morską w Sudanie. Ponieważ wojsk USA tam nie ma, to wygląda bardziej na konflikt zastępczy z Francją. Etiopia zaatakowała bazy armii sudańskiej w rejonie przygranicznym Al-Fashaqa, w Sudanie. Wcześniej Etiopia aresztowała 15 osób za zamach na ambasadę ZEA.
    U nas szeroko komentowane są test prototypu GROTA z 2017 roku w ONECIE i wyniki manewrów ZIMA-2020 – przeprowadzonych wbrew temu co pisał J. Bartosiak o wojnie manewrowej z Rosją. Jak widać miał rację. Ciekawe jak to się będzie miało do zakupów przez nas nowego sprzętu – chyba nic się nie zmieni?

  5. Temat upadku USA jest oczywiście silnie propagowany i eksponowany w sieci przez Chiny – zwłaszcza rozkład państwa – BLM, Kapitol, wewnętrzne rozdarcie i elit i społeczeństwa. Polecam do lektury: https://www.cyberdefence24.pl/upadek-usa-motywem-przewodnim-chinskiej-propagandy Oczywiście – jest to robione propagandowo – dla potrzeb bieżącej agentury wpływu – pod znakiem “już, już zaraz USA zacznie upadać” – co jest niemożliwe przy bezwładności systemu globalnego, dolarze jako głównej walucie wymiany [a i Chiny byłyby moim zdaniem największym przegranym prócz USA – przy zawaleniu się TERAZ i w średnim planie dotychczasowego amerykańskiego systemu bezpieczeństwa i systemu dolara] . Zresztą USA jeszcze wszystkich kart nie wyciągnęły na stół – jakiś “efekt sputnika” zostanie zapewne wygenerowany – choć osobiście uważam, że USA spóźniły się dwie dekady. Generalnie – jeżeli USA nie zmienią zasadniczo gospodarki z dotychczasowego pompowania bańki finansowej [akcji, obligacji, giełdy, dolara fiducjarnego – czyli od 1971 bez pokrycia w wartości realnej] i dotychczasowej gospodarki cyfrowo-wirtualnej na ekonomię realną i na technologiczne przełomy jako lider globalny – to przy szybszym tempie wzrostu Chin, w tym zwłaszcza wzrostu technologicznego – upadek USA jest nieunikniony. Raczej nie w tej dekadzie – ale przy przesileniu w umownym 2035 [czyli zaplanowanym przez Xi przegonieniu militarno-technologicznym USA przez Chiny]. Chiny nie chcą wojny – raczej metodą kontrolowanego powolnego gotowania żaby – chcą stopniowo przejąć i zmodyfikować do realiów XXI w. wszelkie systemowe instrumenty i “lewary kontroli globalnej”, jakie USA stworzyły w 1944 po Bretton Woods. W tym sensie nawet ewentualny blok Pekin-Kreml nie będzie blokiem dla wojny – tylko dla uzyskania czasu na przebudowę Chin i na dostateczny wzrost i modernizację – oraz na powstrzymywanie USA i proamerykańskiego bloku przed wojną. Dla Kremla to katastrofa – bo oznacza powolne zwiędnięcie jego jedynego atutu – czyli siły militarnej – która w połowie lat 30 tych nie będzie w stanie [ze względu na braki w ekonomii i technologii] dokonać zasadniczego skoku RMA i wdrożenia wielkoskalowo systemów sieciocentrycznych. Ewentualne ruchy wojenne Kremla nie zyskają wcale wsparcia Pekinu – geostrategicznie Pekin będzie więc w takim układzie trzymał Kreml na smyczy [dusił drabinę eskalacyjną] – nie pozwalając przekroczyć poziomu proxy wars dla lokalnego kopania Zachodu po kostkach – celem darmowego angażowania go przez Kreml. Czyli – jak dotychczas – Kreml jako “pożyteczny idiota” Pekinu – w dodatku darmowy. Oczywiście w takim modelu nieunikniony jest zwrot Pekinu wobec Kremla – w pewnym momencie [gdy Kreml będzie już “zużyty do końca” i stanie się niepotrzebny] narracja “przyjaźni” stanie się coraz bardziej chłodna, aż przejdzie w stronę roszczeń co do 1,6 mln km2 “ziem rdzennie chińskich pod tymczasową administracja rosyjską”, coraz większych roszczeń wobec Arktyki – dla przejęcia/podboju i Syberii i Arktyki. Generalnie geostrategia Chin to podtrzymywanie złudzeń Berlina o supermocarstwie IV Rzeszy i łudzenie korzyściami współpracy ekonomicznej z Chinami [chociaż UE z perspektywy Pekinu to długofalowo i docelowo śmiertelny rywal ekonomiczno-handlowy] – oraz związanie polityczne [i symulowane związanie militarne] Kremla [chociaż Rosja jako bezpośredni sąsiad ZBYT silny militarnie i ZBYT rozpychający się w Azji i zasadniczo blokujący ekspansję Chin w Azji – to rywal geostrategiczny w grze o sumie zerowej]. To wiązanie i łudzenie Berlina i Kremla – po to, by postawić obu tych graczy okoniem wobec USA. Gdyby USA-UE-Rosja się zjednoczyły przeciw Chinom [plus łańcuch sojuszników USA w Azji] – tworząc sferę rozwoju technologiczno-ekonomicznego – wtedy Chiny by przegrały swoja wielką grę [i nastąpiło by anulowanie planów Pax Sinica] – i zostały by długofalowo poddane globalnej kontroli systemowej ze strony mocno zmodyfikowanego na rzecz Azji – ale jednak – władztwa MODELU szeroko pojmowanego Zachodu. Nawet model sojuszu IV Rzeszy Paneuropejskiej z Kremlem [najkorzystniejszy scenariusz dla Kremla – właściwie jedyny dający pewną wygraną dla Rosji i naprawdę wielkie bonusy globalne] – też jest dla Pekinu nie do przyjęcia. Dlatego nie będzie bloku Pekin-Krem-Berlin, ponieważ po dość krótkim czasie Berlin [już “wolny od nadzoru USA”] by postawił na rozwój technologiczno-ekonomiczny na bazie surowców Rosji – z własnym dozbrojeniem strategicznym IV Rzeszy Paneuropejskiej – a roboczo [przejściowo] lewarując Pekin siłą militarną Rosji [która pewnie by też zyskała na tym lewarowaniu, do pewnego stopnia także technologicznie] . Jedynym zadowalającym Pekin układem jest osobny bilateralny łudzący “sojusz” z Berlinem – oraz osobny łudzący “sojusz” z Kremlem.

    1. Dla jasności – wg mnie decydującym momentem wejścia na drogę upadku USA – była w 2003 decyzja o zmniejszeniu opodatkowania dochodów od przychodów z działalności finansowej [giełda, akcje, obligacje] bodajże z 35 do 15%. Od tego momentu każdy dolar bardziej się opłacało wrzucić w wirtualną spekulacyjną machinę finansową – niż w świat realnego rozwoju ekonomii opartej na postępie technologicznym. Złamano najbardziej podstawową zasadę PRAWIDŁOWEGO SŁUŻEBNEGO działania świata finansów na rzecz wsparcia i rozwijania realnego świata ekonomicznego – gdzie przychód z działalności ekonomicznej na bazie pobranego kredytu – winien być WIĘKSZY, niż przychód banku z tytułu odsetek kredytowych i prowizji. A dokładniej – przychód realny winien i pokrywać ten “haracz” na rzecz “dawcy pieniędzy” – ale i powinien pokrywać bieżące operacyjne koszta – ale i pozwalać na inwestycje w B+R oraz w inwestycje produkcyjne – i jeszcze powinien w sobie zawierać marżę dystrybucyjno-handlową. Taki i tylko taki model współdziałania ma sens – jednocześnie generując ZBILANSOWANE POKRYCIE REALNE dla owego wygenerowanego w banku w kredycie [czy przy emisji akcji czy innej operacji pozyskiwania pieniędzy] przyrostu pieniądza. Model Keynes’a dokładnie na tym się opierał – owszem, pieniądze na kredyt “naprzód” – ale tylko po to, żeby docelowo uruchomić i obroty gospodarcze – i wygenerować wartości realne dla pokrycia owych wygenerowanych pieniędzy. Decyzja z 2003 była następstwem dopuszczenia Chin do WTO w 2001 – to Chiny i biedniejsza Azja miały umownie “pracować za miskę ryżu” generując dobra [czyli pokrycie dla dolara] – a USA miały do nich emitować pieniądze – gdzie giełda, akcje i obligacje miały być maszynką do owego generowania pieniędzy. W domniemaniu USA [i Zachód – w tym UE, która też nieco “dla równowagi” poluzowała finanse] miały utrzymać ten układ przez narzuconą przewagę instytucjonalną – i militarną. A “wieczna wojna z terroryzmem” prowadzona od 2001 – miała za zadanie stworzenie politpoprawnego bata uzasadniającego [w epoce post-zimnowojennej – po upadku ZSRR] “wieczną” rolę USA i kolektywnego Zachodu – jako “żandarma świata” – ciągle z dyscyplinującą bronią w ręku. No, ale zbytnie koncentracja USA na tych wojnach pozwoliła Chinom wyrosnąć w cieniu tegoż zaangażowania, a bezmyślne przerzucenie już nie tylko produkcji, ale nawet B+R do Azji – wpędziło od 2008 USA i Zachód w kłopoty systemowe, z których do tej pory nie umieją się wygrzebać. Chiny w krytycznym 2009 postawiły właśnie na model Keynes’a – zamiast “prawidłowo” zostać wykupione za bezcen przez Wall Street. “Nagle i niespodziewanie” Chiny zaprezentowany światu Wielki Podziemny Mur i kompleks globalnego śledzenia US Navy i systemu “zabójców lotniskowców” – i złamały bat militarny USA. Systemowo w USA u władzy nadal jest świat wielkiej finansjery – i nie chce stać się ELEMENTEM SŁUŻEBNYM dla odbudowania amerykańskiej realnej ekonomii i technologii – podstawy realnej siły. A wielkie koncerny digitalne [i nie tylko] – za nic nie chcą zrezygnować z rynku Chin – który przecież w sile nabywczej jest od kilku lat większy od rynku USA – i stale rośnie. Lewarem upadku USA i Zachodu jest krótkowzroczna maksymalizowana chciwość, suboptymalizacja systemowa – i brak konsekwentnego strategicznego nadzoru nad całym układem wymyślonym w 2003. Największym wrogiem potęgi USA jako gracza nie są wcale Chiny – tylko własne elity pragnące utrzymać stary system globalny – z Chinami jako wielkim producentem i wielkim rynkiem. Czyli dla tych elit “po nas choćby potop” – priorytetem przedłużanie zysków “ile się da i jak długo się da” – bo przecież w pewnym momencie Chiny odmówią wymienialności dolarowi – jednocześnie stawiając juana w zamian [zapewne z częściowa wymienialnością juana na złoto – REALNE rezerwy w złocie Chin są szacowane na 15 tys ton+ i rosną – to za independenttraderem – https://independenttrader.pl/czy-czeka-nas-wojna-mocarstw.html – oficjalnie rezerwy złota Chin to ca 2 tys ton] – a przede wszystkim – bazując na pokryciu towarowym juana – ale także na “pokryciu” technologicznym i militarnym – co będzie gwarantowało pozycję i Chin i juana. Moim zdaniem stanie się to, gdy RCEP i skaptowanie świata islamu do sfery prochińskiej – przekroczy “masę krytyczną” – oraz gdy Chiny wyzbędą się stopniowo większości rezerw dolarowych w inwestycjach. A co po krachu USA i Zachodu? – moim zdaniem elity Zachodu już zawczasu wdrażają Nowy Wspaniały Świat pod znakiem Agendy 2030 “nie będziesz miał niczego i będziesz szczęśliwy”. Grają już nie na jeden globalny rząd światowy – ale na utrzymanie osobnej sfery Zachodu pod batem nowej, totalitarnej, scentralizowanej władzy. Z dogadaniem się z Chinami [szerzej z Azją] co do podziału sfer wpływów. Czy to im się uda? – wątpię – ani obywatele Zachodu nie chcą być wtłoczeni w ten system niewolniczy [szczególnie w USA] – ani utrzymanie długofalowe status quo tego świata orwellowskiego – nie będzie moim zdaniem możliwe przy konsekwencji Chin. No i instytucje siłowe USA – zwłaszcza Pentagon [ale i kompleks przemysłowy – z rdzeniem kompleksu militarno-przemysłowego z przemysłem i realnym B+R] – mają twarde aktywa w ręku – i wątpię, by chciały zostać zdegradowane i przejęte przez finansjerę – tym bardziej, że widzą bezsens długofalowy takiej życzeniowej strategii “dogadania się z Chinami”. Działania elit finansowych już zmierzają do zdrady stanu [jeżeli już jej nie przekroczyły] – zdrady interesów USA – i jakaś kontrakcja resortów siłowych nastąpi – choćby, by utrzymać swoją realną władzę. Oczywiście w celu “przyduszenia” Pentagonu Biden już zapodał program “walki z ekstremizmem” w siłach USA – jako poręczny politpoprawny bat – ale przecież szefowie i komórki służb wywiadowczych sił zbrojnych i specsłużb nie będą czekali z założonymi rękami – swoje kompromaty i metody mają….i pilnie uzupełniają… Rozdarcie systemowe USA jest głębokie – i to ono hamuje zmiany konieczne dla powstrzymania Chin.

  6. Tegoroczne spotkanie 17+1 na najwyższym szczeblu pokazało, że Chiny starają się reaktywować pomysł, który dogorywał. Początkowe oczekiwania siedemnastki, że Chiny dadzą impuls regionowi już dawno przeminęły. Chiny potraktowały nas jak Afrykę czy biedne rejony Azji. Tymczasem w skład grupy wchodzą kraje tak różne jak Czechy i Bułgaria. O ile Bałkany mogą być zainteresowane czymkolwiek, to Czechy już nie bo lepiej im się wiedzie z Niemcami. Poza tym wpływy Waszyngtonu są nadal silniejsze niż Pekinu. Tak więc kontakt został podtrzymany, żeby dać sobie czas. Póki co nie ma złudzeń. Ani nasz region nie dysponuje atutami wabiącymi Chiny (bo Niemcy przejęli przemysł i żadne rewolucyjne innowacje, które można by ukraść lub kupić poza ich kontrolą tutaj nie zaistnieją), ani Chiny nie mają marchewki – wypracowanej, atrakcyjnej strategii dla regionu.

    1. To o tyle dziwne, że skoro Chiny już zrozumiały, że w sprawie tego regionu głównym rozgrywającym są Niemcy, a nie Polska, czy nawet V4 i to z Niemcami zawarły umowę RCEP – mając przy okazji czas na wysondowanie Niemiec, co zrobią w razie agresji Chin na Rosję – to do czego potrzebna im jeszcze Europa Środkowo – Wschodnia, która nie ma własnej gospodarki, siły militarnej, surowców, technologii, a w zasadzie jest nawet konkurentem Chin jeśli chodzi o wytwarzanie pólproduktów i ulokowanie kolenych fabryk półproduktów przenoszonych poza Chiny?
      Przecież nie muszą rozmawiać nawet z Francją, bo wystarczy, że ustalą w sprawie tego regionu coś z Niemcami i UE zrobi to, czego zechcą Chiny za pośrednictwem Niemiec.
      Może to próba stworzenia jakiegoś lewara na Niemcy? Albo też pretekst do kontaktu z politykami z tego regionu przed bliskim już wielkim konfliktem na Pacyfiku?

  7. Mogę tylko powtórzyć – ekonomicznie/handlowo i technologicznie pomost bałtycko-karpacki czy bałtycko-czarnomorski czy nawet umowne Trójmorze – nie jest zbytnio interesujący dla Chin. Natomiast geostrategicznie – zwłaszcza Polska jako nr 1 – jako pivotalny rdzeń geostrategiczny – jesteśmy BEZALTERNATYWNYM BEZPIECZNIKIEM dla Pekinu – by nie powstało śmiertelne zagrożenie konkurencyjnego supermocarstwa Lizbona-Władywostok. Z tego punktu widzenia i Jedwabny Szlak i 17+1 to maskirowki handlowe – przykrywające właściwy rdzeń interesu geostrategicznego Chin. Jeżeli udowodnimy swoją samosterowność i przekażemy pod stołem komunikat Pekinowi, że wiemy, jaka jest ukryta gra i jaką zasadniczą rolę i wagę ma Polska dla Chin – wtedy Pekin zacznie nas traktować zupełnie inaczej. I da nam wszystko, co potrzebne, byśmy się utrzymali wobec militarnej presji Rosji i ekonomiczno-politycznej presji Berlina. Nie z “przyjaźni” – ale w imię swego prymarnego egoistycznego interesu i nadrzędnej racji stanu. I to jest twardy realny lewar na Chiny – strategiczny i długofalowy – oparty na wspólnym realnym interesie i racji stanu. Bo z Niemcami Pekin gra na łudzenie i odciąganie od USA – ale i od Kremla. Ale najpierw musimy udowodnić, że jesteśmy prawdziwym graczem: samosterownym, twardym i konsekwentnym, świadomym wielkiej gry – i jej reguł. Na razie zachowujemy się jak dziecko we mgle, płaczliwie szukające mamy i taty – i chcemy się wszystkim przypodobać – i ulegamy każdemu, kto w danej chwili silniej naciśnie. Czyli maksymalna antypolityka lukrowana pustymi hasłami o “przyjaźni” i “wartościach”. Pierwszym krokiem Polski dla udowodnienia samosterowności – udowodnienia Polski jako gracza – winno być budowanie zbrojnej suwerenności strategicznej – pełnej samodzielnej obrony Polski przez WP. Konkretnie aktywnej obrony dopasowanej do strefy zgniotu – wobec rosnącej projekcji siły i bąbla A2/AD Kaliningradu [a sytuacja się pogorszy znacznie po wprowadzeniu ca 2023 sieciocentrycznych systemów S-500 o zasięgu 600+ km – wtedy całe niebo Polski będzie pod panowaniem rosyjskim real-time 24/7/365 bez żadnych cieni radarowych] – a po anschlussie Białorusi dojdzie jeszcze kolejny zgniatający nas rosyjski bąbel A2/AD [całkowicie “przy okazji” odcinający Bałtów]. W tej sytuacji i w takim układzie – jedynym skutecznym remedium jest budowa własnej strategicznej całokrajowej A2/AD Tarczy i Miecza Polski – NOWOCZEŚNIEJSZEJ i SILNIEJSZEJ – która zgniecie rosyjskie A2/AD – już w czasie pokoju wygrywając WRE i oślepiając rosyjskie A2/AD. Plus własne głowice asymetrycznego odstraszania strategicznego – tu akurat widzę rolę Chin jako pewnego dawcy via Pakistan. Może wreszcie [przy “zgrzytaniu ideologicznym”] trochę Warszawa otrzeźwieje i nie będzie robiła usłużnych ustępstw za nic wobec Waszyngtonu [i innych], żeby “nas lubili”. Czas, by nasi sternicy zrozumieli, że na USA [i na NATO] nie ma co liczyć – trzeba liczyć najpierw na siebie, a jako silny gracz regionalny – na zbudowanie twardego sojuszu regionalnego z szeroko rozumianą Wschodnią Flanką, na współpracę technologiczną z Koreą Płd, Japonią i z kim się da – oraz z Chinami pod stołem. Bo potwierdza się po podpisaniu paktu klimatycznego i New Start – obu bez negocjacji – że nowa administracja Bidena w wielkiej grze strategicznej przypomina słonia w sklepie z porcelaną. Kreml zmiękł przecież pod koniec 2020 co do kwestii włączenia ładunków i nosicieli taktycznej broni jądrowej do kontroli i uzgodnień w New Start – a Biden jednym ruchem wszystko to zaprzepaścił – a najbardziej poszkodowanym jest Wschodnia Flanka – pod presją zdecydowanej przewagi rosyjskiej projekcji siły taktycznej broni jądrowej – w tym tej najgroźniejszej w grze politycznej – “deeskalacyjnej” broni jądrowej.

  8. Nie wydaje mi się żeby Chiny strategicznie potrzebowały Polski do czegokolwiek. Chiny dobrze wiedzą, że nie mamy mocy sprawczej nie tylko w regionie ale nawet u siebie. Nie widzę też powodów aby mieli obawiać się Imperium od Lizbony do Władywostoku. Takie Imperium byłoby pełne wewnętrznych napięć, balansując stale na granicy rozpadu. Chyba, że narodzą się dwie dyktatury, wschodnia i zachodnia, kontrolujące swoje społeczeństwa i układające się ze sobą (do czasu). W innym scenariuszu nie ma takiej siły czy idei, która zapewniłaby spójność i sterowalność tworu. Chiny dobrze wiedzą, że dawkując odpowiednio dostęp/brak dostępu do swojego rynku dla wybranych fragmentów takiego bytu, osiągną wzmocnienie egoizmów i konfliktów o kasę. Pomysł Imperium to dla mnie stary pomysł dealu Niemcy-Rosja okręcony w modniejszy i mniej kontrowersyjny papierek. Czyli coś niezwykle groźnego dla nas ale nie dla Chin. Jego koniec po początkowych sukcesach też łatwo sobie wyobrazić. Podobnie jak strefy euro czy całej UE, którą wykończą taktyczne sukcesy i krótkowzroczność Berlina.
    Obecnie wszyscy, czyli Niemcy-Francja, Rosja i Chiny grają na wyparcie USA.
    Niemcy-Francja bo łudzą się wspomnieniami dawnej potęgi, czują się skrępowani amerykańskim gorsetem przy poczuciu własnej wyższości cywilizacyjnej, oszołomieni widmem kasy do zarobienia na wschodzie (tym bliższym i dalszym).
    Rosja bo osłabienie zachodu, głównie NATO jest żywotnym interesem środowiska władzy. Dlatego, że to nie Chiny mogą oczarować tłumy, które byłyby w stanie wymusić zmianę elit władzy ale idea wolności i lepszego życia, która kojarzona jest z zachodem. Jakiekolwiek zbliżenie Rosjan z cywilizacją zachodnią jest groźne dla rządzących i oligarchów (patrz Białoruś i Ukraina). Rosjanie mentalnie są bliżsi Europejczykom niż Chińczykom a gro populacji mieszka w europejskiej części Rosji. W interesie ludzi władzy jest izolowanie Rosjan od zachodniego soft power i budowanie poczucia zagrożenia wobec USA i NATO (bo tylko USA są w stanie działać skutecznie) wszelkimi metodami.
    Chiny – wiadomo.
    Naszym interesem jest mocne NATO i silna Ameryka neutralizujące ambicję Niemiec i siłę wojskową Rosji. Silne NATO i USA to coś sprzecznego z interesem strategicznym Chin.
    Wracając zaś do tematu głównego, powinniśmy angażować się we wszystko co da zarobić przy dobrym rozeznaniu własnego potencjału i możliwości ale bez jednostronnego ułatwiania lokowania się Chińczyków w regionie. Ostatni szczyt 17+1 pokazał, że w zasadzie tak właśnie się dzieje. Poza słowami i podtrzymaniem formatu obecnością polityków z pierwszego rzędu, nic w zasadzie się nie wydarzyło.

    1. @Jacek – cały czas non-stop piszę przecież, że DOPIERO po udowodnieniu samosterowności i sprawczości – jako zdeterminowany gospodarz kluczowego przesmyku bałtycko-karpackiego – dopiero wtedy staniemy się graczem dla Pekinu. I dopiero wtedy – po rozmowie w cztery oczy – gdy udowodnimy także, że znamy reguły gry, układ geostrategiczny i wagę Polski – dopiero wtedy Pekin zacznie traktować nas skrajnie inaczej. Na razie na własne życzenie nie istniejemy jako gracz – więc z musu Pekin z nami nie rozmawia – bo nie ma z kim i o czym rozmawiać. Ta jedna rzecz zdecydowanie “do przodu” – roluje całe domino sytuacji Polski – na nasza korzyść. Także wobec USA, Rosji i Niemiec i na dokładkę Francji. Dlaczego AM został zdymisjonowany? – bo chciał uzyskania suwerenności strategicznej Polski gwarantowanej militarnie – osiągnięcia jej do 2033. Oczywiście – naraził się też bardzo interesom amerykańskich koncernów zbrojeniowych z tym min 50% offsetem – ale pierwsza przyczyna była zasadnicza. Co najlepiej udowadnia w dyskusji nt osiągnięcia suwerenności strategicznej na bazie samodzielnych zdolności WP – ze jest to całkowicie realne w ocenie samego Waszyngtonu. Pomoc Chin – tylko pod stołem [głowice i potrzebne transfery technologiczne – TAK – te ostanie też całkowicie możliwe – aczkolwiek oczywiście nie pierwszego garnituru – za to na wyższym poziomie od np. technologii rosyjskich – np. w AI, technologiach łączności natychmiastowej na splataniu kwantowym komputerach kubitowych]. A oficjalnie – co najwyżej otwarcie rynku chińskiego dla zbytu polskich towarów. Tu w relacjach Chiny-Polska nie chodzi zasadniczo o ekonomię – tylko w 99% o geostrategię. I lądowy Jedwabny Szlak i 17+1 to inicjatywy, które są nęcącą marchewką [z wizją 1,5 biliona dolarów inwestycji] dla obracania graczy na Chiny – albo przynajmniej dla maksymalnego opóźnienia opowiedzenia się “albo-albo” – kosztem konsolidacji proatlantyckiej. I to się Chinom udaje znakomicie. Jedwabny Szlak – owszem powstanie w wielkiej skali – ale dopiero PO Wielkiej Konfrontacji – na setki linii superszybkich kolei i hyperloop. Dopiero wtedy, gdy Chiny zaprowadzą przynajmniej w Eurazji Pax Sinica. Czyli za jakieś 30, a raczej 40 lat. Do tego czasu Jedwabny Szlak nie odwróci dualizmu na Łabie i naszej peryferyjności – zresztą – ja widzę to raczej jako zagrożenie, niż szanse na awans. Bo to do nas budują ten Jedwabny Szlak – nie my do Chin. Jeżeli chcemy przestać być państwem peryferyjnym – to musimy zainwestować w pełne łańcuchy wartości. Poczynając od głębokiej reformy edukacji – protechnologicznej i wynikowej – od przedszkola. Z budową B+R, z kupowaniem najnowszych technologii, by je rozwijać. Tworząc pełne łańcuchy wartości “well to wheel”. Poczynając od uruchomienia wydobycia surowców strategicznych – zwłaszcza tytanu, wolframu, lantanowców ze Skarbca Suwalskiego [kupując choćby bezodpadową ekologiczną technologię wydobycia od Finów – którzy swoje zasoby już wydobyli]. Skarbiec Suwalski to lewar kapitałowy “na talerzu” – ale jak się nie chce go wykorzystać – to gorzej, niż nie móc. Wystarczy dogadać się z Koreą Płd, Japonia, Tajwanem [TAK – mimo Pekinu] i innymi [np. Singapurem] i zrobią gigantyczne inwestycje “green-field” za własne pieniądze – w przemysł high-tech na terenie Polski – godząc się przy tym na nadrzędny konsensus pekiński Polski jako udziałowca decydującego. A nasi programiści i automatycy i spece od high-tech nie będą się zatrudniali w obcych koncernach – przeważnie za granica – drenując Polskę – tylko będzie dokładnie na odwrót – to my będziemy drenowali “top-men” do Polski. Ustawiając na szczycie kontrolowanego łańcucha wartości wszelkie własne oprogramowanie, serwis – czyli najbardziej lukratywny biznes. A zamiast zamieniać jednego energetycznego monopolistę [Rosję] na innego [USA – nie tylko jako dostawcę – ale jako kontrolera przepływów morskich] – co jest żadną dywersyfikacją, nie mówiąc o szumnie głoszonej medialnie “suwerenności” energetycznej – zamiast tego powinniśmy postawić na geotermię głęboką HTR – która akurat na pomoście bałtycko-karpackim ma wyjątkowo korzystne warunki geologiczne i hydrotermalne. Do “wzięcia” [konsultowałem to z autorami i specami] jakieś 3-5 TWe mocy czynnej stałej. Czyli nie tylko “raj energetyczny” OZE – dla Polski – ale absolutne wyparcie węglowodorów [i atomu] przynajmniej z Europy – z Polską jako energetycznym nr 1 w Europie. Bo elektrownie jądrowe to wyjątkowo głupi pomysł w strefie geostrategicznego zgniotu – tylko wystawić przed każdym z już 6 planowanych reaktorów wielki billboard “Tu skierujcie swoje działania sabotażowe i rakiety dla sterroryzowania Polski i wymuszenia jej kapitulacji” – Kreml nawet nie będzie musiał rozważać uderzenia “deeskalacyjnego” – bo sami mu usłużnie wystawimy “lepszą” [dla Kremla] opcję na tacy – na nasz koszt – za jakieś 250-300 mld złotych [bo tak to już jest wyceniane całościowo]. Generalnie – najważniejszym towarem jest technologia, a metatowarem nadrzędnym i metawartością kluczową i sterującą – informacja. Nie ocean światowy – nawet nie rywalizacja w przepływach lądowych, powietrznych, nawet kosmicznych – a “wytwarzanie” wartościowej informacji i jej przepływy są najważniejsze. “Connectivity” a la Parag Khana z przepływem towarowym globalnych łańcuchów dostaw w centrum – to już jest koncepcja przestarzała wobec nadrzędnego świata generowania i przepływu informacji. Oczywiście chodzi mi o “żywą” informację – która sama napędza/steruje B+R, produkcję i łańcuchy wartości i całą infrastrukturę. Docelowo przez zbiorczy sieciocentryczny “C5ISR/WRE” podwójnego zastosowania – rozliczający real-time wszelkie transakcje w oparciu o koszyk wartości realnych [aktualizowanych też real-time i zastępując pieniądz – bo system finansowy en bloc zdegenerował się od 1971 i jest już tylko SZKODLIWY – właściwie odwleka się tylko jego upadek – kosztem puchnącego, coraz twardszego załamania w przyszłości – najpóźniej do 2040 – a raczej ca 2035]. Wracając do “connectivity” – przy skupieniu się na zastąpieniu stali włóknem bazaltowym, aluminium i magnezem, a plastyków silikatami – a tego w skorupie Ziemi nam nigdy nie zabraknie – mając rozproszony sieciocentryczny Przemysł 4.0 [oparty o OZE – najlepiej z geotermii HTR] w modelu prosumenckim – mamy w zasadzie zerowe łańcuchy dostaw [“na miejscu” lokalnie produkcja, logistyka dystrybucyjna i konsumpcja]. Bo drukarki przemysłowe 3D [wielomateriałowe, wielogłowicowe – są już takie] likwidują dotychczasowy “efekt skali”, który promował scentralizowane wyspowe molochy produkcyjne [i wymuszał przepływy surowców i komponentów do fabryki – i transport dystrybucyjny z fabryki] . Rozproszenie sieciocentryczne i model prosumencki i zasadniczo autonomiczny – to już jest technicznie możliwe.- przynajmniej w Polsce. Wiem – bo liczyłem ze specami. Oczywiście jakiś przepływ towarowy będzie [dajmy na to – produktów z najwyższej półki zaawansowania] – ale po wdrożeniu powyższego modelu aż nadto wystarczy istniejąca infrastruktura przesyłowa. A w strefie zgniotu geostrategicznego rozproszenie jest oczywiste – jak za III Rzeszy poddanej bombardowaniom strategicznym – co od 1943 realizował Speer. Nawet produkcja elektroniki dość wysokiej skali integracji metodą drukarek 3D już jest na “tapecie” – choćby wrocławski XTPL.PL [“ziarno” druku opanowanego przemysłowo to 1,5 mikrometra – i cały czas zmniejszają to ziarno – a ich hasło to: “Obecnie przełamujemy kolejne bariery technologiczne. Krzemowa Dolina, Berlin, Shenzen – wszędzie tam, gdzie bije serce postępu, XTPL ma swoją rolę do odegrania.” – polecam stronę https://xtpl.com/pl/ ]. Generalnie Polska powinna postawić na przełom technologiczny rozproszonego Przemysłu 4.0, sieciocentryczności, Internetu Rzeczy/Internetu Wszystkiego – a ten przełom dokona się z nami lub bez nas w tej dekadzie. Na 2020 w Internecie Rzeczy pracowało jakieś 8 mld urządzeń – na 2030 przewiduje się ca 125 mld urządzeń w IT. Czyli kluczem bardzo głęboka zmiana protechnologiczna edukacji aż po B+R i cały łańcuch nowego przemysłu sieciocentrycznego [i infrastruktury], całościowo – nie tylko high-tech. I wykorzystanie wszystkich lewarów kapitałowych i realnych zasobów – które na razie zupełnie marnujemy. Oraz przygotowanie do załamania systemu finansowego – na rzecz systemu rozliczeń realnych real-time w oparciu o wartości realne [ w tym energię i informację]. W gruncie rzeczy – model homeostatu z nadmiarowością wewnętrzną dysponowanego POTENCJAŁU sprawczego aktywnych zasobów [nie tylko “prostej” autonomiczności] – przygotowany na szokowe zmiany otoczenia. Z punktu widzenia cybernetyki – musimy nieporównanie [skokowo-generacyjnie-systemowo] zwiększyć zdolność/potencjał adaptacyjny – by przetrwać i Wielki Chaos i Wielką Konfrontację – szczególnie w ich najgorszych, przełamujących momentach, gdy będzie się koncentrowała suma wszystkich nieszczęść “perfect storm”. Stawką gry – z tytułu krytycznych “gardeł” – jest przetrwanie. I zajęcie jak najkorzystniejszego miejsca statusowego i rozwojowego – po Wielkiej Konfrontacji.

      1. Ja to wszystko, na tyle ile mogę, rozumiem. Z tym, że to co powinniśmy ma się według mnie nijak do tego co możemy. I to nie w sensie teoretycznym – potrzeby/możliwości/zasoby – tylko praktycznym. Co z tego, że ktoś ma w ręku kij i owoce na nad sobą skoro do głowy mu nie przyjdzie, że można nim strącić owoc z drzewa? Nasze reakcje nie są kreatywne tylko reaktywne i to krótkodystansowo w kierunku nadanym przez, powiedzmy, bieg historii. Obecnie dobrze jak nie zrobimy czegoś bardzo głupiego. Musimy poczekać aż Amerykanie się ogarną i wyłonią się główne kierunki działań. Mam nadzieję, że nie będzie to scalanie tzw. zachodu ideologią LGBTQ.

        1. Tak – generalnie problem jest w przestarzałym systemie organizacji państwa [w zasadzie – z XIX w. – a mamy XXI w.] i przez to w naszych sternikach – w całym ich myśleniu [i w następstwie tegoż myślenia – w ich działaniu – a raczej w symulowaniu działania najmniejszym kosztem] – w sternikach kompletnie nie spełniających zewnętrznych wymagań koniecznych dla przetrwania Polski wobec obecnego i przyszłego rozwoju sytuacji w regionie i na świecie. Potrzebujemy systemu państwa – który wygeneruje ludzi do sztabów [a raczej całej struktury od dołu do góry] z zimno kalkulujących siły i zasoby technokratów – tworzących meta-team działający na 3 zmiany non-stop 24/7/365 [niczym wieża kontroli lotów] w czasie rzeczywistym – cały czas w synchronizacji z góry przygotowanych i stale aktualizowanych scenariuszy – w krótkim, średnim i długofalowym planie. Czyli taki sieciocentryczny C5ISR/WRE – jako serce decyzyjno-akcyjne homeostatu błyskawicznie reagującego dokładnie zeskalowanym przydziałem zasobów dla akcji kontrujących [lub WYPRZEDZAJĄCYCH lub proaktywnie zmieniających] zewnętrzne środowisko. A prezydent, premier itp postacie – powinny być owszem – ale dokładnie wyszkolone profesjonalnie do przecinania wstęg, oficjalnych wystąpień, do miękkich kompetencji PR, do promowania pożądanego obrazu Polski – i do WYKORZYSTYWANIA “ideałów” i “wartości” jako lewarów – ale w postaci słodkiej wisienki na torcie dla twardych zdolności – stojących WIARYGODNIE za miękkimi słowami kryjącymi jednoznaczny komunikat strategiczny.

          1. Co do postaci jak prezydent, premier, itp “oficjałów” na świeczniku medialnym – to powinni być w gruncie rzeczy dobrze wyszkoleni AKTORZY. Z pamięcią absolutną i absolutnym panowaniem nad sobą – by pamiętać i ODGRYWAĆ wszelkie przeszkolone schematy i opcje na spotkania oficjalne i wystąpienia. I to powinny być osoby “politpoprawne” – z kobietami na czele – plus wszelkie zdeklarowane oficjalnie osoby ze środowisk LGBTQX+ itd – ale NASZE osoby – grające w 100% dla nas. Tak zrobiły np. USA za Trumpa – ambasadorem w Niemczech był zdeklarowany homoseksualista, twardo dyscyplinujący Berlin – łamiący swą osobą w zarodku wszelkie ewentualne odwetowo-ideologiczne “kolorowe” ataki na USA. My powinniśmy wręcz CHWALIĆ się swoją tradycją tolerancji – takimi osobami jak lesbijka Maria Konopnicka [TAK – ta od Roty] – czy hermafrodyta Pułaski. Na każdym kroku kłuć w oczy nietolerancyjny Zachód [np. w Niemczech ostatni homoseksualista więziony za homoseksualizm wyszedł z więzienia na początku tego lat 2000-nych]. I nie musimy kłamać – prawda będzie tu najlepsza propagandą – cały czas konfrontowana z obłudą “postępowego” Zachodu. A za tą NASZĄ zasłoną – winien w swobodnym polu działać technokratyczny motor maszynerii C5ISR/WRE sterowania nawą państwową real-time 24/365. Ale do takiej przemyślnej i maksymalnie skutecznej wielopoziomowej gry potrzebna jest zupełnie inna ekipa – zupełnie inna…

  9. (…)Dobrym pomysłem byłoby chińskie rządowe zamówienie na polskie elektryczne autobusy marki Solaris.(…)
    Solaris sprzedał się Hiszpanom… ale skoro samorządy terytorialne* Polski nie kupowały jego oferty to cóż się tu dziwić.

    * Asortymentu pojazdów transportu publicznego to mało co kupują i niestety programy w stylu Kolej+ czy Autobus+ wielu tu nie zmienił, bo nadal trwa Polski Pomór PKS.

    (…)Bo choć życzę polskim elektrykom samych sukcesów to myślę, że mogłyby mieć problem z ekspansją na chińskim rynku w ramach wolnej konkurencji.(…)
    Ja też bym życzył, gdybym wierzył, że ten projekt jest robiony na poważnie… a tak muszę walczyć z zagrożeniem utraty wiary* w realność CPK, który z racji mieszkania w Grodzisku Mazowieckim jest obiektem mojego żywotnego zainteresowania.

    * Znając życie w okolicach października będzie kolejny kryzys zwątpienia.

Leave a Reply

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *