Czy niemiecka oferta dla USA jest rzeczywiście szansą dla Polski?

Tym razem krótki tekst polemiczny z najbardziej aktualną tezą podnoszoną przez Jacka Bartosiaka dotyczącą tego, że niemiecka oferta nowego dealu z USA jest korzystna z punktu widzenia strategicznych interesów Polski.

Przypomnijmy, temat ma swoją genezę w wypowiedzi niemieckiej Minister Obrony Narodowej: Annegret Kramp-Karrenbauer (z końca października), która zaproponowała nowy ład w relacjach transatlantyckich. Niemiecka minister przyznała chęć dążenia do pozostania Niemiec w świecie szeroko rozumianego Zachodu. Sugerowała wznowienie rozmów dotyczących np. umów handlowych (nowego TTIP) oraz poszerzenie współpracy transatlantyckiej. Niemcy miałyby w ramach tego dealu zainwestować w zbrojenia, dzięki czemu mogłyby wspierać dyplomację realną siłą zabezpieczającą np. wschodnią flankę NATO. Innymi słowy, Niemcy chciałyby niejako ulżyć Amerykanom zaangażowanym w starcie z Chinami oraz przejąć odpowiedzialność regionalnego żandarma w Europie Środkowej. Ku tej narracji zaczęły też dryfować wypowiedzi niemieckiego ministra Heiko Maasa. Deklarację o chęci zwiększenia nakładów na obronność – nawet w czasie pandemii – niemiecka MON powtarzała również w listopadzie. Wyraźnie adresując swoją ofertę w stosunku do nowej administracji amerykańskiej, która przejmie władzę wraz objęciem urzędu prezydenta USA przez Joe Bidena.

Głównym argumentem popierającym wspomnianą na wstępie tezę jest ten, że w ramach niemiecko-amerykańskiego dealu Niemcy mogłyby się zobowiązać do finansowania Wojska Polskiego. Co byłoby dla nas szalenie korzystne. Pomysł ten – po raz pierwszy w debacie publicznej – został przedstawiony w moim tekście z 1 października 2020 roku pt.: „Oferta Niemiec dla Polski”. Następnie – co mnie niezmiernie cieszy – został spopularyzowany przez dr Jacka Bartosiaka (notabene nie obrażam się, gdy czytelnicy polecają darmowo udostępniane przeze mnie teksty innym lub choćby powołują się na nazwisko ich autora 😉 ). Pomysł finansowania przez RFN wschodniej flanki NATO zainspirował najwyraźniej dra Jacka Bartosiaka do postawienia konkluzji, że taka postawa władz niemieckich jest rzeczywiście możliwa, lub choćby prawdopodobna.

Rozwijając poniekąd mój wcześniejszy tekst muszę zaznaczyć, że ani niemieckie władze ani społeczeństwo nie są gotowe by spełnić choćby ten jeden z wielu postawionych przeze mnie warunków jakie musiałyby być częścią niemieckiej oferty dla Polski. Co istotne – w tekście, który zapoczątkował w ogóle dyskusję w tym temacie jasno sprecyzowałem, że oferta Niemiec musiałaby zostać skierowana bezpośrednio do Warszawy. I tu tkwi sedno sprawy, do czego chciałem nawiązać w kontekście tezy dra Jacka Bartosiaka o geopolitycznym oknie w relacjach polsko-niemieckich. Otóż okno to dotyczy de facto relacji niemiecko-amerykańskich, a nie polsko-niemieckich. Niemcy składając ofertę Amerykanom ponownie działają ponad głowami Polaków. Oczywiście nie ma co się na ten stan rzeczy obrażać. Fakty są takie, że Niemcy są w stanie sami pokazać Polsce jej miejsce w szeregu o ile Warszawa nie będzie wspierana przez Waszyngton. Tylko zaangażowanie się Stanów Zjednoczonych w relacje z Polską daje polskim władzom podstawę do asertywnej postawy wobec Niemiec. Jeśli Berlin bezpośrednio dobije targu z Waszyngtonem, wówczas Polska racja stano zostanie zwyczajnie pominięta.

Oczywiście w polskim interesie narodowym jest to, by wytłumaczyć Amerykanom, że Niemcom nie można ufać. Choć administracja demokratów powinna o tym pamiętać. Choćby przez wzgląd na niepowodzenia resetu z Rosją i piwotu na Pacyfik, do czego władze z Berlina mocno się przyczyniły. Pomysł dra Jacka Bartosiaka polegający na wmontowaniu polskiej racji stanu w niemiecko-amerykański deal jest z pewnością próbą na odpowiedzenie na pytanie, jak dopasować się do zaistniałej sytuacji. Czyli do zagrożenia niemiecko-amerykańskim układem pomijającym polską stronę. W tym celu należałoby przekonać Amerykanów, że w ich interesie jest by to Polska pilnowała tego, czy Niemcy dochowują zobowiązań wobec Waszyngtonu. Polska nadaje się do tego jak nikt inny, bowiem amerykańskim warunkiem dealu jest to, by Berlin nie współpracował z Moskwą. Tymczasem Polska leży między Niemcami a Rosją i może kontrolować strategiczne przepływy między tymi państwami (choć np. ewentualnie ukończenie NS II może tą kontrolę zmniejszyć). Jednocześnie Polska posiadająca silną i nowoczesną armię mogłaby pełnić rolę lokalnego policjanta NATO, a potęga militarna zwiększałaby niezależność Warszawy od Berlina. Dawałaby więc podstawę do rzeczywistej niezależności od Niemiec, a tym samym możności pełnienia funkcji amerykańskiego stróża.

Przekonanie Amerykanów do tego rodzaju rozumowania nie jest w tym wszystkim jednak ani najważniejsze (bo sami to powinni rozumieć lepiej od nas) ani najtrudniejsze. Bowiem jeśli przysłuchać się niemieckim ofertom kierowanym w stronę USA, to próżno szukać tam słów o Polsce a już zupełnie nie ma mowy o jej wzmacnianiu na koszt Niemiec. Tak więc  koncepcja dra Jacka Bartosiaka nie tyle nakłada na polską dyplomację obowiązek przekonywania Amerykanów, a właśnie głównym zadaniem polskich dyplomatów powinno być przekonanie do tej koncepcji władz z Berlina. Chodzi o to by pokazać, że atrakcyjna oferta Niemiec dla Polski oraz finansowanie Wojska Polskiego przez niemiecki budżet są w niemieckim interesie.

I tu pojawia się pewien problem. Bo w rzeczywistości jest dokładnie odwrotnie. Mój tekst o tym w jaki sposób Niemcy powinni zacząć działać by utrzymać spójność Unii Europejskiej oraz odzyskać kontrolę nad Mitteleuropą (w tym Polską) zawierał również szereg propozycji z jakich powinna składać się niemiecka oferta dla Polski. Był to w gruncie rzeczy pakiet warunków brzegowych jakie zmusiłyby Warszawę, by wziąć pod rozwagę niemiecką ofertę i  zastanowić się czy proniemiecki kierunek polityki międzynarodowej nie byłby bardziej korzystny. W skrócie, chodziło m.in. o to, że jeśli Niemcy chcieliby utrzymać niezależność UE od potęg zewnętrznych to musieliby w pierwszej kolejności zadbać o jej spójność. A więc o wspólnotę interesów wewnątrz Unii. Gdyby UE miałaby być niezależnym kontynentalnym imperium to należałoby przekonać jej wszystkich najważniejszych członków (a takim jest Polska) do tego, że łączy ich wspólnota interesów. W takiej koncepcji, Niemcy powinni rozważać możliwość przekupienia Polski i wyciągnięcia jej z amerykańskiej strefy wpływów. Bowiem z proamerykańską Europą Środkową, Berlin i Bruksela nie są wstanie wyprzeć USA ze Starego Kontynentu oraz zadbać o swoją niezależność polityczną.

Przyjrzyjmy się teraz obecnemu stanowi rzeczy. Niemcy proponują Stanom Zjednoczonym deal w którym Unia Europejska byłaby zależna od USA. W tym pomyśle, niemieckim priorytetem nie jest już utrzymanie spójności UE oraz przekonywanie Europy Środkowej do czegokolwiek. Bowiem porozumienie ze Stanami Zjednoczonymi automatycznie likwiduje problem niepokornej Europy Środkowej. Polska i inni gracze lokalni (jak Rumunia, Chorwacja albo np. Bałtowie) straciliby podstawę dla swojej asertywności względem Berlina. Innymi słowy, Niemcy pozbywając się amerykańskiego bata oraz akceptując zwierzchność Waszyngtonu same odzyskałyby pole manewru naciskania na przestrzeń zwaną przez nich Mitteleuropą.

Odzyskanie kontroli nad Mitteleuropą jest jednym z głównych powodów dla których Niemcy są w stanie zaakceptować zwierzchność USA. Podległość USA oraz zwiększenie niemieckiej obronności to koszty, jakie Berlin jest w stanie zapłacić za pełnię wpływów w całej Unii Europejskiej. Jak widać, zrzekanie się tych wpływów i kontroli na rzecz Polski oraz finansowanie jej siły militarnej również mogącej stanowić podstawę asertywności względem niemieckiego stanowiska – jest kompletnie sprzeczne z interesami Niemiec. Berlin ma do wyboru dwie drogi. Kontynentalną, w której wspólnie z Paryżem budowałby niezależny blok w postaci Unii Europejskiej oraz transatlantycką ze Stanami Zjednoczonymi jako protektorem. W pierwszej koncepcji Niemcy musiałyby ponieść koszty utrzymania spójności UE poprzez zapłatę pewnej ceny Polsce. W drugiej, Berlin płaciłby Stanom Zjednoczonym. Nie można więc oczekiwać, że Niemcy wybiorą jedną z tych dwóch koncepcji (np. transatlantycką) tylko po to by ponieść podwójne koszty. Płacąc zarówno USA jak i Polsce. Godząc się jednocześnie na asertywność Mitteleuropy.

Jest wiele płaszczyzn nacisku, jakie mogą wykorzystać władze z Waszyngtonu przeciwko Berlinowi. Nie jest jednak tak, że Niemcy zgodzą się dobrowolnie na kompletną kapitulację. Rezygnując z niezależności UE i wpływów w Mitteleuropie jednocześnie. A już z pewnością nie można zakładać, że niemiecka oferta wystosowana do USA jest właśnie tego rodzaju kapitulacją. Niemiecka oferta jest pewnego rodzaju ucieczką do przodu. Propozycją, która ma wyprzedzić ewentualne dalsze naciski Amerykanów, ułagodzić ich, a jednocześnie dać Niemcom układ, który by ich zadowalał. Amerykanie mają tutaj również wybór. Albo dalej przeznaczać siły, środki i zaangażowanie w wywieranie presji na Berlin (co wszystko kosztuje czas i pieniądze) albo zgodzić się na niemieckie warunki, przyjąć hołd lenny, odhaczyć w notesie UE jako sojusznika oraz przejść do rozwiązywania kolejnych problemów (np. z Rosją czy Chinami). Niemcy nie pozostawiają tutaj pola do negocjacji o Polską rację stanu. Wręcz przeciwnie, chcą za wszelką cenę tej racji do stołu negocjacyjnego nie dopuszczać.

Uważam, że upatrywanie w zaistniałej sytuacji szansy i okna dotyczącego polsko-niemieckich relacji jest złudne. Wręcz kompletnie chybione. Porównywalne do chybionych kalkulacji Władysława Studnickiego, który wierzył w uczciwość niemieckich zapewnień o przyjaźni, a następnie sam oskarżał Hitlera o doprowadzenie do katastrofy w relacjach polsko-niemieckich (co czynił dwukrotnie w broszurze pt.: „Wobec nadchodzącej drugiej wojny światowej”). Różnica polega na tym, że wówczas Berlin składał oferty bezpośrednio do Warszawy, a teraz wszystko dzieje się ponad polskimi głowami. I nawet nikt słowem nie zająknął się o kwestii polskiej oraz o tym, by Niemcy miały finansować Wojsko Polskie. Uważam to za większą mrzonkę niż marzenia prezydenta Andrzeja Dudy o zbudowaniu w Polsce tzw. Fort Trump.

Tak więc przekonywanie Amerykanów, że powinni zgodzić się na niemiecką ofertę w zamian za wsparcie Polski uważam za marnowanie potencjału oraz strzelanie sobie w stopę. Efekt może być bowiem taki, że przekonamy Waszyngton do oferty z Berlina, ale deal zostanie zawarty bez uwzględnienia naszych interesów. Bo Niemcy ich zwyczajnie nie chcą i nawet nie mogą – z punktu widzenia logiki i słuszności ich postępowania – zaakceptować.

Polityka przekonywania Amerykanów do niemieckiej propozycji mogłaby okazać się przeciwskuteczna, a już z pewnością nie przyniosłaby oczekiwanych rezultatów. Dlatego najlepszym wyjściem byłoby przekonanie Amerykanów, że dotychczasowa polityka względem Niemiec powinna zostać utrzymana. Dlaczego? Ponieważ przynosi wyraźne efekty i jest skuteczna. Niemcy z postawy wyczekująco-neutralnej przeszli do hołdu lennego. Są obezwładnieni, jeśli chodzi o politykę prorosyjską. Polska i Europa Środkowa izolują Niemców od Rosji i Chin (kontynentalnie). Mogą wspólnie neutralizować niemieckie pomysły na niezależność UE (gdyby takie były dalej skrycie realizowane). Im Niemcy będą bardziej asertywne względem USA, tym większą asertywnością może wykazywać się Europa Środkowa względem Niemiec (ale do tego potrzebne jest zaangażowanie się USA). Jeśli Amerykanie zgodzą się na niemiecką ofertę oraz wyjście z Mitteleuropy (bo tylko taka opcja leży na stole) wówczas stracą kontrolę nad osią Paryż-Berlin-Moskwa. Tak jak to było w latach 2011-2013. Trzeba to przypominać, zamiast doszukiwać się na siłę ofert i szans, których realnie nie ma i nikt o nich nawet nie napomknął.

Polska może akceptować niemiecką dominującą rolę na kontynencie tylko wówczas, gdy Warszawa bezpośrednio otrzyma dobrą ofertę z Berlina z realnymi gwarancjami jej realizacji. Tymczasem Niemcy mogą ponieść koszty takiej oferty tylko wówczas, gdy dzięki niej będą mieli całkowitą kontrolę nad UE (całkowitą, czyli bez udziału USA). Niemcy mają spory kawał tortu, którym muszą się podzielić. Mogą oddać kawałek Stanom Zjednoczonym. Mogą też poczęstować nim Polaków. Natomiast z pewnością nie kalkulują opcji, w której muszą oddać cały tort i rozdzielić go pomiędzy swoich geopolitycznych konkurentów.

Natomiast należy dodać, że w mojej ocenie, Niemcy nie są zdolni i nie chcą niczego oferować Polsce. Uważają nasze państwo za słabsze, które nie ma mocy by przebić pewnego rodzaju sufit. Postrzegają nas jako przedmiot gry, który utracili, a który chcą odzyskać. Jednocześnie koszty naszych warunków brzegowych w zakresie niemieckiej oferty – opisane w „Oferta Niemiec dla Polski” są zbyt wysokie, by Berlin choćby spróbował je rozważać. Niemcy mogą kompletnie pominąć stanowisko i interesy Warszawy jeśli porozumieją się z Amerykanami lub wyprą ich z kontynentu (co jest w mojej opinii na dzień dzisiejszy nie do zrobienia-może stąd ta propozycja dealu). Chcą podporządkować na powrót Mitteleuropę samodzielnie lub pod parasolem Stanów Zjednoczonych. I musimy o tym pamiętać, by przypadkiem nie podcinać gałęzi na której sami siedzimy.

 

Pozdrawiam

Krzysztof Wojczal

Geopolityka, polityka, gospodarka, prawo, podatki – blog

P.S.  Przemyślenia wynikłe w trakcie dyskusji po publikacji.

Próby przekonania Niemiec do jednoczesnej rezygnacji z Mitteleuropy oraz podległości UE względem UE można porównać do prób przekonywania kogoś do strzelenia sobie w głowę. Oczywistym jest, że osoba ta nie zrobiłaby tego nawet, gdyby była przekonywana przez własną matkę. Chyba, że byłaby samobójcą.

Liczenie, że w ramach oferowanego przez Niemcy dealu z USA, Berlin rzeczywiście sfinansuje polską armię można porównać do sytuacji naszego wschodniego sąsiada. Bo to jest tak, jakby po ofercie Moskwy dotyczącej nowego resetu z USA Ukraińcy naiwnie uwierzyli, że w ramach tego resetu Putin zgodzi się finansować ukraińską armię.

 

 

 

34 komentarze

  1. Hegemonia w Azji, kontrola Arktyki, rozparcelowanie Syberii, wielkie hasła, z których nic praktycznego nie wynika.

    Chiny zagrożą USA albo militarnie przez armię nowej generacji, albo przejmując kontrolę nad światowym handlem i finansami, plus sojusz gospodarczy z 3/4 świata. Rosja nie ma nic do tych 2 celów. To nie jest mini-boss do pokonania przed USA finałowy Boss. Rosja i Chiny to partnerzy do sklepania obecnego Bossa.

    Izrael udostępnia swój główny port Chinom. Rosja i Chiny integrują obronę przeciwlotniczą. Wspólnie stabilizują Afrykę gdzie USA chce jak najwięcej wojen. Razem kooperują w Azji przeciwko US Navy. Szlak Arktyczny do Europy to jest do zrobienia ,Rosja wydzierżawi co trzeba.

    https://peoplesdaily.pdnews.cn/china/xi-eyes-unwavering-development-of-china-russia-partnership-190619.html

    https://www.silkroadbriefing.com/news/2020/12/14/the-african-continental-free-trade-agreement-starts-from-1st-january-2021/?1

    Od 20 lat, wszędzie jest ścisły sojusz Chiny-Rosja. Kluczowe partnerstwa, wspieranie się za granicą, przeciwstawianie się USA gdzie się da. Czy Chiny planują użyć Rosję a potem pokroić? Oczywiście. Czy Rosjanie się łudzą? Zapewne. Tylko sojusz z Niemcami realnie nie istnieje, a z USA jest wykluczony. Rosjanie grają w to co jest. Jako sojusznik dają więcej niż jako łup.

    A Chiny budują sojusz.

    Teraz Rosja+Pakistan+Iran+Afryka+Indochiny
    Zaraz Cały bliski Wschód+Wsch Europa+Centralna Azja
    Finałowo Zach Europa+Indie+Japonia

    Chiny zniszczą USA w sojuszu ze światem. Oczywiście różne może się to potoczyć.
    Twoje rozumowanie to Chiny gnoją kolejnych graczy, a na końcu USA.
    Moje rozumowanie to Chiny oferują wszystkim sojusz i nowy porządek świata z nimi na szczycie. Podłączenie planety do ich gospodarki ustawi wszystkich po ich stronie i da im boosta technologiczno-gospodarczego. Oczywiście USA planuje serię wojen i szantaży żeby do tego nie dopuścić.

    1. @Misiura61 – Chiny tylko werbalnie obiecują strategię win-win globalnego sojuszu pod chińskim przywództwem. Strategia obiecanek zadziałała – wszyscy na wyścigi ustawili się w kolejce do chińskich inwestycji pod hasłem Nowego jedwabnego Szlaku – obiecywanych na 1,5 biliona USD. Stąd i sukces AIIB. Nawet UK wręcz podlizywało się Chinom [a królowa brytyjska samemu Xi osobiście] – bo City chciało skwapliwie obsługiwać obrót chińskiego pieniądza w tych inwestycjach. W rzeczywistości Chiny prowadzą wyłacznie twardą „debt policy”, inwestują poza granicami głównie w…siebie – w chińskie podmioty, w ich ekspansję, w ich dochody i wypychanie konkurencji na rynku, w przejmowanie „sreber rodowych”, zwłaszcza technologicznych wobec Zachodu [i Rosji też – technologii militarnych – przepływ wyłącznie jednostronny] , w zajmowanie pozycji neokolonialnej – zwłaszcza w Afryce. Niższe poziomy prostej produkcji przerzucają do Afryki z dwóch powodów – sami chcą wspiąć się wyżej w łańcuchu wartości i w zbieraniu marży produktów coraz wyżej przetworzonych – po drugie: taki kontrolowany rynek zewnętrzny [poddostawców w pułapce średniego, a raczej niskiego rozwoju] będzie mógł wchłaniać coraz więcej towarów z Chin. Nawet Pakistan – kluczowy sojusznik Chin – przez który przechodzi tak ważny strategiczny lądowy korytarz dostaw surowców – ten Pakistan jest teraz w kryzysie, a Chiny skąpią kredytów na uzdrowienie gospodarki – do czego Pakistan ma potencjał – ale brakuje mu środków finansowych. Gdy nastąpił na Kremlu „zwrot na Chiny” w 2014 – i po negocjacjach Kreml podpisał z Pekinem kontrakt na Siłę Syberii i na dostawy długofalowe gazu – to Kreml nie opublikował cen dostaw – a sami eksperci rosyjscy uznali cenę wg kalkulacji pośrednich za deficytową – przynoszącą ekonomiczne straty – dla realizacji politycznego celu. A po późniejszych katastrofalnych dla Rosji spadkach cen ropy i gazu – jest to już w istocie narzędzie nie nacisku na Pekin – a tylko drenażu Rosji, żadne „win-win”. Chiny korzystają maksymalnie ze „zwrotu na Chiny” – kupując od Kremla technologie wojskowe – co tylko osłabia pozycję Rosji, która opiera się przecież na sile militarnej. Udzielają Kremlowi kredytów walutowych [do rolowania zobowiązań walutowych Rosji] na wyśrubowane oprocentowanie – wykorzystując wg „debt policy” fakt, że Rosja ma zamknięty dostęp do rynków kapitałowych Zachodu. Gdzie tu „win-win”? A wobec rosnącej siły za miedzą, jedynym sensownym rozwiązaniem dla Kremla jest lewarowanie Pekinu przez sojusz z blokiem antychińskim – w tym z USA. To elementarz geostrategii. Tyle, że Rosja, jak USA się zorientowały, jak były oszukiwane przez Kreml i Berlin i Paryż w „resecie” 2009-2013 – wtedy Rosja [gdy USA odebrały jej Polskę i Ukrainę – darowane „resetem” w 2009] postanowiła podnieść poprzeczkę i zdecydowała w 2014 o taktycznym „zwrocie na Chiny” – by WYMUSIĆ na USA podniesienie profitów za udział w sojuszu antychińskim. Czemu Rosja w 2009 przyjęła ofertę USA „resetu”? – a nie pobiegła do Pekinu pierwsza robić sojusz przeciw USA? Bo Kreml z Berlinem i z przytroczonym Paryżem chciały wykiwać i Chiny i USA – budując swoje supermocarstwo „Lizbona-Władywostok” – i to najsilniejsze na świecie – czyli najgorszy koszmar i USA i Chin. A gdy w 2013 ten plan „spalił na panewce” i nastąpiła dyscyplinująca reakcja USA [Majdan itd] – Kreml podbił poprzeczkę Krymem, Donbasem i „zwrotem na Chiny”. Dla obu supermocarstw Rosja jest obecnie i na przyszłość tylko niewygodnym graczem [zbyt się rozpychającym w „porządku dziobania” z tytułu postawienia przez Kreml na siłę militarną – i zbyt chciwym w podziale przyszłego świata] – graczem do zmarginalizowania – i do wykorzystania jako zasób. Czyli albo jako „mięso armatnie” przeciw Chinom – dla Waszyngtonu – albo dla Pekinu jako darmowy „pożyteczny idiota” na system proatlantycki i jako kolonia surowcowa – to się dzieje teraz – a w przyszłości dla Pekinu Syberia i Arktyka to konieczne zasoby przestrzenne [jako „polisa” na zmiany klimatyczne – do zasiedlenia dalej na północ] , surowcowe, oraz przede wszystkim – jako geostrategiczna Strefa Seversky’ego [Arktyka] względem kontynentu Ameryki Północnej. I to Arktyka z podstawą operacyjną – dla operowania z arktycznych portów chińskich atomowców szturmowych i „boomerów” i samolotów z lotnisk i baz A2/AD – baz tworzących wysuniętą pierwszą linię obrony przeciwrakietowej. Dlaczego Kreml nie skacze z radości i gorliwie nie popiera chińskiej propozycji wielkiej inwestycji? – budowy całego szeregu nitek szybkiej kolei z Chin do Leny – stworzenia tam portu rzecznego będącego hubem przeładunkowym na statki rzeczne do spławiania do ujścia Leny – i tam w zbudowanym wielkim porcie morskim przeładunku na statki morskie – w ramach Arktycznego Jedwabnego Szlaku? Od 2014 Kreml wije się jak piskorz w tej sprawie. A własnym obywatelom zapodaje jedynie propagandę o „sojuszu win-win” z Chinami. Pomylenie tej propagandy z rzeczywistością może trwać pewien czas przy konsekwentnym wypieraniu rzeczywistości – ale zderzenie z rzeczywistością będzie nieuchronne – im późniejsze, tym twardsze. Jeszcze taka uwaga: gdyby w 2009 Rosja naprawdę zaczęła realizować twardo „reset” i sojusz antychiński z Waszyngtonem – to WTEDY Chiny – w obliczu takiej koncentracji współdziałania dwóch najsilniejszych państw świata – najprawdopodobniej by spasowały – i teraz Kreml miałby przynajmniej Polskę, Ukrainę i pewnie Bałtów na dokładkę – jako państwa marionetkowe Kremla, same tylko utrzymane wysokie ceny ropy i gazu by pompowały wzrost Rosji, na Kremlu i w Waszyngtonie by spali spokojnie – bo Chiny zostały by powstrzymane [w ramach nowego „wieku hańby”] twardymi narzuconymi rozwiązaniami w stylu Plaza Accords – czy wprost stacjonowaniem sił USA w Chinach [na koszt Chin – rzecz jasna] – przy jednoczesnym zastopowaniu własnego rozwoju Chin i przejęciu „sterów” przez koncerny amerykańskie, by utrzymać trwałą systemową kontrolę i podległość PRZEJĘTYCH rozbrojonych Chin. To był ostatni moment powstrzymania Chin – i został zaprzepaszczony ambicjami i pychą Kremla, Berlina i Paryża. Ale głównie – ambicjami i pychą Kremla. A teraz Rosja jest w ślepej pułapce, którą sama sobie stworzyła przez dwa ruchy strategiczne – najpierw w 2009 – potem w 2014. Oczywiście powtórna głupota i powiedzmy życzeniowa naiwność Demokratów ekipy Bidena [kwestia przyjęcia propozycji AKK w postaci pierwotnej – czyli bez twardej kontroli Wschodniej Flanki i UK] może dać Rosji ponownie okienko do budowy supermocarstwa Lizbona-Władywostok – z Berlinem i z Paryżem. Zobaczymy. USA od stycznia będzie zdawało gardłowy [dla hegemonii USA] test na real-politik. Jeżeli USA zdradzi nas powtórnie i sprzeda [tym razem] Berlinowi – pozostaje obrót na Chiny. Paradoksalnie – tak forsowana przez Berlin umowa CAI [Chiny-„UE” – a raczej Chiny-Niemcy] daje oficjalnie „legalną podkładkę” pod takie działania „rozwijania współpracy” – i pod rozmowy pod stołem. Nawet bym się nie zdziwił, gdyby na protesty Berlina, który w rękawiczkach Brukseli by chciał zmonopolizować wszelkie kontakty UE z Chinami – Pekin by odpowiedział, że w ramach transparentności, ba, dla udowodnienia „promowania demokratycznego pluralizmu typowego dla Zachodu” itp. – woli kontakty z poszczególnymi państwami np. dla „optymalizacji współpracy” i takie tam…[przy okazji Pekin taka argumentacja by ocieplił za darmo swój wizerunek na świecie – przecież w sumie od Davos 2017 wskoczył w amerykańskie buty jako lider globalizmu – więc i pewien sztafaż propagandowy gadania o „demokracji” byłby logicznie do przejęcia w takim układzie – oczywiście tylko na zewnątrz Chin…] A następca gen. Packa będzie latał z naszymi generałami już nie do Quingdao [jak w 2012-13] – a do Pekinu – omawiać pozyskanie głowic pod stołem i innych aktywów strategicznych – koniecznych dla utrzymania Polski – i szerzej patrząc w szerszych rozmowach – dla utrzymania „kordonu sanitarnego” Wschodniej Flanki – ale pod chińskim sztandarem. Jako rozwinięcie 17+1 stanowiącej jej „bazę operacyjną” [polityczna i ekonomiczną] – ale z wypchniętymi Niemcami – jak to było na początku. My podkładkę mamy – traktat o strategicznej współpracy i przyjaźni Chiny-Polska z 20 grudnia 2011. Wtedy Pekin zaliczył Polskę do jednego z 7 państw świata o strategicznym znaczeniu dla Chin. A dokładnie – tego już nie zapisano – o GEOSTRATEGICZNYM znaczeniu dla Chin – by nie powstało konkurencyjne supermocarstwo Lizbona-Władywostok. Na tym poziomie gra toczy się niezmiennie i jest stale aktualna – no i geografia się nie zmieniła i pozycja GEOSTRATEGICZNA Polski też jest równie ważna i aktualna, jak w 2011. Nawet ważniejsza – jako centrum militarne kordonu Wschodniej Flanki. Po Pekinie spodziewałbym się szybkich ruchów w razie przyjęcia przez Bidena pierwotnej propozycji AKK – szybkich ruchów Pekinu właśnie wobec państw Wschodniej Flanki – dla zorganizowania Flanki w prochiński niezależny od Kremla i Berlina konstrukt [zapewne z rozszerzeniem „bazy” 17+1 o państwa NORDEFCO]. Konstrukt „kordonu sanitarnego” w opozycji do Kremla, Berlina i Pekinu – o ironio – wykorzystując CAI jako podkładkę do rozmów w Pekinie…a także deklaratywną „przyjaźń” Pekin-Kreml – dla kneblowania protestów i Berlina… i Kremla. Taka jest realna polityka – piękne hasła – używane jako maskirowka działań – nieraz wręcz przeciwnych do tych haseł…

  2. Właśnie dochodzą głosy, że Unia Europejska zdecydowała się podpisać z Chinami porozumienie handlowe, zanim następny prezydent USA zostanie zaprzysiężony. Zobaczymy reakcję Joe Bidena na to porozumienie, a może jeszcze Donald Trump zareaguje.
    Jednocześnie na Morze Czerwone wysłano 3 okręty podwodne USA ( w tym jeden z dużą ilością rakiet manewrujących i możliwością działań dywersyjnych oraz okręt podwodny marynarki Izraelskiej.
    W tym samym czasie na Morzu Czerwonym Rosja tworzy bazę wojskową na terytorium Sudanu, w Etiopiii trwa mała wojna domowa, tli się również konflikt o budowę tamy na Nilu, a po drugiej stronie morza trwa konflikt w Jemenie. A do tego USA wycofują siły z Somalii, zaś kraje UE zapowiadają pozostawienie tam swoich wojsk. I teraz widać, że dobrze, że nie mamy marynarki wojennej posiadającej sprawne i nowczesne okręty ekspedycyjne, bo by trzeba je było tam posłać.
    Rosja dokona kolejnego wysiłku militarnego w przyszłym konflikcie zastępczym, pewnie to dobrze dla nas.
    Pewnie swoje trzy grosze dorzuci Turcja, w zasięgu której ( TB-2 sterowane satelitarnie z terytorium Turcji lub z baz w Katarze i Somalii) jest całe Morze Czerwone – zobaczcie jak przewidująco, zaledwie kilka lat temu, stworzyli swoje bazy w Katarze i Somalii – jeszcze nie mieli dronów o takim zasięgu, a planowane drony nie przenoszą cięższego uzbrojenia, ale planują produkcję rakiet menwrujących odpalanych z lądu (Gezgin ) lub z morza (Atmaca ) o zasięgu do 3 000 km i większym ciężarze głowicy, które zagrożą okrętom, sztabom, mostom i innym wrażliwym celom.
    Do kompletu brakuje tylko Chińczyków i Niemców.

    1. Mogę tylko powtórzyć: po podpisaniu CAI [i po skaptowaniu naiwnej Francji przez Berlin] jedyną sensowną opcją zachowania hegemonii dla Białego Domu jest działanie metodą faktów dokonanych – totalna koncentracją sił USA w Europie [z mobilizacją UK i Wschodniej Flanki, a przynajmniej Polski ze Wschodniej Flanki] – przystawienie lufy do skroni Merkel i całkowite złamanie siłą [a właściwie groźbą użycia tej siły] Niemiec. Przygotowanie z Pentagonem [ i ze Wschodnią Flanka] winien już teraz robić na całego Trump – a całą „brudną robotę” wykonać Biden w styczniu. Mówiąc dosadnie – żadnych rozmów – tylko dyktat USA z palcem na spuście. Czyli szokowy Blitzkrieg czy raczej siłowy anschluss Niemiec w jeden dzień – a Merkel w roli Emila Hachy – podpisująca bez słowa podstawiony gotowy papier – czyli „zgodę” na demilitaryzację Niemiec i rozwiązanie Republiki Federalnej na poszczególne landy. Wg mnie – każda inna „miększa” reakcja jest w długim biegu za słaba i przyniesie upadek USA.

Leave a Reply

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *