Oferta Niemiec dla Polski

Rok 2015 z pewnością jest pamiętany przez niemieckich geopolityków oraz polityków. Jest to data, w której Republika Federalna Niemiec straciła kontrolę nad swoją wschodnią strefą buforową. Posypał się zmodyfikowany – ukryty pod unijnym płaszczem – projekt Mitteleuropy. I nie chodzi tutaj tylko o polski zwrot w polityce zagranicznej w stronę Stanów Zjednoczonych. Niemcy stracili również Rumunię, ale i Litwę, Łotwę oraz Estonię. Wcześniej pierwszego wyłomu w niemieckiej architekturze polityczno-gospodarczej regionu dokonał Wiktor Orban. Było to wszystko efektem niczego więcej, jak tylko słabości Niemiec. Naciski na Wiktora Orbana okazały się nieskuteczne, a Stany Zjednoczone bez wysiłku wyciągnęły z niemieckiej strefy politycznych wpływów całą Europę Środkową. Nie trzeba chyba wyjaśniać, jak bardzo uderzyło to w autorytet Berlina w Unii Europejskiej. Dziś asertywność wobec Niemców pokazują Włosi, ale i niewielka Austria. Cały konstrukt Unii Europejskiej i jej spójności chwieje się w posadach. Pytanie brzmi, dlaczego?

W 2012 roku polski Minister Spraw Zagranicznych – Radosław Sikorski, apelował do Niemców, by Ci wzięli na siebie odpowiedzialność za Unię Europejską. By – jako jej największy beneficjent – zaczęły przewodzić. W Berlinie przyjęto te słowa z wielkim zadowoleniem. Chwalono polskiego ministra i przyznano mu rację. Następnie niemieckie władze poszły w zupełnie innym kierunku. Być może doszło do braku zrozumienia, co mogło wyniknąć z różnicy kulturowej. Bowiem w języku polskim przywództwo polega na dawaniu przykładu, braniu na siebie odpowiedzialności oraz samodzielnym wytyczaniu ścieżki, którą następnie podążą inni. W kulturze niemieckiej, przywództwo kojarzyło się dotychczas z silną autorytarną władzą oraz narzucaniem woli przywódcy całej reszcie. Samym wskazywaniu kierunku, w którym mają podążać inni. I dokładnie takim modelem rządzenia Unią zaczęli podążać Niemcy. O ile muszą się oni liczyć ze zdaniem Francji, o tyle względem słabszych tj. Polska czy Węgry, niemieccy decydenci postanowili zastosować pruskie sposoby wprowadzania porządku. Wykorzystując instytucje unijne, siłą i przymusem chcą wpływać na decyzje podejmowane w Budapeszcie czy Warszawie. Efekt traktowania tych stolic, jako członków UE drugiej kategorii, może być odwrotny od zamierzonego. Stosowanie jedynie kija, nie zbuduje trwałych powiązań i pola do współpracy. Niemcy nie chcą zrozumieć, że partnerów należy traktować po partnersku. Wciąż myślą kategoriami: słabsi winni słuchać się silniejszych. To prowadzi Unię na skraj katastrofy, bowiem bez tych licznych słabszych – unia nie będzie istnieć. A to dzięki niej, rośnie niemiecka potęga gospodarcza.

 

Trzeci podbój Europy po niemiecku

Niemcy posiadają nie tylko największą gospodarkę w Unii Europejskiej, ale i najsilniejszą pozycję traktatową. Przysługuje im największa liczba europosłów w Parlamencie Europejskim, a konkretnie 96 spośród ogólnej liczby 705. Niemcy zajmują również największą ilość stanowisk w strukturach unijnych. Od 1 grudnia 2019 roku najważniejszą funkcję przewodniczącego Komisji Europejskiej zajmuje Ursula von der Leyen. Jej jedynym niemieckim poprzednikiem był Walter Hallstein, który złożył urząd w 1967 roku. Co może być odczytywane jako pewien symbol powrotu Niemiec do oficjalnego przywództwa w Unii Europejskiej.

Należy również pamiętać o tym, że Europejski Bank Centralny posiada swoją główną siedzibę we Frankfurcie nad Menem. I powstał w zasadzie na bazie Deutsche Bundesbanku (choć ten wciąż istnieje w okrojonej formie). Natomiast kierownictwo nad EBC sprawowali dotąd: Holender, Francuz i Włoch. Obecnie prezesem tego banku jest Francuzka – Christine Lagarde. Co każe dostrzegać polityczne ustępstwa Berlina na rzecz najważniejszych partnerów.

Republika Federalna Niemiec powoli, choć systematycznie wzmacnia swoją pozycję gospodarczą w Unii Europejskiej. W 2008 roku PKB Niemiec stanowiło 19,6% całego PKB UE. Dziś udział Niemców wynosi ponad 21%. Co oznacza korzystną tendencję, a także dowodzi, że projekt europejski służy niemieckiej gospodarce. Pomimo faktu, że RFN wpłaca do unijnego budżetu najwięcej, bo ponad 25 mld euro rocznie, a otrzymuje w bezpośrednich dotacjach ponad połowę mniej – ok. 12 mld euro rocznie. Jednak same przepływy pieniężne pomiędzy Berlinem a Brukselą nie pokazują wszystkiego. Bowiem niemieckie firmy posiadają tak mocną pozycję w Europie Środkowowschodniej, że z każdego jednego euro dotacji udzielonej Polsce, do Niemiec wraca aż 86 centów, co przyznał niemiecki komisarz ds. budżetu i zasobów ludzkich – Günther Oettinger (a wg. Johannesa Hahna, byłego komisarza ds. polityki regionalnej, w 2012 roku było to nawet 89 centów). Jeszcze korzystniej dla Berlina wygląda to w przypadku państw bałtyckich czy reszty państw Grupy Wyszehradzkiej, gdzie zwroty przekraczają 90%. Jest to spowodowane m.in. faktem, że inwestycje w infrastrukturę refinansowane z UE są powierzane firmom z Niemiec.

Z zalet wspólnego rynku i otwartych granic korzystają niemieccy producenci. Bliskość RFN do państw byłego Bloku Wschodniego dała niemieckim firmom olbrzymią przewagę. Po upadku ZSRR i rozpadzie Bloku Wschodniego, powstały niepodległe, demokratyczne państwa o kapitalistycznym modelu gospodarczym. Największym ich zmartwieniem był jednak… brak kapitału. I państwowego, ale i przede wszystkim tego w sektorze prywatnym. Wykorzystały to koncerny i większe firmy z zachodu, które dysponując sporą ilością gotówki liczonej w dużo silniejszej walucie, czuły się na rynkach środkowoeuropejskich jak na przecenach. Jednak w miejsce wykupywanych zakładów państwowych, powstawały kolejne. Prywatne. Intensywnie rosła klasa średnia i mały biznes. Na początku XXI wieku sektor prywatny w regionie ustabilizował się i zaczął nabierać siły. Bowiem to co wcześniej pozwalało zachodniej konkurencji zdobyć olbrzymią przewagę, stało się też dużym atutem firm lokalnych. Słaba waluta i niskie koszty własne pozwoliły eksporterom z Europy Środkowej rozwinąć się i zacząć konkurować z drogimi produktami z zachodu. Jednak wówczas poszerzono Unię Europejską i za cenę doraźnych dotacji, nowi członkowie otworzyli swoje rynki dla zagranicznych inwestorów. Innymi słowy, wymieniono wędkę na rybę. Zachodnie firmy – korzystając z otwartych granic – przeniosły zakłady produkcyjne do Europy Środkowej. Efekt był taki, że koszty produkcji znacząco im spadły. Bowiem np. w niemieckich fabrykach pracowali Polacy, Węgrzy, Czesi czy Słowacy za stawki odpowiadające lokalnym warunkom. Tym samym, lokalni przedsiębiorcy utracili atut niższej ceny dla własnych produktów. Jednocześnie nie dysponowali tak dużym kapitałem i potencjałem jak zagraniczne koncerny. Te drugie, dzięki większemu wolumenowi sprzedaży mogły stosować niższe marże. I pozbyć się niewygodnej konkurencji. Tak oto, niemiecki przemysł zawojował Europę i Świat, ograniczając europejską konkurencję, zmniejszając koszty i stając się konkurencyjnym cenowo na światowych rynkach.

Ponadto dzięki zniesieniu barier handlowych i unifikacji europejskich rynków, do Niemiec każdego roku płynie szeroka rzeka kapitału. Niemiecka gospodarka będąca jednocześnie największym eksporterem dóbr w Europie, wręcz wysysa gotówkę z całej strefy euro. Za każdym razem gdy np. Portugalczyk, Hiszpan, Grek czy Irlandczyk kupi niemieckie: samochód, zabawkę dla dziecka czy maszynkę do golenia, zyski ze sprzedaży są transferowane do niemieckich producentów. Bez potrzeby uiszczania ceł. Co istotne, niemiecki producent może zarobione w Grecji euro wypłacić i wydać w Niemczech. Lub w którymkolwiek innym państwie ze strefy euro. W ten sposób, mniejsze i słabsze krajowe rynki europejskie, które posiadają ujemny bilans handlowy, z każdym rokiem tracą kapitał. Niemcy z kolei zyskują. Proces ten nasila się, bowiem południowcy odzyskiwali część traconego kapitału dzięki zyskom z turystyki. Jednak w dobie migracji ludności z regionów pogrążonych w chaosie,  a także gospodarczego kryzysu, a także pandemii, sektor turystyczny jest tym, który cierpi najbardziej. A wraz z nim cierpią: Portugalia, Hiszpania, Włochy czy Grecja.

Nieco inaczej sprawa wygląda w przypadku państw należących do UE, ale nie operujących w eurowalucie. Gdy dla przykładu Polak kupi w Polsce mercedesa, to płaci za niego złotówkami. By w tym przypadku skonsumować zysk gdziekolwiek indziej niż w Polsce, producent musi najpierw wymienić złotówki na euro. Ponieważ nie zapłaci za chleb w niemieckim sklepie w polskiej walucie. Ta jest akceptowalnym środkiem płatniczym tylko na terenie Polski. Tym samym, producent ma dwa wyjścia. Albo zarobione złotówki wydać na inwestycje w Polsce (np. budując lub rozbudowując tam fabryki), albo sprzedać złotówki i zakuć euro. Przy czym w tym drugim przypadku, musi znaleźć się ktoś, kto będzie chciał złotówki kupić, a sprzedać euro. Tym kimś są najczęściej polscy eksporterzy, którzy zarabiają w euro, ale chcą konsumować zyski w Polsce. Płacąc złotówkami. Między innymi dlatego, na polskim rynku nie zabraknie złotówek, natomiast na greckim rynku w czasie kryzysu brakowało euro. Przy czym w dobie kryzysu – takiego jak choćby w trakcie gospodarczego lockdownu spowodowanego pandemią COVID-19 – Narodowy Bank Polski może dokonać dodruku pieniądza (konstytucyjnie jest to wprawdzie zabronione, niemniej jest to łatwo wykonalne, czego dowiodło szybkie uruchomienie subwencji z Tarczy Finansowej wypłacanych przez Polski Fundusz Rozwoju). Natomiast Grecy nie mogą drukować euro. Europejski Bank Centralny znajduje się bowiem w Niemczech. I to ten bank kontroluje tzw. luzowanie ilościowe. Dlatego właśnie Niemcy chętnie przywitaliby Polaków w strefie euro, natomiast władze z Warszawy zwlekają z jasnym określeniem się, kiedy Polska miałaby do niej przystąpić.

Istotną rolę w całej ekonomicznej układance pełni również kurs waluty. Gdy wprowadzano euro, niemiecka marka była znacznie od niego silniejsza. To sprawiało, że niemieckie produkty były niezwykle drogie na światowym rynku. Gdy władze z Berlina przyjęły walutę euro, natychmiast przystąpiły do eksportowej ofensywy. To był pierwszy i chyba najważniejszy impuls do niebywałego wzrostu niemieckiej gospodarki oraz bogactwa. Nie przeszkodziły w tym znacznie koszty związane z integracją Republiki Federalnej Niemiec z Niemiecką Republiką Demokratyczną. Gdyby dziś projekt wspólnej unijnej waluty się rozpadł, niemiecka narodowa waluta z pewnością byłaby znacznie silniejsza. Co uderzyłoby w krajowy eksport, a więc i gospodarkę, której połowę PKB generuje właśnie handel międzynarodowy. Tymczasem kurs euro osłabiany jest przez wyniki greckiej, portugalskiej, hiszpańskiej czy nawet włoskiej gospodarki. Te cierpią, ponieważ dla nich kurs wspólnotowego pieniądza jest z kolei za wysoki (z uwagi na siłę niemieckiej gospodarki). Co hamuje ich rozwój, a więc i nie pozwala konkurować z Niemcami.

Warto przytoczyć wyniki badań Centrum Polityki Europejskiej we Fryburgu z pracy: „20 lat euro: zwycięzcy i przegrani”, wg których dane z 20 lat (1999-2017) świadczą o tym, że tylko dwa kraje w strefie euro zyskały na wprowadzeniu wspólnej waluty. Są to Niemcy, które zarobiły najwięcej, bo aż 1,9 biliona euro oraz Holandia (ok. 350 mld euro zysku). Grecja wyszła mniej więcej na zero. Reszta państw poniosła straty. Największe dotyczą Włoch i Francji. Rezygnacja z liry kosztowała Włochów potężną sumę 4,3 biliona euro, natomiast utrata franka wyceniona została aż na 3,6 biliona euro. Co istotne, ogólny bilans  wprowadzenia euro (sumując zyski i straty) jest ujemny. Łącznie kraje strefy euro poniosły straty w wysokości 6,4 biliona euro. Innymi słowy. Wspólna waluta osłabia Europę jako całość, natomiast niezwykle mocno wspiera niemiecką gospodarkę. Nie powinno więc dziwić, że Włosi od kilku lat grożą wyjściem ze strefy euro i powrotem do liry, jeśli Niemcy nie zgodzą się na to, by Europejski Bank Centralny za dodrukowane euro skupował włoskie długi. Tak z sektora państwowego (obligacje) jak i z prywatnego.

Jednak i to nie ukazuje wszystkich niemieckich korzyści ze stworzenia Unii Europejskiej. Bowiem niemiecka gospodarka zarabia jeszcze pośrednio na decyzjach politycznych. Niemcy mają duży wpływ na to, jakie programy i cele są dotowane z Unii. W pierwszych latach członkostwa Polski w UE, finansowanie na infrastrukturę drogową dotyczyło w pierwszej kolejności szlaków komunikacyjnych wschód-zachód. Prowadzących z Niemiec do Rosji i na Ukrainę. Polska budowała więc drogi łączące niemieckie fabryki ze wschodnimi gospodarkami. Tymczasem szlaki komunikacyjne na linii północ-południe (łączące Bałkany z Bałtykiem), które wzmocniłyby znaczenie polskiej gospodarki i polskich portów morskich kosztem interesów niemieckich nad Morzem Bałtyckim – czekały całe lata na swoją kolej.

Starsi czytelnicy z pewnością pamiętają kampanię na rzecz przeorientowania gospodarek państw byłego Bloku Wschodniego na „nowoczesny” model. W ramach tej kampanii przekonywano, że należy zrezygnować z produkcji i postawić na usługi. Programy dotacji unijnych były w dużej mierze zakrojone na promowanie tego rodzaju działalności. Dofinansowywane były wszelkiego rodzaju szkolenia, mające na celu podnoszenie kwalifikacji zawodowych. Oczywiście w tym samym czasie niemiecka gospodarka wciąż stawiała na „przestarzały” model rozwijania przemysłu i produkcji. Z drugiej strony, pod pretekstem unijnych restrykcji, zakazywano dotowania zakładów przemysłowych przez nowe państwa członkowskie. W czasie, gdy – ze względu na Unię Europejską – władze z Warszawy zablokowały wsparcie dla m.in. stoczni w Szczecinie, decydenci z Meklemburgii-Pomorza Przedniego udzielali pomocy dla konkurencyjnych względem niej własnych stoczni w Wolgaście i Stralsundzie. Gdy polskie stocznie upadły, niemieckie zakłady nad Bałtykiem wróciły na tor rozwoju. Wszystko za zgodą Komisji Europejskiej.

Dobrym przykładem instrumentalnego prowadzenia spraw unijnych jest też polityka klimatyczna. Nie jest tajemnicą, że Niemcy są producentami paneli fotowoltaicznych oraz wiatraków do elektrowni wiatrowych. Panele fotowoltaiczne pierwszych generacji były jednak bardzo mało efektywne. Dekadę temu inwestycje w te instalacje były nieopłacalne. Wobec czego wprowadzono szereg ulg oraz programów z dofinansowaniem, dzięki którym sektor prywatny dał się przekonać do energetycznych farm słonecznych i wiatrowych. Biznes nie wyszedł tak dobrze jak oczekiwano, bowiem na rynek energii odnawialnej z powodzeniem weszły firmy chińskie. Oferując znacznie tańsze produkty i wypierając niemieckich producentów z ich własnego, europejskiego rynku. Niemniej Unia Europejska, a w tym głównie Niemcy, wciąż naciska kraje uboższe Unii na przestawienie się na odnawialne źródła energii. Pomimo faktu, że RFN jeszcze w 2019 roku była największym producentem energii pozyskiwanej z węgla, a w 2020 roku otworzono nową elektrownię węglową Datteln IV. Niemcy doskonale radzą sobie w UE nie tylko na pułapie instytucjonalnym, ale i w inicjatywach na samych dole. Po niemieckiej stronie Nysy Łużyckiej od 1974 roku funkcjonuje kopalnia odkrywkowa węgla brunatnego, która zaopatruje pobliską elektrownię w Jaenschwalde. To czwarty największy emitent dwutlenku węgla w całej Europie. Okazało się, że eksploatowane przez Niemców złoże rozciąga się również po polskiej stronie granicy. Od 2009 roku Polacy bezskutecznie starają się o uruchomienie własnej kopalni. Przeszkodą są liczne inicjatywy i protesty społeczne, w które bardzo mocno zaangażowała się strona niemiecka. Biorąc pod uwagę te okoliczności należy zadać podstawowe pytanie, czy naprawdę chodzi tutaj o ochronę środowiska?

Wyjaśnić w tym miejscu należy, że wytwarzanie energii z kopalin jest zwyczajnie tańsze. Tańsza energia oznacza mniejsze koszty produkcji, a więc większą konkurencyjność na rynku. Tymczasem od dekad, bogatsze i większe kraje Unii zwalczają tańszą konkurencję ze wschodu. Niska cena, której powodem są niższe płace i koszty produkcji, jest jedną z nielicznych, jak nie jedyną przewagą gospodarek państw Europy Środkowowschodniej nad gospodarkami z zachodu Europy. Stan ten jednak ulega zmianie. W drodze politycznych decyzji zmusza się do korzystania z droższej energii, podwyższania płac i zwiększania kosztów prowadzenia działalności pod pretekstem wprowadzania wysokich standardów jakości oraz ochrony środowiska. Ta ostatnia kwestia jest oczywiście niezwykle istotna, jednak trudno oprzeć się wrażeniu, że jest jedynie pretekstem i narzędziem do wzmacniania niemieckiej gospodarki przy jednoczesnym osłabianiu unijnej konkurencji. Co może zaszkodzić nie tylko samej idei ochrony środowiska, ale i spójności oraz integralności UE.

 

Solidarność solidarnością, a biznes jest biznes

Niewątpliwym jest, że projekt Unii Europejskiej jest dla Niemiec niezwykle korzystny i opłacalny. Gdyby tak nie było, władze z Berlina naciskałyby na rozwiązanie UE, a nie na jej dalszą integrację. Niemcy są na tyle silni, by nadawać ton Unii oraz kontrolować poprzez jej instytucje kierunek rozwoju innych jej członków. Przy jednoczesnym ignorowaniu narzuconych przez siebie, krępujących gospodarkę i politykę zasad i reguł. Jednak stosowanie podwójnych standardów sprawia, że pierwszy zachwyt i zauroczenie projektem unijnym prysło. Zwłaszcza wśród państwa Europy Południowej i Środkowowschodniej.

Na tle waluty euro zarysował się konflikt między Włochami i Francuzami, a Niemcami. Bowiem luzowanie ilościowe w strefie euro oznacza wzrost inflacji (a więc wzrost cen za towary i usługi). To z kolei oznacza, że koszty związane z obsługą długów zostałyby niejako przerzucone – poprzez inflację – na Niemców. Wzrost cen niemieckich towarów oznacza mniejszą konkurencyjność na światowych rynkach, a więc zmniejszenie wpływów z eksportu. Ponadto należy przypomnieć, że w Niemczech inflację zaczęło wywoływać jeszcze inne zjawisko. Wzrost produkcji i zmniejszenie bezrobocia do minimalnych poziomów doprowadziło do deficytu na rynku pracy. Pracodawcy zaczęli konkurować o pracowników, podwyższając pensje (również w zakładach zlokalizowanych w krajach dawnego Bloku Wschodniego). Wyższe wynagrodzenia oznaczały wzrost cen, a więc inflację. Droższa produkcja oznaczała mniejszą konkurencyjność niemieckich towarów. Wobec czego Europejski Bank Centralny zapowiedział w 2017 roku walkę z inflacją narzędziami systemowymi. Czyli wstrzymaniem luzowania ilościowego. To z kolei oznaczało katastrofę dla innych mocno zadłużonych państw strefy euro. Spór o politykę monetarną EBC trwał niemal trzy lata, do czasu, gdy na skutek gospodarczego lockdownu spowodowanego pandemią COVID-19, Niemcy zgodzili się na ponowny dodruk pieniądza i ratowanie gospodarek strefy euro.

Należy także podkreślić, że pomimo tego, że państwa strefy euro posługują się wspólną walutą, oprocentowanie ich obligacji państwowych jest różne. W 2018 roku rentowność niemieckich obligacji 10-letnich spadła niemal do zera, natomiast włoskie obligacje były oprocentowane w październikowym szczycie na blisko 3,5%. Oznaczało to, że państwo włoskie zadłużając się, zobowiązywało się spłacać odsetki od obligacji w wysokości 3,5%, podczas gdy Niemcy odsetek od sprzedawanych w tym czasie obligacji nie płacili wcale (później rentowność niemieckich papierów wartościowych spadła wręcz do ujemnych poziomów). Różnica ta wynika z faktu, że włoska gospodarka jest w tak tragicznym stanie, że gdyby włoskie obligacje były wycenione tak samo jak niemieckie, nikt nie chciałby Włochom pożyczać pieniędzy (skupować ich obligacji). Tak więc Włosi płacą znacznie większe odsetki od zadłużenia niż Niemcy. Natomiast muszą posługiwać się tą samą walutą, której wysoki kurs uderza w ich gospodarkę, czyniąc ją mniej konkurencyjną w stosunku do niemieckiej. To dlatego włoski rząd w maju 2020 roku tak bardzo nalegał na wyemitowanie wspólnych euroobligacji za sprzedaż których można by wesprzeć gospodarki poszczególnych krajów dotkniętych przez skutki pandemii (a konkretnie zamknięcia gospodarek). Chodziło o to, że unijne obligacje nie tylko byłyby spłacane przez wszystkich członków UE (nazwano to uwzspólnieniem długu), ale ich oprocentowanie byłoby niższe niż obligacji włoskich. I wyższe, niż obligacji niemieckich.

 

Metoda kija

Władze z Berlina – regularnie od 2015 roku – okładają Warszawę (ale i Budapeszt) unijnym kijem. Wszczęto procedury dotyczące praworządności w Polsce, a także straszy się wprowadzeniem uzależnienia wypłat dotacji unijnych od spełnienia kryterium praworządności. Cios zadano również polskiemu biznesowi, a konkretnie przewoźnikom, których działalność ma objąć tzw. pakiet mobilności. Jest to kontynuacja niemiecko-francuskich regulacji krajowych, które miały na celu obniżenie konkurencyjności polskich firm transportu drogowego. Na Polskę wywiera się również presję w zakresie sektora energetycznego. Mimo, że w 2019 roku Niemcy były największym producentem energii pochodzącej z węgla, to Polska ma zrezygnować z tego surowca.

Stosowanie wyłącznie metody bicia kijem jest doskonałą metodą na zniechęcenie polskiego sąsiada. Fatalną, by go przekonać do politycznej współpracy, a już z pewnością nie da się Polaków zwyczajnie podporządkować. Nie udało się to jeszcze nikomu, nawet pomimo faktu, że niepodległa Polska istniała tylko przez 50 lat z ostatnich 225. Niemcy jak nikt inny powinni się wreszcie nauczyć, że przy pomocy siły nie da się nad Wisłą niczego osiągnąć i utrzymać na dłuższą metę. Warto natomiast wskazać, że Polacy są z kolei świetnym materiałem na sojusznika i partnera. Unia polsko-litewska istniała od 1385 do 1795 roku, czyli przez 410 lat. To najdłuższa i najbardziej trwała tego rodzaju współpraca w historii Starego Kontynentu. Unia Europejska obchodzić będzie niedługo dopiero 30-lecie i już teraz widać poważne rysy mogące ją podzielić. Tajemnica sukcesu tkwi w równym traktowaniu członków unii. Kolejne traktaty polsko-litewskie zrównywały polską i litewską szlachtę w prawach. Uznawano również prawa licznych mniejszości: Rusinów, Białorusinów, Żydów, Bałtów i Niemców. Na tronie Polski zasiadali królowie z litewskiego rodu Jagiellonów, a także pochodzenia: węgierskiego (Stefan Batory), ruskiego (Michał Korybut Wiśniowiecki), niemieckiego (dynastia Sasów), szwedzkiego (Zygmunt III Waza), a nawet francuskiego (Henryk III Walezy).  Rzeczpospolita Obojga Narodów była najbardziej liberalnym tworem politycznym w ówczesnej Europie i tylko dlatego przetrwała w jedności ponad cztery wieki. Tymczasem polityka wewnętrzna Unii Europejskiej zaczyna stosować metody gestapo. Zamiast liberalizmu, narzucany jest model podporządkowania się odgórnie ustalanym regulacjom pod groźbą sankcji. Unia Europejska nie ma szans powtórzyć sukcesu unii polsko-litewskiej, jeśli będzie jej członkowie będą dzieleni na lepszych i gorszych, a ci pierwsi będą narzucali tym drugim reguły, do których sami się nie stosują.

     Jeśli Republika Federalna Niemiec chce rzeczywiście odzyskać kontrolę nad Unią Europejską oraz wyprzeć wpływy USA ze Starego Kontynentu, to musi przestać grozić i zacząć składać dobre oferty. Polacy, Rumuni, państwa bałtyckie, a także skandynawskie zaczęły obawiać się Federacji Rosyjskiej. Kwestie bezpieczeństwa na wschodnim pograniczu Unii Europejskiej stały się dalece ważniejsze niż korzyści gospodarcze. Tymczasem Republika Federalna Niemiec nie posiada realnych zdolności i potencjału do złożenia wiarygodnych gwarancji w tym zakresie. Wojska Stanów Zjednoczonych stacjonują w dużej ilości w samych Niemczech, ale i zostały wysłane na tzw. wschodnią flankę NATO. I nie chodzi tutaj nawet o wielkość kontyngentu wojskowego, ale o sam fakt. Wymienione wyżej kraje czują się znacznie bezpieczniej wiedząc, że Amerykanie są z nimi na pierwszej linii frontu. USA dało sygnał, że w przypadku ataku Rosjan, weźmie w wojnie udział. To Waszyngton zmobilizował NATO do obecności sojuszu w Polsce, Litwie, Łotwie i Estonii. Niemcy w tym czasie kontynuowali interesy z Rosją i budowali gazociąg Nord Stream II. Przedkładając interesy polityczno-gospodarcze nad bezpieczeństwo unijnych partnerów.

Historia w relacjach polsko-niemieckich

W polityce międzynarodowej nie liczą się tylko i wyłącznie gospodarka, geografia i interesy. Tak jak w biznesie, liczy się  również zaufanie do drugiej strony oraz historia transakcji z danym kontrahentem. Doskonały przykładem na to są relacje polsko-niemieckie. Polskie społeczeństwo doświadczone historią, jest mocno wyczulone na sytuacje, w których ktoś obcy zamierza oceniać co jest w Polsce dobre, a co złe. I mieszać się w sprawy wewnętrzne kraju, którego niepodległość kosztowała tak wiele. A już szczególną nieufność u Polaków wzbudza fakt, że to właśnie Niemcy zamierzają ich uczyć praworządności. Jeśli narody rzeczywiście posiadają swoje charaktery, a społeczeństwom można przypisać pewne dominujące wśród ich członków cechy, to wśród Polaków króluje nieustępliwość wobec przymusu i agresji. Wykształcona w czasie: 123 lat zaborów, wojny polsko-bolszewickiej z lat 1919-1920, wojny obronnej z 1939 roku oraz w czasie krwawej niemieckiej okupacji wojennej, a także sowietyzacji kraju po II Wojnie Światowej. Oczywiście można Polakom zarzucać sentymentalizm w relacjach z Niemcami i Rosją. Jednak jest on całkowicie uzasadniony oraz osadzony w historii relacji z tymi państwami. Polacy nigdy nie przejdą do porządku dziennego nad faktem, że w latach 1939-1945 zamordowano blisko 6 milionów polskich obywateli, co stanowiło aż 1/5 ogółu ludności II Rzeczpospolitej Polskiej. Co piąty obywatel II RP został zabity. Zaledwie 10% ofiar poległo wskutek działań wojennych. Cała reszta to byli cywile rozstrzeliwani na ulicach, mordowani w obozach i katowani w przymusowych zakładach pracy. Połowę ofiar stanowili rdzenni Polacy, przy czym Niemcy (podobnie jak Rosjanie) dokonywali egzekucji często w sposób selektywny. Wybierając elity narodu. Zabita została trzecia część wszystkich polskich naukowców, nauczycieli, lekarzy, prawników i księży. W Polsce nietrudno jest znaleźć osobę, której przodek był ofiarą ludobójstwa. Ten przerażający bagaż historyczny wydaje się dziś zupełnie nieistotny. Jednak wydarzeń tych nie da się zapomnieć. Nic więc dziwnego, że ilekroć Niemcy zrobią groźną minę, tylekroć w Polsce bije się na alarm. Jest to zupełnie naturalne i logiczne. Oczywistym jest, że gdy przy jednym stole biznesowym spotykają się dawny złodziej i oprawca oraz jego ofiara, to podejrzliwość u tej drugiej jest jedynie przejawem zdrowego rozsądku i przezorności. Zwłaszcza, gdy szkody nie zostały w żaden sposób zrekompensowane. Gdy zaś były oprawca sięga w takiej sytuacji do kieszeni po chusteczkę, może to zostać odebrane jako próba wyciągnięcia ukrytego pistoletu. W takiej sytuacji, bez wątpienia odpowiedzialność za powodzenie przyszłych rozmów oraz za właściwe odczytanie intencji przez drugą stronę, ciąży na stronie silniejszej. I tej, która z racji dawnych czynów, winna udowodnić swoje uczciwe zamiary.

Niemcy powinni brać ten czynnik pod uwagę, bowiem również od niego zależą relacje między krajami. Polska jest ważnym partnerem dla Niemiec tak gospodarczo, jak i politycznie (i vice versa). A to wokół niej Amerykanie starają się zbudować blok polityczny, który pilnowałby interesów Waszyngtonu w Europie Środkowowschodniej. Obranie złych metod perswazji, może kosztować Niemców rozpad Unii Europejskiej.

 

Armia Europejska rozwiązaniem problemów?

Oprócz gospodarczych profitów, Republika Federalna Niemiec notuje również spore oszczędności z tytułu funkcjonowania Unii Europejskiej. Przystąpienie Polski do NATO, ale i do UE, zabezpieczyło Niemcom wschodnią granicę. W efekcie, Berlin nie musi ponosić wysokich kosztów bieżącego utrzymania silnej i gotowej do działania armii. Niemcy wydają na zbrojenia jedynie 1,23% PKB pomimo tego, że wchodzą w skład NATO i obowiązuje ich 2% limit. Innymi słowy, Berlin wydaje niemal dwukrotnie mniej niż powinien na zbędne w czasie pokoju i prosperity zbrojenia. Zaoszczędzone w ten sposób środki mogą zostać wykorzystane w inny sposób. Tymczasem Polska (ale i Rumunia, państwa bałtyckie oraz skandynawskie), z uwagi na zagrożenie rosyjskie, musi przeznaczać znaczne kwoty na wydatki zbrojeniowe.

Rozwiązaniem kwestii bezpieczeństwa europejskiego nie będzie francuska oferta gwarancji bezpieczeństwa na tzw. wschodniej flance NATO. Po pierwsze dlatego, że Francuzi nie posiadają wspólnoty interesów z państwami tej flanki w polityce zagranicznej względem Rosji. Po drugie, z uwagi na swoje zaangażowanie w basenie Morza Śródziemnego oraz w Afryce, nie posiadają potencjału do realnego wsparcia Europy Środkowej.

Oczywiście powyższy wywód nie zmierza do tego, że to Niemcy powinny zbudować potężną armię, którą wysłaliby do stacjonowania np. w Polsce. Dawna ofiara nie poczuje się bardziej bezpieczna, gdy jej oprawca ponownie zakupi pistolet i obieca, że tym razem skieruje lufę w inną stronę. Europa nie może pozwolić sobie na trzecią militaryzację Niemiec. Jednak Berlin musi zacząć ponosić koszty utrzymania bezpieczeństwa Unii Europejskiej. Zwłaszcza, że jest jej największym beneficjentem. Armia Unii Europejskiej byłaby doskonałym narzędziem pod warunkiem, że nie byłaby dowodzona przez Niemców. Ta konstatacja z pewnością jest niewygodna dla elit z Berlina, podobnie jak fakt, że RFN finansowałoby siły, na które nie miałoby wpływu. To jest jednak koszt braku zaufania do Niemców, na które sobie wcześniej zasłużyli. Jednocześnie tego wymaga bezpieczeństwo i stabilność Unii Europejskiej. To jest właśnie przywództwo. Ponoszenie kosztów i wzięcie na siebie odpowiedzialności. Również w kwestiach bezpieczeństwa. To na Niemcach ciąży obowiązek skonstruowania armii UE w takim kształcie, by czuli się bezpiecznie zarówno Portugalczycy, jak i Łotysze. Oddanie przywództwa Francuzom nie rozwiąże problemu, bowiem Paryż nigdy nie zrozumie dylematów bezpieczeństwa dotyczących państw graniczących z Federacją Rosyjską. Tak jak i państwa te niekoniecznie muszą rozumieć francuskich interesów w Afryce. Dlatego wydaje się, że europejska armia powinna zostać podzielona na flanki, za które odpowiedzialne byłyby różne grupy państw. Utworzenie wschodniej flanki UE – na budżet której składałaby się Republika Federalna Niemiec – miałoby wiele pozytywnych aspektów. Dowództwo należałoby do państw regionu, które w ten sposób czułyby się bezpieczne i nie miałyby obaw przed wzrostem potęgi militarnej Niemiec. Berlin z kolei zabezpieczyłby swoje wschodnie granice finansując rozwój i modernizację sił Europy Środkowowschodniej. Nie istnieje chyba lepszy sposób na odbudowę wcześniej utraconego zaufania jak to, gdy dawny napastnik wręcza pistolet swojej ofierze. Nie na darmo motyw ten często wykorzystywany jest w filmografii.

 

Przewodzić, a nie wydawać rozkazy

        Jeśli Niemcy chcą osiągać korzyści z Unii Europejskiej w taki sposób jak dotychczas, muszą zacząć przewodzić, a nie dominować. Inaczej ten kruchy konstrukt może się rozsypać. Członkowie strefy euro zorientowali się jak destruktywnie na ich gospodarki działa wspólna waluta. Kraje graniczące z Federacją Rosyjską nabrały przekonania, że Unia nie jest zainteresowana inwestycją w ich bezpieczeństwo. Ba, takiego przekonania nabrały również Grecja i Włochy, które nie otrzymały wsparcia w czasie kryzysu migracyjnego. Niemcy i Francja nie zamierzały partycypować w kosztach uszczelniania morskiej granicy UE na Morzu Śródziemnym pozostawiając południowców zdanych na własne siły. To wszystko sprawia, że za wyjątkiem Francji, państw Beneluksu oraz Niemiec, wszyscy inni czują się w Unii Europejskiej jak członkowie drugiej kategorii. Zanika również wspólnota interesów, a ta jest niezbędna do utrzymania Unii Europejskiej w całości. Winą za to obarczane są wprawdzie państwa, które nie chcą podążać zgodnie z linią ustaloną w Paryżu czy Berlinie. Jednak największa odpowiedzialność za UE ciąży na jej największych i najbardziej wpływowych członkach. To oni powinni wyciągać rękę i szukać porozumienia. Zwłaszcza, że zamierzają zmieniać reguły gry w czasie jej trwania. Unia Europejska jeszcze 15 lat temu miała zupełnie inny kształt. Nowi członkowie przystępowali do UE akceptując istniejące warunki (formę prawną oraz regulacje), a także godząc się na pewne ryzyka (związane z otwarciem rynków i spodziewaną ekspansją na nich bogatszych podmiotów z zachodu). W zamian za to, obiecano im doraźne korzyści w formie dotacji, które miały zrekompensować spodziewane straty. Dziś, Niemcy zdominowali słabsze unijne gospodarki z czego czerpią ogromne zyski. Jednocześnie chcą narzucać nowe regulacje i wymagania, a także federalizować Unię, co de facto prowadzić będzie do podporządkowania politycznego jej mniejszych członków względem tych najsilniejszych. Zamiast oferować coś w zamian, elity z Berlina przekonują do nowej koncepcji za pomocą nacisków polityczno-gospodarczych.  Co budzi zrozumiały sprzeciw tak u Greków, Włochów, Węgrów, Polaków i innych. Sprzedając koncept wspólnoty i solidarności europejskiej, Niemcy i Francuzi kierują się zasadą partykularnych interesów narodowych. Cynizm ten został dostrzeżony, dlatego każda próba pogłębienia integracji europejskiej może przynieść efekt odwrotny do zamierzonego. Bowiem będzie odczytywana – słusznie zresztą – jako zagrożenie dla interesów słabszych państw UE.

Zamiast kolejnego strukturalnego i sztucznego przepoczwarzenia Unii, Niemcy i Francuzi powinni stworzyć wspólnotę interesów. Zaproponować na przykład wspólną politykę energetyczną, a więc negocjowanie umów na dostawy surowców od państw trzecich na tych samych warunkach dla wszystkich członków. Dawałoby to przecież doskonałą pozycję negocjacyjną z ewentualnymi dostawcami. Duży kontrakt pozwala na uzyskanie dużych zniżek. Tego rodzaju polityka jest jednak dla Niemiec nieopłacalna. Bowiem gdy Berlin wynegocjuje własne, znacznie niższe ceny dostaw gazu od Rosji niż inni członkowie UE, to niemiecka gospodarka będzie zaopatrywana w tańszą energię. Co oznacza, że będzie bardziej konkurencyjna niż gospodarki pozostałych państw UE, które płaciłyby za import gazu lub ropy drożej. Okoliczności te sprawiają, że Republika Federalna Niemiec posiada nieustający konflikt interesów z pozostałymi członkami Unii. Co skłania wręcz władze Berlina do porozumień z państwami trzecimi wycelowanym przeciwko interesom innych członków Unii. Tak właśnie było z projektem gazociągu Nord Stream i Nord Stream II. Ukończenie tego drugiego pozwoliłoby Rosjanom transferować gaz do Niemiec bez pośrednictwa Polski. W przypadku braku alternatyw, Warszawa musiałaby się godzić na cenowe warunki narzucone przez Moskwę. Tymczasem im większa różnica w cenach między gazem sprzedawanym do Niemiec, a tym transferowanym do Polski, tym niemiecka gospodarka jest bardziej konkurencyjna względem polskiej. Oczywiście za Polskę, można tu podstawić dowolnie inny kraj, niemniej na przykładzie Polski najłatwiej jest omawiać politykę niemiecką wobec słabszych partnerów. Bo spośród nich, Warszawa jest: najbliższa, najważniejsza i najbardziej cenna dla Niemiec. Stąd tak olbrzymie zaangażowanie Berlina w sprawy nad Wisłą.

 

Polskie oczekiwania

Niemcy straciły Europę Środkową nie tylko dlatego, że Stany Zjednoczone okazały się od nich silniejsze. Stało się tak, ponieważ Republika Federalna Niemiec nie traktowała innych członków UE jak równorzędnych partnerów. Niemcy nie złożyły nigdy korzystnej oferty, która prowadziłaby do sytuacji win-win. Wszelkie mechanizmy w Unii Europejskiej działają na korzyść niemieckiej gospodarki i interesów politycznych. Wskazać należy, że polskie rządy z lat 2007-2015 były chyba najbardziej proniemieckimi władzami w Warszawie w całej znanej nam tysiącletniej historii Polski. Mimo tego, to właśnie wówczas Niemcy zbudowali gazociąg Nord Stream uderzając w polskie interesy.

Posiadając alternatywę w postaci Waszyngtonu, Polska przestała być podatna na polityczne naciski ze strony Berlina i Brukseli. Takie są fakty i choćby z tegoż względu, Niemcy, chcąc wyprzeć Amerykanów z Europy, powinny złożyć dobrą ofertę współpracy. Skoro Niemcy chcą być traktowani na równi z Amerykanami, ich oferta powinna zawierać aspekty związane z wypełnieniem luki po ewentualnym wyjściu hegemona z Europy. Ponadto Berlin musi pokazać, że jest zdolny przeciwstawić się Waszyngtonowi, a więc prowadzić całkowicie niezależną politykę oraz brać na siebie odpowiedzialność za innych. Przeciągać ich do swojego obozu. Stanowić siłę grawitacyjną zdolną zneutralizować wpływy USA. Dotychczas tego nie było zupełnie widać. Jeśli jednak Niemcy czują się na tyle mocni, by rzeczywiście stworzyć na kanwie UE nowy światowy biegun siły międzynarodowej, to dobrze jest więc zastanowić się, jaka oferta nakazywałaby polskiej stronie poważne rozważenie propozycji oraz zaufanie stronie niemieckiej, że ta wypełni swoje zobowiązania:

  1. Rezygnacja z ukończenia Nord Stream II – to jest warunek sine qua non, ponieważ projekt ten mocno uderza w polskie (i nie tylko) interesy, wzmacnia pozycję Rosji względem wszystkich państw Mięrzymorza, a przede wszystkim tą rezygnacją Niemcy pokazaliby, że ich oferta jest poważna, są gotowi do poświęceń w imię porozumienia, a ich dalsze zapewnienia należy traktować jako obietnice, które zostaną rzeczywiście spełnione,
  2. Utworzenie Europejskiej Armii podzielonej na flanki podlegające różnym dowództwom, przy czym Niemcy dokładaliby się finansowo do budżetu obronnego tzw. wschodniej flanki UE w kwocie odpowiadającej 1% niemieckiego PKB,
  3. Rozmieszczenie bazy wojskowej francuskiej lub niemieckiej na przesmyku suwalskim (nawet niewielkiej i niekoniecznie w Polsce, może to być na Litwie), a także utworzenie placówek wojskowych UE w państwach granicznych,
  4. Współpraca w przemyśle zbrojeniowym z uwzględnieniem transferu technologii i produkcji,
  5. Zgoda na zbudowanie przez Polskę elektrowni jądrowej, co zobowiązaliby się zrobić Francuzi na korzystnych warunkach finansowych,
  6. Wprowadzenie wspólnej unijnej polityki energetycznej tj. wspólne negocjowanie cen dostarczanych surowców na teren UE z państw trzecich,
  7. Zrezygnowanie z federalizacji Unii Europejskiej oraz ograniczania suwerenności państw członkowskich,
  8. Reforma systemu prawno-podatkowego, zliberalizowanie przepisów podatkowo-gospodarczych, zlikwidowanie restrykcji dyskryminujących konkretne sektory gospodarcze, powrót do wolnej konkurencji,
  9. Zgoda na akcesję Ukrainy do UE,
  10. Wypracowanie modelu prowadzenia wspólnej polityki zagranicznej UE w wyznaczonych sprawach (w dowolnych, w których państwa UE chciałyby występować wspólnie), poprzez wyznaczanych do konkretnych spraw trzech pełnomocników wybieranych przez państwa w sposób demokratyczny.

Jak widać, oferta nie może zostać złożona tylko i wyłącznie przez RFN, ale powinna w niej uczestniczyć również Francja. Gdyby państwa te przedstawiły taką ofertę Polsce, wówczas polski rząd nie mógłby jej nie rozpatrzyć. Ponieważ dawałaby ona odpowiedź na polskie (ale i regionalne) obawy w zakresie bezpieczeństwa. Jednocześnie gwarancja konkurencyjności rynków wewnątrz UE oraz nie krępowanie ich regulacjami z Brukseli, dawałaby Polsce możliwość korzystania ze swojego położenia oraz uczestniczenia w rozmowach na linii Berlin-Moskwa, bez pominięcia Warszawy. Polska nie może bowiem sobie pozwolić na to, by doszło do porozumienia Niemcy-Rosja, w sytuacji gdy sama byłaby skrępowana unijnym zwierzchnictwem i nie mogłaby osiągać zysków z korzystania przez ww. państwa z jej terytorium jako tranzytowego łącznika. Dlatego tak istotne jest zrzeczenie się przez Niemców z projektów ominięcia Polski w kontaktach gospodarczych z Rosją (tj. jak Nord Stream 2).

Otton III – król Niemiec, a następnie cesarz Świętego Imperium Rzymskiego (źródło: wikipedia.org)

Niemcy nie mogą przedkładać swoich interesów z państwami trzecimi, nad interesy partnerów z Unii Europejskiej, a nawet wręcz działać przeciw interesom innych członków UE. Niezwykle istotnym czynnikiem jest też powrót do liberalizmu gospodarczego, który wcześniej cechował Wspólnotę Europejską. Jest to nie tylko ważne z uwagi na zniesienie restrykcji i  stosowanie podwójnych standardów, ale i z uwagi na ekonomię całej UE, która stała się z tych powodów mało konkurencyjna względem Azji czy Stanów Zjednoczonych. Z kolei przyjęcie Ukrainy do Unii Europejskiej byłoby zabezpieczeniem części wschodniej granicy UE przed powrotem władz z Kremla do ekspansywnej polityki. Niemcy, jako lider UE, a także najważniejszy partner rosyjski, winny wziąć odpowiedzialność za bezpieczeństwo całej Unii, a nie kosztem tego bezpieczeństwa działać na rzecz państw trzecich (w tym Federacji Rosyjskiej). Dotychczas, w relacjach z Rosją, Niemcy traktowały Moskwę priorytetowo, a interesy partnerów z Unii Europejskiej były wątkiem pobocznym. To się musi zmienić, a Berlin i Paryż winny stać po jednej stronie z resztą europejskich stolic, negocjując warunki z Moskwą.

Niemcy i Francuzi powinni zapraszać innych członków do brania udziału w procesach polityki międzynarodowej, by Ci poczuli rzeczywistą wspólnotę wartości i interesów, nie natomiast wykluczać resztę państw. Jak było to robione dotychczas. Unia Europejska winna działać na zewnątrz przez pełnomocników umocowanych do pewnych czynności przez ogół. Niemcy i Francja nie mogą podejmować decyzji za całą UE bez porozumienia się wcześniej ze wszystkimi członkami i bez ustalenia, w ramach jakich granic winni poruszać się unijni pełnomocnicy. Nic nie stoi na przeszkodzie, by np. w sprawie Białorusi, państwa UE zagłosowały nad wyborem np. 3 pełnomocników UE, którzy byliby kompetentni do ustalenia wspólnego działania. W ten sposób, każde państwo UE mogłoby oddać jeden głos na dowolnie wybrane inne państwo, które miałoby reprezentować Unię w danej sprawie. W ten sposób można się spodziewać, że Państwa południowe (które posiadają wiele wspólnych interesów) miałyby jednego reprezentanta, państwa zachodnie drugiego reprezentanta, a państwa ze Środka Europy trzeciego reprezentanta. Ta trójka miałaby za zadanie wypracować wspólne stanowisko i reprezentować UE w wybranej sprawie międzynarodowej. Taka metoda załatwiania spraw nie wykluczałaby żadnej grupy interesów w UE, a jednocześnie odzwierciedlałaby demokratyczne wartości. Jednocześnie decyzje podejmowane przez pełnomocników byłyby akceptowane przez wszystkich w UE, bowiem wszyscy braliby udział w ich wyborze. Nie rodziłoby to później sporów i oskarżeń o to, że dane państwo, z pominięciem innych, podjęło takie a nie inne decyzje.

Rozdźwięki interesów wewnątrz Unii pojawiają się i będą się pojawiać, a im bardziej głosy słabszych członków będą tłumione, tym większy będzie rodziło to sprzeciw. Unia Europejska musi wrócić do swoich wartości, akceptować różnorodność (w tym różnorodność interesów) i wypracować model, w którym w sposób liberalny i bez wymuszania zrzeczenia się części swojej suwerenności, państwa będą mogły w sposób sprawny działać wspólnie. Francja i Niemcy muszą również zrozumieć, że by UE przetrwała, Berlin oraz Paryż powinny przewodzić (dając przykład), a nie wydawać rozkazy. Tylko tak mogą zyskać autorytet i zaufanie pozostałych członków.

Krzysztof Wojczal

geopolityka, polityka, gospodarka, prawo, podatki – blog

209 komentarzy

  1. Oferta niemiecka dla USA i Biden w WH oznacza brak jakiejkolwiek podmiotowosci RP…zła polityka Cieciej eRPE od 20 lat właśnie zacznie się mścić

    1. Mam nadzieję, że nie zapominasz, że 2 ciągu tych 20 lat już 8 lat rządzi ekipa (…)stająca z kolan(…). Tylko tak się składa, że te stawanie z kolan to zjawisko powodujące narastanie walki klas.

  2. Z tego co ostatnio co się dzieje to wygląda na to, że towarzysze Ardanowskiego pozbawią DobrąZmianę większości w Sejmie, a Trump, na którego DobraZmiana bezalternatywnie stawiała przegrał wybory na rzecz Demokraty… jednym słowem Polska zostanie sam na sam z Brukselą. Z czy rządem? Już niekoniecznie.

    1. Nie powiedziałbym, że Polska zostanie sama z Brukselą – podczas ostatniej wizyty Duda ostro postawił się Trumpowi w kwestii jednoznacznej krytyki wycofywania sił USA z Europy. To daje bardzo dobre wejście „na starcie” do rozmów Polski z USA w przypadku wygranej Bidena. I do rozwinięcia współpracy. Jeżeli nasza obecna ekipa u steru [czy jakaś kolejna – chodzi mi o perspektywę strategiczną – długofalową] postawi wreszcie na pragmatyczne [i NEGOCJOWANE] stosunki z Waszyngtonem [bez wchodzenia w „wartości”] – to możemy zyskać. Ba – to właśnie kwestia różnic w „wartościach” może właśnie spowodować, wręcz wymusić wreszcie na naszych sternikach przejście od gadania o przyjaźni itd – do pragmatycznego rozmawiania o interesach jako wspólnej platformie. Czyli przejście do realnej polityki opartej o egoistycznie kalkulowany interes narodowy i rację stanu – zamiast dotychczasowej zastępczej i głównie medialnej symulacji tej polityki… Pytanie, czy obecna ekipa zrozumie wreszcie, że w stosunkach międzynarodowych liczy się tylko i wyłącznie siła i interesy, a nie „wspólne wartości” i „przyjaźnie” i wynikające z nich dawanie z góry i bez negocjacji wszystkiego za nic, z nadzieją, ze kiedyś nastąpi „odwdzięczenie się”. Bo owe GESTY „przyjaźni”, gadanie o „wspólnych wartościach” – są zasadniczo tylko medialnym listkiem figowym dla przykrycia twardej gry… Cóż – zobaczymy… Oglądałem 6 listopada wywiad z Kwaśniewskim – nie spodziewa się jakichś trudności współpracy Polski z USA, co więcej – oczekuje większego zaangażowania USA w Europie. W takim układzie nie będziemy sami wobec Brukseli [czyli Berlina], a i umowna Bruksela będzie w istocie poddana gorsetowi porozumień i związania z USA. Chroniących nas MINIMUM jako proamerykańskiego gracza w zakresie nienegocjowalnych strategicznych interesów USA. Minimum – bo jeżeli będziemy wreszcie negocjowali z Waszyngtonem – to możemy uzyskać większe bonusy, które umowna Bruksela będzie musiała respektować. Dla nas [i dla całej szerokiej Flanki] absolutnie najważniejsze, by przypilnować w Waszyngtonie zrozumienia tam – i to szczegółowo i do końca – że niedawna „oferta” Berlina skierowana do przyszłego POTUSa – to bezczelna próba ponownego wypchnięcia i wykiwania USA – i budowy docelowego supermocarstwa Lizbona-Władywostok – z detronizacją USA. Bo wtedy owe rozmowy Waszyngtonu z Bruksela odbędą się zupełnie inaczej, niżby spodziewał się Berlin…

    2. @JSC – każde zagrożenie to jednocześnie szansa. Nowy układ [braku większości] może zmusić Kaczyńskiego do bardziej koncyliacyjnej postawy. Ustawy będą negocjowane w szerszym gronie. Co paradoksalnie osłabi grupę Gowina – bo nie będzie jedynym do negocjowania – nie będzie miał monopolu na szantaż polityczny – a dzięki temu monopolowi zyskiwał dotychczas nieproporcjonalnie dużo do liczby posłów. Będzie konieczna oczywiście przy stoliku i grupa Ardanowskiego, a w ramach nowej sytuacji – czyli wymuszonych negocjacji – do gry wejdzie pewnie Konfederacja [chyba, że znowu w imię rzekomej „real-politik” będą odprawiali fochy i znajdowali ideologiczne kuriozalne tłumaczenia]. Nie byłbym zdziwiony nawet woltą Kukiza i odklejeniem się od PSL i przejściem do negocjacyjnego stolika. Pozornie paradoksalnie – jeżeli tak się stanie – to in plus dla PiS osłabi zasadniczo zarzuty „totalnych” o „dyktaturę Kaczyńskiego” – a więcej ustaw przejdzie z większą ilością głosów za – z różnych partii – co znowu osłabi zasadniczo zarzuty o „niepraworządność”. Ten mechanizm może tez podzielić PSL i doprowadzić do „wyciekania” pojedyńczych oportunistów z „totalnych”. A wtedy – możliwa większość konstytucyjna – co zmienia zupełnie pole politycznego manewru Polski. Oczywiście – to wszystko to jest tylko [i „aż”] opcja do realizacji – jak Kaczyński się zaprze, a reszta grup nie zrozumie szansy – to skończy się to krótkowzrocznymi kłótniami i chaosem o osłabieniem zamiast wzmocnienia Polski…

      1. Póki co wszystko wskazuje na to, że Trump przegrał wybory, ale nie zamierza ustępować… czyli mamy realne zagrożenie wojną domową, a wtedy trzeba zapomnieć o jakiejkolwiek polityce zagranicznej i nie będzie miało żadnego wrażenia jaką postawę miał Duda wobec Trumpa… a po za tym jeden nieoficjalny protest, który zresztą widziałeś tylko ty, nie zmienia całokształtu polityki DobrejZmiany. To tak jakby powiedzieć, że weta sądowe były akcesem do tzw. Totalnej Opozycji.

      2. DobraZmiana do tej pory wyzywała opozycję od najgorszych sortów często i gęsto używając określeń, za który pan Wojczal by banował. Jak zatem ma wyglądać ta koncylialność? I jak na to zareaguje elektrorat, zwłaszcza żelazny?

        1. @JSC – z Konfederacją, Kukizem, nawet częścią PSL-u mogą się dogadać. I z oportunistami-uciekinierami z „totalnych”. Na rdzeń „totalnych” nie liczę. Pójdą w zaparte – nawet po trupie Polski. Zresztą u „totalnych” język właściwie histerycznie knajacki i prześciganie się w antykulturze [dla podgrzewania co sił atmosfery i budowania medialnej otoczki wydumanego świata np. Kaczyńskiego przyrównywanego z pełną powagą do… Hitlera] – to codzienność od półtorej dekady. Byli tego „postępowymi” prekursorami i tak działają non-stop – od 2007 gdy objęli władzę i zaczęli kampanie oczerniania niewygodnego prezydenta… Są nawet opublikowane książkowo dysertacje i analizy socjologiczne na temat rozwoju tego propagandowego „przemysłu pogardy”. Nie pisałem, że cała opozycja będzie do koncyliacyjnego dogadania – ale tylko pewna część. Ta „nieberlińska”. Być może – w pozytywnym dla Polski scenariuszu – uda się zebrać koalicję większości konstytucyjnej. Zobaczymy…na razie takie szanse oceniam na 20-30% max. No i czasami otwiera się okienko możliwości – i „niemożliwe” staje się możliwym…cóż – czas pokaże i zweryfikuje…

          1. (…)z Konfederacją, Kukizem, nawet częścią PSL-u mogą się dogadać.(…)
            Trudno współpracować z kimś kogo się nazywa ruskimi trzpionami jak to ma w przypadku Konferacji czy złodziejami i zdrajcami polskiej wsi jak to ma w przypadku PSL… DobraZmiana zbyt skrupulatnie niszczyła, żeby tamte partie weszły w ten interes, a elektorat to wybaczył. Nie zapominajmy, że tu to co Anglicy nazywają wiecznymi interesami Imperium zderza się z namiętnościami konkretnych ludzi.

          2. @JSC – Politycy mają to do siebie, że ich pamięć jest bardzo selektywna odpowiednio do sytuacji. Jeżeli są politykami – to patrzą nie na wczoraj, tylko na dzisiaj i jutro – i pójdą na każda konfigurację, która ich wzmocni. Tak działa realna gra polityczna. Wszystko powyższe pisałem z zastrzeżeniami co do koniecznej dojrzałości politycznej. Która presja sytuacji zwyczajnie wymusi – albo wypadną ze stolika negocjacji i gry.

          3. @Georealista
            Twierdzisz zatem, że politycy to tzw. strategosi… Tylko jakoś np. po Kaczyńskim, który w Polsce uchodzi za uosobienie tego określenia, jakoś nie przejawia nadzwyczajnego instynktu samozachowawczego, czego wybitny pokaz dał ostatnio piątką dla zwierząt, do której dorzucił hucpę z aborcją.
            Do tego należy do grona przywódców, którzy biorąc dobre sondaże za dobrą monetę przyspieszał wybory. Jednak do wybitnego przedstawiciela tego grona zaliczam Theresę May, który tak wykoleiła Brexit, że do zakończenia tego procesu musimy czekać do przyszłego Sylwestra.
            A propos tego Sylwestra… w tym dniu upływa termin 2 ultimatów, które DobraZmiana postawiła sama sobie:
            – początek wykupu gruntów pod CPK
            – wydzielenie Województwa Warszawskiego
            Jednak największy wykwitł skłonności mamy właśnie w USA… jeśli Trump przekroczy Rubikon to będzie mu groziła kara śmierci.

  3. @JSC – z uporem wmawiasz nieskuteczność rakiet na przykładzie rzekomo nieskutecznego „rakietowania Syrii”. Tyle, że to działa w obie strony wg tak przyjętej argumentacji – skutkując wobec tego mniejszą przewagą i mniejszym zagrożeniem ze strony rosyjskich rakiet [przynajmniej tych konwencjonalnych]. Ale to dygresja – bo przecież sami Rosjanie rezygnacja z lotniska w Baranowiczach po naszym zakupie JASSM pokazali jednoznacznie – że wg nich samych zagrożenie i oczekiwana skuteczność naszej projekcji siły są duże. I to jest własnie najlepszy pokaz rozjazdu rosyjskiej propagandy – z faktami, które przesadzają prawdziwą skalkulowana ocenę…i to ze strony Rosji…

    1. Zapominasz, że oni będą w dynamicznym na tarciu, więc ich dziesiątki tysięcy rakiet może starczyć do momentu aż podciągną pod strategiczne cele np. artylerię lufową i wtedy zacznie oranie na całego.

      1. @JSC – „Dziesiątki tysięcy rakiet” – to Rosjanie mogą mieć niekierowanych 122 mm do wyrzutni BM-21. O standardowym zasięgu 20,5 km [nasze Feniksy mają 40 km zasięgu]. A im większy kaliber – tym nieporównanie drastyczniej ta liczba liczba spada. Rosjanie generalnie mają rozwinięte systemy ognia zaporowego – ale dużo gorzej tam u nich z precyzją pojedyńczych uderzeń. A jeden efektor precyzyjny wart 50 nieprecyzyjnych – taka teraz obowiązuje kalkulacja po doświadczeniach Donbasu i innych. Nie chcę pisać znowu elaboratów – proszę uważnie przeczytać moje 2 komentarze merytoryczne napisane akurat na d24 jako „Dalej patrzący” do artykułu https://defence24.pl/rosja-hipersoniczny-pocisk-w-modulowym-systemie-hermes . Gdzie metodycznie po raz kolejny merytorycznie zdusiłem 'hiper-zachwyty” nad rosyjską kolejną Wunderwaffe… Prosze o przeczytanie tych komentarzy razem ze wskazanymi linkami: konkretnie https://www.defence24.pl/precyzyjna-amunicja-porazi-cele-odlegle-o-150-km-koniec-artyleryjskiego-prymatu-rosji @JSC – bardzo proszę o merytoryczność wpisów, a nie o naiwne powielanie rosyjskiej taniej propagandy, o rosyjskiej „niezwycieżonej potędze i nieprzebranych zasobach”, która wprost mi wybrzmiewa – własnie takimi wrzutkami z sufitu jak Twoja – jako widomym skutkiem lat pracy rosyjskiej agentury wpływu na nasze biedne tumanione społeczeństwo – któremu dalej wpaja się fałszywe schematy. Rosja ma gigantyczne rozciągnięcie i rozproszenie zasobów – w tym militarnych – a właściwie z każdym sąsiadem ma mniej lub bardziej na pieńku. A Rosja sojuszników ma tradycyjnie tylko dwóch – własną armię i flotę…co wystarczało, gdy Rosja zdecydowanie górowała nad sąsiadami – a ten czas minął – bo choćby chiński smok nabiera apetytu…Co wiąże siły Rosji – i nie pozwala na koncentrację całości sił – tak imponujących laikom w zestawieniach na papierze… Nawet w samej Wschodniej Flance wystarczy w razie zagrożenia ze strony Rosji i ew. koncentracji jej sił wobec danego gracza Flanki – zwiększyć zgodnie gotowość bojową i przerzucić nad granice swoje siły – i 3/4 owej koncentracji siły rosyjskiej [i tak koncentracji cząstkowej – ze względu na dozór CAŁEJ granicy i obszaru FR – koncentracji cząstkowej już „na starcie” względem TEORETYCZNIE dysponowanych całościowo sił rosyjskich – tzn. całej Armii Czerwonej] – to i tak 3/4 z tych skoncentrowanych sił [i tak cząstkowych] będzie związane i rozproszone przez nasze zsynchronizowane podniesienie gotowości bojowej i „power in being” na Wschodniej Flance. Dlatego tak właśnie promuję zwrot na sojusz szeroko rozumianej Wschodniej Flanki. FR to nie jest ZSRR – tylko cień dawnego kolosa militarnego. I to Rosjanie najbardziej zostali „zredukowani” własnie w siłach konwencjonalnych. Właśnie to związanie stałe na granicach – oraz możliwość dalszego rozproszenia koncentracji sił rosyjskich przez Wschodnią Flankę – to sprawia, że nie mają sensu przeróżne „imponujące” tabelki i wyliczenia dla laików, porównujące CAŁOŚCIOWO aktywa Armii Czerwonej względem poszczególnych państw – jak np. Polski. Sytuacja pod względem potencjału koalicyjnego gra na korzyść Wschodniej Flanki – która może liczyć też na determinację OBU supermocarstw – by ten „kordon” nie został przerwany. Ponadto mamy asymetryczną przewagę strategiczną jako sojusz – to my możemy skoncentrować praktycznie całość sił względem Rosji – a Rosja nie – bo musi pilnować najdłuższych na świecie granic i terytorium – i boi się, że jej osłabienie, wręcz ogołocenie granic – dałoby „zbiorowy run” na Rosję ze strony sąsiadów – bo właściwie z każdym [i to z Chinami na czele – przypominam te 1,6 mln km2 „ziem rdzennie chińskich pod tymczasową administracją rosyjską” zagrabione Chinom w „wieku hańby”] ma nierozliczone długi terytorialne. To bodajże Karol Marks napisał o Rosji, że jest jak złodziej, który wzrósł dzięki największej na świecie grabieży cudzych terytoriów – i od tego momentu paranoicznie obawia się dnia, kiedy zostanie rozliczony i będzie musiał je zwrócić. Ten strach to sam rdzeń geopolityki Kremla – determinujący u samej podstawy właściwie całą rosyjską kulturę strategiczną – we wszystkich możliwych wariantach, modelach, systemach, doktrynach.

        1. (…) bardzo proszę o merytoryczność wpisów, a nie o naiwne powielanie rosyjskiej taniej propagandy, o rosyjskiej “niezwycieżonej potędze i nieprzebranych zasobach”, która wprost mi wybrzmiewa(…)
          Rozumiem, że niezwyciężona potęga to jest Amerykańska, ale tylko do lat ’30, kiedy to nastanie Chiński Kalifat Pakistanu.

          1. @JSC – wszyscy wielcy gracze roztaczają obraz swej siły – który ma mało wspólnego z realem, a zwykle odwołuje się w przekazie do „szarego człowieka” do historycznych „kultowych” ikon potęgi [np. Rosja – czołgi , USA – lotniskowce i samoloty] – a nie do aktualnej, czy przyszłej ODB. Przy czym praktycznie zawsze stosuje się tabelkowe porównania sił, a nie patrzy na JAKOŚĆ tych sił, a także na strukture i uwarunkowania – w tym związanie sił w „power in being” przez innych graczy, uwarunkowania, które zawsze silnie ograniczają i same użycie i liczność ewentualnie użytych sił. USA przegrało wojnę z terrorem, więc nie jest niezwyciężoną potęgą, co więcej – w trakcie wojny z terrorem siły USA przeszły mocny regres, choć przez sprawność i jakość struktur wydają się z nawiązką odrabiać to osłabienie. Chiny na papierze wyglądają bardzo imponująco – ale JAKOŚĆ ich sił dopiero się pokaże w przyszłym starciu. Co do Atomowego Kalifatu – moim zdaniem będzie konglomeratem przejętego sprzętu pozyskiwanego teraz przez państwa islamskie od Zachodu, Rosji, Chin, a głównie będzie się opierał na ilości „bagnetów” – by ilość przeszła w rozpraszająca jakość. Zwłaszcza, gdy opanuje Afrykę Północną i stanie wobec Europy. Taki „pochód armii mrówek” jest tu najlepszym analogiem. Bo własny przemysł zbrojeniowy en bloc nie byłby dostatecznie rozwinięty, a wsparcie Chin na pewno będzie ostrożne, dokładnie dozowane do realizacji celów zatwierdzonych w Pekinie i zapewne „delegowane” pod ścisłą kontrolą, by nie wzmacniać zbytnio dzisiejszego sojusznika strategicznego [w złamaniu Zachodu], a jutrzejszego konkurenta o hegemonię globalną [gdy złamanie czy przynajmniej dostateczne osłabienie Zachodu się dokona – i ci obaj główni gracze Wyspy Świata zostaną „sami” wobec siebie na polu gry globalnej.

  4. Jakie są intencje Niemiec i oferta dla nas wskazuje obecna prezydencja Niemiec w UE. Powiązanie funduszy z tzw praworządnością pozwoli zmienić każdy niewygodny dla Niemiec rząd w Warszawie lub utrzymywać go w stanie klinczu w zwarciu z instytucjami UE przy jednoczesnym wspieraniu wewnętrznego chaosu. To przeobrażenie UE konsekwentnie realizowane od Lizbony do teraz. Niemcy liczą, ze wybór Bidena da im wolną rękę w Europie. Wrócą wtedy do NS2. Ponieważ większość państw strefy euro po covidzie będzie zależna od rolowania długów a więc dopisywania zer na koncie EBC i wykupu obligacji, praktycznie będą sobie mogły tylko pomarudzić. Imperialna polityka nowożytnych Niemiec jak dotąd zawsze prowadziła do powszechnej katastrofy. Jak widać historia lubi się powtarzać. Niestety dla nas, zbyt często.

  5. „Powiązanie funduszy z tzw praworządnością pozwoli zmienić każdy niewygodny dla Niemiec rząd w Warszawie” – nie tylko w Warszawie. Na każdego przyjdzie kolej, np. gdy Niemcy zaczną wymuszać sprzedaż będących w długach przedsiębiorstw krajów południa UE.
    Jeśli np. Chińczycy zaoferują tym zadłuzonym państwom lub przedsiębiorstwom z południa pomoc finansową, to wówczas kraje te będą miały matychmiastowe problemy z praworządnością.

  6. A tymczasem Chiny, Japonia, Australia, Nowa Zelandia, Korea Południowa w sumie 15 państw ASEAN podpisały pakt RCAP o wolnym handlu ( bez USA i Indii ) https://filarybiznesu.pl/15-krajow-azji-i-pacyfiku-podpisalo-umowe-o-wolnym-handlu/a7111.
    Ciekawe co na to Niemcy? Też się przyłączą? Pewnie nieźle ich korci, ale póki co czekają na ruch administracji Bidena.
    Wygląda, że region Pacyfiku, przynajmniej handlowo właśnie wymyka się USA. Historia właśnie przyspiesza Panie Fukuyama.

    1. Pytanie, jak długo utrzyma się ów wolny handel wobec rosnącego rozziewu dylematu „bezpieczeństwo strategiczne=trzymać z USA” versus „rozwój ekonomiczny=trzymać z Chinami”? Bo niewątpliwie Chiny są „numerem 1” w RCAP. I już w ramach pokazowej lekcji dla innych graczy dały „popalić” Australii [zablokowanie dużej części eksportu Australii do Chin] za opowiedzenie się po stronie USA [i sprawa „śledztwa COVID-19”]. Chyba wytworzą się dwa „wolne rynki” RCAP – jeden [w istocie rozbity na relacje bilateralne i bardzo nierównoprawne z każdym graczem osobno] Chin jako „hegemona” z resztą RCAP, no i drugi reszty państw RCAP w swoim kółku – bez Chin.

      1. Nie byłbym zdziwiony, gdyby po pewnym czasie, gdy już okaże się w pełni nierównoprawność „wolnego rynku” ze strony uprzywilejowanych Chin do reszty uczestników RCAP, Indie i USA by przystąpiły do rozmów z tymi niezadowolonymi uczestnikami RCAP, uzyskując warunki, której nie mogą uzyskać teraz. Korzystną sytuacje dla USA i Indii – ale mniej nierównoprawną dla „niechińskich” uczestników RCAP, jak to zapewne wymuszą Chiny.

  7. Cytuję z https://www.defence24.pl/sroda-z-defence24pl-wywiad-z-szefem-mon-wywiad-z-bylym-szefem-niemieckiego-urzedu-ochrony-konstytucji-joe-biden-zmieni-plany-redukcji-wojsk-amerykanskich-w-afganistanie-usa-dozbrajaja-swoich-sojusznikow-nad-zatoka-perska Artur Ciechanowicz, Dziennik Gazeta Prawna, „Po rozbiciu Państwa Islamskiego Europa stoi w obliczu terroryzmu”: Wywiad z byłym szefem niemieckiego Urzędu Ochrony Konstytucji, Hansem-Georgiem Maassenem. „Statystycznie prawie nie ma przypadków, w których zamach taki jak w Wiedniu byłby przygotowywany lub przeprowadzony przez etnicznych Niemców czy Francuzów. Dlatego uważam, że Polska prowadzi bardzo rozsądną politykę wobec migrantów […] Jednak jeśli porówna się Polskę z Francją, Niemcami, czy innymi krajami Europy Zachodniej, to niebezpieczeństwo jest o wiele mniejsze. W Polsce nie istnieje imigranckie środowisko, z którego rekrutują się terroryści. Nie ma też dużej liczby młodych mężczyzn z Bliskiego Wschodu i Afryki Północnej starających się o azyl.” Myślę, że komentarz niepotrzebny. W swoim czasie Polsce grożono odebraniem funduszy unijnych za nieprzyjmowanie imigrantów wg narzuconych odgórnie kontyngentów. Warto by to przypomnieć w czasach obecnej próby złamania Polski przez odebranie funduszy unijnych za „niepraworządnośc” – czyli realnie – wg widzimisię Berlina – odpowiednio do jego potrzeb politycznych.

    1. W obliczu do niedawna otwartej granicy z Niemcami upatrywanie braku zamachu w zasługach tzw. polityką migracyjną zalatują naiwnością. Przecież jeśli kogoś stać na materiały do budowy bomby to stać go na i bilet na pociąg Berlin-Warszawa, zwłaszcza że to będą jedne z ostatnich wydatków w życiu. Bardzie wierzę w hipotezę, że takie kraje jak Polska robią za zaplecze… co pokazują bynajmniej kuriozalne węgierskie przypadki Abdeslama… https://natemat.pl/222779,zamachowiec-z-paryza-tuz-po-masakrze-odwiedzil-wegry-spotykal-sie-tamtejszymi-nacjonalistami

      1. @JSC – to kwestia liczebności populacji migrantów – na tyle dużej, by generowała samotnych wilków wg prawa wielkich liczb. Żeby robić za zaplecze terroryzmu – musi być baza demograficzna – a tej właśnie brak z uwagi na brak imigrantów. A zamachowcy dokonują zamachów zazwyczaj w swoim znanym terenie, gdzie rozumieją spodziewany wydźwięk i skutki zamachu. Stąd pomysł jazdy z Berlina do Warszawy jest dla takiego zamachowca bez sensu… @JSC – cała Twa konstrukcja myślowa nie ma sensu, jest naciągana na siłę – a wyjątek jest tylko wyjątkiem… W końcu były szef jednej ze specsłużb mówi ze znajomości sprawy jako „insider” – szkoda tylko, że pozwolił sobie na „niepoprawne politycznie” „własne zdanie” [a la musztarda po obiedzie] dopiero po zakończeniu służby – którą pełnił w latach 2012-18….naprawdę szkoda, że on [i cala reszta decydentów stosownych instytucji w Niemczech] nie stanął MERYTORYCZNIE na wysokości zadania i nie spełnił swego obowiązku rzetelnego informowania i ostrzeżenia obywateli [Niemiec i Europy] np. w 2015… A dopisywanie zadziwiających teorii do tez, w które wierzysz, skutkuje niestety odklejeniem od realu…ze wszystkimi opłakanymi skutkami prymatu ideologii nad realem…

        1. (…)A zamachowcy dokonują zamachów zazwyczaj w swoim znanym terenie, gdzie rozumieją spodziewany wydźwięk i skutki zamachu.(…)
          Co tu wykombinować? Data 11/09 nieodłącznie wiąże się z osobą Jana III Sobieskiego… No to dla rozgłosu o zasięgu światowym można walnąć w pałac w Wilanowie albo w instytucję mieszczącą się bezpośrednio przy nim, czyli w zabytkowy kościół pw. św. Anny czy w (…)Szkoła Podstawowa Niepubliczna im. Wiktorii Wiedeńskiej Fundacji Edukacyjnej „Varsovia”(…). Wszystkie te cele dla islamskiego terrorysty są wysoce atrakcyjne, a do tego w w ostatnim przypadku dochodzi jeszcze internat, w którym mieszkają polscy uczniowie z Ukrainy i Białorusi.
          Do znalezienia tych celów wystarczy pobieżna kwerenda tematu bitwy pod WIedniem, a następnie odwiedzenie Google Map. I wtedy do wielkiego huku wystarczy zaciukać paru uczniów albo wywołać takie szkody, abyśmy zostali zmuszeni do spisania strat na materii zabytkowej. Można też plany połączyć… najpierw bomba w kościele, a następnie latamy z nożem na terenie szkoły.

          1. @JSC – odnoszę nieodparte wrażenie, że Ciebie bardzo boli brak zamachów terrorystycznych w Polsce, oraz, że wręcz podpowiadasz, jak by tę „antypostępową niesprawiedliwość” wobec Zachodu wyrównać. W sumie – totalne wyparcie prostego faktu, że jak to ocenił Hans-Georg Massen, Polska postępuje lepiej niż Zachód z punktu widzenia bezpieczeństwa.Czyli – jeżeli fakty przeczą teorii…tym gorzej dla faktów…

          2. @Georealista
            (…)odnoszę nieodparte wrażenie, że Ciebie bardzo boli brak zamachów terrorystycznych w Polsce(…)
            Brak? Bez problemu zrobię o to taką listę:
            – Morderstwo Adamowicza https://pl.wikipedia.org/wiki/Zamach_na_Paw%C5%82a_Adamowicza
            – IED na Paradzie Równości https://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/7,114883,25258745,na-marszu-rownosci-mogli-zginac-ludzie-areszt-dla-malzenstwa.html
            – atrapa bomby zostawionych przez związkowców górniczych na torach w Sławkowie… https://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/7,114883,25707970,gornicy-blokowali-rosyjski-wegiel-na-torach-zamontowali-cos.html
            – morderstwo Rosiaka… https://pl.wikipedia.org/wiki/Atak_na_biuro_poselskie_Prawa_i_Sprawiedliwo%C5%9Bci_w_%C5%81odzi
            – bomber z Wrocławia… https://tvn24.pl/wroclaw/student-chemii-oskarzony-o-terroryzm-zostawil-bombe-w-autobusie-ra713405-2568909
            – (…)Rurabomber(…)… https://wydarzenia.interia.pl/mazowieckie/news-warszawa-rurabomber-przed-wyrokiem,nId,1117338
            – polski Guy Fawkes, czyli Brunon Kwiecień… https://pl.wikipedia.org/wiki/Brunon_Kwiecie%C5%84
            Widać zatem, że czynów ściganych z 115 ark. KK nie brakuje. Jak widać z braku tzw. nachodźców zamachy robią sami lokalsi, a to w dużej mierze narodowcy. Ponadto biorąc pod uwagę ich zażyłość z środowiskami kibolskimi zachodzi uzasadnione podejrzenie, że robią też w terrorze kryminalnym.

          3. @JSC – idąc tym tropem dochodzimy do całkiem imponującej listy [przynajmniej 58 nazwisk – do poszukania w internecie] ofiar „seryjnego samobójcy”. Przypadek Rosiaka słabo pasuje do „prawicowych środowisk kryminalno-kibolskich”, a przypadek super-bombera od wysadzania Sejmu…cóż…w tej wesołej paczce jedynie ten, któremu mózg wyprano, nie był w specsłużbach…to było szyte tak grubymi nićmi, że wymienianie tego przypadku jest akurat skrajnie przeciwskuteczne… Generalnie zgadzam się, że środowiska, ale lewicowe weszły w działalność kryminalną poprzez specsłużby podczas wrogiego przejęcia i wymuszeń kryminalnych względem obywateli i majątku narodowego w latach 90-tych…co robiono z przykrywką wsparcia odpowiednich polityków, na których mieli haki…i do dzisiaj płacimy za to dając się rozgrywać zewnętrznym graczom, którzy przez te sprzedajne służby rozgrywają naszą politykę…choćby przykład marionetek Kwaśniewskiego-Millera, czy Tuska i Pawlaka…czy obecna kombinacja operacyjna pt „ulica i zagranica” z zaprogramowaną sieciowo histerią feministek spod usłużnie im podanego jednoczącego znaku Sturm Abteilungen, rozrywaniem szat z powodu ciężkiej niedoli LGBTQX [sądząc z prasy niemiecko-własnościowej – w Polsce jest ucisk niczym w niewoli egipskiej – wręcz holocaust LGBTQX gorszy niż za Hitlera], zagrzewaniem antify bohatersko walczącej z „polskimi nazistami” – wszystko pod światłym skoordynowanym przewodem zmasowanej propagandy medialnej, trzeba przyznać, że o rząd wielkości lepszej w ogłupianiu [i w bezczelności] od tej za Herr Goebbelsa… – czyli z punktu widzenia pragmatycznej geopolityki: działania w ramach planu obecnej niemieckiej prezydencji dla ustawienia sobie Europy na twardo przez Berlin – „koniecznego” i złamania opornych – wszystko jako urabianie sobie pola manewru pod dogadanie się na poziomie strategicznym jako hegemon UE – z Bidenem w styczniu. Cóż – zobaczymy…

          4. (…)idąc tym tropem dochodzimy do całkiem imponującej listy [przynajmniej 58 nazwisk – do poszukania w internecie] ofiar “seryjnego samobójcy”. (…)
            Wyznawcy seryjnego samobójcy mają go za cyngla tzw. resortów siłowych, zatem gdybyśmy go nazwali terrorystą to musielibyśmy z automatu uznać RP za organizację terrorystyczną. Nie sądzę, żeby w tej ironii chodziło o konkluzje tego typu…

            (…) Przypadek Rosiaka słabo pasuje do “prawicowych środowisk kryminalno-kibolskich”(…)
            Możesz wskazać mi miejsce, gdzie napisałem, że te środowiska są JEDYNYMI sprawcami zamachów? Chyba nie chodziło ci o wyrażenie w (…)w dużej mierze(…)?

            (…)a przypadek super-bombera od wysadzania Sejmu…cóż…w tej wesołej paczce jedynie ten, któremu mózg wyprano, nie był w specsłużbach…to było szyte tak grubymi nićmi, że wymienianie tego przypadku jest akurat skrajnie przeciwskuteczne…(…)
            Musisz pilnie zawiadomić o tym prawnika Pana Kwietnia… może uda mu się wzruszyć prawomocny wyrok. A co do antyskuteczności… to dziwnym trafem obecny Prokurator Generalny jest popierany przez środowiska szerzące opinie, że Kwiecień jest ofiarą spisku. Chociaż z drugiej strony te środowiska popierają też Janusza Walusia, którego mają za ostatniego wyklętego… Ciekawy zbieg okoliczności.

            (…)Generalnie zgadzam się, że środowiska, ale lewicowe weszły w działalność kryminalną poprzez specsłużby podczas wrogiego przejęcia i wymuszeń kryminalnych względem obywateli i majątku narodowego w latach 90-tych…(…)
            Z tymi twierdzeniami zapraszam z kolei do Prokuratora Generalnego, który całkiem nie dawno dołączył do całkiem długiej listy polityków skompromitowanych sprawa morderstwa Papały… o ile dobrze pamiętam to z okazji postawienia zarzutów Patykowi to zwołał konferencję prasową i osobiście ogłosił sukces. W kwestii ścigania pozostałych części układu też idzie jak po… eufemistycznie powiem po grudzie. A bywały też strzały, które trafiały w cele (…)własne(…)… tak jak np. przy komisji Amber Gold wypłynął wątek SKOK’ów czy ostatnio taśmy Czarneckiego, które odpala Giertych po ostatnim aresztowaniu.

            Za to z terroru kryminalnego są znani akurat kibole… np. ostatnio poddano ostatnio ekstradycji szefową gangu powstałego na środowiskach skupiających się wokół Cracovii… https://www.onet.pl/informacje/onetwiadomosci/magdalena-k-szefowa-gangu-cracovii-wraca-do-polski-trafi-do-aresztu/xywc921,79cfc278
            A te środowiska nie ukrywają, że trzymają raczej z narodowcami i związkami zawodowymi, głównie górniczymi… a te są wrogami tzw. lewicy.
            Założę się, że gangi te włączą, o ile tego już nie zrobiły, do gry o dobre miejscu przy nowym rozdaniu dla energetyki… tu wystarczy wspomnieć, że ich (…)oficjalnymi przedstawicielstwami(…) będą kluby kibica skupione wokół drużyn piłkarskich, których właścicielami są likwidowane kopalnie. Jestem pewny, że kto się zorientował, że tu też będą przekształcenia własnościowe ten już zaczął starania o zamontowanie swoich agentów w władzach tych klubów. Jak konflikt wymknie się z pod kontroli to może być wojna jak w latach ’90.

            (…)choćby przykład marionetek Kwaśniewskiego-Millera, czy Tuska i Pawlaka…czy obecna kombinacja operacyjna pt “ulica i zagranica” z zaprogramowaną sieciowo histerią feministek spod usłużnie im podanego jednoczącego znaku Sturm Abteilungen, rozrywaniem szat z powodu ciężkiej niedoli LGBTQX [sądząc z prasy niemiecko-własnościowej – w Polsce jest ucisk niczym w niewoli egipskiej – wręcz holocaust LGBTQX gorszy niż za Hitlera], zagrzewaniem antify bohatersko walczącej z “polskimi nazistami” – wszystko pod światłym skoordynowanym przewodem zmasowanej propagandy medialnej, trzeba przyznać, że o rząd wielkości lepszej w ogłupianiu [i w bezczelności] od tej za Herr Goebbelsa… – czyli z punktu widzenia pragmatycznej geopolityki: działania w ramach planu obecnej niemieckiej prezydencji dla ustawienia sobie Europy na twardo przez Berlin – “koniecznego” i złamania opornych – wszystko jako urabianie sobie pola manewru pod dogadanie się na poziomie strategicznym jako hegemon UE – z Bidenem w styczniu. Cóż – zobaczymy…(…)
            Cała zadyma zaczęła się od wciskania dublerów do TK… a nie tak jak sugerujesz od LGBT. A co do wyroku… trzeba by uznać, że zaiste obecny szef TK faktycznie jest małżonkiem TW Wolfgang i że oboje teraz pracują na rzecz Niemców.

          5. @Georalista
            (…)Z tymi twierdzeniami zapraszam z kolei do Prokuratora Generalnego,(…)
            Co pokazuje reakcja na ujawnianie danych funkcjonariuszy pacyfikujących Ziobro ma szerokie uprawnienia procesowe… https://tvn24.pl/polska/zbigniew-ziobro-zapowiada-postepowanie-karne-wobec-osob-ktore-upublicznily-dane-policjantow-4757592
            Swoją drogą ciekawe, że funkcjonariusze prewencji bardziej się boją środowisk, których członków nie przyłapano jeszcze na biciu, aby odesłać kogoś do szpitala albo i gorzej od środowisk z ugruntowaną tradycją tzw. (…)sprzedawania kosy(…):
            https://tvs.pl/informacje/zabojcy-kibica-gornika-zabrze-zlapani-areszt-dla-11-zlapanych-na-slasku-i-w-malopolsce-kiboli-wideo/
            https://krakow.naszemiasto.pl/zabojstwo-kibica-cracovii-to-byla-brutalna-egzekucja-w/ar/c2-747494
            https://kielce.wyborcza.pl/kielce/7,47262,21728123,25-lat-wiezienia-za-zabojstwo-kibica-korony-kielce.html
            https://www.wprost.pl/kraj/108785/13-lat-wiezienia-za-zabojstwo-wrogiego-kibica.html
            https://uwaga.tvn.pl/reportaze,2671,n/kibic-zabojca-skazany-oficjalna-strona-programu-uwaga-tvn,133036.html

  8. @JSC -> czyli lista ofiar polskich 'zamachów terrorystycznych’ na przestrzeni kilku lat jest znacznie mniejsza, niż jednego małego zamachu na zachodzie; poza tym większość przytoczonych przykładów ma zdecydowanie podłoże polityczne/kryminalne, a nie kulturowe/terrorystyczne;

  9. (…)kulturowe/terrorystyczne;(…)
    Zdaje się, że terror kryminalny to zupełnie odrębna rubryka… która uchodzi za mniejszego kalibru.

  10. Witam wszystkich, obserwuję blog Pana Krzysztofa już od dawna i postanowiłem w końcu napisać komentarz. Otóż po pierwsze dziękuję Panu Krzysztofowi za prowadzenie tego bloga i wysiłek jaki wkłada w każdy tekst. Chcę również podziękować panu @Georealista za bardzo ciekawe komentarze, które niejednokrotnie rozwijają i dodają smaczki do każdego wpisu. I tutaj chciałem zapytać i być może złożyć ofertę : Panie Georealista czy ma Pan gdzieś swojego bloga? Jeśli nie, to chciałbym zaoferować za darmo usługę wykonania takiego bloga, potrzebowałbym jedynie od pana kontakt żeby zrealizować takie zlecenie. Natomiast Panu KW oferuję wsparcie w postaci poprawy, konfiguracji, tłumaczeń np przycisków typu „Read More” itd oczywiście również za darmo. Moją motywacją, jako, że tak powiem 'fana’ geopolityki i geostrategii jest chęć dołożenia choćby cegiełki do wspaniałej i mozolnej pracy tego środowiska. Jeśli którykolwiek z Panów byłby zainteresowany proszę o odpowiedź na ten komentarz a chętnie pomogę.
    Dziękuję jeszcze raz za wysiłek i pozdrawiam, być może z czasem włączę się do dyskusji.

Leave a Reply

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.