Oferta Niemiec dla Polski

Rok 2015 z pewnością jest pamiętany przez niemieckich geopolityków oraz polityków. Jest to data, w której Republika Federalna Niemiec straciła kontrolę nad swoją wschodnią strefą buforową. Posypał się zmodyfikowany – ukryty pod unijnym płaszczem – projekt Mitteleuropy. I nie chodzi tutaj tylko o polski zwrot w polityce zagranicznej w stronę Stanów Zjednoczonych. Niemcy stracili również Rumunię, ale i Litwę, Łotwę oraz Estonię. Wcześniej pierwszego wyłomu w niemieckiej architekturze polityczno-gospodarczej regionu dokonał Wiktor Orban. Było to wszystko efektem niczego więcej, jak tylko słabości Niemiec. Naciski na Wiktora Orbana okazały się nieskuteczne, a Stany Zjednoczone bez wysiłku wyciągnęły z niemieckiej strefy politycznych wpływów całą Europę Środkową. Nie trzeba chyba wyjaśniać, jak bardzo uderzyło to w autorytet Berlina w Unii Europejskiej. Dziś asertywność wobec Niemców pokazują Włosi, ale i niewielka Austria. Cały konstrukt Unii Europejskiej i jej spójności chwieje się w posadach. Pytanie brzmi, dlaczego?

W 2012 roku polski Minister Spraw Zagranicznych – Radosław Sikorski, apelował do Niemców, by Ci wzięli na siebie odpowiedzialność za Unię Europejską. By – jako jej największy beneficjent – zaczęły przewodzić. W Berlinie przyjęto te słowa z wielkim zadowoleniem. Chwalono polskiego ministra i przyznano mu rację. Następnie niemieckie władze poszły w zupełnie innym kierunku. Być może doszło do braku zrozumienia, co mogło wyniknąć z różnicy kulturowej. Bowiem w języku polskim przywództwo polega na dawaniu przykładu, braniu na siebie odpowiedzialności oraz samodzielnym wytyczaniu ścieżki, którą następnie podążą inni. W kulturze niemieckiej, przywództwo kojarzyło się dotychczas z silną autorytarną władzą oraz narzucaniem woli przywódcy całej reszcie. Samym wskazywaniu kierunku, w którym mają podążać inni. I dokładnie takim modelem rządzenia Unią zaczęli podążać Niemcy. O ile muszą się oni liczyć ze zdaniem Francji, o tyle względem słabszych tj. Polska czy Węgry, niemieccy decydenci postanowili zastosować pruskie sposoby wprowadzania porządku. Wykorzystując instytucje unijne, siłą i przymusem chcą wpływać na decyzje podejmowane w Budapeszcie czy Warszawie. Efekt traktowania tych stolic, jako członków UE drugiej kategorii, może być odwrotny od zamierzonego. Stosowanie jedynie kija, nie zbuduje trwałych powiązań i pola do współpracy. Niemcy nie chcą zrozumieć, że partnerów należy traktować po partnersku. Wciąż myślą kategoriami: słabsi winni słuchać się silniejszych. To prowadzi Unię na skraj katastrofy, bowiem bez tych licznych słabszych – unia nie będzie istnieć. A to dzięki niej, rośnie niemiecka potęga gospodarcza.

 

Trzeci podbój Europy po niemiecku

Niemcy posiadają nie tylko największą gospodarkę w Unii Europejskiej, ale i najsilniejszą pozycję traktatową. Przysługuje im największa liczba europosłów w Parlamencie Europejskim, a konkretnie 96 spośród ogólnej liczby 705. Niemcy zajmują również największą ilość stanowisk w strukturach unijnych. Od 1 grudnia 2019 roku najważniejszą funkcję przewodniczącego Komisji Europejskiej zajmuje Ursula von der Leyen. Jej jedynym niemieckim poprzednikiem był Walter Hallstein, który złożył urząd w 1967 roku. Co może być odczytywane jako pewien symbol powrotu Niemiec do oficjalnego przywództwa w Unii Europejskiej.

Należy również pamiętać o tym, że Europejski Bank Centralny posiada swoją główną siedzibę we Frankfurcie nad Menem. I powstał w zasadzie na bazie Deutsche Bundesbanku (choć ten wciąż istnieje w okrojonej formie). Natomiast kierownictwo nad EBC sprawowali dotąd: Holender, Francuz i Włoch. Obecnie prezesem tego banku jest Francuzka – Christine Lagarde. Co każe dostrzegać polityczne ustępstwa Berlina na rzecz najważniejszych partnerów.

Republika Federalna Niemiec powoli, choć systematycznie wzmacnia swoją pozycję gospodarczą w Unii Europejskiej. W 2008 roku PKB Niemiec stanowiło 19,6% całego PKB UE. Dziś udział Niemców wynosi ponad 21%. Co oznacza korzystną tendencję, a także dowodzi, że projekt europejski służy niemieckiej gospodarce. Pomimo faktu, że RFN wpłaca do unijnego budżetu najwięcej, bo ponad 25 mld euro rocznie, a otrzymuje w bezpośrednich dotacjach ponad połowę mniej – ok. 12 mld euro rocznie. Jednak same przepływy pieniężne pomiędzy Berlinem a Brukselą nie pokazują wszystkiego. Bowiem niemieckie firmy posiadają tak mocną pozycję w Europie Środkowowschodniej, że z każdego jednego euro dotacji udzielonej Polsce, do Niemiec wraca aż 86 centów, co przyznał niemiecki komisarz ds. budżetu i zasobów ludzkich – Günther Oettinger (a wg. Johannesa Hahna, byłego komisarza ds. polityki regionalnej, w 2012 roku było to nawet 89 centów). Jeszcze korzystniej dla Berlina wygląda to w przypadku państw bałtyckich czy reszty państw Grupy Wyszehradzkiej, gdzie zwroty przekraczają 90%. Jest to spowodowane m.in. faktem, że inwestycje w infrastrukturę refinansowane z UE są powierzane firmom z Niemiec.

Z zalet wspólnego rynku i otwartych granic korzystają niemieccy producenci. Bliskość RFN do państw byłego Bloku Wschodniego dała niemieckim firmom olbrzymią przewagę. Po upadku ZSRR i rozpadzie Bloku Wschodniego, powstały niepodległe, demokratyczne państwa o kapitalistycznym modelu gospodarczym. Największym ich zmartwieniem był jednak… brak kapitału. I państwowego, ale i przede wszystkim tego w sektorze prywatnym. Wykorzystały to koncerny i większe firmy z zachodu, które dysponując sporą ilością gotówki liczonej w dużo silniejszej walucie, czuły się na rynkach środkowoeuropejskich jak na przecenach. Jednak w miejsce wykupywanych zakładów państwowych, powstawały kolejne. Prywatne. Intensywnie rosła klasa średnia i mały biznes. Na początku XXI wieku sektor prywatny w regionie ustabilizował się i zaczął nabierać siły. Bowiem to co wcześniej pozwalało zachodniej konkurencji zdobyć olbrzymią przewagę, stało się też dużym atutem firm lokalnych. Słaba waluta i niskie koszty własne pozwoliły eksporterom z Europy Środkowej rozwinąć się i zacząć konkurować z drogimi produktami z zachodu. Jednak wówczas poszerzono Unię Europejską i za cenę doraźnych dotacji, nowi członkowie otworzyli swoje rynki dla zagranicznych inwestorów. Innymi słowy, wymieniono wędkę na rybę. Zachodnie firmy – korzystając z otwartych granic – przeniosły zakłady produkcyjne do Europy Środkowej. Efekt był taki, że koszty produkcji znacząco im spadły. Bowiem np. w niemieckich fabrykach pracowali Polacy, Węgrzy, Czesi czy Słowacy za stawki odpowiadające lokalnym warunkom. Tym samym, lokalni przedsiębiorcy utracili atut niższej ceny dla własnych produktów. Jednocześnie nie dysponowali tak dużym kapitałem i potencjałem jak zagraniczne koncerny. Te drugie, dzięki większemu wolumenowi sprzedaży mogły stosować niższe marże. I pozbyć się niewygodnej konkurencji. Tak oto, niemiecki przemysł zawojował Europę i Świat, ograniczając europejską konkurencję, zmniejszając koszty i stając się konkurencyjnym cenowo na światowych rynkach.

Ponadto dzięki zniesieniu barier handlowych i unifikacji europejskich rynków, do Niemiec każdego roku płynie szeroka rzeka kapitału. Niemiecka gospodarka będąca jednocześnie największym eksporterem dóbr w Europie, wręcz wysysa gotówkę z całej strefy euro. Za każdym razem gdy np. Portugalczyk, Hiszpan, Grek czy Irlandczyk kupi niemieckie: samochód, zabawkę dla dziecka czy maszynkę do golenia, zyski ze sprzedaży są transferowane do niemieckich producentów. Bez potrzeby uiszczania ceł. Co istotne, niemiecki producent może zarobione w Grecji euro wypłacić i wydać w Niemczech. Lub w którymkolwiek innym państwie ze strefy euro. W ten sposób, mniejsze i słabsze krajowe rynki europejskie, które posiadają ujemny bilans handlowy, z każdym rokiem tracą kapitał. Niemcy z kolei zyskują. Proces ten nasila się, bowiem południowcy odzyskiwali część traconego kapitału dzięki zyskom z turystyki. Jednak w dobie migracji ludności z regionów pogrążonych w chaosie,  a także gospodarczego kryzysu, a także pandemii, sektor turystyczny jest tym, który cierpi najbardziej. A wraz z nim cierpią: Portugalia, Hiszpania, Włochy czy Grecja.

Nieco inaczej sprawa wygląda w przypadku państw należących do UE, ale nie operujących w eurowalucie. Gdy dla przykładu Polak kupi w Polsce mercedesa, to płaci za niego złotówkami. By w tym przypadku skonsumować zysk gdziekolwiek indziej niż w Polsce, producent musi najpierw wymienić złotówki na euro. Ponieważ nie zapłaci za chleb w niemieckim sklepie w polskiej walucie. Ta jest akceptowalnym środkiem płatniczym tylko na terenie Polski. Tym samym, producent ma dwa wyjścia. Albo zarobione złotówki wydać na inwestycje w Polsce (np. budując lub rozbudowując tam fabryki), albo sprzedać złotówki i zakuć euro. Przy czym w tym drugim przypadku, musi znaleźć się ktoś, kto będzie chciał złotówki kupić, a sprzedać euro. Tym kimś są najczęściej polscy eksporterzy, którzy zarabiają w euro, ale chcą konsumować zyski w Polsce. Płacąc złotówkami. Między innymi dlatego, na polskim rynku nie zabraknie złotówek, natomiast na greckim rynku w czasie kryzysu brakowało euro. Przy czym w dobie kryzysu – takiego jak choćby w trakcie gospodarczego lockdownu spowodowanego pandemią COVID-19 – Narodowy Bank Polski może dokonać dodruku pieniądza (konstytucyjnie jest to wprawdzie zabronione, niemniej jest to łatwo wykonalne, czego dowiodło szybkie uruchomienie subwencji z Tarczy Finansowej wypłacanych przez Polski Fundusz Rozwoju). Natomiast Grecy nie mogą drukować euro. Europejski Bank Centralny znajduje się bowiem w Niemczech. I to ten bank kontroluje tzw. luzowanie ilościowe. Dlatego właśnie Niemcy chętnie przywitaliby Polaków w strefie euro, natomiast władze z Warszawy zwlekają z jasnym określeniem się, kiedy Polska miałaby do niej przystąpić.

Istotną rolę w całej ekonomicznej układance pełni również kurs waluty. Gdy wprowadzano euro, niemiecka marka była znacznie od niego silniejsza. To sprawiało, że niemieckie produkty były niezwykle drogie na światowym rynku. Gdy władze z Berlina przyjęły walutę euro, natychmiast przystąpiły do eksportowej ofensywy. To był pierwszy i chyba najważniejszy impuls do niebywałego wzrostu niemieckiej gospodarki oraz bogactwa. Nie przeszkodziły w tym znacznie koszty związane z integracją Republiki Federalnej Niemiec z Niemiecką Republiką Demokratyczną. Gdyby dziś projekt wspólnej unijnej waluty się rozpadł, niemiecka narodowa waluta z pewnością byłaby znacznie silniejsza. Co uderzyłoby w krajowy eksport, a więc i gospodarkę, której połowę PKB generuje właśnie handel międzynarodowy. Tymczasem kurs euro osłabiany jest przez wyniki greckiej, portugalskiej, hiszpańskiej czy nawet włoskiej gospodarki. Te cierpią, ponieważ dla nich kurs wspólnotowego pieniądza jest z kolei za wysoki (z uwagi na siłę niemieckiej gospodarki). Co hamuje ich rozwój, a więc i nie pozwala konkurować z Niemcami.

Warto przytoczyć wyniki badań Centrum Polityki Europejskiej we Fryburgu z pracy: „20 lat euro: zwycięzcy i przegrani”, wg których dane z 20 lat (1999-2017) świadczą o tym, że tylko dwa kraje w strefie euro zyskały na wprowadzeniu wspólnej waluty. Są to Niemcy, które zarobiły najwięcej, bo aż 1,9 biliona euro oraz Holandia (ok. 350 mld euro zysku). Grecja wyszła mniej więcej na zero. Reszta państw poniosła straty. Największe dotyczą Włoch i Francji. Rezygnacja z liry kosztowała Włochów potężną sumę 4,3 biliona euro, natomiast utrata franka wyceniona została aż na 3,6 biliona euro. Co istotne, ogólny bilans  wprowadzenia euro (sumując zyski i straty) jest ujemny. Łącznie kraje strefy euro poniosły straty w wysokości 6,4 biliona euro. Innymi słowy. Wspólna waluta osłabia Europę jako całość, natomiast niezwykle mocno wspiera niemiecką gospodarkę. Nie powinno więc dziwić, że Włosi od kilku lat grożą wyjściem ze strefy euro i powrotem do liry, jeśli Niemcy nie zgodzą się na to, by Europejski Bank Centralny za dodrukowane euro skupował włoskie długi. Tak z sektora państwowego (obligacje) jak i z prywatnego.

Jednak i to nie ukazuje wszystkich niemieckich korzyści ze stworzenia Unii Europejskiej. Bowiem niemiecka gospodarka zarabia jeszcze pośrednio na decyzjach politycznych. Niemcy mają duży wpływ na to, jakie programy i cele są dotowane z Unii. W pierwszych latach członkostwa Polski w UE, finansowanie na infrastrukturę drogową dotyczyło w pierwszej kolejności szlaków komunikacyjnych wschód-zachód. Prowadzących z Niemiec do Rosji i na Ukrainę. Polska budowała więc drogi łączące niemieckie fabryki ze wschodnimi gospodarkami. Tymczasem szlaki komunikacyjne na linii północ-południe (łączące Bałkany z Bałtykiem), które wzmocniłyby znaczenie polskiej gospodarki i polskich portów morskich kosztem interesów niemieckich nad Morzem Bałtyckim – czekały całe lata na swoją kolej.

Starsi czytelnicy z pewnością pamiętają kampanię na rzecz przeorientowania gospodarek państw byłego Bloku Wschodniego na „nowoczesny” model. W ramach tej kampanii przekonywano, że należy zrezygnować z produkcji i postawić na usługi. Programy dotacji unijnych były w dużej mierze zakrojone na promowanie tego rodzaju działalności. Dofinansowywane były wszelkiego rodzaju szkolenia, mające na celu podnoszenie kwalifikacji zawodowych. Oczywiście w tym samym czasie niemiecka gospodarka wciąż stawiała na „przestarzały” model rozwijania przemysłu i produkcji. Z drugiej strony, pod pretekstem unijnych restrykcji, zakazywano dotowania zakładów przemysłowych przez nowe państwa członkowskie. W czasie, gdy – ze względu na Unię Europejską – władze z Warszawy zablokowały wsparcie dla m.in. stoczni w Szczecinie, decydenci z Meklemburgii-Pomorza Przedniego udzielali pomocy dla konkurencyjnych względem niej własnych stoczni w Wolgaście i Stralsundzie. Gdy polskie stocznie upadły, niemieckie zakłady nad Bałtykiem wróciły na tor rozwoju. Wszystko za zgodą Komisji Europejskiej.

Dobrym przykładem instrumentalnego prowadzenia spraw unijnych jest też polityka klimatyczna. Nie jest tajemnicą, że Niemcy są producentami paneli fotowoltaicznych oraz wiatraków do elektrowni wiatrowych. Panele fotowoltaiczne pierwszych generacji były jednak bardzo mało efektywne. Dekadę temu inwestycje w te instalacje były nieopłacalne. Wobec czego wprowadzono szereg ulg oraz programów z dofinansowaniem, dzięki którym sektor prywatny dał się przekonać do energetycznych farm słonecznych i wiatrowych. Biznes nie wyszedł tak dobrze jak oczekiwano, bowiem na rynek energii odnawialnej z powodzeniem weszły firmy chińskie. Oferując znacznie tańsze produkty i wypierając niemieckich producentów z ich własnego, europejskiego rynku. Niemniej Unia Europejska, a w tym głównie Niemcy, wciąż naciska kraje uboższe Unii na przestawienie się na odnawialne źródła energii. Pomimo faktu, że RFN jeszcze w 2019 roku była największym producentem energii pozyskiwanej z węgla, a w 2020 roku otworzono nową elektrownię węglową Datteln IV. Niemcy doskonale radzą sobie w UE nie tylko na pułapie instytucjonalnym, ale i w inicjatywach na samych dole. Po niemieckiej stronie Nysy Łużyckiej od 1974 roku funkcjonuje kopalnia odkrywkowa węgla brunatnego, która zaopatruje pobliską elektrownię w Jaenschwalde. To czwarty największy emitent dwutlenku węgla w całej Europie. Okazało się, że eksploatowane przez Niemców złoże rozciąga się również po polskiej stronie granicy. Od 2009 roku Polacy bezskutecznie starają się o uruchomienie własnej kopalni. Przeszkodą są liczne inicjatywy i protesty społeczne, w które bardzo mocno zaangażowała się strona niemiecka. Biorąc pod uwagę te okoliczności należy zadać podstawowe pytanie, czy naprawdę chodzi tutaj o ochronę środowiska?

Wyjaśnić w tym miejscu należy, że wytwarzanie energii z kopalin jest zwyczajnie tańsze. Tańsza energia oznacza mniejsze koszty produkcji, a więc większą konkurencyjność na rynku. Tymczasem od dekad, bogatsze i większe kraje Unii zwalczają tańszą konkurencję ze wschodu. Niska cena, której powodem są niższe płace i koszty produkcji, jest jedną z nielicznych, jak nie jedyną przewagą gospodarek państw Europy Środkowowschodniej nad gospodarkami z zachodu Europy. Stan ten jednak ulega zmianie. W drodze politycznych decyzji zmusza się do korzystania z droższej energii, podwyższania płac i zwiększania kosztów prowadzenia działalności pod pretekstem wprowadzania wysokich standardów jakości oraz ochrony środowiska. Ta ostatnia kwestia jest oczywiście niezwykle istotna, jednak trudno oprzeć się wrażeniu, że jest jedynie pretekstem i narzędziem do wzmacniania niemieckiej gospodarki przy jednoczesnym osłabianiu unijnej konkurencji. Co może zaszkodzić nie tylko samej idei ochrony środowiska, ale i spójności oraz integralności UE.

 

Solidarność solidarnością, a biznes jest biznes

Niewątpliwym jest, że projekt Unii Europejskiej jest dla Niemiec niezwykle korzystny i opłacalny. Gdyby tak nie było, władze z Berlina naciskałyby na rozwiązanie UE, a nie na jej dalszą integrację. Niemcy są na tyle silni, by nadawać ton Unii oraz kontrolować poprzez jej instytucje kierunek rozwoju innych jej członków. Przy jednoczesnym ignorowaniu narzuconych przez siebie, krępujących gospodarkę i politykę zasad i reguł. Jednak stosowanie podwójnych standardów sprawia, że pierwszy zachwyt i zauroczenie projektem unijnym prysło. Zwłaszcza wśród państwa Europy Południowej i Środkowowschodniej.

Na tle waluty euro zarysował się konflikt między Włochami i Francuzami, a Niemcami. Bowiem luzowanie ilościowe w strefie euro oznacza wzrost inflacji (a więc wzrost cen za towary i usługi). To z kolei oznacza, że koszty związane z obsługą długów zostałyby niejako przerzucone – poprzez inflację – na Niemców. Wzrost cen niemieckich towarów oznacza mniejszą konkurencyjność na światowych rynkach, a więc zmniejszenie wpływów z eksportu. Ponadto należy przypomnieć, że w Niemczech inflację zaczęło wywoływać jeszcze inne zjawisko. Wzrost produkcji i zmniejszenie bezrobocia do minimalnych poziomów doprowadziło do deficytu na rynku pracy. Pracodawcy zaczęli konkurować o pracowników, podwyższając pensje (również w zakładach zlokalizowanych w krajach dawnego Bloku Wschodniego). Wyższe wynagrodzenia oznaczały wzrost cen, a więc inflację. Droższa produkcja oznaczała mniejszą konkurencyjność niemieckich towarów. Wobec czego Europejski Bank Centralny zapowiedział w 2017 roku walkę z inflacją narzędziami systemowymi. Czyli wstrzymaniem luzowania ilościowego. To z kolei oznaczało katastrofę dla innych mocno zadłużonych państw strefy euro. Spór o politykę monetarną EBC trwał niemal trzy lata, do czasu, gdy na skutek gospodarczego lockdownu spowodowanego pandemią COVID-19, Niemcy zgodzili się na ponowny dodruk pieniądza i ratowanie gospodarek strefy euro.

Należy także podkreślić, że pomimo tego, że państwa strefy euro posługują się wspólną walutą, oprocentowanie ich obligacji państwowych jest różne. W 2018 roku rentowność niemieckich obligacji 10-letnich spadła niemal do zera, natomiast włoskie obligacje były oprocentowane w październikowym szczycie na blisko 3,5%. Oznaczało to, że państwo włoskie zadłużając się, zobowiązywało się spłacać odsetki od obligacji w wysokości 3,5%, podczas gdy Niemcy odsetek od sprzedawanych w tym czasie obligacji nie płacili wcale (później rentowność niemieckich papierów wartościowych spadła wręcz do ujemnych poziomów). Różnica ta wynika z faktu, że włoska gospodarka jest w tak tragicznym stanie, że gdyby włoskie obligacje były wycenione tak samo jak niemieckie, nikt nie chciałby Włochom pożyczać pieniędzy (skupować ich obligacji). Tak więc Włosi płacą znacznie większe odsetki od zadłużenia niż Niemcy. Natomiast muszą posługiwać się tą samą walutą, której wysoki kurs uderza w ich gospodarkę, czyniąc ją mniej konkurencyjną w stosunku do niemieckiej. To dlatego włoski rząd w maju 2020 roku tak bardzo nalegał na wyemitowanie wspólnych euroobligacji za sprzedaż których można by wesprzeć gospodarki poszczególnych krajów dotkniętych przez skutki pandemii (a konkretnie zamknięcia gospodarek). Chodziło o to, że unijne obligacje nie tylko byłyby spłacane przez wszystkich członków UE (nazwano to uwzspólnieniem długu), ale ich oprocentowanie byłoby niższe niż obligacji włoskich. I wyższe, niż obligacji niemieckich.

 

Metoda kija

Władze z Berlina – regularnie od 2015 roku – okładają Warszawę (ale i Budapeszt) unijnym kijem. Wszczęto procedury dotyczące praworządności w Polsce, a także straszy się wprowadzeniem uzależnienia wypłat dotacji unijnych od spełnienia kryterium praworządności. Cios zadano również polskiemu biznesowi, a konkretnie przewoźnikom, których działalność ma objąć tzw. pakiet mobilności. Jest to kontynuacja niemiecko-francuskich regulacji krajowych, które miały na celu obniżenie konkurencyjności polskich firm transportu drogowego. Na Polskę wywiera się również presję w zakresie sektora energetycznego. Mimo, że w 2019 roku Niemcy były największym producentem energii pochodzącej z węgla, to Polska ma zrezygnować z tego surowca.

Stosowanie wyłącznie metody bicia kijem jest doskonałą metodą na zniechęcenie polskiego sąsiada. Fatalną, by go przekonać do politycznej współpracy, a już z pewnością nie da się Polaków zwyczajnie podporządkować. Nie udało się to jeszcze nikomu, nawet pomimo faktu, że niepodległa Polska istniała tylko przez 50 lat z ostatnich 225. Niemcy jak nikt inny powinni się wreszcie nauczyć, że przy pomocy siły nie da się nad Wisłą niczego osiągnąć i utrzymać na dłuższą metę. Warto natomiast wskazać, że Polacy są z kolei świetnym materiałem na sojusznika i partnera. Unia polsko-litewska istniała od 1385 do 1795 roku, czyli przez 410 lat. To najdłuższa i najbardziej trwała tego rodzaju współpraca w historii Starego Kontynentu. Unia Europejska obchodzić będzie niedługo dopiero 30-lecie i już teraz widać poważne rysy mogące ją podzielić. Tajemnica sukcesu tkwi w równym traktowaniu członków unii. Kolejne traktaty polsko-litewskie zrównywały polską i litewską szlachtę w prawach. Uznawano również prawa licznych mniejszości: Rusinów, Białorusinów, Żydów, Bałtów i Niemców. Na tronie Polski zasiadali królowie z litewskiego rodu Jagiellonów, a także pochodzenia: węgierskiego (Stefan Batory), ruskiego (Michał Korybut Wiśniowiecki), niemieckiego (dynastia Sasów), szwedzkiego (Zygmunt III Waza), a nawet francuskiego (Henryk III Walezy).  Rzeczpospolita Obojga Narodów była najbardziej liberalnym tworem politycznym w ówczesnej Europie i tylko dlatego przetrwała w jedności ponad cztery wieki. Tymczasem polityka wewnętrzna Unii Europejskiej zaczyna stosować metody gestapo. Zamiast liberalizmu, narzucany jest model podporządkowania się odgórnie ustalanym regulacjom pod groźbą sankcji. Unia Europejska nie ma szans powtórzyć sukcesu unii polsko-litewskiej, jeśli będzie jej członkowie będą dzieleni na lepszych i gorszych, a ci pierwsi będą narzucali tym drugim reguły, do których sami się nie stosują.

     Jeśli Republika Federalna Niemiec chce rzeczywiście odzyskać kontrolę nad Unią Europejską oraz wyprzeć wpływy USA ze Starego Kontynentu, to musi przestać grozić i zacząć składać dobre oferty. Polacy, Rumuni, państwa bałtyckie, a także skandynawskie zaczęły obawiać się Federacji Rosyjskiej. Kwestie bezpieczeństwa na wschodnim pograniczu Unii Europejskiej stały się dalece ważniejsze niż korzyści gospodarcze. Tymczasem Republika Federalna Niemiec nie posiada realnych zdolności i potencjału do złożenia wiarygodnych gwarancji w tym zakresie. Wojska Stanów Zjednoczonych stacjonują w dużej ilości w samych Niemczech, ale i zostały wysłane na tzw. wschodnią flankę NATO. I nie chodzi tutaj nawet o wielkość kontyngentu wojskowego, ale o sam fakt. Wymienione wyżej kraje czują się znacznie bezpieczniej wiedząc, że Amerykanie są z nimi na pierwszej linii frontu. USA dało sygnał, że w przypadku ataku Rosjan, weźmie w wojnie udział. To Waszyngton zmobilizował NATO do obecności sojuszu w Polsce, Litwie, Łotwie i Estonii. Niemcy w tym czasie kontynuowali interesy z Rosją i budowali gazociąg Nord Stream II. Przedkładając interesy polityczno-gospodarcze nad bezpieczeństwo unijnych partnerów.

Historia w relacjach polsko-niemieckich

W polityce międzynarodowej nie liczą się tylko i wyłącznie gospodarka, geografia i interesy. Tak jak w biznesie, liczy się  również zaufanie do drugiej strony oraz historia transakcji z danym kontrahentem. Doskonały przykładem na to są relacje polsko-niemieckie. Polskie społeczeństwo doświadczone historią, jest mocno wyczulone na sytuacje, w których ktoś obcy zamierza oceniać co jest w Polsce dobre, a co złe. I mieszać się w sprawy wewnętrzne kraju, którego niepodległość kosztowała tak wiele. A już szczególną nieufność u Polaków wzbudza fakt, że to właśnie Niemcy zamierzają ich uczyć praworządności. Jeśli narody rzeczywiście posiadają swoje charaktery, a społeczeństwom można przypisać pewne dominujące wśród ich członków cechy, to wśród Polaków króluje nieustępliwość wobec przymusu i agresji. Wykształcona w czasie: 123 lat zaborów, wojny polsko-bolszewickiej z lat 1919-1920, wojny obronnej z 1939 roku oraz w czasie krwawej niemieckiej okupacji wojennej, a także sowietyzacji kraju po II Wojnie Światowej. Oczywiście można Polakom zarzucać sentymentalizm w relacjach z Niemcami i Rosją. Jednak jest on całkowicie uzasadniony oraz osadzony w historii relacji z tymi państwami. Polacy nigdy nie przejdą do porządku dziennego nad faktem, że w latach 1939-1945 zamordowano blisko 6 milionów polskich obywateli, co stanowiło aż 1/5 ogółu ludności II Rzeczpospolitej Polskiej. Co piąty obywatel II RP został zabity. Zaledwie 10% ofiar poległo wskutek działań wojennych. Cała reszta to byli cywile rozstrzeliwani na ulicach, mordowani w obozach i katowani w przymusowych zakładach pracy. Połowę ofiar stanowili rdzenni Polacy, przy czym Niemcy (podobnie jak Rosjanie) dokonywali egzekucji często w sposób selektywny. Wybierając elity narodu. Zabita została trzecia część wszystkich polskich naukowców, nauczycieli, lekarzy, prawników i księży. W Polsce nietrudno jest znaleźć osobę, której przodek był ofiarą ludobójstwa. Ten przerażający bagaż historyczny wydaje się dziś zupełnie nieistotny. Jednak wydarzeń tych nie da się zapomnieć. Nic więc dziwnego, że ilekroć Niemcy zrobią groźną minę, tylekroć w Polsce bije się na alarm. Jest to zupełnie naturalne i logiczne. Oczywistym jest, że gdy przy jednym stole biznesowym spotykają się dawny złodziej i oprawca oraz jego ofiara, to podejrzliwość u tej drugiej jest jedynie przejawem zdrowego rozsądku i przezorności. Zwłaszcza, gdy szkody nie zostały w żaden sposób zrekompensowane. Gdy zaś były oprawca sięga w takiej sytuacji do kieszeni po chusteczkę, może to zostać odebrane jako próba wyciągnięcia ukrytego pistoletu. W takiej sytuacji, bez wątpienia odpowiedzialność za powodzenie przyszłych rozmów oraz za właściwe odczytanie intencji przez drugą stronę, ciąży na stronie silniejszej. I tej, która z racji dawnych czynów, winna udowodnić swoje uczciwe zamiary.

Niemcy powinni brać ten czynnik pod uwagę, bowiem również od niego zależą relacje między krajami. Polska jest ważnym partnerem dla Niemiec tak gospodarczo, jak i politycznie (i vice versa). A to wokół niej Amerykanie starają się zbudować blok polityczny, który pilnowałby interesów Waszyngtonu w Europie Środkowowschodniej. Obranie złych metod perswazji, może kosztować Niemców rozpad Unii Europejskiej.

 

Armia Europejska rozwiązaniem problemów?

Oprócz gospodarczych profitów, Republika Federalna Niemiec notuje również spore oszczędności z tytułu funkcjonowania Unii Europejskiej. Przystąpienie Polski do NATO, ale i do UE, zabezpieczyło Niemcom wschodnią granicę. W efekcie, Berlin nie musi ponosić wysokich kosztów bieżącego utrzymania silnej i gotowej do działania armii. Niemcy wydają na zbrojenia jedynie 1,23% PKB pomimo tego, że wchodzą w skład NATO i obowiązuje ich 2% limit. Innymi słowy, Berlin wydaje niemal dwukrotnie mniej niż powinien na zbędne w czasie pokoju i prosperity zbrojenia. Zaoszczędzone w ten sposób środki mogą zostać wykorzystane w inny sposób. Tymczasem Polska (ale i Rumunia, państwa bałtyckie oraz skandynawskie), z uwagi na zagrożenie rosyjskie, musi przeznaczać znaczne kwoty na wydatki zbrojeniowe.

Rozwiązaniem kwestii bezpieczeństwa europejskiego nie będzie francuska oferta gwarancji bezpieczeństwa na tzw. wschodniej flance NATO. Po pierwsze dlatego, że Francuzi nie posiadają wspólnoty interesów z państwami tej flanki w polityce zagranicznej względem Rosji. Po drugie, z uwagi na swoje zaangażowanie w basenie Morza Śródziemnego oraz w Afryce, nie posiadają potencjału do realnego wsparcia Europy Środkowej.

Oczywiście powyższy wywód nie zmierza do tego, że to Niemcy powinny zbudować potężną armię, którą wysłaliby do stacjonowania np. w Polsce. Dawna ofiara nie poczuje się bardziej bezpieczna, gdy jej oprawca ponownie zakupi pistolet i obieca, że tym razem skieruje lufę w inną stronę. Europa nie może pozwolić sobie na trzecią militaryzację Niemiec. Jednak Berlin musi zacząć ponosić koszty utrzymania bezpieczeństwa Unii Europejskiej. Zwłaszcza, że jest jej największym beneficjentem. Armia Unii Europejskiej byłaby doskonałym narzędziem pod warunkiem, że nie byłaby dowodzona przez Niemców. Ta konstatacja z pewnością jest niewygodna dla elit z Berlina, podobnie jak fakt, że RFN finansowałoby siły, na które nie miałoby wpływu. To jest jednak koszt braku zaufania do Niemców, na które sobie wcześniej zasłużyli. Jednocześnie tego wymaga bezpieczeństwo i stabilność Unii Europejskiej. To jest właśnie przywództwo. Ponoszenie kosztów i wzięcie na siebie odpowiedzialności. Również w kwestiach bezpieczeństwa. To na Niemcach ciąży obowiązek skonstruowania armii UE w takim kształcie, by czuli się bezpiecznie zarówno Portugalczycy, jak i Łotysze. Oddanie przywództwa Francuzom nie rozwiąże problemu, bowiem Paryż nigdy nie zrozumie dylematów bezpieczeństwa dotyczących państw graniczących z Federacją Rosyjską. Tak jak i państwa te niekoniecznie muszą rozumieć francuskich interesów w Afryce. Dlatego wydaje się, że europejska armia powinna zostać podzielona na flanki, za które odpowiedzialne byłyby różne grupy państw. Utworzenie wschodniej flanki UE – na budżet której składałaby się Republika Federalna Niemiec – miałoby wiele pozytywnych aspektów. Dowództwo należałoby do państw regionu, które w ten sposób czułyby się bezpieczne i nie miałyby obaw przed wzrostem potęgi militarnej Niemiec. Berlin z kolei zabezpieczyłby swoje wschodnie granice finansując rozwój i modernizację sił Europy Środkowowschodniej. Nie istnieje chyba lepszy sposób na odbudowę wcześniej utraconego zaufania jak to, gdy dawny napastnik wręcza pistolet swojej ofierze. Nie na darmo motyw ten często wykorzystywany jest w filmografii.

 

Przewodzić, a nie wydawać rozkazy

        Jeśli Niemcy chcą osiągać korzyści z Unii Europejskiej w taki sposób jak dotychczas, muszą zacząć przewodzić, a nie dominować. Inaczej ten kruchy konstrukt może się rozsypać. Członkowie strefy euro zorientowali się jak destruktywnie na ich gospodarki działa wspólna waluta. Kraje graniczące z Federacją Rosyjską nabrały przekonania, że Unia nie jest zainteresowana inwestycją w ich bezpieczeństwo. Ba, takiego przekonania nabrały również Grecja i Włochy, które nie otrzymały wsparcia w czasie kryzysu migracyjnego. Niemcy i Francja nie zamierzały partycypować w kosztach uszczelniania morskiej granicy UE na Morzu Śródziemnym pozostawiając południowców zdanych na własne siły. To wszystko sprawia, że za wyjątkiem Francji, państw Beneluksu oraz Niemiec, wszyscy inni czują się w Unii Europejskiej jak członkowie drugiej kategorii. Zanika również wspólnota interesów, a ta jest niezbędna do utrzymania Unii Europejskiej w całości. Winą za to obarczane są wprawdzie państwa, które nie chcą podążać zgodnie z linią ustaloną w Paryżu czy Berlinie. Jednak największa odpowiedzialność za UE ciąży na jej największych i najbardziej wpływowych członkach. To oni powinni wyciągać rękę i szukać porozumienia. Zwłaszcza, że zamierzają zmieniać reguły gry w czasie jej trwania. Unia Europejska jeszcze 15 lat temu miała zupełnie inny kształt. Nowi członkowie przystępowali do UE akceptując istniejące warunki (formę prawną oraz regulacje), a także godząc się na pewne ryzyka (związane z otwarciem rynków i spodziewaną ekspansją na nich bogatszych podmiotów z zachodu). W zamian za to, obiecano im doraźne korzyści w formie dotacji, które miały zrekompensować spodziewane straty. Dziś, Niemcy zdominowali słabsze unijne gospodarki z czego czerpią ogromne zyski. Jednocześnie chcą narzucać nowe regulacje i wymagania, a także federalizować Unię, co de facto prowadzić będzie do podporządkowania politycznego jej mniejszych członków względem tych najsilniejszych. Zamiast oferować coś w zamian, elity z Berlina przekonują do nowej koncepcji za pomocą nacisków polityczno-gospodarczych.  Co budzi zrozumiały sprzeciw tak u Greków, Włochów, Węgrów, Polaków i innych. Sprzedając koncept wspólnoty i solidarności europejskiej, Niemcy i Francuzi kierują się zasadą partykularnych interesów narodowych. Cynizm ten został dostrzeżony, dlatego każda próba pogłębienia integracji europejskiej może przynieść efekt odwrotny do zamierzonego. Bowiem będzie odczytywana – słusznie zresztą – jako zagrożenie dla interesów słabszych państw UE.

Zamiast kolejnego strukturalnego i sztucznego przepoczwarzenia Unii, Niemcy i Francuzi powinni stworzyć wspólnotę interesów. Zaproponować na przykład wspólną politykę energetyczną, a więc negocjowanie umów na dostawy surowców od państw trzecich na tych samych warunkach dla wszystkich członków. Dawałoby to przecież doskonałą pozycję negocjacyjną z ewentualnymi dostawcami. Duży kontrakt pozwala na uzyskanie dużych zniżek. Tego rodzaju polityka jest jednak dla Niemiec nieopłacalna. Bowiem gdy Berlin wynegocjuje własne, znacznie niższe ceny dostaw gazu od Rosji niż inni członkowie UE, to niemiecka gospodarka będzie zaopatrywana w tańszą energię. Co oznacza, że będzie bardziej konkurencyjna niż gospodarki pozostałych państw UE, które płaciłyby za import gazu lub ropy drożej. Okoliczności te sprawiają, że Republika Federalna Niemiec posiada nieustający konflikt interesów z pozostałymi członkami Unii. Co skłania wręcz władze Berlina do porozumień z państwami trzecimi wycelowanym przeciwko interesom innych członków Unii. Tak właśnie było z projektem gazociągu Nord Stream i Nord Stream II. Ukończenie tego drugiego pozwoliłoby Rosjanom transferować gaz do Niemiec bez pośrednictwa Polski. W przypadku braku alternatyw, Warszawa musiałaby się godzić na cenowe warunki narzucone przez Moskwę. Tymczasem im większa różnica w cenach między gazem sprzedawanym do Niemiec, a tym transferowanym do Polski, tym niemiecka gospodarka jest bardziej konkurencyjna względem polskiej. Oczywiście za Polskę, można tu podstawić dowolnie inny kraj, niemniej na przykładzie Polski najłatwiej jest omawiać politykę niemiecką wobec słabszych partnerów. Bo spośród nich, Warszawa jest: najbliższa, najważniejsza i najbardziej cenna dla Niemiec. Stąd tak olbrzymie zaangażowanie Berlina w sprawy nad Wisłą.

 

Polskie oczekiwania

Niemcy straciły Europę Środkową nie tylko dlatego, że Stany Zjednoczone okazały się od nich silniejsze. Stało się tak, ponieważ Republika Federalna Niemiec nie traktowała innych członków UE jak równorzędnych partnerów. Niemcy nie złożyły nigdy korzystnej oferty, która prowadziłaby do sytuacji win-win. Wszelkie mechanizmy w Unii Europejskiej działają na korzyść niemieckiej gospodarki i interesów politycznych. Wskazać należy, że polskie rządy z lat 2007-2015 były chyba najbardziej proniemieckimi władzami w Warszawie w całej znanej nam tysiącletniej historii Polski. Mimo tego, to właśnie wówczas Niemcy zbudowali gazociąg Nord Stream uderzając w polskie interesy.

Posiadając alternatywę w postaci Waszyngtonu, Polska przestała być podatna na polityczne naciski ze strony Berlina i Brukseli. Takie są fakty i choćby z tegoż względu, Niemcy, chcąc wyprzeć Amerykanów z Europy, powinny złożyć dobrą ofertę współpracy. Skoro Niemcy chcą być traktowani na równi z Amerykanami, ich oferta powinna zawierać aspekty związane z wypełnieniem luki po ewentualnym wyjściu hegemona z Europy. Ponadto Berlin musi pokazać, że jest zdolny przeciwstawić się Waszyngtonowi, a więc prowadzić całkowicie niezależną politykę oraz brać na siebie odpowiedzialność za innych. Przeciągać ich do swojego obozu. Stanowić siłę grawitacyjną zdolną zneutralizować wpływy USA. Dotychczas tego nie było zupełnie widać. Jeśli jednak Niemcy czują się na tyle mocni, by rzeczywiście stworzyć na kanwie UE nowy światowy biegun siły międzynarodowej, to dobrze jest więc zastanowić się, jaka oferta nakazywałaby polskiej stronie poważne rozważenie propozycji oraz zaufanie stronie niemieckiej, że ta wypełni swoje zobowiązania:

  1. Rezygnacja z ukończenia Nord Stream II – to jest warunek sine qua non, ponieważ projekt ten mocno uderza w polskie (i nie tylko) interesy, wzmacnia pozycję Rosji względem wszystkich państw Mięrzymorza, a przede wszystkim tą rezygnacją Niemcy pokazaliby, że ich oferta jest poważna, są gotowi do poświęceń w imię porozumienia, a ich dalsze zapewnienia należy traktować jako obietnice, które zostaną rzeczywiście spełnione,
  2. Utworzenie Europejskiej Armii podzielonej na flanki podlegające różnym dowództwom, przy czym Niemcy dokładaliby się finansowo do budżetu obronnego tzw. wschodniej flanki UE w kwocie odpowiadającej 1% niemieckiego PKB,
  3. Rozmieszczenie bazy wojskowej francuskiej lub niemieckiej na przesmyku suwalskim (nawet niewielkiej i niekoniecznie w Polsce, może to być na Litwie), a także utworzenie placówek wojskowych UE w państwach granicznych,
  4. Współpraca w przemyśle zbrojeniowym z uwzględnieniem transferu technologii i produkcji,
  5. Zgoda na zbudowanie przez Polskę elektrowni jądrowej, co zobowiązaliby się zrobić Francuzi na korzystnych warunkach finansowych,
  6. Wprowadzenie wspólnej unijnej polityki energetycznej tj. wspólne negocjowanie cen dostarczanych surowców na teren UE z państw trzecich,
  7. Zrezygnowanie z federalizacji Unii Europejskiej oraz ograniczania suwerenności państw członkowskich,
  8. Reforma systemu prawno-podatkowego, zliberalizowanie przepisów podatkowo-gospodarczych, zlikwidowanie restrykcji dyskryminujących konkretne sektory gospodarcze, powrót do wolnej konkurencji,
  9. Zgoda na akcesję Ukrainy do UE,
  10. Wypracowanie modelu prowadzenia wspólnej polityki zagranicznej UE w wyznaczonych sprawach (w dowolnych, w których państwa UE chciałyby występować wspólnie), poprzez wyznaczanych do konkretnych spraw trzech pełnomocników wybieranych przez państwa w sposób demokratyczny.

Jak widać, oferta nie może zostać złożona tylko i wyłącznie przez RFN, ale powinna w niej uczestniczyć również Francja. Gdyby państwa te przedstawiły taką ofertę Polsce, wówczas polski rząd nie mógłby jej nie rozpatrzyć. Ponieważ dawałaby ona odpowiedź na polskie (ale i regionalne) obawy w zakresie bezpieczeństwa. Jednocześnie gwarancja konkurencyjności rynków wewnątrz UE oraz nie krępowanie ich regulacjami z Brukseli, dawałaby Polsce możliwość korzystania ze swojego położenia oraz uczestniczenia w rozmowach na linii Berlin-Moskwa, bez pominięcia Warszawy. Polska nie może bowiem sobie pozwolić na to, by doszło do porozumienia Niemcy-Rosja, w sytuacji gdy sama byłaby skrępowana unijnym zwierzchnictwem i nie mogłaby osiągać zysków z korzystania przez ww. państwa z jej terytorium jako tranzytowego łącznika. Dlatego tak istotne jest zrzeczenie się przez Niemców z projektów ominięcia Polski w kontaktach gospodarczych z Rosją (tj. jak Nord Stream 2).

Otton III – król Niemiec, a następnie cesarz Świętego Imperium Rzymskiego (źródło: wikipedia.org)

Niemcy nie mogą przedkładać swoich interesów z państwami trzecimi, nad interesy partnerów z Unii Europejskiej, a nawet wręcz działać przeciw interesom innych członków UE. Niezwykle istotnym czynnikiem jest też powrót do liberalizmu gospodarczego, który wcześniej cechował Wspólnotę Europejską. Jest to nie tylko ważne z uwagi na zniesienie restrykcji i  stosowanie podwójnych standardów, ale i z uwagi na ekonomię całej UE, która stała się z tych powodów mało konkurencyjna względem Azji czy Stanów Zjednoczonych. Z kolei przyjęcie Ukrainy do Unii Europejskiej byłoby zabezpieczeniem części wschodniej granicy UE przed powrotem władz z Kremla do ekspansywnej polityki. Niemcy, jako lider UE, a także najważniejszy partner rosyjski, winny wziąć odpowiedzialność za bezpieczeństwo całej Unii, a nie kosztem tego bezpieczeństwa działać na rzecz państw trzecich (w tym Federacji Rosyjskiej). Dotychczas, w relacjach z Rosją, Niemcy traktowały Moskwę priorytetowo, a interesy partnerów z Unii Europejskiej były wątkiem pobocznym. To się musi zmienić, a Berlin i Paryż winny stać po jednej stronie z resztą europejskich stolic, negocjując warunki z Moskwą.

Niemcy i Francuzi powinni zapraszać innych członków do brania udziału w procesach polityki międzynarodowej, by Ci poczuli rzeczywistą wspólnotę wartości i interesów, nie natomiast wykluczać resztę państw. Jak było to robione dotychczas. Unia Europejska winna działać na zewnątrz przez pełnomocników umocowanych do pewnych czynności przez ogół. Niemcy i Francja nie mogą podejmować decyzji za całą UE bez porozumienia się wcześniej ze wszystkimi członkami i bez ustalenia, w ramach jakich granic winni poruszać się unijni pełnomocnicy. Nic nie stoi na przeszkodzie, by np. w sprawie Białorusi, państwa UE zagłosowały nad wyborem np. 3 pełnomocników UE, którzy byliby kompetentni do ustalenia wspólnego działania. W ten sposób, każde państwo UE mogłoby oddać jeden głos na dowolnie wybrane inne państwo, które miałoby reprezentować Unię w danej sprawie. W ten sposób można się spodziewać, że Państwa południowe (które posiadają wiele wspólnych interesów) miałyby jednego reprezentanta, państwa zachodnie drugiego reprezentanta, a państwa ze Środka Europy trzeciego reprezentanta. Ta trójka miałaby za zadanie wypracować wspólne stanowisko i reprezentować UE w wybranej sprawie międzynarodowej. Taka metoda załatwiania spraw nie wykluczałaby żadnej grupy interesów w UE, a jednocześnie odzwierciedlałaby demokratyczne wartości. Jednocześnie decyzje podejmowane przez pełnomocników byłyby akceptowane przez wszystkich w UE, bowiem wszyscy braliby udział w ich wyborze. Nie rodziłoby to później sporów i oskarżeń o to, że dane państwo, z pominięciem innych, podjęło takie a nie inne decyzje.

Rozdźwięki interesów wewnątrz Unii pojawiają się i będą się pojawiać, a im bardziej głosy słabszych członków będą tłumione, tym większy będzie rodziło to sprzeciw. Unia Europejska musi wrócić do swoich wartości, akceptować różnorodność (w tym różnorodność interesów) i wypracować model, w którym w sposób liberalny i bez wymuszania zrzeczenia się części swojej suwerenności, państwa będą mogły w sposób sprawny działać wspólnie. Francja i Niemcy muszą również zrozumieć, że by UE przetrwała, Berlin oraz Paryż powinny przewodzić (dając przykład), a nie wydawać rozkazy. Tylko tak mogą zyskać autorytet i zaufanie pozostałych członków.

Krzysztof Wojczal

geopolityka, polityka, gospodarka, prawo, podatki – blog

209 komentarzy

  1. Nie ma i nie będzie oferty Niemiec dla Polski. Niemcy poszły inną drogą tworzenia imperium europejskiego – budowania swoich prowincji gospodarczo uzależnionych od centrum. Tak rozumieją swoją rację stanu, którą konsekwentnie realizują. Zaburzenia przy NS2 niczego nie zmienią. Zmienić ich politykę mogłaby tylko świadomość Polski swoich atutów i konsekwentna, nieprzekupna gra na siebie. Lub zewnętrzna siła (prędzej) wpychająca Polskę na tory aktywnej, świadomej polityki nastawionej na realizację własnych interesów. Na to, póki co, się nie zanosi.

    1. @Jacek – dlatego trzeba aktywnie działać – nie jako bierny pionek w ręku Waszyngtonu, bo Waszyngton nadal widzi Niemcy jako cenniejszy zasób od Polski i łudzi się gestami Berlina, który moim zamierza „wykiwać” USA [i Chiny] czeka na osłabienie obecności USA w Europie i twardo zmierza do IV Rzeszy Paneuropejskiej, by wtedy jak równy z równym zbudować supermocarstwo z Kremlem od Lizbony do Władywostoku. Waszyngton jest zwyczajnie głupi – ciągle myśli, że dogada się bezkosztowo z Niemcami jako koncesjonowanym agentem USA do zarządzania Europą – oraz, że wprzęgnie machinę i zasoby technologiczno-ekonomiczne Niemiec i całej UE do wsparcia amerykańskiego rydwanu przeciw Chinom. I Waszyngton myśli, że wtedy Rosja spasuje i dołączy do amerykańskiego obozu przeciw Chinom. Jest dokładnie odwrotnie – UE dopiero wtedy stanie po stronie USA, gdy Rosja zostanie złamana i plany Berlina i Paryża spalą na panewce w swej „fizycznej” podstawie, bo nie będzie z kim i jak robić supermocarstwa euroazjatyckiego. Ale to by wymagało najpierw wysiłku, zaangażowania [przejściowego – ale jednak znacznego], wsparcia i NAKŁADÓW ze strony USA w szeroko rozumianą Wschodnią Flankę od GIUK po Bosfor i wschodnie Morze Śródziemne, złamania rosyjskich stref antydostępowych [poczynając od uzyskania PRZEWAGI w C5ISR i WRE, a potem i w efektorach] i „nakrycia” ich jedną linią wzajemnie się pokrywających SILNIEJSZYCH stref antydostępowych Wschodniej Flanki. Tymczasem USA dalej chce osiągać cele bezkosztowo i nie chce widzieć konieczności kosztu zastrzyku siły i technologii – by Wschodnia Flanka uzyskała przewagę nad Rosją. Zresztą – sądzę, że elity Niemiec i Francji tak dalece idą w zaparte w swych planach, że nawet sukces Wschodniej Flanki nie zmusi je do przejścia w pełni do obozu amerykańskiego – raczej będą starały się jako jedno jądro karolińskie odgrywać rolę osobnego „bloku neutralnego” w konflikcie globalnym – licząc na to, że po rozstrzygnięciu konfliktu hegemonalnego – dołączą do zwycięzcy bez strat i wyczerpania wojną. Tyle, że takie podejście w tym scenariuszu, moim zdaniem skończy się oderwaniem się wszystkich państw od jądra karolińskiego i upadkiem starej UE – a jeżeli Wschodnia Flanka by zyskała dostateczną siłę i „masę krytyczną” – wtedy ta Flanka stałaby się rdzeniem Nowej Konfederacyjnej Europy. Zostawiając „jądro karolińskie” na przysłowiowym „lodzie” – a właściwie stawiając je w nowym układzie geostrategicznym – przez fakty dokonane.

      1. Jeśli w Berlinie naprawdę myślą, że będą w stanie rozmawiać z Rosją jak równy z równym (bez siły wojskowej) to są zwyczajnie głupi, poza tym bez armii europejskiej nie widzę przyszłości dla konstruktu jakim jest UE – pewnym zwiastunem tego jest obecna sytuacja z Turcją – brak argumentów siłowych w obronie własnych interesów (także pytanie o wspólny interes zainteresowanych krajów składowych UE), Berlin stać było tylko na łapówkę dla Erdogana, czy też wpływania na bieg wydarzeń w najbliższym otoczeniu.

        A gdzie tu myśleć o zabezpieczeniu szlaków handlowych, jeśli zaistniałaby taka potrzeba?

        1. Pomysł Berlina najpierw był taki, by po Brexicie Francja scedowała głos w Radzie Bezpieczeństwa ONZ na rzecz UE [czyli de facto Berlina] – Francja się nie zgodziła. Oraz, by powstała jedna armia europejska – czyli Francja miała scedować zarządzanie strategicznymi siłami jądrowymi i „guzik startowy” – znów na rzecz Berlina – Francja tez się nie zgodziła. To główna oś zgrzytów między Berlinem, a Paryżem – bo obie stolice są zgodne co do pomysłu wyrzucenia USA z Europy – i co do sojuszu z Kremlem i powstania supermocarstwa Lizbona-Władywostok. Obstrukcja Paryża wobec planów Berlina [zwłaszcza planów atomowych] skutkuje tym, że Berlin gra na wyjście USA z Europy, z jednoczesnym łudzeniem Waszyngtonu, że Niemcy będą agentem interesów amerykańskich w Europie. Do tego służy maskirowka zmiany narracji Berlina względem NATO – na „popierającą” oraz np. obietnica zakupów amerykańskich Super Hornetów i Growlerów jako nosicieli dla NATO Nuclear Sharing. Zresztą w ilości minimalnej – 30 Super Hornetów 15 Growlerów – a i tak zamierzają dokupić 45 najnowszych Eurofighterów. Berlina w planie strategicznym i strategicznej projekcji siły liczy na to, że dogada się z Waszyngtonem i uzyska koncesję na zarządzanie Europa w imieniu USA. Oraz liczy na to, że własne zbrojenia, w tym program jądrowy – „sprzeda” Waszyngtonowi jako wzmacnianie NATO. NATO jest tu tylko zasłonką dla wzmacniania się Berlina, który w ten sposób chce zdystansować Paryż także w strategicznych siłach jądrowych. Przewaga ekonomiczno-finansowa ma dać Berlinowi uzyskanie skoku militarnej przewagi strategicznej [ale i w siłach konwencjonalnych] w relatywnie krótkim czasie – po uzyskaniu koncesji z Waszyngtonu. Nie muszę mówić, że Polska ze wszystkich sił – razem z kontynentalnymi sojusznikami Flanki i z UK – winny te plany Berlina łamać. Stąd od półtorej roku trwa oficjalna dyskusja w Niemczech nt atomu – stricte dla celów militarnych – dla Bundeswehry. Jako taka zabawa w dobrego i złego glinę przydzielonych do roli stronnictw politycznych w Niemczech – dając sygnał do Waszyngtonu – jak nie dacie nam pozwolenia z „dobrej woli” – to sami zbudujemy strategiczne siły jądrowe bez waszego pozwolenia. Nosiciele już są w produkcji pod przykrywką cywilną – rozpoczęto produkcję rakiet Spectrum, zdolne do wynoszenia na orbitę ładunków 1,2 t. Kosmodromem ma być na razie platforma pływająca [statek?] na Morzu Północnym. Polecam choćby https://www.dw.com/pl/kosmiczne-ambicje-niemiec/a-54843216 Co do zdolności produkcji głowic jądrowych – Niemcy są do niej zdolne w max 0,5 roku od momentu „sygnału start”. To nie jedyny wyścig jądrowo-rakietowy w Europie. NORDEDCO w Finlandii chce uruchomić pełen suwerenny cykl przemysłu jądrowego poczynając od wydobycia uranu przez Yellow Cakes po przerób w blokach elektrowni jądrowej.A Szwecja w ramach dopełnienia tandemu „głowica-nosiciel” właśnie ogłosiła plany co do studium wykonalności przekształcenia bazy w Esrange w kosmodrom do wynoszenia „małych” satelitów [rzecz jasna „tylko cywilnych” – owszem: cywilnych TEŻ] na orbitę, polecam: https://www.space24.pl/szwecja-z-wlasnym-kosmodromem Nie muszę mówić, że nasi sternicy nawy państwowej niczego nie rozumieją i nie podejmuja stosownych działań strategicznych – choćby dołączenia do tego atomowo-rakietowego programu NORDEFCO, nie mówiąc o presji o oficjalne uzyskanie NATO Nuclear Sharing – i nie mówiąc o działaniach pod stołem dla zakupu głowic z wszelkich możliwych źródeł – choćby w trybie rozproszonym. Sami mamy kilkanaście firm i startupów przemysłu kosmicznego, także własny projekt rakiety PERUN z nowatorskim napędem, która ma wynosić satelity 50 kg na orbitę 150 km [pierwsze próby pełnowymiarowe – do pułapu 10 km i udanego odzysku rakiety na spadochronie – były w lutym w Drawsku: https://www.space24.pl/polska-komercyjna-rakieta-nad-drawskiem-perun-po-probie-poligonowej-wideo ]. Jest też w próbach i rozwoju rakieta Sieci Łukasiewicz ILR-33 Bursztyn – też z nowatorskim napędem – przeznaczona do wynoszenia ładunku 10 kg na 100 km. Nie jest orbitalna [przynajmniej na obecnym etapie] – ale mogłaby służyć np. jako stopień dla systemów plot/prak. Zresztą PERUN też – ten ostatni także jako rakieta ofensywna o zasięgu ca 5 tys km. A dokładniej – jako nosiciel szybującej głowicy hipersonicznej [z prędkością wyjściową ca 8 km/s – tj 25 Mach – a końcową [uderzeniową] rzędu 6 Mach]. Aż się prosi o współpracę z Konsbergiem, Nammo, Saabem czy BAE…w ramach jednego projektu strategicznego „głowice-nosiciele”…

          1. Chyba wszystko idzie w dobrym kierunku. Niedawno powołano Departament Innowacji MON. A to, jak przypuszczam, dopiero początek 🙂

          2. @Jacek
            W poprzedniej kadencji powołano Polski Fundusz Rozwoju i Ministerstwo Rozwoju. I nic z tego wynikło tak dla Energetyki nic nie wynikło powołanie Ministerstwa Energii*, ani dla użeglugowienia rzek Ministerstwa Gospodarki Wodnej i Żeglugi śródlądowej.

            * Po uwaleniu linii 400 kV i elektrowni Kozienice dokonania dedykowanego temu tej tematyce należy oceniać nawet jak antyskuteczne.

          3. Dodam jeszcze Ministerstwo Cyfryzacji, które nie potrafiło ukrócić latania po różne zaświadczenia…

      2. Tak, zdecydowanie trzeba działać. Realnie jednak… Po pierwsze armia. 2% to naprawdę nie są małe pieniądze. Patrząc jak i na co są wydawane to ani ładu ani składu. Kosztowne zestawy made in USA bez dźwigni na kompetencje własnego przemysłu i uzależniające nas w stopniu nieakceptowalnym dla suwerennego państwa. Do tego samoloty dla vipów, śmigłowce LPR, jakieś drogi lokalne, emerytury wojskowe, nieefektywne, przedłużające się w nieskończoność plany modernizacyjne. Chyba już kompletny rozkład obrony cywilnej. Poza tym dla każdego coś miłego. Temu drona, tamtemu holownik, innemu modernizacja T-72 nie poprawiająca możliwości bojowych. Karuzela stanowisk. Co z tego, że wydajemy dwa procent jeżeli to się nie przekłada na możliwości obronne, kompetencje przemysłu, innowacyjne technologie, zdolności analityczne i organizacyjne, ochronę własnych interesów czy realne wpływy w regionie? A jeżeli chodzi o politykę – Amerykanie są w stanie zmienić nam każdego ministra oraz wpłynąć na zapisy ustaw. Niemcy mogą spowodować, że premier nie kończy kadencji oraz zablokować nasze interesy naszymi rękoma na poziomie UE. Rosjanie potrafią dolewać oliwy do każdego ognia na terenie RP. Służby specjalne są prześwietlone. System edukacyjny jest pożywką dla choćby takich niszczących państwo i społeczeństwo rewolucji jaką widzimy teraz na ulicach. Żeby nie było, że mam przechył za kimś przeciwko komuś – to dotyczy wszystkich sił politycznych z dawnymi komunistami włącznie (vide: więzienia CIA). Brak świadomości racji stanu. Brak analityków. Brak wytyczonych, wspólnych dla wszystkich opcji strategicznych celów. Działania naszych polityków są obliczone na najbliższe wybory, wycięcie oponentów i przejęcie dostępu do pudełka z ciasteczkami.
        Nie liczmy, że w takiej sytuacji Niemcy złożą nam korzystne propozycje. Raz, że skuteczniej działać im tak jak działają. Dwa, z kim niby mają rozmawiać na takim poziomie? Nie liczmy, że wzmocnią nam państwo do tego stopnia, żeby uznać nas za partnerów, z którymi będą mogli rozmawiać jak równy z równym. Nie zrobią tego też Amerykanie, bo gdyby chcieli, już byśmy widzieli efekty.
        Dlatego piszę, że jak nas coś nie kopnie, to z tego chocholego dołka nie wyjdziemy.

        1. (…)to dotyczy wszystkich sił politycznych z dawnymi komunistami włącznie (vide: więzienia CIA)(…)
          Te stwierdzenie to stwierdzenie jest krzywdzące dla tzw. lewicy, bo nawet tzw. antykomuniści wprowadziły do TK prokuratora stanu wojennego i osobę ściśle powiązaną z TW Wofgang.

  2. Bardzo dobry artykuł. Gratulacje dla Pana Krzysztofa Wojczala oraz (podobnie jak p.Sławomir) dla Georealisty, którego wpisy obserwuję od dawna i który jako nieliczny na tym forum potrafi w kompleksowy sposób wyprowadzić swoją analizę sytuacji i obronić (czasem w dość bezlitosny dla adwersarzy sposób) swoje argumenty. To duża wartość tego miejsca. Pozdrawiam życząc owocnych i kulturalnych dyskusji, które skłaniać będą do przemyśleń.

  3. Polecam przeczytanie ze zrozumieniem drugiego dna artykułu: https://forsal.pl/swiat/usa/artykuly/7991427,wybory-w-usa-niemcy-maja-nowa-oferte-dla-usa-berlin-chce-resetu-z-waszyngtonem-opinia.html Jak na dłoni widać, jak Niemcy „po dobremu” chcą wypchnąć USA z Europy – chcąc deal’u, który z namaszczenia USA uczyniłby Berlin uczyniłby [rzekomym] przedstawicielem interesów USA w UE. Czyli tak naprawdę chcą – od swojej strony – dokładnej powtórki Deauville 2010 – z Berlinem jako numerem 1. I budowy IV Rzeszy Paneuropejskiej – pod płaszczykiem rzekomego „sojusznika” USA. Oczywiście wspierając intensywne zbrojenia Europy [w tym pewnie i jądrowe] nadzorowane przez Berlin – ale tylko po to, by finalnie zawrzeć sojusz z Kremlem jak równy z równym – i zbudować supermocarstwo od Lizbony do Władywostoku – silniejsze od USA i od Chin. Gra szyta wręcz nieprzyzwoicie grubymi nićmi [liczą przy tym zapewne na „wspólny język wartości” z Demokratami] – ale przy słabym rozumieniu Europy przez Waszyngton [zwłaszcza nowa ekipę] – i przy życzeniowym parciu do wzmacniającego USA sojuszu przez zniecierpliwione elity Waszyngtonu, którym się wydaje, że można się dogadać z Europą poprzez jej najsilniejszego gracza – rzecz może się Berlinowi udać. Co wtedy? – z punktu widzenia Polski konieczny byłby całkowity zwrot na Chiny – ale wpierw asertywnie dogadany pod stołem z Pekinem – z przekazaniem „z góry” Polsce głowic jako twardych realnych gwarancji dla uzyskania zbrojnej suwerenności i dostatecznego pola manewru politycznego Polski w nowej sytuacji – i ze wsparciem finansowym ze strony Pekinu i „podmianą” obecnie hołubionych handlowo Niemiec – na Polskę. Oczywiście – jest to model, do którego nasze „elity” [jakiekolwiek] nie dorosły, co może oznaczać konieczność działania pod naporem sytuacji z nożem na gardle – a to niesie ryzyko działań akcyjnych a la rozpaczliwe kopanie studni do pożaru – czyli w praktyce „na skróty” ustanowienia rządu autorytarnego, wręcz dyktatorskiego. Co w krótkim/średnim okresie uratuje Polskę – ale w dłuższym niesie szereg zagrożeń totalitarnych. Alternatywą braku reakcji na ewentualny deal USA-Niemcy – jest także totalitaryzm wobec Polski – ale idący z Berlina. Z nieuchronną likwidacją „konkurencyjnego” względem Berlina projektu Trójmorza czy Międzymorza [ale także de facto likwidacją CHIŃSKIEGO 17+1 – które zostałoby przejęte przez Berlin w imieniu USA] – na rzecz „federalizacji”, w które zostałaby zrealizowana „pomostowa” Mitteleuropa, z konieczną w tym projekcie realną likwidacją Polski jako suwerennego bytu – czyli z przejęciem pomostu bałtycko-karpackiego – i z finalnym ustanowieniem ciągłości supermocarstwa Lizbona-Władywostok. Dla jasności – etykietki Trójmorza czy Miedzymorza by zostały by pewnie medialnie utrzymane i namaszczane dalej przez USA [nawet dla przejętego 17+1 Berlin by grał role „konstruktywnego lidera” wobec Chin] – natomiast byłby to już realnie w każdej postaci projekt niemieckiej Mitteleuropy.

    1. Ciekawy artykuł. Świadczy o elastyczności Niemiec w sposobie dojścia do celu. Bo Niemcy tym samym mówią Amerykanom – podzielmy się światem zachodu zachowując punkty styczne i uzgadniając interesy. Dajcie nam błogosławieństwo na bycie mocarstwem ze swoimi zależnymi prowincjami między Atlantykiem a Bugiem, Morzem Pn i Śródziemnym (tak z grubsza bo może dogadają się z Rosją w sprawie pewnych drobnych dla siebie korekt). W zamian skończymy flirtować z Rosją i Chinami. Tylko, że gdy Niemcy osiągną ten stan istnienia to na tym nie poprzestaną. Taki już mają kod genetyczny. My zaś znowu znajdziemy się w strefie rozdarcia, gospodarczej i demograficznej smuty.
      Dla Amerykanów pozornie to kusząca propozycja ponieważ uwalnia ich siły na głównym – chińskim kierunku. Tylko, że jeżeli raz zostaną wyparci z Europy, już do niej nie wrócą. Gdy wypadną z Eurazji, staną się lokalnym mocarstwem na uboczu. Przepadną bonusy wynikające choćby z dominacji dolara, kontroli nad światowym handlem, przewagi technologicznej i szlakami wymiany towarowej. Jedynie kolejna wojna w Europie może dać im szanse na powrót. Ale może też dać szanse komuś innemu. Dlatego Amerykanie gdy zaczną tracić w Europie grunt pod nogami ale gdy jeszcze będą kontrolować sytuację, wywołają konflikt osłabiający ambicje Niemiec na kolejne 50-100 lat. A my? Jak się nie obrócisz d..a zawsze z tyłu..

    2. Kluczowa jest deklaracja Kramp-Karrenbauer – obiecuje, że Niemcy będą inwestować w wojsko i gdy zawiedzie dyplomacja, będą używać wpływu wojskowego, aby zaprowadzić porządek w swoim sąsiedztwie – od państw bałtyckich po Bałkany, od Morza Północnego po Morze Śródziemne. Kramp-Karrenbauer nazywa to „nowym niemieckim realizmem”. W efekcie niemiecka minister mówi, że Niemcy mogłyby ulżyć w ten sposób USA, biorąc na siebie ciężar funkcji regionalnego policjanta, dzięki czemu Ameryka mogłaby w lepszy sposób alokować swoją siłę i wysiłki w skali globu. Mówiąc krótko – ta deklaracja to w istocie proponowany Waszyngtonowi zamordyzm Niemiec wobec sąsiadów za pomocą siły militarnej – z namaszczenia USA. Pod etykietka nowego Westbindung. Jasne staje się nasilenie protestów w Polsce przez opcję proniemiecką [gołym okiem widać odgórnie animowaną organizację i symbolikę i narrację – notabene ta błyskawica to…runa zwycięstwa, znak Hitlerjugend – zapewne, by niemiecka Antifa miała jasny i oczywisty powód do walki z „nazistami”…]. Niemcy rękami Volksdeutschów i pożytecznych idiotów [owych „feministek”] podpalają Polskę – by móc powiedzieć w Waszyngtonie – „ta Polska nie jest dla USA zadnym graczem w Europie – to my wam zaprowadzimy porządek w Europie”. Cóż – gdybym był u steru nawy państwowej – natychmiast po rozpoczęciu całej tej chuligańskiej anarchii [notabene łamiącej Konstytucję – np. prawo do wyznawania wiary – jakoś „obrońców” Konstytucji w tej sprawie nie widać…ciekawe czemu?] – natychmiast bym zarządził ścisłe przestrzeganie zakazów w ramach COVID-19 – z surowym egzekwowaniem wysokich mandatów i spraw karnych. Zarówno za chuligaństwo, napady, akty bezczeszczenia miejsc kultu, pamięci narodowej – jak i za stwarzanie zagrożenia życia i zdrowia w pandemii. Zaś osoby jak Schuring-Wielgus i inne osoby [propagujące „To jest wojna”] – za podżeganie aresztowałbym natychmiast za złamanie przysięgi poselskiej i nawoływanie do przemocy. Z przekierowaniem do Trybunału Stanu. Jeżeli państwo polskie nie potrafi działać sprawnie i przywrócić porządku – ten porządek triumfalnie przywróci nam Berlin – z namaszczenia Waszyngtonu. Co do ewentualnego finansowania przez Niemcy naszego WP jako armii granicznej broniącej imperium europejskiego – jak to przedstawiano w S&F – po wypowiedzi Kramp-Karrenbauer widać jasno, że to były całkowicie płonne nadzieje. Niemcy nie zamierzają inwestować w cudze armie ani euro – tylko i wyłącznie inwestować w swoją armię – i wykorzystywać tę swoją armię do „zaprowadzania porządku” u sąsiadów. Na tym polega ów „nowy niemiecki realizm” – na przejściu od państwa, które na każdym kroku demonstracyjnie – pod maseczką pacyfizmu i „wysokich standardów dojrzałej demokracji” – odżegnywało się od spraw militarnych – do państwa, które siłę militarną ma za rdzeń „wprowadzania porządku” w Europie – w ramach nowego Generalplan Ost XXIw.. I to Berlin zrobił jak w „Roku 1984” Orwell’a – dosłownie z dnia na dzień odwrócił narracje o 180 stopni. Ten plan Berlina w obecnej chwili winien być skrajnie ostro nagłaśniany i potępiany – jako bezczelna próba restytucji totalitarnej III Rzeszy. Jak trzeba – z natychmiastową nacjonalizacją mediów niemieckich [karolińskich]. I nawet na włos nie zbaczając ze swojej narracji – skrajnie potępiającej Niemcy. No, ale u steru nawy państwowej mamy taką ekipę, jaką mamy….z takim rozumieniem spraw realnej polityki i z takim „refleksem” w prawidłowym i adekwatnym reagowaniem w sprawach polskiej racji stanu i interesu narodowego, jaki dotychczas widzieliśmy…. Pewnie dopiero za jakiś czas [rzędu 2 tygodni] coś tam zaczną kojarzyć i niemrawo reagować – w sposób wzbudzający tym większe politowanie i Berlina – i Waszyngtonu… Cóż, już dziadzia Piłsudski na temat skłóconych elit II Rzeczypospolitej miał jasne zdanie: „kury wam sz..czać prowadzać, a nie politykę robić”. Teraz jest tylko gorzej – bo z czasów PRL-u doszła do tej kłótliwości jeszcze scheda wyuczonej bezradności i wytresowanego odruchu warunkowego wieszania się ślepo na klamce „koniecznego do zbawienia” Wielkiego Brata – czyli wpojony brak samodzielnego myślenia i samodzielnego decydowania i realizacji racji stanu wg własnego osądu – jest jedynie udawanie polityki, przykrywane frazesami o „wartościach” i „przyjaźni” – co rzecz jasna w realnej polityce nie ma żadnego znaczenia…

  4. Otóż i Niemcy – widząc, że wybory w USA na dniach się rozstrzygną, a USA i tak nie pozwoli na strefę bezpieczeństwa od Władywostoku do Lizbony – zaproponowali zwrot w stronę Westbindung. Ciekawe, czy USA się na to zgodzą, czy też potraktują to jako grę na zwłokę i podstawę do wszczęcia zbrojeń, które ostatecznie obrócą się przeciwko ineterów USA i Chin?

  5. Wydaje mi się, że od kilku dni zapoznajemy się z najnowszą ofertą Niemiec dla Polski – kolorową rewolucją. Nie można zbytnio na nią narzekać, bo poprzednia, z 1939, była wyraznie gorsza.    

    1. (…)Wydaje mi się, że od kilku dni zapoznajemy się z najnowszą ofertą Niemiec dla Polski – kolorową rewolucją.(…)
      Bezpośrednim pretekstem do tej tzw. kolorowej rewolucji był niedawny, niczym wymuszony, wyrok TK… a zatem musielibyśmy dojść do wniosków, które są conajmniej dziwne.

      1. Każdy pretekst jest dobry żeby móc wpływać na rzeczywistość stosunkowo niskimi kosztami. Stosowne służby specjalne powołano po to aby szukały możliwości. To nie pierwszy pretekst i nie ostatni.

  6. Dla jasności – nie jestem bynajmniej zwolennikiem PIS-u czy obecnej „prawicy” czy „narodowców”. Ani wrogiem PO-KO, „lewicy” itd. Po spotkaniach z Panem SK, autorem książek nt infiltracji władzy i partii w Polsce przez środowiska wolonomularskie/rotariańskie, złudzeń nie mam. Toteż powtarzam – nie popieram danej partii czy „kierunku ideologicznego”, zwykle gołosłownie deklarowanego jako ozdóbka dla zachęcenia wyborców – tylko patrzę na realne działania – te podejmowane – i te zaniechane [o czym dość szeroko pisałem – jako o błędach strategicznych – które wymagają zasadniczych zwrotów nawy państwowej]. Uważam też, że tylko takie – stricte merytoryczne i na chłodno skalkulowane podejście [obdarte z ideologii i z górnolotnych „wartości” i opowieści o takiej czy innej „przyjaźni” – a liczone tylko wg pozyskiwanych zasobów realnych na ciężkie czasy – dysponowanych w naszym ręku] – czyli podejście nakierowane na NASZĄ twardą rację stanu i na wymierny interes Polski i Polaków względem reszty graczy – tylko takie podejście może wg mnie wreszcie przełamać obecne „divide et impera”, jakie fundują nam zewnętrzni gracze – oraz ich służalczy kompradorzy z tych czy innych partii i instytucji i agend w Polsce. To są tylko [i aż] instrumenty – które na razie służą głównie obcym graczom – a które trzeba obrócić – by pracowały tylko i wyłącznie na przetrwanie w ciężkich czasach naszej „nawy-państwa” i Polaków – jako załogi przysłowiowo „jadącej na jednym wózku” – a raczej płynącej przez coraz bardziej nieznane i coraz bardziej wzburzone wody. Bo liczyć możemy tylko na siebie – oraz na sąsiadów mających taki sam interes w PRZETRWANIU. Bo przetrwanie jest stawką w grze globalnej najbliższych 30 lat.
    Tak dla rozładowania nastroju polecam wysłuchanie na yt https://www.youtube.com/watch?v=LGFNaVLHmA0 Polecam, ponieważ jest tam merytoryczny i logiczny wywód i komentarz. A sprawę przyszłość zweryfikuje – w końcu Nauczyciel nie bez kozery dał merytoryczne i „twarde” narzędzie i kryterium odrzucenia manipulacyjnych plew od ziaren prawdy: „po owocach ich poznacie”…

  7. Widać wyraźnie, że oferta Niemiec jest sondą próbną [bo osoba „oferenta” nie jest numerem 1 w niemieckiej polityce, Pani K-K zajmuje bodaj 8-mą pozycję w porządku władzy federalnej] – co ma w razie niepowodzenia „zachować twarz” niemieckiej polityki – zabezpieczyć wycofanie się rakiem. To sonda próbna także wobec Paryża – pokazanie niezadowolenia Berlina wobec krnąbrności francuskiego gracza – który nie chce scedować strategicznych aktywów militarnych na rzecz Niemiec. Takie pokazanie Paryżowi alternatywy „staniemy się potęga militarną BEZ WAS – i wasze akcje stanieją”. Charakterystyczny jest też brak oferty ekonomiczno-technologicznej i handlowej dla prawdziwego odtworzenia Westbindung z USA.Tak naprawdę Berlin chce zostać militarnym hegemonem Europy – rzekomo w interesie USA – a jednocześnie chce DZIĘKI TEMU militarnemu „parasolowi” 0 TYM BARDZIEJ dalej handlować z Chinami – zabezpieczony przed interwencją USA – ale mając także jednocześnie w ręku silne twarde argumenty do rozmowy z Pekinem i do przeciągania liny przy negocjacyjnym stoliku. Ani słowa w deklaracji K-K o decouplingu i o rozwodzie z Chinami – i o integracji jak poprzednio z USA – czyli jako junior-partner względem USA. Bo mówienie o zawarciu TPiP bez zadeklarowania WPIERW decouplingu z Chinami – to zwyczajna zasłona dymna dla naiwnych i próba „wykiwania” USA – i militarnie i ekonomicznie i technologicznie.

    1. Również w kwestii Rosji – aneksji Krymu i wojny w Donbasie – Pani K-K [mimo, że jest ministrem MON Niemiec i kwestie militarne to bezpośrednio jej działka] – nie deklaruje zerwania z Rosją, poczynając od anulowania NS2 – przez pełne poparcie dla stanowiska USA względem Rosji. W tym także wsparcia Wschodniej Flanki w ramach NATO [a szerzej – także państw nie-NATOwskich jak Finlandia i Szwecja]. Czyli – Berlin nie tylko nie chce „palić mostów” z Kremlem – ale faktycznie – po wyjściu USA z Europy ustawia się i przygotowuje pole manewru do jak najłatwiejszego ustanowienia z Kremlem [już jako hegemon Europy nie tylko ekonomiczny – ale i militarny – włącznie z atomem i siłami strategicznymi] przyszłego supermocarstwa Lizbona-Władywostok. Również znacząca jest nieobecność i rola UK w deklaracji Pani K-K rzekomego odnowienia Westbindung z USA. Berlin ignoruje UK – choć to gracz europejski, dysponujący strategiczną projekcja siły i co najważniejsze – w przeciwieństwie do Francji – gracz pro-amerykański i pro-NATOwski. Naturalne byłoby wejście Niemiec pod parasol UK i pod dowództwo [przynajmniej w siłach strategicznych] UK – ale Berlinowi idzie o hegemonię – więc na siłę w swej deklaracji „neo-Westbindung” ignoruje istnienie UK. Także wracając do Wschodniej Flanki – Pani K-K w swej deklaracji winna wskazać Polskę jako centrum lądowej [ale i w dużym stopniu bałtyckiej] konfrontacji z Rosją – co winno się przekładać na deklarację zwiększenia udziału np. w Wielonarodowej Dywizji Północny Wschód – ale i zwiększenia sił u Bałtów [nie tylko na Litwie], czy wsparcia materiałowego dla dowództwa V Korpusu US Army w Poznaniu, czy partycypacji w zasileniu baz materiałowych [amunicja, paliwo, części itd] na terenie Polski i ogólnie Wschodniej Flanki – czy wreszcie inicjatywa pełnego wsparcia i nawet rozszerzenia „strefy NATOwskiego Schengen” – kluczowego dla scalenia Europy w ramach logistyki dostaw i wsparcia dla Wschodniej Flanki i w kolejnym etapie interoperacyjności NATO i reszty państw nieNATOwskich [ze Wschodniej Flanki]. Nie mówiąc o finansowym i ekonomicznym i technologicznym wsparciu Berlina dla Wschodniej Flanki. Sumując: Niemcy nie dały żadnej oferty USA – ale i żadnej oferty dla szeroko rozumianej Wschodniej Flanki od GIUK przez NORDEFCO aż do Morza Czarnego – jedynie chcą w bezczelny sposób dalej wypchnąć USA z Europy i wzmocnić się – ale wyłącznie do ustanowienia supermocarstwa Lizbona-Władywostok. Przypomnę tylko zwięzłe podsumoanie celów NATO przez pierwszego sekretarza NATO Lorda Ismay’a: „to keep the Soviet Union out, the Americans in, and the Germans down”. Niemcy chcą dokładnie odwrotnie – wyrzucić USA w ślad za UK, Niemcy ustanowić hegemonem, a docelowo wprowadzić Rosję do supermocarstwowego sojuszu Berlin-Kreml. Czyli parafrazując Ismay’a: „USA&UK out, Germany up, Russia in”.

      1. Znakomite zrecenzowanie „Oferty Niemiec dla USA”. Bardzo podobnie ją odebrałem, co wyraziłem w krótkim poście na TT zaraz po tym jak się ukazała. (https://twitter.com/dwesiers/status/1321739396610166785).
        Podoba mi się wiele analiz i sposób postrzegania świata Pana Georealisty, dlatego z chęcią sięgnę również po książkę. Można zdradzić więc coś więcej, jak ją można będzie rozpoznać? bo oprócz nicków Georealista i DalejPatrzący to żadnych znaków szczególnych nie znam.

  8. Tak wracając do myśli przewodniej Pana Krzysztofa – „Rok 2015 z pewnością jest pamiętany przez niemieckich geopolityków oraz polityków. Jest to data, w której Republika Federalna Niemiec straciła kontrolę nad swoją wschodnią strefą buforową.” – zgadzam się z Panem Jackiem, że Niemcy zachowały silną kontrolę pośrednią [zwłaszcza ekonomiczno-finansową, finansową w rękawiczkach Brukseli]. Do tego na pewno wg mnie przynajmniej część opozycji jest zwykłą agenturą Berlina. Ale generalnie trend spraw dla Niemiec coraz bardziej szedł ku realnemu zerwaniu Westbindung – a to groziło Berlinowi siłową kontrakcja USA – i zduszeniem wprost Niemiec, Stąd cała ta szopka pozornego [pijarowo-medialnego] odnowienia Westbindung. Jeżeli USA dadzą się nabrać – będzie to skutkowało zwiększeniem wpływów [i zapewne obrotem politycznym u steru] w Polsce. Jeżeli maskirowka nie „wypali” – Berlin ma nadzieję tą „ofertą” na jak najdłuższe odwleczenie bezpośredniej kontrakcji USA – choćby przez przeciąganie rozmów pod stołem. W pozytywnym scenariuszu Waszyngton [niezależnie od lokatora Białego Domu] prześwietli tę maskirowke i zaklasyfikuje jako nową odsłonę zwodzenia z lat 2009-2013. A wtedy w strategicznych siłach jądrowych graczem „na Europę” stanie się UK [wraz z jej projekcją siły z NORDEFCO – opartej o możliwości floty i lotnictwa], natomiast Polska stałaby się centrum siły w wojnie lądowej [i domknięcia Bałtyku]. W takim scenariuszu USA zapewne zdecydowałyby o uporządkowaniu pola gry na rzecz UK, NORDEFCO, Wschodniejn Flanki – i Polski. Kosztem Berlina i częściowo Paryża. Ze złamaniem hegemonii Berlina w Europie włącznie. WTEDY – Berlin straci rzeczywiście kontrolę nad Polską. Dopiero WTEDY i tylko w tym scenariuszu możliwe jest poparcie przez USA naszych roszczeń odszkodowawczych za II w.św. [ponad 850 mld dolarów] – właśnie w ramach zduszenia Berlina. Zapewne oznaczałoby to z jednej strony uwłaszczenie wszelkich aktywów Niemiec na terenie Polski na nasza korzyść, z drugiej strony warto pamiętać, że równie ważnym aktywem byłyby patenty, wszelkie wzorce przemysłowe, know how przemysłu niemieckiego. W takim układzie – kładąc nacisk na takie aktywa – moglibyśmy stać się cennym sojusznikiem dla USA – także jako dawca technologii niemieckiej [i przypiętych do niej praw, certyfikatów, obsługi serwisowej]. Co dałoby Polsce po pierwsze skok modernizacyjny kosztem Niemiec [i wyrównanie obecnej przewagi technologicznej Niemiec] – ale także konkretny aport [i awans statusowy jako gracza-uczestnika] na rzecz współpracy technologicznej w ramach szeroko rozumianej Wschodniej Flanki – od GIUK po Morze Czarne. Czyli droga do wyjścia z roli uzależnionego podwykonawcy Niemiec, ciągle strukturalnie w pułapce średniego rozwoju, droga do zwiększenia potencjału względem Rosji w ramach Wschodniej Flanki – oraz droga do uzyskania bazy rozwojowej high-tech [wraz ze Skarbcem suwalskim i wyjątkowa geologicznie szansą polskiej geotermii głębokiej] – na czas Wielkiego Chaosu, Wielkiej Konfrontacji – i zbierania sił i ustawienia się w nowym porządku po Wielkiej Konfrontacji. W planie strategicznym nie chodzi o setki [PUSTYCH] miliardów [to tylko bieżące zatykanie długów – które i tak długofalowo zostaną zresetowane najpóźniej z początkiem Wielkiej Konfrontacji] , nie chodzi nawet o uchwytne aktywa jak fabryki z całą infrastrukturą i nawet z ich bieżącym know-how wytwórczym – ale właśnie o technologię najświeższą – dopiero patentowana i zawarta w badaniach podstawowych, czyli chodzi o zbudowanie bazy rozwojowej. Zaznaczam – to się może powieść – jeżeli od razu będziemy do tego nawigowali w roszczeniach odszkodowawczych – i jeżeli od razu zasygnalizujemy do USA, UK, NORDEFCO, Wschodniej Flanki – że podzielimy się ta technologią. Wtedy stworzymy silny front poparcia dla naszych odszkodowań. Przy czym można to ładnie ubrać w „humanitaryzm” – że niby nie chcemy rujnować Niemiec finansowo… i zadowolimy się w większej części patentami i know-how, z góry deklarując solidarystycznie [czyli wg „ideałów europejskich”] podzielenie się tą technologia z państwami zagrożonymi przez Rosję. Tak – by ta rozgrywka z Niemcami była wygrana także na polu debatowanej publicznie „sprawiedliwości” i „praworządności”, także w PR, w mediach, w percepcji całej sprawy – z silnym poparciem większości państw europejskich – a najlepiej opinii światowej. Czyli musi to poprzedzać nasza wielka kampania propagandowa – stygmatyzująca Niemcy pod każdym względem [historycznie – ale także ukazująca obecną hipokryzję i egoizm Niemiec] – i podnosząca absolutną sprawiedliwość koniecznych odszkodowań.Co m.in. oznacza w pierwszym kroku przejęcie mediów w Polsce. Jako jeden z zupełnie początkowych etapów zajmowania aktywów niemieckich w Polsce.

    1. Do tego Erdogan widzi Turcję z atomem, Saudowie też chcą atomu bo Iran ma atomowe ambicje, zresztą ostatnio budowane są podobno nowe zakłady w Iranie. A w Europie Finlandia – ośmielona przez „złoty sojusz” z USA i z NORDEFCO, buduje pełen suwerenny cykl Yellow Cakes od własnych kopalni po elektrownie – i chce skończyć raz na zawsze z „finlandyzacją” przez Kreml. W Niemczech od 2 lat otwarta dyskusja o atomie w ramach niemieckiego strategicznego Atom-Maacht, teraz w nowej odsłonie pod nowym szyldem „Neue-Westindung”. Plus atomowe ambicje np. Brazylii, Argentyny, Kanady, RPA, Japonii i …Australii. Od czysto deklaratywnych, do mających znamiona przygotowań do realizacji. Ze świadomością, że w nadchodzących ciężkich czasach własny atom zapewnia realną suwerenność – oraz skokowe zwiększenie pola manewru wobec państw nieatomowych. A także atom jest spiety z ambicjami – jako koniecznego [aczkolwiek niekoniecznie wystarczającego – przynajmniej na razie] „biletu” np. do Rady Bezpieczeństwa ONZ.

      1. (…)A także atom jest spiety z ambicjami – jako koniecznego [aczkolwiek niekoniecznie wystarczającego – przynajmniej na razie] “biletu” np. do Rady Bezpieczeństwa ONZ.(…)
        Można wyliczać całą listę takich krajów jak: Izrael, Indie, Pakistan czy KRLD, które mają w arsenale atom, a do Rady Stałej nie należą. Jak traktaty o zakazie proliferacji staną się jawną fikcją prawdopodobnie Rada Stała zostanie rozwiązana, a ci co nie zdążyli na swoją Bombę przestaną być wybierani do jej szerokiego grona. Ponadto zostaną odcięci od paliw podwójnego zastosowania.
        No cóż… albo jesteś imperium albo zapomnij o imperializmie.

      2. (…)A także atom jest spiety z ambicjami – jako koniecznego [aczkolwiek niekoniecznie wystarczającego – przynajmniej na razie] “biletu” np. do Rady Bezpieczeństwa ONZ.(…)
        Można wyliczać całą listę takich krajów jak: Izrael, Indie, Pakistan czy KRLD, które mają w arsenale atom, a do Rady Stałej nie należą. Jak traktaty o zakazie proliferacji staną się jawną fikcją prawdopodobnie Rada Stała zostanie rozwiązana, a ci co nie zdążyli na swoją Bombę przestaną być wybierani do jej szerokiego grona. Ponadto zostaną odcięci od paliw podwójnego zastosowania.
        No cóż… albo jesteś imperium albo zapomnij o imperializmie.

    2. Dla Polski kroki UK do zyskania suwerenności atomowej [strategicznej] – to dobry znak. Pod kątem włączenia UK do regionalnego sojuszu szeroko rozumianej Wschodniej Flanki „kontynentalnej”. Widać, że UK rozumie, że jest w Europie i interesy UK są różne od USA skupionego na Pacyfiku. Jednak do osiągnięcia pełni strategicznej suwerenności jądrowej UK brakuje własnych rakietowych [czy hipersonicznych] środków przenoszenia. Bo te na brytyjskich „boomerach” to rakiety WYPOŻYCZANE na czas rejsu przez USA.Nie byłbym zdziwiony, gdyby UK weszło w tym względzie we współprace z Francją [a dla Francji takie pokazanie „atomowego sojuszu” z UK byłoby lewarem na ambicje Berlina]. Możliwa jest też pozornie „egzotyczna” droga współpracy z Korea Południową – która już ma rakiety manewrujące HM-3C dla OP klasy KSS-III o zasięgu 1500 km i dalej je rozwija. Zresztą i dla Polski z punktu widzenia rozwoju technologicznego, zbudowania suwerenności w aktywach strategicznych, jest najlepsze wejście we współpracę z Koreą Płd w uniwersalnych systemach antyrakietowych/plot i systemach ofensywnych. Kanapowi spece od strzelanek z World of Tanks nic tylko K2PL i K2PL – tymczasem Syria, Libia i Karabach do bólu pokazują, że czas czołgów minął, liczy się tylko pozahoryzontalna sieciocentryczna precyzyjna projekcja siły. W naszym przypadku na Polskim Teatrze Wojny nie potrzebujemy dywizji pancernych – tylko całokrajowej sieciocentrycznej A2/AD Tarczy i Miecza Polski – która prócz pełnej saturacyjnej obrony Polski, winna zapewniać dalekie widzenie real-time przynajmniej na dystans ca 1000+ km. Wraz z projekcją siły – ale siły precyzyjnej i w największym stopniu „zdalnej” – przynajmniej na takim dystansie. Co zresztą jest odpowiedzią na pytanie Leszka Sykulskiego do Jacka Bartosiaka o realne zdolności Polski. Na razie te zdolności mamy przez rakiety JASSM odpalane z F-16 o zasięgu 370 km. Co zresztą spowodowało, że Rosjanie wycofali się z planów bazy lotniczej w Baranowiczach. Dostawy JASSM-ER wydłużą zasięg precyzyjnego uderzenia do 1000 km. Przy wykorzystaniu przestrzeni powietrznej Ukrainy – kolejne kilkaset km więcej. Ale to do celów stacjonarnych – jak radary stacjonarne, lotniska, węzły komunikacyjne itp. A potrzebna jest projekcja siły względem celów mobilnych – z detekcją/rozpoznawaniem i pozycjonowaniem celów w trybie real-time. Do tego właśnie jest potrzebne dalekie widzenie [ogólnie – cały suwerenny kompleks C5ISR zarządzający naraz wszystkimi aktywami we wszystkich domenach WP]. Co akurat możemy zrobić – na tyle nas stać finansowo – ale trzeba inwestować we własne zdolności, rozwijać je z partnerami, którzy dadzą technologie [Korea Płd, Japonia, koncerny europejskie, zwłaszcza szeroko rozumianej Wschodniej Flanki], a nie kupować systemy amerykańskie – zresztą przepłacone – i to z czarnymi skrzynkami. No i skoncentrować się – czyli skończyć w PMT z budowaniem armii ekspedycyjnej do zadaniowania WP przez hegemona – czyli w istocie armii symetrycznej do rosyjskiej [i we wszystkim od niej słabszej – czyli „idealny” przepis na 100% klęskę i powtórkę katastrofy 1939-BIS] – tylko skupić się na armii uszykowanej na każdym szczeblu i domenie do realizacji „na całego” połączonej strategicznej asymetrycznej aktywnej obrony – opisanej jw. Czyli Polska jako orzech nie do zgryzienia – i z bardzo długimi bolesnymi kolcami. Wg kalkulacji koszt/efekt i pod strategiczne podciągnięcie poprzeczki kosztowej Rosji – do poziomu dla niej nieakceptowalnego, co zmusi Rosję do zaniechania agresji kinetycznej już na poziomie planowania. Si vis pacem – para bellum. Oczywiście z głowicami asymetrycznego odstraszania jądrowego [pozyskanymi całkowicie suwerennie pod stołem] – jak już opisywałem – dla uzyskania GROŹBY [skierowanej asertywnie do końca pod stołem] ich użycia przez nasze specsłużby na terenie Rosji w jej najczulszych punktach strategicznych. Po to – by nie musieć ich używać. A oficjalnie – winniśmy dążyć do NATO Nuclear Sharing, do wpięcia się w fiński program jądrowy, wreszcie do ścisłej współpracy z UK. Na koniec uwaga: wymaga to wszystko bardzo silnej zmiany „na górze” – ale także w specsłużbach. Być może w jednym i drugim wypadku – opcji zerowej. Merytorycznie sprawnej – z decydentami nie z mianowania politycznego [czyli ignoranci i laicy na czele – jak to było niezmiennie ostatnie 30 lat] – ale ludzie dobrze przygotowani wszechstronnie technicznie i organizacyjnie – przesiani przez sita egzaminów i uzyskanych kompetencji – i patrzący w przyszłość. Co by wymagało stworzenia specjalnego „MBA-geostrategiczno-technologiczo-organizacyjnego” – czyli uczelni nowej generacji – i to takiej, która kształci „wszechdomenowo” kadry od kołyski po grób. Tu widziałbym rolę dla połączonych think-tanków w rodzaju S&F, Klubu Jagiellońskiego, akademii wojskowych, niektórych ośrodków akademickich z „cywila” [nie tylko kierunków technicznych] – rodzaj zadaniowego konsorcjum spiętego sieciocentrycznie i działającego non-stop 24/365 – które by generowało SPÓJNIE także plany ewentualnościowe, analizy poufne, strategie działania, studia wykonalności, ciągłe przeliczanie symulacyjne i aktualizowanie – ogólnie – budowanie „mózgu” patrząc na przyszłość. Plany bieżące [taktycznych ruchów i działań na poziomie „operacyjnym”] to były by w takim układzie „tylko” wdrożenia takich zaktualizowanych planów. Najbardziej dynamiczna i szczegółowa część byłaby implementowana wprost w rozbudowanym C5ISR spinającym wszystkie domeny [militarne – ale i niemilitarne]. Po to, by w krytycznych sytuacjach reagować maksymalnie szybko [np. w WRE i cyberprzestrzeni – w milisekundach, nawet krócej – w mikrosekundach – jak „wyścig” transakcji HRT w sferze finansowej]. Zresztą takie zaimplementowanie działań uruchamianych BEZWZGLĘDNIE i natychmiast, było by maksymalnym podniesieniem poprzeczki ryzyka dla agresora – w ramach jego skutecznego strategicznego odstraszania.

      1. (…)a dla Francji takie pokazanie “atomowego sojuszu” z UK byłoby lewarem na ambicje Berlina(…)
        Czyli zaczynamy marzyć o parasolu brytyjsko-francuskim?

        (…)tymczasem Syria, Libia i Karabach do bólu pokazują, że czas czołgów minął, liczy się tylko pozahoryzontalna sieciocentryczna precyzyjna projekcja siły.(…)
        Już śmigłowce szturmowe uchodziły za tank killerów… dopóki nie pojawią się jakieś solidniejsze rozwiązania antydronowe to ta broń będzie królową bitew XXI w.

        (…)W naszym przypadku na Polskim Teatrze Wojny nie potrzebujemy dywizji pancernych – tylko całokrajowej sieciocentrycznej A2/AD Tarczy i Miecza Polski – która prócz pełnej saturacyjnej obrony Polski, winna zapewniać dalekie widzenie real-time przynajmniej na dystans ca 1000+ km.(…)
        Skoro mamy programu pozyskania AWACS, które widzą ledwo na połowę tego tego tysiaka, to co tu mówić o radarach OTH czy satelitach wywiadowczych (Zaraz! A gdzie satelity komunikacyjne)?

        (…)Co zresztą jest odpowiedzią na pytanie Leszka Sykulskiego do Jacka Bartosiaka o realne zdolności Polski. Na razie te zdolności mamy przez rakiety JASSM odpalane z F-16 o zasięgu 370 km. Co zresztą spowodowało, że Rosjanie wycofali się z planów bazy lotniczej w Baranowiczach. Dostawy JASSM-ER wydłużą zasięg precyzyjnego uderzenia do 1000 km.(…)
        Rakietowanie lotniska w Syrii pokazały, że nawet pół setki Tomawków odniosło żałosny efekt… a tu mówimy o broni, która z racji dostosowania do przenoszenia na myśliwcach jest skazana na bycie słabszą, a do tego kupiliśmy je w mniejszej ilości. A zatem gdybyśmy walnęli tam wszystko co mamy to i tak to, by miało rangę letniego deszczyku.

        1. 1. Czyli zaczynamy marzyć o parasolu brytyjsko-francuskim?
          Nie – tylko taktyczny „zadaniowy” sojusz Paryża z Londynem dla zlewarowania Berlina.
          2. Skoro mamy programu pozyskania AWACS, które widzą ledwo na połowę tego tego tysiaka, to co tu mówić o radarach OTH czy satelitach wywiadowczych (Zaraz! A gdzie satelity komunikacyjne)?
          Satelity nie maja ograniczeń dystansu, ale są wrażliwe, a ich dyspozycyjność na sensownych orbitach obserwacyjnych jest niewielka.
          Chodzi o projekty aerostatów HALE pułapu 40+km. Notabene taki program – to jeden ze 140 programów strategicznych Chiny realizują od pięciolatki.
          3. Rakietowanie lotniska w Syrii pokazały, że nawet pół setki Tomawków odniosło żałosny efekt… a tu mówimy o broni, która z racji dostosowania do przenoszenia na myśliwcach jest skazana na bycie słabszą, a do tego kupiliśmy je w mniejszej ilości. A zatem gdybyśmy walnęli tam wszystko co mamy to i tak to, by miało rangę letniego deszczyku.
          Nie – „rakietowanie” Syrii odbyło się na zasadzie „sygnalizowanego ciosu” – Rosjanie zostali uprzedzeni przed atakiem i wycofali samoloty w trybie startu alarmowego. To był akt polityczny – nie militarny.

          1. @Georealista
            Adn. 2
            Do skanowania dużego zasięgu trzeba sporej mocy… prawdopodobnie z elektrowni.

            Adn. 3
            I sprawy w Syrii szły jak wcześniej i to nawet po dalszej setce rakiet w rzekomą fabrykę broni chemicznej. W tamtym okresie nawet Turcja była za słaba, żeby im podskoczyć… przynajmniej tam można odczytywać mizerne wyniki prób utworzenia strefy wolnej od Kurdów.

            Ciekawszą sprawą jest z kolei brak rakietowania 62 celów po odwetowym rakietowaniu po odstrzeleniu Sulejmaniego… czyżby zabrakło 62 Tomahawków? Stanom?

      2. Bardzo trafnie opisuje Pan naszą sytuację i wynikające z niej potrzeby. Aby na poziomie państwa odpowiednio zareagować potrzebna jest w środowiskach decyzyjnych: 1. świadomość sytuacji, 2. ustalenie potrzeb 3. opracowanie planu realizacji, kontroli i reagowania na sytuacje kryzysowe 4. zabezpieczenie finansowania.
        Wszystko wymaga głębokiego przeobrażenia społeczeństwa. Uproszczenia prawa. Zasadniczych zmian w edukacji od podstaw. Generalnej zmiany mentalności administracji, sądów, prokuratury, służb państwa, generalicji itd. Wymaga zgody społecznej ponieważ każde działanie narusza interesy grup, które są w stanie zdestabilizować państwo byle nie stracić. Grupy te w obecnej sytuacji zawsze otrzymają szerokie wsparcie z zewnątrz. Tymczasem w przestrzeni publicznej taki temat prawie nie istnieje. Nie inicjują go decydenci. Jesteśmy w fazie permanentnego dryfu w sytuacji narastającego kryzysu.
        Wracając zaś do sedna, gdyby Niemcy mieli dla nas takie propozycje jak to opisuje Pan Krzysztof w swojej analizie, byłoby to dla Polski niezwykle korzystne. Dałoby nam możliwości rozwojowe jakich dotąd nie mieliśmy. Długofalowo byłoby również korzystne dla Niemiec i Europy.

  9. @JSC – Adn.2 Nie potrzeba elektrowni do zasilania radaru aerostatu [czy nawet płatowego subsatelity] – Francuzi na 2021-22 budują prototyp aerostatu Stratobus, który będzie operował na wys. 20 km całymi latami. Dla zastosowań „lokalnych” idealny ze względu na stałą dyspozycyjność i możliwość serwisu/modernizacji wyposażenia. Polecam: https://www.space24.pl/czy-balony-stratosferyczne-zastapia-tradycyjne-satelity-thales-alenia-space-na-targach-mspo Zasilanie Stratobus ma z miękkich ogniw fotowoltaicznych, stanowiących jednocześnie powłokę górną i częściowo boczną aerostatu. Sama aparatura jest obecnie dla retransmisji sieci 4G/5G w promieniu 500 km, ale nie ma problemu z wymianą i instalacją radaru, także wielościanowego [dającego jednocześnie zwiększenie struktury wytrzymałościowej]. Tu akurat postęp techniczny sprawia, że już na dronach płatowych o dużo mniejszej nośności małej nośności – kilkudziesięciu, nawet kilkunastu kg, można umieszczać np. radary SAR o bardzo dobrej „rozdzielczości”. Ogólnie moim zdaniem w HAPS [High Altitude Pseudo Satellite] przewagę mają aerostaty ze względu na skalowanie udźwigu. Który preferuje duże aerostaty [mogą być dzielone – są różne konstrukcje względem tradycyjnie pojmowanych Zeppelinów z I w.św.]. Bo przy 2 krotnym wzroście wymiarów powierzchnia aerostatu [i proporcjonalnie – ciężar własny] wzrasta 4 krotnie, ale objętość wyporowa [dająca i udźwig ciężaru własnego i udźwig ładunku użytecznego – rośnie 8 krotnie]. Pomijając wyliczenia – luka zmniejszenia proporcjonalnie ciężaru własnego – i przez to zwiększenia udźwigu użytecznego – rośnie generalnie proporcjonalnie do skali zwiększenia wymiaru liniowego. No i w razie wypełnienia zewnętrznych balonetów helem, a wewnętrznych wodorem – uzyskujemy zrównoważoną w koszt/efekt „niepalność” aerostatu. [Zresztą na 20 km tlenu do spalania tyle, co kot napłakał, bo tlen jest cięższy od średnioważonej mieszanki powietrznej i koncentruje się generalnie najbardziej w troposferze – a już na 40+ km… ] To także kwestia [względem np. laserów czy wiązek energii skierowanej] ochronnych powłok ablacyjnych [czy choćby ekranów/luster mikronowych z folii aluminiowej, która odbija 99,8% promieniowania]. Nawet w wypadku zniszczenia aerostatu można sprzęt odrzucić przed trafieniem i odzyskać na spadochronie cenną aparaturę. A zniszczenie aerostatu HALE w strefie wewnętrznej Polski nie jest wcale łatwe, a powiedziałabym, że bardzo trudne przy wzajemnym zabezpieczaniu się aerostatów z efektorami prak/plot/C-RAM w ramach sieciocentrycznej A2/AD – dla której to A2/AD Tarczy i Miecza Polski – aerostaty byłyby nosicielami sensorów, efektorów [obrony i ataku] oraz retransmiterów, oraz podstawą suwerennej sieci geolokalizacji przestrzennej [na bazie dynamicznej siatki trinagulacyjnej]. Czyli taki własny system regionalny a la GPS [pasywny i aktywny]. Zaletą jest realny brak [a na pewno bardzo, bardzo wysokie podniesienie poprzeczki kosztowej i ryzyka akcji] możliwości sabotażu, czy ataków dywersyjnych na terenie kraju – jak to jest konieczne do wkalkulowania w przypadku mobilnych systemów naziemnych.W porównaniu z radarami [ale i systemami optycznymi czy IRST] umieszczonymi na orbicie [zwykle kilkaset km – jeżeli chce się mieć choćby sensowną dyspozycyjność dozoru regionu], zaletą aerostatu na pułapie 20 czy 40+ km jest lepsza obserwacja – bo brak warstwy jonosfery, która zakłóca działanie radaru. A przy tzw. obłokach srebrzystych [albo burzach magnetycznych powodujących strumienie w górnych warstwach atmosfery], obserwacja optyczna z aerostatu HALE będzie lepsza, niż z satelity. Żebym nie był gołosłowny co do radarów małej masy i do oceny płatowców HAPS – polecam zaznajomienie z alternatywnym [płatowiec] PHASA-35 [BAE Systems] , który przeszedł próby: https://www.milmag.pl/news/view?news_id=3477 operuje na pułapie 20 km, przewidywana długotrwałość lotu ca 3 lata, a radar waży ca 15 kg – zasięg dozoru ca 500 km. Dla porównania Stratobus ma udźwig użyteczny 360 kg. I aerostat nie jest ograniczony technologicznie w wymiarach i udźwigu [zapas do zwiększenia ciężaru użytecznego jest jeszcze spory – tu można mówić o stratosferycznym udźwigu rzędu kilku nawet kilkunastu ton] – natomiast płatowiec PHASA-35 już dobija reżymów wytrzymałościowych – zwłaszcza wiotkiego płata.

    Adn.3 USA, UK i…Francja osiągnęły swoje cele polityczne swoim „rakietowaniem” w Syrii [chodziło generalnie o pokaz siły i nieskuteczności A2/AD Rosji – a także pokazania, że Rosja jest stroną SŁABSZĄ w projekcji siły – ale także słabszą w determinacji do podwyższenia drabiny eskalacyjne – bo w momencie „sprawdzam” Kreml podkulił ogon i udał, że pada deszcz i nie odpowiedział kontruderzeniem – mimo wcześniejszych gróźb – ograniczył się do maskirowki medialnego obracania kota ogonem i ogłaszania wielkim głosem „zwycięstwa” w ramach agentury wpływu – co jak widzę, udało mu się skutecznie] – a w sprawie Sulejmaniego działała już wtedy nadrzędna dyrektywa Waszyngtonu „wychodzimy z Bliskiego Wschodu” – obie strony ze swoich powodów strategicznych – po prężeniu muskułów – nie chciały podwyższenia drabiny eskalacyjnej.

    Strategicznie [i operacyjnie] próżnię po USA zaraz skwapliwie zajęła Turcja – i od tego momentu to Turcja bezkosztowo dla USA [i de facto na rzecz interesu USA] ponosi koszty zaangażowania i ścierania się ze związaną Rosją i ją angażuje i poddaje presji – ZAMIAST USA – jak widać – bardzo skutecznie. Tak samo sprawa Kurdów została przez Waszyngton sprytnie scedowana na strategiczne trwałe strukturalne poróżnienie Rosji i Turcji. Oczywiście – podkreślam raz jeszcze – w planie strategicznym. Doradzam widzenie całościowe spraw – nie wycinkowe – na poziomie strategicznym – i w całym spójnie rozważanym „cyklu”. Jedna uwaga: proszę zauważyć, że sprawa wojny w Karabachu poróżnia [i angażuje w „power in being”] nie tylko Ankarę z Kremlem – ale także [w ramach walki o wpływy – oraz o kontrolę południowego korytarza Jedwabnego szlaku] Ankarę z Teheranem. Stawia też Pekin w rozkroku i w niewygodnej pozycji – który to Pekin chciałby zgodnego współdziałania Ankary i Teheranu pod kątem Jedwabnego Szlaku – a w przyszłości budowy zgodnego bloku antyamerykańskiego. Jak oprą się o Iran – oddalą się od Turcji, która jest mostem do Europy- i na odwrót. Wyjściem z tego galimatiasu w dłuższym planie będzie zapewne pochód Atomowego Kalifatu Talibów – który siła zjednoczy całą strefę Azji Środkowej i Bliskiego Wschodu [a dalej pewnie i Afryki Północnej] – dając Pekinowi jednego stabilnego strategicznego sprzymierzeńca – i przerwanie bezsensownej z punktu widzenia Pekinu – nowej wojny 30-letniej na Bliskim Wschodzie [i Kaukazie i Azji Centralnej]. Strategia Waszyngtonu w Eurazji [szerzej – względem Wyspy Świata] to – sądząc po owocach [a nie tylko deklaracjach] – budowanie wzajemnych antagonizmów i „divide et impera” w dość okrojonej wersji „off-shore balancing”. Czyli budowanie i utrzymywanie „pasa/stref ognia” – wg prawidłowej moim zdaniem koncepcji Pana Krzysztofa. Skoro USA nie może pokonać Chin – to zantagonizuje maksymalnie graczy przeciw nim, sojuszników wykorzysta a resztę [potencjalnych sprzymierzeńców Chin] – będzie się starało wyczerpać we wzajemnych konfliktach. Niestety – podkładać nogę i budować konflikty dużo łatwiej [i TANIEJ], niż samemu zrealizować swój konstruktywny plan – w takiej strategii USA oddalone oceanami od Eurazji/Wyspy Świata – są w uprzywilejowanej pozycji. Oczywiście pod warunkiem zachowania spójności wewnętrznej i uzyskania pozycji REALNEGO wzrostu technologicznego i ekonomicznego. Co w razie wyboru Bidena [polecam ostatnią dyskusję na YT Bartosiak-Kwiecień-Trader21-Piech] – wydaje się trudniejsze, niż w razie wyboru Trumpa. Co więcej – Demokraci niebezpiecznie dla USA jako państwa-hegemona – rozhuśtali roszczeniowe i krótkowzroczne populistyczne podejście „ulicy” – która będzie żądała bonusów coraz szerszej konsumpcyjnej kroplówki. Co może się skończyć wielkimi zamieszkami – nawet chaosem i wojną domową [przypominam – w rękach prywatnych jest więcej broni – niż obywateli USA] . A to wszystko tym bardziej winno zmobilizować sterników naszej nawy państwowej – do stopniowego odklejenia się od USA [dotychczas sojuszu z naszej strony BEZWARUNKOWEGO i bezkosztowego dla Waszyngtonu- zaznaczam: nie powinniśmy z USA zrywać – ale za to coraz bardziej stopniowo NEGOCJOWAĆ] – i do budowy [też stopniowo] KOMPENSACYJNIE i ROZWOJOWO silnego strategicznego sojuszu regionalnego [i technologicznego i ekonomicznego] w ramach szeroko rozumianej Wschodniej Flanki – oraz z Koreą Płd, Japonią. Notabene – budowa sojuszu ww Wschodniej Flanki [aczkolwiek domyślnie – pod „wodzą” i po kontrolą USA – przynajmniej w pierwszym etapie] jest propagowane np. przez gen. Bena Hodges’a w ramach CEPA. Rzecz w tym, by w ramach sojuszu szerokiej Wschodniej Flanki występować jako jeden gracz wobec Waszyngtonu – i negocjować sprawy tu w Europie i wsparcie dla Flanki [technologiczne, NATO Nuclear Sharing, własne siły jądrowe, bazy materiałowe, dopiętą drabinę eskalacyjną atomu – aż po dodatkowy parasol strategiczny itp]- przynajmniej jako równy partner. Łączny potencjał PKB Wschodniej Flanki [zwłaszcza ze wsparciem UK i USA – ale także przynajmniej technologicznym Korei, Japonii – no i z pewnym wsparciem USA] pozwala na powstrzymanie Rosji – i na budowę projektu alternatywnego do hegemonii jądra karolińskiego i obecnej UE. To także odpowiedź na zastrzeżenia dra Leszka Sykulskiego. W TAKIM układzie – rola „kordonu sanitarnego” nie jest samobójstwem – a co więcej – tego nie powiedziano – ta rola zapewnia całemu sojuszowi DE FACTO wsparcie OBU supermocarstw [zwłaszcza w owej „godzinie W” – czyli wobec krytycznej groźby przerwania „kordonu sanitarnego”] – bo oba nie chcą supermocarstwa Lizbona-Władywostok. Mogę tylko powtórzyć – wystarczą ćwiczenia chińskie tak z ćwierć miliona żołnierzy i odpowiedniej masy sprzętu – koło rosyjskiej granicy – a Kreml natychmiast zrozumie „aluzję”. Powtarzam – mówię o planie działań strategicznych – proszę nie mylić z planem działań taktycznego i bezkosztowego wykorzystania Kremla przez Pekin przeciw USA w ramach obecnej PRZEJŚCIOWEJ tzw. „przyjaźni”. Tak z niedawnych dziejów owej „przyjaźni” – gdy Chiny 2017 rozmieściły strategiczne rakiety DF-41 koło granicy z Rosją, Kreml najpierw udawał, że pada deszcz i wypierał w zaparte oczywistą demonstrację siły, potem twierdził, że… „to nie ma znaczenia” [!] – a na koniec… sam rozmieścił rakiety po swojej stronie….

    1. (…)Adn.2 Nie potrzeba elektrowni do zasilania radaru aerostatu [czy nawet płatowego subsatelity] – Francuzi na 2021-22 budują prototyp aerostatu Stratobus, który będzie operował na wys. 20 km całymi latami.(…)
      AWACS latając na na pułapie o połowę ok. 10 km. widzi maksymalnie na 600 km, a pewne kategorie celów (cele nawodne) i to bez specjalnego maskowania, widzi tylko na 240 km. A podwojenie pułapu tak spektakularnego podniesienia raczej nie da… Nie neguję sens tego przedsięwzięcia tylko zwracam uwagę, że o ten 1000 km. będzie ekstremalnie trudno, nie mówiąc już o plusie.

      (…) ale także słabszą w determinacji do podwyższenia drabiny eskalacyjne – bo w momencie “sprawdzam” Kreml podkulił ogon i udał, że pada deszcz i nie odpowiedział kontruderzeniem(…)
      Jeśli wg. ciebie zajęcie Homs to podkulenie ogona to…

      (…)a w sprawie Sulejmaniego działała już wtedy nadrzędna dyrektywa Waszyngtonu “wychodzimy z Bliskiego Wschodu”(…)
      Skoro wychodziymy to BW to po co mordować jednego człowieka, a do tego uwielbianego w narodzie, a następnie grozić zabytków… co od kilku lat ONZ uznaje za zbrodnię wojenną (a że USA nie poniosłyby za nie kary znaczyłoby tylko to, że USA są Stałym Członkiem Rady Bezpieczeństwa)?

      (…)Oczywiście – podkreślam raz jeszcze – w planie strategicznym.(…)
      Po poczynaniach Trumpa nie widać żadnego planu… zresztą okazuje, że jak Amerykanie obalali Saddama to też nie mieli strategii… https://radar.rp.pl/swiat/nato/15709-jak-zmarnowano-okazje-na-pokoj-w-afganistanie. A skoro po 2003 nie mieli celów, to nie dziwota, że dyskusja została zdominowana nie drogami ich osiągnięcia tylko nad deficytem wszechczasów (tzn. rekordem to było wtedy) co jest jedną z oznak tzw. przeciążenia imperialnego… A teraz na dodatek tego obecna retoryka Trumpa może pchnąć USA w objęcia wojny domowej… po prostu gość, który żąda jaknajszybszego zakończenia głosów, ale tylko wtedy kiedy wygrywa, nie zasługuje na miano męża stanu.

      (…)Doradzam widzenie całościowe spraw – nie wycinkowe – na poziomie strategicznym – i w całym spójnie rozważanym “cyklu”.(…)
      Wiem, wiem… ty jesteś DalejWidzący niż Amerykanie, Rosjanie, Niemcy, Izraelczycy, Turcy, Polacy i cała reszta. Może i tak jest, ale możesz nie zauważyć czegoś co masz pod przegrodą nosową (zauważenie tego czegoś jest trudne nawet dla NormalnieWidzących)… i tu taką miną może być negacja przez Trumpa wielce prawdopodobnej wygranej Bidena, która w kraju takim jak USA, stanowi nieignorowalne zagrożenie wojną domową, czyli de facto utratą zdolności do skoordynowanych działań na arenie geopolitycznej z całym dobrodziejstwem inwentarza.

        1. Zwracam się z prośbą do obu Panów by używać jednego stałego nicka na forum. I tak, po stylu i charakterze wypowiedzi widać kto jest kto 🙂 To jednak czyni dyskusję bardziej przejrzystą i nie wprowadza sztucznej presji na tworzenie coraz to nowszych „dyskutantów” którzy poprą tę czy inną tezę.

          U mnie na moderatorze wszystkie alter ego widać natychmiast, a specjalizował się w tym dawny forumowicz Medicus vel Nierealny Strateg vel jeszcze jakoś tam.

          pozdrawiam serdecznie 🙂
          KW

          1. Jeden blog, na którym komentuję, wymaga logowania na WordPresie i czasami zapominam się wylogować.

          2. Przepraszam – to z mojej strony nieumyślne, mam 3 komputery, no i przeglądarki pamiętają jak pamiętają. Na d24 czy innych portalach mam nick „Dalej patrzący” – natomiast u Pana – zwykle staram się [jeżeli pamiętam] – mam nick „Georealista”. Przyczyna różnicy jest to, że na d24 podchodzę w komentarzach do spraw np. technologicznych, techniczno-taktycznych, sprzętowych, no i strategicznych też [jeżeli np. dany nowy system zmienia układ sił w danej domenie.] D24 prowadzi też rubrykę „Geopolityka” – ale moim zdaniem słabo tam wiążą „co do czego” i myślą nadal w starych kategoriach – choć i tam dostrzegam zmiany na lepsze. Ponieważ wywód logiczny musi być oparty o konkrety – w takich komentarzach o tle operacyjnym czy strategicznym – wiążę całą siatkę odniesień w moich komentarzach – też opublikowanych tam jako „Dalej patrzący”. Ponieważ Pana blog jest stricte geopolityczny, a sprawy techniczno-technologiczne występują, ale dość ogólnikowo – bez tych „diabłów w szczegółach” – które w istocie stanowią nieraz o wartości danego systemu, czy jego spozycjonowaniu w taktyce i strategii – dlatego przyjąłem u Pana nowy nick „Georealista”. Przepraszam wszystkich za zamieszanie – będę starannie rozróżniał te nicki. Nie chodzi mi o robienie sztucznego tłumu, czy wrażenia że „Georealista” popiera „Dalej patrzącego” czy na odwrót – zresztą ja już pisałem jednoznacznie wcześniej , że oba nicki – to jedna osoba. To chyba widać po stylu pisania…i to jednoznacznie… Przy komentarzach skupiam się na meritum, na możliwie pełnym i spójnym przewodzie logicznym – a nick i e-mail potwierdzałem już bezmyślnie… Notabene – dla jasności – nie jestem Jackiem Bartosiakiem – co mi już przyklejano na d24. Po prostu pisze wg bardzo podobnego wzorca pojęciowo-logicznego – tego umownego „rozumienia spraw”. Nie we wszystkim się zgadzam – pisałem, że np. bitwy pancerne kreślone w scenariuszu symulacji wojny AD2027 w „Rzeczpospolitej miedzy lądem a morzem” – mam za anachronizm. Od 6 lat „tępię” wytrwale kanapowych speców, ale i głosy oficerów starszej generacji, którzy nie rozumieją [czy nie chcą zrozumieć] , że czołg zasadniczo zbudowany do ognia bezpośredniego – jest zwykłym „białym słoniem” wobec saturacji sieciocentrycznie „delegowanej” precyzyjnej projekcji siły. Gdzie np. drony tureckie TB2 z precyzyjnymi efektorami – to tylko jedna z postaci takiej projekcji siły. Bo w skrócie – jeden Krab [lub lepiej Kryl – lepiej – bo tańszy i bardziej mobilny] z amunicją strumieniową precyzyjnego rażenia Nammo – już będzie zdolny [przy przynajmniej półaktywnym pozycjonowaniu przez drony „intruderskie” – zdolny do wybicia batalionu czołgów z dystansu – i to na zapleczu operacyjnym – z zasięgiem 130 km teraz – a Nammo już pracuje z Boeingiem nad drugą generacją – o zasięgu 150 km. Są kwestie systemów rakietowych – ale pomijając cały wielki wywód – dla zapewnienia realnej zbrojnie gwarantowanej suwerenności Polski – są potrzebne dwa elementy – i na nich winien się skupiać [finansowo i organizacyjnie – z głęboką restrukturyzacja WP i z wdrożeniem całego kompleksu RMA – co budzi olbrzymi opór generalicji – która chce spokojnej utartej organizacyjnie ścieżki awansu – no i boi się”wysiudania” ze stanowisk ze strony nowej, wykształconej kadry, która w RMA czuje się jak ryba w wodzie – wiem co mówię…z doświadczenia].
            Te dwa elementy to wielowarstwowa saturacyjna całokrajowa sieciocentryczna A2/AD Tarcza i Miecz Polski z własnym kompleksem C5ISR – spinającym wszystkie domeny w jedną [kolejny powód oporu starej generalicji] – dla której to A2/AD zasięg świadomości sytuacyjnej real-time i spiętej z nią projekcji siły POZA granicami Polski [przynajmniej systemów ofensywnych – rzecz jasna – precyzyjnych] Polski dawałby nam twarde „przełożenie” i na ULB, i na Rosję i na Niemcy – ale i na USA. A także na naszą pozycję w propagowanym sojuszu szeroko rozumianej Wschodniej Flanki – z perspektywami na realnie rozwinięcie Międzymorza, Trómorza, Czwórmorza [nawet Pięciomorza – jakbyśmy doliczyli regionalny styk Atlantyku z Arktyką – trochę szerszy niż GIUK] – albo w ramach umownego 17+1 – zależy, jak by sprawy się potoczyły w globalnej hegemonii…
            A drugie wielkie konieczne aktywo strategiczne – konieczne po przekroczeniu pewnego szczebla drabiny eskalacyjnej [ale także zupełnie zmieniające siłę i pole działania wojsk konwencjonalnych i pole manewru politycznego – i to na wszystkich szczeblach] – to własne głowice odstraszania jądrowego – do użycia w odstraszaniu asymetrycznym.
            Tych dwóch wielkich projektów strategicznych [dla zasadniczo ASYMETRYCZNEJ strategicznej obrony – ale obrony aktywnej z długimi ramionami kontroli i projekcji siły i odstraszania] NIESTETY BRAK w PMT [Wisła to namiastka dająca złudne poczucie „że coś się robi”] – jest za to rozpraszanie funduszy na budowanie WP wg przepisu „wszystkiego symetrycznie po trochu” [żeby zaspokoić generałów z danych RSZ WP] – czyli postępujemy dokładnie tak, jak II Rzeczypospolita przed 1939 – co jest 100% przepisem na klęskę – stąd moje skrajne niezadowolenie z tego stanu rzeczy. Zresztą – obecnie realizowany PMT [mimo pewnych modyfikacji w SPO] to w gruncie rzeczy dalej przywieziony nam w teczce PMT AD2013 – budowy armii ekspedycyjnej do wypełniania zadań zamiast USA i UK na wschodzie – czyli budowa WP – która Polski nie obroni… a to powinien być jasno zdefiniowany literalnie w dokumentach cel „na górze” – i to niezmiennie obowiązujący bez względu na ekipę u steru… Tak więc w razie ewentualnych „radości” moich antagonistów z wyboru Bidena, ba – z powrotu umownego teamu Tuska do władzy – itp zmian u steru – jeżeli nie będą realizowane oba ww programy strategiczne – to team u steru wprost łamie polska rację stanu i interes narodowy. Są i inne programy strategiczne – zakupy technologii [zwłaszcza podwójnego zastosowania], własne suwerenni kontrolowane pełne łańcuchy produktów „high-tech” – w tym jako baza wykorzystanie lewara i potencjału realnego Skarbca Suwalskiego, czy oparcie się o geotermię głęboką. I ZANIECHANIE pewnych spraw forsowanych z uporem z tytułu zupełnego elementarnego niezrozumienia specyfiki funkcjonowania strefy zgniotu – brak rozumienia, że w takiej strefie budowanie dużych stacjonarnych molochów elektrowni atomowych – to zwykłe samobójstwo i ułatwianie roboty obcej projekcji siły czy sabotażowi – i to samobójstwo i proszenie się o wymuszona kapitulację za własne ciężkie pieniądze… które winny iść w inne ww programy…

      1. @JSC – ale przecież to ja pisałem i wskazywałem niebezpieczeństwo, że rozhuśtanie „ulicy” i roszczeniowych postaw w USA plus ilość broni w rękach prywatnych może doprowadzić do wojny domowej – i wskazywałem od razu konstruktywną rekomendacje do odklejenia się stopniowo od USA i przenoszenia naszej uwagi do budowy sojuszu Wschodniej Flanki jako strategicznego perspektywicznego sojuszu – wiec jak możesz mi zarzucać w odpowiedzi, że ja tego „nie widzę”?

        1. Wygląda na to, że wojna domowa wybuchnie do końca roku… jak w takim czasie chcesz się stopniowo odkleić od USA? Na początek musimy mieć jakieś podglebie do szukania sojuszników…

Leave a Reply

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.