Gra o…Mińsk. Białoruś staje się nowym frontem. Wyzwanie dla Polski? 

Klucze do bram Kijowa znajdują się w Mińsku.

Tezę tą uważam za najważniejszą w opisywanym temacie, dlatego postanowiłem właśnie od niej zacząć niniejszy artykuł. Zanim ją uzasadnię, przedstawię krótką prasówkę, z zakresu relacji pomiędzy Białorusią, a Rosją. Kilka dni temu, prezydent Białorusi – Aleksander Łukaszenko stwierdził otwarcie:

(…)Rosjanie zachowują się po barbarzyńsku w stosunku do nas, publicznie o tym mówię. Oni domagają się od nas czegoś, jakbyśmy byli ich wasalem, a w ramach EAES, do którego nas zaprosili, nie chcą wykonywać swoich obowiązków.”

Nie jest to ani pierwsze, ani zapewne ostatnie tego rodzaju wystąpienie Łukaszenki. Tutaj chodziło o współpracę gospodarczą i interesy konkretnej firmy, jednak białoruski prezydent niejednokrotnie głośno krytykował Moskwę na wielu innych płaszczyznach. Wyżej zacytowanie zdanie zostało ponoć wykreślone z oficjalnego stenogramu. Świadczy to o tym, iż Łukaszenko z jednej strony nie chce narazić się swojemu sojusznikowi, z drugiej – być może należy traktować to, jako formę wołania o pomoc?

Prorosyjskie media wskazują na wczorajsze wystąpienie białoruskiego lidera, w którym stwierdził, że nie chce, by powtórzyło się to, co dzieje się na Ukrainie z Rosją. Zdaniem Łukaszenki ani Białoruś, ani Rosja nie potrzebuje takiego konfliktu. Prezydent Białorusi zdementował też informacje o tym, jakoby miał się zwracać w stronę zachodu. W takim oświadczeniu można doszukać się drugiego dna, bowiem wynika z niego, że Aleksander Łukaszenko zwyczajnie boi się reakcji Kremla i ukraińskiego scenariusza. A skoro tak, to musi mieć po temu powody…

Napięcie w relacjach Białorusi i Rosji rośnie od 2014 roku i przerywane jest krótkotrwałymi „odwilżami” i zapewnieniami przyjaźni. Od samego początku Aleksander Łukaszenko nie okazywał zbytniego entuzjazmu, jeśli chodzi o rosyjskie poczynania (aneksja Krymu, wojna w Donbasie). Niedawno wypłynęła informacja (nie wiadomo czy prawdziwa), jakoby białoruski lider obiecał w 2014 roku Ukraińcom, iż z terytorium Białorusi, Rosjanie nie będą atakować. Jeśli tak by się miało jednak stać, to Łukaszenko ma uprzedzić o tym Kijów dobę wcześniej. Takie plotki rozgłaszane przez ukraińskich pracowników wysokiego szczebla mogą być skierowane na wzbudzenie nieufności pomiędzy Mińskiem, a Moskwą, ale może też w nich znajdować się ziarno prawdy.

W każdym razie ostatnie reakcje Łukaszenki świadczą o tym, iż czuje się on coraz bardziej naciskany ze strony Putina. Z pewnością dostrzega pewne zagrożenia, które zresztą sam sygnalizował. Między innymi w czerwcu tego roku, gdy stwierdził:

Jesteśmy na froncie. Jeżeli nie przetrzymamy najbliższych lat – padniemy. A to oznacza, że trzeba będzie wchodzić w skład innego państwa albo będą o nas nogi wycierać. A nie daj Boże, jeszcze rozpętają wojnę, tak jak na Ukrainie.

Warto przypomnieć, że w 2016 roku Białoruś przeprowadziła manewry wojskowe (bez Rosjan), które przygotowywały armię do walki z „zielonymi ludzikami”. Zostało to odczytane, jako antyrosyjska demonstracja i tak chyba miało właśnie wyglądać. Jednocześnie władze z Mińska regularnie odmawiają stałej obecności wojsk Federacji Rosyjskiej na terytorium własnego państwa (bazy wojskowe, lotnicze). Aleksander Łukaszenko musiał czuć się bardzo niekomfortowo w czasie zeszłorocznych wspólnych manewrów wojskowych ZAPAD 2017, gdy na teren Białorusi zostało przetransportowanych tysiące rosyjskich żołnierzy wraz ze sprzętem wojskowym.

Wracając do wydarzeń najnowszych, Rosjanie nominowali nowego ambasadora na Białoruś – Michaiła Babicza. Problem w tym, iż Białorusini informacji tej nie potwierdzili, stwierdzając, że o niczym nie wiedzą. Michaił Babicz to bardzo ciekawa postać, zwany jest również „ambasadorem wojny” (polecam nieco o nim poczytać). Wniosek z tego taki, że osoba ta nie jest w Mińsku mile widziana i to nawet nie ze względu na nią samą, ale z uwagi na to, że Michaił Babicz może być zwiastunem twardej i roszczeniowej polityki Kremla prowadzonej w stosunku do Białorusi. Innymi słowy, Aleksander Łukaszenko może stanąć przed jeszcze większą presją ze strony Władimira Putina. Dlaczego?

 

Globalna gra w tle

I tu wracamy na grunt geopolityczny. I do nieco szerszej perspektywy. Jak pisałem wielokrotnie, a co nie jest już chyba dla nikogo tajemnicą, trwają amerykańsko-rosyjskie zmagania polityczno-gospodarcze. A konkretnie Stany Zjednoczone przy pomocy sankcji i różnego innego rodzaju mechanizmów finasowo-ekonomiczno-gospodarczych próbują „przekonać” Kreml, do stanięcia po stronie Amerykanów w rywalizacji z Chinami. Moskwa konsekwentnie odmawia. Waszyngton grzecznie nalega. Jedną z głównych aren, na których toczy się dyskusja, jest Ukraina.  Ponieważ jedynym rodzajem odpowiedzi, na „argumenty” Stanów Zjednoczonych, jakim dysponują Rosjanie, jest siła militarna – właśnie w taki sposób Kreml wyraża swoje myśli. Poprzez demonstracje, groźby (nie wyrażane wprost) i działania zbrojne (vide wojna w Donbasie, aneksja Krymu, interwencja w Syrii).

Analizując amerykańsko-rosyjski dialog, ruchy, jakie mogą podjąć Stany Zjednoczone wobec Rosji są trudne do przewidzenia (z powodu wielości opcji). USA może wciąż zaostrzać sankcje (jak choćby wczoraj), spekulować na rublu, cenach gazu i ropy, blokować projekty gospodarcze (jak Nord Stream II) lub polityczne (jak porozumienie Berlin-Moskwa). Amerykanie mogli uderzyć w system bankowy i płatniczy w Rosji (co już może być akurat trudne, bo Rosjanie ciężko pracują, by uniezależnić się w tym zakresie od „zachodu”). Wreszcie USA może dokonywać przewrotów w rosyjskiej strefie wpływów (w formie demokratycznych rewolucji, jak na Ukrainie) i interweniować zbrojnie poprzez swoich prokurentów w danym regionie. Możliwości jest multum. Tymczasem Rosjanie nie mają jak dosięgnąć interesów USA. Mogą oddziaływać i reagować jedynie w sposób siłowy i lokalnie, ponieważ nie dysponują dostatecznymi zdolnościami na innych polach. Stąd reakcją Kremla na ukraińską rewolucję, była aneksja Krymu i wejście do Donbasu. Odpowiedzią na działania Gruzinów w 2008 roku, było wsparcie militarne dla Osetii Płd. i Abchazji i wojna.

Konkludując. USA ma jeszcze w zanadrzu wiele „argumentów”, tymczasem Rosji zaczyna ich brakować. By „zagrozić” Waszyngtonowi, Moskwa potrzebuje łatwego celu dla działań hybrydowo-militarnych bądź militarnych. Wysłanie kolejnych żołnierzy do Syrii, nie zrobi na Białym Domu żadnego wrażenia. Zresztą sytuacja została tam jest póki co względnie ustabilizowana. Uderzenie na np. Gruzję nic de facto dobrego nie przyniesie, bowiem otworzy to jedynie kolejny, kosztowny dla Rosjan, front. I może przynieść politycznie więcej szkody niż pożytku. Łatwo jest wobec tego przewidzieć, że celem nacisku na interesy USA, mogą być państwa Bałtyckie (tylko z tego powodu, że należą do NATO, bowiem państwa te dla interesów USA nie mają żadnego znaczenia) lub Ukraina ( która otrzymała protekcję Waszyngtonu). Naciski te mogą jednak sięgnąć jedynie płaszczyzny polityczno-prestiżowej. Hybrydowe działania wobec państwa NATO, które pozostałyby bez odpowiedzi, mocno podważyłyby fundamenty, na jakich został oparty sojusz. Z kolei zajęcie Ukrainy (bo hybrydowe działania już są, więc kolejna forma nacisku musi być mocniejsza) pokazałoby światu: „tak kończą sojusznicy USA”.

Reasumując.

Najbliższymi celami Rosji, mogą być państwa bałtyckie i Ukraina. Co żadną nowością nie jest. Ale by sięgnąć po Ukrainę, nie narażając się na długotrwałą i kosztowną wojnę, Putin potrzebuje wykonać wcześniej jeden arcyważny dla niego ruch. I dlatego właśnie możemy zaobserwować presję wywieraną na Łukaszenkę, bowiem ten, konsekwentnie ów ruch blokuje.

 

Białoruś – centrum szachownicy

Mając na uwadze powyższe, oczywistym się staje, że by wykonać jakikolwiek następny agresywny krok – Rosjanie muszą mieć kontrolę nad Białorusią. Tylko dostęp do jej terytorium umożliwia nieskrępowane oddziaływanie i wywieranie presji na państwa Bałtyckie:

a także… Otwiera możliwość błyskawicznego zajęcia Kijowa. Poprzez wyprowadzenie uderzenia z miejscowości Homel, po linii Czernihów – Kijów. Przy jednoczesnym wtargnięciu na ukraińskie zaplecze. Zwłaszcza tuż przy granicy z Polską, z Brześcia na Kowel, co odcięłoby ukraińską stolicę od jakiegokolwiek wsparcia z zachodu (bez którego Ukraińcy nie mieliby środków do długotrwałej walki, ani nadziei na zwycięstwo – co skłaniałoby do kapitulacji).

Nie chodzi tutaj o to, by roztaczać wizje wojny i rozważać nad przyszłością takiego potencjalnego scenariusza. Zwracam jedynie uwagę na fakt, iż Putinowi wystarczy uprawdopodobnienie w oczach Amerykanów groźby realizacji takiego właśnie scenariusza. Rosyjska gra, to typowe szachy. Postawienie hetmana (armii FR) na Białorusi, to zagrożenie dla państw bałtyckich i Ukrainy, co samo w sobie stanowi potężny argument. Dlatego Białoruś jest dla Kremla kluczowa. Podobnie jak Polska, dla Stanów Zjednoczonych (jak pisałem o tym wcześniej, tylko nasze terytorium umożliwia oddziaływanie na Ukrainę i wsparcie dla Bałtów). Rosjanie, którzy słyną z wyśmienitych szachistów, z pewnością tak to postrzegają. Amerykanie postawili własne figury na kluczowych, centralnych na polach D4 i D3 (Polska). Symetryczną odpowiedzią, klasycznym otwarciem, jest kontrakcja na pola D5 lub E5 (Białoruś). Rzecz w tym, że Polacy sami wołają o amerykańskie wsparcie, a Łukaszenko zapiera się rękami i nogami przez „bratnią pomocą”…

Rosyjsko-amerykańska szachownica – stan obecny:

 

Rosyjsko-amerykańska szachownica – przyszły ruch:

Z powyższej grafiki (praca własna na obrazkach z pixabay.com) łatwo odczytać zagrożenia. Bałtowie znajdują się pod presją z kierunku Pskowa, a obecność Rosjan na Białorusi to praktyczne odcięcie państw bałtyckich od wsparcia NATO (przy pomocy Obwodu Kaliningradzkiego). Rosyjski hetman w Mińsku, to również zagrożenie bezpośrednie dla Warszawy, ale i śmiertelna pułapka dla Kijowa – który będzie się musiał bronić z trzech stron (Krym, Donbas/Rosja, Białoruś). Otwarta dla Moskwy Białoruś, to również możliwość zablokowania wsparcia dla Kijowa ze strony Polski… A także łatwość blokowania Rumunów za pomocą Naddniestrza. Armia Federacji Rosyjskiej na terytorium Białorusi stawia naszych wschodnich sąsiadów w opłakanej sytuacji, ale zagraża także Warszawie. Jedyną możliwą reakcją na taki stan rzeczy, byłoby znaczne wzmocnienie sił na granicy z Ukrainą (ofensywnych, zdolnych do wkroczenia na Ukrainę z pomocą), przy jednoczesnej koncentracji wojsk na kierunku brzeskim. Generalnie, by zneutralizować ryzyko odcięcia Ukrainy od pomocy, a także zabezpieczenia przesmyku suwalskiego, Polska powinna mieć dostateczne siły by móc zająć Grodno (co zabezpieczałoby przesmyk suwalski) oraz Brześć (co zabezpieczyłoby ukraińskie tyły, miasto Kowel i drogę Lublin-Kijów). Stąd potencjalnie rozrysowany ruch gońca. Zamieszczonego nieprzypadkowo w Wielkiej Brytanii. Pisałem o brytyjsko-polskim pakcie obronnym. Myślę, że jest to formalne przygotowanie pod ew. stacjonowanie i operowanie z terytorium PL sił brytyjskich (głównie lotnictwa). Zamieszczony na szachownicy niebieski goniec, może być zbitką sił NATO opartych o polski trzon jednostek lądowych (stąd tak dużo słyszy się ostatnio o potrzebie stworzenia czwartej dywizji, która miałaby zabezpieczyć kierunek wschodni).

Reasumując w tej grze na zdobycie jak najbardziej dogodnej pozycji, Rosjanie posiadają nieznaczną przewagę, ale ruch na białoruskie pola może diametralnie odmienić sytuację na ich korzyść. Wówczas to Kreml będzie panem sytuacji i negocjacji z USA. Ruch ten, wydaje mi się, że jest przewidywany. Organizacja nowej jednostki bojowej na południowo-wschodniej granicy Polski wydaje się być kwestią czasu (i nie chodzi o zbudowanie jej od zera, bo możliwe, że zostanie ona sformowana z istniejących jednostek z zachodu kraju, które mogą zostać przesunięte na wschód). Nie bez znaczenia są również sygnały ze strony USA, które chcą jeszcze bardziej wzmocnić własnym siłami „wschodnią flankę NATO”. Jednak ruchy na militarnej szachownicy to nie wszystko. A w zasadzie jest to jedynie niezbędne minimum, jakie należy wykonać. Bo znacznie trudniejsza gra winna zostać podjęta na płaszczyźnie politycznej. O czym niżej.

 

Jak Polska, może stać się ważniejszą figurą. W swoim interesie.

Biorąc pod uwagę stanowisko białoruskiego lidera (dość zdystansowanego wobec Rosji), sytuację Mińska i naciski ze strony Kremla, trudno nie oprzeć się wrażeniu, że Polska może coś tutaj ugrać. W mojej opinii w naszym interesie jest przygotowanie odpowiednio ciężkiej gatunkowo oferty dla Łukaszenki, z jednoczesną gwarancją bezpieczeństwa dla Białorusi. Oczywiście Polska jest za słaba by taką ofertę stworzyć, a tym bardziej, by obronić Mińsk, przez Kremlem. Tutaj potrzeba mądrych ruchów dyplomatycznych, które przekonałyby sojuszników (jeśli Amerykanie jeszcze sami do tego nie doszli), że „odwrócenie” Białorusi jest również w ich jak najlepszym interesie. Czy coś takiego jest możliwe i realne? Tego nie wiem. Z pewnością jednak należy podjąć taką próbę i zrobić wszystko, by stało się możliwe lub choćby prawdopodobne. Białoruś jest mocno zależna od Rosji, zwłaszcza, jeśli chodzi o surowce energetyczne (gaz i ropa). Więc z pewnością należałoby pomyśleć o alternatywie dla Mińska w tej kwestii (np. inwestycję w infrastrukturę pozwalającą na czerpanie surowców z innych kierunków). Niewątpliwie należałoby również stworzyć strategię/plan, który zabezpieczyłby naszego wschodniej sąsiada. To chyba dwa najtrudniejsze tematy, bez rozwiązania których, każda oferta skierowana w stronę Łukaszenki zostanie przez niego odrzucona. W ramach „marchewki” należałoby pomyśleć o włączeniu Białorusi w struktury unijne. Tutaj z kolei nie sposób składać takiej propozycji, bez wcześniejszych konsultacji z Paryżem i Berlinem. Jak widać, przygotowanie konkretnej oferty dla Mińska jest niezwykle trudnym zadaniem. Jednak działań takich nie należy zaniechać.

Jeśli bowiem Łukaszenko zostanie bez alternatywy, to albo ulegnie Kremlowi, albo zostanie obalony i zastąpiony kimś bardziej uległym wobec Moskwy. Wówczas będziemy mieli rosyjskie wojska pod polską granicą, co będzie dla nas olbrzymim zagrożeniem, a dla Ukrainy i Bałtów prawdziwą katastrofą.

Polska powinna przygotować się do wszystkich scenariuszy. I do takiego, w którym Łukaszenko otrzyma odpowiednią ofertę (od zachodu) i z niej skorzysta. Jak również do sytuacji, w której Łukaszenko postawi się Kremlowi (nawet w przypadku braku zachodniej oferty) i będzie musiał bronić się przed zamachem stanu. Wówczas potrzebny będzie konkretny, gotowy do realizacji plan wsparcia dla Mińska. Oczywiście nie należy również zaniedbać przygotowań do wzmocnienia wschodniej granicy na wypadek wkroczenia Rosjan na Białoruś.

Polskie władze powinny opracować schemat działania i plan na tego rodzaju okoliczności. Bez względu na to, czy Amerykanie wezmą w tym udział, czy też nie (choć nie wyobrażam sobie, by Waszyngton o tym nie pomyślał). Jednocześnie zwracam uwagę na to, że nie biorę pod uwagę możliwości wywołania pro-zachodniej, białoruskiej rewolucji. Coś takiego raczej nie wchodzi w grę. Zagrożony takim puczem Łukaszenko automatycznie stanąłby po stronie Rosjan, a Ci wsparliby go z pełną siłą, co musiałoby się skończyć porażką rewolucjonistów i wkroczeniem wojsk Rosyjskich (z bratnią pomocą) na Białoruś. Grę o to państwo można podjąć, w mojej opinii, tylko i wyłącznie z Łukaszenką, jako sojusznikiem/partnerem.

 

Po co to wszystko?

Oczywiście zdaje sobie sprawę z tego, że dla fanów „opcji niemieckiej” lub jak teraz się ją nazywa „europejskiej” (bo europejczycy „to jedna rodzina” z tożsamymi, wspólnymi interesami…sic!) zapytają: a po co grać przeciw Rosji ryzykując konflikt, skoro można wybrać Berlin, lub stać się łącznikiem i partnerem osi Paryż-Berlin-Warszawa-Moskwa?

Wielokrotnie pisałem, jak odnoszę się do opcji Paryż-Berlin-Moskwa i rolą Polski w tym zestawieniu. Pomijając jednak argumenty „za” i „przeciw”, stwierdzić należy jedno. Tzw. „realne” podejście do obecnej polityki międzynarodowej Polski jest de facto całkowicie oderwane od rzeczywistości. To mrzonka. Jak można wymagać od pro-amerykańskiego rządu PIS, by wybrał „opcję europejską”? Fantazje o tym, że „Polska powinna wybrać” jest taką samą postawą życzeniową jak ta, jaką prezentowali w 20-leciu międzywojennym Mackiewiczowie czy Bocheński (chcieli paktu z Hitlerem, w sytuacji, gdy nie było to zwyczajnie możliwe, pomimo tego, że II RP była wówczas suwerenna i sama wybierała kochanków). Trzeba sprawę postawić jasno. Współcześnie Polska nie ma żadnego wyboru i nie stała nigdy przed żadnym dylematem. III RP nie wybrała Amerykanów w 2015 roku (wraz z nastaniem rządów PIS-u.) odwracając się od Niemców i UE. Zadecydowano za nas.

Znajdujemy się w anglo-saskim obozie, ponieważ Waszyngton tak chciał. I to dlatego „spisek kelnerów” doprowadził do obalenia poprzedniego pro-niemieckiego ugrupowania politycznego, umożliwiając zwycięstwo pro-amerykańskiej opcji.

Innymi słowy nie mamy wpływu na to, czy Polska jest po tej, czy po tamtej stronie międzynarodowych zmagań. Warszawa jest jak panna w barbarzyńskim świecie epoki kamienia łupanego. Bierze ją najsilniejszy w grupie. Wykorzystuje, a po wszystkim traci zainteresowanie i opuszcza jaskinię zostawiając ją na łaskę i niełaskę pozostałych.

Wobec tego stanu rzeczy, zamiast negować wszystkie działania w ramach amerykańskiej gry, w której Polska siłą rzeczy będzie musiała wziąć udział, należy się zastanowić, co możemy zyskać w takich, a nie innych warunkach. Czy w ogóle możemy coś ugrać? A jeśli tak, to co? I jak to zrobić? Być może warto by jaskiniowy samiec Alfa obił resztę towarzystwa, tak by po jego odejściu nikt już nie miał siły podnieść na nas ręki?

W kwestii Białorusi, niewątpliwie w interesie Polski jest jej niezależność od Rosji. Mińsk to bufor pomiędzy Warszawą, a Moskwą. W tej chwili bufor ten jest zagrożony. I w naszym interesie narodowym jest zadbać o to, by ramy amerykańskiej polityki obejmowały również kwestię Białorusi i utrzymania jej w obecnym status quo lub oderwania jej w ostateczności od Rosji i przeciągnięcie na stronę „zachodu”. Jeśli bowiem Rosjanie wkroczą na Białoruś, to wówczas my staniemy się państwem frontowym (jak Ukraina). I jeśli ktoś w tym miejscu pomyślał – nie, nie staniemy się państwem frontowym, jeśli dogadamy się z Berlinem i Moskwą – to odpowiadam: bzdura. Polska jest w obozie amerykańskim i taka jest rzeczywistość i nie zmienimy stron, póki Waszyngton na to nie pozwoli (czyli póki będzie miał pozycję dominującego mocarstwa – a tej wciąż nie stracił).

Natomiast, jeśli Rosjanie przejmą kontrolę nad Białorusią i Ukrainą, a Amerykanie „wyjdą” z Europy to znajdziemy się w opłakanej sytuacji okrążonego przeciwnikami państwa, u którego granic będą stały moskiewskie armie. W takiej sytuacji Polska nie będzie w pozycji by proponować jakikolwiek układ. Zwyczajnie będziemy musieli zgodzić się na wszystko. A ani Berlin, ani Moskwa nie będą kierować się „solidarnością europejską” i innymi wartościami. Zwyczajnie podzielą się ofiarą jak już bywało wielokrotnie.

Dlatego w naszym interesie jest, by wykorzystać obecną sytuację tak, by Amerykanie wygrali zmagania z Moskwą i nie dopuścili do powstania układu Paryż-Berlin-Moskwa i ostatecznie Paryż-Berlin-Moskwa-Pekin.

Amerykanie dążą do wprowadzenia chaosu na świecie, by następnie zaprowadzić własne porządki. Chcąc nie chcąc, jesteśmy niejako w roli sługi diabła, który naraża wszystkich na wojnę. Pamiętać jednak należy, że wraz z przedwczesnym upadkiem rogatego, my zostaniemy potraktowani tak samo jak on, a nawet i gorzej (bo jesteśmy słabsi). Jesteśmy jak ogar wystawiony przez złego pana do walki. Co z tego, że na naszej krwi ten drań zarobi na zakładach. Było nie było, z klatki może wyjść cało tylko jeden. Walczymy więc o własne życie. Można narzekać, że wolelibyśmy mieć pana, który nie karze nam wystawiać się na zagrożenie. Ale to nie zmieni naszej sytuacji. Dlatego trzeba myśleć i robić wszystko, by wykorzystać nasze szanse i oddalić zagrożenia czyhające na nas na tej, a nie innej drodze. Póki jesteśmy zmuszeni nią podążać.

W tej chwili, niezwykle istotną kwestią jest status quo Białorusi. Czyli stan, który Rosjanie chcą naruszyć, poprzez wprowadzenie na jej terytorium stałej obecności wojskowej (wiem, to odpowiedź na działania USA, ale co z tego? Co ta wiedza zmienia w naszym położeniu?).

Dla Polski to kwestia gardłowa, podobnie jak dla Ukrainy. Różnica polega na tym, że Kijów stoi pierwszy w kolejce do kremlowskiego kata.

W mojej opinii najbliższe lata, a może i nawet miesiące będą kluczowe dla losów Białorusi. Powinniśmy się na to przygotować i zrobić wszystko, by obronić Łukaszenkę i pomóc mu w bronieniu terytorium swojego państwa przed armią rosyjską. Jeśli Białoruś ulegnie, Ukraina będzie w niezwykle trudnej sytuacji, a to z kolei również uderzy w polski interes, o czym pisałem w artykule: Pokój, albo… Wojna! – Polska na rozstaju dróg.

Sami oczywiście nie posiadamy na takie działania odpowiedniej siły, ale przekonanie Amerykanów (a Ci mogą „przekonać” innych) do opisywanego projektu (stworzenia oferty dla Białorusi i jej odwrócenie) nie powinno być trudne. Było nie było, to amerykańsko-rosyjska gra, a oddanie Białorusi stawia w złej pozycji negocjacyjnej właśnie Stany Zjednoczone. Dziś Waszyngton może oferować Moskwie (w zamian za zwrot przeciwko Chinom) np. Kijów (brutalne, ale taka prawda). Jutro Kreml może stwierdzić: „A Ukrainę to możemy sobie wziąć łatwo sami”. Z tych powodów uważam, że w Białym Domu temat Białorusi z pewnością nie jest obcy. Czy nasz rząd również przygotowuje się do białoruskiego scenariusza? Oby. Bo dla Amerykanów to kwestia jedna z wielu. Dla nas – kluczowa.

 

Krzysztof Wojczal

geopolityka, polityka, gospodarka, prawo, podatki – blog

P.S. (po kilku krótkich komentarzach).

Odwrócenie Białorusi to diablo trudna (może niemożliwa?) sprawa. Ale trzeba spróbować. Jednak należy czekać na momentum. Jeśli oferta zostanie złożona za wcześnie, będzie to wyrok na Łukaszenkę (a co najmniej zostanie „wysadzony” z siodła). Jeśli zbyt późno… Wiadomo. Putin naciska Mińsk i wreszcie Białorusini mogą stanąć pod ścianą. To będzie właśnie dobry moment by zaproponować alternatywę. Jednak by to uczynić – należy mieć GOTOWĄ ofertę. Nad którą pracować należy już dziś. 

https://www.polskieradio.pl/130/4212/Artykul/2161728,Spojrzenie-na-Wschod-Rosja-chce-anektowac-Bialorus
https://www.rp.pl/Polityka/303219906-Bialorus-Lukaszenko-miedzy-Rosja-a-Zachodem.html
http://www.fronda.pl/a/rosja-zaciska-uscisk-na-bialorusi-co-czeka-lukaszenke,111737.html
https://www.tvn24.pl/wiadomosci-ze-swiata,2/lukaszenka-granica-bialorusi-z-rosja-najdziwniejsza-w-europie,805447.html
https://www.polskieradio.pl/75/921/Artykul/2171573,Bialoruski-politolog-Lukaszenka-stoi-pod-sciana-i-bez-pieniedzy-zapewne-Putin-szykuje-ultimatum
http://forsal.pl/artykuly/1199224,bialorus-boi-sie-nowego-ambasadora-rosji.html
http://wiadomosci.dziennik.pl/swiat/artykuly/578658,rosja-bialorus-putin-lukaszenka-ambasador.html
http://jagiellonia.org/rosja-inwestuje-w-bazy-wojskowe-na-bialorusi/
https://www.defence24.pl/nowe-mysliwce-dla-bialorusi-zamiast-rosyjskiej-bazy

10 komentarzy

  1. Białorus w kleszczach PUTINA / stałe bazy rosyjskie wojskowe -możliwość okrążenia Ukrainy – PODOBNA jak sytuacja jak CZechosłowacja w 1938 – to już by był początek końca – pełny POWRÓT DO GRANIC ZSSR z 1989

  2. Bdb artykuł jak zawsze.

    Jedyną wątpliwosć jaką mam to ten transport wojsk z Białorusi przez bagna Poleskie na Ukrainę, aczkolwiek przyznam szczerze nie wiem jaka tam infrastruktura drogowa, wypornosć mostów, poziom zaminowania i inne detale militarne.

    1. W mojej opinii – możliwości pełnoskalowej ofensywy są na 2 kierunkach które opisałem – Brześć na Kowel, Homel na Czernihów. Tam są drogi i połączenia kolejowe. Dwie pozostałe trasy (z Pińska na Sarny i z Mozyrza na Korosteń) dają bardzo ograniczone możliwości w trudnym terenie (bagna poleskie). Dlatego jeśli Polska dałaby radę przejąć kontrolę nad Brześciem, ukraińskie zaplecze byłoby do utrzymania – a obrona przed inwazją rosyjską możliwa (kierunek z Homela przez Czernihów wyprowadza armię na przedpola Kijowa po wschodniej stronie Dniepru – a więc na linii tej rzeki dałoby radę ustawić obronę i zatrzymać ofenswywę).
      pozdrawiam
      KW

  3. Bardzo dobry artykuł z typu który lubię: co się dzieje i ci się może stać. Te grafiki z szachami to już wisienka. Nie mniej aż się prosi Panie Krzysztofie o szerszą analizę, może kolejny artykuł w następujący deseń: co musiało być się stać aby powróciła opcja proniemiecka i przynajmniej w miarę neutralnie dwa scenariusze. Zły i cukierkowy dla Polski odwracającego się od USA i stającej w układzie Berlin Paryż Moskwa.

  4. Ja się jednak nie zgadzam że Polska, ” naród Polski” nie miał żadnego wyboru. Jestem jednak zdania, że kluczowe były ostanie wybory. To nie amerykanie wybrali PIS tylko Polacy. Partia PO była partią pro niemiecką i pewnie nic by się nie zmieniło gdyby to oni wygrali wybory. A dlaczego PIS wygrał… sądzę że wpływ miało m.in. obietnice typu 500 +. Ale PO straciło też po tym gdy opuścił ich Tusk i przeniósł się do Brukseli. Tusk był liderem tej partii i po nim zabrakło człowieka który pociągnąłby ich do zwycięstwa. Z tym, ze jeżeli chodzi o te wybory to trudno było ocenic który byłby lepszy. Mozna by powiedzieć, że jakiego wyboru Polacy by nie dokonali to każdy byłby zły, ale sądzę że Polacy jednak wybrali te gorsze zło. Tak jak jest w dzisiejszej polityce międzynarodowej. Polska przy doborze opcji czy to amerykańskiej czy niemieckiej, to każda z tych opcji będzie zła. Ale jednak na jakąś trzeba się zdecydować, gdyż Polska nie jest mocarstwem i samodzielnie w aktualnym położeniu geopolitycznym nie przetrwa. Uważam jednak że opcja niemiecka była opcja rozsądniejszą. Amerykanie są bardzo daleko i przy postępującej współpracy niemiecko – rosyjskiej wątpie że będą w stanie Polsce pomoc. Trójmorze to mrzonka. Niemcy z Rosją nie dopuszczą do powstania takiego bloku który nie bedzie w ich interesie. A amerykanie tocząc wojny handlowe z całym światem jak to zaczyna się dziać ( Chiny, Niemcy, Rosja ) uważam że doznają porażki. Nie maja już dziś takiej siły. Trump zaczyna działac na kilku frontach na raz. Mowienie o wykańczaniu przeciwników po kolei zaczynając od najsłabszego czyli od Rosji, to raczej nie da rady tego tak przeprowadzić. Sądzę, że czasy od kiedy Amerykanie są światowym hegemonem powoli dobiegają końca i w najbliższych latach będzie musiało dojść do jakiegoś koncertu mocarstw, czego jeszcze dziś Amerykanie nie chcą zaakceptować

  5. Fantastyczna analiza. Dopiero co wróciłem z Białorusi. Kraj praktycznie zrusyfikowany pod względem mowy i pisania. Oficjalnie w referendum byli za dwoma językami urzędowymi tj. rosyjskim i białoruskim. Drogi w bardzo dobrym stanie, koleje też. Ciekawe pytanie Pana Roberta: Ciekawe w razie czego jakby się zachowała białoruska armia? Trudno powiedzieć, ale ludzie to naprawdę tam są trzymani na krótkiej smyczy. Mają bardzo rozbudowane struktury siłowe (KGB, milicja, OMON) więc może w domu wyrażą niezadowolenie ale zrobią jak im każą. Taki komunizm z dostępem do towarów z zachodu. Ciekawił mnie tam kurs rubla białoruskiego 1/EUR = 2,3 RUB (dane z 15.08.2018r). Siła nabywcza rubla słaba. Z tego co mi mówił Pan u, którego byłem mają jedynie przemysł nawozów sztucznych, nabiałowy, słodycze, materiały, alkohole, kwas chlebowy. Jak na nasze warunki b. drogo, a emerytury – słyszałem od wielu osób kształtują się na poziomie 150 USD na miesiąc. Prywatna inicjatywa praktycznie nie istnieje. Wioski strasznie biedne z domami drewnianymi jak u nas w latach 50 częściowo wyludnione. Oby Rosja nie wprowadziła tam swoich wojsk bo to będzie katastrofa i V rozbiór Polski.

    1. Dobrze jest poczytać relację osoby, która była na miejscu 🙂
      Co do białoruskiej armii sam jestem ciekaw. Ale z pewnością jeśli zostaną postawieni przed wyborem: inwazja, albo podporządkowanie Moskwie, to długo się zastanawiać nie będą. Bez alternatywy, wielkiego wyboru nie ma. Aparat państwowy jest z pewnością rozwinięty na kontrolę obywatela, ale to nie oznacza, iż musi być on bezwzględnie lojalny wobec Łukaszenki. Myślę, że prezydent Białorusi sam zastanawia się nad tym, na ile może ufać własnym ludziom.

Dodaj komentarz