„Reset” Obamy uratował świat i Polskę? [Analiza]

W przestrzeni publicznej panuje dość powszechne przekonanie, że z punktu widzenia założeń dotyczących tzw. resetu w relacjach Stanów Zjednoczonych z  Federacją Rosyjską (2009r.), decyzję o przeprowadzeniu takiego ruchu należy uznać za błędną. Jeśli bowiem celem resetu Baracka Obamy było stworzenie konstruktywistycznego układu partnerskiego uwzględniającego Moskwę, to z pewnością plany te się nie powiodły. W konsekwencji Amerykanie nie odnieśli również sukcesu w przeciąganiu Rosji na swoją stronę, w kontekście nadchodzącej rywalizacji z Chinami.

Projekty administracji z Waszyngtonu legły w gruzach z prostego powodu. Władimir Putin nie był wiarygodnym partnerem, który dotrzymuje obietnic. I nie dotrzymał również ustaleń związanych z resetem, co stało się dla wszystkich jasne już w połowie 2012 roku.

Tak więc z punktu widzenia ww. założeń resetu, a także przy uwzględnieniu faktu, że Władimir Putin po raz kolejny okazał się być niewiarygodnym partnerem (co już w 2009 roku można było przewidzieć), polityka Baracka Obamy prowadzona wobec Rosji za pośrednictwem sekretarz stanu Hillary Clinton z pewnością musi być oceniana  negatywnie. A skoro tak, to wnioski na przyszłość można wyciągnąć tylko jedne. Władimir Putin nie może być żadnym partnerem w zakresie ustaleń i umów, których wykonanie zależałoby tylko i wyłącznie od jego dobrej woli. Innymi słowy, jeśli już podpisywać z Kremlem jakieś deale to tylko takie, w których Zachód z pozycji siły mógłby egzekwować od Rosji wypełnianie postanowień traktatowych. Z tej przyczyny – o czym pisałem we wcześniejszych tekstach – z perspektywy Zachodu, musi dojść do druzgocącej porażki Rosji na Ukrainie. Takiej, po której Zachód mógłby dyktować warunki pokoju i dalszego funkcjonowania Rosji w systemie międzynarodowym.

Tak więc tylko tego rodzaju, negatywna ocena polityki Baracka Obamy wobec Rosji pozwala wyciągnąć prawidłowe wnioski na przyszłość, a tym samym uniknąć powtórzenia błędu z 2009 roku.

Jednak – jak to często w historii bywało – nie tylko słuszne decyzje prowadzą do pozytywnych efektów. Otóż czasami to przypadek, pomyłka lub nawet błąd skutkują w ostatecznym rozrachunku pozytywnymi efektami. Gdyby przyjąć metodologię oceny danej decyzji politycznej na podstawie tylko i wyłącznie jej późniejszych skutków – co jest preferowane przez osoby zaliczające się do tzw. „realistów” – to „reset” Baracka Obamy trzeba by uznać za dotychczas najważniejszą i najlepszą decyzję polityczną w XXI wieku. Bowiem decyzja ta mogła nawet uratować świat przed III Wojną Światową. O tym jednak za moment J

 

Sekwencja wydarzeń

Jeszcze kurz po wojnie rosyjsko-gruzińskiej dobrze nie opadł (7-16 VIII.2008r.), a już 6 marca 2009 roku ówczesna Sekretarz Stanu Hillary Clinton zaprezentowała światu pomysł resetu relacji z Rosją. We wrześniu tego samego roku prezydent Barack Obama oświadczył, że USA rezygnują z budowy tarczy antyrakietowej w Polsce i w Czechach. Rozmowy na linii Waszyngton-Rosja musiały przynosić efekty, bowiem w 2011 roku Amerykanie zawiesili działalność Drugiej Floty US Navy. Tej, w której kompetencjach leżało m.in. zabezpieczenie północnej części Atlantyku, a także Morza Norweskiego, co sprowadzało się de facto do pilnowania rosyjskiej Floty Północnej. To były potężne ustępstwa na rzecz Rosjan. Decyzja o likwidacji Drugiej Floty zbiegła się zresztą w czasie ze szczytem G8 we Francji z końca maja 2011 roku. W efekcie tego wydarzenia podpisano tzw. deklarację z Deauville, w której to członkowie G8 zapewnili: „My, członkowie G8, zdecydowanie popieramy dążenia arabskiej wiosny oraz narodu irańskiego”. Należy pamiętać, że arabska wiosna trwała już wówczas w najlepsze, a chaos ogarnął nie tylko Tunezję, Libię czy Egipt, ale także Syrię (od marca 2011r.). Tak więc szczyt G8 w Deauville z 2011 roku dotyczył losów m.in. zaprzyjaźnionych z Rosją: Libii, Syrii, a nawet Iranu. Można więc domniemywać, że Putin zgodził się na pewnego rodzaju „przemeblowanie” Afryki Północnej i Bliskiego Wschodu. Świadczy o tym między innymi fakt, że Rosja nie wetowała późniejszych rezolucji ONZ przeciwko Iranowi.

Również w 2011 roku publicznie padły słowa o budowie Eurosji od Lizbony po Władywostok oraz słowa Hillary Clinton o tzw. amerykańskim piwocie na Pacyfik. Sekwencja wydarzeń pozwala więc wyciągnąć następujące wnioski dotyczące celów i skutków resetu:

  1. USA zgodziło się tolerować budowę projektu Eurosji (oś Paryż-Berlin-Moskwa), zaakceptowało uzależnianie Europy od rosyjskich surowców, a także zgodziło się na transfer zachodnich technologii do Rosji, które to technologie Moskwa nabywała za środki pozyskane ze sprzedaży węglowodorów,
  2. USA zrezygnowało z tarczy antyrakietowej w celu zachowania równowagi sił na płaszczyźnie potencjałów broni atomowej,
  3. USA zlikwidowało de facto II Flotę US Navy dając Rosjanom swobodę na newralgicznych dla niej szlakach morskich (wyjście z portów w Murmański i Archangielsku – poprzez Morze Norweskie – na Atlantyk),
  4. Docelowo blok Eurosji miał wspierać USA w rywalizacji z Chinami, a Rosja miała stać się częścią „Zachodu”,
  5. Rosja zgodziła się na „przemeblowanie” Afryki Północnej i Bliskiego Wschodu (Libia, Syria, Iran), a także na wspieranie USA w Afganistanie (o czym dalej).

W efekcie porozumienia Amerykanie zyskiwali spokój na Starym Kontynencie oraz możliwość dokonania piwotu na Pacyfik przeciwko Chinom. Kwestia Bliskiego Wschodu grała tutaj istotną rolę, bowiem Amerykanie wiedzieli, że Chiny można kontrolować poprzez gaz i ropę. Ropę, która płynęła do Chin głównie z Zatoki Perskiej. Tak więc Iran – jako potencjalny sojusznik i dostawca Chin – stawał się priorytetem amerykańskiej polityki zagranicznej. W celu osłabienia pozycji Teheranu, należało jednak rozbić sojusz na linii Iran-Syria. Obalenie Asada i odciągnięcie Syrii od sojuszu z Iranem miało ułatwić później wywarcie presji na Teheran. To się – jak wiemy – nie udało. Rząd syryjski przetrwał, co skutkowało zmianą strategii amerykańskiej oraz zaproponowanie Iranowi tzw. „umowy nuklearnej” w 2015 roku. Wracając jednak do resetu.

Dlaczego Putin miałby się zgodzić na upadek sojusznika w postaci Baszara Al-Asada oraz wystawić niejako Iran na łaskę USA? Pisząc w dużym skrócie (tematowi poświęciłem cały duży rozdział w książce), Iran i Syria budowały wspólnie ropociąg z Iranu na Morze Śródziemne. Ropociąg, który miał umożliwić eksport irańskiej oraz syryjskiej ropy do Europy. To było duże zagrożenie dla interesów rosyjskich. Tak więc Putin postanowił dać swoim partnerom z Damaszku i Teheranu nauczkę. Amerykańskimi rękami.

Gdy warunki resetu zostały ustalone, a Amerykanie zdążyli już poczynić na rzecz Rosji szereg koncesji (rezygnacja z tarczy antyrakietowej z 2009 roku i likwidacja II Floty z 2011), Władimir Putin uznał, że jest dobry moment na rozpoczęcie gry przeciwko Waszyngtonowi. W lutym 2012 roku Rosja zawetowała rezolucję ONZ potępiającą reżim Asada. W efekcie rozpoczęto negocjacje w sprawie Syrii. W ich wyniku powstał plan pokojowy Koffiego Annana, poparty w ONZ przez wszystkie strony zaangażowane w konflikt (w tym przez Rosję ale i przez zainteresowane Bliskim Wschodem Chiny). Wydawało się, że wszystko już zostało ustalone. Niestety plan się nie powiódł z uwagi na niespełnianie jego założeń przez walczące strony (tak rebeliantów jak i wojska rządowe). Natomiast w czerwcu 2012 roku Szkoci zatrzymali u swoich wybrzeży statek wyładowany rosyjskimi śmigłowcami bojowymi płynącymi do Syrii. Maski opadły. Po tym wydarzeniu Rosjanie nie mieli już dalej oporów by oficjalnie przyznać się do wspierania Damaszku i w maju 2013 roku dokonać sprzedaży systemów przeciwlotniczych S-300 na rzecz Asada. Następnie w czerwcu do Moskwy przyleciał poszukiwany przez amerykańskie służby Edward Snowden, a Putin odmówił jego ekstradycji.

Wobec tego wszystkiego jasnym stało się, że porozumienia z Deauville jak również te dotyczące resetu przestały być aktualne. Dzięki rosyjskiej pomocy rząd Asada przetrwał, a Barack Obama musiał szukać innego rozwiązania w kwestii Iranu. Co jednak najważniejsze, Stany Zjednoczone nigdy nie wykonały de facto zapowiadanego piwotu na Pacyfik. Musiały bowiem wciąż angażować się w rywalizację z Rosją.

 

Strata czasu, czy gra na czas?

O tym, że z powodu resetu Amerykanie zmarnowali kilka lat (co najmniej okres 2009-2013) zamiast skupić się na rywalizacji z Chinami pisano i mówiono sporo. Zwodzone przez Kreml elity z Waszyngtonu latami ulegały Rosjanom tylko po to, by następnie przekonać się, że Moskwa wcale nie stoi po stronie USA. Jest to jednak tylko jeden z punktów widzenia, który niekoniecznie odpowiada pełnemu obrazowi sytuacji, jaka panowała w latach 2008-2009. Należy bowiem pamiętać, że w ówczesnym czasie Stany Zjednoczone były bardzo poważnie zaangażowane militarnie w kilku miejscach na świecie równocześnie.

 

Gorący Afganistan

Mimo, że od inwazji z 2001 roku minęło sześć lat, to w 2007 roku w Afganistanie wojna trwała w najlepsze. Był to rok wielu operacji wojskowych przeciwko talibom przeprowadzanych przez ISAF (wojska koalicji). Intensywność działań nie przynosiła jednak rezultatów. W efekcie w 2008 roku to talibowie odzyskali inicjatywę, dokonując częstych i zuchwałych ataków na terenie całego Afganistanu. Sytuacja stała się na tyle poważna, że w ciągu pierwszych 5 miesięcy 2008 roku Amerykanie zwiększyli kontyngent wojsk z 26,6 tys. żołnierzy (styczeń) do aż 48 tys (maj). Następnie we wrześniu przerzucono jeszcze 8 tysięcy ludzi z Iraku. Ogółem w całym 2008 roku liczebność sił amerykańskich w Afganistanie wzrosła o 80%. Był to najbardziej krwawy rok dla USA i całego NATO w wojnie z talibami. Ci ostatni wyspecjalizowali się w atakowaniu koalicyjnych konwojów z zaopatrzeniem, co powodowało poważne problemy. W związku z tym Barack Obama – na początku swojej prezydentury – wynegocjował z Putinem możliwość przerzutu zaopatrzenia dla amerykańskich sił w Afganistanie właśnie przez Federację Rosyjską. W lipcu 2009 roku Rosjanie otworzyli przestrzeń powietrzną dla amerykańskich samolotów. Dzięki zwiększeniu dostaw zaopatrzenia (oraz sił) koalicja przeszła do ofensywy przeciwko talibom, odzyskując inicjatywę operacyjną oraz przeprowadzając szereg operacji militarnych. Ciężkie walki w Afganistanie trwały w zasadzie do 2011 roku, kiedy to schwytano i zabito Osamę bin Ladena.  Dopiero pod koniec 2012 roku – również na skutek wyczerpania intensywną wojną – rozpoczęto działania na rzecz stabilizacji sytuacji, a w 2013 roku to siły afgańskie przejęły całkowitą kontrolę na państwem i jego bezpieczeństwem. Co wcale nie oznaczało, że siły USA mogły opuścić Afganistan. Przeciwnie, Amerykanie pozostali tam aż do roku 2021, choć oczywiście wielkość kontyngentu i koszty jego utrzymywania zmalały.

 

Irak

Również sytuacja w Iraku – na stan na lata 2008-2009 – nie została jeszcze rozstrzygnięta. Inwazja z 2003 roku zakończyła się wprawdzie militarnym sukcesem, jednak okupacja Iraku trwała do 2011 roku. Zresztą, po trzyletniej przerwie Amerykanie wrócili do tego kraju w 2014 roku. Najtrudniejszy moment w czasie okupacji przypadł prawdopodobnie na czas powstania Mahdiego (2004r.), któremu przewodniczył Muktada as-Sadr. Sytuacja została opanowana, jednak w 2006 roku wybuchła z kolei wewnętrzna wojna w Iraku pomiędzy szyitami i sunnitami. Udało się ją ugasić w 2008 roku. Dopiero wówczas przekazano Irakijczykom kontrolę nad największymi amerykańskimi bazami. Od tego czasu Amerykanie mogli ograniczać obecność w Iraku. Jednak by mieć obraz amerykańskiego zaangażowania w tym państwie warto podać liczby. W styczniu 2009 roku w Iraku stacjonowało w 357 bazach aż 144 tysiące amerykańskich żołnierzy (to jest więcej niż liczą sobie całe Siły Zbrojne RP). Wymagało to utrzymywania dla nich 3,4 milionów sztuk różnego rodzaju wyposażenia wojskowego. Dokładnie rok później (styczeń 2010) obecność USA w Iraku wynosiła 112 tys. żołnierzy, po czym nastąpiła potężna redukcja do 50 tys. w czerwcu 2010 roku (121 baz). Nawet po tak dużej redukcji, amerykański kontyngent wymagał do funkcjonowania ok. 1,2 mln sztuk różnego rodzaju wyposażenia. Co pokazuje, jak ogromnym przedsięwzięciem logistycznym była okupacja ustabilizowanego już Iraku.

Tak więc w styczniu 2009 roku Amerykanie utrzymywali łącznie w Iraku i Afganistanie ok. 180 tys. żołnierzy (ok. 140 tys. Irak i 40 tys. Afganistan). Przy czym przez kolejne 2 lata  kontyngent w Iraku się zmniejszał, a w Afganistanie zwiększał. W sierpniu 2010 roku w Iraku było już tylko 50 tys. żołnierzy, ale amerykańska armia w Afganistanie rozrosła się do blisko 100 tys. żołnierzy! O ile zaopatrywanie kontyngentu w Iraku było łatwe (bezpośrednio drogą morską, przez Zatokę Perską, do irackich portów, lub ostatecznie poprzez sojusznicze: Turcję, czy Arabię Saudyjską) o tyle wojska w Afganistanie musiały polegać na dostawach przeprowadzanych przez państwa trzecie. Tj. Pakistan (południe) czy kraje Azji Centralnej (północ) a także Rosję.

 

Korea Południowa i Japonia

Choć Irak i Afganistan przykuwały uwagę całego świata, to należy pamiętać o tym, że to nie jedyne kierunki obsługiwane przez amerykańskie siły zbrojne. Amerykański kontyngent w Korei Południowej liczył sobie w latach 2009-2014 blisko 30 tys. żołnierzy, na co składał się w największej części personel całej 8 Armii Stanów Zjednoczonych. Amerykańskie siły rozlokowane w Japonii można liczyć na kolejne 50 tys. żołnierzy. Amerykanie – tak jak i zresztą dziś – byli obecni w różnych zakątkach świata (RFN, Japonia, Włochy, Kosowo, Kuwejt i w wielu innych), natomiast to głównie działania w Iraku i Afganistanie miały największe znaczenie na podejmowane decyzje geopolityczne w owym czasie.

 

Reset był koniecznością?

Mają na uwadze powyższe nie powinno dziwić, że administracja Baracka Obamy – mierząc się w 2009 roku z potężnym natężeniem walk w Afganistanie – nie szukała kolejnego frontu przeciwko silnemu przeciwnikowi jakim była Rosja. I to nie tylko z uwagi na amerykańskie zaangażowanie militarne. Również z uwagi na finanse. Szacuje się, że cały okres wojny w Afganistanie (2001-2022) kosztował 2,3 biliona dolarów. Przy czym nlata 2009-2010 musiały należeć do najbardziej kosztownych. Z kolei wojna i okupacja Iraku mogła kosztować Amerykanów nawet kolejne 2,2 biliona dolarów.

Wydatki związane z prowadzeniem działań wojennych nabierają dodatkowej wagi, jeśli przypomnimy, że na lata 2008-2009 przypadał światowy kryzys finansowy. W 2008 roku islandzka gospodarka w zasadzie upadła, a w 2009 roku wybuchły finanse Grecji. Co wraz z kryzysem finansowym w USA, uderzyło w gospodarki europejskie oraz samą strefę euro. Z tej perspektywy, nowy amerykański prezydent – który objął stanowisko 20 stycznia 2009 roku – miał do ugaszenia nie jeden pożar (wojna w Afganistanie), ale co najmniej dwa (kryzys finansowy). I to na różnych płaszczyznach. Jednocześnie w dobie kryzysu finansowego Barack Obama nie mógł być pewien 100% wsparcia geopolitycznego ze strony europejskich partnerów. To był bardzo trudny czas dla całego Zachodu.

Reasumując. Amerykanie wiedzieli o nadchodzącym chińskim wyzwaniu i co najmniej od 2008 roku zaczęli o nim poważnie myśleć. Rozpoczęli pierwsze przygotowania do zwrotu w polityce zagranicznej (vide ogłoszenie, że co najmniej 50% nowych okrętów podwodnych będzie służyło na Pacyfiku). Jednak w momencie próby dokonania wielkich geopolitycznych zmian w strategii USA, sytuacja w Afganistanie zaogniła się, a jednocześnie wybuchł potężny kryzys finansowy. Barack Obama – z chwilą objęcia urzędu – miał kilka pożarów do gaszenia na raz. First things first – jak mawiają Anglosasi. Waszyngton nie mógł pozwolić sobie na przegranie wojny z talibami i jednocześnie musiał poradzić sobie z kryzysem ekonomicznym. Układ z Rosją – z którą przecież od czasu inwazji na Gruzję były bardzo złe relacje – wydawał się opcją nie tyle optymalną, co w zasadzie konieczną. Najpierw należało rozwiązać problemy wewnętrzne (kryzys), a także wygrać wojny, które już trwały (Afganistan, zaangażowanie w Iraku). Jednak przy okazji, można było pozyskać Federację Rosyjską dla amerykańskich planów ujarzmienia rosnącego chińskiego giganta. Dlatego oferta dla Moskwy była tak hojna.

Znamiennym jest, że gdy tylko kryzys ekonomiczny minął, a sytuacja w Afganistanie została opanowana (+ zabicie bin Ladena), to Hillary Clinton natychmiast ogłosiła piwot na Pacyfik ( rok 2011). Tak więc chronologia wydarzeń świadczy o tym, że założenia resetu relacji z Rosją nie były związane tylko z bieżącą reakcją na wydarzenia, ale i wiązały się z długofalowym celem strategicznym (poskromienie Chin).

To prawda, że można zarzucać amerykańskiej administracji z tamtych lat naiwność, z uwagi na jej wiarę w to, że Władimir Putin okaże się lojalnym partnerem. W tym kontekście długofalowa strategia resetu (pozyskanie Rosji dla Zachodu i wspólne dyktowanie warunków Chinom) nie mogła wytrzymać próby czasu. Z drugiej jednak strony, sytuacja gospodarczo-geopolityczna Stanów Zjednoczonych w latach 2009-2010 wymuszała załagodzenie sporu z Federacją Rosyjską.  I w tym zakresie reset faktycznie spełnił swoją rolę.

 

Putin też uwierzył w reset

Większość opracowań dotycząca resetu Baracka Obamy jest opisywana oraz oceniana z perspektywy Zachodu, czy samych Stanów Zjednoczonych. Z uwagi na to często nie dostrzega się konsekwencji resetu dla Federacji Rosyjskiej. I wpływu na jej działania na arenie międzynarodowej.

 

Macki gazociągowej ośmiornicy

Tymczasem wskazać należy, że elity z Kremla – po 2009 roku – bardzo mocno zaangażowały się w projekt budowy strategicznego partnerstwa na linii Berlin – Moskwa oraz szerzej UE-Rosja. W lutym 2010 roku Rosjanie uzyskali ostatnie zgody dotyczące Nord Streamu. W kwietniu rozpoczęto prace nad budową gazociągu, który ukończono w 2011 roku. Nord Stream miał przepustowość 55 mld m³ gazu/rok, dokładnie tyle samo co planowany już wówczas Nord Stream II (łączna przepustowość 110 mld m³ gazu/rok).

Równolegle trwały działania zmierzające do budowy gazociągu South Stream przez Morze Czarne. Tam formalności przeciągnęły się aż do 2014 roku, z uwagi na ilość zaangażowanych w inwestycję państw. Pod koniec 2012 roku oficjalnie ruszono z pierwszymi inwestycjami, jednak sam rurociąg zaczął być kładziony dopiero w 2014 roku, a ostatecznie jako cały projekt nie powstał do dnia dzisiejszego (z uwagi na zablokowanie lądowych inwestycji w szeregu państw, czego powodem była pierwsza inwazja na Ukrainę z 2014 roku).

Należy przy tym wszystkim pamiętać, że obie inwestycje były emanacją politycznego zaangażowania Federacji Rosyjskiej w projekt Eurosji od Lizbony po Władywostok. Emanacją, która w sposób dość konkretny przekładała się na sprawy finansowe. Łączne koszty Nord Streamu szacuje się na 15,7 mld usd. Druga nitka – Nord Stream II – wiązała się z wydatkami rzędu ok. 17 mld usd. Wreszcie szacunkowy koszt budowy South Streamu – który powstał fizycznie tylko częściowo – to 25 mld usd. Co ciekawe, wielu ekspertów wskazywało na fakt, że wartość tych wszystkich inwestycji jest tak duża, że w kontekście spodziewanych zysków ze sprzedaży gazu były duże zastrzeżenia co do rentowności projektów. Innymi słowy, jest zupełnie prawdopodobne, że Nord Streamy (ale i South Stream) były projektem czysto politycznym z perspektywy Rosji.

 

Strategiczne partnerstwo lekarstwem na USA i Mitteleuropę

Skoro władze z Kremla inwestowały żywą gotówkę w projekt polityczny, to należy zadać sobie pytanie dlaczego? Otóż gazociąg Północny miał wyłączyć Polskę jako pośrednika w sprzedaży gazu z Rosji do Niemiec. Realizacja Nord Streamów pozwalała jednocześnie szantażować Warszawę w zakresie energetycznym. Chodziło o to, by móc zakręcić kurek z gazem na rurociągu Jamal (odcinając Polskę od dostaw) bez konsekwencji dla Niemiec. Dokładnie te same przesłanki przyświecały przy projekcie Gazociągu Południowego. Ten z kolei miał pozwolić na ominięcie Ukrainy poprzez Morze Czarne. Tak więc docelowo Rosja zamierzała uzależnić Europę Zachodnią i Środkową, a także Bałkany od rosyjskiego gazu i uzyskać równocześnie potężne lewary na państwa, które mogłyby stanowić dla Moskwy problem (Polska/Ukraina).

Wpisywało się to w koncepcję budowy Eurosji i gdyby tego rodzaju projekt się powiódł, Warszawa i Kijów zostałyby zneutralizowane. Innymi słowy, nawet gdyby Amerykanie postanowili wówczas rozerwać oś Berlin-Moskwa, to mieliby bardzo utrudnione zadanie. Jak bowiem nakłonić Warszawę na asertywność wobec Berlina i Moskwy w sytuacji, gdy Polska mogłaby być szantażowana groźbą odcięcia od dostaw gazu (pamiętajmy, że nie było wówczas ani Baltic Pipe, ani terminalu LNG)?

Tak więc projekty energetyczne były kluczowe z perspektywy Niemiec i Rosji, jeśli chodzi o zamiar zneutralizowania amerykańskich wpływów na Starym Kontynencie oraz zbudowania niezależnego i konkurencyjnego dla USA ośrodka politycznego w Europie. Możliwość szantażu energetycznego stosowanego przez Moskwę miała być swojego rodzaju mieczem Demoklesa, który spadły na głowy ewentualnych sojuszników USA, gdyby Ci próbowali działać w sposób asertywny względem Berlina i Moskwy.

Strategiczne partnerstwo na osi Berlin-Moskwa miało również drugi cel, a było nim podporządkowanie Europy Środkowo-Wschodniej duetowi: Rosja/Niemcy. Niemiecka strefa wpływów miał kończyć się na granicy Unii Europejskiej, natomiast zaraz za nią rozciągałoby się panowanie Moskwy. Infrastruktura energetyczna również była kluczowa do pacyfikacji niepokornych państw regionu. Tak więc Niemcy chcieli zrealizować projekt Mitteleuropy natomiast Władimir Putin odtwarzał ZSRR w granicach którego znajdowały się przecież m.in. Białoruś i Ukraina.

W tym układzie, Niemcy z jednej strony mogły oddziaływać na Mitteleuropę poprzez swoje przewagi ekonomiczno-gospodarczo-polityczne (narzędzia UE), a z drugiej strony używać Rosji jako pewnego rodzaju straszaka. Chodziło o stworzenie bezalternatywnej sytuacji dla np. Polski. Możliwość komunikowania Warszawie: „Albo będziecie robić to, czego od Was oczekujemy, albo przyjdą Rosjanie i dopiero będziecie mieli problem”. Oprócz tego bardzo konkretnym lewarem miała być możliwość zakręcenia Polsce kurków z gazem.

Niemcy zyskiwałyby również na płaszczyźnie czysto ekonomicznej. Tańszy gaz pompowany bezpośrednio z Rosji – via Nord Stream – dawał niemieckiej gospodarce przewagi i większą konkurencyjność na globalnym rynku. Natomiast po przestawieniu się na energię odnawialną, Niemcy mogły sprzedawać rosyjski gaz – jako główny pośrednik – niemalże wszystkim państwom z UE (dzięki unijnej sieci gazociągowej).

Reasumując dotychczasowe rozważania, amerykańska zgoda na reset otwierała możliwość realizacji projektów infrastrukturalno-energetycznych. Ukończenie omawianych inwestycji miało dać z kolei polityczne lewary na ewentualnych sojuszników USA. W efekcie Stany Zjednoczone miały zostać wyparte z Europy i to niezależnie od własnej woli. Niemcy i Rosja w połączeniu z Paryżem mogłyby wówczas zbudować Eurosję jako trzeci (obok USA i Chin) ośrodek siły geopolitycznej na świecie. Z perspektywy Rosji ten projekt polityczny miał gwarantować Moskwie wysoką pozycję w międzynarodowym układzie sił na długie dekady. Bowiem ze sprzedaży surowców energetycznych na Zachód, a także z innego rodzaju przychodów wynikających ze strategicznego partnerstwa z Berlinem, Rosja mogła importować zachodnie technologie. Te były niezbędne, by utrzymać skalę wydobycia gazu i ropy naftowej z terytorium Rosji. Ponieważ większość rosyjskich złóż znajduje się w rejonie okołoarktycznym, a sami Rosjanie nie posiadają technologii umożliwiających wydobywanie surowców w tak trudnych warunkach. Tak więc pozyskiwanie francuskich i niemieckich technologii było dla Kremla warunkiem przetrwania gospodarczego i utrzymania pozycji Moskwy jako światowego eksportera gazu i ropy.

Ponadto pozyskiwanie zachodnich technologii było niezbędne, by utrzymać się w wyścigu technologicznym. Tak w zakresie militarnym jak i kosmicznym. Tymczasem należy pamiętać, że bezpieczeństwo Federacji Rosyjskiej zależy tylko i wyłącznie od jej arsenału jądrowego. Wyobraźmy sobie scenariusz, w którym z uwagi na nowe technologie, przestarzałe rosyjskie pociski z bronią nuklearną mogłyby zostać całkowicie zneutralizowane… Rosjanie czuliby się wówczas bardzo niekomfortowo w sąsiedztwie np. Chin.

Mając to na względzie, strategiczne partnerstwo było postrzegane w Moskwie jako strategiczny cel geopolityczny warunkujący przetrwanie Rosji oraz dalszy jej rozwój/wzmacnianie pozycji na arenie międzynarodowej.

 

Trzeci ośrodek siły – Eurosja

Korzyści z budowy projektu politycznego od Lizbony po Władywostok miały jednak wykraczać szerzej poza interesy Niemiec i Rosji, a także ich relacji w układzie sił z USA. Oprócz tego Francuzi dokładali do projektu własne aktywa (wpływy w Afryce), mając nadzieję na uregulowanie kwestii spornych z Rosją w Afryce i na Bliskim Wschodzie (podział wpływów). Jednocześnie Francja – o czym pisałem w analizie dot. Niemiec pt.: „Bankructwo niemieckiej strategii geopolitycznej” – miała stać się dla niemieckiej gospodarki oknem na Atlantyk (a szerzej na ocean światowy). Natomiast na najwyższej płaszczyźnie, Eurosja miała stać się równorzędnym partnerem dla Chin.

 

Rosyjski jedwabny szlak

Dzięki współpracy z Unią Europejską, Rosjanie mogli oferować Chińczykom swoje terytorium jako pasmo dla lądowych transferów handlowych (Nowy Jedwabny Szlak). Jednocześnie – kalkulując również kwestię globalnego ocieplenia i topnienia warstwy pokrywy lodowej w okolicach Arktyki – Rosjanie zainwestowali we flotę lodołamaczy, które miały udrożnić tzw. Północną Drogę Morską. Innymi słowy, w dalekiej przyszłości Moskwa zamierzała stać się gwarantem bezpieczeństwa również dla transportu morskiego pomiędzy Chinami a Europą. Odbywającego się na akwenach okołoarktycznych, gdzie Rosjanie posiadają przewagę nad USA.

Plany były naprawdę ambitne i dalekosiężne. Rosja otwierająca Chińczykom wrota do Europy stałaby się ważnym graczem, który w dalszej perspektywie mógł zaoferować Pekinowi dostawy gazu i ropy. I to na własnych warunkach. Zwłaszcza, gdyby okazało się, że Stany Zjednoczone zaczęłyby wywierać silną presję na Chińską Republikę Ludową. A pamiętajmy, że chińska gospodarka uzależniona jest od dostaw gazu i ropy drogą morską. Innymi słowy, docelowo Rosjanie zamierzali ujarzmić Chińczyków poprzez uzależnienie ich – podobnie jak UE – od własnych surowców energetycznych. To mogłoby się udać, gdyby USA uwierzyło w reset z Rosją i przycisnęło mocno Chiny. Te nie mogłyby wówczas polegać na dostawach ropy z Zatoki Perskiej (z uwagi na kontrolę morskich szlaków przez US Navy) i być może byłyby bardziej uległe w zakresie rosyjskich surowców. Choć należy przy tym pamiętać, że Pekin robił wszystko, by nie uzależniać się od Rosji  i próbowałby ciągnąć ropociągi lądem z Iranu.  Jednak jest to bardzo trudna i ryzykowna inwestycja, która nie została zrealizowana po dziś dzień.

Cesarstwo Europejskie Narodu Niemieckiego

Z perspektywy Europejczyków, Francja i Niemcy miały nadzieję osiągnięcia dużych zysków z możliwości ekspansji na ogromnym i wciąż rosnącym chińskim rynku. Niemcy i Francuzi – dzięki rosyjskiej ofercie łączenia Europy z Dalekim Wschodem – mieliby argumenty do targowania się z USA. Posiadanie alternatyw w zakresie eksportu własnych towarów dawałoby Europejczykom opcje negocjacyjne zarówno w rozmowach z Moskwą jak i Waszyngtonem.

Należy pamiętać, że docelowo Niemcy planowały zmniejszyć zależność od dostaw rosyjskiego gazu (Energiewende), a także ropy (rewolucja w motoryzacji – elektryki). Tak więc gra Berlina była nastawiona na dwa etapy rozkuwania politycznych kajdan. W pierwszej kolejności priorytetem było uniezależnienie się od USA, dzięki współpracy z Rosją (gazociągi jako lewary, Rosja jako alternatywny szlak do Chin dla niemieckiego eksportu). Jednak w dalszej perspektywie Niemcy chcieli również zerwać zależność energetyczną od Rosji. W efekcie chcieli uzyskać możliwie pełną zdolność do prowadzenia niezależnej polityki zagranicznej i gospodarczej. Wrócić do geopolitycznego stanu sprzed I Wojny Światowej (I WŚ) i naprawić błędy kajzera i Hitlera. Dzięki współpracy z Francją (okno na świat Atlantyku) oraz Rosją (okno na Daleki Wschód), niemiecka gospodarka mogłaby w sposób nieskrępowany rosnąć i korzystać z globalizacji. Różnica między takim stanem a tym obecnym byłaby taka, że teraz to USA narzuca Niemcom warunki korzystania ze światowego ładu bezpieczeństwa. Tymczasem w relacjach z Francją a nawet Rosją, Niemcy mogłyby się stać tym silniejszym partnerem. Berlin widział się w roli przyszłego Rzymu w projekcie EuRosji.

Francuska potęga kolonialna

Paryż w tym wszystkim miał swoje własne plany. Oczywiście Francuzi liczyli na gospodarcze zyski ze współpracy z Chinami, ale istotniejszą kwestią było ustalenie stref wpływów w Afryce i na Bliskim Wschodzie. Tak z Rosją, jak i Chinami, które rozpoczęły ekspansję w Afryce Wschodniej. Francja zamierzała przejąć kontrolę nad Afryką Północną (w tym nad Libią), a być może nawet zyskać wpływy na Bliskim Wschodzie. Europejskie układy z Iranem (vide porozumienie nuklearne) wskazywały na to, że Niemcy i Francja zamierzały zbudować alternatywę dla dostaw rosyjskiej ropy. Przy czym to Francuzi mieli zostać panami Morza Środziemnego. Tak więc o ile Niemcy zamierzały nadzorować kierunek wschodni (Rosja/Chiny), o tyle Francuzi mieli zadbać o południe. Jednocześnie Paryż obawiał się, że wzrost potęgi gospodarczej Niemiec oraz zerwanie się Berlina z amerykańskiego łańcucha mogą przełożyć się na rozbudowę potęgi militarnej Niemiec. Dlatego Paryż naciskał na stworzenie europejskiej armii, która nie stanowiłaby dla Francji zagrożenia.

 

Przeszacowanie możliwości

Z perspektywy Rosji reset okazał się zgubny. Dał nadzieję, że wrota do projektu EuRosji są otwarte. Władze z Kremla zainwestowały w ten projekt nie tylko pieniądze, ale i czas. Licząc na stworzenie osi Moskwa-Berlin niewrażliwej na dyktat Waszyngtonu, Rosjanie chcieli działać metodycznie. Najpierw EuRosja. Dopiero później, gdy USA przyprze do muru Chiny, można byłoby narzucić Pekinowi warunki dostaw gazu i ropy. Samodzielnie Rosja była za słaba na negocjacje z Pekinem, o czym świadczy choćby fakt, że Chińczycy właśnie w 2009 roku ukończyli budowę pierwszej nitki gazociągu z Turkmenistanu do Chin (projekt Azja Centralna-Chiny). Odrzucili również rosyjską propozycję budowy gazociągu do Chin poprzez Kazachstan.

Władze z Moskwy uwierzyły, że uda im się wykorzystać reset i oderwać Niemców od amerykańskich wpływów, stworzyć projekt EuRosji, a następnie przerzucić zasoby militarne oraz kapitałowe do Azji Centralnej. W celu storpedowania chińskiej ekspansji w tym regionie, a następnie wyciągnięcia w stronę Chin ręki, gdy te będą zależne od morskich dostaw (a tym samym od USA). Jednocześnie Rosjanie przeciwdziałali wszelkim projektom na Bliskim Wschodzie, które zmierzały do zwiększenia dostaw ropy na Stary Kontynent (vide Syria, ale i granie w Libii na wojnę domową, w której Rosjanie biorą przecież czynny udział do dziś). Putin uwierzył, że może dyktować w przyszłości warunki tak Niemcom i szerzej UE, jak i Chińczykom. Będąc przy tym równorzędnym partnerem dla USA, które utraciłyby wpływy w Europie.

W 2012 roku Władimir Putin był przekonany, że posiada wszystkie atuty w swoich rękach. Nord Stream powstał (2011), Nord Stream II był planowany, budowa South Streamu lada moment miała ruszyć, a projekt budowy gazociągu z Iranu przez Syrię do Europy legł w gruzach (wybuch w marcu 2011 roku wojny domowej w Syrii). Polska znalazła się na rosyjskiej łasce energetycznej (gaz), a w tym samym czasie Amerykanie ogłosili piwot na Pacyfik (wypowiedź Clinton – 2011). Co zwiastowało wywieranie presji na Chiny.

Putin uwierzył, że rosyjsko-niemieckie partnerstwo jest silniejsze niż amerykańskie wpływy w Europie i samym Berlinie. Uznał, że jest to właściwy moment na rozpoczęcie gry przeciwko USA w celu oderwania Eurosji od amerykańskich wpływów i stworzenia konkurencyjnego bloku. Moskwa zdecydowała się ponadto na odzyskanie kontroli nad Syrią. W obliczu wojny domowej Asad potrzebował pomocy, a będąc na łasce Putina był gotów całkowicie podporządkować się woli Kremla.

Gdy w odpowiedzi na wsparcie dla Asada Amerykanie zaczęli finansować ukraińskie dążenia do niezależności od Moskwy, Władimir Putin nie zawahał się użyć siły. Zajął Krym i rozpoczął wojnę o Donbas. Po pokojowych rozmowach w Mińsku, Angela Merkel dała zielone światło na budowę Nord Stream II (2014), co zaowocowało w 2015 roku podpisaniem umowy na budowę gazociągu.

Niewątpliwie postawa Angeli Merkel i Niemiec po inwazji rosyjskiej na Ukrainę z 2014 roku przekonała Władimira Putina do tego, że Amerykanie są bezsilni. A Rosja może posunąć się tak daleko w Europie Wschodniej jak tylko będzie miała na to ochotę. Dość niepokojącym zwiastunem problemów z niemieckim partnerem były natomiast pierwsze unijne sankcje na Rosję. Jednak nie miały one wielkiego wpływu na Putina. Przecież strategiczne interesy (Nord Stream II) posuwały się do przodu zgodnie z planem.

 

Rewolucja łupkowa

Jednym z czarnych łabędzi dla rosyjskich kalkulacji okazała się być… rewolucja łupkowa w USA. Jeszcze w 2009 roku produkcja np. ropy ze skał łupkowych była na poziomie niewiele wyższym niż w roku 2005. Jednak w 2011 roku „coś” zaczęło się dziać, a w latach 2012-2014 wolumen amerykańskiej produkcji gazu i ropy z łupków rósł geometrycznie.

Obrodziło to w 2015 roku zgodą kongresu na eksport ropy z USA, a także uproszczeniem w kolejnych latach procedur dotyczących eksportu LNG. Stany Zjednoczone wraz z każdym kolejnym rokiem wchodziły mocniej na europejski rynek energetyczny, często kosztem interesów Rosji.  Okazało się wówczas, że to nie bliskowschodnie, a właśnie amerykańskie surowce mogą stanowić alternatywę dla dostaw z Rosji do UE. Jak gdyby tego było mało, gdy Rosjanie pod koniec 2021 roku zagrali naprawdę ostro na rynku gazu, to właśnie dziesiątki gazowców z USA przetransportowało LNG do postawionej pod ścianą Europy. Amerykanie zneutralizowali w ten sposób rosyjski potencjał do szantażu energetycznego.

 

Amerykański gambit – gaz to za mało

Gdy administracja Baracka Obamy zorientowała się (2014), że na skutek resetu Stany Zjednoczone wepchnęły de facto Niemców w objęcia Moskwy, nastąpił gwałtowny zwrot w polityce europejskiej. W połowie 2014 roku wybuchła afera podsłuchowa w Polsce. W jej wyniku ówczesny premier Donald Tusk podał się do dymisji. Miękkie lądowanie zapewnili mu Niemcy, z których to poparciem objął stanowisko Przewodniczącego Rady Europejskiej (1.12.2014). Koalicja rządząca PO-PSL – po stracie szeregu liderów w tym szefa partii – nie była zdolna do wygenerowania odpowiedniego zaufania wśród Polaków. W roku 2015 nadszedł prawdziwy polityczny przełom, a pro-amerykańska frakcja polityczna (PiS) zgarnęła w wyborach pełną pulę. Urząd prezydenta oraz większości w sejmie i senacie. Amerykanie rzucili polityczną kotwicę w samym sercu Europy, dokładnie pomiędzy Niemcami a Rosją.

Jeszcze w 2015 roku oddano do użytku terminal LNG w Świnoujściu (decyzja o budowie 2006-PiS, realizacja 2010-2015 – PO-PSL, zakończenie inwestycji PiS – 2015). Niemal natychmiast podjęto też decyzję o rozbudowie terminala, a także o budowie gazociągu Baltic Pipe. Ten zdołano ukończyć w terminie, czyli do końca 2022 roku. Dzięki wyżej wymienionej infrastrukturze, Polska stała się najpierw mało podatna (po ukończeniu terminalu LNG) a następnie zupełnie niewrażliwa (po ukończeniu Baltic Pipe) na ewentualny szantaż gazowy Moskwy. Co więcej, dzięki innym inwestycjom w sieć gazociągów Polska zyskała możliwość transferu gazu z i do państw bałtyckich. Wciąż w budowie jest gazociąg na południe do Chorwacji (łączący Polskę z Czechami, Słowacją, Węgrami i Chorwacją), a dodatkowo postanowiono rozwinąć połączenie z Ukrainą.

Strach przed zagrożeniem militarnym ze strony Rosji sprawił, że nie tylko Polska, ale i państwa bałtyckie oraz Rumunia zaczęły orientować się w polityce zagranicznej na USA a nie na Berlin. Zwłaszcza, że Niemcy okazali się być z jednej strony bezsilni w obliczu agresji na Ukrainę, a drugiej ich postawa świadczyła o braku woli przeciwstawiania się Moskwie. W efekcie Niemcom załamał się cały polityczny projekt Mitteleuropy o czym pisałem w poprzedniej analizie. Władze z Berlina próbowały jeszcze podjąć walkę o odzyskanie kontroli nad Warszawą, jednak zakończyła się ona niepowodzeniem  (przełom 2016/2017). Niemcy wciąż jednak próbowały wraz z Rosją realizować budowę Nord Stream II.

W styczniu 2017 roku urząd prezydenta USA objął Donald Trump i od tego momentu wszelka niesubordynacja Niemiec była łamana w sposób demonstracyjny i bardzo dosadny. Wystarczy tylko przypomnieć amerykańskie cła na stal i aluminium (2018), które uderzyły głównie w Niemcy. Donald Trump działał w sposób kontrowersyjny, jednak jedno trzeba mu przyznać. Potrafił wywołać przerażenie u Niemców, którzy nie spodziewali się tak radykalnych działań. Brak obliczalności administracji z Waszyngtonu, a także demonstracyjna oraz upokarzająca Angelę Merkel postawa Trumpa sprawiły, że na Niemców padł blady strach. Zwłaszcza, że niemiecka gospodarka wciąż zależała w dużej mierze od Amerykanów (największy importer z Niemiec) oraz ich kontroli nad szlakami morskimi. Tak więc Donald Trump spełnił w omawianym zakresie swoją rolę doskonale. Obaj z Putinem dysponowali konkretnymi argumentami by szantażować administrację z Berlina, jednak na tamten czas to Donald Trump wydawał się większym szaleńcem. Zdolnym do realizacji swoich gróźb: złamania NATO i globalizacji, która tak bardzo służyły niemieckim interesom.

Pacyfikacja Niemiec nie trwała długo i w grudniu 2019 roku Stany Zjednoczone nałożyły sankcje na budowę Nord Stream II, który w zasadzie był już ukończony w 90%. Tym samym Trump zablokował w ostatniej chwili realizację niemiecko-rosyjskiego projektu.  W obliczu sankcji, Rosjanie byli zmuszeni samodzielnie ukończyć gazociąg, co przedłużyło proces do IX 2021 roku.

Reasumując, strategiczne partnerstwo niemiecko-rosyjskie postawione m.in. na filarze zależności energetycznej Berlina od Moskwy nie wytrzymało presji ze strony USA. Stany Zjednoczone – mimo niemieckiego uzależnienia od rosyjskiego gazu – wymusiły na Berlinie podążanie swoim śladem w relacjach z Rosją. Objawem tego były choćby nakładane, kolejne unijne sankcje na Rosję, a także wydalenie przez Berlin rosyjskich dyplomatów po aferze z próbą zabójstwa Skripala (2018). Wreszcie zablokowanie Nord Streamu II.

Jednocześnie USA nie miało najmniejszego problemu z zakotwiczeniem swoich interesów Warszawie oraz zbudowaniem pro-amerykańskiej koalicji blokującej oś Berlin-Moskwa.

 

Desperacja i skok na głowę

Ostatecznym symptomem tego, że Niemcy są bezsilni wobec amerykańskiej presji i nie są w stanie wspierać Rosji był brak uruchomienia przepływu gazu przez ukończony gazociąg  Nord Stream II. Oczywiście wspomnieć tutaj należy, że Polska przez lata starała się blokować – za pomocą unijnych narzędzi – budowę i eksploatację Nord Streamów. Tak więc inwestycja ta rodziła ogromne problemy natury prawno-proceduralnej. Jednak w oczach Putina, nieumiejętność przełamania przez Niemców tych kwestii była tylko kolejnym dowodem na to, że nie można na Berlin już liczyć. Niczego w tej kwestii nie zmieniła zmiana na stanowisku prezydenta USA. Joe Biden wprawdzie zdjął sankcję z NS II tuż przed dokręceniem ostatniej śrubki (co i nie miało żadnego znaczenia), jednakże sankcyjna presja na Rosję wciąż rosła. A gaz przez NS II nie popłynął.

Ponadto w Moskwie zdawano sobie sprawę z tego, że do końca 2022 roku mija dogodne dla Rosji „okno” geopolityczne. Bowiem ukończenie Baltic Pipe oznaczało, że najbardziej dotychczas uzależniona od rosyjskiego gazu Europa Środkowa zyskiwała alternatywę w postaci dostaw z Norwegii. Oprócz tego realizowano szereg innych inwestycji, które osłabiały pozycję Rosji na rynku energetycznym. Zostało to opisane szczegółowo w art. z 2019 roku pt: „Do 2022 Rosja wywoła wojnę w Europie lub na Bliskim Wschodzie”. Innymi słowy, Rosjanie tracili możliwość szantażu energetycznego względem Europy. A odzyskanie Ukrainy bez zastosowania takiego szantażu i bez zneutralizowania UE jako sojusznika USA byłoby niemożliwe.

Dlatego 24 lutego 2022 roku Władimir Putin wydał rozkaz uruchomienia „specjalnej operacji” na Ukrainie. Co de facto można przyrównać do oficjalnego ogłoszenia bankructwa jego dotychczasowej polityki zagranicznej oraz projektu EuRosji. O tym, że Rosja już przegrała wojnę na Ukrainie (niezależnie od wyniku starcia militarnego) napisałem odrębną analizę pt.: „Federacja Rosyjska już przegrała. Pytanie ile szkód zdoła jeszcze wyrządzić?”.

 

Uwolnienie rąk

Przy tym wszystkim należy z uznaniem spojrzeć na amerykańską umiejętność radzenia sobie na kilku frontach jednocześnie. W momencie gdy Waszyngton musiał zaangażować się w Europie Środkowej i zmagał się z ofensywną postawą Moskwy, to Amerykanie nie odpuścili tematu rywalizacji z Chinami. Donald Trump wprowadzał kolejne cła na chińskie produkty rozpoczynając wojnę handlową z Państwem Środka. Jednocześnie trwały zmagania z Kim Dzong Unem, który do 2018 roku straszył amerykańskich sojuszników atomem. Ponadto Trump zerwał porozumienie z Iranem dostrzegając jego słabości (Iran mimo porozumienia i tak grał przeciwko USA, zwłaszcza w Iraku i Syrii). Wreszcie, na Bliskim Wschodzie nieprzerwanie od 2013 roku trwała wojna z ISIS, które zostało wymazane z mapy dopiero w 2019 roku. Przez ten okres Amerykanie musieli angażować się w tym regionie zarówno militarnie jak i politycznie.

Amerykańska administracja, poszczególne komórki eksperckie wydzielone do analizy konkretnych teatrów geopolitycznych, a także poszczególni politycy oraz wojskowi mieli pełne ręce roboty. I to na każdym froncie.

I trzeba przyznać, że Amerykanie dali radę. Zdołali wycofać siły militarne z Iraku i Afganistanu (2021). Uwolnili sobie tym samym ręce oraz znacząco obniżyli koszty utrzymywania sił ekspedycyjnych. Ugrano kilka lat spokoju na Półwyspie Koreańskim (2018-2022, dopiero teraz Kim znów zaczął straszyć). Spacyfikowano Niemców, a jednocześnie udało się odtworzyć jedność NATO wobec rosyjskiego zagrożenia (na życzenie Putina). Wojna gospodarczo-technologiczna z Chinami wciąż trwa i nie widać, by Amerykanie ją przegrywali.

W efekcie ograniczania zaangażowania w mniej istotnych regionach (Bliski Wschód/Azja Centralna), w obliczu  drugiej inwazji na Ukrainę, Stany Zjednoczone mogły zwiększyć obecność militarną na tzw. wschodniej flance NATO, a jednocześnie pozwolić sobie na wysyłanie na Ukrainę olbrzymich ilości amunicji i zaopatrzenia. Co być może nie byłoby takie proste, gdyby interwencje w Iraku i Afganistanie wciąż trwały.

W roku 2023 chyba już nikt nie ma wątpliwości, że to Federacja Rosyjska znajduje się w bardzo trudnym położeniu. I może się wkrótce okazać, że Amerykanie – bez włożenia w to dużego wysiłku – wyjdą ze starcia z Rosją obronną ręką.

To wszystko wiemy już jednak „po fakcie”. Dlatego warto zastanowić się również – w kontekście oceny resetu Obamy a także nabytej już wiedzy – co by było gdyby…

 

Co by było gdyby… Alternatywna wersja wydarzeń

Zastanawianie się nad hipotetycznymi scenariuszami geopolitycznymi zawsze wiąże się z ogromnym ryzykiem, a raczej pewnością, że wymyślona sekwencja wydarzeń nie uwzględnia szeregu czynników, które miały wpływ na rzeczywistość. Niemniej, „gdybanie” posiada jednak dużą wartość w kontekście ocen poszczególnych decyzji. Tak w życiu osobistym, jak i w kwestiach natury międzypaństwowej. To przecież wyobraźnia – oraz oczywiście doświadczenie – podpowiada nam, co może się stać po takim, a nie innym wyborze. Tak więc jest niezbędnym czynnikiem przy podejmowaniu decyzji oraz dokonywaniu oceny. Jednak by ocena była możliwie jak najbardziej obiektywna, należy jak najlepiej opracować i uzasadnić alternatywę. Przedstawienie fałszywego obrazu alternatywnego rozwoju wypadków będzie bowiem prowadzić do błędnych ocen, a co gorsza, fałszywych wniosków na przyszłość.

Dlatego niniejszy podrozdział analizy – będący jej sednem – został poprzedzony obszernym przedstawienie kontekstu sytuacyjnego z jakim mieliśmy do czynienia w latach 2009-2022. Bowiem bez wiedzy o realiach panujących w danej chwili nie można w sposób uczciwy dokonać weryfikacji danej decyzji. Jednocześnie z pewnością łatwiej jest tego dokonać, gdy weźmie się pod uwagę jej skutki. Tutaj jednak czekają na badaczy alternatywnych wizji liczne pułapki. Bowiem efekty działań dzielą się na te krótkoterminowe, ale i długoterminowe. Różnica może być diametralna. Na przykład jednym z koronnych argumentów „realistów” w kontekście polskich decyzji z 1939 roku jest fakt, że Czechy – które kapitulowały przed Hitlerem – wyszły po wojnie bez dużych strat ludzkich tak jak to było w przypadku Polski. Pamiętamy jednak, że II RP posiadała ok. 35 mln obywateli z czego blisko 24 mln (68%) było narodowości polskiej. Szacuje się, że w czasie II Wojny Światowej II RP straciła ok. 6 mln obywateli w tym mniej niż 3 mln Polaków. W 1945 roku w PRL żyło niecałe 21 mln Polaków. Tak więc jeśli odrzucić kwestie natury moralnej oraz zostawić tylko argument statystyczny, to dane za lata 1939-1945 wypadają niekorzystnie dla wyboru o podjęciu wojny obronnej. Jednak jeśli zbadamy dłuższy okres np. 1939-2022 to okazuje się, że czeska populacja wzrosła w tym okresie (80 lat) nieco ponad 20%, tymczasem Polaków jest już (bez emigrantów) 38 mln co daje blisko 60% wzrost. Na to składało się oczywiście szereg różnych czynników, jednak demografowie – na bazie konkretnych danych – wskazują, że wojna miała duży wpływ na późniejszy wyż demograficzny w Polsce. Przyrost naturalny w Polsce w 1946 roku wynosił 16%, w 1955 roku aż 19,5% a w roku 1960 – 15,1%. Był to okres tzw. fazy kompensacji strat wojennych. Dla porównania w roku 2006 spadliśmy w tym współczynniku pod kreskę (-0,04%). Tak więc gdyby oceniać decyzję Becka tylko i wyłącznie w oparciu o suche dane statystyczne z okresu 1939-2022, to można stwierdzić, że wojna z lat 1939-1945 przyniosła niebywale pozytywne skutki (jak to brzmi, ale przecież takie są fakty!) jeśli chodzi o przyrost naturalny w Polsce. Czy to oznacza, że przegrane wojny obronne są korzystne dla państwa? Oczywiście, że nie. Bo płaszczyzn jest wiele, a Polska straciła na m.in.: terytorium, majątku, znaczeniu politycznym (de facto okupacja ZSRR). Wymieniać można by długo. Jednak to jeszcze nie oznacza, że decyzja Becka była błędna i najgorsza z możliwych. Przeciwnie, była jedyną, którą można było podjąć w tamtych warunkach, co wykazałem lata temu w artykule: „PAKT z III RZESZĄ – alternatywa, czy najgorszy sen Polaków?”.

Dlatego dokonywanie ocen po samych efektach należy uznać za katastrofalną w skutkach metodę oceny. Należy bowiem pamiętać, że wiedza o skutkach danego działania przychodzi po jego podjęciu. Nikt z nas przy podejmowaniu jakiejkolwiek decyzji nie bierze pod uwagę konsekwencji, których nie zna. Może jedynie uznać – na bazie zdobytego doświadczenia – że akurat takie a nie inne następstwo działania jest najbardziej prawdopodobne. A prawdopodobieństwo to oceniamy na podstawie znanych nam – a przecież możemy o wszystkim nie wiedzieć – okoliczności istniejących na moment podjęcia decyzji.

Po tak przydługim, jednak chyba koniecznym, filozoficznym wstępie należy powrócić do resetu Baracka Obamy i przejść do konkretów.

 

Chwila słabości USA

Istnieje teoria wg której, Władimir Putin zdecydował się na uderzenie na Ukrainę także dlatego, że uznał Joe Bidena za słabego prezydenta. Mógł być również przekonany, że jedność NATO nie istnieje. Jeśli przyjąć tę tezę za prawidłową, to warto mieć świadomość tego, że Stany Zjednoczone uwikłane w kosztowną wojnę w Afganistanie oraz uginające się pod ciężarem światowego kryzysu gospodarczego wydawały się w roku 2009 jeszcze słabszym przeciwnikiem niż dziś.  Ponadto spójność NATO oraz zaufanie do USA było marginalne. Inwazja na Irak z 2004 roku  nie została poparta przez nikogo oprócz Londynu i Warszawy. Mało tego, w 2007 roku wybuchła afera gdy wypłynęło, że nie było żadnych raportów o broni chemicznej Saddama Husseina, które miały być podstawą do wojny. Informacja ta zmiotła z fotela premiera Tonego Blaira.

W kolejnych latach reputacja USA wcale nie zyskiwała. W 2010 roku WikiLeaks opublikowało setki tysięcy dokumentów dotyczących wojen w Afganistanie i Iraku, a także dokumentów dyplomatycznych z amerykańskich ambasad. W 2011 roku portal opublikował dane dotyczące więźniów z Guantanamo, a także z innych tajnych więzień CIA (w tym w Polsce) gdzie stosowano tortury. W 2013 roku Edward Snowden ujawnił program inwigilacji obywateli USA przez amerykańskie służby. Również w 2013 roku wybuchła kolejna afera związana z amerykańską inwigilacją całego niemieckiego rządu, w tym z podsłuchami kanclerz Angeli Merkel. Napisać, że wiarygodność USA była w latach 2009-2013 narażona na szwank, to nic nie napisać. Wizerunek hegemona był wówczas w zasadzie zdewastowany. Jeśli Władimir Putin szukałby „słabego” momentu USA i Paktu Północnoatlantyckiego, to taki przyszedł znacznie wcześniej niż w roku 2021. Należy również pamiętać, że w czasie wojny w Gruzji z 2008 roku Rosjanie sami poważnie podważyli pozycję USA . Rosyjskie uderzenie zostało wykonane miesiąc po tym, kiedy to na terytorium Gruzji ćwiczenia odbywały wojska NATO-wskie, głównie amerykańskie („Immediate Response-2008”). Ponadto rosyjska inwazja była niejako odpowiedzią na deklaracje dotyczące przyszłego członkostwa Ukrainy i Gruzji w NATO, które padły na szczycie w Bukareszcie w kwietniu 2008 roku. Rosja wygrywała militarnie w starciu z Gruzją i by powstrzymać zajęcie stołecznego Tbilisi, do Moskwy pofatygowała się delegacja pod przewodnictwem prezydenta Francji Nicolasa Sarkozego. Silna pozycja Putina była tutaj nad wyraz widoczna. Po zawarciu pokoju, Rosjanie na przełomie 2008/2009 roku czuli się już niezwykle pewnie. Wygrali wojnę z w Gruzji, a USA – zaangażowane gdzie indziej – nie kiwnęło nawet palcem.

Poczucie posiadania przewagi po stronie Kremla rosło. Zwłaszcza, że po „przegraniu” Ukrainy na skutek pomarańczowej rewolucji (2004 rok), już w 2009 roku poparcie dla pro-zachodniego prezydenta Wiktora Juszczenki wynosiło… zaledwie 5,5%. Rządy „rewolucjonistów” były skończone i Rosjanie byli niemal pewni zwycięstwa swojego kandydata w wyborach w 2010 roku. Co też się stało (prezydentura Wiktora Janukowycza).

 

Twarda linia Obamy

Wyobraźmy sobie, że w takich warunkach administracja Baracka Obamy nie wyciąga ręki do Władimira Putina. Tak więc decydenci z Waszyngtonu postanowiliby uporać się z kryzysem ekonomicznym, wojną w Afganistanie, okupacją Iraku, a jednocześnie podjąć próbę spacyfikowania Federacji Rosyjskiej. Wówczas wojna w Gruzji mogłaby posłużyć jako podstawa do nałożenia na Federację Rosyjską sankcji. Pytanie, czy do akcji sankcjonowania Rosji dołączyłaby Unia Europejska? Bez niej tego rodzaju działanie nie odniosłoby w zasadzie żadnego skutku.

A kwestia byłaby wysoce problematyczna. Wprawdzie nie istniały jeszcze nitki Nord Streamu, ale nie było wówczas również ani Baltic Pipe ani terminali LNG w Świnoujściu czy litewskiej Kłajpedzie. Nie było takich terminali w Niemczech. Ponadto – jak wskazywałem wyżej – w 2009 roku Amerykanie byli jeszcze przed znacznym zwiększeniem wydobycia gazu i ropy z łupków. Innymi słowy, Rosjanie mogli odciąć dostawy gazu do Polski, Niemiec, Ukrainy, Austrii, Czech, Słowacji, Węgier i do wielu innych krajów UE. I nie byłoby żadnej alternatywy dla rosyjskiego surowca. Kremlowski szantaż byłby w takim przypadku na 100% skuteczny. W zasadzie nałożenie w 2009 roku sankcji na Rosję oznaczałoby energetyczny game over dla Europy. W konsekwencji uzasadnioną wydaje się być teza, że w latach 2009-2010 Rosjanie z niezwykłą łatwością mogliby rozerwać tzw. jedność Zachodu. Amerykanie mieliby wówczas potężny problem by przekonać Europę do działania przeciwko Moskwie. Być może właśnie to głównie z tego powodu doszło do resetu?

Konstatacja ta wydaje się w zasadzie zamykać temat „gdybania”. Amerykanie – nawet gdyby sami mieli potencjał do działania przeciw Rosji – mogliby nie uzyskać wsparcia wśród swoich sojuszników. A jeśliby taki krok został wykonany (sankcje), to Zachód mógłby przegrać już w przedbiegach. Pozbawiona energii Europa w sytuacji światowego kryzysu gospodarczego już by się raczej nie podniosła.

Ukraińskie szachy

Załóżmy jednak, że Stany Zjednoczone same – lub wespół z UE – nie bacząc na gospodarczo-energetyczne efekty rozpoczęłyby wywieranie presji na Rosji. Próbując izolować ją politycznie, technologicznie i gospodarczo. Jak wówczas zachowałby się Władimir Putin? Można z dużą dozą pewności założyć, że działałby podobnie jak dziś. Innymi słowy, za priorytet uznałby odzyskanie Ukrainy. W warunkach resetu Rosjanie zdecydowali się poczekać do 2010 roku by wskutek wyborów odzyskać wpływy w Kijowie. Jednak w 2009 roku poparcie Ukraińców dla pro-zachodniego rządu było tak niskie, że w zasadzie Putin mógłby pokusić się o dokonanie puczu. Przy czym Ukraina z 2009 roku to nie ta sama co z 2022. Ukraińska armia i służby z roku 2022 to nie te same, co z 2009 roku. Widzieliśmy co działo się w roku 2014, kiedy to na skutek bezwładu, zdrady i niekompetencji Krym został oddany bez walki, podobnie jak lwia część Donbasu. Można założyć, że gdyby polityczny pucz w 2009 roku się nie udał, to Putin mógłby przeprowadzić „specjalną operację” w wyniku której nie zajęto by Krymu i Donbasu, ale od razu Kijów (tak jak próbowano w 2022). Znajdujące się w dużej części na różnych etapach rozkładu ukraińskie służby i armia nie stawiłyby wielkiego oporu. Zwłaszcza, że w 2009 roku spora część kadr pochodziła jeszcze z czasów ZSRR…

Gdyby Władimir Putin kontynuował swoją agresywną politykę zagraniczną w latach 2009-2010, to można stawiać dolary przeciw orzechom, że docisnąłby Białoruś w kwestii integracji, a Ukraina wróciłaby do rosyjskiej strefy wpływów bardzo szybko. Co za tym idzie, zupełnie realnym byłby scenariusz, w którym w roku 2010 cała armia Federacji Rosyjskiej – która nie zostałaby draśnięta w czasie przejmowania kontroli nad Ukrainą – stanęłaby u granic NATO. Począwszy od Obwodu Kaliningradzkiego, przez Białoruś po Ukrainę. Przypomnijmy, że w tym czasie ok. 150 tys. amerykańskich żołnierzy przebywało w Iraku i Afganistanie. Pochłaniając olbrzymie ilości środków, sprzętu i zaopatrzenia.

Z punktu widzenia potencjałów militarnych, tylko i wyłącznie gwarancje nuklearne mogłyby wówczas dawać stronie natowskiej jakiejkolwiek poczucie bezpieczeństwa. Przy czym zupełnie realnym jest, że Rosjanie zaczęliby prowadzić wojnę hybrydową. Ale nie na Ukrainie, tylko np. w Estonii i na Łotwie, gdzie znajdują się mniejszości rosyjskie. To – pozostawione bez reakcji – uderzałoby w wiarygodność NATO jeszcze bardziej.

 

Strategiczne partnerstwo z … Chinami

Należy ponadto zwrócić uwagę na Daleki Wschód. Gdyby gazociągowe projekty do Europy nie powstały, Rosjanie już w 2009 roku poszukaliby partnerstwa z Chinami. Zamiast stawiać na EuRosję, Władimir Putin zacząłby budować RusAzję. Być może już w 2014 roku powstałyby nowe gazociągi i ropociągi do Chin (których nie ma po dziś dzień, za wyjątkiem niewiele znaczącej Siły Syberii). Co uniezależniłoby Rosję od kapitału z Zachodu i zbudowało bardziej trwałe relacje na linii Moskwa-Pekin.

Przy czym należy pamiętać, że w przypadku gdyby UE przestraszyła się szantażu energetycznego (wysoce prawdopodobne), to Amerykanie mogliby stanąć w obliczu bloku Berlin-Moskwa-Pekin. Przy czym również Indie były wówczas pro-rosyjskie, a jednocześnie upatrywano pokojowej koegzystencji z Chinami. Geopolityczna sytuacja Stanów Zjednoczonych byłaby fatalna. Na dobrą sprawę, przy takim wariancie wydarzeń o końcu amerykańskiej hegemonii mówilibyśmy już w 2009 roku. I to byłby prawdziwy koniec, a nie wyimaginowany – jak to się współcześnie wydaje niektórym. Powyższej przedstawiono szereg ważkich argumentów, które przemawiają za tym, że Amerykanie w 2009 roku mogliby nie być zdolni do powstrzymania Rosjan przed zniszczeniem konstruktywistycznego ładu międzynarodowego. Natomiast  w rzeczywistości w roku 2022 Władimir Putin postanowił przetestować hegemonię USA i już dziś wiemy, że ten test mu się nie udał. Innymi słowy, wznowienie wojny rosyjsko-ukraińskiej z 2022 roku było nieopłacalne, a koszty z tytułu rzucenia wyzwania Stanom Zjednoczonym przekraczają ewentualne korzyści, o ile takowe w ogóle wystąpią. Skutki działania Rosji nie dowiodły złamania hegemonii, wręcz przeciwnie, zniechęciły zapewne Chińczyków do podejmowania bardziej stanowczych działań. Pekin woli przeczekać „burzę”, jeśli będzie to możliwe, chyba, że USA same postanowią zwiększać presję na Chińską Republikę Ludową.

 

Świat bez hegemona

Sytuację, w jakiej znalazłby się świat w przypadku utraty hegemonicznego układu opisywałem w książce, dlatego pozwolę tutaj sobie opisać tylko wybrane aspekty związane z ww. hipotetycznym scenariuszem (brak resetu). Jest to kluczowe, bowiem w tym miejscu powinno już pojawić się pytanie: „no dobrze, ale czy upadek hegemonii USA w 2009 roku byłby taki tragiczny? Może euroazjatycki konstrukt byłby lepszy?”

Na tak zadane pytanie można odpowiedzieć w dwójnasób. Tak. Powstanie euroazjatyckiego bloku geopolitycznego byłoby lepsze. Dla Rosji. Być może, choć niekoniecznie, również dla Chin. Natomiast pozycja Unii Europejskiej oraz samych Niemiec zostałaby zmarginalizowana. Z kolei Polska znalazłaby się w tragicznej, kompletnie bezwładnej sytuacji geopolitycznej. Wszystkie te tezy można dość łatwo uzasadnić.


Reklama: Zakup książkę lub ebooka: „TRZECIA DEKADA. Świat dziś i za 10 lat” i dowiedź się, co nas może jeszcze czekać w nadchodzących latach.

TRZECIA DEKADA. Świat dziś i za 10 lat

 


 

Ambicje a możliwości – UE jako dojna krowa

Zarysowany Wielki Plan dotyczący osi Paryż-Berlin-Moskwa (a szerzej również Pekin) wygląda imponująco, jeśli rozrysować go na kartce. Jednak należy pamiętać o tym, że w roku 2009 poszczególne stolice nieco inaczej wyobrażały sobie własną rolę w całym projekcie. Chiny inwestowały w Azję Centralną i szukały lądowych połączeń z Bliskim Wschodem, które mogłyby kontrolować samodzielnie. Jednocześnie stały się w zasadzie drapieżnikiem gospodarczym, który wszedł na dość liberalny rynek europejski i zaczął przejmować całe zakłady produkcyjne wraz z technologiami. Ponadto władze z Pekinu nie wahały się używać szantażu w zakresie regulacji prawnych dla podmiotów zagranicznych prowadzących produkcję i sprzedaż na terytorium Chin. Decydenci z Pekinu działali i działają w taki sposób, jakby wszyscy wkoło byli nie tylko konkurentami, ale i przeciwnikami. Wrogami, których należy ostatecznie złupić i zwasalizować. Dokładnie taką samą filozofią polityczno-biznesową kierowały się i wciąż kierują elity z Kremla.

Nic więc dziwnego, że jeszcze przez 2014 rokiem zarówno Francuzi jak i Niemcy zaczęli zastanawiać się na formą partnerstwa z Chinami. Bowiem skutki brutalnej, gospodarczej ekspansji Państwa Środka były dostrzegane już wówczas. Powoli okazywało się, że Chińczycy nie są – tak jak Amerykanie – nastawieni na relacje win-win. Tam gdzie mogli, tam brutalnie wykorzystywali słabości systemu kapitalistycznego i demokratycznego. Skupywali nie tylko całe fabryki czy koncerny, które następnie – po wyssaniu technologii – przenoszono do Chin. Przejmowali infrastrukturę strategiczną (vide port w Pireusie) i dyktowali nawet warunki kulturowe (vide szantażowanie federacji NBA po krytyce Chin wyrażonej przez jednego z koszykarzy lub wywieranie presji na Norwegię po przyznaniu Pokojowej Nagrody Nobla dla Liu Xiaobo). Chińczycy – podobnie zresztą jak Rosjanie – zamierzali przywiązać bogatą Europę kajdanami do kaloryfera i doić Europejczyków aż do cna. Nie chodziło im nigdy o zbudowanie jednego wielkiego systemu globalnego, w którym każdy ma szansę się rozwinąć (tak jak to zrobili Amerykanie). Chińczycy nigdy nie szukali partnerów, tylko budowali relacje wasalne. Narzędziem dyscyplinowania reszty świata – który byłby sam sobie winien dając się „podbić” przez Chinczyków – miały stać się pieniądze. Łasy na kapitał Zachód wydawał się zupełnie uległy politycznie dla elit Pekinu.

Przy rosnącej potędze Chin oraz Rosji (z uwagi na znaczenie geograficzno-militarne), Berlin i Paryż traciłyby de facto w perspektywie długoterminowej. Bowiem polityczne ustalenia poczynione np. w roku 2010, byłyby na bieżąco aktualizowane. Wraz ze wzrostem zależności UE od wschodnich „partnerów”, Ci ostatni wymuszaliby kolejne koncesje oraz prowadziliby agresywną ekspansję kosztem interesów Francji i Niemiec. Nie ma przy tym wątpliwości, że autorytarne reżimy byłyby w tym zakresie dużo skuteczniejsze w działaniu, niż demokratyczne elity europejskie, które kłóciłyby się dodatkowo między sobą. To jak łatwo było i jest rozegrać poszczególne państwa UE widzimy nawet dzisiaj. Skutecznie robili i robią to Rosjanie (np. w przyp. Węgier, ale i Niemiec).

 

Energetyczny niewolnik

Należy również pamiętać o tym, jak duże wpływy agenturalne posiadali Rosjanie w całej Europie. I to na najwyższych szczeblach. Skorumpowanie kanclerzy Niemiec czy Austrii jasno wskazuje, że dalekosiężna polityka (Energiewende) to jedno, ale interesy rosyjskie to drugie. Silna i dokapitalizowana Rosja zwiększałaby swoje wpływy w europejskich elitach, co mogłoby się odbić bardzo negatywnie na długofalowe plany UE i poszczególnych państw. Pamiętać również należy, że Energiewende nie dawałoby 100% niezależności od gazu. Przeciwnie. Wygaszenie atomu, zwiększenie zapotrzebowania na energię elektryczną, a także niestabilność produkcji energii z OZE (zmienne warunki atmosferyczne) sprawiały, że niemiecka zależność od rosyjskiego gazu w latach 2010-2020 rosła i to w bardzo dużym tempie (stąd inwestycja w NS II). Wystarczy spojrzeć na dane. W 2019 roku Niemcy importowały dwa razy więcej gazu niż w roku 2009.

Jeszcze w 2021 roku, Rosjanie dostarczali aż 35% zapotrzebowania na gaz w całej UE. A wskaźnik ten był w poprzednich latach bliski 40%. Gdyby nie agresywne działania Putina, ta zależność mogłaby się wciąż zwiększać.

Także już po fakcie należy stwierdzić, że Niemcy może i zamierzały uzyskać większą niezależność energetyczną w roku 2009, ale na stan z 2020 roku wyglądało to gorzej niż dekadę wcześniej. Nadto presja na wygaszanie atomu, która była wywierana również na Francję wskazuje, że i Paryż – gdyby nie oparłby się temu szaleństwu – mógłby zostać uzależniony w większym stopniu od rosyjskiego gazu… Gdyby w 2009 roku nie było resetu, to w Europie Środkowej nie powstałaby prawdopodobnie żadna dodatkowa infrastruktura, która pozwalałaby ściągać gaz z innego kierunku niż Rosja. Nie tylko z powodu tego, że Moskwa grałaby twardo szantażem energetycznym, ale i posiadałaby zapewne duże zdolności w zakresie softpower (choćby poprzez działanie agentury i korupcję najwyższych polityków). W konsekwencji UE stałaby się energetycznym zakładnikiem Putina bez nadziei na wyrwanie się z tej zależności.

Dodatkowo przykład, w którym Putin był gotowy „wystawić” Asada w Deauville w celu storpedowania budowy ropociągu irańsko-syryjskiego do Morza Śródziemnego (celem dostaw do Europy) pokazuje, że francuskie ambicje na Bliskim Wschodzie były ułudą. Rosjanie rozgrywaliby ten region po swojemu, a gdyby weszli tam jeszcze Chińczycy (a budowa bazy militarnej w Dżibuti pokazuje, że mieli taki zamiar) Europa stałby się znów kompletnie zależna od zewnętrznych mocarstw w zakresie dostaw strategicznych surowców, w tym ropy z Bliskiego Wschodu. Moglibyśmy mówić o sytuacji: „zamienił stryjek siekierkę na kijek”, bowiem Berlin być może uwolniłby się od wpływów z USA, ale stałby się zakładnikiem bezwzględnych i niewiarygodnych reżimów z Pekinu i Moskwy. Te ostatnie dyktowałyby warunki polityczno-gospodarcze używając przy tym argumentów siły.

Tak więc wskazać należy, że Berlin i Paryż pchały do pewnego momentu Unię Europejską w objęcia agresywnych drapieżników geopolitycznych. I to w sytuacji, w której istniejący amerykański system pozwalał się rozwijać, a Waszyngton nie wymagał wiele więcej jak lojalności.

Nadto nie została jeszcze opisana kwestia relacji francusko-niemieckich, w których też istniało i wciąż istnieje wiele sprzecznych interesów. Które również mogłyby zaburzyć lub zniweczyć wielkie plany EuRosji. Projekt ten był niebezpieczny również choćby właśnie z tego tytułu, że nie było w nim jednoznacznego lidera-hegemona. Co prowadziłoby do ciągłej i zaostrzającej się rywalizacji pomiędzy „partnerami”. A ponieważ nikt nie czułby się w tym systemie słabszy, to napięcia mogłyby łatwo eskalować.

 

Terytorium Polski czy polskie terytorium?

W sytuacji, w której Amerykanie przegraliby wpływy w Europie, a Berlin stałby się niewolnikiem Moskwy, pozycja Warszawy sprowadzałaby się do administratora polskiego terytorium w ramach interesów niemiecko-rosyjsko-chińskich. Wystarczy tylko wspomnieć warunki na jakich do niedawna były przesyłane surowce energetyczne z Rosji przez Polskę do Niemiec. W praktyce, robiliśmy to za darmo. Również Nowy Jedwabny Szlak nie przynosiłby nam żadnych większych korzyści. Nie byłoby bowiem powodu, dla którego Niemcy, Rosjanie i Chińczycy mieliby dzielić się z nami zyskami z transferów. Niemiecko-rosyjskie wpływy polityczne w Polsce byłyby na tyle duże, by Polska przestał być relatywnie niezależnym bytem politycznym, a stała się jedynie geograficzną nazwą krainy, przez którą przebiegałyby drogi, tory kolejowe i rurociągi. Nord Streamy powstałyby i tak, tyle tylko, że nikt by ich w 2022 roku nie wysadził w powietrze. Natomiast taki los mógłby spotkać w najgorszym wypadku terminal LNG w Świnoujściu (o ile w ogóle by go ukończono lub później wykorzystywano). O powstaniu Baltic Pipe nie byłoby mowy. Cały region Europy Środkowej zostałby podporządkowany pod dyktat niemiecko-rosyjskiego strategicznego partnerstwa. Co byłoby tym gorsze, że Niemcy sami byliby bardzo zależni od Rosjan, a więc podatni na ich sugestie dotyczące administrowania Polską…

O ułudzie teorii wakaryzmu, czy potencjalnej polskiej niezależności politycznej oraz partnerstwie w ramach Trójkąta Weimarskiego pisałem w tekście pt.: „Który hegemon byłby najlepszy dla Polski? A może świat wielobiegunowy?”. Te miraże nie miałyby prawa się ziścić w kontekście:

  1. 100% zależności energetycznej od Rosji,
  2. demilitaryzacji Polski – czyli faktycznego rozbrajania Sił Zbrojnych RP, co przecież obserwowaliśmy przez długie lata,
  3. wasalnej wobec Niemiec gospodarki,
  4. zależności prawno-instytucjonalnej względem UE.

Tego rodzaju „realizm” – we współczesnych polskich warunkach – był najbardziej oderwaną od rzeczywistości koncepcją, jaką można było zaproponować.

 

RESET RATUJE ŚWIAT? – alternatywny scenariusz geopolityczny

Wobec powyższym rozważań kształtuje się konstatacja, że w przypadku twardej postawy Stanów Zjednoczonych możliwym byłoby złamanie jedności Zachodu. W efekcie mógłby powstać blok EuRosji współpracujący z Chinami. To, jak fatalnym byłoby to rozwiązanie dla Europy – która w takim układzie byłaby najsłabszym ogniwem i dojną krową – zostało opisane powyżej.

Istnieje jednak inny wariant wydarzeń, w którym to UE – mimo energetycznej presji ze strony Rosji – ostatecznie stanęłaby po stronie USA. Niemcy mogliby w krótkim tempie zbudować terminale LNG, tak jak to zrobili w 2022 roku, gdy w mniej niż rok zbudowali dwa pływające terminalne LNG. Polska uwinęłaby się z własnym terminalem w Świnoujściu, Litwini zrealizowaliby gazoport w Kłajpedzie i sytuacja zostałaby w jakiejś mierze opanowana.

W takim scenariuszu, mielibyśmy sytuację bliźniaczą do tej, jaka zaistniała w rzeczywistości. Tyle tylko, że byłby to rok 2010 lub 2011. Ukraina byłaby w rękach Putina, a nawet jeśli doszłoby do przyśpieszonego majdanu, to konsekwencją rewolty w Kijowie byłaby pełnoskalowa rosyjska inwazja na Ukrainę. Przy założeniu, że w tamtym czasie Ukraińcy nie byliby zdolni do odparcia ataku, Federacja Rosyjska stanęłaby u bram NATO rozciągając swoje armie i instalacje wojskowe wzdłuż całej granicy na tzw. wschodniej flance NATO.

Nie pobita i gotowa do działania rosyjska armia mogłaby także wywrzeć dużą presję na Finlandii. Wątpliwym jest, by Helsinki w takiej sytuacji zaryzykowały próbę oficjalnego wejścia do NATO. Zwłaszcza, gdyby Finowie zdawali sobie sprawę ze skali zaangażowania Amerykanów w Afganistanie.

Wojna hybrydowa w państwach bałtyckich mogłaby dać Putinowi pretekst by wkroczyć wojskami na Litwę, Łotwę i Estonię. Pamiętajmy, że w tamtym czasie NATO mogłoby nie zdążyć wysłać nawet śladowych ilości wojsk w ten rejon. Sytuacja mogłaby być bardzo dynamiczna i zmieniać się z tygodnia na tydzień. Co w końcu doprowadziłoby co najmniej do sytuacji analogicznej jak w czasie tzw. Kryzysu Kubańskiego.

Jednak wcale nie jest powiedziane, że Putin działał by nagle i gwałtownie od razu w latach 2010-2011. Być może posuwałby się na tyle, by nie ryzykować konfliktem nuklearnym. Destabilizując Litwę, Łotwę, Estonię, a może nawet Polskę – ale nie wysyłając wojsk w granice tych państw. Władimir Putin mógłby czekać, ponieważ jak opisałem powyżej, strategiczne partnerstwo Rosja-Chiny dałoby mu poczucie kontroli sytuacji. Budowa infrastruktury energetycznej do Chin mogłaby zakończyć się około 2014-2015 roku. Wówczas to Rosja i Chiny – w dużej mierze uniezależnione od Zachodu – mogłyby prowadzić działania wojenne równocześnie w dwóch miejscach świata. Jeśli dodamy do tego presję (lub możliwy atak) Korei Północnej na Koreę Południową, to mogłoby się okazać, że świat by zapłonął. Byłoby to tym bardziej prawdopodobne, im bardzie rywale Stanów Zjednoczonych byliby przekonani, że Waszyngton nie jest w stanie powstrzymać nawałnicy. I będzie skłonny opuścić tron hegemona, zwracając się ku polityce „America First”.

Taka decyzja Amerykanów byłaby możliwa, bowiem mając do wyboru: utrata hegemonii lub wojna atomowa w obronie Zachodu i amerykańskiej strefy wpływów w Europie i na Dalekim Wschodzie, Waszyngton mógłby zdecydować się by przeczekać burzę.

Gdyby do tego czasu wojna w Europie jeszcze nie wybuchła, to jedno jest pewne. Po wycofaniu się Amerykanów, Władimir Putin próbowałby zrewidować pozycję Rosji w Europie przy pomocy gróźb a nawet siły. To mogłoby doprowadzić do kompletnej podległości UE względem Moskwy, lub do wojny. Z perspektywy położenia geograficznego Polski, chyba nie trzeba tłumaczyć, z czym by się to wszystko dla nas mogło wiązać.

 

Utopijna wizja zgodnego, multipolarnego świata

Oprócz ww. wariantów wydarzeń jest oczywiście jeszcze jeden. Mianowicie taki, w którym brak resetu przyczynia się do pokojowego przejścia z hegemonii w świat multipolarny. Amerykanie zamiast resetu zdecydowaliby się przegrać, ogłosić „America First”, wycofać się z zaangażowania na całym świecie i obserwować sytuację z bezpiecznej odległości. Jednocześnie Rosja i Chiny uznałyby pozycję Europy i na zasadach partnerskich stworzyłyby blok Euroazji, który wspólnie i zgodnie prowadziłby kontynent do prosperity. Wizja, w której wszyscy rezygnują z ustawiania swoich własnych interesów jako priorytetów jest bardzo piękna. Tyle tylko, że fałszywa i nie mająca nic wspólnego z realizmem. Jest to idealizm i utopia w czystej postaci. Zresztą to właśnie reset Obamy proponował taki świat, przynajmniej Rosjanom. Choć i Chińczycy otrzymaliby z pewnością korzystną propozycję o ile zgodziliby się na ograniczenie zbrojeń oraz odpuszczenie kwestii Tajwanu (coś za coś). To Barack Obama proponował globalizację i rozwój w ramach jednego wspólnego systemu bezpieczeństwa. Przy uwzględnieniu stref wpływów oraz przy wspólnym ustalaniu polityk i stanowisk względem konkretnych problemów czy regionów (vide ustalenia z Deauville w zakresie Arabskiej Wiosny). Paradoksalnie, polityka Baracka Obamy była objawem chłodnej kalkulacji oraz pełnego realizmu w zakresie oceny sytuacji geopolitycznej. Kalkulacji, która nie wzięła pod uwagę faktu, że Władimir Putin – ubijając interes życia – będzie chciał wbrew zdrowemu rozsądkowi złamać postanowienia resetu i dążyć do konfrontacji z USA.

 

Konstruktywizm a realizm

Na koniec warto poświęci temu zagadnieniu kilka akapitów. Trzeba bowiem odnotować, że reset Baracka Obamy jest często przedstawiany jako żywy dowód na to, że konstruktywizm w relacjach międzynarodowych nie działa. Tymczasem jest zupełnie odwrotnie. Porażka resetu jest jednocześnie klęską realizmu. Dlaczego? Otóż Barack Obama oferował Władimirowi Putinowi konstruktywistyczny ład, w którym Rosja stanie się ważnym elementem szeroko rozumianego Zachodu. Jednak oferta ta opierała się – w gruncie rzeczy – o założenia, które wynikają wprost z postawy realistów. Bowiem strona amerykańska zakładała, że jeśli polityka zagraniczna w wykonaniu Rosji to tylko i wyłącznie gra interesów, to wystarczy Moskwie zaproponować dobry deal. I rzeczywiście, Putin otrzymał na tacy wszystkie strategiczne interesy Rosji na płaszczyznach: politycznej (Eurosja), gospodarczej (gaz i ropa), technologicznej oraz w zakresie bezpieczeństwa. W 2011 roku Władimir Putin powinien dostać politycznego Oscara, bowiem osiągnął wszystko, co zamierzał (a co próbuje dziś odzyskać). Jednak zniweczył swoje dzieło, bowiem postanowił zalicytować jeszcze wyżej i rzucić wyzwanie Stanom Zjednoczonym. Rosja mogła – w ramach świata zachodniego – cierpliwie budować swoją pozycję na arenie międzynarodowej, modernizować państwo i gospodarkę, a także dokonać technologicznej konwersji. Zrobić dokładnie to samo, czego dokonały Niemcy i Chiny. Jednak Władimir Putin wolał wysyłać broń do Syrii, a gdy wybuchł majdan, zdecydował się na zbrojną inwazję na Ukrainę (2014). Trzeba uczciwie przyznać, że w tym przypadku realizm – rozumiany jako narzędzie tłumaczenia rzeczywistości geopolitycznej – zawiódł na całej linii. Okazało się, że osoby określane nieco pogardliwie mianem „romantyków”, które uznawały Rosję jako nieobliczalne zagrożenie – wbrew wydawałoby się czysto biznesowej logice – były tymi, których spojrzenie na świat okazało się być najbardziej trzeźwe. Jak to się mogło stać?

Otóż należy w tym miejscu stwierdzić, że postrzeganie polityki międzynarodowej tylko i wyłącznie jako formy ubijania interesów z bezpodmiotowymi państwami nie posiadającymi żadnego charakteru i emocji jest spojrzeniem kompletnie nierealistycznym. Mimo, że zwolennicy tego rodzaju myślenia lubią mówić o sobie jako o „realistach”. Bowiem nawet na płaszczyźnie czysto biznesowej pomiędzy podmiotami gospodarczymi, wiarygodność ma znaczenie. Jeśli osoba kierująca jakimś przedsiębiorstwem ma wizerunek oszusta, to nie warto wiązać się z nią współpracą, choćby na papierze wyglądała ona jak interes życia. Każdy kto prowadzi własny biznes doskonale wie, jak ważne jest subiektywne postrzeganie potencjalnego kontrahenta i nawiązane z nim relacje międzyludzkie. Nawet w sektorze prywatnym zatrudnia się często osoby z polecenia lub rodzinę (z uwagi np. na zaufanie). Dlaczego? Ponieważ w społeczeństwie funkcjonują jednostki patologiczne, które – nawet jeśli mogą zawrzeć lepszy deal uczciwie – wolą osiągać korzyści poprzez oszustwa czy wymuszenia. Choćby z błędnego przekonania, że żeby dopilnować swoich spraw, należy przestraszyć drugą stronę tak, by to strach – a nie tylko dobra wola – motywował ją do realizowania konkretnych działań.

Tymczasem państwa to nie komputery podejmujące decyzje w oparciu o dane, tylko podmioty kierowane przez ludzi o konkretnej wiedzy i charakterze, wywodzących się z konkretnych kultur o sprecyzowanym sposobie myślenia. Polityka to również psychologia, a Kryzys Kubański wiązał się bardziej z grą nerwów i próbą odgadnięcia intencji oraz zdeterminowania drugiej strony, a nie realną kalkulacją uwzględniającą to, kto ma więcej głowic. Rosjanie – z powodu uwarunkowań kulturowych i wewnątrzspołecznych – wolą wymuszać siłą koncesje dla siebie, ponieważ nie wierzą w to, że innego rodzaju mechanizmy są w stanie powstrzymać drugą stronę przez złamaniem postanowień umowy. Jednocześnie, jeśli widzą słabość, to wywierają presję by uzyskać jeszcze więcej. Tego rodzaju mechanizm obserwowaliśmy przez całe wieki historii, więc nie jest nadużyciem by formułować tak ogólne zasady w stosunku do całego narodu. Warto pamiętać, że Azjaci – zwłaszcza Chińczycy – postrzegają „robienie interesów” całkiem podobnie. Tyle tylko, że są sprytniejsi niż Rosjanie i ukrywają się ze swoimi intencjami zmierzającymi do zdobycia przewagi nad drugą stroną.

Zachodnia cywilizacja łacińska oparta jest o rzymską zasadę pacta sunt servanda (umów należy dotrzymywać). Ponieważ nasze doświadczenia europejskie pokazują, że na dłużą metę, przynosi to korzyści. Dzięki wiarygodności można rozwijać interes i zdobywać nowe kontakty. Nauczyliśmy się żyć w świecie, gdzie to słowo i wiarygodność budują prosperity. Tymczasem na wschodzie społeczeństwa hołdują zasadzie rebus sic stantibus, wg której zmiana warunków uprawnia do rewizji postanowień wcześniej zawartej umowy (dziękuję Przemkowi za tę niezwykle celną obserwację, którą pozwoliłem sobie wskazać wyżej).

Innymi słowy, jeśli Putin w latach 2009-2010 zgodził się na jakieś warunki, a później uznał że nie docenił siły własnej pozycji negocjacyjnej, to w roku 2012 nie zawahał się działać w sposób dążący do rewizji resetu na jego korzyść. Chińczycy działają dokładnie to samo, tyle tylko, że starają się sprawiać pozory. Nurt zwany realizmem nie tylko pomija ww. sfery natury ludzkiej, ale i kompletnie nie dostrzega różnic kulturowych, zamykając się tylko i wyłącznie w definicji robienia interesów nakreślonej przez kulturę zachodnią (dążenie do sytuacji win-win).

Tymczasem efekt tzw. realizmu jest taki, że każde zachodnie ustępstwo w imię zawarcia jakiejś konkretnej umowy jest zwyczajnie oddawaniem pola ludziom wschodu. Oni nie dążą do osiągnięcia sytuacji win-win, tylko mniej (Rosja) lub bardziej cierpliwie (Chiny) posuwają się do przodu, wypychając interesy rywala (a nie partnera) tak bardzo, na ile on pozwoli. Ostatnio zrozumiał to choćby Henry Kissinger, który wreszcie przyznał, że Ukrainę trzeba jednak włączyć do NATO.

 

Podsumowanie

Mając to wszystko na uwadze, należy mieć świadomość tego, że reset relacji z Rosją wykonany przez Baracka Obamę, był odpowiedzią na arcytrudną sytuację USA na arenie międzynarodowej (Afganistan, brak wiarygodności na Zachodzie) oraz sytuację finansową (kryzys). W tym kontekście działanie to spełniło swoją rolę. Pozwoliło Amerykanom uporać się z dotychczasowymi problemami i wrócić do rywalizacji z Rosją po uwolnieniu sobie rąk. Oczywiście starcie z Moskwą nie było planowane. Administracja z Waszyngtonu zamierzała dokonać piwotu przeciwko Chinom, co zapowiedziano w 2011 roku. Jednak postawa Władimira Putina nakazała zmienić plany. W tym zakresie – polityki długofalowej celującej w pozyskanie Rosji dla Zachodu jako sojusznika – reset zawiódł. Jednak oceniając post factum przebieg wydarzeń nie można ulec wrażeniu, że z perspektywy USA, Zachodu i nawet Polski zrealizował się dość pozytywny scenariusz. Dający nadzieję na spacyfikowanie Rosji oraz ujarzmienie Chin. Tym samym utrzymanie – choćby na jakiś czas –  jednobiegunowego ładu, który gwarantuje spokój i prosperity. Bowiem tam gdzie stron interesów jest więcej, tam zaczyna się pomiędzy nimi walka o to, by pokazać, która jest silniejsza i zdobędzie większe wpływy. A to przeważnie w historii kończyło się wojnami. Tymczasem silna pozycja hegemona zniechęca wszystkich do podejmowania agresywnych działań. Słabość hegemona (choćby tylko domniemana), do takich działań zachęca. Uderzenie Rosji na Ukrainę było efektem przekonania Putina o słabości USA. Jednak fatalne dla Moskwy skutki tego działania wbrew pozorom umocniły pozycję Stanów Zjednoczonych i odwróciły proces rozchodzenia się w szwach jedności Zachodu. Amerykanie mają okazję udowodnić, że rzucanie im wyzwania zwyczajnie się nie opłaca. Co jest i będzie przestrogą dla np. Chińczyków.

 

Krzysztof Wojczal

Geopolityka, polityka, gospodarka, prawo, podatki – blog

 

 

Wartościowe? Pomóż rozwijać bloga
Twitter
Visit Us
Follow Me
RSS
YOUTUBE
YOUTUBE

109 komentarzy

  1. Bardzo ciekawa analiza, ale mam kilka wątpliwości:
    1. Zarzut, że to Rosjanie naruszyli reset z USA wywiedzionych jest z wadliwego wnioskowania. Całość opiera się o założenie, że Rosjanie zgodzili się na obalenie Assada przez USA, ze względu na rzekomy brak wetowania rezolucji przeciwko Iranowi. Takie wnioskowanie jest w mojej ocenie oczywiście bezpodstawne i zakładające, że Iran jest marionetką Rosji. Rosja tymczasem wcale nie jest zainteresowana wzrostem potęgi militarnej Iranu, która pozwoliłaby mu promieniować na Kaukaz. Jeszcze w 2015 r przy rozpoczynającej się interwencji Rosji w Syrii, przyjęto rezolucję RB 2231 przeciwko Iranowi i z pewnością nie stanowiło to żadnego przyzwolenia dla zajęcia Syrii przez USA.
    2. Jeżeli odrzucić to jedno nieoparte o jakiekolwiek racjonalne przesłanki wnioskowanie o jakiejś rzekomej zgodzie Putina na przejęcie Syrii przez USA to należy uznać, że to USA wycofało się z ustaleń resetu. W takim ujęciu, po ustabilizowaniu sytuacji w Iraku i Afganistanie, USA po leninowsku zaczęło pchać bagnetem podejmując działania w celu elimacji rosyjskich wpływów i zamknięcia dostępu do akwenów południa na drodzę likwidacji baz dla floty Rosji w Tartus i Sewastopolu na drodze organizacji przewrotów w tych krajach. Wtedy całą narrację o Rosji, która nie wie co to pacta sunt servada należałoby odwrócić o 180 stopni i przyjąc, że reset był tylko mydleniem oczu Rosji, zapewniającym USA czas potrzebny do przygotowania sie do dalszego „rolwania” Rosji, z ich stref wpływu.
    3. Pomijany jest w artykule aspekt możliwości Rosji w czasie, z uwzględnieniem finansowych aspektów kosztów utrzymania reżimu Putina. Spoglądając na wykres: https://pl.investing.com/economic-calendar/russian-central-bank-reserves-(usd)-969 można zobaczyć próg kiedy Rosjanie mają za co przejść do ofensywy. Powstaje pytanie czy w 2009 po spadku rezerw w wyniku wojny z Gruzją albo w 2014 po spadku na skutek Krymu mogli dalej kontynuować agresję, bez ryzyka dla podstaw reżimu Putina?
    4. Biorąc pod uwagę powyższe oraz przyjmując Pańską konwencję, że pomijalna jest wola społeczeństw, to przecież jasne jest, że rację mają rosyjscy nacjonaliści, mówiący, że naiwny Putin dał się omamić Zapadowi. Uwierzył w reset z USA, które potem w wygodnym momencie uderzyło w rosyjskie interesy w Syrii, a później weszło brutalnie z butami do przedpokoju Rosjan na Ukrainie organizując zamach stanu. Czemu Rosjanie w 2014 mogąc pozwolić sobie na co chcą, zamiast zająć całą Ukrainę, zadowolają się Krymem i „zaczepiają” hak na Ukrainie w ramach marionetkowych republik? Znowu potwierdzenie tezy o frajerstwie Putina liczącego na pokojowe dogadanie się z Zapadem. Putin wierzy, że Zapad zapewni dotrzymanie porozumień mińskich, które zapewnią minimum dla Rosji czyli przynajmniej oficjalnie neutralną Ukrainę, ale zdradziecki Zapad zadaje cios w plecy całkowicie sobie je sobie lekceważąc (pacta sunt servanda xD).
    5. Zaznaczam tylko, że nie jestem zwolennikiem twierdzenia, o braku znaczenia woli społeczeństw czy możliwości ich pominięcia przez kraje USA czy Niemcy, ba nawet szerszego konsensu elit co do takiego działania. Pozwalam sobie przyjąć taką konwencję jedynie ze względu na dorozumianą z artykułu tezę, że również my jesteśmy tylko przedmiotem polityki, gdzie USA zmienia sobie administratorów z niemiecko-rosyjskiego PO-PSL na amerykańskich z PiS organizując aferą podsłuchową. Skoro przyjmujemy konwencję, że nie ma znaczenia co chcą Polacy, bo decyduje USA, to oczywiście również Rosjanie patrzą tak na Irak, Libię, Ukrainę czy Syrię (co akurat jest pewne).
    6. Konsekwencją pomijania znaczenia woli społeczeństw jest wadliwe założenie, że możliwe było wcześniejsze przyjęcie Ukrainy do NATO. Podstawowym powodem dla którego trudno byłoby przyjąć Ukrainę do NATO przed 2014 r., był fakt, że była krajem podzielonym, w którym Janukowicz mógł wygrać wybory. Po odpadnięciu Krymu i Donbassu oraz Rosyjskiej agresji zmieniła się demografia wyborcza, między Rosjanami i Ukraińcami, co powoduje, że brak już zagrożenia, że Ukraina będzie jednocześnie rosyjskim koniem trojańskim w NATO.
    7. Innymi słowy zgadzam się, że reset był oczywiście korzystny dla USA, ale twierdzenia, że to Rosjanie go złamali są dyktowane nie logiką, a chęcią przedstawienia Rosji jako niecywilizowanej. Rosja oczywiście jest niecywilizowana, ale to kwestia dotycząca praw człowieka i demokracji. Bez uwzględnienia i przede wszystkim stopniowania tych kwestii rosyjska agresja na Ukrainę jest bardziej usprawiedliwiona niż amerykańska na Irak. Tymczasem istota problemu tkwi właśnie w stopniowaniu tych kwestii. USA oczywiście święte nie są – są po prostu nieporównywalnie lepsze
    pod tym względem dla ludzi żyjących w ich strefie wpływów.
    8. Podstawową różnicę między USA i Rosją stanowi fakt, że USA może (niezbyt mądrze zresztą) obalać bliskowschodnich dyktatorów czy zbombardować autorów Srebrnicy, ale trudno sobie wyobrazić obecnie amerykańską inwazję i okupację jakiegoś demokratycznego kraju poprzedzoną informowaniem własnego społeczeństwa, że to tylko ćwiczenia. Bez odwołania się do znaczenia demokracji i jej wartości oraz poszanowania jej przez władze USA trudno jest wyjaśnić czemu ktoś ma popierać USA. Pomijając ten aspekt pozostaje chyba tylko merkantylne podejście USA, gdzie polityka jest grą o sumie niezerowej i imperialne Rosji, gdzie jest odwrotnie.
    9. Oczywiście nie wspominam, o krajach graniczących z Rosją, gdzie Moskwa jest i pozostanie wrogiem (dla optymistów przynajmniej do czasu rozwoju społeczeństwa obywatelskiego). Po cichu można się jednak zastanawiać, czy wszyscy sąsiedzi nie opierają się jej przede wszystkim dlatego że ich społeczeństwa jednak bardzo nie chcą oligarchów z ciemną przeszłością, z pałacykami budowanymi z pieniędzy koncerów energetycznych, sądów wydających wyroki na żądanie władzy czy propagandowych mediów 24/h. Domyślam się jednak, że dla Pana lepiej w tą kwestię nie wchodzić, bo wyszłoby, że polityka Polski różni się od Orbana tylko z tego powodu, że graniczymy z Rosją.

    1. Pan w swoim wywodzie zapomina o jednym , ludzie na ukrainie chcieli żyć w cywilizacji zachodniej , USA nie zrobiłoby majdanu wbrew milionom ukraińców. Pan zarzuca Wojczalowi że opiera swój wywód na wydumanej umowie o odpuszczeniu Syrii przez Rosjan , twierdząc że nie ma na to dowodów. Co zresztą w świecie polityki jest dość częste, że są tajne aneksy gdy obu stronom zależy żeby ci których one dotyczą o nich nie wiedziały. Logika wywodu Wojczala i dalszy ciąg historii pokazuje że sugestie o istnieniu takiego warunku są uprawnione. Putin i jego polityka jest podręcznikowym przykładem azjatyckiego prowadzenia polityki , tylko siła jest respektowana każdy kompromis to słabość którą natychmiast trzeba wykorzystać

      1. „ludzie na ukrainie chcieli żyć w cywilizacji zachodniej”

        Podobnie jak ludzie w innych krajach Europy Wschodniej.
        Argumentacja gal.anonim11994 nie bierze pod uwagę tzw. woli ludu. Sądze, że USA nie mogliby tak łatwo wywołać majdanu, ani przyjąć Ukrainy do NATO, gdyby Ukraińcy byli w stanie skoczyć w ogień za Putina.
        „Głosowanie nogami” w Europie Środkowo Wschodniej utrudnia (chociaż jak widzimy nie uniemożliwia) prowadzenie imperialnej polityki przez Rosję.

      2. Wcale o tym nie zapominam, piszę o tym w pkt. 6-9. Z kwestią woli ludu trzeba też uważać, bo bez poparcia na wschodzie Ukrainy „rosyjska wiosna”, też nie trwałaby długo.
        Natomiast twierdzenie, że Rosjanie zgodzili się oddać swojego sojusznika i bazę morską w Syrii, w zasadzie za nic jest dla mnie całkowicie niewiarygodne.
        Nie ma rezolucji ONZ w sprawie Iranu, które uzasadniałyby twierdzenie o jakimś dealu zawartym w maju 2011 r. na szczycie i niemal natychmiastowym złamaniu go w 2012
        https://en.wikipedia.org/wiki/List_of_United_Nations_Security_Council_resolutions_concerning_Iran
        Ostatnia rezolucja dot. Iranu przed szczytem przyjęta w czerwcu 2010 r. dotyczyła Irańskiego programu pocisków balistycznych, następne dotycżące panelu ekspertów w sprawie sankcji były corocznie przyjmowane w latach 2011-2014, do zatwierdzenia JCPOA w 2015.
        Iran nie jest marionetką Rosji i Rosja nie jest wcale zainteresowana rozwojem broni nuklearnej czy balistycznej przez Iran, więc w ogóle głosowanie lub nie głosowanie z USA, nie jest dobrym wskaźnikiem dla jakiegokolwiek dealu, co najwyżej aktualnych relacji.
        Moim zdaniem nie doszło do żadnego dealu, a każda ze stron rozumiała inaczej na czym ma polegać „odprężenie”.
        Dla Rosji to niewpychanie się USA na ich podwórko. Rosjanie spokojnie mogli to zrozumieć, jako akceptację przez USA mocarstwowego statusu Rosji i jej strefy wpływów, czego potwierdzeniem było zaprzestanie budowy tarczy antyrakietowej.
        Dla USA odpreżenie to niewracanie do historii, brak zbrojeń skierowanych na kierunku europejskim, ale oczywiście pod warunkiem, że Rosja zacznie zachowywać się w „cywilizowany” sposób i zaprzestania zbrojnych inwazji na inne kraje.
        Jeżeli jednak rzeczywiście jakiś konkretny deal był, to prędzej to USA złamało go udzielając poparcia opozycji w Syrii czy na Ukrainie.

  2. Nie zapominajmy o pewnym istotnym dla nas szczególiku porozumienia z Rosją i Niemcami, które musiało się przecież rysować znacznie wcześniej niż w 2008 – Polskę bez żalu oddano pod władzę opcji niemiecko-rosyjskiej, czy tam lizbońsko-władywostockiej, jak zwał tak zwał, ale w tym kierunku nas prowadzono — acz na wszelki wypadek wszystko pod wiadomym zarządem powierniczym.

    1. Ano był taki szczególik… Na przełomie XX i XXI wieku nasze władze, przy duzym poparciu społecznym, negocjowały warunki wstąpienia Polski do UE, a „naród” zaaprobowal to w referendum w 2003. I tym samym znaleźliśmy się w niemieckiej strefie wpływów – ale nie mówmy że zrobiono to „za naszymi plecami”, wszyscy którzy w 2003 głosowali na „tak” zagłosowali za tym właśnie. To nie jest komentarz tylko stwierdzenie faktu….

      1. Taki większy szczególik, Polacy głosowali w referendum za wejściem do EU , ale nie zapominajmy że przez te 20 lat unia się zmieniła , w niektórych miejscach na gorsze.
        Ludzie myślący i analizujący te przemiany nie muszą ich akceptowac , nie ma obowiązku wciąż jeszcze jest demokracja.
        A co do „niemieckiej strefy wpływów” to właśnie wystawiłeś sobie laurke chłopa pańszczyźnianego. Może ty jesteś w niemieckiej strefie wpływów , większość Polaków na pewno nie;)

        1. Żeby nie zanudzac danymi – coś prostego na poparcie mojego stwierdzenia o przynalezności do stref wpływów: 1/3 polskiego eksportu i 1/5 importu to wymiana z Niemcami (rzecz jasna w obu kategoriach Niemcy są na 1 miejscu), a tu źródło: https://stat.gov.pl/obszary-tematyczne/ceny-handel/handel/obroty-towarowe-handlu-zagranicznego-ogolem-i-wedlug-krajow-w-okresie-styczen-maj-2022-roku,1,118.html
          Oczywiście w 2003 mało kogo to interesowało, wszyscy widzieli tylko „dotacje z Unii” i na nie zagłosowali, zapomnieli tylko sprawdzić kto te pieniądze do budżetu UE wpłacał i wpłaca.
          Dwa dobre powiedzonka na ten temat słyszałem: (1) „Euro jest znacznie skuteczniejsze w podboju Europy niz Wehrmacht” (2) „pieniądze z tzw. wspólnej polityki rolnej to zawoalowana kontrybucja jaką Niemcy płacą na rzecz Francji po przegranej wojnie” 🙂

          1. Wania niech cię głowa nie boli o nasz rozwój, ty się martw raczej tym że w tym roku osiągniecie poziom rozwoju rosji z 1993 ;))
            30 lat poszło się je….ć 😉

  3. Poczytanie tego bloga było dla mnie bardzo pouczające – zarówno z powodu Szanownego Autora, jak i czytelników (nie wiem czy stałych, czy doraźnych, lecz to chyba bez znaczenia).
    W przypadku Autora sprawa jest prosta i była już wielokrotnie podnoszona więc nie będę się rozwodzić – przedstawia On tyle informacji i ciekawych wniosków że naprawdę warto czytać, nawet jeśli ktoś nie zgadza się z Jego poglądami. I – tu ukłon w stronę Autora – publikuje także te komentarze które przedstawiają odmienny niż Jego punkt widzenia. A nasze „wiodące” media internetowe takiej swobody już nie przewidują (np. Wirtualna Polska oraz Onet skasowały możliwość komentowania informacji na temat Ukrainy wiosną 2022; Interia broniła się do końca 2022, ale i ona w końcu założyła totalną cenzurę prewencyjną… Jak dla mnie – ciekawe, biorąc pod uwagę że jakiś czas temu wielu publicystów zachwycało się europejską wolnością słowa stojącą w opozycji do chińskiego „zamordyzmu informacyjnego”…To w jakiej części świata teraz pod tym względem jesteśmy? Chyba znacząco przesunęliśmy sie na wschód :)).
    Natomiast odnosząc się do wymiany zdań którą nawiązałem z kilkoma osobami – no cóż, niestety nadal (mimo że wielokrotnie to mściło się na naszym społeczeństwie) w wielu dyskusjach przeważają emocje a nie analiza danych, a z walki na argumenty szybko przechodzimy do walki na inwektywy. To też ciekawe (choć w ogólnym rozrachunku dobrze nie rokuje…) bo oznacza że zapewne spora część naszych rodaków – mimo że uważa się za samodzielnie myślących – działa zgodnie ze schematem opisanym przez Orwella („Folwark zwierzęcy”): „cztery nogi – dobrze, dwie nogi – źle”, i to im w zupełności wystarczy. Pozwoliłem sobie stwierdzić że Polska pomoc dla Ukrainy jest nadmierna i przekracza możliwości finansowe naszego kraju oraz jest nieodpowiedzialnym osłabianiem naszych zdolności obronnych – i z miejsca zostałem zidentyfikowany jako „ruski agent Wania” :). A po stwierdzeniu że Polska od jakiegoś czasu, zgodnie z życzeniem większości obywateli, pozostaje w strefie wpływów ekonomicznych Niemiec – otrzymałem tytuł „chłopa pańszczyźnianego” :), natomiast kontrargumentów zabrakło.
    Drodzy rodacy (tak, od 5 dekad jestem obywatelem Polski)! Patrząc w TV przypuszczam że spora część ludzi lubi podemonstrować w wielkim tłumie (choć osobiście mam awersję do takich spędów), ale jak np. z manifestacji „wspierajmy Ukrainę” wybieracie się wprost na manifestację „stop inflacji” to zastanówcie się czy to aby nie jest absurd. Jak oddajemy uzbrojenie Ukraińcom, i trzęsąc portkami przed Rosją natychmiast kupujemy nowe, gdzie popadnie, byle dużo, to będzie to dużo kosztować. Rząd zapłaci, a jakże, jak dodrukuje pieniędzy i… będzie inflacja. Albo: jak odetniemy się od tanich surowców z Rosji, to będziemy musieli kupować drogie. Rząd da ludziom zapomogi na węgiel i… będzie inflacja. Firmom nic nie da. Za to będzie musiał wprowadzić urzędowo niskie ceny energii, zmniejszając zyski państwowych spółek, czyli własne dochody. Częsci firm to wystarczy, innym nie, więc podniosą ceny (np. na żywność). W wyniku reakcji na jęki obywateli (vox populi – vox dei) rząd zmniejszy VAT, zmniejszajac swoje dochody. No to budżet się nie domknie, chyba że rząd dodrukuje pieniędzy, i jak to zrobi, to… bingo! Inflacja! Ludzie! „Połączcie kropki” to się Wam cały obrazek ładnie złoży. Mamy to co mamy, bo to skutek NASZYCH decyzji. To my zdecydowaliśmy że nie chcemy ruskiego węgla i gazu, że oddamy Ukrainie co mamy i jeszcze więcej – jak dokupimy, i tak dalej. Nie musieliśmy tego robić (bracia Słowianie mogli to załatwić między sobą bez naszego udziału), ale skoro się wtrąciliśmy i wtrącamy, to nie płaczmy codziennie robiąc zakupy w spożywczym, decyzje mają konsekwencje. A i tak cieszmy się, że możemy bezkarnie podskakiwać Niemcom w sytuacji kiedy duża część naszej gospodarki jest z Niemcami powiązana. W 1939 takie wyskoki skończyły się znacznie gorzej, więc akurat na tym polu nasza sytuacja jest dużo lepsza, nie zostaniemy szybko ukarani za zmianę frontu z proniemieckiego na antyniemiecki. Kończąc podsumuję raz jeszcze dysputy o Ukrainie – uważam że już znacząco przesadziliśmy inwestując w tę wojnę. NIE STAĆ NAS NA TYLE, PRZEINWESTOWALIŚMY. Niezależnie od tego która strona wygra – my przegraliśmy na wiosnę 2022. A jak bardzo nas nie stać na wtrącanie się, to zobaczymy w następnych latach – czego ani sobie ani Wam nie życzę, ale co nieuchronnie nadejdzie.

    1. ale prosze Pana formalnie jest w porzadku, wprawdzie pompujac inflacje okradaja tych co maja oszczednosci, ale redukuja dlug. Na papierze sie zgadza, jest fajnie, zwlaszcza kiedy poupycha sie dlug w innych agencjach i gra.

      Te wojne wygraly USA. Po pierwsze sprzedaz gazu i broni oraz umocnienie statusu USD.
      Te wojne przegrala Rosja, nawet jesli militarnie ja wygra. Moi znajomi Rosjanie przezywaja to – wiesz, moj kraj zabija naszych przyjaciol. Zabija nasze rodziny, bo Ukraina ma czesc obywateli rosyjskich, ktorzy po tym co sie stalo 02/2022 nie chca nigdy identyfikowac sie z RUS.
      Ukraina umie bardzo dobrze w dyplomacje i byloby super, gdyby w PL umieli tak PR.

      Moja znajoma Rosjanka, ktora mieszka w CH i ktora to w Wotkinsku protestowala jako studentka przeciwko Putinowi wstydzi sie bycia Rosjanka – pyta mnie, jak ot mozliwe, by naszych przyjaciol moj kraj traktowal bombami termitowymi czy ostrzeliwal dzielnic emieszkalne.

      Czlowiek radziecki zginie, ale do bledu sie nie przyzna. Dlatego chca za wszelka cene pograzyc cala Europe – stworzyc kryzys uchodzczy i zostawic tam pas spalonej Ziemi. Skoro UA nie bedzie w matuszce rassyji, to bedzie pasem ziemi niczyjej, pochlaniajacym tylko koszty. Skoro nie mozemy wygrac, to dostarczymy smierc i zniszczenie.

      A popatrzmy na Rosje inaczej. Pierwszy producent przenicy na swiecie, zasoby wszystkiego – przy dobrym zarzadzaniu to Szwajcarzy jezdziliby do Rosji na kontrakty, bylaby centrum swiata – jednak nie potrafi i nie chce wykorzystac swoich atutow. Wsrod oligarchow majacych zdefraudowane miliardy ile procent nie ma toalety? Ile procent szkol nie ma toalety a wychodki jakie w PRL w latach 80tych byly?

      Czlowiek radziecki chce sie nie przeciwstawiac wladzy. Geny zostaly zmienione, NKWD przetrzebila myslacych i niepokornych.

      A przeciez tam na Kremlu nie tylko potakiwacze i idioci i widza co sie dzieje. Jesli zwykla Rosjanka mowi – sluchaj, jestesmy i bedziemy przez dziesiatki lat przekleci za to co jest teraz? To co mysli wierchuszka? Pewnie trzyma sie kursu, bo profituje. Potakuj i przytakuj, dalej zajedziesz.

    2. Inflacja jest ceną, którą w tym przypadku musimy zapłacić za niepodległość. Inflacja nie jest winą rządu, a Rosji – to Rosja zaczęła wojnę, której celem jest podbicie strefy dawnego UW – Putin powiedział to dokładnie – cofnięcie się NATO do granic z 1997 roku. Gardłowanie, że powinniśmy zostawić braciom Słowianom (czyli jak sądzę Rosjanom i Ukraińcom) ich własne porachunki to nic innego, jak powtarzanie ruskiej narracji i szerzenie kremlowskiej propagandy – bo przecież Ukraina sama, bez pomocy innych państw, nie oparłaby się Rosji – a wtedy następni bylibyśmy my i Bałtowie. Czyli musimy pomagać Ukrainie dając im broń, części zamienne, amunicję, pomoc humanitarną i tak, przyjmując ich uchodźców, dając im pracę, schronienie i , tak, zapomogi, jak trzeba. I trudno, że to kosztuje. Z pańskiego posta wynika, że nie powinniśmy tego robić, trudno więc nie nazwać Pana Wanią – sam Pan wypisuje tu argumenty za takim siebie nazywaniem. Gardłuje Pan za ruską racją stanu, nie polską, proszę się więc nie dziwić, że tak jest Pan postrzegany. A histerie dotyczące inflacji, będącej niby dziełem rządu napędzają artykuły mediów opozycyjnych, sorry, tak zwanych „wolnych” lub „niezależnych” – ale niestety całkowicie siedzących w kieszeni Niemców, jak pokazała wczorajsza dezinformacja na Onecie i TVN o „pyskówce” nt. cen biletów kolejowych. Kto chciał, to przeczytał dzisiaj na tvp.info prawdziwą wersję, jak to było i kto tam dezinformował. Bo wczoraj na Onecie to była ruska metoda – 40 % prawdy i 60% kłamstwa, z pominięciem niewygodnych dla siebie kwestii. A zbroić się musimy i to w najnowocześniejszy sprzęt, niestety. To musi kosztować. Przed wrześniem 39 minister Kwiatkowski nie wydrenował budżetu na wydatki obronne, czego potem w powojennych wspomnieniach żałował. Należało wydać wszystko co się miało i narobić długów jeszcze, bo to kwestia narodowego przetrwania. Teraz mamy taką samą sytuację, tylko w przeciwieństwie do 39 roku nie musimy walczyć sami (na razie) i na swoim terytorium (na razie). Ciekawe, czy uzna to Pan za walkę na inwektywy czy argumenty, rzetelną analizę czy emocje?

      1. Witam uprzejmie – są argumenty, więc przedstawię kontrargumenty.
        (1) INFLACJA. Inflacja jest winą tego, kto wypuszcza do obiegu pieniądz bez pokrycia. Rosja nie emituje złotówek – robi to polski rząd, więc to jaka jest w Polsce inflacja jest w 100% zależne od działań polskiego rządu. WSZYSTKIE rządy III RP „produkowały” inflację bo KAŻDY uchwalał budżet z deficytem czyli jakims udziałem pieniądza bez pokrycia. Zwalanie winy na COVID (to nie COVID zadecydował o wypłatach licznych zapomóg czyli pieniędzy za pracę która nie została wykonana) czy Rosję (to my wypowiedzieliśmy wojnę gospodarczą Rosji zrywając kontrakty, gardłując za sankcjami oraz decydujac sie na hojne materiałowe wsparcie jednej ze stron konfliktu) jest próbą odwrócenia uwagi od własnej winy (inflacja i tak zaczęłaby nas zżerać wskutek absurdalnie rozdętych acz nieskutecznych programów socjalnych, tyle że wolniej… COVID + wojna na Ukrainie tylko znaczaco przyspieszyły proces). Obecny rząd już kilka lat temu „przegiął”, a potem dostał 2 w.w. strzały znienacka, zareagowal typowo czyli „nie myślmy tylko coś róbmy żeby obywatele widzieli że się staramy” no i „po zawodach”. Nie jestem „uważanym ekonomistą” ale powiedziałbym że obecnie płacimy rachunki za działania z wiosny 2022 (czyli koniec interesów z Rosją), za parę miesięcy przyjdą rachunki za działania obecne (płatności za zamówioną bron która ma załatać dziury po donacjach na rzecz Ukrainy).
        (2) WSPIERANIE UKRAINY. Ja nie twierdzę że powinniśmy się od Ukrainy całkowicie odwrócić, tylko że powinniśmy wyraźnie oddzielić część „humanitarną” od „militarno-rządowej”. Uchodźców należy przyjąć, tymczasowo na krótko zakwaterować i karmić, a potem wyraznie powiedzieć: albo podejmiecie u nas legalną pracę i wtedy pomożemy Wam się u nas zagospodarować, albo jedźcie dalej gdzie chcecie, w UE nie ma granic więc droga wolna. I zamiast dawać 500+ bezwarunkowo – przez jakiś czas dawać takie wsparcie Ukraińcom wychowującym dziecko i pracującym w Polsce. I koniec z czekaniem „na walizkach” aż wojna się skończy, bo może skończyć się za rok albo za 10 lat. Z rządem Ukrainy powinniśmy zawrzeć jedno porozumienie: zgadzamy się na tranzyt broni przez nasze terytorium pod warunkiem że uchylacie przepis o zamknieciu granic dla mężczyzn w wieku poborowym. Wtedy napłynęłoby do nas wiecej kompletnych rodzin (którym byłoby łatwiej się zaaklimatyzować w Polsce) niż samotnych matek z dziećmi, i mielibyśmy mniejsze kłopoty, bo utrzymywaliby się sami zamiast „wisieć” na zapomogach. Jeżeli prawdą jest że Ukraińcy chcą wracać i walczyć, to byłaby prosta wymiana: ci co chcą walczyć wyjeżdżają z Polski, ci co nie chcą – przyjeżdzają wraz z rodzinami i układają sobie życie u nas. Nie pasuje? OK, to niech US Air Force konstruuje most powietrzny do Kijowa, jak dawniej do Berlina Zachodniego, udostępniamy bez ograniczeń przestrzeń powietrzną. Sprawę uzbrojenia można też rozwiązać: oddajemy swój sprzęt jak USA dostarczy nam coś w zamian. Nie mówię że 1:1 bo sprzet amerykański jest lepszy niż posowiecki, niech będzie 1:2, 1:3, 1:4… do uzgodnienia, dotyczy to wszystkiego: broni, amunicji, wszelkiego wyposażenia. Ale jedno nie podlega dyskusji: NAJPIERW sprzęt made in USA pojawia się w Polsce, a dopiero POTEM nasz z kraju wyjeżdża na wschód. Problemy logistyczne? OK, to zamiast sprzetu przelew kasy którą jest wart, kupimy sobie sami jak „największy sojusznik” nie da rady przywieźć, pieniądze można przekazać „od ręki” z USA do Polski, tak samo jak „od ręki” płacą Polacy kupujący na amerykańskim eBayu. Ale niech płaci ten kto NAPRAWDĘ na tej wojnie korzysta i zarabia. Moim zdaniem taka jest Polska racja stanu – najpierw interesy Polski, potem interesy Ukrainy/USA.
        (3) ZAGROŻENIE ZE STRONY ROSJI. Mnóstwo ludzi straszy nas (a celują w tym Ukraińcy i Bałtowie), że po Ukrainie przyjdzie kolej na „pribałtykę” a potem na Polskę. Nie wierzę, z kilku powodów: (1) Rosja nie da rady skutecznie okupować Ukrainy, niezależnie czy bedziemy ją zbroić czy nie. Nawet gdyby wygrała i zajęła całe terytorium (jeśli Rosjanie cudem sforsowaliby Dniepr i utrzymali linie zaopatrzenia), to niby jak kraj ze 140 mln ludności (Rosja) ma skutecznie okupować kraj z 40 mln (Ukraina) wrogiej i w dużej mierze uzbrojonej ludności??? Po II wojnie światowej wojska ZSRR ganiały się z UPA przez dekadę po zachodniej Ukrainie, a dysproporcja sil i środków była znacznie większa – na niekorzyść UPA, to ile to tym razem mogłoby potrwać zlikwidowanie antyrosyjskiej partyzantki? (2) Kto normalny zakłada że Rosja uderzy na Bałtów (czyli NATO) zanim spacyfikuje Ukraine i doprowadzi ją do stanu obecnej Białorusi oraz odtworzy zapasy sprzetu i amunicji??? (3) i jeszcze potem miałaby zaatakowac na innych kierunkach??? No litości…
        No dobra, starczy, bo można by jeszcze długo ale kto by miał to czas i ochotę czytać… Mam nadzieję że uzasadniłem swoje stanowisko – zdecydowanie niechętne płaceniu za obce wojny.

        1. 1. Wojna rosyjsko-ukrainska to nie tylko PL ale całej UE spadła niejako jako prezent. To zbawienie od losu dla nieudolnych europejskich rządów. Owszem, obecny polski jest wyjątkowo nieudolny i lecący tylko na propagandzie sukcesu, ukrywaniu realnego deficytu po BGK, PFR, Agencjach, nawet pieniądze NFZ na leczenie obywateli poszły doraźnie na węgiel ( no a jak wiemy medycyna w PL jest tak super, ze z całego świata do niej się wszyscy pchają na leczenie…). Jestem w stanie sobie wyobrazić ze mimo iz ten rzad w PL jest rządem ekspertów typu Jacek S. to trzeba powiedzieć – Europa robi podobnie. Drukując mamy więcej, można opowiadać bajeczki o skuteczności o likwidacji karuzel etc. czy tez bajeczki o potędze i o tym jak to świat od potęgi pragnie pożyczać a zasoby pieniężne nieprzebrane (tutaj już słynny ekspert z NBP oceniany jako jeden z najgorszych prezesów banku centralnego ale jak wiemy kto tak mówi ten wróg ludu/ruska onuca)

          Jestem w stanie sobie wyobrazić ze.. is fecit cui prodest czyli zrobił ten, kto odnosi z tego korzyść.

          Kto odnosi korzyści z wojny rosyjsko-ukrainskiej?
          1. USA. Po pierwsze eksport broni rośnie, eksport gazu skroplonego rośnie.
          Koledzy demokraci od praw człowieka w Iraku z Blackwater/Academii zarobią odbudowując Ukrainę. Tu nawet nie chodzi o to ze amerykański podatnik może być bardziej w plecy na tym – tak jak był tylko biedniejszy po Iraku i Afganistanie, ale kto miał zarobić ten zarobił. Kogo to obchodzi?!

          Koledzy Donalda Rumsfelda z Halliburtona na Iraku się dorobili. Cały amerykański kompleks militarno-przemysłowy zwiększa swoje przychody i wpływy na każdej operacji dostarczenia demokracji na globie, oczywiście te kalumnie szkalują demokratycznych i szlachetnych amerykanów….
          Tutaj powiedziałabym słowa na które jankesofilom podniosą ciśnienie. Śmiem twierdzić ze sytuacja PL się nie zmieniła od dziesięcioleci – jak ten suchar kawal – daliśmy ZSRR x pociągów węgla, a oni nam y pociągów botów…do podzelowania…. W przypadku USA maja inny lewar…

          Bo widzicie, my wprawdzie jesteśmy supermocarstwo formalnie bankrut, nasz dług wewnętrzny wynosi tyle a tyle, mamy ogromne problemy z jego obsługą i rolowanie, ale Wy macie szczęście być naszymi przyjaciółmi. Wy macie nasze obligacje jako aktywa, podobnie jak Japonia etc. wiec wspomnijmy chociażby o tym, ze agencje ratingowe należna do nas. Nasi polscy przyjaciele, z całej dobroci naszego demokratycznego i prawego nieskalanego amerykańskiego serca radzimy wam wykonywać sumiennie nasze polecenia, bo jeśli nie to nasze agencje wam zmienia rating a wtedy koszty obsługi waszego długu wzrosną ..i wtedy chyba nie macie wątpliwości, ze spadniecie z rowerka… Jak będziecie grzecznie wykonywać polecenia w interesie amerykańskiej racji stanu to kto wie, jakaś fuszka dla syna i córki gdzieś się znajdzie w ramach naszej wdzięczności…..
          Niech żyje wiec wieczna przyjaźń polsko-radziecka/polsko-amerykanska a kto w to bezwarunkowo nie wierzy ten wróg ludu/ruska onuca * – niepotrzebne skreślić wedle aktualnych potrzeb.

          2. Ukrainę trzeba wspierać. Czy bezwarunkowo – polemizowałabym. Nawet tu na forum bodajże autor wspomniał (jeśli się nie mylę czy to K.W.) ze z Ukraina umowy należy podpisywać w chwilach największych słabości.
          Ta pomoc musi być celowa a nie romantyczna ze po…to oni nas będą kochać. Dobre rzeczy zapomina się szybko, wyrządzone zło pamięta się latami. Pomoc dla Ukrainy nie powinna upośledzać funkcjonowania polskiego Państwa i powinna być realizowana zgodnie z polska a nie amerykańską racja stanu. Tu oczywiście dystansujemy sie od romantycznych wizji sojuszy polsko-ukrainskich i jakichś abstraktów trojmorz plus Ukraina bo tym realnie nikt nie jest zainteresowany. Ukraina ma interes w otrzymywaniu pomocy – jej panstwowosc utrzymuje Zachod i to ma trwac jak najdluzej. Zreszta rosyjski agresor w moim odczuciu pragnie zrobic to co zrobil i Adolf w operacji Blitz jak i Barbarossa. Opor brytyjski i poparcie wojny wzroslo po atakach na cywilow, w ZSRR setki tysiecy ludzi chcialo obalenia dyktatury bolszewikow, jednak jak spotkali sie z hitlerowska teoria wyzszosci ras w praktyce to złudzenia prysnęły. Atakujac infrastrukture cywilna w Ukrainie Rosja ma nadzieje na wywolanie kryzysu uchodzczego i humanitarnego – mowi – Europo – sprawdzam ile wytrzymacie.

          Kryzys uderzy w Europe i ten kryzys jest nadzieja na to, ze Europa sie zgodzi na rozbior Ukrainy jak na konferencji monachijskiej zgodnie ze wczesniejsza polityka appeasmentu zgodzono sie na ustepstwa wobec Sudetenlandu. Polityka appeasmentu zostala dobitnie skrytykowana przez Churchilla.

          Amerykanom to wszystko na reke – brak tanich paliw w UE plus kryzys huimanitarny – podporzadkowuje UE na laske i nielaske innych a takze trwale eliminuje rywala gospodarczego. Same wielkie interesy i to za mniej wiecej 3% rocznego budzetu obronnego USA. Taka okazja na rozwalenie UE i RUS za 3% budzetu obronnego moze sie nigdy nie powtorzyc.

          Przypomnijmy tylko jeszcze, ze Ukraina w momencie rozpadu ZSRR miala o wiele wyzszy poziom zycia niz eks-PRL. Co zatem poszlo nie tak?
          Wybudowala sie tam klasa oligarchow przy ktorych polscy oligarchowie to pikus. To w zasadzie taka wersja Rosji.

          Polska racja stanu jest wspieranie ludzi Ukrainy, ale nie wspieranie tamtejszych oligarchow. Bo mafia rosyjska a przede wszystkim solncewska ma wplywy na kremlu i w zasadzie podzial mafia/wladza jest umowny. Czy PL ma placic za awanture demokratow z USA z demokratami z Pekinu mediowana przez demokratow z Moskwy?

          Przypomne jedno zdarzenie codo ktorego panuje pamiec zlotej rybki…
          https://www.rp.pl/swiat/art12730471-ukraina-wybrala-chiny

          1/20 terytorium Ukrainy. Łapówki opłacone a tu cały deal poszedł w diabły…
          Ale nie ma problemu, demokratow z Chin zastapia demokraci z amerykanskiego Blackwater. Co zyska na tym statystyczny obywatel Ukrainy czy Polski ?

          Na miejscu Amerykanow po przejeciu czarnoziemow lobbowalbym o objecie producentow rolnych na Ukrainie unijnymi dotacjami do produkcji rolnej, tak aby Blackwater/Academii dostawala pieniadze polskiego podatnika i aby korporacje w USA mogly zarobic jeszcze wiecej.

          Ad 3. Rosja to nie ZSRR -nie ma mozliwosci zaatakowac NATO, nie ten potencjal, mogla moze w latach 50tych ale nie dzis. Co do okupacji Ukrainy pelna zgoda – i to nawet nie o okupacje militarna chodzi, bo nie maja tylu bandytow z Rossgwardii by to kontrolowac -ale o koszty tejze.

          Bez terroru znanego z czasow CzeKa/NKWD sie nie da a na to nie maja pieniedzy ani ludzi. W sytuacji podbicia UKR militarnie – wystarczylby opor bierny – nie beda w stanie utrzymac gospodarczo swojej zdobyczy.

          Te teze uprawdapadabniaja wszystkie popelnione przez Sowietow bledy – na papierze mial to byc modelowy przewrot na prosowiecki marionetkowy rzad, morale mialo byc zadne, poparci dla ruskiego miru ogromne, mundury defiladowe przygotowane…

          Dlatego teraz jest gra na wyniszczenie, aby przy okazji UE deklarujaca chociazby slowami niemieckiej minister obrony wojne z RUS odczula koszty tegoz poparcia.

          1. Wiele juz tu napisaliśmy, ale to zdanie z Pani tekstu powinno być podsumowaniem całoścIi :”Pomoc dla Ukrainy nie powinna upośledzać funkcjonowania polskiego Państwa i powinna być realizowana zgodnie z polska a nie amerykańską racja stanu”. TAK. Jako obywatel III RP grzecznie płacący podatki i wszelkie inne daniny które III RP narzuca marzę aby tak było, ale niestety obecny rząd III RP ma w d***e obywateli III RP – zdecydowanie bardziej troszczy się o obywateli byłej USRR i opinię nadzorców z sojuszniczego USA.

          2. Dobry artukuł Pani znalazła (z roku 2013).
            Pozwolę sobie zacytować z niego mały fragment: „Chińskiej Republice Ludowej zostanie przekazane około 3 mln hektarów ziemi w obwodach Dniepropietrowskim i Chersonskim oraz wydzierżawione na 50 lat będą grunty na Krymie – podaje ukraińska informacyjna agencja Unian. Mają tam powstać zakłady przetwarzające węgiel dla stacji elektrycznych. Dzięki temu Ukraińcy chcą zmniejszyć zależność od drogich rosyjskich surowców.”
            Do tej pory myślałem że inwazja na Ukrainę to akcja anty-USA, a wychodzi na to że w ten sposób Rosja próbuje zneutralizować dwóch wrogów naraz… Jeśli tak, to nie dziwi rosyjska zajadłość w atakowaniu Ukrainy.

        2. Ad1) – Polska gospodarka nie jest izolowaną, oddzielną wyspą bez związku ze światową gospodarką i polityką. Ludzie, rządy, firmy etc reagują jak reagują – bp sa ludźmi, niee maszynami, mają swoje obawy i chca się zabezpieczyć w niepewnych czasach. Na wszystko wpływają ceny energii, a te poszybowały w górę a) ze względy na eco plitykę starej UE, głównie Niemiec i negowanie tanich ropy, węgla i atomu i ogromne inwestycje w OZE b) agresję Rosji na Ukrainę – argument że nie drukuje ona zlotówek jest bez sensu – patrz wstęp do ad 1. Życie to nie tylko eknomia, to również, a przede wszystkim polityka.
          Ad 2) – Tylko, że tak własnie było, jak Pan pisze – dość szybko skończyły się zpaomogi, ci zostalai pracują, i to pracują dobrze i wiecej generują wpływów do budżetu, ZUS, NFZ niż ich rząd RP na nich wydaje wydaje. Wystarczy sięgnąć do statystyk, pod warunkiem oczywiście, że się nie wietrzy wszędzie konspiracyjnych teorii i spisków. Trudno oczekeiwać od kraju walczącego fizycznie o przetrwanie na polu walki, że będzie wypuszczał poborowych – to jest kolejny propagandowy kawałek wyjęty z narracji Kremla – i jak tu nie nazywać Pana Wanią? Przecież uprawia Pan ruską propagandę i sieje ich dezinformację. Sam Pan zarabia na ten przydomek. Jakby w IIWW kazać Wlk Brytanii płacić gotówką za dostawy z US, to wojna skończyłaby się jeszcze przed 7 grudnia 41, bo Imperium było bankrutem już w połowie 1941 roku i wygraliby źli chłopcy – Hitler i Stalin i mielibyśmy rok 1984, jak już tu wcześniej pisałem. Ukraina sama bez pomocy, nie oprze się Rosji.
          Ad3) – Wojna w Ukr nie jest obcą wojną. Jest wojną o naszą neipodległość, a Rosja jest zagrożeniem i jak tylko jej pozwolić to będzie okupować i Prybałtykę i nas. Jak nei okupować, to uzaleznic politycznie i ekonomicznie. teraz zostaje im tylko opcja siłowa, bo polityczna upadła w 2014 roku, a energetyczna w 2022. Rosja carska tez była niewydolna i nieefektywna, a podbiła pół Europy, podobnie jak ROsja sowiecka, jeśli tylko Putinowi na to pozwolić, to zrobi to samo. Jak sie nei przeciwstawimy muna Ukr, to to zrobi.
          Pański punkt 3 to też czysta propaganda rosyjska. Trudnie nie nazywać Pani Wanią, skoro argumentuje Pan za ruską, nie polską racją stanu.
          Zaczyna Pan powoli powtarzać swoje argumenty. W (3) nie napisał Pan nic nowego, niż wcześniej, a co do (1) i (2) myli się Pan.

          1. Ad.1.
            Wszystkie gospodarki są mniej lub bardziej ze sobą połączone, ale wpływ na wartość pieniądza ma ten kto go emituje. Jak przesadzi z emisją, pieniądz staje się bezwartościowy. Gdybysmy byli w strefie euro – moglibysmy zrzucać wine za spadek wartości waluty na „tę niedobrą Brukselę”, ale dopóki posługujemy się złotówkami – o wielkości inflacji i wartości naszej waluty decyduje WYŁĄCZNIE nasz rząd i związane z nim KRAJOWE instytucje.
            Ad.2.
            Jesienią nasze media (zarówno pro jak i antyrządowe) pełne były newsów pt. „Rosja zamkneła granicę dla poborowych, co za średniowiecze i pogarda dla ludzi, no ale to przecież Azja…”, przechodząc do porządku dziennego nad tym że Ukraina aspirująca do UE zrobiła to pół roku wcześniej 🙂
            Nie zamierzam wdawać się w dyskusję na temat tego jaka jest przewaga uczestnictwa w wojnie obronnej nad uczestnictwem w wojnie napastniczej (bo jej nie widzę) – chciałbym tylko stwierdzić, że moim zdaniem KAŻDY rząd który ZMUSZA ludzi do wstąpienia do armii (czyli stosuje POWSZECHNY POBÓR) jest rządem traktujacym swoich obywateli jak bydło i mięso armatnie. I nie jest godzien aby w jego imieniu ginąć. Dopóki walczą żołnierze zawodowi, ochotnicy, najemnicy – OK, niech się zabijają (robia to dobrowolnie, jak dla mnie wszystko jedno czy z podudek ideologicznych czy ekonomicznych), byle jak najdalej od obszarów zamieszkanych przez cywili którzy nie chcą brać w tym udziału (no a raczej nie chcą skoro się dobrowolnie nie zgłosili do armii, nieprawdaż?).
            A co do USA i Wielkiej Brytanii podczas II w św – na początek proszę poczytać o transakcji „niszczyciele za bazy”, potem co USA zrobiło z planem Churchilla dotyczacym inwazji na Bałkany, i tak dalej… USA nie zażądały pieniędzy z tej prostej przyczyny że miały ich nadmiar, Anglicy – jak Pan/Pani słusznie zauważył/a – byli bankrutami. Ale nie oznacza to że sprzęt był prezentem, o nie… Amerykanie przejęli coś znacznie cenniejszego – brytyjskie strefy wpływów na kilku kontynentach. I trzymają je do dziś 🙂 to jest ich zysk za kasę zainwestowaną w II wojne światową (+ oczywiście narzucona wszystkim waluta rozliczeniowa w postaci USD).
            Ad. 3.
            No cóż, powtórze po raz kolejny: Rosja nie wysunęła przeciw Polsce żadnych roszczeń. Owszem, Putin wspominał że „NATO powinno sie cofnąć”, ale jest to oczywiście żądanie absurdalne (jak NATO kogos usunie to tym samym zaneguje sens swojego istnienia). Zapewne wysunięte w kontrze dla równie absurdalnego oświadczenia „Ukraina zostanie przyjęta do NATO”. W negocjacjach strony zawsze stawiają żądania „na zapas”, żeby było z czego „stargować”. I po takim wstępie teraz można ubic interes: Rosja zrezygnuje z domagania się aby NATO usunęło ze swoich szeregów kilka krajów byłego Układu Warszawskiego, a NATO zadeklaruje że nie przyjmie Ukrainy, i jest „deal”. Nie teraz, Rosja i Ukraina musza się jeszcze wykrwawić, i Rosja i NATO przetestują na Ukrainie rozmaite rodzaje broni, i na jakiś czas będzie spokój. Niezależnie od tego ile pieniędzy Polska właduje w tę „czarną dziurę”. A skoro tak – po co w nią ładować???

          2. @z_okolic_Lublina
            Co do punktu 3go nie zgodzę się, nie mamy żadnych dowodów i spekulujemy bardziej niż zwykle.
            To ze nie wysunął żadnych roszczeń ani zadań wobec PL to nic nie znaczy. Zawsze można użyć trybu przypuszczającego albo pewnego triku – jeszcze nie wysunął.

            On zna tylko język przemocy i brutalnej siły. Jak w NRD wybuchły protesty krotko przed upadkiem muru to nasz wspomniany car był na placówce dyplomatycznej w Lipsku jako radziecki nielegal z KGB i sugerował zdławienie tychże protestów na modo Budapesztu.
            Użyjmy analogii z historii.

            Brak reakcji onieśmiela. Francja nie zareagowała na remilitaryzacje Nadrenii. Nie zareagowano na Anschluss Austrii do Rzeszy, następnym roszczeniem był Sudetenland. Dajmy mu czego chce, to się uspokoi i odczepi, nie chcemy przecież problemów. No i Konferencja Monachijska, polityka ustępstw.
            A potem – Litwa – na mocy umowy zawartej nad ranem 23 marca 1939 między Rzeszą Niemiecką a Litwą okreg Klajpedy włączono do Rzeszy.

            To ze dzis nie wysuwa nie znaczy ze zawsze tak bedzie. Dzis nie ma potencjalu, ale myslac w sposob radziecki – odbudowujemy imperium, demografie mamy inna i – hajze, tam jest wladza radziecka gdzie zolnierz radziecki postawil chocby raz swoja noge jak pisze Wiktor Suworow. Mentalnosc radziecka jest inna, czesc tamtego betonu zostala ze sposobem myslenia z czasow radzieckich, sojuza i chca ten mit realizowac bo innego nie wybiora. Zreszta czesc elektoratu tychze – chatka na odludziu bez biezacej wody, dach zalamany, wychodek z desek ale Rossija musi byc mocarstwem, musza sie bac i …chocbym kartoszkow nie jadal musza sie nas bac… czesc populacji ma imperialne tesknoty i traume po rozpadze ZSRR i oni inwazje popra. Oni ciagle mimo uplywu dziesiatek lat tym zyja…

            Rosja powoluje sie historycznie na postanowienia konferencji dwa plus cztery a tam jest taki punkt – Na terenie po NRD nie mogą stacjonować wojska NATO oraz nie można umieszczać tam rakiet ani broni jądrowej. Co to znaczy stacjonować? Trwale/rotacyjnie?

            Pamietajmy, ze Ukraina w kulturze rosyjskiej jest traktowana jako swoja czesc i jako ich wylaczna strefa wplywow. Morale rosyjskie jest niskie, bo o co oni walcza? Tam wiekszosc ma przyjaciol i znajomych i to nie jest takie proste.

            Jak mawia moj znajomy Ukrainiec – jedyne co jest pewne to to, ze za awanture oligarchow i bandytow umieraja niewinni ludzie, oraz ze inni oligarchowie robia na tej smierci pieniadze. On sam stara sie nie oskarzac ani jednych ani drugich.

        3. Czyli, że powinniśmy zmuszać Ukrainę, żeby puszczała rekruta pod groźbą zaprzestania dostaw broni, bo Rosjanie nie dadzą rady „sforsować Dniepru”. A długo im zajmie forsowanie granicy ukraińsko-białoruskej bez wsparcia dla Ukrainy? Rozumiem, że pozytywnym wariantem klęski militarnej Ukrainy jest długotrwała wojna partyzancka
          i przekształcenie naszej granicy w w odpowiednik granicy afgańsko-pakistańskiej z lat 80. W negatywnym możemy po prostu czekać 10-15 lat, aż Rosjanie spacyfikują Ukraińców, jak to zrobili ze wszystkimi krajami Europy Środkowo-Wschodniej po II wojnie światowej , odbudują zapasy broni, a potem postanowią odzyskać Narwę, korzystając z rekruta z Odessy, Charkowa, Kijowa i Sum i to akurat wtedy gdy USA będzie walczyć o Tajwan? Brzmi jak bardzo rozsądny plan działania, mniej więcej na poziomie mitycznego strusia. No chyba, że komuś lekarze wyznaczyli już termin i nie ma dzieci. Wtedy faktycznie mocno poobijane rosyjskie wojska na całej granicy wschodniej mogą nie przeszkadzać.

          1. Jak napisałem gdzieś wyżej, uważam że gonienie na front ludzi którzy walczyć nie chcą jest objawem totalitaryzmu państwowego, i pod tym względem nie widzę różnicy między rządem Rosji a rządem Ukrainy, poza tą drobnostką że rzad Ukrainy zastosował tę zagrywkę pół roku wcześniej. Niestety brak mi danych dotyczących tego jaki procent ludności Rosji i Ukrainy stanowią poborowi przymusowo wcieleni do obu armii, więc uchylę się od komentarza na temat tego kto intensywniej przerabia społeczeństwo swojego kraju na mięso armatnie.
            Co za tym idzie, uważam że gdybyśmy wymogli na Ukrainie anulowanie zakazu wyjazdu potencjalnych poborowych (pod groźbą zatrzymania podarunków oraz tranzytu broni drogą lądową przez nasz kraj), to korzyści byłoby kilka: (a) wielu Ukraińców uratowałoby życie, (b) gdyby przyjeżdżali z rodzinami – całym rodzinom byłoby łatwiej się zaaklimatyzować, (c) oszczędzilibyśmy jakąś pulę „pieniędzy zasiłkowych” oraz (d) dowiedzielibyśmy się wreszcie, jak wielu Ukraińców jest gotowych dobrowolnie walczyć za rząd p. Zełeńskiego (a co za tym idzie – komu tak naprawdę pomagamy – walczącej o „ukraińskość” większości czy mniejszości terroryzującej zbrojnie większość?).
            Zaś co do wyniku wojny – cóż, nie kibicuję żadnej ze stron. Obstawiałbym że wojna „zatnie się” gdzieś bez zdecydowanego rozstrzygnięcia, przy czym uważam że „najlepsza” byłaby linia Dniepru. To solidna przeszkoda naturalna, sforsowanie wymagałoby dużej operacji desantowej na którą żadna ze stron się nie porwie, więc taka sytuacja mogłaby ostudzić zapał do wzajemnego wyrzynania się obserwowanego obecnie w Donbasie. I może w takich warunkach doczekamy wyborów w naszym kraju, oraz jakiejś korekty rządu w kierunku takiego, który uczciwie powie Polakom ile na cudze wojny wydajemy, na co za te pieniądze liczymy, co uzyskaliśmy – i czy w zwiazku z tym sie to opłaca czy nie. Bo jak na razie nie widzę jakichś konkretów poza „musimy wspierać do końca wojny, a ten anstąpi niebawem”. Uprzejmie przypominam że tę „śpiewkę” słyszymy od 3 kwartałów – i gdzie to „niebawem”?

          2. Aha. Pobór to wiadomo totalityryzm, trochę mniejszy niż podatki, ale niewiele. Muszę o to zapytać, to dużo zna Pan wojen po 1793, w których brali udział sami ochotnicy i profesjonaliści? Faktycznie jak tam Pana słucham to wydaje się, że obiektywnie rozsądnym rozwiazaniem było dopuścić do wygrania przez Hitlera wojny, zamiast realizować obrzydliwy pomysł poboru żołnierza.
            Po co mielibyśmy się dowiadywać jak dużo Ukraińców chce walczyć za Ukrainę? A jak np. większość wcale nie chce i wolałaby razem z Rosjanami ruszać na Warszawę?
            Niech się Pan nie obrazi, ale musi Pan zrozumieć, że nikt normalny w tym kraju nie uzna, że należy przestać wspierać Ukraińców, bo Pan stawia, że Rosjanie postanowią się zatrzymać na Dnieprze. Dopóki zatem władzę w tym kraju sprawują ludzie mający cień instynktu samozachowawczego, to będziemy wspierać Ukraińców tak długo jak powstrzymają Rosję lub umrze ostatni Ukrainiec chcący to robić.

    3. Dyskusji nie ma w mediach, bo każdy kto ma chociaż minimalnie rozumu, przyzwoitości i patriotyzmu wie, że z punktu widzenia polskiej racji stanu, wsparcie dla Ukrainy musi być w zasadzie nieograniczone. Klęska Ukrainy i jej wchłonięcie przez Rosję, to byłaby dla Państwa Polskiego największa geopolityczna tragedia od czasów rozbiorów, a dla Polaków od czasów II wojny światowej. Umiarkowana przegrana UA bez trwałego pokoju, powoduje jedynie przełożenie zabawy na przyszłość, gdy jedyna siła mogąca powstrzymać Rosję, może być już dawno na Pacyfiku.
      Innymi słowy albo godzimy się z naszą doktryną containment i jej kosztami albo godzimy się, że wkrótce będziemy musieli zacząć przypominać stylem życia wschodniego sąsiada i wrócimy do roli protektoratu. Liczenie, że Rosjanie zadowolą się Ukrainą, to naiwność owcy, umawiającej się z wilkiem, że ten zje tylko jej koleżankę. Jednocześne jak widać Niemcy dość słabo nadają się do roli wykidajły ochroniajacej swój biznes. Pytanie zatem nie jest takie ile warto wydać dziś, dla obrony Ukrainy, ale ile warto wydać, żeby mieć pewność, że za 20-30 lat, Lublin nie wyglądał jak Mariupol. Bo chyba nikt nie ma wątpliwości, że nasi rodacy zachowaliby rozum i skapitulowali przed Rosją, bez wsparcia USA? Logiczą konsekwencją jest zatem, że należy zapewnić na rzecz Ukrainie wszystko co możliwe, co doprowadzi do otwartej wojny z Rosją. Równie dla mnie jasne, że nikt w gazetach nie pisze ile kosztuje wojna i jak bardzo na tym cierpimy. Na takie rozważania jest czas po wojnie, a nie w trakcie.
      Stąd polskie media, są na takiej samej wojnie jak ukraińskie. W końcu każdy kto ma cień rozsądku wie, że to nasza wojna, a jak Ukraina ją przegra, to będziemy następni w kolejce gazu. Dodajmy w takiej, w której strażnikami będą nowi Rosjanie z Kijowa. A biorąc to pod uwagę, jeśli nie uda się zapewnić Ukraińcom wygranej, to dalej pustynia zniszczonych miast między nami a ruskim mirem na głowie Rosjan, to dla nas lepszy deal niż rekruci rosyjskiej armii z Kijowa, Odessy i Lwowa na naszej granicy, czy w bardziej pozytywnej wersji partyzanci z Lwowa za granicą przypominającą pakistańsko-afgańską z lat 80.
      Podstawowym powodem dla którego nie ma pola do dyskusji co jest rozsądne, jest zresztą to, że Niemcy w niczym nie przypominają tych z 1939 r. i nie musimy się rozważać które okupacja czy prawdziwy protektorat jest lepszy w dającej się przewidzieć przyszłości. Niemcy nic nam nie zrobią, bo militarnie rozwiązania z ich strony są niewyobrażalne w każdym aspekcie, a ekonomicznie to jakby strzelali sobie w nogę. Oczywiście tak jak Niemcy również nasza gospodarka dostanie mocne uderzenie. Całkowicie inną kwestią jest też to, że spora część głośnej polityki zagranicznej wobec Niemiec, prowadzona jest na użytek wewnętrzny i oczywiście ona nie jest zbyt mądra. Ale powiedzmy sobie szczerze, Niemcy raczej nie prowadzą polityki zagraniczej opartej o dumę narodową tylko o biznesy, więc wątpie żeby się to jakoś bardzo przełożyło.

      1. Mylisz się co do Niemiec, niemiecką racją stanu jest brak silnej Polski (lub Polski w ogóle) i oni mają to w genach. To jest dziedziczone przez pokolenia, kiedyś jawne, dziś podskórne i polegające głównie na pogardzie i niechęci, ale tam nigdy nie została (jak u nas przez zabory, wojny i komunizm) przerwana sztafeta pokoleń elit od Brandenburów i Krzyżaków przez Prusaków i Bismarcków aż po dziś dzień. Hitler był Austriakiem, który początkowo próbował się z IIRP dogadać, jednak wystarczyło mu odmówić i w Niemcach natychmiast wybuchła potworna antypolskość i chęć do zbrodni, a listy do rozstrzelań w Intelligenz i AB Aktion okazało się, że mieli już przygotowane od lat. Na dogodny moment.
        Ale przykładem choćby także ich odwieczna antypolska retoryka, zaborom to byliśmy sami winni, bo nie potrafiliśmy się rządzić, Polska to brud, smród i ubóstwo oraz Polnische Wirtschaft i złodzieje – kiedy nie ma w historii większych grabieżców niż Niemcy, (a drudzy Rosjanie), zaś nam wystarczy dać jedną, dwie dekady spokoju i widać jak od razu Polska ładnie i szybciej niż Niemcy potrafi się rozwijać.
        Więcej niż połowa złych opinii o Polakach na Zachodzie to efekt wielowiekowej niem. propagandy. Całkowicie przemyślanej i celowej – a to działa zawsze w obie strony, więc również kształtującej „od zawsze” umysły niem. elit.

      2. Dodajmy jeszcze, bo lemingom to często umyka, że jednocześnie Niemcom nie przeszkadza ani trochę prawdziwy brud, smród i prymityw oraz zło w Rosji; przeciwnie, Rosję kochają, wybaczają potworność i ciągną Nordstreamy od zbrodniarzy, gdy Polskę poprzez UE obcinają i prześladują za byle co. To jest tak wyraźne, że nie wiem jak trzeba być zaślepionym żeby nie widzieć.
        Nawet Litwinom, nawet głupim Węgrom wolno dużo więcej i za posunięcia znacznie ostrzejsze niż Polska dostawały przez lata głównie grożenie paluszkiem – bo to odwieczny germański sojusznik na Bałkanach. Za to nam nie wolno pisnąć, a już tym bardziej rządzić się jak chcemy.

        1. ale to kompletna abstrakcja. Możemy rządzić się jak chcemy. Tylko potem jeden wielki płacz, ze – znowu wszyscy winni i nam źle.

          Znowu żeśmy ofiary i Ci źli czyhający na polskość inni. Kali ukraść krowę geopolitycznie to wspaniale a Kalemu ukraść krowę to źle.
          W 1768 roku w Barze na Podolu szlachta zawiązała konfederację dla obrony niepodległości, wiary katolickiej i przywilejów. No ale skutków nie przewidziano. Poland stronk. No i konsekwencje były jakie były, ale to cytując klasyka inni szatani czynni.

          Brak wyczucia realiów się mści. Romantyczne podejście w konfrontacji z twarda rzeczywistością się mści. A dziś? Marzenia o romantycznych sojuszach polsko-ukrainskich, Trojmorzach pod przywództwem Warszawy – gdzie taka Ukraina otwarcie deklaruje ze po wojnie ona będzie decydować i będzie silą wiodąca ( a patrząc na ich PRowe sukcesy to nie mam wątpliwości ze maja ogromne szanse bo wiedza jak się gra i porusza na salonach Europy czy USA) i wcale się nie zdziwię, jak po wojnie – Ukrainę odbudują niemieckie i francuskie firma a PL zapłaci rachunek nie dostając nawet roli podwykonawcy ani ochłapów ze stołu. Zwłaszcza ze Ukrainę ma według amerykańskich planów wobec niej odbudować Blackwater (sic!) no to pewnie zrzutka obywateli UE na odbudowę i dalej – kolejność dziobania.

          W polityce liczy się siła ekonomiczna i inne umiejętności a nie jakieś tam słóweczka i deklaracje.

          1. Ale kobieto, o czym ty mi piszesz, o Konfederacji barskiej i kłopotach z Ukrainą, kiedy ja o Niemcach i prześladowaniu Polski w UE odkąd wybory przegrała opcja niemiecka i wygrało nielewactwo.

            Gdzie Krym, gdzie „Moskwa”?

          2. Zrozumienie kontekstu się kłania. Po pierwsze jakie nielewactwo?
            Ideowo to są bardziej socjalistyczni niż czerwoni kiedykolwiek byli i socjalizmu nigdy za wiele, wiec – patrząc na ich dokonania skrajna lewica teokratyczna, a i czerwonych towarzyszy z PZPR w strukturach tam multum ( Towarzysz Piotrowicz, Jasiński, Czabański oraz multum innych) , aby rdzeń ideowy tworzyć. Gotowi na nowy PRL 2.0 wiec ? Zresztą to robią patrząc na budowę partyjnej oligarchii przypominającą te z Rosji – metody dokładnie te same. Orbanizacja i Putinizacja gospodarki i Panstwa trwa w najlepsze.
            To i tak nie ma znaczenia, bo ktokolwiek byłby u steru to i tak jest od wykonywania poleceń tych którzy je wydaja, reszta to teatrzyk dla mas. PL jest przedmiotem a nie samodzielnym podmiotem i może tyle, na ile hegemon pozwoli.

            Temat jednak dotyczy czego innego i pozostańmy na tym.

      3. Szanowny Panie Galu
        W Pana wypowiedzi widzę pewne „rozdwojenie jaźni” – z jednej strony twierdzi Pan że nie chce Pan aby Polska przypominała Rosję, a z drugiej przyklaskuje Pan sytuacji w której władza nie informuje obywateli o kosztach ponoszonych przez nich w wyniku działań władzy. To tak ma działać demokratyczna kontrola społeczeństwa nad władzą? Budzetem? Armią? Polityką zagraniczną??? Litości…
        Pisze Pan także że „polskie media są na takiej samej wojnie jak ukraińskie”. TAK, to NIESTETY prawda, z polskich mediów „leje się wiadrami” ukraińska propaganda wojenna (dośc prymitywna zresztą, bo jeżeli – jak od dawna twierdzą nasze media – od lutego 2022 Ukraińcy co dzień gromią Rosjan, zniszczyli albo odebrali im cały sprzęt, zabili wszystkich zawodowych wojskowych łącznie z generalicją, zestrzelili prawie wszystkie rakiety i samoloty, rosyjscy poborowi to debile którzy nie chcą walczyć a rosyjska armia jest głodna, obdarta i zamiast strzelać wyłącznie kradnie i tak dalej… – to dlaczego Rosjanie nadal są na Ukrainie a Ukraina coraz natarczywiej żebrze o broń i pieniądze???). Powszechna obecność ukraińskiej propagandy w Polsce mnie nie dziwi bo jeżeli z jednej strony mamy TVP rządu wchodzącego USA „bez wazeliny” (wiadomo gdzie), a z drugiej TNV amerykańskiego koncernu Discovery to czego innego się spodziewać, ale jednak żal nieco że kraj który ma 40 mln obywateli nie posiada mediów reprezentujacych własny, polski interes narodowy.
        Na koniec – też bym nie chciał aby „Lublin wyglądał jak Mariupol” bo to dość blisko mojego miejsca zamieszkania. Wolałbym raczej – jeśli już musiałoby dojść do wojny NATO-Rosja – żeby wyglądał tak jak ukraińskie miejscowości miedzy Krymem a Chersoniem przez które Rosjanie przejechali – i pojechali dalej, a my nawet nie wiemy jak się te miasta nazywają, bo nie widzieliśmy ich w TV w postaci gigantycznych gruzowisk czy pól porytych lejami wybuchów.
        Ale nie wierzę że do inwazji Rosji na Polskę dojdzie – bo teraz po raz pierwszy może nam przydać się na coś Ukraiński nacjonalizm, który jak wiadomo powstał razem z OUN i UPA na ziemiach położonych na zachód od Dniepru. Nie zamierzam „wykopywać trupów” sprzed kilkudziesięciu lat i wracać do spraw Wołynia, Galicji Wschodniej, Akcji „Wisła” i tak dalej, te bilanse już zrobili liczni historycy, wystarczy poczytać. Po prostu stawiam tezę która brzmi: „liczba ukraińskich nacjonalistów jest na zachód od Dniepru wielokrotnie wyższa niż na wschod od niego”, a to moim zdaniem oznacza że w razie przeniesienia działań wojennych na zachód od Dniepru opór ukraiński będzie rósł. Wcale nie musimy go „podpompowywać” pieniędzmi, sprzętem, czymkolwiek – on będzie coraz bardziej fanatyczny z uwagi na uwarunkowania społeczno-historyczne, więc niepotrzebnie marnujemy skąpe siły i środki naszego kraju – one są potrzebne u nas. Czy fanatyzm bojowy ukraińskich nacjonalistów dojdzie do poziomu zaprezentowanego kiedys przez Japończyków np. na Okinawie? A któż to wie… Ale Rosjanie się na nim „zatną” tak jak Amerykanie „zacięli się” na oporze afgańskich górali, dlatego – mimo niewielkiej odległości jaka dzieli mnie od granicy z Ukrainą – śpię spokojnie, czego i Panu życzę. A jedyne co mnie niepokoi to bezrefleksyjne niszczenie polskiego budżetu przez miłościwie nam panujących – rzekomo będących naszymi reprezentantami i działajacymi w naszym interesie.
        PS.
        I nie mówmy proszę że „ukraiński nacjonalizm nie istnieje”. Istnieje, ma się dobrze, i jest kontunuacją tego który rozwinął się bujnie podczas II wojny światowej. Dowody? Na zdjęciach które można znaleźć nawet w naszych ocenzurowanych mediach. Policzmy ile jest na nich czarno-czerwonych flag… Niekiedy więcej niż żółto-niebieskich.

        1. 1. Nie bardzo rozumiem co w tym dziwnego. Nigdy nie słyszałem, żeby nawet najbardziej demokratyczne kraje w ramach jawności ujawniały tajemnice wojskowe. Dane o pomocy cywilnej są jawne, a że nikt się tym nie chwili to inna rzecz i też zresztą oczywista.
          2. Nie przeczę, że mnie poziom propagandy w polskich mediach jest męczący, to po prostu nieunikniony rezultat faktu, że obrona Ukraina leży w najbardziej oczywistym interesie narodowym, więc nie bardzo rozumiem jakie inne interesy miałyby reprezentować media. Choć po Pańskich wpisach mogę się domyślić jakie ma Pan oczekiwania.
          3. Jeżeli w istocie docelowym losem Lublina jakim jest Pan zainteresowany bezproblemowa okupacja rosyjska, to faktycznie trudno się dziwić, że przeszkadza Panu wspieranie Ukrainy. Natomiast patrząc na historię trudno liczyć, że w naszym narodzie wreszcie zwycięży rozsądek i w razie braku szans, nie będziemy toczyć walki o każdą kamienice w beznadziejnej wojnie obronnej.
          4. Ukraiński nacjonalizm oczywiście istnieje i to dla nas wspaniała wiadomość, bo od czasu kiedy zarzuciliśmy pomysł zbierania przez Polskę ziem ruskich oraz doszło do przesiedlenia większości pozostałych na Kresach Polaków, każdy żywioł nacjonalistyczny między Moskwą a Bugiem jest w naszym żywotnym interesie narodowym. A Ukraińcy nie uciekają z Bakmutu czy Hulajpola, więc nie wiem, co miałoby zmienić przeniesienie walk za Dniepr, poza zmniejszeniem liczby ludzi jakich Ukraina może powołać pod broń. Bez sprzętu wojskowego i podtrzymywania funkcjonowania Ukrainy ze strony Zachodu przegrana w wojnie z Rosją jest oczywistością.
          5. Wiara, że Rosjanie nie są w stanie okupować zachodniej Ukrainy w razie upadku państwa ukraińskiego i przy braku wspierania przez nas wojny partyzanckiej, jest oczywistą naiwnością. Nie ma żadnego powodu dla którego Rosjanie nie mieliby stworzyć kolejnego Bieruta, Kadara, Husaka czy Kadyrowa i rękami kolaborantów wybierać nacjonalistów z obozów filtracyjnych. Potrafili przez 50 lat okupować całą europę środkowo-wschodnią, to raczej nie zapomnieli już jak się to robi, czego najlepszym przykładem jest Czeczenia.
          6. Oczywiście w razie wsparcia partyzantki z naszej strony mogło by być im ciężko, ale jak rozumiem nie po to mieliśmy dziś zostawić Ukraińców na pożarcie, żeby zacząć ich wspierać jak już przegrali. Wsparcie partyzantki na Ukrainie jest rzecz jasna równie oczywistą koniecznością co wspieranie Ukrainy dziś, jednak byłoby niepomiernie bardziej ryzykowne i wiązałoby się zapewne z bezpośrednimi walkami z Rosjanami na poziomie uczestnictwa Pakistanu w wojnie afgańskiej.
          7. Nawet gdyby Rosja rzeczywiście zdecydowała się zachować lewobrzeżną Ukrainę i uznała to zakończenie problemu, oznaczałaby dla nas jedynie, że czas na Narwę i korytarz kalingradzki.

          1. W pewnych kwestiach przyznam Panu rację, choc oczywiście w wielu nadal znacząco się różnimy.
            Zacznijmy od podobieństw – napisał Pan „patrząc na historię trudno liczyć, że w naszym narodzie wreszcie zwycięży rozsądek i w razie braku szans, nie będziemy toczyć walki o każdą kamienice w beznadziejnej wojnie obronnej”. Obawiam się że to prawda, przy czym dorzucę swoje: to co robimy obecnie też jest tego objawem. Na razie niszczymy sie ekonomicznie bardziej niż powinniśmy w tej sytuacji, ale cóż… Widać jeszcze zbyt mało razy nasi przodkowie oberwali w wojnach i powstaniach, nadal chcemy ich naśladować. Choć jest pewne „światełko w tunelu” – na wieść o inwazji Rosji na Ukrainę nie wkroczyliśmy aby „przywrócić Lwów do macierzy” analogicznie jak nasi przodkowie Zaolzie. Jeszcze kilka pokoleń i może coś z tego będzie…

            Nie jestem zainteresowany poddaniem się okupacji rosyjskiej, ale jakby co może sie okazać że nie ja o tym decyduję. Więc gdybym miał wybierać czy trafię pod taką okupację „bezszkodowo” czy po przejściu linii frontu jak w Donbasie – poproszę okupację „w wersji czeskiej” (naprawdę, zamiast wyszydzać naszych południowych sąsiadów, moglibysmy się wreszcie czegoś od nich nauczyć… Wbrew polskim gloryfikatorom bezsensownych powstań twierdzących że „bez tych ofiar nie byłoby wolnej Polski” Czesi nadal są narodem z własnym państwem, kulturą, językiem i tak dalej… – choć to populacja znacznie mniejsza od polskiej, mają Niemców za sąsiadów, i znacznie dłużej niż my pozostawali bez własnego państwa. Można? Jak najbardziej…)

            Jak już jesteśmy przy narodach i nacjonalizmach – niestety nie zgodzę się z tym że „każdy żywioł nacjonalistyczny między Moskwą a Bugiem jest w naszym żywotnym interesie” bo tu należałoby jeszcze pochylić się nad odpowiedzią na pytanie: „a do czego taki nacjonalizm dąży?”. I rozpatrując to na przykładzie nacjonalizmu ukraińskiego powiedziałbym tak: teraz jest częściowo OK, bo ukraińscy i rosyjscy nacjonaliści „wzięli sie za łby”, i wygląda na to że prędko nie odpuszczą. Dodatkowo Ukraina straciła na rzecz Rosji ziemie do których „przyzwyczaiła się” od 1991 (przez sympatię dla Ukraińców nie rozdłubujmy tematu wytyczania granicy między Ukraińską a Rosyjską Federacyjną SRR za czasów wczesnego ZSRR, ani tego w jaki sposób Krym wszedł w skład Ukrainy w 1954 oraz dlaczego z niej nie „wyszedł” w 1991) – i teraz możemy patrzec jak ukraińscy nacjonaliści przekierowują swoje marzenia terytorialne z polskiego Zakierzonia (chwalili sie takimi mapkami czasami) na odzyskanie Donbasu i Krymu. To tez jest dla nas dobre. A słowa „częściowo” użyłem dlatego że to niestety nie wszystko. Na Ukrainie nadal stoją pomniki Bandery, Szuchewycza i innych, powiewają czarno-czerwone flagi, członkowie UPA i SS Galizien uważani są za bohaterów. Niech stoją i powiewają, nie żądam ich burzenia. Wiem że UPA walczyła też z Armią Czerwoną, wiem że II RP traktowała Ukraińców jak obywateli drugiej kategorii… Ale należałoby „urzędowo” i publicznie przeprosić za Wołyń i inne, zamiast iść „w zaparte”, i uczciwie powiedziec że na cmentarzu we Lwowie leżą Polacy i Ukraińcy którzy strzelali do siebie nawzajem, i że obie strony postaraja się aby to sie nie powtórzyło. Tak jak Niemcy i Polacy – „wybaczamy i prosimy o wybaczenie”, jak widać zadziałało. Niestety z Ukrainą jest inaczej – każdy kto wspomina o kwetiach spornych jest „ruskim agentem” i dalej hodujemy wrzód który należałoby jak najszybciej zlikwidować. Bo czas nagli, coraz wiecej u nas Ukraińców, póki byli czasowymi gośćmi mogliśmy ich nacjonalistyczne wyskoki ignorować, ale teraz wyglada na to że wielu zostanie na stałe. Rząd III RP zachowuje się lepiej niż II RP, przyjmujemy gości i niekiedy dostają nawet więcej niz nasi obywatele, ale niestety wahadło wychyliło sie za bardzo w drugą stronę – wydaliśmy na ich kraj i na nich samych za dużo żebyśmy to lekko udźwignęli, i już widać że długo tak nie pociągniemy.

            Powiem wprost – im mniej wydamy na broń i materiały dla państwa Ukraina, tym więcej bedziemy mieli na zaaklimatyzowanie Ukraińców którzy zechcą zostać mieszkańcami Polski. Im wiecej ukraińskich nacjonalistów pójdzie walczyc z nacjonalistami rosyjskimi (z możliwym do przewidzenia skutkiem…)- tym lepiej dla nas. Czy lepsza jest wojna „państwowa” czy partyzancka na Ukrainie? Moim zdaniem wszystko jedno jeśli przestanie drenować nasz budżet (naprawdę są kraje które na to stać o wiele bardziej niż nas – przypuszczam że gdyby USA przekazały Ukrainie sprzet za taki % PKB jak Polska to Ukraincom zabrakłoby ludzi do obsadzenia go). Niech go transferują przez nasze terytorium (choć upierałbym się przy „zapłaceniu” przez Ukrainę w postaci wolnego wyjazdu poborowych z kraju) dopóki za Bugiem istnieje jakieś terytorium pozostające pod kontrolą rządu p. Zełeńskiego lub jego następców i przylega do naszej granicy. Jak przestanie – uznajemy że to koniec tej zabawy, bo przerzucanie broni na terytorium kontrolowane przez Rosję to już naprawdę proszenie się o poważne kłopoty. Choć kto wie – patrząc na dotychczasowe poczynania naszego rządu i sporej części rodaków – może i to jest w planach, i znalazłoby się na to „przyzwolenie społeczne”, albo na rzad emigracyjny Ukrainy na terytorium III RP… Obym był złym prorokiem, bo to będzie katastrofa, damy Rosji „na tacy” argumenty przeciw nam jeszcze lepsze niż do tej pory.

            Wiem, teraz może Pan napisać „i dlatego powtarzam że powinniśmy pomagać bez ograniczeń teraz żeby do tego nie doszło” 🙂 ja natomiast uważam że już dawno przekroczyliśmy granicę dopuszczalnego dziurawienia naszego budżetu. Teraz trzeba odbudować straty, zrobic zapasy wieksze niż do tej pory, i trzymać to u siebie „na czarną godzinę”. A kupować powoli, na raty i z rozwagą (co będzie możliwe jeśli nie ogołocimy się całkowicie z maszynek do zabijania, wtedy nie będziemy panikować że „ruskie idą a my bez broni”) żeby nie okazało sie że mamy w każdej jednostce inny sprzet – bo jak to obsługiwać logistycznie??? No i kwestia społeczno-ekonomiczna – przestańmy wywalać nieprzebraną kasę na ukraińską wojnę bo nasze społeczeństwo długo takiego obciążenia nie wytrzyma. Niby jest <20% inflacji rocznie, ale jak stan taki potrwa 3 lata to bedzie znaczyło że realne zarobki zmalały w ciągu 3 lat o 50%. Czy wtedy nadal nasze społeczeństwo będzie z otwartymi ramionami witać Ukraińców i oddawać im ubrania, jedzenie i mieszkania? Watpię. Za to pojawi się mnóstwo osób z hasłami "Ukraińcy na Ukrainę". Czy naprawdę chcemy iść w stronę ponownych animozji polsko-ukraińskich? Teraz już nie na Wołyniu, Galicji i Lubelszczyznie a na terenie całego kraju? No to może jednak ujawnimy "tajne dane", podliczmy zyski i straty i powiedzmy jasno: daliśmy co mieliśmy, więcej nie damy rady, a teraz pomyślmy jak uratować jak najwięcej "pacyfistycznych Ukraińców" nie niszcząc przy okazji zbytnio nas. Czy warto ratować nacjonalistyczne państwo Ukraina? Trudno powiedzieć, bo nie wiemy nawet jakie jest realne poparcie obywateli tego państwa dla niego ilu walczy w jego imieniu dobrowolnie, a ilu pod przymusem), oraz w którą stronę to państwo pójdzie – jesli przetrwa: czy w stronę prezentowaną przez niektórych Ukraińców porządkujących w ramach podziękowań polskie groby na Wołyniu, czy w stronę wspieraną przez ukraińskie nacjonalistyczne elity państwowe uważające Banderę i Szuchewycza za "ojców narodu".

          2. Mówiąc szczerze pogubiłem się w tej Pańskiej logice. Cześć, że nie powinniśmy wspierać Ukrainy uzbrojeniem w ich walce z Rosją, bo inaczej to nasze społeczeństwo będzie wbijało na pal Ukraińców, którzy zresztą lubią Banderę i tylko czychają żeby ruszyć na Przemyśl jeszcze – pomimo absurdalności takich tez rozumiem. Prawdziwą logiczną zagwozdką jest jednak dla mnie, to że musimy zaprzestać im pomocy w wojnie z Rosją bo musimy zachowywać zapasy na czarną godzinę i samemu się zbroić na wypadek wojny z Rosją, a jednocześnie jak Rosjanie nas najadą, to powinniśmy się poddać jak Czesi.

    4. Witam, rachunek pomocy jest chyba w miarę prosty. Wartość przeciętnej nieruchomości w Polsce to ok. 0.7-1.2mil zł. Jedna bomba na blok mieszkalny to strata 50 lokali*700tys=3.5miliona zł, to wyliczenie tylko minimalne. Zburzenie całego miasta, proszę sobie policzyć. A tak się dzieje na Ukrainie. I teraz pytanie, czy pomagać i jak mocno finansowo?. Wolę z własnej kieszeni (nie zależnie od kanału dystrybucyjnego), zapłacić tysiące złotych, niż utracić majątek wart miliony nie wspominając o życiu. Nie ma chyba ceny jaką należy zapłacić za życie naszych bliskich jak i nasze. Co mnie będzie obchodzić inflacja i dodruk pieniądza jak doznam takiej tragedii jak mieszkańcy Ukraińskich wsi i miast. No chyba, że jak pisze pan Krzysztof, jest to sposób na demografię to faktycznie sobie odpuśćmy pomoc i zmierzmy się z „kulturalnymi” żołnierzami bandy Wagnera.

      1. Jak to mówią – „diabeł tkwi w szczegółach”, i takiego „szczegółu” się czepię.

        Pisze Pan: „Wolę z własnej kieszeni (niezależnie od kanału dystrybucyjnego), zapłacić tysiące złotych, niż utracić majątek wart miliony…”.
        Otóż WSZYSTKO ZALEŻY od zastosowanego „kanału dystrybucyjnego” jak to Pan określił, bo to on determinuje to KTO NAPRAWDĘ PŁACI. Jeżeli zastosuje Pan „własny kanał dystrybucyjny” czyli po prostu przeleje pieniądze ze swojego konta bankowego – OK, to Pańskie pieniądze i Pańska decyzja, wszystkim wara od tego. I to uważam za uczciwe postawienie sprawy: Pan płaci, więc Pan decyduje kto, ile i na co dostanie.

        Natomiast jeżeli stawia Pan kwestię w sposób inny, np. „wspierajmy” albo „powinniśmy ponosić koszty” (czytaj: niech Rząd III RP wyłoży pieniądze pozyskane z budżetu lub rozmaitych sztuczek fiskalnych) – to tego już za uczciwą zagrywkę uznać nie mogę, bo w ten sposób domaga sie Pan aby na wskazany przez Pana cel przekazano pieniądze zerekwirowane przez rząd (za pomoca podatków, generowania długu rzadowego lub inflacji – wszystko jedno) WSZYSTKIM obywatelom, niezależnie czy podzielają Pański punkt widzenia czy nie. A może oni woleliby pieniadze przekazane Ukrainie wydać na coś innego? Np. rzadowy program finansowania in vitro? Radia Maryja? TVP? ruchów LGBT? ruchów „polskonacjonalistycznych”? Hospicja? Schroniska dla zwierząt? Celowo rzucam „od Sasa do lasa” bez głębszego zastanawiania się nad tym… Nie dla każdego obywatela Polski to gdzie przebiega granica państwowa miedzy Rosją a Ukrainą musi byc sprawą najważniejszą. Nie każdy wierzy że „ruskie idą”, tak jak jedni wierza że istnieje „życie po życiu” a inni – nie. Uszanujmy to.

        Natomiast domagając się aby wszyscy zrzucali się na to co Pan uznaje za najważniejsze działa Pan dokładnie jak komisje wojskowe w Rosji i na Ukrainie: chcesz czy nie chcesz, bierzesz mundur, karabin, i idziesz na front, my wiemy lepiej co jest dla ciebie ważne.

        No to kończąc – jeśli wolno wrócić do „kanałów dystrybucyjnych” i zapytać – ile PLN przekazal Pan „kanałem własnym”, a ile spodziewa się Pan że zostanie w sumie (od 02.2022 do zakończenia finansowania) przekazane „kanałem wspólnym”, to sobie podzielę przez liczbę polskich podatników żeby porównac „przepustowość kanałów” i zastosowany poziom hojności z własnej i cudzej kieszeni 🙂
        Skończę jak zacząłem – przysłowiem. Jak to mówią: „jesli chcesz zmieniac świat – zacznij od siebie”

        1. Na razie to polscy rolnicy skarżą się, ze nawóz azotowy saletrzak z polskich zakładów Azoty jest w Ukrainie sporo tańszy niż w Polsce, czyli to po eksporcie pszenicy kolejna dotacja ( pszenica z PL nie ma szans konkurować cenowo z pszenica z UA). Wychodzi na to ze PL dotuje UA nawet w ten sposób – zapewne na UA jest poniżej kosztów produkcji a odbicie straty na rynku PL. Zresztą nawet w DE saletrzak jest tańszy. Zresztą importowane do PL nawozy z UE są tańsze niż lokalnie produkowane. Juz z kosztami transportu i wszystkimi marżami.

          Stan gospodarki PL mnie interesuje, to krótkofalowo pewnie się jakimiś dotacjami i tarczami zasypie, ale inflacja prawdę pokaże,

          1. Nie przypominam sobie jeszcze takiego momentu, w którym polscy rolnicy by się na coś nie skarżyli i nie protestowali – mimo że są najbardziej uprzywilejowanaą warstwą społeczną w historii ludzkości, a może i galaktyki.

  4. Bardzo ciekawa analiza
    niemniej jednak z kilkoma rzeczami bym polemizował np:
    „Amerykanie dali radę. Zdołali wycofać siły militarne z Iraku i Afganistanu ” – wycofanie z afganistanu nie uznał bym za danie rady.. raczej oznakę słabości i zielone światło dla reszty świata.
    Kolejna rzecz którą auto bardzo ładnie wyłuszczył są różnice kulturowe w polityce i robieniu interesów – łacińska / zachodnia vs Rosyjska („turańska”) i chińska
    Kłopot polega na tym że wbrew wszystkim przesłankom autor – jak i większość elit / ludzi w PL Ukrainę traktuje jak „naszą” zachodnią kulturę. Tymczasem Ua zachowuje w polityce dokładnie te same standardy i podejście jak Rosja vide roszczeniowość, blokada tranzytu kolejowego – polecam prześledzić to i przemyśleć czy czasem Ua w EU nie będzie dla nas przede wszystkim agresywną turańską konkurencją a nie partnerem jakiego byśmy chcieli widzieć.

  5. Witam,
    jeszcze niedawno, żyłem w przeświadczeniu, że USA są nam niepotrzebne, wojny już nigdy nie będzie – przynajmniej w Europie a Polska w silnej UE to najlepszy wybór. Ostatni rok pokazał, że wojna czai się za płotem, UE jest militarną wydmuszką, Niemcy czy Francja mają swój interes a Polska swój i niekoniecznie są to te same interesy i że niestety jeśli sami nie będziemy silni – nikt nam może nie pomóc, bo nie zdąży…. lub nie będzie chciał… UE zajęło rok by zacząć konkretne wsparcie militarne dla Ukrainy – wcześniej Niemcy byli na nie. Gdyby nie USA, Wielka Brytania i Polska po wolnej Ukrainie nie byłoby śladu…. Zatem trzeba wyciągnąć wnioski, wspierać USA i Ukrainę i starać się budować silną Polskę w opcji mocarstwa lokalnego stabilizującego teren Europy środkowej i wschodniej i robić politykę z jednej strony nastawioną na współpracę z UE ale z drugiej na sojusz Anglosaski i mimo różnych problemów sojusz z Ukrainą bo jak My dla nich tak Oni dla nas są potrzebni by wspólnie mieć większą moc i sprawczość w tym rejonie świata, bo sami prawdopodobnie jesteśmy za słabi. Dziękuję za artykuł i pracę, bo dzięki takim osobom można się poszerzyć horyzonty

  6. Gorąca prośba o korektę tekstu wszędzie, gdzie używa pan słowa „bowiem” bo jego niewłaściwe umiejscowienie mocno przeszkadza w czytaniu.

  7. To co wypisuje tu kilku ludzi ostatnio wygląda na zorganizowana akcję Olgino , zdiagnozowali że zasięgi pana Wojczala rosną i przesunęli środki na urabianie komentarzy na tym blogu. Propaganda jaka lecą tak bardzo przypomina argumenty Sykulskiego że to nie może być przypadek tylko zaplanowana akcja. Polemizowanie z sążnistymi elaboratami mija sie z celem bo nikt nie będzie pisał dłuższych komentarzy niż Krzysztof postów na blogu. To zresztą zamierzone , bo skoro nikt nie komentuje to musi być prawda.

    1. A nie wziął Pan pod uwagę że mogą w Polsce żyć ludzie którzy nie są ani za PiS (więc „olewają” propagandę TVP), ani za PO/KO/cośtam-innego (więc „olewają” również propagandę TVN), a informacje starają sie czerpać albo z solidnych analiz – takich jak p. Krzysztofa, albo z drobnych okruchów pojawiających sie w sieci w różnych miejscach, które mozna sobie samodzielnie poskładać w całość? I próbują wyciagnąć z tego jakieś własne wnioski? Jesli nie dopuszcza Pan takiej ewentualności, to wynik najblizszych wyborów w naszym kraju może Pana bardzo zaskoczyć… Ja – muszę przyznać – czekam na nie z dużą ciekawością 🙂 mam nadzieję że duet COVID-Putin wreszcie „z zewnątrz” zakończy pozorowaną wojnę PO-PiS z ktorej nasi rodacy od ponad dekady nie mogą wyleczyc się samodzielnie.

      A co do „elaboratów” – no cóż, sprawa jest prosta. Jeśli ktos ma własne zdanie oparte na jakichś przemyśleniach, to jest w stanie je zaprezentować: obszernie, na wiele sposobow, i używając różnych zestawów argumentów. A jak ktoś jest tylko konsumentem propagandy i przekazów dnia – to zostaje mu jedynie zwięzłe powielanie krótkich haseł propagandowych które zapamiętał – ale których uzasadnić ani rozwinąć nie umie.

  8. do gal.anonim11994

    Zastosowany przez Pana skrót moich wywodów zdecydowanie zmienił ich sens. Jako że nawiązalismy pewną wymianę poglądów – spróbuję wyjasnić mój tok rozumowania

    1. Źle zrobiliśmy że oddaliśmy Ukrainie swoją broń i wyposażenie za darmo, bo mamy tego niewiele, i mamy ważniejsze wydatki państwowe niż zbrojenia. Możemy oddać, jeśli najpierw bogatsi (USA czy kto inny…) odda nam swoje. Ale trudno, „mleko się rozlało”, nie cofniemy tego.

    2. Nadal brniemy w ten absurd, czyli oddajemy sprzęt już nie tylko posowiecki, ale i zachodni, i bez zastanowienia kupujemy coraz więcej – obawiam się że ten obłęd się nie zakończy (na razie kilkanaście niemieckich czołgów… ile za kwartał?), i to coraz bardziej bedzie rujnować naszą gospodarkę.

    3. Podpisaliśmy „na szybko” różne nowe kontrakty za ciężkie pieniądze, kto wie czy dobre czy złe. Znowu: trudno, stało się, realizujmy, ale nic z tego co kupiliśmy już z Polski nie wyjeżdza za Bug. Z tego co wyprodukujemy u siebie – tym bardziej, nawet gdyby Ukraińcy chcieli za to zapłacić „gotówką od ręki”, bo to sprzet rodzimej produkcji i jakby co – sami możemy wyprodukować cząści zapasowe (bez żebrania za granicą). Boimy się wojny? To się zbrojmy a nie rozbrajajmy (a jak nazwać przekazanie praktycznie całego posowieckiego sprzetu jak nie „rozbrojeniem”? Nawet jak jest mało wartościowy to niech służy jako atrapy i cel do marnowania amunicji przeciwnika). Wbrew oficjalnej propagandzie nie wierzę że Rosjanie to idioci, więc obstawiałbym że prędzej zaatakują kraj który oddał swoją broń (a my oddaliśmy), niż taki który ją zachował.

    4. Jeśli obecna „nieoficjalna” wojna Rosja – Ukraina/NATO przeobrazi się w oficjalną wojnę Rosja – NATO to nie ja będę decydował czy walczymy czy nie i gdzie. Gdybym był człowiekiem religijnym a Rosjanie wkroczyliby na terytorium Polski – modliłbym się aby okolica w której mieszkam została zajęta „w stylu krymskim” a nie „donbaskim”, takie mam nieśmiałe marzenie. Na pewno nie będę rzucał w rosyjskie czołgi butelkami z benzyną póki jestem cywilem który od kilkudziesięciu lat płaci grzecznie podatki – w tym na armię która powinna strzelać do tych czołgów w moim imieniu.

    5. Nie mam pretensji do Ukraińców którzy jako uchodźcy próbują w Polsce ułożyć sobie życie. Państwo słusznie ułatwia im start, ale też powinno jasno postawić sprawę: macie kilka miesięcy na decyzje czy zostajecie z perspektywą „na stałe” czy wyjeżdżacie (na zachód, wschód, wszystko jedno). Wspieramy tych którzy zostają (jakies zapomogi) – krótko i warunkowo (warunki: podjecie legalnej pracy + nauka języka polskiego – nie po to zeby ich na siłę polonizować, tylko żebyśmy nie potrzebowali na każdym kroku tłumaczy żeby się z nimi porozumieć).

    5. Koniec z transferami czegokolwiek na poziomie państwowym – wszystko jedno czy to pieniądze, broń, paliwo, materiały budowlane czy diabeł wie co jeszcze. Zaoszczedzone w ten sposób środki zużywamy na obsłużenie zakupów broni dla armii RP, oraz (głównie) na cele społeczne. I nie mam tu na myśli kolejego rozdawnictwa napędzającego inflację tylko działanie od drugiej strony: rzad obniża podatki (dochodowy, VAT, podatki od firm i tak dalej…) – skorzystają i Polacy, i Ukraińcy w Polsce. Rzad RP powinien oświadczyć rządowi Ukrainy że pomoże jej obywatelom – jesli znajda się na naszym terytorium i włączą w życie naszego społeczeństwa. A Polacy znacznie chętniej bedą patrzeć na wzrastającą populację imigrantów jeżeli sami będą w przyzwoitej sytuacji materialnej, inaczej w końcu powiedzą „wracajcie na Ukrainę” i to bedzie koniec przyjaźni polsko-ukraińskiej na poziomie dwóch społeczności, niezależnie od tego co na ten temat będą mówiły rządy obu państw.

    6. Powinniśmy przychylnie patrzeć na inicjatywy kulturalne imigrantów, dać pieniądze na jakies biblioteki, domy kultury, szkółki i tak dalej… Ale monitorować sytuację, jak ktoś zażąda postawienia pomnika Bandery lub któregos z jego towarzyszy (nawet za pieniądze ze składek społecznych) – odmówić, to już za „czerwoną linią”. Nie przypominamy Wołynia i Galicji Wschodniej na każdym kroku – ale i po drugiej stronie też muszą pojawić się jakieś hamulce, żebyśmy nie wrócili na kolizyjny kurs.

    Jak tu wielkich sprzeczności nie widzę… streściłbym hasłem „Ukraińcy – tak, Ukraina – raczej nie, chyba że za pieniądze inne niż polskie, to nie bedziemy przeszkadzać”.
    Pozdrawiam

Leave a Reply

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *