„Reset” Obamy uratował świat i Polskę? [Analiza]

W przestrzeni publicznej panuje dość powszechne przekonanie, że z punktu widzenia założeń dotyczących tzw. resetu w relacjach Stanów Zjednoczonych z  Federacją Rosyjską (2009r.), decyzję o przeprowadzeniu takiego ruchu należy uznać za błędną. Jeśli bowiem celem resetu Baracka Obamy było stworzenie konstruktywistycznego układu partnerskiego uwzględniającego Moskwę, to z pewnością plany te się nie powiodły. W konsekwencji Amerykanie nie odnieśli również sukcesu w przeciąganiu Rosji na swoją stronę, w kontekście nadchodzącej rywalizacji z Chinami.

Projekty administracji z Waszyngtonu legły w gruzach z prostego powodu. Władimir Putin nie był wiarygodnym partnerem, który dotrzymuje obietnic. I nie dotrzymał również ustaleń związanych z resetem, co stało się dla wszystkich jasne już w połowie 2012 roku.

Tak więc z punktu widzenia ww. założeń resetu, a także przy uwzględnieniu faktu, że Władimir Putin po raz kolejny okazał się być niewiarygodnym partnerem (co już w 2009 roku można było przewidzieć), polityka Baracka Obamy prowadzona wobec Rosji za pośrednictwem sekretarz stanu Hillary Clinton z pewnością musi być oceniana  negatywnie. A skoro tak, to wnioski na przyszłość można wyciągnąć tylko jedne. Władimir Putin nie może być żadnym partnerem w zakresie ustaleń i umów, których wykonanie zależałoby tylko i wyłącznie od jego dobrej woli. Innymi słowy, jeśli już podpisywać z Kremlem jakieś deale to tylko takie, w których Zachód z pozycji siły mógłby egzekwować od Rosji wypełnianie postanowień traktatowych. Z tej przyczyny – o czym pisałem we wcześniejszych tekstach – z perspektywy Zachodu, musi dojść do druzgocącej porażki Rosji na Ukrainie. Takiej, po której Zachód mógłby dyktować warunki pokoju i dalszego funkcjonowania Rosji w systemie międzynarodowym.

Tak więc tylko tego rodzaju, negatywna ocena polityki Baracka Obamy wobec Rosji pozwala wyciągnąć prawidłowe wnioski na przyszłość, a tym samym uniknąć powtórzenia błędu z 2009 roku.

Jednak – jak to często w historii bywało – nie tylko słuszne decyzje prowadzą do pozytywnych efektów. Otóż czasami to przypadek, pomyłka lub nawet błąd skutkują w ostatecznym rozrachunku pozytywnymi efektami. Gdyby przyjąć metodologię oceny danej decyzji politycznej na podstawie tylko i wyłącznie jej późniejszych skutków – co jest preferowane przez osoby zaliczające się do tzw. „realistów” – to „reset” Baracka Obamy trzeba by uznać za dotychczas najważniejszą i najlepszą decyzję polityczną w XXI wieku. Bowiem decyzja ta mogła nawet uratować świat przed III Wojną Światową. O tym jednak za moment J

 

Sekwencja wydarzeń

Jeszcze kurz po wojnie rosyjsko-gruzińskiej dobrze nie opadł (7-16 VIII.2008r.), a już 6 marca 2009 roku ówczesna Sekretarz Stanu Hillary Clinton zaprezentowała światu pomysł resetu relacji z Rosją. We wrześniu tego samego roku prezydent Barack Obama oświadczył, że USA rezygnują z budowy tarczy antyrakietowej w Polsce i w Czechach. Rozmowy na linii Waszyngton-Rosja musiały przynosić efekty, bowiem w 2011 roku Amerykanie zawiesili działalność Drugiej Floty US Navy. Tej, w której kompetencjach leżało m.in. zabezpieczenie północnej części Atlantyku, a także Morza Norweskiego, co sprowadzało się de facto do pilnowania rosyjskiej Floty Północnej. To były potężne ustępstwa na rzecz Rosjan. Decyzja o likwidacji Drugiej Floty zbiegła się zresztą w czasie ze szczytem G8 we Francji z końca maja 2011 roku. W efekcie tego wydarzenia podpisano tzw. deklarację z Deauville, w której to członkowie G8 zapewnili: „My, członkowie G8, zdecydowanie popieramy dążenia arabskiej wiosny oraz narodu irańskiego”. Należy pamiętać, że arabska wiosna trwała już wówczas w najlepsze, a chaos ogarnął nie tylko Tunezję, Libię czy Egipt, ale także Syrię (od marca 2011r.). Tak więc szczyt G8 w Deauville z 2011 roku dotyczył losów m.in. zaprzyjaźnionych z Rosją: Libii, Syrii, a nawet Iranu. Można więc domniemywać, że Putin zgodził się na pewnego rodzaju „przemeblowanie” Afryki Północnej i Bliskiego Wschodu. Świadczy o tym między innymi fakt, że Rosja nie wetowała późniejszych rezolucji ONZ przeciwko Iranowi.

Również w 2011 roku publicznie padły słowa o budowie Eurosji od Lizbony po Władywostok oraz słowa Hillary Clinton o tzw. amerykańskim piwocie na Pacyfik. Sekwencja wydarzeń pozwala więc wyciągnąć następujące wnioski dotyczące celów i skutków resetu:

  1. USA zgodziło się tolerować budowę projektu Eurosji (oś Paryż-Berlin-Moskwa), zaakceptowało uzależnianie Europy od rosyjskich surowców, a także zgodziło się na transfer zachodnich technologii do Rosji, które to technologie Moskwa nabywała za środki pozyskane ze sprzedaży węglowodorów,
  2. USA zrezygnowało z tarczy antyrakietowej w celu zachowania równowagi sił na płaszczyźnie potencjałów broni atomowej,
  3. USA zlikwidowało de facto II Flotę US Navy dając Rosjanom swobodę na newralgicznych dla niej szlakach morskich (wyjście z portów w Murmański i Archangielsku – poprzez Morze Norweskie – na Atlantyk),
  4. Docelowo blok Eurosji miał wspierać USA w rywalizacji z Chinami, a Rosja miała stać się częścią „Zachodu”,
  5. Rosja zgodziła się na „przemeblowanie” Afryki Północnej i Bliskiego Wschodu (Libia, Syria, Iran), a także na wspieranie USA w Afganistanie (o czym dalej).

W efekcie porozumienia Amerykanie zyskiwali spokój na Starym Kontynencie oraz możliwość dokonania piwotu na Pacyfik przeciwko Chinom. Kwestia Bliskiego Wschodu grała tutaj istotną rolę, bowiem Amerykanie wiedzieli, że Chiny można kontrolować poprzez gaz i ropę. Ropę, która płynęła do Chin głównie z Zatoki Perskiej. Tak więc Iran – jako potencjalny sojusznik i dostawca Chin – stawał się priorytetem amerykańskiej polityki zagranicznej. W celu osłabienia pozycji Teheranu, należało jednak rozbić sojusz na linii Iran-Syria. Obalenie Asada i odciągnięcie Syrii od sojuszu z Iranem miało ułatwić później wywarcie presji na Teheran. To się – jak wiemy – nie udało. Rząd syryjski przetrwał, co skutkowało zmianą strategii amerykańskiej oraz zaproponowanie Iranowi tzw. „umowy nuklearnej” w 2015 roku. Wracając jednak do resetu.

Dlaczego Putin miałby się zgodzić na upadek sojusznika w postaci Baszara Al-Asada oraz wystawić niejako Iran na łaskę USA? Pisząc w dużym skrócie (tematowi poświęciłem cały duży rozdział w książce), Iran i Syria budowały wspólnie ropociąg z Iranu na Morze Śródziemne. Ropociąg, który miał umożliwić eksport irańskiej oraz syryjskiej ropy do Europy. To było duże zagrożenie dla interesów rosyjskich. Tak więc Putin postanowił dać swoim partnerom z Damaszku i Teheranu nauczkę. Amerykańskimi rękami.

Gdy warunki resetu zostały ustalone, a Amerykanie zdążyli już poczynić na rzecz Rosji szereg koncesji (rezygnacja z tarczy antyrakietowej z 2009 roku i likwidacja II Floty z 2011), Władimir Putin uznał, że jest dobry moment na rozpoczęcie gry przeciwko Waszyngtonowi. W lutym 2012 roku Rosja zawetowała rezolucję ONZ potępiającą reżim Asada. W efekcie rozpoczęto negocjacje w sprawie Syrii. W ich wyniku powstał plan pokojowy Koffiego Annana, poparty w ONZ przez wszystkie strony zaangażowane w konflikt (w tym przez Rosję ale i przez zainteresowane Bliskim Wschodem Chiny). Wydawało się, że wszystko już zostało ustalone. Niestety plan się nie powiódł z uwagi na niespełnianie jego założeń przez walczące strony (tak rebeliantów jak i wojska rządowe). Natomiast w czerwcu 2012 roku Szkoci zatrzymali u swoich wybrzeży statek wyładowany rosyjskimi śmigłowcami bojowymi płynącymi do Syrii. Maski opadły. Po tym wydarzeniu Rosjanie nie mieli już dalej oporów by oficjalnie przyznać się do wspierania Damaszku i w maju 2013 roku dokonać sprzedaży systemów przeciwlotniczych S-300 na rzecz Asada. Następnie w czerwcu do Moskwy przyleciał poszukiwany przez amerykańskie służby Edward Snowden, a Putin odmówił jego ekstradycji.

Wobec tego wszystkiego jasnym stało się, że porozumienia z Deauville jak również te dotyczące resetu przestały być aktualne. Dzięki rosyjskiej pomocy rząd Asada przetrwał, a Barack Obama musiał szukać innego rozwiązania w kwestii Iranu. Co jednak najważniejsze, Stany Zjednoczone nigdy nie wykonały de facto zapowiadanego piwotu na Pacyfik. Musiały bowiem wciąż angażować się w rywalizację z Rosją.

 

Strata czasu, czy gra na czas?

O tym, że z powodu resetu Amerykanie zmarnowali kilka lat (co najmniej okres 2009-2013) zamiast skupić się na rywalizacji z Chinami pisano i mówiono sporo. Zwodzone przez Kreml elity z Waszyngtonu latami ulegały Rosjanom tylko po to, by następnie przekonać się, że Moskwa wcale nie stoi po stronie USA. Jest to jednak tylko jeden z punktów widzenia, który niekoniecznie odpowiada pełnemu obrazowi sytuacji, jaka panowała w latach 2008-2009. Należy bowiem pamiętać, że w ówczesnym czasie Stany Zjednoczone były bardzo poważnie zaangażowane militarnie w kilku miejscach na świecie równocześnie.

 

Gorący Afganistan

Mimo, że od inwazji z 2001 roku minęło sześć lat, to w 2007 roku w Afganistanie wojna trwała w najlepsze. Był to rok wielu operacji wojskowych przeciwko talibom przeprowadzanych przez ISAF (wojska koalicji). Intensywność działań nie przynosiła jednak rezultatów. W efekcie w 2008 roku to talibowie odzyskali inicjatywę, dokonując częstych i zuchwałych ataków na terenie całego Afganistanu. Sytuacja stała się na tyle poważna, że w ciągu pierwszych 5 miesięcy 2008 roku Amerykanie zwiększyli kontyngent wojsk z 26,6 tys. żołnierzy (styczeń) do aż 48 tys (maj). Następnie we wrześniu przerzucono jeszcze 8 tysięcy ludzi z Iraku. Ogółem w całym 2008 roku liczebność sił amerykańskich w Afganistanie wzrosła o 80%. Był to najbardziej krwawy rok dla USA i całego NATO w wojnie z talibami. Ci ostatni wyspecjalizowali się w atakowaniu koalicyjnych konwojów z zaopatrzeniem, co powodowało poważne problemy. W związku z tym Barack Obama – na początku swojej prezydentury – wynegocjował z Putinem możliwość przerzutu zaopatrzenia dla amerykańskich sił w Afganistanie właśnie przez Federację Rosyjską. W lipcu 2009 roku Rosjanie otworzyli przestrzeń powietrzną dla amerykańskich samolotów. Dzięki zwiększeniu dostaw zaopatrzenia (oraz sił) koalicja przeszła do ofensywy przeciwko talibom, odzyskując inicjatywę operacyjną oraz przeprowadzając szereg operacji militarnych. Ciężkie walki w Afganistanie trwały w zasadzie do 2011 roku, kiedy to schwytano i zabito Osamę bin Ladena.  Dopiero pod koniec 2012 roku – również na skutek wyczerpania intensywną wojną – rozpoczęto działania na rzecz stabilizacji sytuacji, a w 2013 roku to siły afgańskie przejęły całkowitą kontrolę na państwem i jego bezpieczeństwem. Co wcale nie oznaczało, że siły USA mogły opuścić Afganistan. Przeciwnie, Amerykanie pozostali tam aż do roku 2021, choć oczywiście wielkość kontyngentu i koszty jego utrzymywania zmalały.

 

Irak

Również sytuacja w Iraku – na stan na lata 2008-2009 – nie została jeszcze rozstrzygnięta. Inwazja z 2003 roku zakończyła się wprawdzie militarnym sukcesem, jednak okupacja Iraku trwała do 2011 roku. Zresztą, po trzyletniej przerwie Amerykanie wrócili do tego kraju w 2014 roku. Najtrudniejszy moment w czasie okupacji przypadł prawdopodobnie na czas powstania Mahdiego (2004r.), któremu przewodniczył Muktada as-Sadr. Sytuacja została opanowana, jednak w 2006 roku wybuchła z kolei wewnętrzna wojna w Iraku pomiędzy szyitami i sunnitami. Udało się ją ugasić w 2008 roku. Dopiero wówczas przekazano Irakijczykom kontrolę nad największymi amerykańskimi bazami. Od tego czasu Amerykanie mogli ograniczać obecność w Iraku. Jednak by mieć obraz amerykańskiego zaangażowania w tym państwie warto podać liczby. W styczniu 2009 roku w Iraku stacjonowało w 357 bazach aż 144 tysiące amerykańskich żołnierzy (to jest więcej niż liczą sobie całe Siły Zbrojne RP). Wymagało to utrzymywania dla nich 3,4 milionów sztuk różnego rodzaju wyposażenia wojskowego. Dokładnie rok później (styczeń 2010) obecność USA w Iraku wynosiła 112 tys. żołnierzy, po czym nastąpiła potężna redukcja do 50 tys. w czerwcu 2010 roku (121 baz). Nawet po tak dużej redukcji, amerykański kontyngent wymagał do funkcjonowania ok. 1,2 mln sztuk różnego rodzaju wyposażenia. Co pokazuje, jak ogromnym przedsięwzięciem logistycznym była okupacja ustabilizowanego już Iraku.

Tak więc w styczniu 2009 roku Amerykanie utrzymywali łącznie w Iraku i Afganistanie ok. 180 tys. żołnierzy (ok. 140 tys. Irak i 40 tys. Afganistan). Przy czym przez kolejne 2 lata  kontyngent w Iraku się zmniejszał, a w Afganistanie zwiększał. W sierpniu 2010 roku w Iraku było już tylko 50 tys. żołnierzy, ale amerykańska armia w Afganistanie rozrosła się do blisko 100 tys. żołnierzy! O ile zaopatrywanie kontyngentu w Iraku było łatwe (bezpośrednio drogą morską, przez Zatokę Perską, do irackich portów, lub ostatecznie poprzez sojusznicze: Turcję, czy Arabię Saudyjską) o tyle wojska w Afganistanie musiały polegać na dostawach przeprowadzanych przez państwa trzecie. Tj. Pakistan (południe) czy kraje Azji Centralnej (północ) a także Rosję.

 

Korea Południowa i Japonia

Choć Irak i Afganistan przykuwały uwagę całego świata, to należy pamiętać o tym, że to nie jedyne kierunki obsługiwane przez amerykańskie siły zbrojne. Amerykański kontyngent w Korei Południowej liczył sobie w latach 2009-2014 blisko 30 tys. żołnierzy, na co składał się w największej części personel całej 8 Armii Stanów Zjednoczonych. Amerykańskie siły rozlokowane w Japonii można liczyć na kolejne 50 tys. żołnierzy. Amerykanie – tak jak i zresztą dziś – byli obecni w różnych zakątkach świata (RFN, Japonia, Włochy, Kosowo, Kuwejt i w wielu innych), natomiast to głównie działania w Iraku i Afganistanie miały największe znaczenie na podejmowane decyzje geopolityczne w owym czasie.

 

Reset był koniecznością?

Mają na uwadze powyższe nie powinno dziwić, że administracja Baracka Obamy – mierząc się w 2009 roku z potężnym natężeniem walk w Afganistanie – nie szukała kolejnego frontu przeciwko silnemu przeciwnikowi jakim była Rosja. I to nie tylko z uwagi na amerykańskie zaangażowanie militarne. Również z uwagi na finanse. Szacuje się, że cały okres wojny w Afganistanie (2001-2022) kosztował 2,3 biliona dolarów. Przy czym nlata 2009-2010 musiały należeć do najbardziej kosztownych. Z kolei wojna i okupacja Iraku mogła kosztować Amerykanów nawet kolejne 2,2 biliona dolarów.

Wydatki związane z prowadzeniem działań wojennych nabierają dodatkowej wagi, jeśli przypomnimy, że na lata 2008-2009 przypadał światowy kryzys finansowy. W 2008 roku islandzka gospodarka w zasadzie upadła, a w 2009 roku wybuchły finanse Grecji. Co wraz z kryzysem finansowym w USA, uderzyło w gospodarki europejskie oraz samą strefę euro. Z tej perspektywy, nowy amerykański prezydent – który objął stanowisko 20 stycznia 2009 roku – miał do ugaszenia nie jeden pożar (wojna w Afganistanie), ale co najmniej dwa (kryzys finansowy). I to na różnych płaszczyznach. Jednocześnie w dobie kryzysu finansowego Barack Obama nie mógł być pewien 100% wsparcia geopolitycznego ze strony europejskich partnerów. To był bardzo trudny czas dla całego Zachodu.

Reasumując. Amerykanie wiedzieli o nadchodzącym chińskim wyzwaniu i co najmniej od 2008 roku zaczęli o nim poważnie myśleć. Rozpoczęli pierwsze przygotowania do zwrotu w polityce zagranicznej (vide ogłoszenie, że co najmniej 50% nowych okrętów podwodnych będzie służyło na Pacyfiku). Jednak w momencie próby dokonania wielkich geopolitycznych zmian w strategii USA, sytuacja w Afganistanie zaogniła się, a jednocześnie wybuchł potężny kryzys finansowy. Barack Obama – z chwilą objęcia urzędu – miał kilka pożarów do gaszenia na raz. First things first – jak mawiają Anglosasi. Waszyngton nie mógł pozwolić sobie na przegranie wojny z talibami i jednocześnie musiał poradzić sobie z kryzysem ekonomicznym. Układ z Rosją – z którą przecież od czasu inwazji na Gruzję były bardzo złe relacje – wydawał się opcją nie tyle optymalną, co w zasadzie konieczną. Najpierw należało rozwiązać problemy wewnętrzne (kryzys), a także wygrać wojny, które już trwały (Afganistan, zaangażowanie w Iraku). Jednak przy okazji, można było pozyskać Federację Rosyjską dla amerykańskich planów ujarzmienia rosnącego chińskiego giganta. Dlatego oferta dla Moskwy była tak hojna.

Znamiennym jest, że gdy tylko kryzys ekonomiczny minął, a sytuacja w Afganistanie została opanowana (+ zabicie bin Ladena), to Hillary Clinton natychmiast ogłosiła piwot na Pacyfik ( rok 2011). Tak więc chronologia wydarzeń świadczy o tym, że założenia resetu relacji z Rosją nie były związane tylko z bieżącą reakcją na wydarzenia, ale i wiązały się z długofalowym celem strategicznym (poskromienie Chin).

To prawda, że można zarzucać amerykańskiej administracji z tamtych lat naiwność, z uwagi na jej wiarę w to, że Władimir Putin okaże się lojalnym partnerem. W tym kontekście długofalowa strategia resetu (pozyskanie Rosji dla Zachodu i wspólne dyktowanie warunków Chinom) nie mogła wytrzymać próby czasu. Z drugiej jednak strony, sytuacja gospodarczo-geopolityczna Stanów Zjednoczonych w latach 2009-2010 wymuszała załagodzenie sporu z Federacją Rosyjską.  I w tym zakresie reset faktycznie spełnił swoją rolę.

 

Putin też uwierzył w reset

Większość opracowań dotycząca resetu Baracka Obamy jest opisywana oraz oceniana z perspektywy Zachodu, czy samych Stanów Zjednoczonych. Z uwagi na to często nie dostrzega się konsekwencji resetu dla Federacji Rosyjskiej. I wpływu na jej działania na arenie międzynarodowej.

 

Macki gazociągowej ośmiornicy

Tymczasem wskazać należy, że elity z Kremla – po 2009 roku – bardzo mocno zaangażowały się w projekt budowy strategicznego partnerstwa na linii Berlin – Moskwa oraz szerzej UE-Rosja. W lutym 2010 roku Rosjanie uzyskali ostatnie zgody dotyczące Nord Streamu. W kwietniu rozpoczęto prace nad budową gazociągu, który ukończono w 2011 roku. Nord Stream miał przepustowość 55 mld m³ gazu/rok, dokładnie tyle samo co planowany już wówczas Nord Stream II (łączna przepustowość 110 mld m³ gazu/rok).

Równolegle trwały działania zmierzające do budowy gazociągu South Stream przez Morze Czarne. Tam formalności przeciągnęły się aż do 2014 roku, z uwagi na ilość zaangażowanych w inwestycję państw. Pod koniec 2012 roku oficjalnie ruszono z pierwszymi inwestycjami, jednak sam rurociąg zaczął być kładziony dopiero w 2014 roku, a ostatecznie jako cały projekt nie powstał do dnia dzisiejszego (z uwagi na zablokowanie lądowych inwestycji w szeregu państw, czego powodem była pierwsza inwazja na Ukrainę z 2014 roku).

Należy przy tym wszystkim pamiętać, że obie inwestycje były emanacją politycznego zaangażowania Federacji Rosyjskiej w projekt Eurosji od Lizbony po Władywostok. Emanacją, która w sposób dość konkretny przekładała się na sprawy finansowe. Łączne koszty Nord Streamu szacuje się na 15,7 mld usd. Druga nitka – Nord Stream II – wiązała się z wydatkami rzędu ok. 17 mld usd. Wreszcie szacunkowy koszt budowy South Streamu – który powstał fizycznie tylko częściowo – to 25 mld usd. Co ciekawe, wielu ekspertów wskazywało na fakt, że wartość tych wszystkich inwestycji jest tak duża, że w kontekście spodziewanych zysków ze sprzedaży gazu były duże zastrzeżenia co do rentowności projektów. Innymi słowy, jest zupełnie prawdopodobne, że Nord Streamy (ale i South Stream) były projektem czysto politycznym z perspektywy Rosji.

 

Strategiczne partnerstwo lekarstwem na USA i Mitteleuropę

Skoro władze z Kremla inwestowały żywą gotówkę w projekt polityczny, to należy zadać sobie pytanie dlaczego? Otóż gazociąg Północny miał wyłączyć Polskę jako pośrednika w sprzedaży gazu z Rosji do Niemiec. Realizacja Nord Streamów pozwalała jednocześnie szantażować Warszawę w zakresie energetycznym. Chodziło o to, by móc zakręcić kurek z gazem na rurociągu Jamal (odcinając Polskę od dostaw) bez konsekwencji dla Niemiec. Dokładnie te same przesłanki przyświecały przy projekcie Gazociągu Południowego. Ten z kolei miał pozwolić na ominięcie Ukrainy poprzez Morze Czarne. Tak więc docelowo Rosja zamierzała uzależnić Europę Zachodnią i Środkową, a także Bałkany od rosyjskiego gazu i uzyskać równocześnie potężne lewary na państwa, które mogłyby stanowić dla Moskwy problem (Polska/Ukraina).

Wpisywało się to w koncepcję budowy Eurosji i gdyby tego rodzaju projekt się powiódł, Warszawa i Kijów zostałyby zneutralizowane. Innymi słowy, nawet gdyby Amerykanie postanowili wówczas rozerwać oś Berlin-Moskwa, to mieliby bardzo utrudnione zadanie. Jak bowiem nakłonić Warszawę na asertywność wobec Berlina i Moskwy w sytuacji, gdy Polska mogłaby być szantażowana groźbą odcięcia od dostaw gazu (pamiętajmy, że nie było wówczas ani Baltic Pipe, ani terminalu LNG)?

Tak więc projekty energetyczne były kluczowe z perspektywy Niemiec i Rosji, jeśli chodzi o zamiar zneutralizowania amerykańskich wpływów na Starym Kontynencie oraz zbudowania niezależnego i konkurencyjnego dla USA ośrodka politycznego w Europie. Możliwość szantażu energetycznego stosowanego przez Moskwę miała być swojego rodzaju mieczem Demoklesa, który spadły na głowy ewentualnych sojuszników USA, gdyby Ci próbowali działać w sposób asertywny względem Berlina i Moskwy.

Strategiczne partnerstwo na osi Berlin-Moskwa miało również drugi cel, a było nim podporządkowanie Europy Środkowo-Wschodniej duetowi: Rosja/Niemcy. Niemiecka strefa wpływów miał kończyć się na granicy Unii Europejskiej, natomiast zaraz za nią rozciągałoby się panowanie Moskwy. Infrastruktura energetyczna również była kluczowa do pacyfikacji niepokornych państw regionu. Tak więc Niemcy chcieli zrealizować projekt Mitteleuropy natomiast Władimir Putin odtwarzał ZSRR w granicach którego znajdowały się przecież m.in. Białoruś i Ukraina.

W tym układzie, Niemcy z jednej strony mogły oddziaływać na Mitteleuropę poprzez swoje przewagi ekonomiczno-gospodarczo-polityczne (narzędzia UE), a z drugiej strony używać Rosji jako pewnego rodzaju straszaka. Chodziło o stworzenie bezalternatywnej sytuacji dla np. Polski. Możliwość komunikowania Warszawie: „Albo będziecie robić to, czego od Was oczekujemy, albo przyjdą Rosjanie i dopiero będziecie mieli problem”. Oprócz tego bardzo konkretnym lewarem miała być możliwość zakręcenia Polsce kurków z gazem.

Niemcy zyskiwałyby również na płaszczyźnie czysto ekonomicznej. Tańszy gaz pompowany bezpośrednio z Rosji – via Nord Stream – dawał niemieckiej gospodarce przewagi i większą konkurencyjność na globalnym rynku. Natomiast po przestawieniu się na energię odnawialną, Niemcy mogły sprzedawać rosyjski gaz – jako główny pośrednik – niemalże wszystkim państwom z UE (dzięki unijnej sieci gazociągowej).

Reasumując dotychczasowe rozważania, amerykańska zgoda na reset otwierała możliwość realizacji projektów infrastrukturalno-energetycznych. Ukończenie omawianych inwestycji miało dać z kolei polityczne lewary na ewentualnych sojuszników USA. W efekcie Stany Zjednoczone miały zostać wyparte z Europy i to niezależnie od własnej woli. Niemcy i Rosja w połączeniu z Paryżem mogłyby wówczas zbudować Eurosję jako trzeci (obok USA i Chin) ośrodek siły geopolitycznej na świecie. Z perspektywy Rosji ten projekt polityczny miał gwarantować Moskwie wysoką pozycję w międzynarodowym układzie sił na długie dekady. Bowiem ze sprzedaży surowców energetycznych na Zachód, a także z innego rodzaju przychodów wynikających ze strategicznego partnerstwa z Berlinem, Rosja mogła importować zachodnie technologie. Te były niezbędne, by utrzymać skalę wydobycia gazu i ropy naftowej z terytorium Rosji. Ponieważ większość rosyjskich złóż znajduje się w rejonie okołoarktycznym, a sami Rosjanie nie posiadają technologii umożliwiających wydobywanie surowców w tak trudnych warunkach. Tak więc pozyskiwanie francuskich i niemieckich technologii było dla Kremla warunkiem przetrwania gospodarczego i utrzymania pozycji Moskwy jako światowego eksportera gazu i ropy.

Ponadto pozyskiwanie zachodnich technologii było niezbędne, by utrzymać się w wyścigu technologicznym. Tak w zakresie militarnym jak i kosmicznym. Tymczasem należy pamiętać, że bezpieczeństwo Federacji Rosyjskiej zależy tylko i wyłącznie od jej arsenału jądrowego. Wyobraźmy sobie scenariusz, w którym z uwagi na nowe technologie, przestarzałe rosyjskie pociski z bronią nuklearną mogłyby zostać całkowicie zneutralizowane… Rosjanie czuliby się wówczas bardzo niekomfortowo w sąsiedztwie np. Chin.

Mając to na względzie, strategiczne partnerstwo było postrzegane w Moskwie jako strategiczny cel geopolityczny warunkujący przetrwanie Rosji oraz dalszy jej rozwój/wzmacnianie pozycji na arenie międzynarodowej.

 

Trzeci ośrodek siły – Eurosja

Korzyści z budowy projektu politycznego od Lizbony po Władywostok miały jednak wykraczać szerzej poza interesy Niemiec i Rosji, a także ich relacji w układzie sił z USA. Oprócz tego Francuzi dokładali do projektu własne aktywa (wpływy w Afryce), mając nadzieję na uregulowanie kwestii spornych z Rosją w Afryce i na Bliskim Wschodzie (podział wpływów). Jednocześnie Francja – o czym pisałem w analizie dot. Niemiec pt.: „Bankructwo niemieckiej strategii geopolitycznej” – miała stać się dla niemieckiej gospodarki oknem na Atlantyk (a szerzej na ocean światowy). Natomiast na najwyższej płaszczyźnie, Eurosja miała stać się równorzędnym partnerem dla Chin.

 

Rosyjski jedwabny szlak

Dzięki współpracy z Unią Europejską, Rosjanie mogli oferować Chińczykom swoje terytorium jako pasmo dla lądowych transferów handlowych (Nowy Jedwabny Szlak). Jednocześnie – kalkulując również kwestię globalnego ocieplenia i topnienia warstwy pokrywy lodowej w okolicach Arktyki – Rosjanie zainwestowali we flotę lodołamaczy, które miały udrożnić tzw. Północną Drogę Morską. Innymi słowy, w dalekiej przyszłości Moskwa zamierzała stać się gwarantem bezpieczeństwa również dla transportu morskiego pomiędzy Chinami a Europą. Odbywającego się na akwenach okołoarktycznych, gdzie Rosjanie posiadają przewagę nad USA.

Plany były naprawdę ambitne i dalekosiężne. Rosja otwierająca Chińczykom wrota do Europy stałaby się ważnym graczem, który w dalszej perspektywie mógł zaoferować Pekinowi dostawy gazu i ropy. I to na własnych warunkach. Zwłaszcza, gdyby okazało się, że Stany Zjednoczone zaczęłyby wywierać silną presję na Chińską Republikę Ludową. A pamiętajmy, że chińska gospodarka uzależniona jest od dostaw gazu i ropy drogą morską. Innymi słowy, docelowo Rosjanie zamierzali ujarzmić Chińczyków poprzez uzależnienie ich – podobnie jak UE – od własnych surowców energetycznych. To mogłoby się udać, gdyby USA uwierzyło w reset z Rosją i przycisnęło mocno Chiny. Te nie mogłyby wówczas polegać na dostawach ropy z Zatoki Perskiej (z uwagi na kontrolę morskich szlaków przez US Navy) i być może byłyby bardziej uległe w zakresie rosyjskich surowców. Choć należy przy tym pamiętać, że Pekin robił wszystko, by nie uzależniać się od Rosji  i próbowałby ciągnąć ropociągi lądem z Iranu.  Jednak jest to bardzo trudna i ryzykowna inwestycja, która nie została zrealizowana po dziś dzień.

Cesarstwo Europejskie Narodu Niemieckiego

Z perspektywy Europejczyków, Francja i Niemcy miały nadzieję osiągnięcia dużych zysków z możliwości ekspansji na ogromnym i wciąż rosnącym chińskim rynku. Niemcy i Francuzi – dzięki rosyjskiej ofercie łączenia Europy z Dalekim Wschodem – mieliby argumenty do targowania się z USA. Posiadanie alternatyw w zakresie eksportu własnych towarów dawałoby Europejczykom opcje negocjacyjne zarówno w rozmowach z Moskwą jak i Waszyngtonem.

Należy pamiętać, że docelowo Niemcy planowały zmniejszyć zależność od dostaw rosyjskiego gazu (Energiewende), a także ropy (rewolucja w motoryzacji – elektryki). Tak więc gra Berlina była nastawiona na dwa etapy rozkuwania politycznych kajdan. W pierwszej kolejności priorytetem było uniezależnienie się od USA, dzięki współpracy z Rosją (gazociągi jako lewary, Rosja jako alternatywny szlak do Chin dla niemieckiego eksportu). Jednak w dalszej perspektywie Niemcy chcieli również zerwać zależność energetyczną od Rosji. W efekcie chcieli uzyskać możliwie pełną zdolność do prowadzenia niezależnej polityki zagranicznej i gospodarczej. Wrócić do geopolitycznego stanu sprzed I Wojny Światowej (I WŚ) i naprawić błędy kajzera i Hitlera. Dzięki współpracy z Francją (okno na świat Atlantyku) oraz Rosją (okno na Daleki Wschód), niemiecka gospodarka mogłaby w sposób nieskrępowany rosnąć i korzystać z globalizacji. Różnica między takim stanem a tym obecnym byłaby taka, że teraz to USA narzuca Niemcom warunki korzystania ze światowego ładu bezpieczeństwa. Tymczasem w relacjach z Francją a nawet Rosją, Niemcy mogłyby się stać tym silniejszym partnerem. Berlin widział się w roli przyszłego Rzymu w projekcie EuRosji.

Francuska potęga kolonialna

Paryż w tym wszystkim miał swoje własne plany. Oczywiście Francuzi liczyli na gospodarcze zyski ze współpracy z Chinami, ale istotniejszą kwestią było ustalenie stref wpływów w Afryce i na Bliskim Wschodzie. Tak z Rosją, jak i Chinami, które rozpoczęły ekspansję w Afryce Wschodniej. Francja zamierzała przejąć kontrolę nad Afryką Północną (w tym nad Libią), a być może nawet zyskać wpływy na Bliskim Wschodzie. Europejskie układy z Iranem (vide porozumienie nuklearne) wskazywały na to, że Niemcy i Francja zamierzały zbudować alternatywę dla dostaw rosyjskiej ropy. Przy czym to Francuzi mieli zostać panami Morza Środziemnego. Tak więc o ile Niemcy zamierzały nadzorować kierunek wschodni (Rosja/Chiny), o tyle Francuzi mieli zadbać o południe. Jednocześnie Paryż obawiał się, że wzrost potęgi gospodarczej Niemiec oraz zerwanie się Berlina z amerykańskiego łańcucha mogą przełożyć się na rozbudowę potęgi militarnej Niemiec. Dlatego Paryż naciskał na stworzenie europejskiej armii, która nie stanowiłaby dla Francji zagrożenia.

 

Przeszacowanie możliwości

Z perspektywy Rosji reset okazał się zgubny. Dał nadzieję, że wrota do projektu EuRosji są otwarte. Władze z Kremla zainwestowały w ten projekt nie tylko pieniądze, ale i czas. Licząc na stworzenie osi Moskwa-Berlin niewrażliwej na dyktat Waszyngtonu, Rosjanie chcieli działać metodycznie. Najpierw EuRosja. Dopiero później, gdy USA przyprze do muru Chiny, można byłoby narzucić Pekinowi warunki dostaw gazu i ropy. Samodzielnie Rosja była za słaba na negocjacje z Pekinem, o czym świadczy choćby fakt, że Chińczycy właśnie w 2009 roku ukończyli budowę pierwszej nitki gazociągu z Turkmenistanu do Chin (projekt Azja Centralna-Chiny). Odrzucili również rosyjską propozycję budowy gazociągu do Chin poprzez Kazachstan.

Władze z Moskwy uwierzyły, że uda im się wykorzystać reset i oderwać Niemców od amerykańskich wpływów, stworzyć projekt EuRosji, a następnie przerzucić zasoby militarne oraz kapitałowe do Azji Centralnej. W celu storpedowania chińskiej ekspansji w tym regionie, a następnie wyciągnięcia w stronę Chin ręki, gdy te będą zależne od morskich dostaw (a tym samym od USA). Jednocześnie Rosjanie przeciwdziałali wszelkim projektom na Bliskim Wschodzie, które zmierzały do zwiększenia dostaw ropy na Stary Kontynent (vide Syria, ale i granie w Libii na wojnę domową, w której Rosjanie biorą przecież czynny udział do dziś). Putin uwierzył, że może dyktować w przyszłości warunki tak Niemcom i szerzej UE, jak i Chińczykom. Będąc przy tym równorzędnym partnerem dla USA, które utraciłyby wpływy w Europie.

W 2012 roku Władimir Putin był przekonany, że posiada wszystkie atuty w swoich rękach. Nord Stream powstał (2011), Nord Stream II był planowany, budowa South Streamu lada moment miała ruszyć, a projekt budowy gazociągu z Iranu przez Syrię do Europy legł w gruzach (wybuch w marcu 2011 roku wojny domowej w Syrii). Polska znalazła się na rosyjskiej łasce energetycznej (gaz), a w tym samym czasie Amerykanie ogłosili piwot na Pacyfik (wypowiedź Clinton – 2011). Co zwiastowało wywieranie presji na Chiny.

Putin uwierzył, że rosyjsko-niemieckie partnerstwo jest silniejsze niż amerykańskie wpływy w Europie i samym Berlinie. Uznał, że jest to właściwy moment na rozpoczęcie gry przeciwko USA w celu oderwania Eurosji od amerykańskich wpływów i stworzenia konkurencyjnego bloku. Moskwa zdecydowała się ponadto na odzyskanie kontroli nad Syrią. W obliczu wojny domowej Asad potrzebował pomocy, a będąc na łasce Putina był gotów całkowicie podporządkować się woli Kremla.

Gdy w odpowiedzi na wsparcie dla Asada Amerykanie zaczęli finansować ukraińskie dążenia do niezależności od Moskwy, Władimir Putin nie zawahał się użyć siły. Zajął Krym i rozpoczął wojnę o Donbas. Po pokojowych rozmowach w Mińsku, Angela Merkel dała zielone światło na budowę Nord Stream II (2014), co zaowocowało w 2015 roku podpisaniem umowy na budowę gazociągu.

Niewątpliwie postawa Angeli Merkel i Niemiec po inwazji rosyjskiej na Ukrainę z 2014 roku przekonała Władimira Putina do tego, że Amerykanie są bezsilni. A Rosja może posunąć się tak daleko w Europie Wschodniej jak tylko będzie miała na to ochotę. Dość niepokojącym zwiastunem problemów z niemieckim partnerem były natomiast pierwsze unijne sankcje na Rosję. Jednak nie miały one wielkiego wpływu na Putina. Przecież strategiczne interesy (Nord Stream II) posuwały się do przodu zgodnie z planem.

 

Rewolucja łupkowa

Jednym z czarnych łabędzi dla rosyjskich kalkulacji okazała się być… rewolucja łupkowa w USA. Jeszcze w 2009 roku produkcja np. ropy ze skał łupkowych była na poziomie niewiele wyższym niż w roku 2005. Jednak w 2011 roku „coś” zaczęło się dziać, a w latach 2012-2014 wolumen amerykańskiej produkcji gazu i ropy z łupków rósł geometrycznie.

Obrodziło to w 2015 roku zgodą kongresu na eksport ropy z USA, a także uproszczeniem w kolejnych latach procedur dotyczących eksportu LNG. Stany Zjednoczone wraz z każdym kolejnym rokiem wchodziły mocniej na europejski rynek energetyczny, często kosztem interesów Rosji.  Okazało się wówczas, że to nie bliskowschodnie, a właśnie amerykańskie surowce mogą stanowić alternatywę dla dostaw z Rosji do UE. Jak gdyby tego było mało, gdy Rosjanie pod koniec 2021 roku zagrali naprawdę ostro na rynku gazu, to właśnie dziesiątki gazowców z USA przetransportowało LNG do postawionej pod ścianą Europy. Amerykanie zneutralizowali w ten sposób rosyjski potencjał do szantażu energetycznego.

 

Amerykański gambit – gaz to za mało

Gdy administracja Baracka Obamy zorientowała się (2014), że na skutek resetu Stany Zjednoczone wepchnęły de facto Niemców w objęcia Moskwy, nastąpił gwałtowny zwrot w polityce europejskiej. W połowie 2014 roku wybuchła afera podsłuchowa w Polsce. W jej wyniku ówczesny premier Donald Tusk podał się do dymisji. Miękkie lądowanie zapewnili mu Niemcy, z których to poparciem objął stanowisko Przewodniczącego Rady Europejskiej (1.12.2014). Koalicja rządząca PO-PSL – po stracie szeregu liderów w tym szefa partii – nie była zdolna do wygenerowania odpowiedniego zaufania wśród Polaków. W roku 2015 nadszedł prawdziwy polityczny przełom, a pro-amerykańska frakcja polityczna (PiS) zgarnęła w wyborach pełną pulę. Urząd prezydenta oraz większości w sejmie i senacie. Amerykanie rzucili polityczną kotwicę w samym sercu Europy, dokładnie pomiędzy Niemcami a Rosją.

Jeszcze w 2015 roku oddano do użytku terminal LNG w Świnoujściu (decyzja o budowie 2006-PiS, realizacja 2010-2015 – PO-PSL, zakończenie inwestycji PiS – 2015). Niemal natychmiast podjęto też decyzję o rozbudowie terminala, a także o budowie gazociągu Baltic Pipe. Ten zdołano ukończyć w terminie, czyli do końca 2022 roku. Dzięki wyżej wymienionej infrastrukturze, Polska stała się najpierw mało podatna (po ukończeniu terminalu LNG) a następnie zupełnie niewrażliwa (po ukończeniu Baltic Pipe) na ewentualny szantaż gazowy Moskwy. Co więcej, dzięki innym inwestycjom w sieć gazociągów Polska zyskała możliwość transferu gazu z i do państw bałtyckich. Wciąż w budowie jest gazociąg na południe do Chorwacji (łączący Polskę z Czechami, Słowacją, Węgrami i Chorwacją), a dodatkowo postanowiono rozwinąć połączenie z Ukrainą.

Strach przed zagrożeniem militarnym ze strony Rosji sprawił, że nie tylko Polska, ale i państwa bałtyckie oraz Rumunia zaczęły orientować się w polityce zagranicznej na USA a nie na Berlin. Zwłaszcza, że Niemcy okazali się być z jednej strony bezsilni w obliczu agresji na Ukrainę, a drugiej ich postawa świadczyła o braku woli przeciwstawiania się Moskwie. W efekcie Niemcom załamał się cały polityczny projekt Mitteleuropy o czym pisałem w poprzedniej analizie. Władze z Berlina próbowały jeszcze podjąć walkę o odzyskanie kontroli nad Warszawą, jednak zakończyła się ona niepowodzeniem  (przełom 2016/2017). Niemcy wciąż jednak próbowały wraz z Rosją realizować budowę Nord Stream II.

W styczniu 2017 roku urząd prezydenta USA objął Donald Trump i od tego momentu wszelka niesubordynacja Niemiec była łamana w sposób demonstracyjny i bardzo dosadny. Wystarczy tylko przypomnieć amerykańskie cła na stal i aluminium (2018), które uderzyły głównie w Niemcy. Donald Trump działał w sposób kontrowersyjny, jednak jedno trzeba mu przyznać. Potrafił wywołać przerażenie u Niemców, którzy nie spodziewali się tak radykalnych działań. Brak obliczalności administracji z Waszyngtonu, a także demonstracyjna oraz upokarzająca Angelę Merkel postawa Trumpa sprawiły, że na Niemców padł blady strach. Zwłaszcza, że niemiecka gospodarka wciąż zależała w dużej mierze od Amerykanów (największy importer z Niemiec) oraz ich kontroli nad szlakami morskimi. Tak więc Donald Trump spełnił w omawianym zakresie swoją rolę doskonale. Obaj z Putinem dysponowali konkretnymi argumentami by szantażować administrację z Berlina, jednak na tamten czas to Donald Trump wydawał się większym szaleńcem. Zdolnym do realizacji swoich gróźb: złamania NATO i globalizacji, która tak bardzo służyły niemieckim interesom.

Pacyfikacja Niemiec nie trwała długo i w grudniu 2019 roku Stany Zjednoczone nałożyły sankcje na budowę Nord Stream II, który w zasadzie był już ukończony w 90%. Tym samym Trump zablokował w ostatniej chwili realizację niemiecko-rosyjskiego projektu.  W obliczu sankcji, Rosjanie byli zmuszeni samodzielnie ukończyć gazociąg, co przedłużyło proces do IX 2021 roku.

Reasumując, strategiczne partnerstwo niemiecko-rosyjskie postawione m.in. na filarze zależności energetycznej Berlina od Moskwy nie wytrzymało presji ze strony USA. Stany Zjednoczone – mimo niemieckiego uzależnienia od rosyjskiego gazu – wymusiły na Berlinie podążanie swoim śladem w relacjach z Rosją. Objawem tego były choćby nakładane, kolejne unijne sankcje na Rosję, a także wydalenie przez Berlin rosyjskich dyplomatów po aferze z próbą zabójstwa Skripala (2018). Wreszcie zablokowanie Nord Streamu II.

Jednocześnie USA nie miało najmniejszego problemu z zakotwiczeniem swoich interesów Warszawie oraz zbudowaniem pro-amerykańskiej koalicji blokującej oś Berlin-Moskwa.

 

Desperacja i skok na głowę

Ostatecznym symptomem tego, że Niemcy są bezsilni wobec amerykańskiej presji i nie są w stanie wspierać Rosji był brak uruchomienia przepływu gazu przez ukończony gazociąg  Nord Stream II. Oczywiście wspomnieć tutaj należy, że Polska przez lata starała się blokować – za pomocą unijnych narzędzi – budowę i eksploatację Nord Streamów. Tak więc inwestycja ta rodziła ogromne problemy natury prawno-proceduralnej. Jednak w oczach Putina, nieumiejętność przełamania przez Niemców tych kwestii była tylko kolejnym dowodem na to, że nie można na Berlin już liczyć. Niczego w tej kwestii nie zmieniła zmiana na stanowisku prezydenta USA. Joe Biden wprawdzie zdjął sankcję z NS II tuż przed dokręceniem ostatniej śrubki (co i nie miało żadnego znaczenia), jednakże sankcyjna presja na Rosję wciąż rosła. A gaz przez NS II nie popłynął.

Ponadto w Moskwie zdawano sobie sprawę z tego, że do końca 2022 roku mija dogodne dla Rosji „okno” geopolityczne. Bowiem ukończenie Baltic Pipe oznaczało, że najbardziej dotychczas uzależniona od rosyjskiego gazu Europa Środkowa zyskiwała alternatywę w postaci dostaw z Norwegii. Oprócz tego realizowano szereg innych inwestycji, które osłabiały pozycję Rosji na rynku energetycznym. Zostało to opisane szczegółowo w art. z 2019 roku pt: „Do 2022 Rosja wywoła wojnę w Europie lub na Bliskim Wschodzie”. Innymi słowy, Rosjanie tracili możliwość szantażu energetycznego względem Europy. A odzyskanie Ukrainy bez zastosowania takiego szantażu i bez zneutralizowania UE jako sojusznika USA byłoby niemożliwe.

Dlatego 24 lutego 2022 roku Władimir Putin wydał rozkaz uruchomienia „specjalnej operacji” na Ukrainie. Co de facto można przyrównać do oficjalnego ogłoszenia bankructwa jego dotychczasowej polityki zagranicznej oraz projektu EuRosji. O tym, że Rosja już przegrała wojnę na Ukrainie (niezależnie od wyniku starcia militarnego) napisałem odrębną analizę pt.: „Federacja Rosyjska już przegrała. Pytanie ile szkód zdoła jeszcze wyrządzić?”.

 

Uwolnienie rąk

Przy tym wszystkim należy z uznaniem spojrzeć na amerykańską umiejętność radzenia sobie na kilku frontach jednocześnie. W momencie gdy Waszyngton musiał zaangażować się w Europie Środkowej i zmagał się z ofensywną postawą Moskwy, to Amerykanie nie odpuścili tematu rywalizacji z Chinami. Donald Trump wprowadzał kolejne cła na chińskie produkty rozpoczynając wojnę handlową z Państwem Środka. Jednocześnie trwały zmagania z Kim Dzong Unem, który do 2018 roku straszył amerykańskich sojuszników atomem. Ponadto Trump zerwał porozumienie z Iranem dostrzegając jego słabości (Iran mimo porozumienia i tak grał przeciwko USA, zwłaszcza w Iraku i Syrii). Wreszcie, na Bliskim Wschodzie nieprzerwanie od 2013 roku trwała wojna z ISIS, które zostało wymazane z mapy dopiero w 2019 roku. Przez ten okres Amerykanie musieli angażować się w tym regionie zarówno militarnie jak i politycznie.

Amerykańska administracja, poszczególne komórki eksperckie wydzielone do analizy konkretnych teatrów geopolitycznych, a także poszczególni politycy oraz wojskowi mieli pełne ręce roboty. I to na każdym froncie.

I trzeba przyznać, że Amerykanie dali radę. Zdołali wycofać siły militarne z Iraku i Afganistanu (2021). Uwolnili sobie tym samym ręce oraz znacząco obniżyli koszty utrzymywania sił ekspedycyjnych. Ugrano kilka lat spokoju na Półwyspie Koreańskim (2018-2022, dopiero teraz Kim znów zaczął straszyć). Spacyfikowano Niemców, a jednocześnie udało się odtworzyć jedność NATO wobec rosyjskiego zagrożenia (na życzenie Putina). Wojna gospodarczo-technologiczna z Chinami wciąż trwa i nie widać, by Amerykanie ją przegrywali.

W efekcie ograniczania zaangażowania w mniej istotnych regionach (Bliski Wschód/Azja Centralna), w obliczu  drugiej inwazji na Ukrainę, Stany Zjednoczone mogły zwiększyć obecność militarną na tzw. wschodniej flance NATO, a jednocześnie pozwolić sobie na wysyłanie na Ukrainę olbrzymich ilości amunicji i zaopatrzenia. Co być może nie byłoby takie proste, gdyby interwencje w Iraku i Afganistanie wciąż trwały.

W roku 2023 chyba już nikt nie ma wątpliwości, że to Federacja Rosyjska znajduje się w bardzo trudnym położeniu. I może się wkrótce okazać, że Amerykanie – bez włożenia w to dużego wysiłku – wyjdą ze starcia z Rosją obronną ręką.

To wszystko wiemy już jednak „po fakcie”. Dlatego warto zastanowić się również – w kontekście oceny resetu Obamy a także nabytej już wiedzy – co by było gdyby…

 

Co by było gdyby… Alternatywna wersja wydarzeń

Zastanawianie się nad hipotetycznymi scenariuszami geopolitycznymi zawsze wiąże się z ogromnym ryzykiem, a raczej pewnością, że wymyślona sekwencja wydarzeń nie uwzględnia szeregu czynników, które miały wpływ na rzeczywistość. Niemniej, „gdybanie” posiada jednak dużą wartość w kontekście ocen poszczególnych decyzji. Tak w życiu osobistym, jak i w kwestiach natury międzypaństwowej. To przecież wyobraźnia – oraz oczywiście doświadczenie – podpowiada nam, co może się stać po takim, a nie innym wyborze. Tak więc jest niezbędnym czynnikiem przy podejmowaniu decyzji oraz dokonywaniu oceny. Jednak by ocena była możliwie jak najbardziej obiektywna, należy jak najlepiej opracować i uzasadnić alternatywę. Przedstawienie fałszywego obrazu alternatywnego rozwoju wypadków będzie bowiem prowadzić do błędnych ocen, a co gorsza, fałszywych wniosków na przyszłość.

Dlatego niniejszy podrozdział analizy – będący jej sednem – został poprzedzony obszernym przedstawienie kontekstu sytuacyjnego z jakim mieliśmy do czynienia w latach 2009-2022. Bowiem bez wiedzy o realiach panujących w danej chwili nie można w sposób uczciwy dokonać weryfikacji danej decyzji. Jednocześnie z pewnością łatwiej jest tego dokonać, gdy weźmie się pod uwagę jej skutki. Tutaj jednak czekają na badaczy alternatywnych wizji liczne pułapki. Bowiem efekty działań dzielą się na te krótkoterminowe, ale i długoterminowe. Różnica może być diametralna. Na przykład jednym z koronnych argumentów „realistów” w kontekście polskich decyzji z 1939 roku jest fakt, że Czechy – które kapitulowały przed Hitlerem – wyszły po wojnie bez dużych strat ludzkich tak jak to było w przypadku Polski. Pamiętamy jednak, że II RP posiadała ok. 35 mln obywateli z czego blisko 24 mln (68%) było narodowości polskiej. Szacuje się, że w czasie II Wojny Światowej II RP straciła ok. 6 mln obywateli w tym mniej niż 3 mln Polaków. W 1945 roku w PRL żyło niecałe 21 mln Polaków. Tak więc jeśli odrzucić kwestie natury moralnej oraz zostawić tylko argument statystyczny, to dane za lata 1939-1945 wypadają niekorzystnie dla wyboru o podjęciu wojny obronnej. Jednak jeśli zbadamy dłuższy okres np. 1939-2022 to okazuje się, że czeska populacja wzrosła w tym okresie (80 lat) nieco ponad 20%, tymczasem Polaków jest już (bez emigrantów) 38 mln co daje blisko 60% wzrost. Na to składało się oczywiście szereg różnych czynników, jednak demografowie – na bazie konkretnych danych – wskazują, że wojna miała duży wpływ na późniejszy wyż demograficzny w Polsce. Przyrost naturalny w Polsce w 1946 roku wynosił 16%, w 1955 roku aż 19,5% a w roku 1960 – 15,1%. Był to okres tzw. fazy kompensacji strat wojennych. Dla porównania w roku 2006 spadliśmy w tym współczynniku pod kreskę (-0,04%). Tak więc gdyby oceniać decyzję Becka tylko i wyłącznie w oparciu o suche dane statystyczne z okresu 1939-2022, to można stwierdzić, że wojna z lat 1939-1945 przyniosła niebywale pozytywne skutki (jak to brzmi, ale przecież takie są fakty!) jeśli chodzi o przyrost naturalny w Polsce. Czy to oznacza, że przegrane wojny obronne są korzystne dla państwa? Oczywiście, że nie. Bo płaszczyzn jest wiele, a Polska straciła na m.in.: terytorium, majątku, znaczeniu politycznym (de facto okupacja ZSRR). Wymieniać można by długo. Jednak to jeszcze nie oznacza, że decyzja Becka była błędna i najgorsza z możliwych. Przeciwnie, była jedyną, którą można było podjąć w tamtych warunkach, co wykazałem lata temu w artykule: „PAKT z III RZESZĄ – alternatywa, czy najgorszy sen Polaków?”.

Dlatego dokonywanie ocen po samych efektach należy uznać za katastrofalną w skutkach metodę oceny. Należy bowiem pamiętać, że wiedza o skutkach danego działania przychodzi po jego podjęciu. Nikt z nas przy podejmowaniu jakiejkolwiek decyzji nie bierze pod uwagę konsekwencji, których nie zna. Może jedynie uznać – na bazie zdobytego doświadczenia – że akurat takie a nie inne następstwo działania jest najbardziej prawdopodobne. A prawdopodobieństwo to oceniamy na podstawie znanych nam – a przecież możemy o wszystkim nie wiedzieć – okoliczności istniejących na moment podjęcia decyzji.

Po tak przydługim, jednak chyba koniecznym, filozoficznym wstępie należy powrócić do resetu Baracka Obamy i przejść do konkretów.

 

Chwila słabości USA

Istnieje teoria wg której, Władimir Putin zdecydował się na uderzenie na Ukrainę także dlatego, że uznał Joe Bidena za słabego prezydenta. Mógł być również przekonany, że jedność NATO nie istnieje. Jeśli przyjąć tę tezę za prawidłową, to warto mieć świadomość tego, że Stany Zjednoczone uwikłane w kosztowną wojnę w Afganistanie oraz uginające się pod ciężarem światowego kryzysu gospodarczego wydawały się w roku 2009 jeszcze słabszym przeciwnikiem niż dziś.  Ponadto spójność NATO oraz zaufanie do USA było marginalne. Inwazja na Irak z 2004 roku  nie została poparta przez nikogo oprócz Londynu i Warszawy. Mało tego, w 2007 roku wybuchła afera gdy wypłynęło, że nie było żadnych raportów o broni chemicznej Saddama Husseina, które miały być podstawą do wojny. Informacja ta zmiotła z fotela premiera Tonego Blaira.

W kolejnych latach reputacja USA wcale nie zyskiwała. W 2010 roku WikiLeaks opublikowało setki tysięcy dokumentów dotyczących wojen w Afganistanie i Iraku, a także dokumentów dyplomatycznych z amerykańskich ambasad. W 2011 roku portal opublikował dane dotyczące więźniów z Guantanamo, a także z innych tajnych więzień CIA (w tym w Polsce) gdzie stosowano tortury. W 2013 roku Edward Snowden ujawnił program inwigilacji obywateli USA przez amerykańskie służby. Również w 2013 roku wybuchła kolejna afera związana z amerykańską inwigilacją całego niemieckiego rządu, w tym z podsłuchami kanclerz Angeli Merkel. Napisać, że wiarygodność USA była w latach 2009-2013 narażona na szwank, to nic nie napisać. Wizerunek hegemona był wówczas w zasadzie zdewastowany. Jeśli Władimir Putin szukałby „słabego” momentu USA i Paktu Północnoatlantyckiego, to taki przyszedł znacznie wcześniej niż w roku 2021. Należy również pamiętać, że w czasie wojny w Gruzji z 2008 roku Rosjanie sami poważnie podważyli pozycję USA . Rosyjskie uderzenie zostało wykonane miesiąc po tym, kiedy to na terytorium Gruzji ćwiczenia odbywały wojska NATO-wskie, głównie amerykańskie („Immediate Response-2008”). Ponadto rosyjska inwazja była niejako odpowiedzią na deklaracje dotyczące przyszłego członkostwa Ukrainy i Gruzji w NATO, które padły na szczycie w Bukareszcie w kwietniu 2008 roku. Rosja wygrywała militarnie w starciu z Gruzją i by powstrzymać zajęcie stołecznego Tbilisi, do Moskwy pofatygowała się delegacja pod przewodnictwem prezydenta Francji Nicolasa Sarkozego. Silna pozycja Putina była tutaj nad wyraz widoczna. Po zawarciu pokoju, Rosjanie na przełomie 2008/2009 roku czuli się już niezwykle pewnie. Wygrali wojnę z w Gruzji, a USA – zaangażowane gdzie indziej – nie kiwnęło nawet palcem.

Poczucie posiadania przewagi po stronie Kremla rosło. Zwłaszcza, że po „przegraniu” Ukrainy na skutek pomarańczowej rewolucji (2004 rok), już w 2009 roku poparcie dla pro-zachodniego prezydenta Wiktora Juszczenki wynosiło… zaledwie 5,5%. Rządy „rewolucjonistów” były skończone i Rosjanie byli niemal pewni zwycięstwa swojego kandydata w wyborach w 2010 roku. Co też się stało (prezydentura Wiktora Janukowycza).

 

Twarda linia Obamy

Wyobraźmy sobie, że w takich warunkach administracja Baracka Obamy nie wyciąga ręki do Władimira Putina. Tak więc decydenci z Waszyngtonu postanowiliby uporać się z kryzysem ekonomicznym, wojną w Afganistanie, okupacją Iraku, a jednocześnie podjąć próbę spacyfikowania Federacji Rosyjskiej. Wówczas wojna w Gruzji mogłaby posłużyć jako podstawa do nałożenia na Federację Rosyjską sankcji. Pytanie, czy do akcji sankcjonowania Rosji dołączyłaby Unia Europejska? Bez niej tego rodzaju działanie nie odniosłoby w zasadzie żadnego skutku.

A kwestia byłaby wysoce problematyczna. Wprawdzie nie istniały jeszcze nitki Nord Streamu, ale nie było wówczas również ani Baltic Pipe ani terminali LNG w Świnoujściu czy litewskiej Kłajpedzie. Nie było takich terminali w Niemczech. Ponadto – jak wskazywałem wyżej – w 2009 roku Amerykanie byli jeszcze przed znacznym zwiększeniem wydobycia gazu i ropy z łupków. Innymi słowy, Rosjanie mogli odciąć dostawy gazu do Polski, Niemiec, Ukrainy, Austrii, Czech, Słowacji, Węgier i do wielu innych krajów UE. I nie byłoby żadnej alternatywy dla rosyjskiego surowca. Kremlowski szantaż byłby w takim przypadku na 100% skuteczny. W zasadzie nałożenie w 2009 roku sankcji na Rosję oznaczałoby energetyczny game over dla Europy. W konsekwencji uzasadnioną wydaje się być teza, że w latach 2009-2010 Rosjanie z niezwykłą łatwością mogliby rozerwać tzw. jedność Zachodu. Amerykanie mieliby wówczas potężny problem by przekonać Europę do działania przeciwko Moskwie. Być może właśnie to głównie z tego powodu doszło do resetu?

Konstatacja ta wydaje się w zasadzie zamykać temat „gdybania”. Amerykanie – nawet gdyby sami mieli potencjał do działania przeciw Rosji – mogliby nie uzyskać wsparcia wśród swoich sojuszników. A jeśliby taki krok został wykonany (sankcje), to Zachód mógłby przegrać już w przedbiegach. Pozbawiona energii Europa w sytuacji światowego kryzysu gospodarczego już by się raczej nie podniosła.

Ukraińskie szachy

Załóżmy jednak, że Stany Zjednoczone same – lub wespół z UE – nie bacząc na gospodarczo-energetyczne efekty rozpoczęłyby wywieranie presji na Rosji. Próbując izolować ją politycznie, technologicznie i gospodarczo. Jak wówczas zachowałby się Władimir Putin? Można z dużą dozą pewności założyć, że działałby podobnie jak dziś. Innymi słowy, za priorytet uznałby odzyskanie Ukrainy. W warunkach resetu Rosjanie zdecydowali się poczekać do 2010 roku by wskutek wyborów odzyskać wpływy w Kijowie. Jednak w 2009 roku poparcie Ukraińców dla pro-zachodniego rządu było tak niskie, że w zasadzie Putin mógłby pokusić się o dokonanie puczu. Przy czym Ukraina z 2009 roku to nie ta sama co z 2022. Ukraińska armia i służby z roku 2022 to nie te same, co z 2009 roku. Widzieliśmy co działo się w roku 2014, kiedy to na skutek bezwładu, zdrady i niekompetencji Krym został oddany bez walki, podobnie jak lwia część Donbasu. Można założyć, że gdyby polityczny pucz w 2009 roku się nie udał, to Putin mógłby przeprowadzić „specjalną operację” w wyniku której nie zajęto by Krymu i Donbasu, ale od razu Kijów (tak jak próbowano w 2022). Znajdujące się w dużej części na różnych etapach rozkładu ukraińskie służby i armia nie stawiłyby wielkiego oporu. Zwłaszcza, że w 2009 roku spora część kadr pochodziła jeszcze z czasów ZSRR…

Gdyby Władimir Putin kontynuował swoją agresywną politykę zagraniczną w latach 2009-2010, to można stawiać dolary przeciw orzechom, że docisnąłby Białoruś w kwestii integracji, a Ukraina wróciłaby do rosyjskiej strefy wpływów bardzo szybko. Co za tym idzie, zupełnie realnym byłby scenariusz, w którym w roku 2010 cała armia Federacji Rosyjskiej – która nie zostałaby draśnięta w czasie przejmowania kontroli nad Ukrainą – stanęłaby u granic NATO. Począwszy od Obwodu Kaliningradzkiego, przez Białoruś po Ukrainę. Przypomnijmy, że w tym czasie ok. 150 tys. amerykańskich żołnierzy przebywało w Iraku i Afganistanie. Pochłaniając olbrzymie ilości środków, sprzętu i zaopatrzenia.

Z punktu widzenia potencjałów militarnych, tylko i wyłącznie gwarancje nuklearne mogłyby wówczas dawać stronie natowskiej jakiejkolwiek poczucie bezpieczeństwa. Przy czym zupełnie realnym jest, że Rosjanie zaczęliby prowadzić wojnę hybrydową. Ale nie na Ukrainie, tylko np. w Estonii i na Łotwie, gdzie znajdują się mniejszości rosyjskie. To – pozostawione bez reakcji – uderzałoby w wiarygodność NATO jeszcze bardziej.

 

Strategiczne partnerstwo z … Chinami

Należy ponadto zwrócić uwagę na Daleki Wschód. Gdyby gazociągowe projekty do Europy nie powstały, Rosjanie już w 2009 roku poszukaliby partnerstwa z Chinami. Zamiast stawiać na EuRosję, Władimir Putin zacząłby budować RusAzję. Być może już w 2014 roku powstałyby nowe gazociągi i ropociągi do Chin (których nie ma po dziś dzień, za wyjątkiem niewiele znaczącej Siły Syberii). Co uniezależniłoby Rosję od kapitału z Zachodu i zbudowało bardziej trwałe relacje na linii Moskwa-Pekin.

Przy czym należy pamiętać, że w przypadku gdyby UE przestraszyła się szantażu energetycznego (wysoce prawdopodobne), to Amerykanie mogliby stanąć w obliczu bloku Berlin-Moskwa-Pekin. Przy czym również Indie były wówczas pro-rosyjskie, a jednocześnie upatrywano pokojowej koegzystencji z Chinami. Geopolityczna sytuacja Stanów Zjednoczonych byłaby fatalna. Na dobrą sprawę, przy takim wariancie wydarzeń o końcu amerykańskiej hegemonii mówilibyśmy już w 2009 roku. I to byłby prawdziwy koniec, a nie wyimaginowany – jak to się współcześnie wydaje niektórym. Powyższej przedstawiono szereg ważkich argumentów, które przemawiają za tym, że Amerykanie w 2009 roku mogliby nie być zdolni do powstrzymania Rosjan przed zniszczeniem konstruktywistycznego ładu międzynarodowego. Natomiast  w rzeczywistości w roku 2022 Władimir Putin postanowił przetestować hegemonię USA i już dziś wiemy, że ten test mu się nie udał. Innymi słowy, wznowienie wojny rosyjsko-ukraińskiej z 2022 roku było nieopłacalne, a koszty z tytułu rzucenia wyzwania Stanom Zjednoczonym przekraczają ewentualne korzyści, o ile takowe w ogóle wystąpią. Skutki działania Rosji nie dowiodły złamania hegemonii, wręcz przeciwnie, zniechęciły zapewne Chińczyków do podejmowania bardziej stanowczych działań. Pekin woli przeczekać „burzę”, jeśli będzie to możliwe, chyba, że USA same postanowią zwiększać presję na Chińską Republikę Ludową.

 

Świat bez hegemona

Sytuację, w jakiej znalazłby się świat w przypadku utraty hegemonicznego układu opisywałem w książce, dlatego pozwolę tutaj sobie opisać tylko wybrane aspekty związane z ww. hipotetycznym scenariuszem (brak resetu). Jest to kluczowe, bowiem w tym miejscu powinno już pojawić się pytanie: „no dobrze, ale czy upadek hegemonii USA w 2009 roku byłby taki tragiczny? Może euroazjatycki konstrukt byłby lepszy?”

Na tak zadane pytanie można odpowiedzieć w dwójnasób. Tak. Powstanie euroazjatyckiego bloku geopolitycznego byłoby lepsze. Dla Rosji. Być może, choć niekoniecznie, również dla Chin. Natomiast pozycja Unii Europejskiej oraz samych Niemiec zostałaby zmarginalizowana. Z kolei Polska znalazłaby się w tragicznej, kompletnie bezwładnej sytuacji geopolitycznej. Wszystkie te tezy można dość łatwo uzasadnić.


Reklama: Zakup książkę lub ebooka: „TRZECIA DEKADA. Świat dziś i za 10 lat” i dowiedź się, co nas może jeszcze czekać w nadchodzących latach.

TRZECIA DEKADA. Świat dziś i za 10 lat

 


 

Ambicje a możliwości – UE jako dojna krowa

Zarysowany Wielki Plan dotyczący osi Paryż-Berlin-Moskwa (a szerzej również Pekin) wygląda imponująco, jeśli rozrysować go na kartce. Jednak należy pamiętać o tym, że w roku 2009 poszczególne stolice nieco inaczej wyobrażały sobie własną rolę w całym projekcie. Chiny inwestowały w Azję Centralną i szukały lądowych połączeń z Bliskim Wschodem, które mogłyby kontrolować samodzielnie. Jednocześnie stały się w zasadzie drapieżnikiem gospodarczym, który wszedł na dość liberalny rynek europejski i zaczął przejmować całe zakłady produkcyjne wraz z technologiami. Ponadto władze z Pekinu nie wahały się używać szantażu w zakresie regulacji prawnych dla podmiotów zagranicznych prowadzących produkcję i sprzedaż na terytorium Chin. Decydenci z Pekinu działali i działają w taki sposób, jakby wszyscy wkoło byli nie tylko konkurentami, ale i przeciwnikami. Wrogami, których należy ostatecznie złupić i zwasalizować. Dokładnie taką samą filozofią polityczno-biznesową kierowały się i wciąż kierują elity z Kremla.

Nic więc dziwnego, że jeszcze przez 2014 rokiem zarówno Francuzi jak i Niemcy zaczęli zastanawiać się na formą partnerstwa z Chinami. Bowiem skutki brutalnej, gospodarczej ekspansji Państwa Środka były dostrzegane już wówczas. Powoli okazywało się, że Chińczycy nie są – tak jak Amerykanie – nastawieni na relacje win-win. Tam gdzie mogli, tam brutalnie wykorzystywali słabości systemu kapitalistycznego i demokratycznego. Skupywali nie tylko całe fabryki czy koncerny, które następnie – po wyssaniu technologii – przenoszono do Chin. Przejmowali infrastrukturę strategiczną (vide port w Pireusie) i dyktowali nawet warunki kulturowe (vide szantażowanie federacji NBA po krytyce Chin wyrażonej przez jednego z koszykarzy lub wywieranie presji na Norwegię po przyznaniu Pokojowej Nagrody Nobla dla Liu Xiaobo). Chińczycy – podobnie zresztą jak Rosjanie – zamierzali przywiązać bogatą Europę kajdanami do kaloryfera i doić Europejczyków aż do cna. Nie chodziło im nigdy o zbudowanie jednego wielkiego systemu globalnego, w którym każdy ma szansę się rozwinąć (tak jak to zrobili Amerykanie). Chińczycy nigdy nie szukali partnerów, tylko budowali relacje wasalne. Narzędziem dyscyplinowania reszty świata – który byłby sam sobie winien dając się „podbić” przez Chinczyków – miały stać się pieniądze. Łasy na kapitał Zachód wydawał się zupełnie uległy politycznie dla elit Pekinu.

Przy rosnącej potędze Chin oraz Rosji (z uwagi na znaczenie geograficzno-militarne), Berlin i Paryż traciłyby de facto w perspektywie długoterminowej. Bowiem polityczne ustalenia poczynione np. w roku 2010, byłyby na bieżąco aktualizowane. Wraz ze wzrostem zależności UE od wschodnich „partnerów”, Ci ostatni wymuszaliby kolejne koncesje oraz prowadziliby agresywną ekspansję kosztem interesów Francji i Niemiec. Nie ma przy tym wątpliwości, że autorytarne reżimy byłyby w tym zakresie dużo skuteczniejsze w działaniu, niż demokratyczne elity europejskie, które kłóciłyby się dodatkowo między sobą. To jak łatwo było i jest rozegrać poszczególne państwa UE widzimy nawet dzisiaj. Skutecznie robili i robią to Rosjanie (np. w przyp. Węgier, ale i Niemiec).

 

Energetyczny niewolnik

Należy również pamiętać o tym, jak duże wpływy agenturalne posiadali Rosjanie w całej Europie. I to na najwyższych szczeblach. Skorumpowanie kanclerzy Niemiec czy Austrii jasno wskazuje, że dalekosiężna polityka (Energiewende) to jedno, ale interesy rosyjskie to drugie. Silna i dokapitalizowana Rosja zwiększałaby swoje wpływy w europejskich elitach, co mogłoby się odbić bardzo negatywnie na długofalowe plany UE i poszczególnych państw. Pamiętać również należy, że Energiewende nie dawałoby 100% niezależności od gazu. Przeciwnie. Wygaszenie atomu, zwiększenie zapotrzebowania na energię elektryczną, a także niestabilność produkcji energii z OZE (zmienne warunki atmosferyczne) sprawiały, że niemiecka zależność od rosyjskiego gazu w latach 2010-2020 rosła i to w bardzo dużym tempie (stąd inwestycja w NS II). Wystarczy spojrzeć na dane. W 2019 roku Niemcy importowały dwa razy więcej gazu niż w roku 2009.

Jeszcze w 2021 roku, Rosjanie dostarczali aż 35% zapotrzebowania na gaz w całej UE. A wskaźnik ten był w poprzednich latach bliski 40%. Gdyby nie agresywne działania Putina, ta zależność mogłaby się wciąż zwiększać.

Także już po fakcie należy stwierdzić, że Niemcy może i zamierzały uzyskać większą niezależność energetyczną w roku 2009, ale na stan z 2020 roku wyglądało to gorzej niż dekadę wcześniej. Nadto presja na wygaszanie atomu, która była wywierana również na Francję wskazuje, że i Paryż – gdyby nie oparłby się temu szaleństwu – mógłby zostać uzależniony w większym stopniu od rosyjskiego gazu… Gdyby w 2009 roku nie było resetu, to w Europie Środkowej nie powstałaby prawdopodobnie żadna dodatkowa infrastruktura, która pozwalałaby ściągać gaz z innego kierunku niż Rosja. Nie tylko z powodu tego, że Moskwa grałaby twardo szantażem energetycznym, ale i posiadałaby zapewne duże zdolności w zakresie softpower (choćby poprzez działanie agentury i korupcję najwyższych polityków). W konsekwencji UE stałaby się energetycznym zakładnikiem Putina bez nadziei na wyrwanie się z tej zależności.

Dodatkowo przykład, w którym Putin był gotowy „wystawić” Asada w Deauville w celu storpedowania budowy ropociągu irańsko-syryjskiego do Morza Śródziemnego (celem dostaw do Europy) pokazuje, że francuskie ambicje na Bliskim Wschodzie były ułudą. Rosjanie rozgrywaliby ten region po swojemu, a gdyby weszli tam jeszcze Chińczycy (a budowa bazy militarnej w Dżibuti pokazuje, że mieli taki zamiar) Europa stałby się znów kompletnie zależna od zewnętrznych mocarstw w zakresie dostaw strategicznych surowców, w tym ropy z Bliskiego Wschodu. Moglibyśmy mówić o sytuacji: „zamienił stryjek siekierkę na kijek”, bowiem Berlin być może uwolniłby się od wpływów z USA, ale stałby się zakładnikiem bezwzględnych i niewiarygodnych reżimów z Pekinu i Moskwy. Te ostatnie dyktowałyby warunki polityczno-gospodarcze używając przy tym argumentów siły.

Tak więc wskazać należy, że Berlin i Paryż pchały do pewnego momentu Unię Europejską w objęcia agresywnych drapieżników geopolitycznych. I to w sytuacji, w której istniejący amerykański system pozwalał się rozwijać, a Waszyngton nie wymagał wiele więcej jak lojalności.

Nadto nie została jeszcze opisana kwestia relacji francusko-niemieckich, w których też istniało i wciąż istnieje wiele sprzecznych interesów. Które również mogłyby zaburzyć lub zniweczyć wielkie plany EuRosji. Projekt ten był niebezpieczny również choćby właśnie z tego tytułu, że nie było w nim jednoznacznego lidera-hegemona. Co prowadziłoby do ciągłej i zaostrzającej się rywalizacji pomiędzy „partnerami”. A ponieważ nikt nie czułby się w tym systemie słabszy, to napięcia mogłyby łatwo eskalować.

 

Terytorium Polski czy polskie terytorium?

W sytuacji, w której Amerykanie przegraliby wpływy w Europie, a Berlin stałby się niewolnikiem Moskwy, pozycja Warszawy sprowadzałaby się do administratora polskiego terytorium w ramach interesów niemiecko-rosyjsko-chińskich. Wystarczy tylko wspomnieć warunki na jakich do niedawna były przesyłane surowce energetyczne z Rosji przez Polskę do Niemiec. W praktyce, robiliśmy to za darmo. Również Nowy Jedwabny Szlak nie przynosiłby nam żadnych większych korzyści. Nie byłoby bowiem powodu, dla którego Niemcy, Rosjanie i Chińczycy mieliby dzielić się z nami zyskami z transferów. Niemiecko-rosyjskie wpływy polityczne w Polsce byłyby na tyle duże, by Polska przestał być relatywnie niezależnym bytem politycznym, a stała się jedynie geograficzną nazwą krainy, przez którą przebiegałyby drogi, tory kolejowe i rurociągi. Nord Streamy powstałyby i tak, tyle tylko, że nikt by ich w 2022 roku nie wysadził w powietrze. Natomiast taki los mógłby spotkać w najgorszym wypadku terminal LNG w Świnoujściu (o ile w ogóle by go ukończono lub później wykorzystywano). O powstaniu Baltic Pipe nie byłoby mowy. Cały region Europy Środkowej zostałby podporządkowany pod dyktat niemiecko-rosyjskiego strategicznego partnerstwa. Co byłoby tym gorsze, że Niemcy sami byliby bardzo zależni od Rosjan, a więc podatni na ich sugestie dotyczące administrowania Polską…

O ułudzie teorii wakaryzmu, czy potencjalnej polskiej niezależności politycznej oraz partnerstwie w ramach Trójkąta Weimarskiego pisałem w tekście pt.: „Który hegemon byłby najlepszy dla Polski? A może świat wielobiegunowy?”. Te miraże nie miałyby prawa się ziścić w kontekście:

  1. 100% zależności energetycznej od Rosji,
  2. demilitaryzacji Polski – czyli faktycznego rozbrajania Sił Zbrojnych RP, co przecież obserwowaliśmy przez długie lata,
  3. wasalnej wobec Niemiec gospodarki,
  4. zależności prawno-instytucjonalnej względem UE.

Tego rodzaju „realizm” – we współczesnych polskich warunkach – był najbardziej oderwaną od rzeczywistości koncepcją, jaką można było zaproponować.

 

RESET RATUJE ŚWIAT? – alternatywny scenariusz geopolityczny

Wobec powyższym rozważań kształtuje się konstatacja, że w przypadku twardej postawy Stanów Zjednoczonych możliwym byłoby złamanie jedności Zachodu. W efekcie mógłby powstać blok EuRosji współpracujący z Chinami. To, jak fatalnym byłoby to rozwiązanie dla Europy – która w takim układzie byłaby najsłabszym ogniwem i dojną krową – zostało opisane powyżej.

Istnieje jednak inny wariant wydarzeń, w którym to UE – mimo energetycznej presji ze strony Rosji – ostatecznie stanęłaby po stronie USA. Niemcy mogliby w krótkim tempie zbudować terminale LNG, tak jak to zrobili w 2022 roku, gdy w mniej niż rok zbudowali dwa pływające terminalne LNG. Polska uwinęłaby się z własnym terminalem w Świnoujściu, Litwini zrealizowaliby gazoport w Kłajpedzie i sytuacja zostałaby w jakiejś mierze opanowana.

W takim scenariuszu, mielibyśmy sytuację bliźniaczą do tej, jaka zaistniała w rzeczywistości. Tyle tylko, że byłby to rok 2010 lub 2011. Ukraina byłaby w rękach Putina, a nawet jeśli doszłoby do przyśpieszonego majdanu, to konsekwencją rewolty w Kijowie byłaby pełnoskalowa rosyjska inwazja na Ukrainę. Przy założeniu, że w tamtym czasie Ukraińcy nie byliby zdolni do odparcia ataku, Federacja Rosyjska stanęłaby u bram NATO rozciągając swoje armie i instalacje wojskowe wzdłuż całej granicy na tzw. wschodniej flance NATO.

Nie pobita i gotowa do działania rosyjska armia mogłaby także wywrzeć dużą presję na Finlandii. Wątpliwym jest, by Helsinki w takiej sytuacji zaryzykowały próbę oficjalnego wejścia do NATO. Zwłaszcza, gdyby Finowie zdawali sobie sprawę ze skali zaangażowania Amerykanów w Afganistanie.

Wojna hybrydowa w państwach bałtyckich mogłaby dać Putinowi pretekst by wkroczyć wojskami na Litwę, Łotwę i Estonię. Pamiętajmy, że w tamtym czasie NATO mogłoby nie zdążyć wysłać nawet śladowych ilości wojsk w ten rejon. Sytuacja mogłaby być bardzo dynamiczna i zmieniać się z tygodnia na tydzień. Co w końcu doprowadziłoby co najmniej do sytuacji analogicznej jak w czasie tzw. Kryzysu Kubańskiego.

Jednak wcale nie jest powiedziane, że Putin działał by nagle i gwałtownie od razu w latach 2010-2011. Być może posuwałby się na tyle, by nie ryzykować konfliktem nuklearnym. Destabilizując Litwę, Łotwę, Estonię, a może nawet Polskę – ale nie wysyłając wojsk w granice tych państw. Władimir Putin mógłby czekać, ponieważ jak opisałem powyżej, strategiczne partnerstwo Rosja-Chiny dałoby mu poczucie kontroli sytuacji. Budowa infrastruktury energetycznej do Chin mogłaby zakończyć się około 2014-2015 roku. Wówczas to Rosja i Chiny – w dużej mierze uniezależnione od Zachodu – mogłyby prowadzić działania wojenne równocześnie w dwóch miejscach świata. Jeśli dodamy do tego presję (lub możliwy atak) Korei Północnej na Koreę Południową, to mogłoby się okazać, że świat by zapłonął. Byłoby to tym bardziej prawdopodobne, im bardzie rywale Stanów Zjednoczonych byliby przekonani, że Waszyngton nie jest w stanie powstrzymać nawałnicy. I będzie skłonny opuścić tron hegemona, zwracając się ku polityce „America First”.

Taka decyzja Amerykanów byłaby możliwa, bowiem mając do wyboru: utrata hegemonii lub wojna atomowa w obronie Zachodu i amerykańskiej strefy wpływów w Europie i na Dalekim Wschodzie, Waszyngton mógłby zdecydować się by przeczekać burzę.

Gdyby do tego czasu wojna w Europie jeszcze nie wybuchła, to jedno jest pewne. Po wycofaniu się Amerykanów, Władimir Putin próbowałby zrewidować pozycję Rosji w Europie przy pomocy gróźb a nawet siły. To mogłoby doprowadzić do kompletnej podległości UE względem Moskwy, lub do wojny. Z perspektywy położenia geograficznego Polski, chyba nie trzeba tłumaczyć, z czym by się to wszystko dla nas mogło wiązać.

 

Utopijna wizja zgodnego, multipolarnego świata

Oprócz ww. wariantów wydarzeń jest oczywiście jeszcze jeden. Mianowicie taki, w którym brak resetu przyczynia się do pokojowego przejścia z hegemonii w świat multipolarny. Amerykanie zamiast resetu zdecydowaliby się przegrać, ogłosić „America First”, wycofać się z zaangażowania na całym świecie i obserwować sytuację z bezpiecznej odległości. Jednocześnie Rosja i Chiny uznałyby pozycję Europy i na zasadach partnerskich stworzyłyby blok Euroazji, który wspólnie i zgodnie prowadziłby kontynent do prosperity. Wizja, w której wszyscy rezygnują z ustawiania swoich własnych interesów jako priorytetów jest bardzo piękna. Tyle tylko, że fałszywa i nie mająca nic wspólnego z realizmem. Jest to idealizm i utopia w czystej postaci. Zresztą to właśnie reset Obamy proponował taki świat, przynajmniej Rosjanom. Choć i Chińczycy otrzymaliby z pewnością korzystną propozycję o ile zgodziliby się na ograniczenie zbrojeń oraz odpuszczenie kwestii Tajwanu (coś za coś). To Barack Obama proponował globalizację i rozwój w ramach jednego wspólnego systemu bezpieczeństwa. Przy uwzględnieniu stref wpływów oraz przy wspólnym ustalaniu polityk i stanowisk względem konkretnych problemów czy regionów (vide ustalenia z Deauville w zakresie Arabskiej Wiosny). Paradoksalnie, polityka Baracka Obamy była objawem chłodnej kalkulacji oraz pełnego realizmu w zakresie oceny sytuacji geopolitycznej. Kalkulacji, która nie wzięła pod uwagę faktu, że Władimir Putin – ubijając interes życia – będzie chciał wbrew zdrowemu rozsądkowi złamać postanowienia resetu i dążyć do konfrontacji z USA.

 

Konstruktywizm a realizm

Na koniec warto poświęci temu zagadnieniu kilka akapitów. Trzeba bowiem odnotować, że reset Baracka Obamy jest często przedstawiany jako żywy dowód na to, że konstruktywizm w relacjach międzynarodowych nie działa. Tymczasem jest zupełnie odwrotnie. Porażka resetu jest jednocześnie klęską realizmu. Dlaczego? Otóż Barack Obama oferował Władimirowi Putinowi konstruktywistyczny ład, w którym Rosja stanie się ważnym elementem szeroko rozumianego Zachodu. Jednak oferta ta opierała się – w gruncie rzeczy – o założenia, które wynikają wprost z postawy realistów. Bowiem strona amerykańska zakładała, że jeśli polityka zagraniczna w wykonaniu Rosji to tylko i wyłącznie gra interesów, to wystarczy Moskwie zaproponować dobry deal. I rzeczywiście, Putin otrzymał na tacy wszystkie strategiczne interesy Rosji na płaszczyznach: politycznej (Eurosja), gospodarczej (gaz i ropa), technologicznej oraz w zakresie bezpieczeństwa. W 2011 roku Władimir Putin powinien dostać politycznego Oscara, bowiem osiągnął wszystko, co zamierzał (a co próbuje dziś odzyskać). Jednak zniweczył swoje dzieło, bowiem postanowił zalicytować jeszcze wyżej i rzucić wyzwanie Stanom Zjednoczonym. Rosja mogła – w ramach świata zachodniego – cierpliwie budować swoją pozycję na arenie międzynarodowej, modernizować państwo i gospodarkę, a także dokonać technologicznej konwersji. Zrobić dokładnie to samo, czego dokonały Niemcy i Chiny. Jednak Władimir Putin wolał wysyłać broń do Syrii, a gdy wybuchł majdan, zdecydował się na zbrojną inwazję na Ukrainę (2014). Trzeba uczciwie przyznać, że w tym przypadku realizm – rozumiany jako narzędzie tłumaczenia rzeczywistości geopolitycznej – zawiódł na całej linii. Okazało się, że osoby określane nieco pogardliwie mianem „romantyków”, które uznawały Rosję jako nieobliczalne zagrożenie – wbrew wydawałoby się czysto biznesowej logice – były tymi, których spojrzenie na świat okazało się być najbardziej trzeźwe. Jak to się mogło stać?

Otóż należy w tym miejscu stwierdzić, że postrzeganie polityki międzynarodowej tylko i wyłącznie jako formy ubijania interesów z bezpodmiotowymi państwami nie posiadającymi żadnego charakteru i emocji jest spojrzeniem kompletnie nierealistycznym. Mimo, że zwolennicy tego rodzaju myślenia lubią mówić o sobie jako o „realistach”. Bowiem nawet na płaszczyźnie czysto biznesowej pomiędzy podmiotami gospodarczymi, wiarygodność ma znaczenie. Jeśli osoba kierująca jakimś przedsiębiorstwem ma wizerunek oszusta, to nie warto wiązać się z nią współpracą, choćby na papierze wyglądała ona jak interes życia. Każdy kto prowadzi własny biznes doskonale wie, jak ważne jest subiektywne postrzeganie potencjalnego kontrahenta i nawiązane z nim relacje międzyludzkie. Nawet w sektorze prywatnym zatrudnia się często osoby z polecenia lub rodzinę (z uwagi np. na zaufanie). Dlaczego? Ponieważ w społeczeństwie funkcjonują jednostki patologiczne, które – nawet jeśli mogą zawrzeć lepszy deal uczciwie – wolą osiągać korzyści poprzez oszustwa czy wymuszenia. Choćby z błędnego przekonania, że żeby dopilnować swoich spraw, należy przestraszyć drugą stronę tak, by to strach – a nie tylko dobra wola – motywował ją do realizowania konkretnych działań.

Tymczasem państwa to nie komputery podejmujące decyzje w oparciu o dane, tylko podmioty kierowane przez ludzi o konkretnej wiedzy i charakterze, wywodzących się z konkretnych kultur o sprecyzowanym sposobie myślenia. Polityka to również psychologia, a Kryzys Kubański wiązał się bardziej z grą nerwów i próbą odgadnięcia intencji oraz zdeterminowania drugiej strony, a nie realną kalkulacją uwzględniającą to, kto ma więcej głowic. Rosjanie – z powodu uwarunkowań kulturowych i wewnątrzspołecznych – wolą wymuszać siłą koncesje dla siebie, ponieważ nie wierzą w to, że innego rodzaju mechanizmy są w stanie powstrzymać drugą stronę przez złamaniem postanowień umowy. Jednocześnie, jeśli widzą słabość, to wywierają presję by uzyskać jeszcze więcej. Tego rodzaju mechanizm obserwowaliśmy przez całe wieki historii, więc nie jest nadużyciem by formułować tak ogólne zasady w stosunku do całego narodu. Warto pamiętać, że Azjaci – zwłaszcza Chińczycy – postrzegają „robienie interesów” całkiem podobnie. Tyle tylko, że są sprytniejsi niż Rosjanie i ukrywają się ze swoimi intencjami zmierzającymi do zdobycia przewagi nad drugą stroną.

Zachodnia cywilizacja łacińska oparta jest o rzymską zasadę pacta sunt servanda (umów należy dotrzymywać). Ponieważ nasze doświadczenia europejskie pokazują, że na dłużą metę, przynosi to korzyści. Dzięki wiarygodności można rozwijać interes i zdobywać nowe kontakty. Nauczyliśmy się żyć w świecie, gdzie to słowo i wiarygodność budują prosperity. Tymczasem na wschodzie społeczeństwa hołdują zasadzie rebus sic stantibus, wg której zmiana warunków uprawnia do rewizji postanowień wcześniej zawartej umowy (dziękuję Przemkowi za tę niezwykle celną obserwację, którą pozwoliłem sobie wskazać wyżej).

Innymi słowy, jeśli Putin w latach 2009-2010 zgodził się na jakieś warunki, a później uznał że nie docenił siły własnej pozycji negocjacyjnej, to w roku 2012 nie zawahał się działać w sposób dążący do rewizji resetu na jego korzyść. Chińczycy działają dokładnie to samo, tyle tylko, że starają się sprawiać pozory. Nurt zwany realizmem nie tylko pomija ww. sfery natury ludzkiej, ale i kompletnie nie dostrzega różnic kulturowych, zamykając się tylko i wyłącznie w definicji robienia interesów nakreślonej przez kulturę zachodnią (dążenie do sytuacji win-win).

Tymczasem efekt tzw. realizmu jest taki, że każde zachodnie ustępstwo w imię zawarcia jakiejś konkretnej umowy jest zwyczajnie oddawaniem pola ludziom wschodu. Oni nie dążą do osiągnięcia sytuacji win-win, tylko mniej (Rosja) lub bardziej cierpliwie (Chiny) posuwają się do przodu, wypychając interesy rywala (a nie partnera) tak bardzo, na ile on pozwoli. Ostatnio zrozumiał to choćby Henry Kissinger, który wreszcie przyznał, że Ukrainę trzeba jednak włączyć do NATO.

 

Podsumowanie

Mając to wszystko na uwadze, należy mieć świadomość tego, że reset relacji z Rosją wykonany przez Baracka Obamę, był odpowiedzią na arcytrudną sytuację USA na arenie międzynarodowej (Afganistan, brak wiarygodności na Zachodzie) oraz sytuację finansową (kryzys). W tym kontekście działanie to spełniło swoją rolę. Pozwoliło Amerykanom uporać się z dotychczasowymi problemami i wrócić do rywalizacji z Rosją po uwolnieniu sobie rąk. Oczywiście starcie z Moskwą nie było planowane. Administracja z Waszyngtonu zamierzała dokonać piwotu przeciwko Chinom, co zapowiedziano w 2011 roku. Jednak postawa Władimira Putina nakazała zmienić plany. W tym zakresie – polityki długofalowej celującej w pozyskanie Rosji dla Zachodu jako sojusznika – reset zawiódł. Jednak oceniając post factum przebieg wydarzeń nie można ulec wrażeniu, że z perspektywy USA, Zachodu i nawet Polski zrealizował się dość pozytywny scenariusz. Dający nadzieję na spacyfikowanie Rosji oraz ujarzmienie Chin. Tym samym utrzymanie – choćby na jakiś czas –  jednobiegunowego ładu, który gwarantuje spokój i prosperity. Bowiem tam gdzie stron interesów jest więcej, tam zaczyna się pomiędzy nimi walka o to, by pokazać, która jest silniejsza i zdobędzie większe wpływy. A to przeważnie w historii kończyło się wojnami. Tymczasem silna pozycja hegemona zniechęca wszystkich do podejmowania agresywnych działań. Słabość hegemona (choćby tylko domniemana), do takich działań zachęca. Uderzenie Rosji na Ukrainę było efektem przekonania Putina o słabości USA. Jednak fatalne dla Moskwy skutki tego działania wbrew pozorom umocniły pozycję Stanów Zjednoczonych i odwróciły proces rozchodzenia się w szwach jedności Zachodu. Amerykanie mają okazję udowodnić, że rzucanie im wyzwania zwyczajnie się nie opłaca. Co jest i będzie przestrogą dla np. Chińczyków.

 

Krzysztof Wojczal

Geopolityka, polityka, gospodarka, prawo, podatki – blog

 

 

Wartościowe? Pomóż rozwijać bloga
Twitter
Visit Us
Follow Me
RSS
YOUTUBE
YOUTUBE

109 komentarzy

  1. W części tekstu „Strata czasu czy gra na czas?” jest błąd w opisie obecności armii amerykańskiej w Korei Północnej – powinno być Południowej – i później w drugim zdaniu tegoż podrozdziału również ten sam błąd.

  2. W takim razie wygrana której opcji w 2023 roku, byłaby najkorzystniejsza dla naszego kraju, biorąc pod uwagę geopolitykę? Wynika że chyba lepiej byłoby ażeby był to PIS niż PO?

    1. Moim zdaniem najlepiej byłoby gdyby była to partia która zakończy polskie finansowanie wojny rosyjsko-ukraińskiej. Mamy wystarczajaco duzo potrzeb i problemów „na własnym podwórku”. Naprawdę nie ma ważniejszych potrzeb w Polsce niz kupowanie koreańskich czołgów bo oddaliśmy Ukrainie za darmo 300 posowieckich T72 za ciężkie pieniądze ulepszonych w naszych fabrykach??! Pewnie to mało, więc dorzućmy jeszcze Leopardy kupione od Niemców… Za rok dorzucimy Abramsy kupine od USA – jak za własne pieniądze i na naszym terytorium wyszkolimy ukraińskich czołgistów, oczywiście po opłaceniu instruktorów z USA…. Ukaraini sława, herojom sława… a u nas jak zwykle „za WASZĄ i naszą wolność”, tylko jest jeden problem: na „waszej” się kończy i dlatego na „naszą” juz nie starcza 🙁

      1. Pewnie – lepiej, żeby Ruscy podbili Ukrainę i stanęli na całej naszej wschodniej granicy. Wtedy byśmy im dali z naszymi 300 T-72… Ale nowy Kłuszyn byłby!
        Podstawową zasadą strategii wojennej jest toczyć wojny nie na swoim terytorium i nie swoimi żołnierzami, należy więc ile sił pomagać Ukrainie nie bacząc na koszty, bo im więcej Ruskich zabiją i im więcej sprzętu im spalą, tym mniej my będziemy musieli i tym łatwiej przyjdzie nam osiągnąć zwycięstwo, jak w końcu i do nas przyjdą. Bo przyjdą…
        Z takim poglądem to radzę Panu od razu wyprowadzić się do Moskwy…

        1. Szanowny Panie/Pani
          Armia RP nie będzie walczyć z „ruskimi” przy pomocy T-72 z tej prostej przyczyny że już wszystkie takie zabawki oddaliśmy „za darmola” Ukrainie. Mieliśmy w zamian dostać trochę starych Leopardów z Niemiec („mało jeżdżonych” jak volkswageny po niemieckich emerytach, cha, cha…) ale Rząd RP oddał posowiecki sprzęt Ukrainie zanim podpisał stosowną umowę z Niemcami, i teraz nic nie dostaniemy. Oddamy też Leopardy bez oglądania sie na innych – choc sami Niemcy ostatnio zaznaczyli że dadzą Leopardy wtedy gdy jednocześnie USA dadzą Abramsy, co oczywiście nie nastąpi. Ale my jak zawsze musimy sie wyrwać jak przysłowiowa guma z gaci… No to juz nie mamy większości czołgów, dorzuciliśmy artylerię (słynne Kraby które teraz są „mielone” w Donbasie), broń przeciwlotniczą, amunicję, paliwo, systemy łączności… Ciekawe jakie zapasy amunicji zostały w składach polskiej armii w chwili obecnej? Starczy na 3 dni wojny po hojnych donacjach dla Ukrainy? Ile terminali Starlink (lub analogicznych) jest w posiadaniu armii RP, a ile kupiliśmy i oddaliśmy Ukrainie? I tak dalej…
          Z całym szacunkiem, ale gdyby Rosjanie rzeczywiście pokonali Ukraińców, i stanęli nad Bugiem z zamiarem forsowania go w kierunku zachodnim, to długo z nimi nie powalczymy. Bo nie mamy czym, większość oddaliśmy. Chyba że po tych 3 dniach walki polska armia zamieni pozostałe bezużyteczne czołgi, działa i karabiny (bez amunicji i paliwa takie będą) na dzidy strugane w lesie i w ten sposób będzie kontynuowac walkę.
          Jestem jednak optymistą i w taki scenariusz nie wierzę. Putin wyraźnie zaznaczył że chodzi o zmiane rządu w Kijowie i ewentualną restytucję ZSRR, wiec o ile taka deklaracja może brzmieć złowieszczo dla Litwy, Łotwy i Estonii, o tyle Polska nigdy w ZSRR nie była. A te 300 sztuk T72 moglibyśmy zachować do ewentualnego podesłania Bałtom w razie rosyjskiej inwazji, zamiast złomować je na Ukrainie, bo – jak by nie patrzeć – zgodnie z postanowieniami traktatów jesteśmy zobowiązani pomagać partnerom z NATO, „pacta sunt servanda”. A Ukraina w NATO nie jest. I oby nie była, bo to będzie oznaczac dla nas prawdziwą wojnę.

          1. Hiperoptymistą Pan jest, jeśli wierzy Pan słowu Putina. Hitler tez obiecywał, że tylko jeszcze Anschluss, potem Sudety, no Morawy, no Gdańsk i korytarz, ale więcej już nie… Jak się skończyło, to mam nadzieję, Pan wie z lekcji historii.
            Zresztą Putin wyraźnie powiedział, gdzie się – NA RAZIE – zatrzyma. NATO ma się cofnąć do granic z 1997 roku. Przypominam, że PL weszła do NATO w 1999…
            Na szczęście rządy europejskie, w przeciwieństwie do Pana, wyciągnęły wnioski z lat 30tych XX wieku. Ciekawe, że Bałci, którym to niby mieliśmy pomagać naszymi 300 T-72 (do obsługi których i tak nie wystarczyłoby im kadr) dają całą swoją bron Ukrainie (ostatnio Estonia oddała wszystkie armatohaubice 155mm i D-30 122mm z IIWW plus chyba całe ich zapasy amunicji do nich). Też głupcy?
            Kraby, drogi Panie, nie są mielone w Donbasie, tylko same mielą ruskie mięso – i dobrze, bo po to zostały zbudowane. Bardzo dobrze że dajemy i ruskie T-72 i niemieckcie Leopardy Ukraińcom, sprzęt trzeba mieć albo swój, albo od sojusznika na którym można polegać, a nie od Niemców, którzy bratają się z Ruskimi i pomagają im, teraz w ten sposób, że nie pomagają Ukrainie. Ciekawe, jakby w razie wojny z Rosją, Scholz nałożył na NAS sankcje za to że śmieliśmy strzelać z leopardów do Ruskich, bo to przecież mogłoby Ruskich do Niemców źle nastawić… Amunicji do nich na pewno by nie dosłał, może jakieś 5000 hełmów… Z tego samego względu bardzo dobrze, że nie wzięto Caracali od Żabojadów, oni też się z Rosją kochają, lotniskowce desantowe chcieli im sprzedać, nie bacząc na sankcje… I tacy to sojusznicy – jak zawsze, Żabojady już raz nie chciały umierać z Gdańsk, za Kijów to nawet broni nie chcieli wysyłać… A od US i Korei musimy kupować, bo nam koalicja PO-PSL całkowicie przemysł zbrojeniowy rozmontowała. Gdyby nie to, sami moglibyśmy te 1000 czołgów i 1000 haubic machnąć w dwa lata (za UW mogliśmy). Ale tak to jest, jak rząd PL rozkazy z Moskwy w latach 2008-2014 przyjmował.

    2. Raczej tak. Wystarczy prześledzić działanie polityków w latach 2004-2022. Kto na kogo się orientował i jak próbował kształtować polską politykę zagraniczną, gospodarczą oraz podejście do naszej armii. Mnie jeszcze zastanawia postawa USA względem głównej opozycyjnej telewizji w Polsce. Może jest tak, że jest to pewien rodzaj kija Amerykanów wiszącego nad PISem?

  3. Paradoksalnie tekst w dużej mierze potwierdza zarzuty Rosji wobec zachodu, a przede wszystkim USA. Trochę śmiesznie brzmi straszenie wojnami w świecie wielobiegunowym i hołubi amerykańskiej hegemonii pomijając sposób w jaki w takim świecie rozgrywane są państwa „gorszego sortu”. W końcu kogo obchodzą bomby spadające na hebanowych ludzi, kiedy w białym świecie mamy prosperity. Na uzupełnienie polecam ten tekst: https://www.politico.eu/article/why-the-arabs-dont-want-us-in-syria-mideast-conflict-oil-intervention/ To hipokryzja zachodu podważyła do niego zaufanie i utwierdziła wschód w przekonaniu, że tylko siłą i szantażem mogą dopilnować swoich interesów.
    Oczywiście Rosji to nie usprawiedliwia, ba, obecnie zachowanie Rosji ostatecznie ośmiesza politykę interwencji pod pozorem wyzwalania kogokolwiek, jaką od dekad prowadziło USA. Praktyka pokazuje, że ocean pieniędzy utopionych w tego typu wojnach wystarczyłby spokojnie na kupienie każdego obywatela strony przeciwnej z osobna. Nie chce mi się już szukać dokładnych wyliczeń, ale w przypadku Afganistanu USA wydało w przeliczeniu bodajże 60k dolarów na głowę Afgańczyka. Czy 60k dolarów nie wystarczyłoby na przekupienie ludzi żyjących w chatkach z krowiej kupy gdyby rozegrać to mądrze? Toż Polakom wystarczyło 500+. 🙂 Pozostaje mieć nadzieję, że Chiny obserwują i wyciągają wnioski, w końcu jak sam autor zauważył, są znacznie od Rosjan sprytniejsi.

    1. Mam wrażenie, że to nie potwierdzam zarzuty Rosji, tylko paradoksalnie to Pan wprowadza rosyjską narrację pod przedstawione fakty 🙂
      „To hipokryzja zachodu podważyła do niego zaufanie i utwierdziła wschód w przekonaniu, że tylko siłą i szantażem mogą dopilnować swoich interesów.” –> równie dobrze możemy pójść jeszcze dalej i powiedzieć, że to ludobójcza polityka Stalina wymusiła hipokryzję na Zachodzie, więc Wschód sam jest sobie winien….

      Tego rodzaju emocjonalne szukanie winowajców jest niewskazane przy ocenie spraw międzynarodowych.
      pozdrawiam
      KW 🙂

      1. Żeby nie być emocjonalnym warto zapoznać się z narracją obu stron, a nie być ślepym kibicem jednej z nich. Akurat za to cenię sobie ten blog, bo mimo konkluzji, z którymi się nie do końca zgadzam, to jednak fakty przedstawiane są i tak dużo obiektywniej niż w wiodących mediach. Nie uważam jednak, że chłodne podejście ma być pozbawione etyki i szukania choćby i emocjonalnych przyczyn dziejącego się zła. Nie zgadzam się z podejściem, że skoro USA to nasi, to na ich podłe działania mamy przymykać oko i nie dostrzegać dalekosiężnych skutków ich amoralnej polityki. Rosja nie jest pionierem łamania prawa międzynarodowego, co najwyżej pilnym, choć mało pojętnym uczniem. I nie, nijak nie usprawiedliwiam obecnych działań Rosji, cieszę się wręcz, że na Ukrainie połamała sobie zęby, bo takie są konsekwencje głupoty. Tylko przez pryzmat utopionej w tej wojnie forsy można śmiało założyć, że taniej byłoby cały Donbas przenieść pod Moskwę co do ziarenka piasku, niż nieudolnie „wyzwalać” go… pod Kijowem. Ba, w Rosji działa program tworzenia osad na dalekiej Syberii i nie jest to jakaś popierdółka tylko solidnie finansowany projekt przydzielania ziemi oraz budowy infrastruktury dla ludzi chętnych do zamieszkania w tym regionie, więc wszelkie ramy prawne i logistyczne były tam już obecne i nikt nie musiał wynajdować koła na nowo. A ile lepiej propagandowo wyglądałaby repatriacja Rosjan niż bombardowanie ich domów. Cóż, dziś na kopach mogą wylecieć choćby i za Ural, tak jak jankesi z Afganistanu, tylko ludzi szkoda, których imperialna polityka perfidnie wykorzystała, a potem zdradziła i porzuciła na pastwę losu.

        1. Przychylam się do wcześniejszego komentarza autora tego bloga. Uprawia Pan prokremlowską propagandę i powiela rosyjską narrację. Widać to w każdym Pańskim komentarzu. Dalsza dyskusja nie ma sensu, propagandystów nic nie przekona.

        2. Przychylam się do zaprezentowanego stanowiska – w końcu USA od dawna buduje swoje imperium pozyskując „odpady” pojawiające się po rozpadzie innych (a to już wszystko jedno: brytyjskiego, rosyjskiego czy innych…). Może być to trudno zauważyć na pierwszy rzut oka, bo w naszej części świata robi to w sposób „delikatny”, ale Afgańczycy lub Irakijczycy mogą mieć zupełnie inny pogląd na sprawę.
          A co do Rosji i Ukrainy – zapewne rzeczywiście tańsza byłaby opcja dobrowolnego przesiedlenia ludności prorosyjskiej, ale przypuszczam że nie chodzi tylko o aspekt ekonomiczny, bo jest i geograficzny. Na razie NATO może rozmieszcać co chce – do linii Bugu, z małym wyłomem na wschód w „pribałtyce”, no i ostatnio także w Finlandii. A gdyby ze strefy rosyjskiej trwale wyłamała się Ukaina i za nią Białoruś? I wstąpiły do NATO??? To NATO bez wojny mogłoby ustawić co zechce na pozycjach wyjściowych mniej-więcej na takiej linii jaką maksymalnie udało sie osiągnąć Wehrmachowi w latach 1941-42. Nie jestem specjalistą od spraw wojskowych, ale obawiam się że przy obecnych możliwościach technicznych różnych wojskowych zabawek oznaczałoby to że w razie wojny tym razem Rosja niczego za Ural nie zdołałaby wywieźć, a wojska NATO po szybkim zajęciu terenów najbardziej uprzemysłowionych i zaludnionych pozbawiłyby Rosję zarówno możliwości produkcyjnych, jak i mobilizacyjnych. Szach-mat w kilka dni. Więc nie dziwi mnie że Rosja reaguje na oświadczenia „Ukraina będzie członkiem NATO” jak byk na czerwoną płachtę – pewnie rządzący Rosją stawiają znak równości między „Ukraina w NATO” a „pistolet przy skroni”, bo w takich warunkach Rosja wojny konwencjonalnej nie ma szans wygrać, a atomowej nie wygra nikt. To co im zostało? To co w 1939, zająć tyle terenu na zachód od najważniejszych terenów Rosji aby mieć bazę do ataku, albo teren do oddania w razie ataku z zewnątrz.
          Oczywiście można próbować twierdzić że „wojny są nie do pomyslenia w XXI wieku” – ale jakie realne przesłanki za tym przemawiają? Wojny były w każdym poprzednim stuleciu, są w tym, obawiam się że będą i w następnych, taka ludzka natura, nasz gatunek jest ciekawostką biologiczną zdolną do bardzo nietypowych zachowań – tworzymy naukę, sztukę, ale i masowo mordujemy się nawzajem, jak ktoś chce pofantazjowac na temat tego jak wyglądałby świat bez wojen a nie chce mu się myśleć nad wszystkimi konsekwencjami takiego rozwiązania niech przeczyta „Powrót z gwiazd” Stanisława Lema – stara ale doskonała książka.
          I na koniec o różnicach w zachowaniu USA i Rosji – spróbujmy takiego małego myślowego eksperymentu (dotyczącego ukraińskich aspiracji do wstąpienia do UE i NATO): a co mogłoby sie stać, gdyby Rosja i Meksyk ogłosiły że zawierają unię celną oraz pakt wojskowy pozwalający Rosjanom bez ograniczen zakładać bazy wojskowe od Półwyspu Kalifornijskiego do ujścia Rio Grande? Czy Amerykanie by na to pozwolili??? Nie wydaje mi się, kilka lat temu Wenezuela weszła w dalece mniejszy spór z USA, i zaraz pojawł się tam „alternatywny” prezydent, przekazano mu do dyspozycji rezerwy walutowe legalnego rzadu, Brytyjczycy zerekwirowali wenezuelską rezerwe złota, wenezuelskie elektrownie nawiedziła plaga nagłych awarii i tak dalej…
          Ukraińców żal… Przyjmujmy uchodźców, pozwólmy im zostać i pracować, ale miejmy pełną świadomość co oznacza zwrot „Ukraina w NATO” albo „będziemy walczyć póki Ukraina nie odzyska kompletu terytoriów posiadanych przed rokiem 2014” i jakie mogą byc tego konsekwencje.

          1. To jest powielanie kremlowskiej propagandy i rosyjskiej narracji – NATO nie ma i nigdy nie miało zamiaru zaatakować Rosji, niezależnie od tego jak daleko od Moskwy znajdować się będzie granica NATO. NATO powstało jako sojusz obronny, jako obrona przed agresją Rosji. To że coraz więcej państw chce do niego należeć mówi wiele nie o agresywnych zamiarach NATO, a Rosji. Wszystko inne to ruska propaganda.

          2. Skup sie wania , ofermo intelektualna , gdyby NATO szykowało się do wojny z Rosją to powiedz gdzie te armie??
            niemcy redukcja z 3800 w latach DDR do 300szt
            francja 250 leclerców
            Angole 250 czołgów i planowana redukcja do 150
            Nikt w NATO nie ma ponad 500 czołgów poza Grekami I Turkami którzy pilnuja się na wzajem.

            JAKIM CUDEM TE WOJSKA MIAŁY ZAATAKOWAĆ ROSJE??
            z jej tysiącami czołgów i 2 armią swiata?? Trzeba być wiecznie pijanym ruskim idiotą żeby uwierzyć w to że bogaty zachód bedzie ryzykował swoje wygody dla ataku na Rosje;))
            Po co mielibyśmy zdobywać ten kraj z gówna i gliny ?? dla kiczowatej moskwy?? To azjatycki charakter tego bandyckiego narodu jest kołem zamachowym całego chlewu na świecie. Bez rosjan Ziemia byłaby dużo fajniejszym miejscem do życia. Cała historia rosji to podboje i rabunek i mordowanie kolejnych sąsiadów. Nigdy nie było pokojowej koegzystencji i nie bedzie dopóki nie przetrąci się karku tym dzikusom.

    2. Nic nie potwierdza. Pan Wojczal wyraźnie napisał, że USA chciało zrobić deal z Rosją i dlaczego Rosja na to nie poszła – bo jest chronicznie i z natury niezdolna do dotrzymywania umów (co widać w całej jej ponad tysiącletniej historii) – jak zresztą cała Azja i wszyscy ci, co nie wywodzą się z kultury grecko – rzymskiej i filozofii chrześcijańskiej. I z tego samego powodu nic by nie dało przekupienie 60k dolarów hebanowych ludzi z chatek z krowiego łajna – bo oni Zachodu nienawidzą nie z powodu rzekomej hipokryzji Zachodu, a z powodu tego, że nie cierpią, żeby wszystko było przejrzyste, uczciwe i nienawidzą społeczeństwa obywatelskiego i demokracji – bo w demokracji nie da się wykorzystywać innych i obracać innych w niewolników – a w islamie i azjatyckich filozofiach jak najbardziej. Konfucjonizm, buddyzm, islam – to filozofie oparte na niewolnictwie, podległości i wykorzystywaniu jednych przez drugich. Oczywiście to się nazywa po ichniemu szacunek dla starszych, tradycji i jak tam jeszcze, jednak w istocie jest tylko zakamuflowaną formą niewolnictwa i wykorzystywania i spodlenia kobiet. Demokracja osadzona w realiach grecko-rzymsko-chrześcjjańskich jest tego antytezą. I o to są te wszystkie wojny, o nic innego. Zachód w istocie tylko broni swojego sposobu życia, nic więcej. Ciekawe dlaczego Pan/Pani usprawiedliwa hiokryzją Zachodu agresję Rosji, podczas kiedy z tkestu Pana Wojczala wynika wyraźnie, kto tu wykazał się w 2012 roku hipokryzją? Interesująca forma odwrócenia kota ogonem i iście sowieckiej dezinformacji…

      1. Oj, oj, nasza cywilizacja to jest cywilizacja! A gdzie indziej nie ma cywilizacji! Hehe. Od nas samo dobro zawsze płynęło, żadnych wojen, kolonializmu, krucjat, niewolnictwa, nawet atomówki nikt z naszych przecież nie odpalił… 😉 Znamienne jest to, że nie widzisz problemu w dealu 2 gangsterów tylko w tym, że jeden z nich postanowił okiwać drugiego. To jest właśnie ta zachodnia hipokryzja, która zraziła do nas wschód i popchnęła go w objęcia despotów. Swoją drogą ładnie zachód bronił swojego stylu życia… Na Bliskim Wschodzie. Sponsorując religijnych oszołomów w kontrze do świeckich dyktatorów, bo przecież nie liczą się ludzie, ni żadne bzdurne wartości, którymi politycy lubią wycierać sobie gębę, ale brutalna walka o jankesko-sowieckie strefy wpływów. I teraz wielkie zdziwko, że nikt tam się nie kwapi do pomocy w ekonomicznym duszeniu ruskich. Cóż, działania przynoszą konsekwencje, emocje w polityce mają znaczenie. Dla pełnego rozeznania sytuacji trzeba wznieść się ponad własne podwórko i sentymenty, przecież jako przedstawiciele tak wysoko rozwiniętej cywilizacji powinniśmy być do tego zdolni. No ale cóż, jesteśmy wręcz komicznie taką samą masą baranów jak Trzeci Świat.

      2. Panie/Pani Szczecin, chyba pęknę ze śmiechu! A więc według Pana/Pani, skoro „Konfucjonizm, buddyzm, islam – to filozofie oparte na niewolnictwie, podległości i wykorzystywaniu jednych przez drugich” to jakimi to niby szlachetnymi przymiotami cechuje się cywilizacja zachodnia? Podbój Ameryki to między innymi ludobójstwo, grabież zasobów, przymusowe narzucanie wiary. Transatlantycki handel niewolnikami trwający 400 lat to zbrodnia wobec ludzkości. Kolonializm europejski to rasizm, eksploatacja tubylców i niekiedy (Herero, Kongo) znowu ludobójstwo, kapitalizm to nieludzka praca kobiet i dzieci w kopalniach i fabrykach podczas Wielkiej Rewolucji Przemysłowej, wreszcie nazizm jako przejaw „wyższej” kultury z jej fabrykami masowej śmierci…
        Nadal uważamy, że cywilizacja Zachodu jest lepsza niż inne?

          1. co sie niby skonczylo?
            Niewolnictwo sie nie skonczylo. Nadal do krajow zachodu szmugluje sie niewolnikow z krajow 3 swiata i robia to zorganizowane grupy przestepcze,

            handel ludzmi ma sie dobrze.

            Zmienily sie czasy, zmienily sie metody, nie jest oficjalnie. To ze nie jest oficjalnie nie znaczy, ze nie istnieje.

          1. Sama Anna Jast Pani sobie zaprzecza i przyznaje mi rację. Właśnie zorganizowane grupy przestępcze – zbrodnia i występek będą istniały zawsze, naiwnością jest sądzić, że którakolwiek cywilizacja je wykorzeni. Ale właśnie w CYWILIZACJI muszą to robić przestępcy bo w majestacie prawa się nie da. W barbarzyńskiej despotii można w majestacie prawa. W Mauretanii niewolnictwo jest legalne do dziś! W Arabii Saudyjskiej, Katarze, Omanie, nawet Indiach, które niesłusznie mienią się największą demokracją świata jest praktycznie legalne, mimo że oficjalnie zabronione przez prawo. Na tym polega róznica między Zachodem a Wschodem. Zachód to CYWILIZACJA o Wschód – niestety ale ciemnota.

          2. od kiedy Mauretania to wschód?
            w Europie tez jest praktycznie legalne, w takiej niby to praworzadnej PL latami pracowali niewolnicy z KRLD (uwaga na geografie) – ani tak zwanym moralnie wyzszym urzedfom ds cudzoziemcow, ani politykom, nikomu to nie przeszkadzalo.

            Dopiero gdy zrobil sie duzy smrod to przestano z tym niewolnictwem oficjalnie. Bo o nim wszyscy wiedzieli. ZTo jest ta moralna i cywilizacyjna wyzszosc? Bo jesli tak to zwymiotuje.

          3. Anna Jast – jeśli dla Pani Mauretania to Zachód to teraz ja zaraz zwymiotuję – islam korzeniami tkwi we wschodniej mentalności, głębokiej arabskiej pustyni, tka dalekiej od zachodniej myśli cywilizacyjnej jak Pluton od Słońca. Jeśli nie rozróżnia Pani Zachodu od Wschodu w sensie kulturowym i cywilizacyjnym, a istnieje dla Pani tylko geografia, to chyba nie jest to forum dla Pani

      3. A dlaczego Ameryka Południowa nie lubi USA? Przecież to nie Azja? Coś musi być na rzeczy że nie wszystko jest takie czarno białe.

        1. A czym Ameryka Południowa różni się od Azji w kwestii choćby praw człowieka i demokracji? Czy trzeba przypominać naprawdę każdy przypadek zamachu stanu, rewolucji, mafijnych układów, rządów karteli narkotykowych lewackich ciągot dosłownie wszystkich tamtejszych rządów od Meksyku do Argentyny? Choćby casus małżeństwa Kirchnerów w Argentynie – wywodzący się z ruchu Monteneros – sprzeciwiającego się Juncie z lat 1976-82 i toczącym z nią walkę partyzancką w miastach. Gdy tylko objęli władzę, powielają błędy Junty i grają na tych samych resentymentach co Galtieri , Anaya, Videla i Dozo – jedną z pierwszych ich międzynarodowych „inicjatyw” była sprawa Falklandów, mimo jednogłośnej jak mało gdzie (3 głosy przeciw przy niemal 2000 za) woli mieszkańców Falklandów pozostania przy Wielkiej Brytanii. jedyny stabilny i normalny reżim tego regionu – Chile – jest wyszydzany i odsądzany od czci i wiary za Pinocheta, który miał odwagę zrobić to samo co Franco w Hiszpanii w 1936 i uratował swój kraj przed komunizmem w 1973 roku – jak Allende zostałby tam przy władzy to mielibyśmy tam teraz drugą Kubę. Nic dziwnego, że USA muszą bacznie uważać na ten region. Jest bowiem bardzo niestabilny z powodu coraz to nowego pojawiającego się tam caudillo, ostatnio w Brazylii – nie bez udziału moskiewskiej despotii.

  4. Pomimo nadzwyczaj trafnej analizy, w wyciąganiu wniosków gmatwa się Pan i wije nie chcąc obciążyć lewacko-liberalistycznej opcji politycznej winą za zaistniałą sytuację i obraca Pan kota w worku usiłując wykazać, że oczywiste błędy administracji Obamy były w istocie celowym działaniem. Gdyby Obama i H. Clinton rzeczywiście mieli zamiar tylko czasowo odpuścić Europę i konfrontację z Rosją, do czasu rozwiązania problemów gdzie indziej, to oczywistym jest, że nie dopuściliby do skasowania takich projektów, jak Tarcza Antyrakietowa, i nie dopuściliby do dalszego rozbrajania sił zbrojnych państw frontowych, jak Polska, za czasów rządów PO-PSL. A tak się w istocie stało. To oznacza, że NAPRAWDĘ uwierzyli Putinowi – co w aspekcie ich nadchodzącej konfrontacji z Chinami jest przerażające. Czy Xi tez by tak zaufali w kwestii Tajwanu? Należy tylko dziękować Bogu (i amerykańskim obywatelom), że wreszcie pogonili tą administrację. Obama i spółka podjęli błędną decyzję – nie należało robić resetu, a na pewno nie tak głęboki i nie tak motywowany. Po zrealizowaniu EuRosji i tak doszłoby do III wojny światowej, tyle że między Eurazją a Ameryką, EU i Rosja przeciw USA – upiorna wizja z roku 1984 Orwella. Należało istotnie grać na zwłokę, ale z zamiarem późniejszego powrotu do gry i zachowaniu na tą przysżłość swoich atutów – jak Tarcza. A tego nie było… Poza tym nie nazywa Pan po imieniu tych sił politycznych, które pchały Polskę w łapy rosyjskie, niszcząc SZ RP i uzależniając Polskę od rosyjskiego gazu – koalicję PO-PSL. Nieprawdą jest, że PO-PSL budowało gazoport – w rzeczywistości sypało piasek w tryby i robiło wszystko, żeby go skończyć jak najpóźniej albo w ogóle, co pokazała w całej pełni wspomniana przez Pana afera podsłuchowa z 2014 roku. O Baltic Pipe nic Pan nie napisał – dlaczego? Tu zaniedbania PO-PSL były jeszcze większe, niż w przypadku gazoportu. A LOTOS? A Możejki? Jak to nie jest wpychanie nas w łapy Rosji, to co to jest? A zniszczenie 1 DZmech – teraz z takim trudem odbudowywanej? A cofnięcie całej polskiej obrony na wschodzie na linię Wisły przez tęże PO-PSL?Przecież sam Pan krytykował Armię Nowego Wzoru Bartosiaka. Jakoś dziwnie wystrzega się Pan krytyki PO… Dziwi ten Pański enigmatyzm akurat w tej kwestii. Odnoszę wrażenie, chce Pan w ten sposób odciągnąć uwagę od szkód, które w latach 2008-2014 narobiła PO-PSL…

    1. Witam,
      na tym blogu staram się nie wchodzić w spory ideologiczno-polityczne. Opisałem przebieg wydarzeń i przedstawiłem wnioski. Nie musiałem się w niczym wić. Fakty są takie, że Obama podpisał reset, a następnie w 2014 rozumiejąc błąd – wsparł Majdan. Jednocześnie jeszcze za czasów Obamy doszło do zmian rządów w Polsce. Takie są fakty.
      Napisałem wprost – kilka razy – że liczenie na wiarygodność Putina była błędem z którego należy wyciągać wnioski. Więc nie do końca rozumiem zarzut.
      Natomiast ów błąd zaprowadził nas do sytuacji, w której się znaleźliśmy.

      W zakresie gazoportu w Świnoujściu, to prawda, że realizowano projekt z dużym opóźnieniem. Szło to marnie. Jednak fakty są takie, że to za rządów PO-PSL gro z inwestycji została zbudowana. Czy ona później by rdzewiała i była niewykorzystywana? Tego nie wiadomo. Przedstawiłem fakty, kto podjął dezycję, kto realizował , kto skończył i przeciął wstęgę. W kontekście sytuacji międzynarodowej nic więcej tutaj nie miało znaczenia.

      pozdrawiam
      KW

      1. Witam,
        Jednak faktem jest, że gdyby nie szło to marnie, jak Pan pisze, to szybciej byłby gotowy gazoport i szybciej można by go użyć jako lewara w stosunkach zarówno z Niemcami jak i z Rosją. Tak się nie stało – bo ówcześnie rządząca koalicja tak naprawdę nie chciała uniezależnić się od Rosji energetycznie – vide niedoszła umowa gazowa z Gazpromem wicepremiera Pawlaka, którą nawet w UE uznano za zbyt mocno uzależniającą Polskę od Rosji… I to też są niezbite fakty. Gdybyśmy mieli gazoport kilka lat wcześniej, być może USA uznałoby wcześniej, że ma tu solidny grunt kotwiczny i można na nim (czyli na Polsce) budować jakąś solidną koalicję antysowiecką. Być może wtedy nie doszłoby do inwazji na Ukrainę i Ukraińcy nie musieliby ginąć tysiącami za francusko-niemiecko-POwskie rojenia o EuRosji… To należy głośno i wyraźnie mówić bez owijania w bawełnę. I nazywać rzeczy po imieniu. Czas na polityczną poprawność dawno już minął, a sama idea politycznej poprawności doprowadziła do tego, że ludzie na Ukrainie umierają. W takim tekście jak Pański to powinno się znaleźć pomimo unikania sporów ideologiczno polityznych

    2. >nie dopuściliby do dalszego rozbrajania sił zbrojnych państw frontowych, jak Polska, za czasów rządów PO-PSL

      Przypominam Panu, że Polska jest jak na razie krajem suwerennym i demokratycznym i to obywatele w wyborach podejmują decyzję jaką politykę ma prowadzić ich rząd, a nie gangsterskie układy na linii Waszyngton-Berlin/Bruksela-Moskwa. Zadziwiające jak łatwo przeciwnikom Rosji przychodzi do głowy życzenie jankeskiego interwencjonizmu, nie dostrzegając przy tym jak cienka linia oddziela ich od analogicznych poglądów prorosyjskich zombie z Donbasu. 🙂

      1. no bo jak wiadomo bomby made in USA to służą szerzeniu demokracji.
        wszystkie inne bomby to już reżimowe mordujące cywilów.
        Bomby zrzucane przez Saudow na dzieci w Jemenie służą przecież szerzeniu postaw humanitarnych, zabijanie tychże jest umacnianiem demokratycznych wartości, nie może równać się zabijaniu w Donbasie.
        Co do suwerenności i demokratyczności PL to bym polemizowała.
        Co mial do powiedzenia polski tak zwany Rzad w sprawie Ukrainy – dowiedział się od Jastrzębi z Waszyngtonu co ma mówić, robić etc.

        Jak będziecie grzecznie wykonywać nasze jankeskie polecenia to jakaś fucha się zawsze gdzieś znajdzie, wiec ruki pa szwam i yes Sir! Bo jak spadniecie z rowerka to pamiętajcie o tym. A poza tym nasze agencje ratingowe i nasze wpływy dyplomatyczne mogą Wam pomoc…z rowerka spaść lub na nim zostać, a upadki bywają bolesne…wiec grzecznie wykonujcie to co wujek Sam oczekuje…

        Bo wiecie -my mamy tu nasze interesy i wy nam jestescie potrzebni do ich realizacji. Niekoniecznie wprawdzie nasze interesy sa zbiezne z waszymi, ale drodzy Polacy, nie macie wyboru, bo wiecie ze nie macie. To my gwarantujemy NATO wiec… let’s go to work for Uncle Sam ! We need You to protect our USD!

        1. Z całym szacunkiem, ale to bzdura co Pani pisze. Akurat w kwestii rosyjskiej inwazji na Ukrainę, to każdy rozsądnie myślący Polak wie co należy powiedzieć i zrobić, nie trzeba tu żadnego polecenia z Waszyngtonu. To poprzedni rząd PO-PSL odbierał w tej sprawie instrukcje, ale z Moskwy. Przypomnieć co ówczesny szef MSZ mówił w trakcie zawierania porozumień mińskich w 2014 roku Ukraińcom? „Albo się zgodzicie albo będzie wojna i wszyscy będziecie martwi”. I to jest polska racja stanu? Dopuszczenie Rosjan do granicy z Polską od Królewca do Ustrzyk Górnych? I oddanie pół terytorium do Wisły na gwałty, grabieże i zniszczenia? Bo poprzednia opcja PO-PSL do tego by doprowadziła jakby Rosja napadła na Polskę.
          Paradoksalnie ma Pani rację – amerykańskie bomby służą istotnie szerzeniu demokracji i wolności, a te zrzucane przez wschodnie despotie służą celom wręcz przeciwnym.
          Pozdrawiam

          1. No tak, masakra w My Lai to tylko propaganda. Masakry cywilów w Afganistanie czy Iraku przez Blackwater/Academii to na pewno inna sprawa niż masakry pijanych orków w Buczy .
            Kiedy nieuzbrojonych cywilów mordują tak zwani nasi to jest to słuszne i chwalebne, kiedy zabijani są cywile przez tych, których nie lubimy to jest to zbrodnia przeciwko ludzkości.

            A kwiatków jest więcej – ten etyczny zachód – czy to te rzekome wyrzucane kurdyjskie noworodki z inkubatorów (co okazało się konfabulacja) etc. itd.

            Stawiam znak równości pomiędzy zbrodniami – jedni i drudzy je popełniają, jedyne co ich różni to public relations. Media.

            Jedni i drudzy chcą ukręcić sprawom temat. Czy to przy zbrodniach czy przy wypadkach jak w Aviano.

            Nie, to nie oni są problemem. Problemem jest przyzwolenie i społeczna akceptacja. Kiedy mordują Amerykanie, nasi, przed którymi mamy kompleks i wasalizm to super, kiedy inni już deklarujmy świętoszkowate oburzenie. A zbrodnie pozostaną zbrodniami.

            Jestem przekonana, ze gdyby USA pasowało zadeklarować PL krwiożerczym reżimem który należy zdemokratyzować to by to zrobili. Zresztą co do Pańskiej wiary w lepszość cywilizacji zachodniej. Nie wyciągając ultra starych archiwaliów. Ludzie maja pamięć złotej rybki.

            https://forsal.pl/artykuly/1464268,usa-oskarzyly-prezydenta-wenezueli-nicolasa-maduro-o-terroryzm-narkotykowy.html

            To z 2020 a teraz…

            https://www.money.pl/gielda/amerykanie-rozmawiaja-z-prezydentem-wenezueli-o-ropie-pierwsze-negocjacje-od-2019-roku-6744981147806304a.html

            Wniosek. USA negocjują z terrorystami i antydemokratycznymi reżimami. No bo PR, demokratyczne wartości i prawa człowieka są dobre, ale wtedy, kiedy można na nich zarobić. Jakos satrapia Emiratów Arabskich i inne im nie przeszkadzają, bo to ich partnerzy handlowi.

            Tak wiec proszę nie mówić o moralnej wyższości zachodu – ona jest o tyle wyżej ze nasza subtelnie odbierana wyższość wynika z lepszego zakłamania. Dla odbiorcy radzieckiego dostosowane są siermiężne środki propagandy wielikijej rassyji i to trafia. Etycznie i moralnie – to przecież to samo. Znak równości.

        2. My Lai to walka z komunizmem, który z gruntu i natury był zły. I tego dzisiaj, mam nadzieję, nie trzeba nikomu udowadniać? Pani trzeba? Walka z komunizmem i powstrzymanie go zawsze było słuszne, a na wojnie ofiary są i będą – taka natura wojny. Różnica między Wschodem a Zachodem jest taka, że za My Lai rozliczono winnych, a za Buczę Ruscy dostali ordery. tego Pani nie zauważyła? Jeśli tak to ponownie chce mi się rzygać.
          To samo w kwestii Afganistanu – to siedlisko islamskiego terroryzmu. Nie trzeba chyba nikomu udowadniać, ze terroryzm jest zły, a jego islamska wersja szczególnie zła i zwalczać go trzeba. A tak zwani nasi nie mordują z imperialnego zaczadzenia, jak Ruscy, tylko – banalnie – broniąc wolności i demokracji. Ale przecież to dla dzisiejszych liberałów o lewackim skrzywieniu i eko zacięciu to zbyt trywialne i doskonale nadaje się żeby uderzać w tak zwany establishment i krytykować wszystko, co się im sprzeciwia. A propos Wenezueli – dla Pani nie istnieje pojęcie mniejszego zła? Jest tylko absolutne zło i absolutne dobro, nic pośrodku? Ciekawe jak Pani oceni FDR i Churchilla w czasie IIWW? Sprzymierzyli się przecież ze Stalinem, żeby pokonać Hitlera. Co powinni zrobić? Sprzymierzyć się z Hitlerem, żeby pokonać Stalina? Z żadnym z nich się nie sprzymierzyć? Wtedy nie udałoby się wygrać IIWW i 50 lat potem przynieść demokrację Polsce i innym państwom tzw. demokracji ludowej. Pani wtedy nie mogłaby pisać swoich komentarzy, bo żylibyśmy w Roku 1984 Orwella albo w Nowym Wspaniałym Świecie Huxleya. To tak Pani by wolała?
          To nie Zachód jest zakłamany, a ci którzy na siłę próbują zrównać go z despotiami wschodnimi wyszukując tendencyjne i wyjęte z kontekstu argumenty nie naświetlając ich w pełni ani nie podając tła historycznego. Diabeł tkwi w szczegółach, ale trzeba inteligencji i odrobiny wiedzy, no i chęci, żeby w nie wejść.

          1. Czyli zabijanie nieuzbrojonych niemowląt to walka z komunizmem, a to ciekawe? Zaiste ciekawa interpretacja.

            Tak zwani nasi mordują w imieniu demokracji i wartości czy może pan-narodowych interesów korporacji? Zbrodniarze to zbrodniarze. Nie ważne czy noszą mundur US Army czy rosyjski.

            Trzeba mieć zasady moralne. Pan relatywizuje zbrodnie tych, których lubimy i przed którymi sie płaszczymy z uniżeniem poddańczym – jako uzasadnione i nie-zbrodnie oraz hiperbolizuje zbrodnie drugiej strony. Rzygam na Panska hipokryzje i wasalizm. Zwłaszcza ze gdyby USA miało interes zabijać nas w PL to by to w ramach demokratyzacji zrobiło. Jeżeli w interesie racji stanu USA będzie sprzedać PL to ja sprzeda. To jest biznes a nie demokracje i jakieś idealistyczne mrzonki. na razie interesem USA jest eskalacja, sprzedaż broni, wasalizacja gospodarcza. Owszem, lepsze to niż umierać od rosyjskich bomb, ale z partnerstwem i demokracja nie ma nic wspólnego. To relacja Pan nakazuje sługa wasal wykonuje.

            Z Wenezuela to jest pan nie tyle cyniczny co zaprzeczasz Pan sobie, hipokryzja. Wenezuela to najpierw terroryści za ktorych to USA wyznaczalo 15 milionow nagrody, instalowalo za pomoca CIA marionetkowy rzad ( mieszając się w sprawy wewnętrzne, organizując skrytobójstwa – zapewne celem szerzenia demokratycznych wartości ) ,a teraz przyjaciele. No cóż, gdy korporacja Chevron potrzebuje zarobić miliardy dolarów, a Chevron nam obficie daje na nasze kampanie wyborcze, to zjemy nawet własne krawaty, by kolegom z Chevrona zrobić dobrze i nie pamiętać, ze nazwaliśmy ich partnerów terrorystami. Pan śmie tutaj wspominać o demokracji? Nie plujesz Pan w lustro ? A Orwell opisał to jako dwójmyślenie. Samozaoranie dwójmyśleniem. No dobrze.

            No cóż, Radek Sikorski wyraził sie o PL jasno – o czynnościach seksualnych wobec USA, które to obywatele PL niektórzy robią.

            Zachód jest równie zakłamany jak inne satrapie, ma te same metody zabijania i te same instynkty, środki do ich realizacji ma tylko inne, bardziej wyrafinowane. Potrafi dokonać brainwashingu na tyle, ze zbrodnie zachodu albo sa moralnie relatywizowane i usprawiedliwiane jak to Pan robi tutaj, albo wręcz gloryfikowane lub przemilczane.

            Etycznie nie ma żadnej różnicy. Czy ofiary zgina z AK-74 czy z M-16. A zwłaszcza ze tak zwany wyższy moralnie zachód toleruje, akceptuje i wspiera krwawe rezimy. Barbarzyńcy dekapitujacy swoich obywateli są na salonach USA, Europy – bo to są nasi barbarzyńcy . Gdzie tutaj moralna przewaga? Tu liczą się tylko strumienie pieniędzy, ropy i interesy. Jesli PL oddaje cześć swojego terytorium poza swoja jurysdykcje, eksterytorialnie jako wasal i podnóżek – gdzie bez wyroku sadu CIA torturuje obywateli państw trzecich – to jest to cywilizacja wyższa czy taki sam bantustan? Pragnę tutaj zasiać ziarnem skwapliwości co do moralnej wartości zachodu i poczucia etycznej wyższości.

            Nie ma problemu, w końcu zbrodni przeciwko ludzkości i prawom człowieka dokonywali na naszym? (bo mam wątpliwości) czy to nasze terytorium jeszcze – Ci, których lubimy, podziwiamy, przed którymi mamy ogromne kompleksy wiec ich każde działanie popieramy i ubóstwiamy. Bo to były dobre zbrodnie, demokratyczne i amerykańskie, wiec warte pochwały. Gdyby były inne, bylibyśmy oburzeni.

            A ja tej bajeczki proszę Pana kupować nie zamierzam.

          2. Anna Jast – powtarzam, za My Lai winni zostali rozliczeni, za Buczę dostali ordery. Taka jest różnica między Wschodem a Zachodem. Jeśli nazywa Pani wasalizmem obecne stosunki PL-USA to odsyłam do słownika języka polskiego i radzę nieco postudiować historię – wasalizm to jest między Czeczenią a Rosją albo Białorusią a Rosją, a nie wśród zachodnich demokracji. Ale lewackiego zaczadzenia nie zmieni nic, chyba tylko to jakby Ruscy zrobili u nas drugą Buczę, to by się Pani rozjaśniło…
            Skoro dla Pani ideałem jest Sikorski, który ściskał się z Putinem, Miedwiediewem i Ławrowem i robił wszystko, żeby nie odkryto prawdy o zamachu Smoleńskim, to nie ma o czym dalej z Panią pisać…

          3. Powtarza Pani cały czas te same argumenty – zupełnie jakby miała Pani jakieś zadanie robić za wszelką cenę „przekaz dnia”. Do roli Zachodu w zdławieniu niewolnictwa nie odniosła się Pani, tylko wykrzykuje Pani jakieś frazesy, że to niewolnictwo dalej jest, tylko nielegalne. To jakie ma być, legalne? Do zagadnienia mniejszego zła w ogóle się Pani nie odnosi, tylko idzie dalej z przekazem dnia, jacy to Amerykanie źli, bo mordują niemowlęta. Że Ruscy mordują, i to dużo więcej i że jest to u nich norma, a nie wynaturzenie, o tym Pani już nie raczyła napisać. O terroryzmie nie podejmuje Pani dyskusji. Jest tylko ciągły „przekaz dnia” – zgnoić USA NATO i Zachód. Powtarza Pani kremlowską narrację.
            Orwella również przeczytała Pani pobieżnie, jak zresztą cała historię – w dwójmyśleniu wcale nie o to chodzi… Ale po co trzymać się prawdy – przecież nie o to chodzi… Kto zresztą czytał Orwella i będzie w stanie zauważyć tą „drobną nieścisłość”? Chodzi o to żeby przywalić, mocno i głośno – a argumenty, że USA i NATO to samo zło bardzo łatwo się sprzedają. Że nie ma w tym krzty prawdy? No to co? Że będzie to tylko na rękę Moskwie? No przecież o to tu chodzi…
            Dlatego ja Pani za dalszą dyskusję bardzo dziękuję. Sprowadziła ją Pani do poziomu rynsztoka, a ja się w błocie taplać nie lubię… Poza tym dyskusja ze zwolennikami Moskwy nie ma i tak sensu…

          4. Panie Szczecin, ma Pan racje. Aby wyciągać wnioski, trzeba mieć choć troszkę intelektu, czego Panu brakuje.
            Dodatkowo nieudolnie próbuje Pan kłamać, wytykając adwersarzowi rzeczy, których on nigdy nie napisał ! Nie wstyd tak manipulować ?
            W którym momencie na przykład stawiam za wzór Sikorskiego? Dlaczego Pan kłamie?
            Sikorski był agentem CIA czytaj dziennikarzem w Afganistanie.
            Tylko tyle i używam pewnego zwrotu frazeologicznego, który mi się podoba, bo on użył go w pewnym celu.
            2. Od kiedy to mam obowiązek ustosunkowywać się do Pańskich wyobrażeń? Ani ja ani Pan ani ktokolwiek na forum nie ma najmniejszego obowiązku odpowiadać na jakiekolwiek pytania, jeśli nie chce.
            3. Bardzo przepraszam ,ze stawiam na równi zbrodnie rosyjskie z amerykańskimi. Wiem,, nie wolno. O amerykańskich zbrodniach nie wolno pisać. Tak jak nie wolno wspominać o tym ze terroryzm islamski został wyprodukowany w USA. To USA wspierało mudżahedinów w Afganistanie i to oni wyhodowali Al-Kaide wspólnie ze służbami specjalnymi Pakistanu. Wypadałoby doczytać i dokształcić się .No ale jak sam Pan pisze – do tego trzeba chęci i odrobiny inteligencji a z próżnego to i Salomon nie naleje.

            Jedyne co Pan potrafisz to insynuować i pomawiać a to o lewactwo a to o inne wyobrażenia. Nic nie poradzę, jak ktoś jest zbyt cieniutki intelektualnie aby pokonać erystycznie, to wymyśla wycieczki osobiste o rzekomym pomawianiu NATO, Zachodu i tak dalej.. Tak. Stawiam znak równości pomiędzy zbrodniami czy to w Iraku, gdzie sobie Blackwater dla sportu strzelało do cywili, ze zbrodniami orków rosyjskich w Buczy. O tych pierwszych nie wolno pisać bo to obraza nasz polski wasalizm i uległość mentalna. To Panska postawa, ja staram nazywać rzeczy po imieniu.

            Bardzo Pana przepraszam, ze śmiem mieć inna interpretacje dwójmyślenia niż Pan, no ale chyba mi nie wolno. Tylko Pan ma prawo mieć prawidłową i tylko Pan ma prawo pomawiać na forum od lewaków etc. Ro nie wolno, jak nazywać bez intelektualnego płaszczenia się przed zbrodniarzami US Army. Tak, zbrodniarzami, czy tymi pilotami co podczas operacji w Jugosławii ostrzelali cywilny pociąg i nie zostali nawet wydaleni ze służby. Tak jak inni, których po aktach zbrodni wojennych usuwano do cywila i sprawy tuszowano. Rozumiem, historie piszą zwycięzcy. Za czasów słusznie minionych nie wolno było krytykować wiecznej przyjaźni polsko radzieckiej, bo było się wrogiem ludu. Dziś nie wolno poddawać w wątpliwość wiecznej uległości wobec Hegemona USA. No cóż, Polacy najwidoczniej tak lubią – najpierw jeden Pan z Kremla, teraz z Waszyngtonu, bo jakoś bez Pana żyć nie sposób. Jeśli nie wielbisz i nie podziwiasz USA, które nigdy rzekomo nie wywołały wojny napastniczej, tylko zawsze szlachetnie broniły wyłącznie słabszych to jesteś zakala i ruska onuca, czyli dawny wróg ludu.

            Ocena moralna to co innego. Mam prawo do oceny zbrodni rosyjskich o których należy mówić jak i o zbrodniach amerykańskich – o których najwyraźniej niektórzy chcą, aby nigdy nie wspominać, bo wychodzą z założenia ze samo poddawanie w wątpliwość boskości nowego Pana to bycie ruska onuca. Zachód wcale nie jest lepszy od innych satrapii, ma tylko inne lepsze środki dezinformacji. USA wywołały w obronie demokracji przecież i wartości tyle wojen, ale to były wojny szlachetne i nie było na nich zbrodni, a jeśli zapewne były, to były to zbrodnie kogo innego. Nigdy nie chodziło o interesy lobby, wszystko tylko celem ochrony życia i praw człowieka.

            Kto tutaj wychodzi z rynsztoka i kto dokonuje intelektualnego fellatio i komu to przecież doskonale widać. Ma Pan racje, dyskusja z Panem nie ma najmniejszego sensu.

            Nie odbierze mi Pan jednak w żaden sposób prawa do moralnego postawienia znaku równości pomiędzy zbrodniami wielbionego przez Pana USA i Zachodu a zbrodniami Wschodu. Zbrodnie są zbrodniami. A Pańskie wycieczki osobiste wobec mnie należy pominąć – są dowodem braku argumentów.

            EOT z mojej strony.

          5. Anna Jast – jak zwykle dużo piany, a mało treści i brak odniesienie się do głównych zarzutów. Jak widać argumentów brak, więc zostaje pyskówka. To Pani pierwsza zaczęła używać słownictwa z rynsztoka – wymiotowała Pani na moje wpisy i poglądy. Sikorskiego Pani wprost nie chwaliła, ale między wierszami jak najbardziej. Każdy może mieć swoją interpretację, ale definicja dwómowy jest jedna. A lewackie poglądy wyglądają z każdego Pani wpisu… oraz, sorry, ale naiwność. Nie zauważa Pani zagrożenia ze Wschodu i w imię źle pojętego idealizmu wyolbrzymia jedne sprawy a pomniejsza inne lub używa wydarzeń tendencyjnie, żeby udowodnić swoją tezę. Do moich kontrargumentów nie odnosi się Pani w ogóle – a ja do Pani jak najbardziej. W okresie rewolucji kacapskiej idealistów na Zachodzie Lenin nazwał użytecznymi idiotami. Każdy sam musi zdecydować, czy chce kimś takim być, czy nie. Wymaga to inteligencji, dalekowzroczności i właściwego osądu spraw i określenie priorytetów, co jest w tej chwili ważne, a co mniej. Pozostawiam to Pani. Proponuję powrót do merytoryki w tej debacie. Na następny Pani wpis pełen jadu, nienawiści i bicia piany już nie odpowiem. Pozdrawiam.

      2. Z całym szacunkiem, ale porównywanie wschodnich – rosyjskich i chińskich – satrapii z liberalnymi demokracjami Zachodu to absurd. Podobnie jak przywoływanie w tym kontekście kolonializmu, industrializacji i handlu niewolnikami. Przypominam, że to Royal Navy zdławiła transatlantycki handel niewolnikami i mocno go ograniczyła na Oceanie Indyjskim – właśnie w tak wyszydzanym przez Pana XIX wieku – z ogromnym kosztem finansowym poniesionym przez brytyjskie społeczeństwo i przy dużych stratach ludzkich brytyjskiej marynarki wojennej – wysiłek niedoceniony zarówno przez współczesnych, jak i potomnych. Bo Zachód to cywilizacja – ewoluuje, dojrzewa i uczy się na własnych błędach – właśnie dzięki wolności, której podstawy tkwią w filzoofii grecko-rzymsko-chrześcijańskiej. Tego nei zmieni żadne wyszydzanie. A obecnie na wschodzie, w Chinach trwa taka sama industrializacja i kolonializm w stosunku do ludów non-Han, jak w XiX wieku w Afryce. Tylko Chińczycy nie chcą tego ani zrozumieć ani zaprzestać. Azji handel ludźmi – oficjalny – kwitnie. A kto budował w Katarze na Mundial, jak nie współcześni niewolnicy? Na Zachodzie to jednak nie byłoby możliwe – co demokracja to demokracja. Wschód to czołobitność, podległość i stosunki feudalne. Ciekawe, skąd u Pana to zacietrzewienie i pęd do zaprzeczania, jak tylko pojawia się krytyka rosyjskiej despotii?

      3. Tarczę Antyrakietową skasowano ponad naszymi głowami i wbrew woli Polaków – to był element handlu międzynarodowego związanego bezpośrednio z piwotem Obamy. A to miało bezpośrednie i negatywne skutki dla naszego bezpieczeństwa. Administracja działająca z głową nigdy by do czegoś takiego nie dopuściła – podobnie jak do bezrozumnej polityki rozbrojenia swojego sojusznika w kluczowym regionie – sposobów dla supermocarstwa pokroju USA jest multum bez konieczności uciekania się do do naruszania suwerenności – vide Pański własny argument o 60 k dolarów na osobę – w naszym przypadku, również zgodnie z Pańskimi słowami 500+ by starczyło.
        Pozdrawiam

  5. Mam małe spostrzeżenie dot. Resetu. Wydaje się (proszę mnie poprawić jeżeli się mylę) że wszystko odbyło się bez targu tzn, USA podało warunki (oddała pola) które Rosja przyjęła.

    Jakiś czas temu miałem możliwość nieco liznąć tematu prowadzenia negocjacji. Jedną z najważniejszych lekcji było to, że jeżeli warunki są przyjęte bez targowania się (negocjacji) to zwykle żadna ze stron nie będzie z nich zadowolona.

    USA mogło stwierdzić że mogli oddać mniej niż oddali, Rosja mogła stwierdzić że mogła ugrać więcej niż dostała.
    Gdyby obydwie strony targowałyby się USA jak i Rosja stwierdziliby „już raczej więcej bym nie ugrał”

    Takie małe spostrzeżenie, oczywiście oparte tylko na założeniu że negocjacje były małe.

    1. a skąd ma Pan w ogóle pewność ze to co jest oficjalnie podane to nie jest teatr dla mas?
      masy maja pełnić role mas. Słuchać się, robić to co im kazano, płacić podatki i wyrażać swoja opinie w pożądanym kierunku.

      Tego, jak prowadzone są zakulisowe rozmowy oraz czego one dotyczą – nie ujawnia się publicznie.

      Moj ulubiony przykład to Ukrtransnafta oraz Gazprom. Niby wojna a business as usual.
      Albo sankcje sankcjami, ale Tytan nadal na giełdach rosyjski.
      Albo ropa z Indii na rynkach. Rosyjska.

      Jedno jest w tej operacji specjalnej zwanej wojna pewne. Umierają w niej zwykli ludzie, a oligarchia robi interesy. Śmierć czy cierpienie jest instrumentalne i sluzy w zaleznosci od narracji realizacji celów.

  6. Ja bym poruszył jeszcze inną ważną kwestię jaką umożliwiła polityka pasywna/ugodowa w stosunku do Rosji i Chin. Westernizację kultury tych państw, szczególnie w odniesieniu do młodego pokolenia. Moim zdaniem dziś ten aspekt jest niesłusznie zamilczany, a jeśli coś faktycznie rozsadzi te i inne reżimy od środka to właśnie bunt społeczeństwa przyzwyczajonego do życia w globalnej, ciążącej mocno na zachód kulturze, którą nasiąknęło przez internet, technologię, intensywną wymianę handlową. Kilka lat temu rząd Chin zlikwidował prowadzoną od dekad politykę jednego dziecka spodziewając się boomu urodzeń, a tu zonk, bo Chińczycy już nie chcą mieć dzieci, wolą karierę i rozrywki zupełnie tak jak ludzie zachodu. Czy z takim mindsetem da się zagonić obywateli do wojaczki? Przykład Rosji pokazuje, że tak średnio. Decyzja o mobilizacji była tam odwlekana tak długo, jak się tylko dało, a głównym motywatorem były bajońskie sumy na kontraktach lub szansa na nowe życie dla wszelkiego elementu patologicznego i więźniów. Putin wie, że nawet blokada głupiego Youtube w kraju mogłaby wywołać lawinę, która zmiecie jego reżim z powierzchni Kremla, stąd faktycznie Rosja musi walczyć z jedną ręką w kieszeni i wyżej d nie podskoczy.

    1. Trudno uwierzyć, że rosjan można „zwesternizować” skoro nawet te 2mln rosjan żyjących od lat w Niemczech popiera politykę putina.
      Rosja to Azja, a Rosjanie mają mentalność Azjatów. Jak widać tego nie zmienia nawet zmiana miejsca zamieszkania.

      1. Takie „poparcie” nic nie kosztuje, szczególnie siedząc za granicą i kibicując swoim. Gdyby realnie tę wojnę popierali, to byliby dziś w Donbasie, a nie Niemczech. Głowy nie dam, ale wydaje mi się, że w tym materiale https://www.youtube.com/watch?v=memWc5OR2og Marcin Strzyżewski przytaczał statystyki na temat tego, ile przeciętny Rosjanin deklarował, że mógłby zrobić dla zwycięstwa Rosji. Cóż, mimo ogólnego poparcia dla specjalnej operacji byli oni skorzy poświęcić na to tylko jakieś śmieszne kwoty pieniędzy. Nawet jeśli informację tę pamiętam z innego materiału, to ten i tak warto obejrzeć, bo pokazuje różnicę pokoleniową między Rosjanami i odczarowuje mit powszechnego poparcia dla wojny.

  7. KW napisał:
    ..W efekcie porozumienia Amerykanie zyskiwali spokój na Starym Kontynencie oraz możliwość dokonania piwotu na Pacyfik przeciwko Chinom. Kwestia Bliskiego Wschodu grała tutaj istotną rolę, bowiem Amerykanie wiedzieli, że Chiny można kontrolować poprzez gaz i ropę. Ropę, która płynęła do Chin głównie z Zatoki Perskiej. Tak więc Iran – jako potencjalny sojusznik i dostawca Chin – stawał się priorytetem amerykańskiej polityki zagranicznej. W celu osłabienia pozycji Teheranu, należało jednak rozbić sojusz na linii Iran-Syria. Obalenie Asada i odciągnięcie Syrii od sojuszu z Iranem miało ułatwić później wywarcie presji na Teheran. To się – jak wiemy – nie udało. Rząd syryjski przetrwał, co skutkowało zmianą strategii amerykańskiej oraz zaproponowanie Iranowi tzw. „umowy nuklearnej” w 2015 roku.”

    Cały wpis uwazam za jeden z najlepszych jakie ostatnio czytałem w polskiej blogosferze .
    Creme de la crrme.
    Niezrozumiały jest jednak dla mnie Panie Krzysztofie wątek dotyczący Syrii i związanej z tym pozniejszej krwawej w niej wojny .
    Zacytowałem go powyzej.
    Pisze Pan , ze USA chciało storpedowac potencjalny sojusz Iran-Syria ( budowa gazociąu do Europy ) , by osłabic Iran jako potencjalnego dostawce dla Chin. Gdzie tu sens i logika ?
    Przeciez gdyby własnie pozwolono wybudowac ten gazociąg to Teheran musiałby go zapełnic surowcem . To powodowałoby , ze nie miałby surowca dla Chin lub w mniejszej ilosci , a za to wyzszej cenie . bo miałby elastycznosc i alternatywe gdzie sprzedawac .
    Jednoczesnie Europa miałaby równiez alternatywe dla ruskiego gazu .
    Poza tym gdyby Teheran bardzo się uparł na tę rure do Europy to mógłby dostarczac ten gaz przez Turcje z którą ma bezposrednią granice lądową . O co chodzi więc z tą Syrią ?
    Izrael pieczen tu upiekł i zniwelował zagrozenie ze dotyczące wzgorz Golan ?
    Nie moge sobie tego sensownie ułozyc w głowie. Biorac powyzsze na uwadze to własnie Rosji powinno najbardziej zalezec zeby gaz z Iranu nie popłynął do Europy . Konkurencja Iranu spowodowałaby przeciez spadek uzyskiwanych przez nią cen .
    Z punktu widzenia Rosji logicznym zatem wydaje się wmieszanie w wojne w Syrii . Mordowanie syryjskich bojowników , ( słynny generał Surowkin z Ukrainy zdobywał tam doswiadczenie w równaniu miast z ziemią=Aleppo ) by przechylic zwycięstwo na strone Assada. W kwestii dostaw surowców do Panstwa Srodka miejsce potencjalnego Teheranu i tak zajęła Arabia Saudyjska . Zycie nie znosi prózni ., z deszczu pod rynne .:-)

    1. W kwestii Syrii odsyłam do artykułu z Politico, który zapodałem w innym komentarzu https://www.politico.eu/article/why-the-arabs-dont-want-us-in-syria-mideast-conflict-oil-intervention/ Szczególnie od akapitu zaczynającego się od „In their view, our war against Bashar Assad did not begin with the peaceful civil protests of the Arab Spring in 2011.”. Sytuacja jest tam przedstawiona nieco inaczej i zdaje się logiczniej. Wojna była o to z którego państwa rura przejdzie przez Syrię – sojuszniczego w stosunku do USA Kataru, czy grawitującego w stronę Rosji Iranu. To jest właśnie przerażające, że małe państwa rozgrywane są jak pionki na szachownicy, a cała gadka o demokracji i prawach człowieka to bujda na resorach do propagandowego mydlenia oczu, kiedy służby mogą dowolnie sterować masami i inicjować wojny w interesie uprzywilejowanych. Czy Ukraina tym kontekście czymkolwiek różni się od podobnie rozgrywanych proxy war na Bliskim Wschodzie i Afryce? Nope, mocarstwa brutalnie walczą o wpływy, a przed swoimi obywatelami zgrywają świętych. Niestety wielu cynizm ten potrafi dostrzec tylko po stronie przeciwnej i na takich ludziach opiera się cały system niekończącej się przemocy. Może i jestem idealistą, ale wolę to niż bierną zgodę na taką politykę i wylewający się z niej ocean hipokryzji.

      1. no regrets napisał:
        W kwestii Syrii odsyłam do artykułu z Politico, który zapodałem w innym komentarzu https://www.politico.eu/article/why-the-arabs-dont-want-us-in-syria-mideast-conflict-oil-intervention/
        .

        Kapitalny artykuł , naprawde kapitalny-dziekuje .
        Warto było przeczytac go w całosci 🙂
        Artykuł potwierdza tylko starą prawde znaną od wieków , ze każdą wojne prowadzi sie tak naprawde dla rabunku .
        Obojetnie czy powodem jest ropa , złoto,niewolnicy, konie,gaz,kobiety, uprawne ziemie , woda ,przestrzen życiowa , obrona tzw, mniejszosci narodowych . Jakis pretekst zawsze się znajdzie zeby najechac słabszego – jak obecnie na Ukrainie.
        Ostatecznie to przyszłe zyski i pieniądze są i tak głównym powodem.
        Ideologia jest tylko narzędziem, które inspiruje jej żołnierzy do oddania życia w wojnie Najskuteczniejsza jest religijna.

  8. 1. Moim zdaniem bardzo dobra, oparta na faktach analiza sytuacji.
    2. Dla takich analiz kluczowy jest aspekt cywilizacyjny, który zwykle jest pomijany.
    3. Tradycja anglosaska nie jest nastawiona na win-win, ale realizuje bezwzględnie swoje cele (interesy):
    a) nie robi tego zwykle militarnie (chyba, że występuje bardzo duża asymetria), ale podporządkowuje kraje ekonomicznie,
    b) jest specjalistą(!) od utrzymywania równowagi sił na świecie, prowadzenia wojen na cudzym terytorium, finansowania tych wojen, ekonomicznego uzależniania,
    c) ma świetną propagandę, która przedstawia Anglosasów, „jako rycerzy walczących o Prawdę i Dobro”,
    d) jest nastawiona transakcyjnie w każdej chwili może dany kraj sprzedać, albo kupić. Pytanie jest tylko o cenę,
    e) obecnie dominująca ideologia gender, długofalowo stawia Anglosasów na przegranej pozycji w konfrontacji z Chinami.
    p.s. USA nie kierują się w swoim postępowaniu zasadami cywilizacji łacińskiej. Generalnie cały „Zachód” jest cywilizacyjnym tyglem, w którym ścierają się różne cywilizacje. Stąd należy spodziewać się okresu niepokojów społecznych. A co się z tego wyłoni, to tylko Bóg raczy wiedzieć!

    1. Wszystko się zgadza pod warunkiem zastąpienia w punkcie 3 słowa „anglosaska” słowami „rosyjska/chińska”
      Pozdrawiam

      1. Cywilizacja anglosaska, rosyjska i chińska to są 3 odmienne cywilizacje. Anglosaska i rosyjska są nastawione na dominację, chińska na razie nie była (stąd Wielki Mur i odcięcie się od reszty świata):
        1. Rosyjskie budowanie imperium opiera się na sile militarnej. Inaczej nie potrafią.
        2. Anglosaskie na budowaniu uzależnień ekonomicznych.

        Nie oznacza to, że rosyjska nie wykorzystuje ekonomii, a anglosaska wojny. Piszę tutaj tylko od dominancie.

        Dla nas powinna być istotna jeszcze jedna porządnie niepoukładana cywilizacja tylko na inny sposób, czyli niemiecka.

  9. Panie Krzysztofie, bardzo Pana szanuję za to, że potrafił Pan jako jeden z naprawdę nielicznych przewidzieć już kilka lat temu, co stanie się na Wschodzie, podczas gdy np. były prezydent RP Aleksander Kwaśniewski powiedział, bodajże w przeddzień inwazji, że jego zdaniem ta wojna będzie toczyć się przede wszystkim w internecie (sic!!!), no może jeszcze nastąpi jakaś akcja w Donbasie. Ktoś inny twierdził znowu, że „Putin tylko pręży muskuły”, itd.
    Proszę wyjaśnić fenomen, którego nie rozumiem: co sprawia, że ukraińscy żołnierze mają wysokie morale i poświęcają życie w obronie swojego kraju, podczas gdy wskaźniki poziomu korupcji w ich ojczyźnie są na poziomie krajów afrykańskich; gdy cały majątek narodowy został rozkradziony przez oligarchów, którzy korzystają teraz z życia na Lazurowym Wybrzeżu i w innych rajach; podczas gdy wysokość płacy zwykłego człowieka w tym kraju urąga godności ludzkiej.
    Jak można poświęcać swe życie za majątki oligarchów i ich rodzin!
    Czy ktoś potrafi racjonalnie to wytłumaczyć?

    1. Mnie dziwi, że w XXI wieku wciąż ktoś wierzy w bajki o morale i poświęcaniu życia. Niech Ukraina pozwoli mężczyznom wyjeżdżać z kraju i zlikwiduje mobilizację na rzecz armii czysto ochotniczej, to zobaczymy ile z tego morale i poświęceń zostanie. 🙂 Proszę poszperać w internecie i poszukać filmików jak dowódcy zarówno Ukraińscy, jak i Rosyjscy znęcają się nad prostymi szeregowymi, to wszystko wyjaśni w kwestii łamania charakterów i trwania na pozycjach do końca. Dodajmy do tego fakt, że media po obu stronach konfliktu są pod całkowitą kontrolą władzy i propaganda pracuje 24/7 by obrzydzić żołnierzom choćby myśl o poddaniu się. Poza tym jak wyobrażasz sobie takie poddanie? Bez zgody dowództwa oddalenie się z pozycji to dezercja i natychmiastowa kula w plecy. Tak długo jak góra nie martwi się o swoje życie będzie wysyłać ludzi na rzeź do ostatniego Ukraińca i Rosjanina, a na koniec podpiszą sobie świstek, obalą flaszkę i zapalą świeczki na zbiorowych mogiłach plotąc przemowy o patriotyzmie i poświęceniu.

    2. Spróbuję – mam pewną teorię, choć zdaję sobie sprawę że nie ogarniam wielu tematów równie dobrze jak szanowny Autor tego bloga.
      Otóż wydaje mi się, że odpowiedzią na pytanie „co sprawia że Ukraińcy oddają życie w toczącej się obecnie wojnie rosyjsko-ukraińskiej, mimo tego jak funkcjonuje państwo zwane Ukrainą” brzmi: bardzo wysoka skuteczność propagandy rządu rezydujacego w Kijowie. Ponadto należy pamiętać kim jest „z wykształcenia” obecny prezydent Ukrainy, p. Zełeński. Otóż, jak powszechnie wiadomo, kształcił się i pracował przez wiele lat jako aktor. Dlatego nie powinno dziwić, że bez problemu odgrywa przed światem (a przede wszystkim: przed obywatelami Ukrainy o orientacji pro-zachodniej) rolę heroicznego obrońcy „ukraińskości”. I udało mu się wmówić sporej części ludności zamieszkujacej terytorium byłej USSR (Ukraińskiej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej, Ukainian Socialistic Soviet Republic – chyba jakoś tak to po angielsku było…) że rosyjska inwazja ma na celu zlikwidowanie wszystkich ludzi którzy posługują się językiem ukraińskim.
      A to przecież bzdura… Owszem, Putin publicznie stwierdził że (a) interwencja ma na celu zmianę rządu w Kijowie, oraz (b) chce przywrócenia czegos w stylu ZSRR (Związek Socjalistycznych Republik Radzieckich), ale to bynajmniej nie oznacza że chce zabić ludzi mówiących po ukraińsku i uważających się za Ukraińców. Jesli zechcą być obywatelami państwa stowarzyszonego z Federacją Rosyjską – FR nic do nich nie ma, chce z nimi współpracowac i w razie zagrożenia ich chronić.
      Więc Ukraińcy mieli wybór: albo walczyć w obronie rządu p. Zełeńskiego, albo pozwolić aby siły zbrojne FR w lutym/marcu 2022 zlikwidowały rzad p. Zełeńskiego i lojane w stosutnku do niego siły zbrojne. Dokonali wyboru, i teraz płacą cenę wynikającą z tego wyboru.
      A p. Zełeński gra swoją „rolę życia” dalej i stawia wszytkim krajom na świecie absurdale żądania (dajcie nam czołgi, samoloty, rakiety, pieniądze i tak dalej… a najlepiej byłoby gdyby cały świat zrzucił się i zbudował Gwiadę Śmierci taką jak w Gwiezdnych Wojnach i za jej pomocą zrównał z ziemią całą Rosję) – i tu pojawiają się pytania: (a) jak długo jeszcze mamy tego słuchać, (b) czy naprawdę nie ma w Polce bardziej uzasadnionuych wydatków (edukacja, służba zdrowia, emeryci, niepełnosprawni i tak dalej…) niz kupowanie broni dla Ukrainy??? Oddaliśmy kilkaset posowieckich czołgów, całą amunicję, kupujemy Starlinki, leczymy ukraińskich żołnieży skazując naszych chorych na oczekiwanie latami w kolejkach, wysyłamy całe pociągi z częściami do obdudowy infrastruktury energetycznej, wypłacamy zasiłki dla kilku milionów uchodźców i tak dalej…. DLACZEGO???? CO Z TEGO MAMY??? Niestety nic…
      Pan Zełeński jest DOSKONAŁYM aktorem. Nie ma nagrody którą można by należycie uhonorować rolę którą w latach 2022-2023 (a może i kolejnych… kto wie?) zagrał/zagra.
      A o skuteczności ukraińskiej propagandy może świadczyc proste porównanie: jak dużo informacji na temat strat ukraińskich i rosyjskich widzieliście? O stratach rosyjskich informują codziennie nowe 'infografiki”, a straty ukraińskie to tajemnicia. Jak to doskonale wyraził to jeden z komantatorów tekstów zamieszczanych na Interii (tu ukłon: Interia wprowadziła cenzurę prewencyjną komentarzy dotyczących wojny NA!!! Ukrainie dopiero po koniec 2022, podczas gdy wp.pl i onet.pl juz na wiosnę 2022): „Rosjanie mają zabitych i rannych, a Ukraińcy tylko zaginionych”.
      I tak wracamy do sedna sprawy. To PROPAGANDA popycha Ukraińców do oddawania życia za sprawę która mogliby zakwalifikować jako „nie mój problem”. To PROPAGANDA skłania nas do popierania działań Rżądu RP które w rzeczywistości są działaniami na szkodę RP. Bo podatki zbierane od obywateli PR powinny tworzyć budżet RP wydatkowany na potrzeby obywateli RP. A obywatele Ukrainy i potrzeby państwa zwanego Ukrainą do tej grupy nie należą.

      1. Z całym szacunkiem, ale to brednie. Ukraińcy biją się o swój kraj, bo nie chcą robić za niewolników u Ruskich. A co my z tego mamy – BARDZO DUŻO. To, że Ruscy już teraz nie stoją na naszej granicy od Królewca do Ustrzyk. Bo jakby stanęli rok temu, to dzisiaj byłaby nowa inwazja na Prybałtykę, za rok na nas. To, że już jest o 150 tysięcy bandytów mniej do zabicia i kilka tysięcy czołgów mniej do spalenia, jak przyjdą do nas. Bo przyjdą, jak tylko będą mieli okazję… Tylko głupiec tego nie widzi – sorry za ostre słowa, ale czas na owijanie w bawełnę minął. Rzeczy nazywać trzeba po imieniu, w latach 30tych XX wieku tego zaniedbano i skończyło się tak jak się skończyło. Teraz jest dokładnie taka sama sytuacja, a to co Pan tu wypisuje to nic innego, jak appeasament który stosował Chamberelain wobec Hitlera oraz powtarzanie narracji i propagandy Kremla.

        1. Dlaczego w niegrzeczny sposób ocenia Pan czyjś wpis jako „brednie”? Sam żeś taki mądry? Mam wrażenie, że jesteś zbyt młody, przyjacielu i niewiele jeszcze wiesz, stąd ta zaciekłość. Widzisz, mnie w dzieciństwie PRL-owska propaganda indoktrynowała, że Związek Radziecki jest dobry bo walczy o pokój i wolność dla mas; źli są za to kapitaliści bo wyzyskują pracowników, w Stanach Zjednoczonych zaś bezdomni Murzyni śpią pod mostem, etc, itd. Od czasu gdy powyższe hasła były głoszone minęły 33 lata, a ja słyszę obecnie prawie to samo, tylko że na opak. Ten dawny „zły” jest teraz dobry, ten dawny „dobry” = teraz istny diabeł (vide Bucza). Dziecko, więcej pokory… i rozumu (oby!).

      2. z_okolic_Lublina napisał: .
        Nie będe cytował bzdur Wanii piszącego ,,z okolic Lublina ” 🙂
        Średnio rozgarniety człowiek domysla się , ze pisze to Wania ….. ale z okolic Sankt Petersburga lub или любой другой город Kacap ( innego kacapskiego miasta ) 🙂
        Drogi Wanio .
        Oczywistym jest , ze nikt o zdrowych zmysłach nie chce ginąc na wojnie . Dotyczy to kazdego normalnego człowieka . Ukrainców jak i równiez Twoich Kacapów . Przeciez pomimo totalnej orwelowskiej propagandy w Rosji tuz przed mobilizacją około 200 000 kacapów uciekło za granice zeby nie brac udziału w agresji przeciwko Ukraine . Chcieli zwyczajnie życ i bredniom pułkownika Putina wiary nie dawali . Ukraincy zapewne równiez nie chcą ginąc. Inaczej się jednak sprawy się mają gdy naocznie widzisz jak agresor przyszedł podpalic Twój dom . Widzisz jak wokół Ciebie wszystko płonie , jak strzelają do Ciebie jak do zwierzącia .Dowiadujesz się , ze Ruscy zamordowali kogos z Twoich przyjació , rodziny . Obserwujesz jak dzien po dniu równają z ziemią miasta w których zyjesz . Mordują , gwałcą , strzelają z rakiet do Ciebie . Chcą odebrac Twoje zycie . Jestes mężczyzną i wiesz , ze za plecami masz dzieci , rodzine .Wiesz , ze jak nie bedziesz się BRONIŁ to Moskale znowu Cie zniewolą i bedziesz tylko pogardliwym Ukrem . Obrabują Cie , odmówią Ci życia po swojemu, odbiorą Ci Twój język . Ukradną Twoją narodowosc mówiąc , ze nie ma czegos takiego jak Ukraina .
        Kwestia polskiej broni . Nie martw sie Wania o to co dajemy my ale równiez i inne kraje ze wschodu Europy Ukrainie . Mysle , ze ogólnie robimy niezły deal w tym całym nieszczęsciu oddając 40- letni kacapski złom .Bierzemy w to miejsce nowoczesnie zachodnie uzbrojenie . Kacapskie i tak byłoby utylizowane bo wczesniej czy pozniej musielibysmy przejsc na standardy zachodnie .
        My Polacy równiez doskonale wiemy czym jest ruski mir i tzw. ruski swiat. Zniewolenie , obławy, wywózki do łagrów lub szczęsciarzy na Sybir .
        Dawanie w tym momencie broni gdzie wazy sie równiez nasza niepodległosc to najlepsza inwestycja . Alternatywy nie ma bo na polach Ukrainy decyduje się równiez nasz przyszły los . Jesli Ukraina padnie nastepni będziemy my i pribałtyka . Dlatego kraje bałtyckie dają proporcjonalnie nawet wiecej broni niż my .Doskonale równiez wiedzą co czeka je gdy Ukraina się nie obroni .
        Tak naprawde Twoją Rasije mamy juz na granicy .
        Białorusi juz nie ma !!! Jest tylko jeszcze wyłącznie z nazwy .
        Jest kwestią krótkiego czasu gdy oficjalnie zostanie wchłonieta przez Rosje. Drogi Wanio z okolic Sankt Petersburga 🙂 .
        Swoje grubymi nicmi szyte propagandowe rewelacje ze Sputmika powinienes upubliczniac na przejętym przez Was blogu 2 grosze zwanym obecnie tez 2 kopiejki . Tam w tym zalewie prymitywnej kacapskiej agitki z pewnoscią się odnajdziesz. Tam masz swoją kacapską wolnosc słowa.Spróbuj cos napisac wbrew ruskiej propagandzie 🙂
        Paka 🙂

        1. No cóż… znowu wiadro emocji i łyżka faktów. To ja krótko:
          1. To ilu Ukraińców rzeczywiście chce walczyć okaże się jak Ukraina zezwoli mężczyznom w wieku poborowym opuszczać kraj. Na razie sytuacja jest taka że Rosjanie mają zakaż wyjazdu od jesieni 2022, a Ukraińcy już od lutego 2022
          2. Transfer sprzętu prowadzony na zasadach „oddajemy za darmo swój i bierzemy (a w rzeczywistości kupujemy za ciężkie pieniądze) obcy” nie wygląda mi na dobry interes. Mamy pilniejsze potrzeby wewnętrzne niż dodatkowe dziurawienie walącego się budżetu wskutek dozbrajania Ukrainy
          3. Nasi przodkowie i przodkowie Rosjan walczyli przez wieki. Może wreszcie uznamy że linią rozgraniczenia jest Bug? Jak widać oni nie są zdolni utrzymać trwale ziem na zachód od niego, a my zostaliśmy „wykopani” z ziem na wschód od Bugu. Może czas na uznanie tego faktu, pogodzenie się z sytuacją i zajęcie rozwijem ziem między Bugiem a Odrą? Tak jak większość Niemców przyjęła do wiadomości że RFN kończy się na Odrze?

          1. Wania ,,z okolic :Lublina” a za[ewne Sankt Petersburga 🙂
            Myslisz, ze ta prymitywna propaganda która tu sączysz działa ? 🙂 .
            1.Fakty sa takie , ze masa Ukrainców mężczyzn z Polski wyjechała z powrotem w 2022 r na Ukraine bronic swojego kraju po napasci Twojej kacapii .Stąd znane deficyty w Polsce beaku ludzi do pracy na budowach, kierowców i innych.Gdyby masowo nie bronili swojego kraju to twoja Rasija nie musiałaby robic w Rosji łapanek , z więzien brac przestepców i robic przede wszystkim kilkusettysiecznej mobilizacji. Bo niby przeciwko komu skoro jak mówisz Ukraincy nie chcą walczyc.
            2 .Nie ma pilniejszych potrzeb niż armia,wojsko i sprzęt gdy Rosja u bram i rozpoczyna kolejną wojne. To sprawa egzystencjalna.Wszystko inne nie ma znaczenia.
            3.O czym Ty Wania piszesz ?Czy polska kogos napadła ? To chyba Twoja Rosija napadła i morduje ludzi w Ukrainie ?

          2. Drogi sasza spod lublina;)) czy gdzie tam jesteś , oddawanie czołgów za darmo Ukrainie to świetny interes , te czołgi zabijaja ruskich, a to jest wystarczajaca zapłata za nie. Jeśli mam do wyboru siedzieć w okopach z synami lub wysłac czołgi zeby napadniety mógł się bronic to ludzie cywilizacji zachodniej nie mają dylematu, co tobie azjato może się w głowie nie mieścić

      3. Ukraina wybrala kurs ku EU. Rosja uwazala ze to ich prowincja i nie chce im pozwolic decydowac o swoim istnieniu. Jaka alternatywe dla UE wobec Ukrainy miala Rosja? Polkazali to wlasnie od lutego. Smierc, cierpienie i caly ruski mir.

        Pokazali na tyle, ze nawet etniczni Rosjanie z obwodow Donieckiego i Luganskiego wstydza sie swego pochodzenia.

        Rosyjski niedzwiedz pokazal swoje oblicze na tyle, ze niektorzy Rosjanie na zachodzie porezygnowali z prac y i staraja sie zmyc hanbe pomagajac Ukraincom jak tylko moga.

        Ta agresja nie ma usprawiedliwienia.

        1. Komentarz w sedno. Cieszy mnie, że możemy się z Anna Jast jednak w czymś zgadzać. Dodam tylko, że ziemie na wschód od Bugu nie są ani nasze ani rosyjskie, tylko ukraińskie. My się z tym dawno pogodziliśmy, a Rosjanie nie. Słusznie, że im pomagamy. Jak powiedział FDR jak płonie dom twojego sąsiada, to dajesz mu wąż na wodę i nie myślisz o tym, czy się w trakcie gaszenia pożaru zniszczy. Ważniejsze od węża jest to, żeby ogień nie przeszedł na twój dom.

      4. Wyjątkowe kocopoły wypisuje ten propagandowy pajac z lublina ;)) Już widze jak ukraińcy siedza w okopach i biją się jak wściekli bo ich aktor oszukał propagandą;)
        Biedny jelopie propaganda znika natychmiast jak zaczynają do ciebie strzelać. Jeśli nie jesteś przekonany że chcesz bronić ojczyzny swojego domu , bliskich , to spierdalasz do cudownej ruskiej niewoli, jakoś nie widze tych setek tysięcy jeńców;))
        Ktoś inny pyta czemu biją się za swój skorumpowany i oligarchiczny kraj, ano pewno dlatego że nie maja innego a ruski mir to dla nich gorzej niż zaraza.
        Większość z nich urodzila się już w tak urządzonym kraju. Ci oligarchowie juz tam byli, korupcja to efekt słabego państwa, ale wojna zmienia wszystko majątki oligarchów w dużej mierze przepadły a już na pewno nie odzyskają pozycji którą mieli bo po tej wojnie wielu nie przejdzie obojętnie obok kraju za który przelewali krew. Zaden urżędnik już nie bedzie panem samowładnym bo zwyczajnie ci ludzie nie dadzą sobie w kaszę dmuchać. Ukraina po wojnie bedzie innym panstwem, bo jeśli coś drogo kosztuje a śmierć bliskich to najwyższa cena to takie coś się szanuje .
        w 1991 ukraińcy dostali panstwo w prezencie od losu , teraz wyrywają je z gardła bandytom , miliony było uchodzcami widzieli jak funkcjonują zdrowe kraje , tego będą chcieli dla swoich dzieci. Nie ma powrotu do sytuacji sprzed wojny.
        Mam nadzieje ze pomogłem.

    3. Jakkolwiek zabawnie to dla nas nie zabrzmi Ukraińcy weszli na Majdan bo chcieli żeby było u nich przynajmniej jak w Polsce, a nie jak w Rosji. Cała reszta jest tylko prostą konsekwencją, bo jak się już zacznie to się bije „o dom”. Wówczas logika nie ma już znaczenia, wystarczy popatrzeć na każdego walczacego z okupacją USA, liczącego, że odniesie sukces Wietnamu, zamiast strasznego losu Niemców, Japonii czy Południowej Korei.

Leave a Reply

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *