ARMIA NOWEGO WZORU A RZECZYWISTOŚĆ [ANALIZA]

Armia Nowego Wzoru a rzeczywistość [ANALIZA-Krzysztof Wojczal] – WERSJA PDF

Zespół Strategy&Future zaprezentował 18 grudnia 2021 roku (w formie blisko 11-godzinnego wykładu i ok. 450 slajdowej prezentacji) koncepcję Armii Nowego Wzoru oraz tzw. planu polskiej bitwy manewrowej. Następnie dokładnie miesiąc później został opublikowany 434 stronicowy raport. Geneza powstania tego szerokiego opracowania dotyczącego planu obrony Polski przed ewentualną agresją jest znana przez środowisko obserwujące pracę dra Jacka Bartosiaka – pomysłodawcę oraz szefa projektu. Otóż jego zdaniem Siły Zbrojne RP potrzebują reformy, w wyniku której będą cechowały się m.in.:

  1. samodzielnością strategiczną oraz taktyczną, z potencjałem do samodzielnego prowadzenia wojny z Rosją oraz niezależnością logistyczno-materiałowo-informacyjną od państw/podmiotów trzecich,
  2. nowatorskim podejściem strategii obronnej oraz do prowadzenia wojny na poziomie taktycznym (trzeba przyszykować się na przyszłą wojnę, a nie na te z przeszłości – stąd pewnie nazwa: Armia Nowego Wzoru),
  3. wysoką mobilnością oraz możliwością prowadzenia wojny manewrowej w dużej autonomii i rozproszeniu jednostek,
  4. potencjałem do reagowania na najważniejszych szczeblach drabiny eskalacyjnej, a więc również potencjałem do elastycznego odpowiada na zagrożenia oraz kontrowania przeciwnika własnymi zdolnościami ofensywnymi – tak pod progiem wojny (działania hybrydowe), jak również w czasie konfliktu zbrojnego.

Nadto zdaniem lidera projektu, Siły Zbrojne RP nie powinny być budowane pod szerokie spektrum zagrożeń, a jedynie pod ten najbardziej prawdopodobny scenariusz. Co pozwoli oszczędzić środki na drogich systemach i skupić się na rozbudowaniu tych tańszych, ale w założeniu wysoce efektywnych. Z uwzględnieniem relacji koszt/efekt.

Czy projekt ANW spełnia wymagania postawione przez samych autorów? Odpowiedź na to pytanie zostanie udzielona na końcu opracowania, po przedstawieniu wcześniej stosownej argumentacji.

W pierwszej kolejności należy jednak podkreślić, że pomiędzy wrześniową i grudniową prezentacją, a wydanym  w styczniu raportem S&F dokonało w koncepcji kilku niewielkich korekt (słusznych). Niemniej, nie uwzględniono w raporcie najpoważniejszych zastrzeżeń jakie pojawiły się w przestrzeni publicznej. Tymczasem Armia Nowego Wzoru – jak każda inna – miałaby być budowana za pieniądze podatników (mimo, że sama koncepcja jest projektem komercyjnym), a także miałaby dbać o bezpieczeństwo kraju i narodu (w tym autora niniejszego tekstu). Choć wnikliwa analiza kilkuset stronowego raportu wymaga ogromnego nakładu czasu i pracy (zwłaszcza, gdy robi się to obok życia prywatnego i zawodowego) to jednak ogromną prawdziwą motywacją do polemiki było dostrzeżenie zagrożeń wynikających z możliwości wdrożenia w życie ANW w obecnej postaci. Bo choć z część ogólnych postulatów przedstawionych w raporcie można uznać za właściwe, to diabeł tkwi w szczegółach, których realizacja może zniweczyć cały wysiłek państwa i narodu włożony we wdrażanie pozostałych pomysłów (nota bene wcale nie nowatorskich i częściowo już realizowanych przez Państwo Polskie).

Jednocześnie zastrzec należy, że autor niniejszego opracowania nie podejmuje oceny i polemiki w tematach: obrony cywilnej, cyberprzestrzeni czy zdolności kosmicznych. Dostrzega jednak fakt, że w zakresie kosmosu i CYBER, państwo realizuje już budowanie zdolności na tych płaszczyznach. Planowana jest też duża i rewolucyjna reforma prawa. Poniższe zastrzeżenia dotyczą głównie warstwy geopolitycznej, strategicznej i taktycznej związanych z Armią Nowego Wzoru oraz koncepcją reformy SZ RP.

Przy czym należy podkreślić, że rozstrzyganie o pewnych zagadnieniach winno rozpocząć się od kwestii najbardziej fundamentalnych i podstawowych, przechodząc następnie do detali. W tym sensie, by w ogóle doszło do konfliktu militarnego, w pierwszej kolejności musi zaistnieć powód do wojny (casus belli). Dopiero po wymienieniu powodów do wojny, można pokusić się o zakreślenie celów konfliktu. Dla każdej ze stron. I należy odpowiedzieć wówczas na pytanie, czy wojna rzeczywiście pomoże te cele osiągnąć? Znając powody i cele starcia zbrojnego, a także zakładając, że co najmniej jedna z jego stron będzie miała szansę na realizację tych celów drogą konfliktu, można spróbować naszkicować ewentualny przebieg wojny. Jednakże wcześniej warto jednak zbadać również uwarunkowania geopolityczne oraz geostrategiczne stron, ponieważ pewne okoliczności mogą zachęcać do wykonania uderzenia, a inne nawet całkowicie je wykluczać. Tak więc gradacja istotnych zagadnień winna wyglądać w ten sposób:

  1. Uwarunkowania geopolityczne ( w tym cele do osiągniecia przez dane państwo – tu dostrzeżemy powody wojny).
  2. Uwarunkowania strategiczne.
  3. Sytuacja taktyczna i ewentualne warianty przebiegu konfliktu.

Tymczasem w projekcie Armii Nowego Wzoru kompletnie pominięto uwarunkowania geopolityczne i strategiczne, skupiając się na odpowiedzi na pytanie: dlaczego może dojść do konfliktu (cassus belli) i jak będzie on przebiegał? Co dla mnie osobiście było sporym zaskoczeniem, bowiem wśród trzech współtwórców raportu, wszyscy są ekspertami z dziedziny polityki zagranicznej i geopolityki. Można więc było się spodziewać szczegółowo zarysowanego tła geopolitycznego oraz ogólnie omówionych kwestii taktycznych, tymczasem mamy do czynienia z czymś zupełnie odwrotnym. I w mojej ocenie bardzo źle się stało, że nie poświęcono kwestiom geopolityki odpowiedniej uwagi, bowiem bez ich uwzględnienia, kwestie taktyczne oraz wnioski musiały zwyczajnie rozminąć się z rzeczywistością. I tak się rzeczywiście stało. Już dwa tygodnie od publikacji grudniowej prezentacji. Ale po kolei.

 

Uwarunkowania geopolityczne

By odpowiedzieć na pytanie, do jakiej wojny należy przygotować armię, nieodzownym jest zarysowanie geopolitycznego scenariusza, który odzwierciedlałby rzeczywiste zagrożenia i był zgodny z zaistniałymi uwarunkowaniami środowiska politycznego państw ewentualnie zaangażowanych  w konflikt. W raporcie S&F tego nie zrobiono, choć jest to element istotny nawet przy wojskowych manewrach. Rosjanie przy okazji niemal każdych ćwiczeń zarysowują geopolityczne tło, po to by ustalić później cele wojenne, dopasować strategię, a na końcu taktykę jaką należy przećwiczyć w manewrach. Mimo ewidentnych braków w tym zakresie w raporcie S&F, z zarysowanego tam scenariusza taktycznego można wywnioskować, że Federacja Rosyjska zaatakuje Polskę (NATO) w warunkach geopolitycznych, jakie towarzyszą nam obecnie.

Graf.1. Obecne uwarunkowania geopolityczne i zamiar Rosji wg autorów raportu ANW

Przypomina to trochę kalkulacje generała Kutrzeby ze: „Studium planu strategicznego Polski przeciw Niemcom” z 1938 roku. Generał trafnie przewidział ogólne kierunki ewentualnego ataku jednak głównego uderzenia spodziewał się z północnego-zachodu. Problem w tym, że w marcu 1939 roku III Rzesza rozbiła Czechosłowację, zajmując Czechy i ustanawiając protektorat w Słowacji. Efektem czego, niemieccy planiści zyskali dodatkową silną podstawę strategiczną do tego, by to z kierunku Dolnego Śląska w kierunku Łodzi wyprowadzić najmocniejsze uderzenie (i tak się rzeczywiście stało). Do gen. Kutrzeby zastrzeżeń mieć nie można, bowiem wojskowi muszą tworzyć plany również w aktualnych warunkach geopolitycznych. Jednak od osób zajmujących się zawodowo polityką międzynarodową i geopolityką, którzy zapowiadali ANW jako koncepcję nowatorską, przełomową i zrywającą z dotychczasowym myśleniem można było się spodziewać więcej. Tymczasem otrzymaliśmy scenariusz będący kalką tych, które są podstawą do ćwiczeń Wojska Polskiego i NATO od wielu, wielu lat. W zasadzie w ostatnich latach Wojsko Polskie ćwiczy głównie właśnie taki wariant obronny, w którym Rosjanie atakują od strony Białorusi i Kaliningradu, a Polska musi przetrwać do czasu odsieczy sojuszników z NATO. Wariant ten jest więc z pewnością dobrze i szczegółowo opracowany przez wojskowych planistów i Sztab Generalny Wojska Polskiego. Wobec tejże konstatacji, założenia z cywilnego projektu komercyjnego opracowanego przez kilka osób z pewnością nie są żadną nowością dla wojskowych. Zapewne porównanie raportu S&F z dokumentacją sztabową wypadłoby bardzo niekorzystnie, dla tego pierwszego. To co jednak mogłoby zadziwić i rzeczywiście być nowością dla wojskowych, to wnioski i „recepty” przedstawiane przez autorów ANW. Im poświęcona zostanie uwaga w innym miejscu opracowania.

Należy jednak pamiętać, że wojskowi planują ew. wojnę w określonych i z góry założonych warunkach geopolitycznych. Ich rolą jest przygotowanie strategii i taktyki obronnej dostosowanych do ww. uwarunkowań. Są najbardziej kompetentnymi specjalistami w tej dziedzinie. Jednak zanim to zrobią, muszą wiedzieć, do jakiej wojny mają się przygotować. A na to powinni odpowiedzi udzielić m.in. specjaliści z zakresu polityki międzynarodowej, geopolityki a wreszcie (a może przede wszystkim) wywiad. W tej materii S&F zawiodło.

By krytyka była konstruktywna warto w tym miejscu zastanowić się nad istniejącymi warunkami geopolitycznymi – jeśli chodzi o Rosję – a następnie spróbować sobie odpowiedzieć na pytanie (na które S&F nie odpowiedziało): co musi się stać, by Władimir Putin był tak zdesperowany, by rozpocząć wojnę z NATO? Dopiero odpowiedź na to arcyważne pytanie, pozwoli nam zarysować scenariusz geopolityczny, do jakiego Polska i jej Siły Zbrojne powinny być przygotowane.

Zastrzec w tym miejscu należy, że scenariusz geopolityczny założony w raporcie S&F jest tym najmniej prawdopodobnym,  bowiem istniejąca sytuacja na arenie międzynarodowej nie jest dla Rosji dogodna i nie stwarza dobrych warunków do rozpoczęcia wojny akurat z NATO, a nawet samą tylko Polską. Przełożyło się to w raporcie na kompletnie błędne wnioski, co w konsekwencji doprowadziło do fatalnych konkluzji odnoszących się do modelu armii, jaki Polska powinna wypracować.

Teza ta zasadza się na istniejących uwarunkowaniach, w których Federacja Rosyjska podejmuje wiele geopolitycznych i militarnych wyzwań jednocześnie na kilku frontach w różnych częściach świata. Tym samym, nie tylko elity polityczne są pochłonięte licznymi problemami, ale również siły zbrojne Federacji Rosyjskiej muszą być przygotowane na szerokie spektrum zagrożeń. Należy bowiem pamiętać, że:

  1. Rosja prowadzi wojnę z Ukrainą, wobec czego jej wojska stacjonują w Donbasie (w sile dwóch korpusów armijnych), a także bronią Krymu (8 Armia) oraz granicy ukraińsko-rosyjskiej (20 Armia).
  2. Wojska federacji rosyjskiej stacjonują w Armenii, a Moskwa jest politycznym gwarantem bezpieczeństwa Ormian.
  3. Siły Federacji Rosyjskiej muszą zabezpieczać Kaukaz, tak granice państwowe, jak i w kwestii bezpieczeństwa wewnętrznego (bowiem tylko pieniądze i siła gwarantują spokój np. w Czeczeni czy Dagestanie, a te pierwsze mogą się skończyć). Zwłaszcza, że Rosja jest politycznym gwarantem bezp. Abchazji i Osetii Południowej.
  4. Rosja musi zabezpieczać granice z państwami bałtyckimi, a także granicę z Finlandią oraz Norwegią.
  5. Moskwa wysłała siły powietrznodesantowe do Kazachstanu, co pokazuje, że by utrzymać wpływy w Azji Centralnej, również tam Rosjanie musieli zacząć używać argumentów siłowych.
  6. Rosja jest zaangażowana w Syrii oraz Libii (dostawy sprzętu, „najemników”, gwarancje polityczne), gdzie trwają wojny domowe, a nawet w Afryce.
  7. Władimir Putin jest gwarantem bezpieczeństwa dla Kurdów w Syrii i Iraku (w kontrze do Turcji).
  8. Siły Zbrojne Federacji Rosyjskiej muszą zabezpieczać granicę rosyjsko-chińską, nawet jeśli relacje z Pekinem wydają się być dobre.

Wyzwań jest znacznie więcej (jak choćby demonstracja obecności w rejonie arktycznym), jednak pozwolę sobie pominąć resztę. Przy takim splocie zobowiązań oraz zaangażowania, wojna z NATO nie byłaby najlepszym pomysłem. Pochłonęłaby bowiem całą uwagę decydentów politycznych oraz wojskowych z Kremla oraz znaczną część potencjału militarnego. Co za tym idzie, prowadząc wojnę z NATO Rosjanie byliby wrażliwi na utratę wpływów na każdym innym kierunku. Bowiem wielu graczy chciałoby wykorzystać sytuację. Turcja mogłaby zaatakować Kurdów (podważając pozycję Kremla jako gwaranta) i jednocześnie wesprzeć Azerów w ataku na Górski Karabach. Ukraińcy mogliby podjąć próbę odbicia Donbasu (już trzecią z kolei). Gruzini mogliby przypomnieć sobie o projekcie jednoczenia kraju i zwrócić się przeciwko Abchazji oraz Osetii Południowej. Chińczycy natychmiast weszliby mocniej z wpływami do Azji Centralnej, na której im tak bardzo zależy (vide dostawy gazu ziemnego przez gazociąg Azja Centralna – Chiny). Izrael i Arabia Saudyjska spróbowałyby rozszarpać Syrię.

Ponadto Federacja Rosyjska otrzymałaby cios finansowo-ekonomiczny, który mógłby wbić gwóźdź do gospodarczej trumny. Brak kapitału ze sprzedaży surowców energetycznych na zachód (Europa i Turcja to 90% rosyjskiego eksportu gazu),  odcięcie od systemu SWIFT, hiperinflacja a może upadek rubla (przypomnijmy atak na turecką lirę), zamrożenie środków rosyjskich oligarchów trzymających majątek na zachodzie i wiele innych – wszystko to władze z Moskwy mogłyby odczuć bardzo boleśnie. Ponadto wykorzystując rosyjską agresję, Chińczycy mogliby zawrzeć z USA taktyczne porozumienie by zyskać trochę na czasie. W zamian za możliwość dalszego rozwoju i gwarancje bezpieczeństwa na szlakach morskich (co jest niezbędne by zbudować chińską klasę średnią i stać się niezależnym od zachodu), Chińczycy mogliby się zgodzić na wstrzymanie odbioru surowców od Rosji oraz powstrzymywanie się od udzielania jej pomocy. Wojna NATO-Rosja byłaby dla Pekinu doskonałym prezentem. Przy czym Chińczycy nie tylko nie kibicowaliby Moskwie, ale wręcz liczyli na jej porażkę. To przyniosłoby Pekinowi korzyści w postaci potencjalnego władztwa nad Azją Centralną oraz uzyskania dominującej pozycji w relacjach ze słabą Moskwą. A trzeba pamiętać, że Chiny mogą prowadzić ekspansję tylko w głąb kontynentu zderzając się z interesami Rosji i Indii. Wojna z USA wcale Pekinowi nie jest potrzeba. Wystarczy neutralność i amerykańska zgoda na handel morski, bowiem Chińczykom nie zależy na zajmowaniu Japonii, Filipin czy wysepek na Pacyfiku (wyjątkiem jest Tajwan).

W jaki więc sposób Władimir Putin mógłby w „negocjacjach” prowadzonych z USA użyć argumentu ostatecznego, jedynego który mu pozostał (siły militarnej) by nie otworzyć sobie dodatkowych frontów i nie wplątać Rosji w jeszcze gorszą sytuację?

Odpowiedź wydaje się być banalnie prosta. Takim ruchem mogłaby być inwazja na Ukrainę. I rzeczywistość polityczna zweryfikowała w tym zakresie koncepcje Armii Nowego Wzoru już w dwa tygodnie po grudniowej prezentacji (co zresztą potwierdziło moją wcześniejszą krytykę, bowiem dzieje się dokładnie to co przewidywałem). Dziś już chyba nikt nie ma wątpliwości, że pierwszym i nadrzędnym celem ewentualnej rosyjskiej agresji byłaby Ukraina.

Nie powinno to zresztą nikogo dziwić, bowiem odzyskanie wpływów i kontroli nad Kijowem jest jednym z głównych geopolitycznych celów Federacji Rosyjskiej. Ukraina jest bowiem newralgiczną strefą buforową dla Rosjan, która w ich przekonaniu musi znajdować się w rosyjskiej strefie wpływów. Za wszelką cenę. Nikt w Moskwie nie myśli obecnie o agresji na Polskę, NATO i zdobywanie Warszawy. Byłoby to nielogiczne w kontekście tego, że Ukraina pozostaje niezależna od Rosji (i jej wroga), a Białoruś nie została jeszcze nawet wchłonięta (do czego Putin usilnie dąży). First things first – jak mawiają Anglosasi.

Ukraina wiąże na swojej granicy niemal trzy rosyjskie armie. Atakując bezpośrednio Polskę, Rosjanie mieliby więc do dyspozycji teoretycznie jedynie 1 Gwardyjską Armię Pancerną (wzmocnioną mniejszymi zw. taktycznymi) i otwieraliby sobie drugi – po ukraińskim – front (a nawet trzeci, uwzględniając państwa bałtyckie). Byłoby to kompletnie nieodpowiedzialne z militarnego i strategicznego punktu widzenia. Ponadto najłatwiejszym (co nie oznacza, że łatwym) celem dla Rosji jest Ukraina. Ponieważ Ukraina formalnie nie ma sojuszników, a Rosjanie mogą ją de facto okrążyć (ze wschodu, z południa – Krym, z północy – Białoruś, z zachodu – Naddniestrze). Co znacznie zwiększa szanse powodzenia inwazji i minimalizuje ryzyko włączenia się do konfliktu przez państwa trzecie. Dlatego warto zadać sobie pytanie, po co Putin miałby  w pierwszej kolejności atakować jakikolwiek kraj NATO ryzykując uruchomienie art. 5 (a być może nawet wojną nuklearną), skoro może najpierw sięgnąć po osamotnioną Ukrainę? Uderzając tym samym w wizerunek USA jako protektora Ukrainy.

Tak wiec podążając powyższym tokiem rozumowania, zanim doszłoby do ataku na Polskę (lub nawet groźby jego przeprowadzenia), Rosja musiałaby odzyskać kontrolę nad Ukrainą. Drogą wojenną lub też przy pomocy środków polityczno-wywiadowczo-hybrydowych. Pucz? Odzyskanie politycznych wpływów? Wojna? Środek nie gra roli. Z perspektywy Polski liczy się efekt. Warszawa jest bezpieczna dopóki Kijów jest niezależny od Moskwy, a gdyby ta zależność się odrodziła, wówczas mielibyśmy do czynienia z zupełnie innymi warunkami geopolitycznymi i geostrategicznymi. Innymi słowy, przygotowując się do obrony należy przyjąć, że będzie ona prowadzona nie w obecnych warunkach geopolitycznych, a w takich, które dadzą Rosji w przyszłości stosowną przewagę.

Tą przewagą byłby drugi – po białoruskim – główny kierunek ewentualnej ofensywy na Polskę od strony Ukrainy. Do tego należałoby doliczyć pomocnicze kierunki z Obwodu Kaliningradzkiego oraz od strony Bałtyku. W takiej sytuacji składająca się z czterech dywizji Armia Nowego Wzoru nie miałaby żadnych szans, by odeprzeć wrogi napór na szerokości całej wschodniej granicy. Bowiem gdyby Rosjanie osadzili własne władze w Kijowie (które na koszt Ukraińców pacyfikowaliby ten kraj), wówczas uwolniliby całkowicie 20 Armię oraz 1 i 2 Korpusy Armijne, które mogłyby zostać postawione na granicy polsko-ukraińskiej i posłużyć do szantażu, a następnie ewentualnego ataku. Wespół z 1 Gwardyjską Armią Pancerną oraz korpusem stacjonującym w Obwodzie Kaliningradzkim. Być może nie trzeba by było wówczas ściągać tak wielu sił z odległych zakątków Rosji – co osłabiłoby inne kierunki.

Graf.2. Sytuacja geostrategiczna w momencie przejęcia przez Rosję kontroli nad Ukrainą

Innymi słowy najbardziej prawdopodobnym scenariuszem jest taki, w którym Rosjanie będą chcieli odzyskać Ukrainę. I gdyby im się to udało, to Armia Nowego Wzoru będzie bezużyteczna. Zwyczajnie nie wystarczyłoby (liczebnie) sił i środków by zabezpieczyć jednocześnie kierunki: ukraiński, białoruski i kaliningradzki (pomocniczy) oraz bałtycki (pomocniczy).

Powyższa konstatacja jasno pokazuje, że przygotowując Siły Zbrojne RP tylko na jeden wybrany scenariusz (jak to zrobiło S&F) może skutkować kompletnym fiaskiem.

Oczywiście zanim doszłoby do gorącego starcia militarnego, Rosjanie – jak słusznie zauważyli to autorzy S&F – wywieraliby presję na Polskę i NATO innymi dostępnymi środkami. Dr Jacek Bartosiak tłumaczy, że Armia Nowego Wzoru to odpowiedź nie tylko na ewentualny konflikt, ale również przygotowanie Sił Zbrojnych RP do działania pod progiem wojny. Na kolejnych, jak to wyjaśniał, szczeblach drabiny eskalacyjnej. Czy ANW rzeczywiście sprostało wymaganiom samego pomysłodawcy?

Drabina eskalacyjna

Pomimo odniesienia się przez autorów raportu ANW do pojęcia drabiny eskalacyjnej, w raporcie tym brak jest konkretnego wymienienia zagrożeń na poszczególnych jej szczeblach – w tym tych, pod progiem wojny. Co za tym idzie, zespół S&F nie precyzuje w jaki sposób Armia Nowego Wzoru miałaby bronić państwa jeszcze w czasie pokoju lub działań hybrydowych. Innymi słowy nie otrzymujemy odpowiedzi na pytanie, jakie narzędzia są niezbędne by Siły Zbrojne RP mogły spełniać oczekiwania postawione przez zespół Strategy&Future (strony 27 i 28 raportu):

Tak więc autorzy S&F wyznaczyli przed SZ RP pewny ogólny cel, nie wskazując zagrożeń z jakimi polska armia może się spotkać. Nic więc dziwnego, że Armia Nowego Wzoru wg koncepcji S&F – co zostanie opisane w dalszej części opracowania – nie tylko nie nabywa nowych narzędzi odstraszania (przed wojną), ale wręcz zostaje pozbawiona tych, którymi dysponuje lub ma dysponować zgodnie z założeniami aktualnie prowadzonej modernizacji SZ RP. Tym samym wdrażając model ANW Polska stałaby się bardziej wrażliwa i słabsza na poszczególnych szczeblach drabiny eskalacyjnej. By to wykazać na przykładzie, należy dokonać analizy zagrożeń, której przeprowadzenia zespół S&F zaniechał.

W tym miejscu zastrzec jednak należy, że autor niniejszego opracowania nie jest osobą zawodowo zajmującą się bezpieczeństwem narodowym, a ponadto dokonuje niniejszej analizy w ramach wypełniania wolnego czasu – więc siłą rzeczy, zapewne lista zagrożeń z pewnością winna być znacznie dłuższa i bardziej szczegółowa niż ta rozpisana poniżej. Natomiast na podstawie tego, co już Rosjanie zademonstrowali, można przypuszczać, że w celu wywierania presji na Polskę mogliby:

  1. symulować awarię na liniach przesyłowych surowców energetycznych do Polski (ropa i gaz), a jednocześnie:
  2. demonstrować dominację na Bałtyku w okolicy polskiego wybrzeża poprzez obecność Floty Bałtyckiej współdziałającej z lotnictwem,
  3. rozmieścić jednostki Floty Bałtyckiej na wodach w okolicy Baltic Pipe, co nakazywałoby kalkulować, że dostawy norweskiego gazu via Baltic Pipe, mogą zostać przerwane, podobnie jak dostawy LNG do gazoportu w Świnoujściu,
  4. rozmieścić okręty w okolicy linii energetycznej Polska-Szwecja, za pomocą której Polska może importować energię w razie niedoborów (np. spowodowanych brakiem dostaw gazu do polskich elektrowni),
  5. demonstrować obecność okrętów podwodnych w ww. rejonach, co potęgowałoby niepewność po stronie polskiej i zagrożenie,
  6. symulować możliwość dokonania ataku lotniczego na polskie kopalnie ropy naftowej położone na Bałtyku,
  7. symulować ataki powietrzno-morskie na położone na wybrzeżu strategiczne dla państwa polskiego obiekty infrastruktury (gazo- i naftoporty, przyłącze Baltic Pipe, rafineria w Gdańsku, magazyny paliwa i gazowe, porty etc.),
  8. wyprowadzić Flotę Bałtycką na granicę Zatoki Gdańskiej i Morza Bałtyckiego w celu pokazania, że mogliby zablokować ruch morski do Trójmiasta (w tym tankowców z ropą naftową płynących do naftoportu w Gdańsku),
  9. rozmieszczać duże zgrupowania wojsk przy granicy z Polską w celu przeprowadzenia ćwiczeń i manewrów, co stwarzałoby po stronie Polski przymus reakcji i przerzutu własnych sił oraz utrzymywania ich w stałej gotowości,
  10. testować granicę polskiej przestrzeni powietrznej oraz wysyłać samoloty do prowadzenia walki radioelektronicznej, które operując wzdłuż granic III RP zagłuszałyby sygnały po polskiej stronie,
  11. prowadzić rozpoznanie lotnicze i dronowe wzdłuż granicy polskiej strefy powietrznej, a także morskiej,
  12. prowadzić działania dywersyjne i rozpraszające uwagę wzdłuż lądowej granicy (przenikanie sił specjalnych, kryzys imigracyjny), co angażowałoby siły i uwagę polskiej Straży Granicznej oraz Sił Specjalnych a może i lekkiej piechoty,
  13. stwarzać wrażenie chęci ataku na Ukrainę, co w przypadku powodzenia narażałoby Polskę na atak z południowo-wschodniego kierunku operacyjnego.

Inne zagrożenia (typu cyber etc.) dotyczyłyby raczej sfery działalności polskich sił cyberbezpieczeństwa, a nie konkretnie tradycyjnej armii – więc pozwolę sobie je pominąć.

Jak widać rosyjski potencjał działań ofensywnych (przy pomocy sił zbrojnych, ale jeszcze w czasie pokoju) oscyluje przede wszystkim wokół tematu surowców energetycznych – na której to płaszczyźnie, Rosjanie zawsze mieli odpowiednie lewary na kraje Europy środkowo-wschodniej a nawet zachodniej. Należy pamiętać, że drogą lądową polska eksportuje gaz i ropę tylko z kierunku rosyjskiego. Tak więc po odcięciu przez Moskwę dostaw, Polska zostałaby skazana na dostawy przez Bałtyk (lub ewentualnie rewers z Niemiec, ale te również mogą zostać odcięte od gazu i ropy). W takiej sytuacji kluczowym warunkiem utrzymania Polski przy energetycznym życiu staje się obrona przybrzeżnej i morskiej infrastruktury energetycznej. Tego zadania nie da się skutecznie wykonać z brzegu (o czym będzie w dalszej części opracowania).

Tymczasem wg modelu ANW, Marynarka Wojenna RP miałaby zostać znacząco zredukowana do postaci, w której nie miałaby żadnego potencjału odstraszania. Małe jednostki patrolowe oraz okręty minowe byłyby zmuszone uciekać do portów na widok każdej większej jednostki Floty Bałtyckiej lub choćby zagrożenia ze strony lotnictwa.

Mało tego, koncepcja zespołu S&F wyraźnie sugeruje, że nowoczesne lotnictwo jest Polsce zwyczajnie niepotrzebne (drogie w utrzymaniu, infrastruktura trudna do obrony, a w czasie wojny trzeba by operować z lotnisk z Niemiec). Jednocześnie S&F postuluje – słusznie – nabycie samolotów rozpoznania AWACS, które byłyby niezbędne do niezależności w kwestii pozyskiwania informacji o ruchach rosyjskich okrętów oraz statków powietrznych. Problem w tym, że AWACS-y nie mogą operować w środowisku, w którym nie posiadają osłony własnego lotnictwa lub wysuniętych daleko w kierunku potencjalnego przeciwnika stanowisk obrony przeciwlotniczej.

W konsekwencji, kooperacja rosyjskich sił morskich wraz z lotnictwem w strefie Bałtyku ograniczałaby polską swobodę operacyjną, a także zawężała pole rozpoznania. AWAC-sy – w obawie przed zestrzeleniem – musiałyby latać na południu Polski (lub w ogóle nad Niemcami) poza zasięgiem pocisków przeciwlotniczych przeciwnika (tak wystrzeliwanych z okrętów jak i myśliwców). Co za tym idzie, operując kilkaset km od wybrzeża, AWAC-sy miałyby bardzo ograniczoną możliwość w zakresie wykrywania wrogich okrętów i samolotów nad Bałtykiem, a przede wszystkim nakierowywania na cele polskich pocisków przeciwlotniczych i przeciwrakietowych rozmieszczonych na wybrzeżu. Tym samym Rosjanie operując własnymi okrętami, myśliwcami a nawet samolotem AWACS czy WRE (walki radiowo-elektronicznej) zyskiwaliby na Bałtyku całkowitą dominacje informacyjno-militarną względem Polski (zakładając, że NATO nie zareaguje odpowiednio szybko i nie przegoni Rosjan z domeny morskiej – a na taki scenariusz miała przygotować Polskę Armia Nowego Wzoru).

Wyobraźmy sobie scenariusz, w którym Rosjanie w ciągu 48h rozmieszczają flotę na Bałtyku (po wcześniejszym odcięciu Polski od gazu i ropy), a następnie Baltic Pipe oraz podmorska linia energetyczna ze Szwecją ulegają tajemniczej „awarii”. W dalszej kolejności Rosjanie wstrzymują tankowce płynące do Gdańska i Świnoujścia (pod jakimkolwiek pretekstem, np. awarią własnej jednostki, która grozi wybuchem wobec czego muszą zamknąć cały szlak morski). Przy tak skoordynowanej i przeprowadzonej w krótkim okresie akcji, pozbawiona silnego lotnictwa oraz floty Polska nie miałaby żadnej odpowiedzi. Zwłaszcza gdyby nie doszło do żadnego otwartego aktu wojny.

Tak więc w czasie pokoju, Armia Nowego Wzoru byłaby bezsilna przy tego rodzaju zagrożeniach. Jednak to nie wszystko, bowiem gdyby rozpoczął się atak, to Rosjanie mogliby zniszczyć w pierwszej jego godzinie kosztowną i budowaną z takim trudem, przez wiele lat infrastrukturę energetyczną (port LNG, rafineria, magazyny surowców, naftoport etc). Mogąc kompletnie odciąć Polskę od surowców energetycznych oraz cofnąć jej rozwój w tym zakresie o całe dekady, Rosjanie nie baliby się zaryzykować utraty jednego czy dwóch przestarzałych okrętów Floty Bałtyckiej. Zwłaszcza, że zniszczenie nadbrzeżnej i morskiej infrastruktury energetycznej na powrót  uzależniłoby Polskę od rosyjskich dostaw gazu i ropy naftowej.

Temat możliwości odstraszania przez Morską Jednostkę Rakietową a także systemów NAREW rozmieszczonych na wybrzeżu rozbija się o problem horyzontu radarowego (poniżej którego radar nie widzi wrogich jednostek, z uwagi na kulistość Ziemi), a także technologicznych ograniczeń w zakresie namierzania celów oraz kierowania własnych pocisków w odległości poza linią horyzontu (ok. 40-50 km). Innymi słowy wrogie okręty i myśliwce dysponujące pociskami o zasięgu setek kilometrów (które w razie rozpoczęcia działań wojennych strzelałyby do nieruchomej infrastruktury – a więc problem namierzania celu w czasie rzeczywistym ich nie dotyczy) mogłyby zostać rozmieszczone w takiej odległości by nie były one widoczne dla radarów rozmieszczonych na brzegu. Nadto należy zauważyć, że wyniesienie radaru (np. balonem) nie rozwiązuje problemu. Bowiem jeśli nasz radar widzi wrogi okręt, to znaczy że ten wrogi okręt widzi (przy pomocy własnego radaru) również nasz radar. W sytuacji gdy okręt dysponuje wielowarstwową obroną przeciwrakietową (rakiety średniego, krótkiego i b.krókiego zasięgu oraz system ostatniej linii obrony typu CIWS) , balon nie dysponuje żadną. Tak więc gdyby miało dojść do ataku, to balony radarowe i operujące za blisko AWAC-sy stałyby się pierwszym celem wrogich rakiet, co oślepiłoby baterie wyrzutni rozmieszczonych na brzegu. A nawet gdyby te zdołały wystrzelić jedną salwę, to cały zespół wrogich okrętów miałby bardzo duże szanse na wyłapanie znacznej ilości pocisków przeciwokrętowych. Te, nawet gdyby zdołały się przedrzeć przez obronę, musiałyby jeszcze trafić w cel (bo nie ma pocisków o 100% skuteczności). W tym kontekście należy zadać sobie pytanie, co jest większym „białym słoniem” – budowany latami terminal LNG (rafineria/naftoport etc), którego zniszczenie spowoduje brak dostaw energii dla całej Polski – czy utrata np. jednego okrętu? Rosjanie z pewnością pokusiliby się o takie ryzyko mogąc „wyłączyć” energetycznie Polskę w pierwszych godzinach wojny, co znacznie ułatwiłoby inwazję lądową oraz wprowadziło trudną sytuację humanitarno-społeczną wśród obywateli (a Ci mogliby wywrzeć presję na rząd w Warszawie w kwestii ew. kapitulacji).

Kwestia „grożenia” wrogiej flocie rojem własnych dronów (podnoszona przez entuzjastów ANW) jest mało poważna. Drony – z racji na wielkość – mają bardzo ograniczony zasięg, jeszcze bardziej ograniczony udźwig (małe ładunki wybuchowe), a do tego są znacznie wolniejsze niż pociski rakietowe (i dużo mniej skuteczne). Co za tym idzie, zestrzelenie ich przez systemy plot w tym typu CIWS nie stanowiłoby żadnego problemu dla zespołu wrogich okrętów. Nadto należy pamiętać o tym, że z racji gabarytów oraz ograniczonej mocy silnika, bezzałogowe statki powietrzne a nawet balony nie mogą operować w czasie złej pogody (silny wiatr/sztorm). Tymczasem polska obrona nie może być przygotowana tylko na dobrą pogodę.

Ograniczanie sił lotnictwa (przy np. wycofaniu się z kontraktu na F-35, choć nie jest to napisane wprost, jednak wybrzmiewa z raportu poprzez porównanie kosztów samolotu z kosztami utrzymania lekkiej brygady), rezygnacja z Marynarki Wojennej, przy jednoczesnym ograniczeniu kontraktu na obronę przeciwlotniczą średniego zasięgu (Patrioty), a także rozstawieniu obrony PLOT bez uwzględnienia niezbędnej głębi strategicznej (wielowarstwowość), pozbawiłoby Polskę możliwości neutralizacji zagrożenia ewentualnych działań dywersyjnych (tajemnicze awarie), a także w czasie wojny: ograniczenia, a nawet uniknięcia ataku od strony morza na newralgiczną dla państwa infrastrukturę. Innymi słowy projekt ANW ogranicza polski potencjał na wskazanych szczeblach drabiny eskalacyjnej i czyni Polskę bardziej podatną na działania hybrydowe. Co za tym idzie, Federacja Rosyjska zyskałaby możliwość wywarcia silnej presji na Warszawę oraz potencjalnie wymuszenia zgody na interesujące Moskwę ustępstwa polityczne.

Tymczasem obecne założenia w zakresie modernizacji Sił Zbrojnych RP przewidują posiadanie przez MW trzech nowoczesnych okrętów typu fregata, a także dostawę dwóch eskadr F-35. By pokazać różnicę potencjałów pomiędzy ANW a stanem do jakiego dążą obecnie SZ RP warto nadmienić co następuje.

Wyobraźmy sobie polskie F-35 (trudno-wykrywalne tech. Stealth) patrolujące Bałtyk i wspierane systemami przeciwlotniczymi średniego, krótkiego zasięgu (oraz potężnym radarem i systemami WRE)  umieszczonymi na fregatach. Przy takiej sile (A2AD zespołu fregat + stealth F-35) oraz rozpoznaniu (radar dalekiego zasięgu na okręcie oraz systemy radarowe umieszczone wysoko dzięki F-35 i AWACS i wykrywające pociski i myśliwce lecące poniżej linii horyzontu) Rosjanie zwyczajnie baliby się nad Bałtyk wlecieć, lub na niego wpłynąć. Co za tym idzie, nie tylko nie myślelibyśmy o zagrożeniu desantem, ale i w ogóle wyeliminowalibyśmy zagrożenia z morza i powietrza, na cele przybrzeżne. Mało tego, to my byśmy mogli wywierać presję i blokować Kaliningrad od strony morskiej. Dostalibyśmy kolejny pomocniczy kierunek ataku na Kaliningrad. To my – jeszcze przed progiem wojny – moglibyśmy „testować” Rosjan latając F-35 i wykonując nimi misje zwiadowcze (doskonała maszyna do szukania potencjalnych celów na lądzie, morzu i w portach etc.). To wreszcie my, moglibyśmy pływać i latać nad nitką Nord Stream II i generować psychologiczną niepewność po stronie Rosjan (tajemnicza awaria?).

Podobnie sprawa wygląda na lądzie. Plan bitwy manewrowej przedstawiony przez zespół S&F zakłada głęboko, defensywie rozstawione systemy obrony powietrznej (dopiero w strefie „strategicznego trójkąta”). Co za tym idzie, wbrew regule budowania obrony powietrznej wielowarstwowo, nasze systemy OPL nie broniłyby granic polskiej przestrzeni powietrznej. W konsekwencji, Rosjanie bez przeszkód mogliby latać na niskich i średnich pułapach wzdłuż naszej granicy bez obawy zestrzelenia. To z kolei ułatwiłoby im uformowanie formacji lotniczych do ataku na polskie terytorium (jeszcze w czasie pokoju). Mogliby również „testować” naszą przestrzeń powietrzną i odstraszać swoim lotnictwem oraz rozstawionymi na granicy systemami OPL nasze samoloty. W efekcie nasze lotnictwo bałoby się latać nad wschodnią polską (nawet w czasie pokoju, a zwłaszcza w okresie silnego napięcia) bez osłony własnych OPL oraz ze świadomością wrogiej przewagi liczebnej w powietrzu spotęgowanej wrogimi systemami przeciwlotniczymi rozstawionymi tuż na granicy z Polską. Dawałoby to Rosjanom doskonałe pole manewru do rozpoznania lotniczego, które pomogłoby im ocenić polską obronę jeszcze przed inwazją.

Tymczasem.

Rozstawione w odpowiedni sposób radary i obrona przeciwlotnicza (bliżej granicy) zniechęcałaby Rosjan do „testowania” polskiej przestrzeni powietrznej z użyciem lotnictwa i to jeszcze zanim wybuchłaby wojna. Co jednocześnie ograniczyłoby rosyjskie możliwości prowadzenia obserwacji lotniczej tego, co się dzieje po polskiej stronie granicy. Mało tego, Rosjanie musieliby kalkulować to, że operowanie lotnictwa nad zachodnią Białorusią również rodzi ryzyko. Mało tego, dysponując wielozadaniowymi F-35 to Polska mogłaby „testować” systemy obronne i radarowe Rosjan i prowadzić rozpoznanie ruchów, działań i rozmieszczenia wojsk poza granicami Polski (F-35 został do tego stworzony!). Tak więc dzięki „odepchnięciu” Rosjan od polskiej granicy i wybrzeża, zmniejszylibyśmy ich świadomość sytuacyjną, zwiększylibyśmy własną wiedzę o działaniach przeciwnika, a tym samym zniechęcalibyśmy go do podejmowania działań agresywnych (wojennych) w nie do końca rozpoznanym środowisku.

Czy tego rodzaju potencjał daje nawet tysiąc mikro-dronów w rękach lekkiej piechoty rozmieszczonej w lesie? Oczywiście, że nie (choćby ze względu na możliwość prowadzenia rozpoznania tylko w obszarze zasięgu termo-wizyjnym dronów, co np. w złych warunkach pogodowych byłoby ograniczone do minimum lub nawet uniemożliwione – vide silny wiatr, sztorm). Już w tym momencie rysuje się więc wyraźna granica potencjałów pomiędzy tanią (ale kosztowną) Armią Nowego Wzoru, a siłami zbrojnymi dysponującymi drogimi – ale dającymi nieporównywalnie większy potencjał odstraszający i „wypychający” Rosjan z pozycji dogodnych do ataku – narzędziami.

 

Cele wojny – dlaczego mamy się bić?

Wbrew pozorom odpowiedź na nagłówkowe pytanie jest najważniejsza, jeśli chodzi o dalsze rozważania na temat wojny i jej przebiegu. Bowiem gdy brak jest powodów do konfliktu, wówczas cała dyskusja staje się bezprzedmiotowa. Wyobraźmy sobie bowiem sytuację, w której elity bogatego Luksemburga toczyłyby długie spory o plan obronny oraz kształt luksemburskiej armii na wypadek agresji ze strony Mongolii. Tego rodzaju dywagacje należałoby dziś uznać za kompletną stratę czasu, energii i pieniędzy. Dlatego należy odpowiedzieć na pytanie: „dlaczego mamy się bić” i to dwukrotnie. Dla każdej ze stron.

Federacja Rosyjska

Zespół S&F odpowiedział na to zagadnienie na początku raportu (s.23):

W tym miejscu poczynię uwagę, że zgadzam się co do zasady z tak postawioną tezą. Rosji chodzi o wpływ, kapitał i technologie. Po to by decydować o tym co się dzieje w Europie (głównie środkowej), a także by się rozwijać i przetrwać w nadchodzących trudnych czasach. Jednak zdaniem S&F, Rosja – by te cele osiągnąć – będzie prowadzić wojnę z zachodem na każdej możliwej płaszczyźnie, włącznie z tą militarną:

Należy się więc zastanowić, czy z powodu chęci zawarcia dealu polityczno-gospodarczego z USA i UE, Władimir Putin zdecyduje się na wojnę z państwami NATO i UE? Innymi słowy, czy elity rosyjskie naprawdę uważają, że sposobem na uzyskanie korzystnego porozumienia z NATO, UE i zwłaszcza USA będzie inwazja na państwo należące do NATO i UE? Inwazja, która może przerodzić się w wojnę światową z użyciem broni nuklearnej? (bo takowe ryzyko zawsze istnieje).

Tego rodzaju teza jest bardzo mało wiarygodna, a rzeczywistość zweryfikowała ją już zaledwie miesiąc po publikacji. Decydenci z Kremla zdają sobie sprawę z faktu, że jeśli przekroczą pewną granicę w „negocjacji” z USA i UE, to o żadnym porozumieniu nie będzie mowy. Z pewnością daleko za tą granicą jest atak militarny na jedno z państw Unii Europejskiej oraz NATO. Tego rodzaju agresja, nie pozostawiłaby wyboru wszystkim zachodnim stolicom – włącznie z Berlinem. Bowiem w celu ratowania swoich systemów bezpieczeństwa (NATO), a także gospodarczej dominacji (UE), jak również przede wszystkim pozycji i wizerunku jako niepodważalnych liderów, Waszyngton i Berlin musiałyby reagować ostro (tak jak zareagowano na moskiewskie ultimatum z 17 grudnia 2021 roku). A ich celem – od momentu rosyjskiej agresji – musiałoby być pokonanie Federacji Rosyjskiej i zmuszenie jej do uległości. Gdyby tak się bowiem nie stało, sojusz NATO a także amerykańskie bilateralne układy bezpieczeństwa z państwami na dalekim wschodzie (jak np. Japonia czy Australia) mogłyby się rozpaść. Oznaczałoby to kompletną klęskę Stanów Zjednoczonych – tak jeśli chodzi o utrzymanie pozycji hegemona, jak i w kontekście rywalizacji z Chinami. Również Niemcy stanęłyby przed dylematem. Bronić członka UE (i do tego bezpośredniego sąsiada będącego buforem bezpieczeństwa), czy pogodzić się z rozpadem Unii Europejskiej, a także podważeniem niemieckiej pozycji w Europie. Należy ponadto pamiętać, że jeśli wojska rosyjskie znajdą się na terenie Polski, to Niemcy stałyby się pariasem uzależnionym od Stanów Zjednoczonych a nawet Francji pod względem bezpieczeństwa. Wówczas to Berlin musiałby prosić Waszyngton i Paryż o pomoc. Byłaby to kompletnie inna sytuacja niż ta jaką mamy dzisiaj (w kwestii Ukrainy).

Oczywiście teoretycznie, wojna pomiędzy Rosją i NATO jest możliwa choć bardzo mało prawdopodobna. Rosjanie zdają sobie sprawę z faktu, że istniałoby duże ryzyko (graniczące z pewnością), że zwyczajnie by taką wojnę przegrali (Polska mogłaby zostać zniszczona, ale NATO ma większe zasoby i możliwości, więc każdy kolejny dzień wojny przybliżałby sojusz do zwycięstwa).  Założenie, że powodem inwazji na państwa NATO byłaby chęć porozumienia z Zachodem jest totalnym nieporozumieniem. Władimir Putin musiałby postradać zmysły, by w tym celu zdecydował się na wojnę. Prawdopodobieństwo, że ktokolwiek po czymś takim będzie chciał z Moskwą rozmawiać, a do tego jeszcze ją wspierać (kapitało i technologicznie) jest bliskie zeru.

Reasumując, jeśli uznać, że rosyjskim celem i powodem politycznego sporu z zachodem jest chęć uzyskania korzystnego dla siebie porozumienia, to wojna – jako narzędzie realizacji tego celu – byłaby najgorszą możliwą opcją. Wykluczałaby możliwość zawarcia korzystnego dealu a wręcz narażałaby Rosję na znaczne straty,  a także utratę wpływów na innych kierunkach geopolitycznych.

Niemniej, polscy wojskowi powinni zakładać tego rodzaju scenariusze i przygotowywać się na ewentualną wojnę w wybranych scenariuszach. I tak się rzeczywiście dzieje, zwłaszcza w po 2014 roku. Tak więc z powodu tego, że wojna jest mało realna (albo słabo uzasadniona przez S&F w raporcie) nie można zaniechać przygotowań do niej.  Przygotowania te powinny jednak uwzględniać najbardziej realne scenariusze i na takie winny się szykować Siły Zbrojne RP. Zanim jednak przejdziemy do wariantów wojennych, należy odpowiedzieć sobie na pytanie, dlaczego Polska miałaby walczyć w zarysowanym przez S&F scenariuszu?

Polska

Waga celów wojennych często zależy od strony agresora. Nie inaczej jest w sytuacji zarysowanej przez S&F. Jeśli celem Rosjan jest porozumienie z zachodem i w imię realizacji tego postulatu Władimir Putin zamierzałby wydać Polsce wojnę, to należy sobie odpowiedzieć na pytanie, czy Polska i Polacy mają na taką wojnę w ogóle przyjmować? Postawmy sprawę jasno. Jeśli celem Rosji nie jest podbicie państwa polskiego, zajęcie jego terytorium czy wymordowanie narodu polskiego, a Rosja mogłaby osiągnąć porozumienie polityczne pomiędzy Berlinem a Moskwą przy akceptacji Waszyngtonu bez potrzeby ataku na Polskę i jej dewastowania, to czy na pewno jest to powód dla którego powinniśmy ryzykować wojnę z mocarstwem nuklearnym? Daleki jestem od promowania hasła: „pokoju za wszelką cenę” (forsowaną przez tzw. „realistów”), jednak pamiętajmy o tym, że w 2009 roku miał miejsce amerykańsko-rosyjski reset relacji z Rosją. Moskwa dostała wszystko czego chciała (o czym pisałem w jednym z ostatnich tekstów pt.: „Rosyjski Ikar – lot ku przepaści”), włącznie z wpływami w środkowej Europie. Reset ten przetrwaliśmy, a dziś jesteśmy w znacznie w lepszej sytuacji (tak geopolitycznej jak i gospodarczej) niż przed 2009 rokiem. Czy Polska znajdowałaby się w tym miejscu, w którym jest, gdyby w 2009 roku przyjęła wojnę z Rosją w imię sprzeciwienia się ustaleniom amerykańsko-rosyjskim?

Niezależnie od powyższych rozważań, należy wskazać, że wg zespołu S&F zwycięstwem Polski w ewentualnej wojnie byłoby taktyczny zwycięski remis na polu bitwy, a celem geostrategicznym: niedopuszczenie Rosjan do europejskiej gry o równowagę (zakładając uprzejmie, że S&F ma rację w tym, że Moskwy w tej grze nie ma – co jest mocno dyskusyjne). Polski powód do prowadzenia wojny obronnej został uzasadniony w raporcie o ANW w ten sposób, że konsekwencją dealu pomiędzy Rosją a zachodem byłoby zmarginalizowanie Polski oraz wepchnięcie jej w niemiecko-rosyjski układ o strefie wpływów  uniemożliwiający Polsce rozwój i przybieranie na sile względem sąsiadów. Innymi słowy, Polska powinna iść na wojnę w celu zagwarantowania sobie jak największej autonomii oraz możliwości rozwoju i zwiększania własnego znaczenia, w tym: politycznego, gospodarczego, technologicznego oraz militarnego. Jeśli założymy, że powyższych warunków nie da się utrzymać w warunkach pokojowych (ponieważ np. ewentualny drugi „reset” byłby znacznie bardziej dotkliwy dla Polski niż ten pierwszy), to rzeczywiście tak przedstawione uzasadnienie można uznać za priorytet, o który warto walczyć. O ile podjęcie tej walki dawałoby szansę na osiągnięcie ww. celu.

Czy wojna obronna przeciwko Rosji, prowadzona na własnym terytorium, pozwala mieć nadzieję, na osiągnięcie głównego celu wojennego? Zgodnie z samymi twórcami koncepcji ANW – nie.

Wojna na gruzach Polski

Autorzy projektu ANW zakładają, że w przypadku błyskawicznego ataku na Polskę, Rosjanie mogliby użyć potencjału rakietowego (choć nie nuklearnego). Co rzeczywiście należy kalkulować i to niemalże jako pewnik. Tego rodzaju zagrożenie, należy zdaniem zespołu S&F (co wielokrotnie było powtarzane w prezentacjach) „przyjąć na klatę”. Państwo polskie powinno demonstrować, że nie boi się strat, a dzięki rozproszeniu wojska, przetrwa atak i będzie zdolne do odparcia agresji przeciwnika. Tego rodzaju gotowość przyjęcia ciosu ma zdaniem autorów S&F charakter odstraszający bowiem Rosjanie musieliby kalkulować, że obrona będzie prowadzona mimo wszystko. W ramach tej obrony autorzy wyznaczyli tzw. „Teorię polskiego zwycięstwa”, którym ma być rozejm z Rosją po pokonaniu jej wojsk w starciu konwencjonalnym.

Tyle, że założenie to jest kompletnie pozbawione sensu. Koncepcja walki z Rosją w ramach ANW zakłada, że Polska jako państwo przegrywa de facto wojnę w pierwszych jej godzinach, po czym Wojsko Polskie będzie – niczym Armia Krajowa – walczyć bohatersko z przeciwnikiem na zgliszczach kraju. Do ostatniego naboju. Po to by osiągnąć „polskie zwycięstwo” czyli nie przegrać militarnie i nie dopuścić Rosjan do zajęcia Warszawy. W tym miejscu należy sobie odpowiedzieć na pytanie:

 

Czym dla Polski będzie porażka w wojnie z Rosją?

Albo co będzie  stanowić większą porażkę Polski: utrata kilku czołgów lub okrętów (zwanych w raportach. „białymi słoniami” lub „tłustymi krowami” ) czy sytuacja, w której na skutek przyjęcia na klatę uderzenia bombowo-rakietowego (brak floty, Patriotów i silnego lotnictwa), zniszczone zostaną:

  1. Terminal LNG, przyłącze Baltic Pipe, Kopalnie ropy na Bałtyku (tak mamy platformy wiertnicze), rafineria w Gdańsku i Płocku – a więc zaplecze związane z surowcami energetycznymi,
  2. Największe i najważniejsze elektrownie oraz infrastruktura przesyłowa (jak np. kabel Szwecja – Polska po dnie Bałtyku, dzięki któremu możemy importować energię elektryczną),
  3. Strategiczna infrastruktura, jak terminale portowe, węzły kolejowe, wiadukty, mosty,
  4. Lotniska oraz zaplecze serwisowe dla lotnictwa,
  5. Bazy wojskowe, fabryki wojskowe oraz hale serwisowe dla Sił Zbrojnych,
  6. Cywilne kopalnie i zakłady przemysłowe,
  7. Magazyny surowców,
  8. Inne newralgiczne obiekty infrastrukturalne?

Jeśli dla zespołu S&F celem wojny ma być umożliwienie rozwoju, a konsekwencją „zwycięstwa” w tym konflikcie miałoby być cofnięcie niezależności energetycznej, rozwoju infrastruktury oraz przemysłu o kilkadziesiąt lat, to trudno sobie nawet wyobrazić, jak mogłaby wyglądać Polska po militarnej klęsce Armii Nowego Wzoru. Czy cofnięcie  dobrze rozwiniętego państwa do epoki z 1945 roku nie będzie naszą totalną porażką, a jednocześnie zwycięstwem Rosji? Przecież taki scenariusz w dłuższej perspektywie pozbawiłby nas siły gospodarczo-ekonomicznej, znaczenia polityczno-militarnego oraz generalnie cofnąłby Polskę w rozwoju o kilka dziesięcioleci. Czy osiągnięcie takiego celu, przy koszcie w postaci kilku straconych czołgów, satysfakcjonowałoby Putina? Można z całą odpowiedzialnością założyć, że tak. Putin byłby zadowolony z relacji koszt/efekt.

W tym kontekście należy zadać sobie kolejne pytanie, jaką wartość odstraszania mają wojska pochowane w lesie i w bunkrach, które nie reagują na ataki rakietowe (i czekające na inwazje lądową) nawet jeśli są one zdeterminowane  do nieustępliwej walki w obliczu dewastacji całego Państwa?

Odstraszaniem w kontekście zagrożenia rakietowego jest zakup systemów przeciwrakietowych (program Wisła). Systemów, których zakup szef S&F dr Jacek Bartosiak krytykował w licznych wystąpieniach, a samym raporcie ANW sugeruje się ograniczenie realizacji kontraktu na Patrioty (która to umowa zakłada dwie fazy, jedna jest już opłacona i realizowana, na drugą umowa dopiero ma być podpisana). Uzasadnieniem na to jest fakt, że systemy te są drogie, a jednocześnie nie gwarantują całkowitego bezpieczeństwa Polski przed uderzeniem rakietowym. Tymczasem oczywistym jest, że Polska nie będzie w stanie wyłapać wszystkich nadlatujących rakiet. Żadne państwo na świecie (włączając USA) nie jest przygotowane na odparcie całego arsenału rakietowego Rosji. Czy wobec tego USA, Chiny, Niemcy czy ktokolwiek inny zrezygnował z systemów przeciwrakietowych? Posiadanie systemów przeciwrakietowych (jak Patriot) sprawia, że żeby przeciążyć nasze systemy obronne, Rosjanie musieliby użyć setek (a nie np. kilkunastu) rakiet w pierwszym uderzeniu, by mieć pewność, że atakiem saturacyjnym zniszczą cele. W tym miejscu należy pamiętać, że środki przenoszenia rakiet są ograniczone (ilościowo) i jednocześnie kosztują. Tak więc wystrzelanie się z potencjału rakietowego w pierwszych godzinach wojny byłoby dużym militarnym ryzykiem w kontekście innych zagrożeń (vide zagrożenie ze strony NATO ale nawet i Ukrainy). Ponadto, zmasowany atak rakietowy setek pocisków znacząco podwyższa ryzyko polityczne konfliktu oraz naraża Rosję na odwet NATO. Inną „ciężkość” polityczno-propagandową ma  wystrzelenie „omyłkowo” kilku-kilkunastu rakiet, a inną zmasowany atak saturacyjny.

W kontekście sztywnego scenariusza opisanego przez S&F, Rosjanie mieliby zaatakować polską infrastrukturę, której nie da się ukryć , przenieść i rozproszyć. Polska zostałaby zdewastowana, a polskie społeczeństwo już w pierwszym dniu wojny zostałoby pozbawione prądu, gazu (ogrzewanie), paliwa (komunikacja) , a nawet wody pitnej. W takich warunkach nastałby chaos w państwie. Ludzie rzuciliby się do nieczynnych sklepów by robić zapasy żywności i wody. Utrzymanie takiego „zaplecza” w porządku społecznym wymagać będzie ogromnego wysiłku licznego aparatu przymusu. To prowadzi do odpowiedzi na pytanie, w co lepiej zainwestować? W kilka dodatkowych baterii Patriot czy w utrzymanie przez wiele lat ogromnych sił policyjno-porządkowych? Co stanowi wyższy koszt, potencjalna utrata licznych obiektów infrastruktury krytycznej kraju, czy kilka wyrzutni? Warto nadmienić, że w czasie wojny odcięte od zapasów zaplecze, nie wykarmi żołnierzy na froncie.

Na koniec wstawmy to wszystko w kontekst polskiej bitwy manewrowej. Zdaniem zespołu S&F Polska nie powinna ulegać groźbom Rosji oraz pójść na wojnę w celu nie dopuszczenia Rosji do europejskiej gry o równowagę. By Moskwa nie decydowała wspólnie z Berlinem o tym, co się dzieje w Warszawie. Mielibyśmy więc podjąć wojnę przy akceptacji dewastacji państwa i cofnięcia go w rozwoju nawet o kilkadziesiąt lat.  Co w efekcie zmarginalizowałoby siłę polityczno-gospodarczą Polski w Europie, a tym samym sprawił, że nawet po przegraniu wojny kinetycznej, Moskwa mogłaby później narzucać warunki Warszawie przez kolejne dziesięciolecia. Innymi słowy, w celu walki o status Polski w świecie, mielibyśmy zaakceptować, że w wyniku wojny ten status zostanie zniwelowany… W tym miejscu każdy samodzielnie powinien rozstrzygnąć sobie w myślach, czy zespół Strategy & Future na pewno dobrze odpowiedział na podstawowe pytanie„Po co walczymy?”. 

W efekcie należy stwierdzić, że zarówno rosyjski powód do wojny, jak i polski zostały przez S&F zarysowane w sposób bardzo mało przekonujący. Jeśli autorzy S&F mieli na celu wykazać, że wojna Rosja – NATO (Polska) jest prawdopodobna, to obawiam się, że mogli osiągnąć odwrotny efekt. Bowiem w rzeczywistości ani Rosjanom nie opłacałoby się wywoływać wojny z NATO, ani Polakom nijak nie można byłoby wytłumaczyć, że powinni się bić i umierać w wojnie, w której niemożliwym byłoby uzyskanie zwycięstwa.

Co wszystko nie zmienia faktu, że do wybuchu ewentualnej wojny z udziałem Polski należy się przygotowywać. Zwłaszcza, że Warszawa kompletnie nie ma wpływu na to, czy i ewentualnie kiedy zostanie zawarte ewentualne porozumienie na linii Waszyngton-Berlin-Moskwa. Być może (o czym piszę od lat) żadnego nowego „resetu” czy też „drugiej Jałty” lub „odwróconego Nixona” nie będzie – wbrew temu co przewidywał  notabene choćby dr Jacek Bartosiak. Tak więc przypuszczenia szefa S&F mogą się nie sprawdzić i wówczas przy braku porozumienia, Władimir Putin rzeczywiście może być gotowy na konflikt zbrojny. Jeśli Putin nie uzyska od zachodu tego czego chce, Polska może zostać zaatakowana przez Rosję nawet pomimo faktu, że byłaby skłonna do ugodowych rozmów.  Pytanie tylko w jakich warunkach zaistniałby taki konflikt?

Jak słusznie zauważyli autorzy raportu ANW, siły zbrojne są pewnego rodzaju narzędziem, które pozwala m.in. odpierać lub wywierać presję na państwa zewnętrzne. Ponieważ Rosja szczególną uwagę przykłada właśnie do rozbudowy i wykorzystywania tego właśnie narzędzia, Polska również winna zbudować siły zbrojne z odpowiednim potencjałem. By natomiast wiedzieć, jakiego wojska potrzebujemy, należy odpowiedzieć sobie na pytanie: „do jakiej wojny się szykujemy?”. Nie sposób nie zgodzić się z tak prezentowaną przez zespół S&F narracją. Oczywistym jest więc, że niezwykle ważnym jest, by prawidłowo określić uwarunkowania geopolityczne i strategiczne, które mogą zaistnieć (czyli kto z kim i w jakich warunkach może pójść na wojnę). Błędna kalkulacja w tym zakresie może bowiem spowodować kompletną klęskę całej koncepcji obronnej państwa, zwłaszcza, gdy ktoś chciałby przygotować je do jednego tylko scenariusza. Tak jak to robi Strategy&Future.

 

Uwarunkowania strategiczne

Już sama analiza uwarunkowań geopolitycznych pozwala wyciągnąć stosowne wnioski na poziomie strategicznym. Atak Federacji Rosyjskiej na Polskę – za pośrednictwem terytorium Białorusi – w obecnej sytuacji politycznej rodzi wysokie ryzyko dla całej operacji. Przy wrogo nastawionej Ukrainie, która otrzymuje obecnie spore wsparcie z państw NATO, Pakt Północnoatlantycki mógłby w trybie pilnym zawrzeć porozumienie z władzami z Kijowa. Te nie tylko mogłyby udostępnić swoje terytorium dla działań NATO, ale i same włączyć się do wojny. Korzystając z rosyjskiego zaangażowania w Polsce, odbić Krym i Donbas. Ponadto Rosjanie musieliby kalkulować możliwość wspólnego ukraińsko (wojska liniowe) -natowskiego (lotnictwo, drony, siły spec.) uderzenia  na Białoruś w kierunku na Homel i dalej na Bobrujsk i Mińsk. Mogłoby to zostać skoordynowane z atakiem z Litwy, co łącznie mogłoby odciąć wojska frontowe w Polsce od linii zaopatrzenia. Tak głęboka operacja przeprowadzona na dość szeroką skalę byłaby trudnym wyzwaniem dla NATO, jednak Rosjanie i Białorusini musieliby wystawić przeciwko niej spore siły. Siły, których brakowałoby w Polsce.

Graf. 3. Zagrożenia dla Rosji na szczeblu strategicznym, gdyby zamierzała realizować scenariusz zespołu S&F.

Niemniej, strona NATO mogłaby znacznie łatwiej i tańszym kosztem zagrozić rosyjskiej operacji głębokiego uderzenia w kierunku Warszawy. Wystarczyłoby wykorzystać dogodny teren puszczy i lasów na południe od Brześcia (na terenie Polski i Ukrainy), jak również na północ od Grodna (Polska i Litwa) by rozmieścić tam liczne jednostki lekkiej piechoty (z amunicją krążącą) z komponentem artyleryjskim oraz obrony przeciwlotniczej. Stamtąd można by prowadzić ostrzał infrastruktury transportowej (linie kolejowe, mosty i przeprawy przez Bug i Niemen), a także atakować kolumny z zaopatrzeniem. Byłoby to tym bardziej ułatwione, że po stronie Białoruskiej okolice Grodna to dość otwarta płaszczyzna, na której znajdują się pola uprawne. Z łatwością można by prowadzić obserwację za pomocą nawet małych dronów. Tymczasem siły NATO korzystałyby z naturalnej osłony (puszcze). Podobnie sytuacja wygląda koło Brześcia, gdzie główne ciągi komunikacyjne biegną przez otwarte pola na linii Kobryń-Brześć.

Co istotne, im bardziej w głąb Polski sięgałaby rosyjska ofensywa, tym powstający lej operacyjny by się zawężał. Narażając siły rosyjskie na atak flankujący nawet na terenie samej Polski.

Zespół S&F w raporcie o ANW zawarł opisy historycznych przykładów i doświadczeń wojennych, na których jego zdaniem WP powinno się oprzeć. Problem w tym, że autorzy raportu zakładają (w tym, ale i w wielu innych miejscach), że dowództwo Federacji Rosyjskiej będzie działało w oderwaniu od historycznych doświadczeń, a także wbrew logice oraz zasadom sztuki wojennej. W konsekwencji wybierze dla siebie najgorszy możliwy wariant strategiczny tj. atak w serce wschodniej strefy NATO bez zabezpieczenia sobie choćby jednej, ukraińskiej flanki.

Graf.4. Okazje do wyprowadzenia kontrataków oskrzydlających na rosyjskie głębokie uderzenie w centrum Polski

Tymczasem armia powinna przygotowywać się nawet – a może przede wszystkim – na najtrudniejsze dla siebie warianty wydarzeń. Najbardziej prawdopodobne i najbardziej korzystne dla ewentualnego agresora. Mając to na względzie nie powinno dziwić, że NATO w pierwszej kolejności rozważa zagrożenie atakiem na państwa bałtyckie i od lat przygotowuje się głównie na taki scenariusz. Najwyraźniej naczelne dowództwo NATO, a także stratedzy z Pentagonu doszli do zupełnie logicznego wniosku (innego niż S&F), że Rosjanie przed wykonaniem głębokiego uderzenia w centrum największego i najsilniejszego państwa NATO na wschodzie, będą chcieli w pierwszej kolejności uderzyć w najsłabszy punkt (państwa bałtyckie) w celu zabezpieczenia sobie flanki, uzyskania połączenia z Obwodem Kaliningradzkim, a także uzyskaniu lepszego dostępu do Morza Bałtyckiego. Temat ten jest „gorący” od wielu lat i po powrocie z USA, sam Jacek Bartosiak promował temat tzw. przesmyku suwalskiego, a nawet poświęcił blisko 200 stron w książce: „Rzeczpospolita (…)” by opisać scenariusz wojny, w którym Rosja atakuje Litwę, Łotwę i Estonię, gdy tymczasem Polska (dysponująca notabene pięcioma dywizjami) broni przesmyku suwalskiego, a nawet wykonuje kontruderzenie na słabo bronioną Białoruś.

Biorąc pod uwagę zagrożenia polityczno-ekonomiczno-militarne, a także cele polityczne jakie władze z Kremla chciałyby osiągnąć, zupełnie łatwym jest określenie rosyjskich priorytetów:

  1. W pierwszej kolejności Moskwa zamierza odzyskać kontrolę nad Ukrainą, co będzie tym łatwiejsze, że państwo to nie ma oficjalnych sojuszników i nie należy do Unii Europejskiej. Co za tym idzie, nawet agresywny krok wobec Kijowa wcale nie musi oznaczać wojny z NATO. A jednocześnie uderzy w wizerunek Stanów zjednoczonych.
  2. Gdyby Rosja była tak bardzo zdesperowana, że zdecydowałaby się uderzyć na NATO (bez względu na konsekwencje militarnej, ale i ekonomiczno-finansowe, społeczne, polityczne etc.), wówczas mogłaby złamać obraz NATO jako silnego bloku militarnego uderzając w najsłabszy i najtrudniejszy do obrony punkt: państwa bałtyckie. Przy czym sugerowano by wcześniej, że głównym celem ataku jest właśnie Warszawa, by Polacy skupili własne siły na terytorium kraju i ściągnęli tam możliwie jak największe zasoby z USA – których zabrakłoby u Bałtów.
  3. Uderzenie na Polskę byłoby – o ile w ogóle by do niego doszło – opcją ostateczną, w której Rosjanie musieliby kalkulować nawet wrogość ze strony Niemiec (bo te musiałyby bronić bufora).
Graf. 5. Rosyjskie priorytety geostrategiczne na pomoście bałtycko-czarnomorskim

Wykonywanie kolejnych ruchów przy zachowaniu ww. kolejności i priorytetów, dawałoby Federacji Rosyjskiej określone korzyści. Obejmując kontrolę nad Ukrainą, Rosjanie mogliby rozmieścić siły na granicy z Rumunią. Kontrolując jednocześnie Odessę, Flota Czarnomorska mogłaby podpłynąć (korzystając z osłony systemów OPL z lądu) znacznie bliżej portu w Konstancy. Co ograniczałoby ruchy NATO w rejonie – tak okrętów jak i lotnictwa.  O uzyskaniu dodatkowych kierunków ataku na Polskę (od strony Lwowa i Kowela) wspomniano wcześniej.

Jednak ogromne korzyści – i to relatywnie tanim kosztem – Rosjanie mogliby uzyskać poprzez zajęcie państw bałtyckich. Po pierwsze uzyskaliby połączenie z enklawą kaliningradzką. Po drugie odblokowaliby sobie Zatokę Fińską i wyjście z Kronsztadu na Morze Bałtyckie. Po trzecie, dzięki wybrzeżom Litwy, Łotwy i Estonii mogliby rozstawić własne systemy anty-dostępowe obejmujące północną część Bałtyku. Co za tym idzie, po przejęciu tzw. Pribałtyki Rosja mogłaby rzeczywiście pokusić się o wyparcie flot i lotnictwa NATO z Morza Bałtyckiego. Co w tej chwili nie jest możliwe. Wręcz odwrotnie, rosyjskie porty na tym akwenie funkcjonują we wrogim otoczeniu i mogą zostać w łatwy sposób zamknięte. Jednocześnie „równając” front od północy na południe – na całym pomoście bałtycko-czarnomorskim – Federacja Rosyjska uzyskałaby doskonałe warunki do ataku (przy wsparciu kierunków pomocniczych z Morza Bałtyckiego i M. Czarnego), a jednocześnie NATO miałoby ogromny problem by odbić zajęte tereny. Rosjanie mogliby skoncentrować siły przeciw Polsce, zamiast trzymać rozdrobione na długiej granicy z Bałtami i Ukrainą.

Graf. 6. Najbardziej dogodne geostrategicznie warunki do ataku na Polskę i NATO

Patrząc na powyższą mapę nie sposób upierać się przy tezie, że SZ RP w sile czterech dywizji stanowiłyby jakikolwiek problem dla kilku rosyjskich armii i korpusów. Tymczasem „odchudzona” Armia Nowego Wzoru, ze zmniejszoną liczbą sił pancernych, operująca głównie na trakcji kołowej ze znacznym komponentem jednostek nastawionych na czysto defensywną walkę dywersyjno-partyzancką w lasach – oparta logistycznie o sieć bunkrów zaopatrzeniowych rozmieszczonych w głębi kraju – nijak nie miałaby potencjału do przeciwdziałania rosyjskim działaniach w polskiej strefie buforowej. Natomiast czekanie aż Rosjanie uzyskają dogodne warunki do ataku na Polskę a następnie przyjmowanie ich uderzenia na terytorium Polski – naśladując politykę pierwszej i drugiej RP – jest bierną doktryną obronną skazaną na klęskę. Bowiem już sam fakt doprowadzenia do sytuacji, w której Polska zmuszona jest do wojny na własnym terytorium i to z mocarstwem atomowym, oznaczać będzie porażkę państwa polskiego. W tym armii nie dość licznej, nie dysponującej odpowiednimi narzędziami oraz potencjałem ekspedycyjnym do tego, by powstrzymywać Rosjan jeszcze poza granicami Polski. Polska powinna wzorem USA, Rosji, czy choćby Izraela bronić swojego bezpieczeństwa poza granicami państwa – najlepiej na terytoriach państw trzecich. Doktryna oparta o defensywne nastawienie z góry zakłada wysokie straty państwa i narodu (nawet w przypadku zwycięstwa)  wynikające z prowadzenia działań wojennych na własnym terytorium.

Brak analiz dotyczących perspektywy Rosjan na poziomie geopolitycznym oraz strategicznym, zaważył na wnioskach zespołu S&F oraz ich propozycjach dotyczących rozwiązań taktycznych. Jednak co najważniejsze, w oparciu o jeden najmniej prawdopodobny scenariusz zaproponowano dostosowany do niego model polskich Sił Zbrojnych, który to model – z uwagi na brak elastyczności i ograniczenie potencjału Wojska Polskiego – byłby kompletnie nieprzydatny w innych okolicznościach polityczno-strategicznych. Należy bowiem podkreślić, co zostanie uzasadnione poniżej, że model Armii Nowego Wzoru predysponuje Siły Zbrojne RP tylko i wyłącznie do działań zasadzających się na głębokiej defensywie. Potencjał ofensywny, kontrofensywy, a także ekspedycyjny został przez autorów S&F ograniczony do minimum. Tym samym polska armia przestanie być narzędziem na poziomie politycznym (międzypaństwowym) a także strategicznym. Tak jak dziś polscy geostratedzy marginalizują znaczenie Niemiec w scenariuszach wojennych – z uwagi na ich słabość militarną – tak państwa Europy Środkowo-Wschodniej widząc model polskiej armii i jej defensywną doktrynę (przypominające te francuskie sprzed II Wojny Światowej), nie będą miały podstaw do szukania politycznego oparcia o Warszawę. A przecież Armia Nowego Wzoru miała w zamiarze stanowić m.in. narzędzie polskiej polityki zagranicznej…

Jest to jedna z bardzo wielu płaszczyzn, na której nagłówki rozdziałów raportu ANW oraz prowadzona narracja przez autorów S&F jest kompletnie sprzeczna z efektami jakie zostałyby osiągnięte po wprowadzaniu pomysłów dra Jacka Bartosiaka i jego zespołu.

Rosjanie nie użyją atomu?

W raporcie ANW, jego autorzy bardzo wiele miejsca poświęcili na analizę tego, dlaczego Rosja miałaby zrezygnować z użycia taktycznej broni jądrowej. Zdaniem zespołu S&F władze z Kremla miałyby się bać utraty wizerunku oraz utraty szansy  na zawarcie korzystnej współpracy z Zachodem (pozyskanie kapitału i technologii). Wniosek ten jest tym bardziej zaskakujący, że szef projektu dr Jacek Bartosiak wielokrotnie wskazywał (a nawet opisał w książce) na wariant wojny obronnej Polski, w którym gdyby Wojsko Polskie zaczęło wygrywać konwencjonalną bitwę lądową, wówczas Federacja Rosyjska użyłaby w celach deeskalacji konfliktu taktycznej broni jądrowej. Tego rodzaju scenariusz – jak twierdził sam dr Jacek Bartosiak – był wynikiem gry wojennej przeprowadzonej przez Amerykanów z udziałem jego osoby. Innymi słowy, sami Amerykanie dokonują kalkulacji, w których Federacja Rosyjska jest zdolna do użycia broni jądrowej w celach deeskalacji w momencie, gdy zacznie przegrywać starcie konwencjonalne z NATO. I tego rodzaju założenie jest zupełnie słuszne. Dlaczego?

Ponieważ jeśli Rosjanie przegraliby konflikt konwencjonalny z Polską i NATO, wówczas nikt nie zaproponowałby Rosji żadnego korzystnego porozumienia. Nikt nie dofinansowałby Putina ani nie dał mu technologii. W zasadzie Amerykanie podyktowaliby Rosjanom warunki. Innymi słowy, gdyby Federacja Rosyjska przegrała, nie uzyskałaby nic. Dlatego gdy zacznie przegrywać, może zdecydować się na użycie taktycznej broni jądrowej. Bo nie będzie miała nic do stracenia, a może coś ugrać. W konsekwencji przegrywająca wojnę Rosja nie będzie zwracała sobie uwagi wizerunkiem, bowiem i tak nie będzie miała szansy na korzystne dla siebie porozumienie. Ponadto trzeba zdawać sobie sprawę z jednej kwestii. Można wykonać głęboką analizę teoretyczną w opisywanym zakresie, a i tak może się w rzeczywistości okazać, że z jakiś przyczyn władze z Kremla użyją taktycznej broni jądrowej. Zwłaszcza, że ocena ryzyka  brutalności konfliktu dokonana w czasie pokoju, może być kompletnie nieadekwatna do warunków wojennych, w których perspektywa ludzi (w tym decydentów) oraz ich zachowania potrafią zmienić się radykalnie. Wojna to jest zjawisko, którego nie sposób logicznie i chłodno przeanalizować w warunkach pokojowych siedząc w papciach przy kominku. Nie ulega wątpliwości, że na wypadek wojny Polska/NATO vs Rosja, należy brać pod uwagę ryzyko użycia broni jądrowej przez Rosjan. I odpowiedzią na to zagrożenie nie powinno być przyjmowanie na klatę, tylko zakup odpowiednich systemów przeciw-rakietowych w celu minimalizacji takiego ryzyka.

Ponadto ryzyko uderzenia bronią jądrową jest dowodem na to, że dopuszczanie do sytuacji, w której Polska będzie musiała toczyć wojnę obronną na własnym terytorium, jest klęską samą w sobie. Bowiem takiej wojny nie będziemy w stanie wygrać . Ani państwowo ani militarnie. W najlepszym przypadku przegramy ją państwowo (dewastacja kraju) i nie przegramy (ale i nie wygramy) militarnie, bowiem Rosjanie nas nie pobiją, ale zniszczą nasze wojska w sposób konwencjonalny lub taktyczną bronią nuklearną.

 

Sytuacja taktyczna

Zanim poruszone zostaną konkretne zagadnienia taktyczne oraz rozwiązania modelowe Armii Nowego Wzoru, należy poruszyć jeszcze kwestię doktryny wojennej. Pojęcie doktryny nie wybrzmiało ani razu w raporcie S&F, pomimo faktu, że jest to jedno z najważniejszych zagadnień w poruszanej tam tematyce. Doktryna wojenna to system przyjęty przez państwo, jego armię, a także szkolnictwo (a tematykę uczelni wojskowych raport ANW również porusza), który opisuje charakter wojny i sposób wykorzystania w niej własnych sił zbrojnych. Ustala i precyzuje zasady przygotowania państwa do obrony. Najbardziej znanym przykładem historyczny jest niemiecka doktryna oparta o Blitzkrieg.

Doktryna Armii Nowego Wzoru – głęboka, statyczna defensywa

Pomimo faktu, że S&F nie użyło pojęcia doktryny, to z całokształtu raportu można pokusić się wyciągnięcie najważniejszych cech z tej promowanej przez raport Armii Nowego Wzoru. I tak, opierając się o kształt modelu Armii Nowego Wzoru, a także założenia taktyczne opisane w ramach tzw. polskiej bitwy manewrowej można dojść do następujących wniosków:

  1. ANW byłaby armią nastawioną na głęboką defensywę (główna obrona lądowa dopiero w sercu państwa, obrona morska dopiero na wybrzeżu, obrona lotnicza dopiero w sercu państwa),
  2. doktryna prezentowana przez S&F zakłada w pierwszym etapie wojny dość statyczne czekanie trzonu sił własnych, aż przeciwnik podejdzie pod tzw. „strefę śmierci” i dopiero tam obrona ma podjąć działania w celu zatrzymania i rozbicia wrogiej armii, tezy o statyczności obrony (w I fazie) nie zmienia fakt, że plan S&F zakłada prowadzenie licznych „miniofensyw” czy też działań dywersyjno-partyzanckich w „strefie nękania”, bowiem w założeniu nie mają one prowadzić do uzyskania przełamania lub przejęcia inicjatywy w bitwie, a jedynie mają charakter opóźniający marsz przeciwnika i wyniszczający jego siły niczym „potykacze” do momentu gdy wejdzie on w strefę śmierci; ponadto dość statyczny charakter obrony wynikać będzie m.in. również z przywiązania własnych sił manewrowych (kawalerii pancernej) do stałych baz zaopatrzeniowych (bunkrów), rozmieszczonych w centrum kraju (a także do stolicy), tym samym armia obronna nie będzie elastycznie przemieszczać się i reagować na działania i kierunki prowadzenia ofensywy przez przeciwnika, a raczej czekać aż zajmie on połacie terenu na wschodzie kraju, być może rozproszy siły i podejdzie wystarczająco blisko pod Warszawę, dopiero wówczas, niejako w drugim etapie wojny – w czasie zakładanej bitwy obronnej na przedpolu stolicy – dopuszcza się wykonanie kontrofensyw na przeciwnika,
  3. obrona w założeniu ma mieć charakter organiczny, rozproszony, z dużą samodzielnością na najniższych szczeblach ugrupowań wojskowych, z potencjałem do skupienia sił i środków na głównym kierunku obronnym w momencie zmasowanego uderzenia przeciwnika.

Już tylko na podstawie powyższych założeń można wyciągnąć nasuwający się wniosek, że stricte defensywna doktryna obronna Polski byłaby odczytywana przez państwa regionu (Ukraina, państwa bałtyckie, Szwecja/Finlandia) jako brak ambicji do współdziałania z lokalnymi partnerami. Tym samym Armia Nowego Wzoru zmniejszyłaby potencjał Sił Zbrojnych RP jako narzędzia polityki zagranicznej. Głęboko defensywna i bierna postawa na Bałtyku (a także brak floty) zniechęcałaby Skandynawów do ewentualnego wsparcia i podjęcia wyzwania w zakresie neutralizowania Rosjan na Morzu Bałtyckim (czemu mieliby umierać za Polskę, która nie wystawiłaby choćby jednego porządnego okrętu?). Rezygnacja z sił powietrznodesantowych, oznaczałaby brak możliwości szybkiego przerzutu sił tak wewnątrz kraju jak i poza jego granice. Ograniczenie sił pancernych i zwiększenie ilości piechoty zmechanizowanej oznaczałoby ograniczenie potencjału ofensywnego, a więc zmniejszenie presji np. na Białoruś, w sytuacji w której z jej terytorium Rosjanie uderzyliby na państwa bałtyckie lub na Ukrainę. Ewentualna rezygnacja z rozbudowy lotnictwa, również dawałaby tego rodzaju sygnały.

Graf. 7. Głęboka defensywa Polski daje swobodę strategiczną stronie rosyjskiej – ta nie będzie musiała rozpraszać sił w celu obrony granicy z Polską.

Oczywiście w tym miejscu można podnieść, że w raporcie ANW założono wysłanie znacznych sił na Litwę. Jednak realizacja tegoż założenia, w obliczu powyższych faktów, byłaby dla potencjalnych sojuszników lub członków NATO wątpliwa. Nie wierzyliby w spełnienie tego rodzaju założeń również z tej przyczyny, że z punktu widzenia strategii i taktyki, byłoby to marnowaniem polskiego potencjału obronnego, o czym będzie szerzej w dalszej części opracowania.

Z punktu widzenia doktryny i ogólnych założeń politycznych oraz strategiczno-taktycznych, koncepcja prezentowana przez S&F nie różni się niczym od tej jaka była wyznawana i przyjmowana dotychczas przez elity polityczne i Siły Zbrojne RP. Polega na „przetrwaniu do pomocy NATO”.

Tymczasem zdaniem autora niniejszego opracowania nadszedł czas na prawdziwą rewolucję doktrynalną i rzeczywiste rozbicie starych map mentalnych (a nie betonowanie tych już istniejących, tylko innego rodzaju zaprawą). Polskie elity polityczne i wojskowe powinny myśleć o zapewnianiu bezpieczeństwa kraju i obywateli działając jeszcze poza granicami państwa. Musimy być mentalnie i fizycznie gotowi do użycia siły na terenie państw trzecich, po to by nie musieć później prowadzić wojny obronnej. Tak jak to robi choćby Izrael. Przygotowywanie się tylko i wyłącznie do wojny obronnej na terenie własnego kraju jest już samo w sobie intelektualną klęską naszych elit. Siły Zbrojne RP powinny cechować się uniwersalnym potencjałem umożliwiającym reakcję w różnego rodzaju scenariuszach, w tym zdolnością do operowania na wschód od granic Polski. Tak w zakresie „wypychania” politycznych wpływów rosyjskich, prowadzenia wojny informacyjnej,  jak również prowadzenia rozpoznania a nawet przedsięwzięć militarnych (póki co mogłyby być one podjęte tylko w ramach i z pomocą NATO, ale żeby NATO działało w naszym interesie na wschodzie, to my – jako największy i najbardziej wysunięty na wschód członek – musimy mieć potencjał do realizowania własnych interesów).

Założenia doktrynalne a rzeczywistość

Jednocześnie, co również zostanie szczegółowo opisane dalej, przewidywana w  II fazie wojny obronnej możliwość wykonania kontrnatarcia będzie bardzo trudna do wykonania (o ile w ogóle realna). Bowiem na północy (strefa B) autorzy S&F przeznaczyli do niego głównie jednostki piechoty zmechanizowanej na trakcji kołowej, pozbawionej czołgów (rezygnacja z T72 oraz PT-91). Gdy tymczasem siły pancerno-zmechanizowane (zwłaszcza 18 dywizja potencjalnie na Abramsach), mają podjąć bitwę obronną przeciw czołówce natarcia przeciwnika. Co jest de facto odwróceniem wielowiekowej tradycji i zasadzie stosowania kawalerii na flankach (manewr, okrążenie) oraz powstrzymywania głównych sił przeciwnika za pomocą piechoty.

Graf.8 – Grafika z raportu ANW (s. 205) pokazująca wydzielone strefy na teatrze działań

W konsekwencji ewentualna kontrofensywa prowadzona z północnego skrzydła przy pomocy piechoty zmechanizowanej (brak opancerzenia czyli potencjału przełamującego obronę) przy natknięciu się  na obronę nawet sił lekkich przeciwnika mogłaby ugrzęznąć w miejscu. Nadto, gdyby Rosomaki „wpadły” nieoczekiwanie lub zderzyły się z kontratakiem rosyjskich pancernych sił odwodowych, wówczas mogłoby dojść do masakry. Bowiem w starciu z siłami pancernymi, atakująca w polu piechota zmechanizowana nie miałaby żadnych szans. Piechota może skutecznie stawiać opór kawalerii pancernej tylko wówczas, gdy broni się na dogodnych i przygotowanych do tego pozycjach.

Mając to na względzie, wg koncepcji S&F wykonanie realnego uderzenia z flanki byłoby tak naprawdę możliwe tylko przy pomocy odwodowej 11 Dywizji Kawalerii Pancernej. Jednak opcja ta jest mocno teoretyczna, bowiem na południe od Warszawy zespół S&F nie rozmieścił odpowiednich sił defensywnych (np. piechoty zmechanizowanej z 12 lub 16 dywizji). W konsekwencji kierunek z Brześcia (z którego wyszłoby prawdopodobnie najmocniejsze uderzenie pancerne przy użyciu najliczniejszych sił) byłby w I fazie bitwy w zasadzie niebroniony, albo broniony opcjonalnie przez stworzoną czwartą brygadę 18 dywizji. Tym samym do powstrzymania napierającej na Puławy, Dęblin i Górę Kalwarię masy pancernej trzeba by użyć odwodowej 11 dyw. kaw. panc (co jest wskazane w raporcie ANW). Oczywistym jest więc, że siły te nie mogłyby zostać użyte do głębokiego ataku flankującego, do czego siły pancerne nadają się najlepiej.

Graf. 10. Uderzenie z najbardziej dogodnego dla Rosjan kierunku (Brześć) zostało zabezpieczone najsłabiej przez autorów ANW. W efekcie Nawet powstanie kolejnej czwartej brygady 18 dywizji nie uchroniłoby prawdopodobnie polskiej strony przed potrzebą użycia odwodu (11 dyw. panc.) w celu obrony południowej flanki i przepraw na Wiśle (Dęblin, Puławy). Rosjanie mogliby przy tym w łatwy sposób związać brygady 18 dyw. (na wschód od Wa-wy) uderzeniami pozorowanymi z Grodna, przez Park Białowieski czy Brześcia. W efekcie, wszystkie polskie siły pancerne (potencjał ofensywny) zostałyby zaangażowane do obrony na pierwszej linii frontu na głównych odcinkach natarcia. Piechota zmechanizowana (pozbawiona czołgów) operująca na flance północnej byłaby bezsilna w zakresie ew. kontruderzenia na flankę przeciwnika.

Mało tego, być może jedna z brygad 11 dywizji musiałaby wesprzeć jako odwód siły nad drugą Bitwą nad Wkrą, bowiem 12 i 16 dywizja mogłyby być w trudnej sytuacji, broniąc się zarówno przed natarciem z Białorusi (Grodno), jak i pomocniczym z Kaliningradu.

Mając na uwadze powyższe założenia raportu ANW, można więc pokusić się  o nadanie cech promowanej przez zespół S&F doktrynie. Promuje ona postawę defensywną, dość statyczną (choć przewiduje się w II fazie ewentualny manewr, to w rzeczywistości byłby on trudny lub niemożliwy do przeprowadzenia), z decentralizacją dowodzenia i wysoką autonomicznością poszczególnych jednostek. Dowódcy – pomimo zakładanej decentralizacji dowodzenia oraz teoretycznego nadania im wysokiej autonomii działania – mieliby bardzo ograniczone pole manewru. Uzależnieni od statycznych baz zaopatrzeniowych (18 dyw.), bez odpowiedniego wsparcia pancernego (12 i 16 dyw.), zaangażowani w walkę obronną (wszystkie łącznie z 11 dyw.) nie mogliby skutecznie prowadzić kontrofensyw wycelowanych głęboko na tyły przeciwnika. Co najwyżej mogliby myśleć o płytkim „kąsaniu” przeciwnika, gdyby ten okazał się nieprzygotowany i podatny. Polscy generałowie uzależnieni od trakcji kołowej (brak manewru, uzależnienie od dróg), z krótką „smyczą zaopatrzeniową”, bez potencjału przełamania obrony (brak sił pancernych na kierunku flankującym) – w rzeczywistości byliby zmuszeni do ciągłego cofania się na kolejne linie obronne aż do ostatecznej – Wisły. Tak jak to było we wrześniu 1939 roku, kiedy to cofające się polskie armie również korzystały po drodze z wcześniej przygotowanych „skrytek” zaopatrzenia. Tylko inaczej niż w 1939 roku, współczesne Siły Zbrojne RP nie miałaby czym wykonać ewentualnego kontruderzenia (tak jak to było np. nad Bzurą), a więc nie mogłyby nawet myśleć o przejęciu inicjatywy i odniesienia taktycznego zwycięstwa na polu bitwy – które wg S&F miałoby przynieść korzystny pokój.

Wskazane wyżej problemy Armii Nowego Wzoru wynikałyby m.in. z niepotrzebnego rozproszenia sił. Np. wysłania na teren Litwy dość licznego komponentu (brygady i batalionowej gruby bojowe), którego bardzo wyraźnie brakuje na południowej flance (granica stref D i E). W konsekwencji rezygnacji z części czołgów (PT-91 czy nawet T-72, które z uwagi na małą masę nadawałyby się nawet na trudniejszy teren), północna flanka byłaby pozbawiona pola manewru z opcją ciągłego cofania się przed naporem przeciwnika i bez możliwości wykonywania małych lokalnych kontruderzeń. Gdyby sytuacja stała się naprawdę poważna, należałoby zaangażować brygadę pancerną z 11 dywizji. Osłabiając tym samym odwód. Jednocześnie, gdyby Rosjanie zdecydowali się obejść Warszawę od południa (bardzo prawdopodobne w zarysowanym scenariuszu), wówczas reszta 11 dywizji musiałaby wesprzeć południową flankę 18 dywizji i zostałaby związana walką na głównym kierunku natarcia przeciwnika. W efekcie Siły Zbrojne RP nie miałyby żadnych wolnych zasobów, które mogłyby przeznaczyć na ewentualne uderzenie flankujące np. znad Wieprza. Innymi słowy, polski plan bitwy manewrowej oraz model armii opisane w raporcie S&F w rzeczywistości pozbawiłyby polskie naczelne dowództwo możliwości wykonania manewru na jakimkolwiek kierunku (ani na północy, ani w centrum, ani na południu). Nieracjonalne i mało gospodarne rozmieszczenie sił w połączeniu z ograniczoną ilością nie pozwalałoby na nic więcej, jak cofanie się w nadziei na to, aż przeciwnik wytraci impet i stanie w miejscu. Nadto, pomimo tego, że zespół S&F oznaczył Warszawę jako główny cel rosyjskiej operacji, do obrony jej przedpola przeznaczył jedną dywizję. Zakładając, że Rosjanie – zgodnie z własną doktryną – będą starali wlewać swoje jednostki (niczym wodę) w puste przestrzenie, to atak na południe od polskiej stolicy byłby niemal pewny. Co za tym idzie, należałoby natychmiast użyć odwodów. W konsekwencji 18 dywizja broniąca dalekiego przedpola (tzw. trójkąta strategicznego) pozostałaby bez odwodów i byłaby wrażliwa na zmasowany atak z trzech stron znacznie liczniejszymi siłami przeciwnika. Bowiem Rosjanie mogliby z łatwością skierować siły z południowej flanki w kierunku północnym, wspierając uderzenie z Grodna i bezpośrednie z Brześcia. W zasadzie mogłoby się okazać, że 3 brygady 18 dywizji muszą odeprzeć nagły atak całej rosyjskiej armii, w sytuacji gdy odwód w postaci 11 dyw. zostałby przeniesiony na południową flankę.

Podsumowując, olbrzymim problemem „polskiej bitwy manewrowej” jest fakt, że wycofane głęboko siły główne dają de facto Rosjanom pole manewru i możliwość elastycznego wybierania kierunków natarcia. Mało tego, o ile ruch wrogich wojsk na naszej wschodniej granicy jest kanalizowany przez puszcze i mało liczne drogi, o tyle im dalej w głąb Polski, tym Rosjanie mogliby „rozwijać” siły wszerz. Dzięki temu mogliby wykorzystać atut przewagi liczebnej, czego nie sposób zrobić w tzw. wąskich gardłach, które łatwo zablokować relatywnie małymi siłami.

Doświadczenia historyczne

Warto w tym miejscu odwołać się do doświadczeń historycznych. W 1920 roku Józef Piłsudski wykonał manewr flankujący znad Wieprza. Użył do tego głównie piechoty, choć wskazać należy, że jego przeciwnik również dysponował głównie tego rodzaju siłami (a dodatkowo nie miał rozpoznania i został zaskoczony). W związku z czym Polacy maszerujący (pieszo!) w średnim tempie kilkudziesięciu kilometrów  na dobę (przez kilka dni) rzeczywiście zdołali dokonać niemal okrążenia głównych bolszewickich armii uderzających na północ od Warszawy (Bitwa nad Wkrą) oraz na samą stolicę. Ponadto, uderzenie Piłsudskiego weszło „w pustkę” dzięki czemu oskrzydlenie i okrążenie przeciwnika się powiodło (szybki pochód). Czasy się zmieniły i na współczesnym polu bitwy przeciwnik będzie dysponował głównie jednostkami pancerno-zmechanizowanymi. Tym samym nie sposób będzie prowadzić kontrofensywy bez zastosowania własnych sił pancernych. Nasycenie pola bitwy może być wprawdzie znacznie mniejsze (mniejsza liczebność wojsk, choć niekoniecznie jeśli chodzi o Rosję), ale przeciwnik będzie znacznie bardziej mobilny i będzie dysponował dobrym rozpoznaniem. Dlatego tak ważnym jest pozostawienie sił pancernych na ewentualną kontr-akcję w celu przejęcia inicjatywy na polu bitwy. Nie można dzisiaj również zakładać, że uderzenie z flanki wejdzie w „pustkę” i nie spotka się z masywnym kontrnatarciem, tak jak to było w 1920 roku. Do ewentualnych działań zaczepno-kontrofensywnych  potrzebny będzie potencjał przełamujący. Tymczasem autorzy S&F nie tylko przeznaczyli wszystkie siły pancerne do obrony pierwszej linii, ale w zasadzie zupełnie nie uwzględnili żadnego manewru oskrzydlającego z południa (znad Wieprza) – ponieważ nie rozstawili tam sił. Warto spojrzeć na to, jak to wyglądało w 1920 roku:

Graf. 11. L. Wyszczelski „Operacja warszawska sierpień 1920, wyd. Bellona (1995)

Dlatego pomimo tożsamości teatru działań, w przypadku ANW doświadczenia z Bitwy Warszawskiej (w zakresie modelu polskiej armii oraz sposobu jej użycia) mogą być niewystarczające. Należałoby się przyjrzeć działaniom wojennym, jakie były prowadzone w 1920 roku na froncie ukraińskim. Gdzie polska piechota miała potężne problemy cofając się pod naporem 1 Armii Konnej Siemiona Budionnego (dziś można by do niej porównać 1 Gwardyjską Armię Pancerną). Polakom udało się przetrwać, a następnie pokonać tę armię dzięki sformowaniu własnych silnych jednostek kawaleryjskich, które mogły dorównać przeciwnikowi pod względem manewru i szybkości reagowania. Oczywiście współczesna piechota jest zmotoryzowana lub zmechanizowana i posiada walor mobilności. Jednakże wciąż brakuje jej potencjału przełamania, a także zdolności ofensywnych oraz tych niezbędnych w walce w tzw. „polu” czyli w bezpośrednim zbliżeniu z przeciwnikiem. W konsekwencji, gdyby chcieć rzeczywiście wykonać ewentualny manewr (oskrzydlenie), należałoby do tego użyć „wolnych” (niezwiązanych walką) sił pancernych. W planie polskiej bitwy manewrowej opisanym w raporcie ANW, takich sił zwyczajnie brakuje. Bowiem wszystkie najprawdopodobniej zostałyby związane walką z czołówkami rosyjskiego natarcia.

Jak stwierdził szef projektu dr Jacek Bartosiak (vide wywiad z Jackiem Komudą), koncepcja polskiej bitwy manewrowej wywodzi się z taktyki zastosowanej przez Jana Sobieskiego w czasie wojny polsko-kozackiej z lat 1666-1671 w Bitwie pod Podhajcami z października 1667 roku.

Polski hetman polny prawidłowo wówczas rozpoznał zamiar przeciwnika (wyprawa grabieżczo-łupieżcza), kierunki jego pochodu oraz potencjał militarny. Tatarzy mieli przewagę liczebną, jednak ich armia była lekka, mobilna i niespecjalnie sprawdzała się w szturmie na umocnione pozycje – do czego Jan Sobieski ją niejako sprowokował. Koncepcja polskiej bitwy manewrowej zasadza się więc na rozproszeniu sił własnych, wykorzystaniu mobilności lżejszej piechoty zmechanizowanej na trakcji kołowej (dawni Dragoni) oraz sprowokowaniu Rosjan do ataku na dobrze przygotowane i umocnione pozycje w „strefie śmierci”.

I tu pojawiają się problemy na każdej z płaszczyzn. Siły zbrojne Federacji Rosyjskiej są względem SZ RP wprawdzie liczniejsze (tak jak Tatarzy przeciw Sobieskiemu), ale składają się głównie z jednostek (dywizji/brygad) ciężkich. Pancerno-zmechanizowanych. Z wysokim potencjałem przełamującym, z silnym wsparciem artyleryjskim oraz powietrznym, które umożliwiają zniszczenie silnych punktów oporu lub nawet szturm na umocnione pozycje. Różnica pomiędzy zagrożeniem tatarskim z XVII wieku a zagrożeniem rosyjskim z XXI wieku jest więc diametralna. Co powinno skłaniać do refleksji, że taktyka walki przeciw tego rodzaju siłom być może powinna być jednak skrajnie różna od tej jaką powziął Sobieski przeciwko Tatarom. Co jest jednak najważniejsze, należy zadać sobie pytanie, czy zespół S&F – podobnie jak Jan Sobieski – prawidłowo odczytuje zamiary wroga oraz przewiduje jego ruchy?

 

Cele taktyczne Rosjan i warianty bitwy

Wiedząc, że zespół S&F kompletnie chybił, jeśli chodzi o poczynione założenia na poziomie geopolitycznym oraz strategicznym, trzeba mieć na względzie, że poniższe rozważania mają naturę polemiki czysto akademickiej. Bowiem wchodząc w szczegóły na poziomie taktycznym, należałoby założyć, że rzeczywiście Władimir Putin oraz jego sztab wojskowy zdecydowaliby się na wojnę z NATO (ze znacznie silniejszym przeciwnikiem, otwierając sobie nowy front i narażając się na konsekwencje finansowo-ekonomiczne) bez uprzedniego przygotowania sobie przedpola. Bez zajmowania Ukrainy i z akceptacją ryzyka zagrożenia ze strony Kijowa (południe) oraz północy (państwa bałtyckie). Mało tego, Rosjanie nie mogliby wykorzystać całego potencjału militarnego, bowiem gro z sił musiałoby pilnować granic z Litwą, Łotwą, Estonią oraz przede wszystkim Ukrainą.

Przyjmując jednak ten najbardziej korzystny dla Polski scenariusz geostrategiczny (a najmniej dogodny dla Rosji), należy wskazać, że Armia Nowego Wzoru została przygotowana pod względem modelowym tylko na jeden scenariusz taktyczny. Taki, w którym siły federacji rosyjskiej uderzą w kierunku Warszawy. Realizując koncepcję krótkiej, maksymalnie dwutygodniowej wojny. Celem niejako wzięcia Warszawy jako zakładnika (np. poprzez możliwość ostrzału artyleryjskiego) i wynegocjowania sobie dobrego dealu z NATO.

Tymczasem w celu pokazania słabości NATO, tego rodzaju wariant uderzenia wcale nie jest ani jedynym, ani tym najbardziej prawdopodobnym. Założenia autorów S&F w raporcie o ANW często wydają się być wewnętrznie sprzeczne. Przykładowo, z jednej strony zespół S&F wskazuje, że Rosjanie:

  • mają problem z logistyką jeśli chodzi o przeprowadzenie ofensywy na dużą odległość (np. ponad 120 km),
  • unikaliby krwawych walk o duże miasta, w tym raczej nie zamierzaliby zająć Warszawy,
  • szukaliby taniego zwycięstwa jak najmniejszym kosztem,
  • staraliby się „nie przeginać” w czasie wojny by zostawić zachodowi furtkę wyjścia z twarzą i zawarcia ugody z Federacją Rosyjską.

Z drugiej strony, cały raport ANW opiera się o spekulację, że decydenci z Moskwy zupełnie zignorowaliby powyższe założenia i zdecydowali się na głębokie uderzenie w kierunku Warszawy. Po to by dojść dostatecznie blisko i obrać ją na cel sił artyleryjsko-rakietowych. Czyli podjęliby tym samym próbę rozbicia głównych polskich sił obronnych, które teoretycznie powinny być w tym miejscu skoncentrowane i stawić najbardziej zaciekły opór. Naprawdę trudno jest znaleźć logiczne powiązanie pomiędzy ww. założeniami a wariantem ataku na Warszawę. Zwłaszcza, że miasto to już teraz znajduje się w zasięgu rosyjskich rakiet bliskiego zasięgu, które zostały rozmieszczone w Obwodzie Kaliningradzkim, a które mogłyby również zostać rozmieszczone na granicy polsko-białoruskiej. Innymi słowy, możliwości szantażu bombardowaniem polskiej stolicy już istnieją. I to w czasie pokoju. Rosja demonstruje swoje zdolności w tym zakresie, a jednocześnie nie naraża się na straty wojenne, a nawet na bardziej dotkliwe sankcje ekonomiczno-gospodarcze. Tak więc rozpoczęcie wojny z NATO w celu jeszcze bardziej dosadnego zagrożenia Warszawie byłoby pozbawione sensu. Zwłaszcza, że minimalizowałoby szanse na dobry, pokojowy deal. Warto więc zastanowić się – czego zabrakło w raporcie S&F – jakie jeszcze inne opcje mieliby Rosjanie, jeśli chodzi o wojnę z Polską.

Rozstrzygające uderzenie rakietowe

W pierwszej kolejności warto zauważyć, że Rosjanie – dzięki szerokiemu arsenałowi oraz dobrej ekspozycji geograficznej – mają możliwość uderzenia rakietowego na Polskę. I to bez obawy przed ewentualnym dotkliwym odwetem. W polskim zasięgu znajduje się bowiem zaledwie Kaliningrad. Opcjonalnie, moglibyśmy dokonać uderzeń na cele na Białorusi. Co w Moskwie zostałoby odebrane wzruszeniem ramion. Oczywiście wszystko to przy założeniu, że Polska posiadałaby potencjał odwetowy na atak rakietowy. Tak więc nawet w takiej sytuacji, nie bylibyśmy zdolni do zadania bolesnego sztychu przeciwnikowi.

W konsekwencji, w celu zdewastowania Polski, skruszenia morale wojska i społeczeństwa, zniszczenia zaplecza energetyczno-logistycznego, a także cofnięcia jej infrastruktury krytycznej oraz potencjału przemysłowego Władimir Putin mógłby w pierwszej kolejności dokonać zmasowanego ataku rakietowo-bombowego. I to zanim wydałby rozkaz do inwazji lądowej, która mogłaby przynieść dotkliwe straty i byłaby militarnym ryzykiem (mimo wszystko).

Po odcięciu milionów Polaków od wody, energii elektrycznej, gazu oraz ropy naftowej, władze z Kremla mogłyby nacisnąć na władze z Warszawy i dać im alternatywę:

  • albo Polska skapituluje przed rosyjskimi żądaniami, albo Rosjanie wykonają drugi atak rakietowy, niszcząc kolejne cele.

Tego rodzaju groźba byłaby tym bardziej prawdopodobna im mniej systemów przeciwrakietowych posiadałaby Polska. Bowiem Rosjanie posiadają ograniczone środki napadu rakietowego. Potencjał ich pierwszej salwy wcale nie musiałby przeciążyć dobrze przygotowanej obronie złożonej z systemów Patriot. Jednak gdyby ta obrona okazała się zbyt skromna, koszty Rosjan w zakresie wykonania takiego ataku i jego ewentualnego powtarzania byłyby znikome. Innymi słowy, Rosjanie mogliby wygrać starcie z Polską niemal bez kosztów własnych za pomocą ostrzału rakietowego i zmuszenia do politycznej kapitulacji władze i kraj, przyjmujące kolejne uderzenia „na klatę”.

Wówczas Armia Nowego Wzoru zamiast walczyć ze szturmującym stolicę wrogiem, musiałaby stawić czoła niechęci własnego społeczeństwa, które mogłoby zostać dotknięte klęską głodu. I pretensjom o to, że zamiast bronić obywateli, armia czeka pochowana w bunkrach i lasach – na uderzenie, które może nie nadejść. Wyglądałoby to jeszcze gorzej, przy świadomości, że dzięki zgromadzonym zapasom żołnierze nie tylko nie walczą, ale i nie cierpią głodu oraz niedostatków jak całe społeczeństwo. Należy pamiętać o tym, że nie wiadomo jak mocno polska propaganda  mamiłaby przed wojną Putina o tym, że ANW jest gotowa walczyć do ostatniego żołnierza, nawet po ataku rakietowym z głowicami jądrowymi. Prawda jest jednak taka, że Rosjanie pomimo tego rodzaju narracji i tak mogą zdecydować się sprawdzić ten scenariusz. Tym samym zdewastowaliby nam państwo i poczekali zwyczajnie na efekt psychologiczny.

Reasumując, bezbronność i brak odpowiedzi na zagrożenie rakietowe (przyjmowanie na klatę) wręcz zwiększa ryzyko użycia pocisków rakietowych przez Rosjan. Zachęciłoby ich do użycia uzbrojenia, które niemal bezkosztowo pozwoli zadać bolesny cios. Następnie – zamiast rzucać kolejne dywizje ryzykując straty – Rosjanie mogliby szantażować polskie władze użyciem tegoż samego środka. Przed którym nie będziemy mogli się bronić. W ten sposób Rosjanie mogliby powtarzać manewr do skutku, czyli do całkowicie bezkosztowego zwycięstwa wojennego. Zwiększając polskie straty, dewastując gospodarkę i infrastrukturę państwa oraz neutralizując jego znaczenie na kolejne dziesięciolecia.

Zajęcie regionu (jak w Donbasie) i wieloletnia wojna

Ponadto trudno jest sobie wyobrazić, by we współczesnych warunkach geopolityczno-strategicznych rosyjscy planiści założyli prowadzenie głębokiej ofensywy w głąb Polski w celu zajęcia lub okrążenia jej stolicy. Zamiast tego należy spodziewać się dużej elastyczności decyzyjnej w zakresie działań ofensywnych. Rezygnacji z pomysłu forsowania lub przełamywania przeciwnika za wszelką cenę oraz realizacji doktryny polegającej na wchodzeniu w „miękkie” strefy. Wykorzystując słabości i działając na płaszczyznach, gdzie ofiara jest bezbronna.

Mając tego świadomość i wchodząc niejako w skórę decydentów z Kremla można z dużą łatwością przewidzieć, co mogą zrobić, jeśli dowiedzą się, że Polska nie będzie broniła granic, a rozstawi trzon sił głęboko w centrum kraju.

Wykorzystując słabość Polski, Rosjanie mogliby zwyczajnie wejść na przygraniczne polskie powiaty, zająć je niemal bezkosztowo, okopać się oraz rozstawić silną obronę przeciwlotniczą, przeciwdronową oraz przeciwrakietową. Jednocześnie mogliby zagrozić, że gdyby NATO zdecydowało się odbić region, to Rosja zastrzega sobie użycie taktycznej broni jądrowej (nawet jeśli by nie chcieli jej użyć, to groźba dawałaby do myślenia). I będzie okupować zajęte terytorium dopóki NATO nie pójdzie na ugodę. Co może potrwać lata. Jak to jest w przypadku Donbasu. Zwłaszcza z uwagi na doświadczenia ukraińskie (gdzie wojna trwa już 7 lat) zakładanie a priori, że konflikt przeciwko Polsce będzie trwał około dwa tygodnie wydaje się nie mieć kompletnie podstaw.

Efekt bezkosztowego zajęcia przez Rosjan polskiego terytorium byłby porażający. Granice NATO zostałyby naruszone, członek Paktu zostałby zaatakowany, jednak ani napastnik ani obrońca (prócz „kilku” żołnierzy WOT) nie ponieśliby większych strat. Innymi słowy nie powstałby tak duży sentyment jak w przypadku pełnoskalowej ofensywy na Warszawę, w której obie strony (ale i ludność cywilna) poniosłyby znaczne straty w ludziach i sprzęcie.

NATO stanęłoby przed wyborem: eskalować do „dużej” wojny z narażeniem się na wymianę atomową, czy tez ulec rosyjskim żądaniom politycznym (kapitał, technologie, deal). I to stawiałoby Waszyngton w bardzo trudnej sytuacji, bowiem to od decyzji Amerykanów zależałyby losy świata (i niejako odpowiedzialność za wojnę). Rosjanie, którzy bez większej afery zajęliby skrawek terytorium i podważyli wiarygodność i spójność NATO, obciążaliby Waszyngton wywierając presję: „to Wy decydujecie o wojnie i pokoju”.

W tym kontekście warto zauważyć, że jeszcze przed wojną – mając na względzie powyższy scenariusz – przed polskimi decydentami zostałby postawiony dylemat. Bronić granic, czy jednak cofnąć się w głąb kraju? Różnica między XXI wiekiem a wrześniem 1939 roku jest taka, że obecnie mamy dość dogodne granice do obrony.

Nadto należy pamiętać o tym, że gdyby NATO zdecydowało się jednak odbijać polskie, oddane za darmo, przygraniczne powiaty atakując okopanych już  i przygotowanych do obrony Rosjan, wówczas kompletnie zmieniłaby się ekonomia pola walki. Przy założeniu – na które wskazało S&F w swoim raporcie że przewaga napastnika na przygotowanego obrońcę musi wynosić 4:1, to w obliczu np. 68 rosyjskich batalionowych grup bojowych NATO musiałoby wystawić potęgę w liczbie 272 BGB! Porównajmy to z potrzebą – wskazywaną w raporcie ANW – posiadania zaledwie 14 BGB w przypadku obrony przed tymi samymi 68 rosyjskimi BGB. Innymi słowy, upraszczając te kalkulacje, S&F przewiduje, że by się obronić przed rosyjską inwazją potrzebne są Polsce 4 dywizje. W tym kontekście atak na te same rosyjskie siły wymagałby siły będącej ekwiwalentem ok. 30 dywizji. Konia z rzędem temu, kto uzbierałby taką potęgę i wysłał ją do Polski, zakładając, że na pomoc przyjdą wszystkie państwa NATO…

 

Przesmyk Suwalski i państwa bałtyckie

Niezależnie od powyższego scenariusza, Rosjanie widząc słabość na tzw. przesmyku suwalskim, a jednocześnie dostrzegając rozstawienie części polskich sił na Litwie, mogliby pokusić się o próbę zdobycia lądowego korytarza do Obwodu Kaliningradzkiego, a jednocześnie odcięcia polskich sił na Litwie. To pozwoliłoby w dalszej perspektywie okrążyć i zniszczyć polskie jednostki. I nie wykluczyłoby ewentualnego dalszego prowadzenia wojny z przeprowadzeniem ofensywy na Warszawę. Wariant ten został wspomniany wcześniej, a szczegółowo będzie opisany w dalszej części opracowania.

Krótkotrwała wojna i „lekkość” armii

Wreszcie kompletnie niezrozumiałym jest założenie autorów koncepcji ANW, że Rosja szykuje się na krótkotrwałą wojnę nie dłuższą niż dwa tygodnie (s. 157).

Wobec czego raport ANW nie przewiduje przyszykowania armii na długotrwały konflikt, w którym potencjał ofensywny (kontrofensywny) byłby jeszcze bardziej potrzebny. Jak wskazano wcześniej, założenie to stoi w sprzeczności z najświeższymi doświadczeniami z Donbasu. Tam Rosjanie weszli w 2014 roku i wojna trwa do dziś. Już siódmy rok. Niewykluczone, że potrwa jeszcze kilka lat i skończy się pełnoskalową inwazją przeprowadzoną siłami po pełnej mobilizacji.

Zdając sobie z tego sprawę, warto zwrócić uwagę na fakt, jak bezpośrednio zagrożeni Ukraińcy szykują się na dalszy przebieg wojny. Mianowicie:

  1. zwiększyli liczebność armii do 200 tysięcy żołnierzy,
  2. poszerzyli siły rezerwowe,
  3. planują rozwinięcie wojsk obrony terytorialnej do dwóch milionów żołnierzy, a także:
  4. odbudowują i rozwijają swój potencjał pancerny inwestując w modernizację oraz produkcję własnych czołgów.

Gdyby w 2014 roku ktoś W Kijowie zdecydował o modernizacji sił zbrojnych w kierunku modelu jaki proponuje S&F, to dziś Ukraina byłaby bliska kapitulacji i nikt nie myślałby o żadnej obronie.

Mając na uwadze doświadczenia i decyzje Ukraińców, ale również naszego potencjalnego przeciwnika (czyli samych Rosjan), a także np. reformę amerykańskiej armii lądowej, w której mają powstać super ciężkie dywizje pancerne, a czołgi trafią nawet do dywizji lekkich (które są obecnie bez czołgów) – model odchudzonej polskiej armii nowego wzoru podąża w zupełnie odwrotnym kierunku niż najważniejsze armie świata. Innymi słowy, autorzy S&F upierając się przy poprawności własnego modelu, deprecjonują niejako decyzje nie tylko polskiego MON i Sztabu Generalnego, ale również decyzje sztabów dowódczych w państwach, które zebrały w ostatnich dekadach najwięcej doświadczenia wojennego.

Rosyjska inwazja „małą armią” bez mobilizacji

W projekcie ANW i polskiej bitwy manewrowej autorzy założyli, że Federacja Rosyjska uderzy w Pakt Północnoatlantycki chcąc uzyskać efekt zaskoczenia. W tym celu nie mobilizowałaby wszystkich dostępnych sił i środków (ba, nawet by nie mogła ponieważ wciąż otwarty jest front ukraiński, który angażuje dwie armie i dwa korpusy rosyjskie). W założonym scenariuszu wojska przebywające na ćwiczeniach na Białorusi prosto z poligonów pojechałyby na granicę polsko-białoruską i niemal z marszu rozpoczęły ofensywę w sile 68 batalionowych grup bojowych (s. 141 raportu).

Niezrozumiałym jest dlaczego proponując reformę Sił Zbrojnych RP nastawioną na wiele lat (o czym świadczy charakter zmian) twórcy raportu ANW zakładają, że rosyjski potencjał wystawienia sił własnych będzie dokładnie taki sam jak współcześnie.

Ponadto – co pokazują doświadczenia ukraińskie – przerzut wojsk (nawet bez przeprowadzonej mobilizacji) jest zwyczajnie widoczny i nie da się go przeoczyć. Pokazują to choćby doświadczenia z ostatnich kilku miesięcy, kiedy to Rosjanie od kwietnia rozmieszczają swoje jednostki wzdłuż granicy z Ukrainą. Pomiędzy ćwiczeniami poligonowymi a przygotowaniem ofensywy istnieją bardzo poważne różnice jeśli chodzi o przygotowanie, a także skalę oraz skład przerzucanych sił. Bez podciągnięcia odpowiedniego zaplecza logistycznego – które na ćwiczenia nie jest zazwyczaj zabierane – a także bez przerzutu niemal wszystkich komponentów jednostek nie można prowadzić ofensywy. Czym innym są bowiem kilkudniowe manewry wybranych pododdziałów, a czym innym wojna, na którą trzeba zabrać kompletne dywizje czy brygady, wraz z ogromną ilością paliwa, zapasowych części, zaplecza serwisowego, zaplecza logistycznego (ciężarówki, mosty przeprawowe, saperzy etc). To nie jest XVII wiek, w którym dziesięciu ludzi ukrytych w lesie może hałasem sprawić wrażenie stacjonowania całego oddziału. Ocena potencjału przeciwnika odbywa się na podstawie np. zdjęć satelitarnych wykonywanych w czasie tygodni przygotowań do ofensywy. Przygotowań polegających m.in. na przebazowaniu lotnictwa, sił strategicznych (rakietowych), obrony przeciwlotniczej, czy nawet marynarki wojennej. Do tego dochodzą sygnały z przestrzeni cywilnej państwa (np. ataki hackerskie w celu pozyskania ważnych informacji i destabilizacji systemów). By wysłać oddział na wojnę, trzeba poruszyć ogromną machinę, czego nie sposób ukryć. W raporcie S&F wszystkie te wątki zostały kompletne pominięte oraz pozostawione bez analizy. A priori przyjęto, że Rosjanie uzyskają efekt zaskoczenia. Jak mieliby go osiągnąć? Tego dokładnie nie przeanalizowano, co znów doprowadziło do błędnych konkluzji.

Przykład ukraiński pokazuje doskonale dwie kwestie. Po pierwsze – przy obecnych technologiach rozpoznania (w tym satelitarnego) – nie da się rozmieścić zaplecza logistycznego oraz wojsk na pozycjach wyjściowych niezauważenie. Po drugie, takie rozmieszczenie musi trwać całymi dniami a nawet tygodniami. Tak więc rzeczywistość po raz kolejny dość bezpardonowo zweryfikowała założenia autorów raportu Armii Nowego Wzoru. Zwyczajnie nie ma takiej możliwości, by Rosjanie przygotowywali się do ofensywy, a w NATO nie rozpoznano by choćby części tych przygotowań i nie podjęto środków zaradczych. Takich jak np. przerzut polskich dywizji z baz na zachodzie, na wschód.

Płynie z tego kolejny wniosek, skoro Rosjanie przewidują, że nie będą mogli „zaskoczyć” NATO w ten sposób, to czy zdecydowaliby się na użycie szczątkowych sił do ataku? Na to pytanie może odpowiedzieć sobie każdy samodzielnie i to bez wiedzy specjalistycznej z zakresu wojskowości i strategii.

To jakich sił Federacja Rosyjska mogłaby użyć, pokazuje przykład ukraiński, gdzie eksperci szacują, że Rosjanie na stan z początku lutego 2022 roku mogli rozmieścić nawet 120 batalionów. Nie jest to jednak koniec przerzutu i siła ta może zostać zwiększona nawet do 140. Czyli liczby dwukrotnie większej niż ta, jaką wskazało S&F w kontekście ewentualnej inwazji na Polskę. Pojawia się więc pytanie, czy szacunki S&F mówiące o zagrożeniu ze strony 68 bGB są prawidłowe? W tym zakresie pojawił się spór pomiędzy np. Jarosławem Wolskim, a autorami S&F.

Przy czym należy zauważyć, że zaciętość z jaką S&F broni swoich szacunków względem sił Rosji w wojnie przeciwko Polsce wynika z jednego faktu. Sami autorzy wiedzą, że Armia Nowego Wzoru i ich koncepcja bitwy manewrowej nie są zwyczajnie przygotowane na wroga o większej liczebności i sile. Nie pozostaje więc nic innego, jak okopanie się w szańcu i twarda obrona poczynionych spekulacji i prognoz, inaczej bowiem cała koncepcja okaże się nic nie warta. Niezrozumiałym jest też fakt, że twórcy raportu ANW nie wliczyli do wrogiego potencjału –choćby jako ewentualności – sił zbrojnych Białorusi. Nie sposób odnieść wrażenia, że założenia zespołu S&F mają charakter życzeniowy.

Tymczasem należy zadać sobie ponownie pytanie, czy Siły Zbrojne RP mają być przygotowane tylko na najbardziej korzystny dla nich scenariusz? Czy takie założenie nie jest jednak ryzykowne?

Taktyczny miszmasz

W koncepcji polskiej bitwy „manewrowej” promowanej przez zespół S&F widać wyraźny brak konsekwencji, jeśli chodzi o spójność całości. Sprzeczność założeń (jak np. manewrowość) oraz proponowanych rozwiązań to jedno, jednak sam plan obronny jest hybrydą kilku wykluczających się taktyk obronnych. Z jednej bowiem strony S&F zakłada przewagę liczebną przeciwnika, wobec której należy skoncentrować siły własne bliżej centrum kraju. Z drugiej, wg raportu ANW nasza mniej liczna armia ma zostać rozczłonkowana, a jej spora część (całe brygady) mają stacjonować np. na Litwie. Jednocześnie  na głównym kierunku zakładanego przez S&F uderzenia, polskie siły (konkretnie 18 dywizja) mają działać w rozproszeniu, w oparciu o kompanie operujące z bunkrów. Łatwo można sobie wyobrazić, jak wyglądałoby ewentualne zderzenie się polskiej drobnicy – która np. wyprowadzałaby akurat „miniofensywę” – z pancernym walcem znacznie liczniejszych czołówek rosyjskich.

Mało tego, autorzy S&F z naciskiem podkreślali, że zgrupowania pancerne mają służyć do „wykończenia” zmęczonego przeciwnika (założenie). Do zadania potężnego, ostatecznego ciosu. Jednocześnie  (rzeczywistość) rozstawili potencjalnie najcięższe zgrupowanie pancerno-zmechanizowane (18 dywizja) na pierwszej linii frontu do odparcia na głównym centralnym kierunku przypuszczalnie najsilniejszego rosyjskiego uderzenia. Mało tego, odwodowa 11 Lubuska Dywizja Kawalerii Pancernej zamiast stanowić odwód, musiałaby prawdopodobnie bronić w pierwszej linii flanki na południe od Warszawy.  Jednocześnie odwód ten miałby zostać osłabiony jeszcze przed wojną, ponieważ jedna batalionowa grupa bojowa 11 dyw. powinna – zdaniem S&F – stacjonować na Litwie w okolicach Mariampolu.

W konsekwencji założenia poczynione przez S&F sprawiają, że cały polski potencjał kontrofensywny zostałby zużyty w pierwszych dniach walk w czasie działań stricte defensywnych. Jednak nie to jest największym paradoksem.

Ekonomia i logika rozmieszczenia sił własnych

Graf.12.Ponieważ w raporcie ANW brak mapy z rozmieszczeniem polskich sił, autor wykonał własną grafię – niektóre rozmieszczenia są dość poglądowe z uwagi na ogólne i nieprecyzyjne zapisy autorów ANW

Zwrócić również należy uwagę na propozycję zespołu S&F w zakresie logiki i ekonomii rozstawienia polskich brygad. Bowiem gdy analizuje się je bezpośrednio nanosząc pozycje polskich jednostek na mapę, w oczy rzuca się przede wszystkim jedna kwestia. Łatwe do obrony i trudne do forsowania tereny Warmii i Mazur zostały osłonięte w planie polskiej bitwy manewrowej siłami aż dwóch dywizji (12 i 16). Trzy brygady 16 dyw. planuje się rozmieścić pomiędzy Ostródą a Mrągowem (s.239):

Skoro linia ta została tak silnie obsadzona, to wynikałoby, że autorzy spodziewają się mocnego uderzenia z Obwodu Kaliningradzkiego na południe – być może nawet ilości czterech dywizji (zgodnie z zasadą przewagi 4:1). Otóż nie. Twórcy raportu ANW sami przyznają, że z kierunku OK nie należy spodziewać się głównego uderzenia, o ile w ogóle jakiegokolwiek…

Z powyższego wynika, że intencją zespołu S&F było zniechęcenie wroga do ataku na dogodny do obrony teren. Mało tego na kolejnej stronie raportu (240), autorzy przewidują, że 16 dyw. mogłaby w II fazie wojny posłużyć do ataku na Obwód Kaliningradzki (w którym stacjonuje cały korpus). Trudno wyobrazić sobie jednak takie natarcie w sytuacji, w której wojna rozstrzygałaby się na froncie polsko-białoruskim, na którym przeciwko całej rosyjskiej armii wspieranej przez liczne dodatkowe związki taktyczne S&F wystawiło jedną 18-dywizję oraz uszczuploną „odwodową” 11 dyw. panc.

Graf. 13. Z powyższej grafiki opracowanej na podstawie założeń S&F co do przebiegu scenariusza wynika, że 16 dyw., a także część 12 dyw. (Litwa) mogą nie wziąć w ogóle udziału w bitwie obronnej. Tymczasem 18 dywizja będzie musiała w pierwszym momencie samodzielnie stawić czoła głównym uderzeniom rosyjskim (w tym całej 1 Gwardyjskiej Armii Pancernej). Południowa flanka jest kompletnie odsłonięta (gdyby rozważono „dyskusyjną” czwartą brygadę 18 dywizji ,to ona wzięłaby na siebie uderzenie większości sił 1 GAP). W efekcie w głównej bitwie obronnej Polska wystawiłaby zaledwie dwie dywizje wspierane przez rozproszone i spieszone brygady powietrznodesantowe oraz WOT. Mogłoby się to skończyć kompletnym rozbiciem 18 dywizji, która w pierwszych dniach musiałaby się opierać niemalże samodzielnie przed całą rosyjską nawałnicą. Jednocześnie Polska Obrona byłaby pozbawiona de facto odwodu, ponieważ 11 dyw. panc. musiałaby natychmiast ruszać na południową flankę w celu jej osłony.

Innymi słowy, zespół S&F rozmieścił na zupełnie podrzędnym (nawet w swoich kalkulacjach) i łatwym do obrony kierunku nieproporcjonalnie duże siły, a jednocześnie w ogóle nie obsadzono południowej flanki – gdzie z kierunku brzeskiego może pójść główne uderzenie rosyjskie.

Biorąc pod uwagę fakt, że mobilność brygad zmechanizowanych na trakcji kołowej może zostać ograniczona (zniszczenie im dróg i linii kolejowych, przez co musiałyby poruszać się bezdrożami na terenie licznych cieków wodnych, jezior, lasów i terenów podmokłych), tego rodzaju plan mógłby doprowadzić do zupełnego wykluczenia całej dywizji z obrony kraju. Podczas gdy 16 dyw. zmech. utknęłaby na Warmii i Mazurach (związana mało liczebnymi wojskami przeciwnika oraz ograniczona w manewrze), uderzenie z Grodna w kierunku Ostrołęki i dalej na północny-zachód od Warszawy mogłoby te siły zupełnie odciąć. Z puntu widzenia całości planu obrony, byłby to dramat. Jeszcze większym dramatem mogłoby się skończyć koncentryczne rosyjskie uderzenie większością sił z wielu kierunków na samotną 18 dywizję, w sytuacji, gdy odwodowa 11 dyw. panc. ruszyłaby ratować kompletnie odsłoniętą południową flankę.

Uwzględniając zasadę przewagi atakującego nad obrońcą (4:1), na którą powołują się autorzy raport ANW, jak również proponowany przez nich sposób rozmieszczenia polskich sił (wbrew tej regule) nie sposób przy analizie raportu nie odnieść wrażenia, że jego twórcy celowo postanowili sabotować własne założenia. Bowiem gro z sił rozmieścili tam, gdzie przeciwnik nie będzie atakował, a kierunek gdzie mogłoby pójść główne uderzenie pozostał prawie nieobsadzony. W efekcie 16 dywizja zamiast się bronić na 1 linii i teoretycznie wiązać nawet 3-4 wrogie dywizje (przyjmując słuszność założenia 1:4), musiałaby ruszyć się z miejsca i próbować atakować. Czyli w najlepszym razie podjąć walkę na równorzędnych warunkach, choć przy braku czołgów, atak brygad zmech. na pancerno-zmechanizowane związki taktyczne musiałby prowadzić do kalkulacji niekorzystnych dla strony polskiej.

Nadto, nieekonomiczne rozmieszczenie sił własnych przez S&F prowadzi do sytuacji, w której na głównym kierunku natarcia Rosjanie mogliby dysponować przewagą liczebną znacznie większą niż 4:1 (nawet 6 czy 7:1).  To musiałoby się skończyć katastrofą.

Litewski „lewarek” czy pułapka?

Pierwotna wersja planu (prezentowana na grudniowym wystąpieniu) zakładała rozstawienie aż 2 z 14 polskich brygad na Litwie (w raporcie to zmodyfikowano). Do tego Polska miała wysłać batalion na ukraiński Wołyń. To ostatnie jest kompletnie niezrozumiałe w kontekście tego, że wg koncepcji ANW, Ukraina w ogóle nie brałaby udziału w konflikcie. W efekcie stacjonujący tam batalion nie wziąłby udziału w głównej bitwie o obronę Warszawy, a może nawet w ogóle zostałby wykluczony z udziału w wojnie. Jednak kluczową kwestią jest co innego:

W raporcie ANW (m.in. s. 263 i 266) jedna z trzech brygad 12 Dywizji Zmechanizowanej miałaby zostać rozmieszczona na Litwie  w Miednikach Królewskich. Miałoby to na celu zagrożenie Białorusi (kierunek Mińsk) lub przynajmniej szlaku zaopatrzeniowego z Mińska do Grodna (kierunek na Lidę). Innymi słowy brygada w Miednikach Królewskich otrzymała zadanie ofensywne (ewentualny atak na Białoruś) po to by w planie minimum związać część rosyjsko-białoruskich sił potrzebnych do obrony przed polską brygadą. W planie maksimum, chodziłoby o wkroczeniu na Białoruś i próbę zajęcia strategicznych węzłów transportowych (s. 252 raportu):.

Z całą stanowczością należy podkreślić, że zadanie to jest niemożliwe do wykonania przez tę brygadę nawet w kontekście założeń poczynionych w raporcie ANW przez samych autorów S&F. Oddajmy głos zespołowi S&F (s. 142 raportu):

Z powyższego wynika, że polska brygada w Miednikach Królewskich żeby odnieść sukces musiałaby atakować siły słabsze niż jeden batalion. Zakładając, że z ww. miejscowości można by uderzyć w dwie może trzy strony, to Białorusinom do obrony przed tą brygadą wystarczyłyby maksymalnie 2-3 bataliony (czyli w uproszczeniu również jedna brygada). Warto porównać to z sytuacją, w której to ta sama polska brygada broniłaby się na terenie Polski przed rosyjskim uderzeniem. Bowiem wówczas, zgodnie z ww. zasadą, mogłaby związać aż cztery wrogie brygady (czyli więcej niż jedną dywizję). Innymi słowy, zespół S&F proponuje poprzez atak z terenu Litwy związać jedną białoruską brygadę (a może nawet zaledwie jeden batalion) przy pomocy jednej polskiej brygady, która przygotowana do obrony na terytoriom Polski mogłaby teoretycznie związać całą rosyjską dywizję. Tyle, jeśli chodzi o ekonomię wykorzystania sił własnych przez autorów raportu ANW.  Jednak to tylko uproszczona matematyka. W realiach, Białoruś tak czy inaczej musiałaby wystawić wspomniane bataliony by bronić granicy białorusko-litewskiej. Ponieważ Litwini nie posiadają wielkich sił zbrojnych i nie mieliby za bardzo czym wesprzeć polskiej brygady, to prawdopodobnie obecność tej brygady nijak nie zwiększyłaby białoruskiego zaangażowania w rejonie. Mało tego, ponieważ 12 dywizja zmech. miałaby wg koncepcji ANW zostać pozbawiona czołgów (siła uderzeniowo-przełamująca), to brygada w Miednikach Królewskich również by ich nie posiadała. Co za tym idzie, jej potencjał ofensywny byłby mocno ograniczony już tylko z samej tej jednej przyczyny.

Mając na względzie powyższe aspekty można stwierdzić, że polska brygada w Miednikach Królewskich nie miałaby żadnego realnego wpływu na główne uderzenie rosyjskie z Białorusi na Polskę. Nadto, nie wzięłaby udziału w obronie Polski, a jeszcze jej samej groziłoby odcięcie, okrążenie i zniszczenie.  To ostatnie staje się oczywiste, jeśli założyć, że Rosjanie rozstawiając armię na granicy polsko-białoruskiej, w sposób zaskakujący dla Armii Nowego Wzoru i jej twórców zdecydowaliby się jednak uderzyć na państwa bałtyckie oraz przesmyk suwalski:

Tego rodzaju plan rozmieszczenia polskich sił jest sprzeczny z elementarnymi zasadami sztuki wojennej. Bowiem jeśli dana strona planuje głęboką obronę na terytorium własnym (jak w raporcie ANW) to każda wysunięta daleko od głównych sił obronnych jednostka skazywana jest na unicestwienie. I to na etapie samego planowania. Wystarczy spojrzeć na powyższą grafikę poglądową by zrozumieć, że polskie siły zdolne do wyprowadzenia kontrataku (gdziekolwiek!) znajdowałyby się setki kilometrów od sił litewskich oraz wspomnianej brygady 12 dyw. zmech. W konsekwencji, gdyby operacja tejże brygady się nie powiodła i musiałaby wraz z Litwinami zacząć się wycofywać – to siły te musiałyby polegać tylko i wyłącznie na sobie. Gdyby to Litwa była głównym celem ataku, to musiałoby się skończyć okrążeniem i zniszczeniem.

Ponadto, uderzenie ze skrzydła lub na zaplecze przeciwnika musi być wykonywane (wbrew pozorom) całą armią, a nie tylko jednym oderwanym oddziałem! Bowiem związanie walką głównych sił przeciwnika jest  warunkiem sine qua non do tego, by oddział flankujący miał szansę uzyskać efekt zaskoczenia i z powodzeniem dokonać penetracji wrogiego skrzydła lub tyłów. Tak więc elementarne zasady sztuki wojennej stanowią, że jeśli jeszcze przed bitwą rozmieszczamy własne siły flankujące, to nie mogą one operować w oderwaniu i z dala od nastawionych stricte defensywnie sił głównych. Jeśli S&F zamierzało zagrażać rosyjskiej podstawie operacyjnej uderzeniem z kierunku Wilna, to polskie wojska musiałyby zostać rozstawione wzdłuż polsko-białoruskiej granicy. Tak by mieć pewność, że zwiążą walką siły Rosjan i nie dadzą im swobody wyboru co do kierunku ew. ataku (i w ogóle ataku, bowiem Rosjanie mogliby nie atakować polskiej granicy tylko poczekać i rozprawić się najpierw z osamotnioną Litwą i polskimi siłami na niej).

Innymi słowy, strona broniąca musi się zdecydować na konkretną strategię obronną, inaczej rozwiązania na poziomie taktycznym mogą skutkować takimi konsekwencjami jak w raporcie ANW. W raporcie tym, plan rozmieszczenia wojsk w czasie pokoju jak również sam plan bitwy manewrowej sugerują, że autorzy nie myśleli zupełnie nad strategią obronną i skupili się na rozwiązaniach taktycznych. Wygląda to tak, jakby twórcy wkomponowali do swojej koncepcji „fajne” ich zdaniem pomysły zaczerpnięte z różnych planów, koncepcji czy historycznych przykładów (bunkry, oskrzydlenie, metoda „potykaczy”, walka dywersyjna w lesie etc). Tyle, że taka zblendowana mieszanka pozbawiona jest strategicznej myśli przewodniej i prowadzi do osłabienia obrony, a nie jej wzmocnienia.  Na tym przykładzie rzeczywiście można się zgodzić z szefem S&F dr Jackiem Bartosiakiem, który twierdzi, że planowanie strategiczno-taktyczne jest sztuką wojenną. I albo się to czuje, albo studiowanie różnych historycznych przykładów czy też współczesnych raportów pisanych przez ekspertów w niczym nie pomoże.

Strach przed obroną granic

W planie dotyczącym bitwy manewrowej opisanej w raporcie ANW, twórcy projektu uzasadnili potrzebę rozmieszczenia obrony w głębi kraju m.in. dwoma najważniejszymi kwestiami:

  1. obawą przed uderzeniem artyleryjskim na pozycje obronne, poprzedzającym inwazję,
  2. potrzebą rozpoznania głównych kierunków ataku.

Kwestia obrony państwa począwszy od linii granicznej, zawsze rodziła dylematy państw przygotowujących się do defensywy. Zwłaszcza, gdy granice te przebiegały w sposób, który ułatwiałby ewentualne działania agresora, a utrudniał zadanie obrońcy (np. długie granice, wiele kierunków możliwego ataku). Przykład dylematu przed jakim stanęły elity II Rzeczpospolitej we wrześniu 1939 roku może tutaj służyć za dobry przykład. Również w kontekście aspektów politycznych, ponieważ brak obrony granic rodził ryzyko nie przystąpienia sojuszników do wojny.

Nie inaczej jest i tym razem. Również w przypadku sytuacji w XXI wieku, brak obrony granicy państwa może skutkować sytuacją, w której przeciwnik wkroczy, zagarnie część terytorium i na tym poprzestanie. Próbując rozmiękczyć stanowisko sojuszników z NATO i zniechęcać ich do odbijania terenu, którego Polacy sami nie bronili. Być może ryzyko takiego scenariusza mógłby usprawiedliwiać fakt bardzo niekorzystnych granic III RP. Tyle tylko, że współczesna wschodnia granica Polski jest relatywnie prosta, krótka i biegnie przez stosunkowo trudny teren. Granica polsko-białoruska przebiega wzdłuż Bugu na ok. 1/3 długości. Natomiast na niemal całych 2/3 pozostałej długości granicy, po polskiej stronie występują puszcze i lasy. Jednocześnie Polska z Białorusią jest połączona stosunkowo niewielką ilością dobrych dróg (5) i połączeń kolejowych (5).  Przy czym trzy nitki kolejowe i dwie drogi prowadzą bezpośrednio do węzła w Białymstoku. Wszystko to łącznie kanalizuje ruch pomiędzy Polską a Białorusią oraz uniemożliwiałoby ew. agresorowi rozwinięcie sił na pełnej szerokości i wykorzystania przewagi liczebnej. Jednocześnie lesisty teren sprzyjałby stawianiu zasadzek oraz promował zdolności obronne lekkiej piechoty.

Z kolei przy granicy z Obwodem Kaliningradzkim, znajdują się najmniej zaludnione, najbardziej podmokłe i zalesione tereny Polski (Warmia i Mazury). Wszelkie rosyjskie próby przebijania się na południe musiałyby się skończyć ugrzęźnięciem atakujących w trudnym terenie. Zwłaszcza, że trudności rodziłyby również nisko-przepustowe i nieliczne ciągi logistyczno-zaopatrzeniowe.

Z powyższego wynika, że możliwym byłoby rozstawienie głównych sił polskiej obrony w odległości ok. 40 km od granicy w taki sposób, by ukryć pozycje wojsk przed okiem przeciwnika. Ponadto ułatwione byłoby rozstawienie tuż przy granicy z Białorusią lekkiej piechoty, która ukryta w puszczach mogłaby z powodzeniem opóźniać marsz i tworzyć zasadzki na napierające kolumny.

Zupełnie inaczej by to wyglądało, gdyby Rosjanie swobodnie weszli na głębokość 50-70 km w kierunku Warszawy i stanęli w miejscu. Celem tankowania, uzupełnienia zaopatrzenia oraz przede wszystkim – artyleryjskiego ostrzelania linii obronnej rozstawionej w „strefie śmierci” w tym rozpoznanych wcześniej „bunkrów”.

Wówczas Armia Nowego Wzoru – chcąc uniknąć uderzenia artyleryjskiego przy granicy polsko-białoruskiej – spotkałaby się z nawałnicą ogniową prowadzoną już z terytorium Polski. Zwyczajnie Rosjanie mogliby przesunąć niejako granicę. Jednocześnie rosyjska armia mogłaby się zająć niedobitkami WOT-u i 6 oraz 25 brygady, które walczyłyby w zagajnikach „strefy nękania”. 48 a nawet 72-godzinna przerwa na uzupełnienie zaopatrzenia, podciągniecie logistyki, wyeliminowanie oddziałów dywersyjnych oraz ciężki ostrzał artyleryjski polskich pozycji obronnych w „strefie śmierci” (której nazwa mogłaby nabrać innego znaczenia niż zakładali to twórcy) nie zrobiłby wielkiej różnicy. Rosjanie wiedzieliby, że polskie brygady i tak są przygotowane do obrony więc doba czy dwie zwłoki nie utrudniłyby Rosjanom zadania. Porównajmy sytuację obronną w dwóch scenariuszach.

Scenariusz bitwy artyleryjskiej na pograniczu:

Graf.14. Mapa poglądowa ok. Grodno-Białystok. Zagrożenie artyleryjskie przy rozmieszczeniu wojsk na granicy. W rosyjskim zasięgu (ok. 40 km od granicy do 80 km od stanowisk art.) znajdować się będą puszcze i lasy, w których łatwo będzie ukryć lekką piechotę a nawet artylerię oraz systemy OPL.  W zasięgu polskiej artylerii (gdyby zakupić amunicję zwiększającą zasięg do 80km) znajdowałyby się natomiast wszystkie siły inwazyjne rozmieszczone na przeważnie odkrytym terenie.
Graf. 15. Poglądowy zakres zasięgów artyleryjskich na kierunku brzeskim. Ponownie, pozycje wyjściowe wojsk rosyjskich znajdują się na odkrytym lub miejskim terenie (łatwość zablokowania przejazdów i zniszczenia mostu na Bugu), z kolei po stronie polskiej liczne lasy i puszcze umożliwiające ukrycie obrony. Główne punkty oporu znajdują się na granicy zasięgu wrogiej artylerii lub poza tym zasięgiem.

Scenariusz walki artyleryjskiej przed „strefą śmierci”:

Graf. 16. Gdyby bitwa artyleryjska toczyła się kilkadziesiąt km bliżej Warszawy, wówczas rosyjskie pozycje znajdowałyby się w lasach, tymczasem polskie pozycje obronne w kluczowych miasta byłyby narażone na zniszczenie. Przy czym w strefie pomiędzy głównymi siłami stron brakuje dogodnych warunków obronnych dla lekkiej piechoty, przez co ta mogłaby zostać łatwo wyeliminowana przez napastnika.

 

Graf. 17. Zakładając, że Rosjanie opuściliby dogodne tereny wokół Białegostoku, wówczas sytuacja na tym odcinku frontu byłaby dość wyrównana – jeśli chodzi o warunki terenowe  – z lekką przewagą na rzecz strony Polskiej.

Rozrysowane na grafikach linie zasięgów artylerii (nie uwzględniając amunicji krążącej) należy traktować oczywiście bardzo umownie (poglądowo). Natomiast bez wątpienia z ww. grafik można wyciągnąć wniosek, że polska strefa nadgraniczna z Białorusią nadaje się do operowania lekkiej piechoty i działań opóźniających w odróżnieniu od przestrzeni pomiędzy nią a tzw. „strefą śmierci”. W związku z powyższym, polska artyleria oraz systemy amunicji krążącej miałaby większą łatwość rozpoznania otwartych terenów po stronie białoruskiej oraz stosowania skutecznego ognia artyleryjskiego oraz kontrartyryjskiego na zgrupowane i ściśnięte na pozycjach wyjściowych wrogie armie. Jednocześnie przeciwnik miałby problem z namierzeniem polskich stanowisk obronnych oraz polskich systemów artyleryjskich czy OPL. Co minimalizowałoby ryzyko strat przy pierwszym uderzeniu artyleryjskim wroga (ponieważ jako atakujący, to Rosjanie mieliby inicjatywę pierwszego działania).

To co jest jednak być może jeszcze bardziej istotne to fakt, że w przypadku wkroczenia Rosjan do kraju strona polska mogłaby się spotkać z ogromnym problemem. Gdyby rosyjska artyleria prowadziła ostrzał „strefy śmierci” celowo rozstawiając własne jednostki w centrach polskich miasteczek (biorąc na zakładnika np. szkoły, szpitale etc.) wówczas pojawiłby się dylemat dotyczący prowadzenia ognia kontrbateryjnego.

W związku z powyższym należy zadać sobie pytanie, czy priorytetem Wojska Polskiego nie powinna być jednak dosłowna obrona polskich granic? Jeśli nie poniesiemy kosztów zbudowania armii zdolnej do wykonania tego zadania, wówczas w czasie wojny możemy ponieść znacznie bardziej kosztowne straty. Infrastrukturalne, przemysłowe, energetyczne i ludzkie.

Rozproszenie sił

Model Armii Nowego Wzoru zakłada, że Siły Zbrojne RP mają sobie liczyć 14 brygad liniowych. Jedna z nich, należąca do 12 dyw. zmech, ma stacjonować na Litwie (pierwotnie w projekcie ANW miały być aż dwie – co krytykowałem w tekście odnoszącym się do grudniowej prezentacji). Dodatkowo na Litwie miałaby zostać rozmieszczona batalionowa grupa bojowa z odwodowej 11 dyw. pancernej. Oprócz tego jeden batalion na Wołyniu, jeden na przesmyku suwalskim. Ponadto dwie elitarne brygady powietrznodesantowe – spieszone do jednostek „eksperymentalnych” – miałyby operować wraz z WOT w tzw. strefie nękania.

Sił tych będzie bardzo brakować tak na głównym kierunku rosyjskiego natarcia (zwłaszcza na flance południowej) jak również w odwodzie (np. sił powietrznodesantowych). Tymczasem należy pamiętać, że wpuszczenie przeciwnika w głąb Polski, daje mu łatwość w rozproszeniu kierunków natarcia. W przypadku liczniejszego przeciwnika, oznacza to potencjał do skorzystania z przewagi liczebnej i stosowania flankowania oraz okrążenia korzystając z dużej przestrzeni. By się przed tym bronić trzeba rozpraszać własne, mniej liczne siły. O ile przekraczając polską granicę rosyjski ruch będzie dość mocno skanalizowany, o tyle z każdym kilometrem w głąb naszego terytorium, wrogie wojska będą miały miejsce do rozwinięcia wszerz i wykorzystania przewagi liczebnej. Wówczas każdy batalion po stronie polskiej będzie miał znaczenie.

Jednocześnie należy pamiętać, że przeciwnik będzie dysponował dronami, artylerią, wysoką mobilnością oraz siłami powietrznodesantowymi, a także tak prostymi środkami jak choćby podpalenie lasu. Co za tym idzie, będzie miał potencjał do wyizolowania oraz okrążenia samotnie walczących po lasach w „strefie nękania” brygad (6 i 25) oraz WOT-u. Co w konsekwencji może doprowadzić do ich zniszczenia. Tego rodzaju taktyka, to kolejny przykład na rozczłonkowanie i tak już skromnych sił Armii Nowego Wzoru, co narazi Wojsko Polskie na niszczenie poszczególnych brygad i mniejszych oddziałów walczących niejako w samotności ze znacznie liczniejszym przeciwnikiem dysponującym pełnym wachlarzem efektorów (artyleria, wsparcie z powietrza, siły pancerne, piechota, sily aeromobilne, drony). W przypadku gdy siły brygad 6 i 25 wspartej przez WOT będą pozostawione samotnie w „strefie nękania” ,a trzon reszty sił zostanie z tyłu (w strefie śmierci), to tego rodzaju rozłożenie sił może skończyć się zaszczuciem sił dywersyjno-rozpoznawczych i ich ciągłą ucieczką oraz zmianą pozycji. W konsekwencji brygady te zamiast nękać, same mogą być nękane i niezdolne do działań obserwacyjno-dywersyjnych. Zwłaszcza, że będą pozbawione „ciężkiego” wsparcia w postaci artylerii, obrony PLOT (NAREW ma bronić tylko „strefy śmierci”) czy czołgów.

W konsekwencji  pomysły twórców ANW mogą skazać na unicestwienie aż 3 (pamiętając o tej na Litwie) z 14 dostępnych brygad (plus jednostki WOT) na początku wojny, zanim doszłoby do rozstrzygającego starcia na kierunku warszawskim.

Na koniec warto również zerknąć na mapę oraz obszar wyznaczony przez zespół S&F jako tzw. „strefa nękania”, w której to strefie miałaby operować lekka piechota chowająca się w lesie. Otóż należy podkreślić, że województwa: mazowieckie i lubelskie należą do najmniej zalesionych obszarów Polski.

Mało tego, w przyp. Obszaru pomiędzy Warszawą a granicą z Białorusią, najwięcej lasów i puszczy znajduje się tuż przy granicy państwa. A więc w strefie, którą S&F planuje oddać przeciwnikowi niemal za darmo. Natomiast ta tzw. „strefa nękania” w której miałaby operować polska lekka piechota zawiera liczne małe laski i zagajniki, które łatwo namierzyć, przeczesać,  zbombardować czy nawet spalić. Wielkim ryzykiem byłoby przemieszczanie się pomiędzy nimi – przez otwartą przestrzeń – w celu uniknięcia ewentualnej obławy.

Przeważająca część tzw. „strefy nękania” to jedne z najmniej zalesionych terenów w Polsce. Z małymi laskami i zagajnikami.

Miniofensywy

Pomysł tzw. „miniofensyw” prowadzonych przez małe zespoły przeciwko skoncentrowanym niczym ściśnięta pięść siłom pancernym przeciwnika również budzi zastrzeżenia. Wprawdzie autorzy raportu założyli uderzanie tylko w sytuacji, w czasie i miejscu w którym przeciwnik będzie słabszy, jednak w rzeczywistości takich okazji w ogóle może nie być. Przemieszczające się masy wojska, stanowiące czołówkę natarcia, będą poruszać się w szyku dość zwartym, gdzie odległości od poszczególnych jednostek  będą relatywnie niewielkie. Tak by nie rozpraszać sił, utrzymać potencjał przełamujący a jednocześnie kierować się ekonomią pola walki przy ograniczonej ilości systemów OPL czy WRE. Tak by systemy te mogły osłaniać możliwie najwięcej okolicznych jednostek. W konsekwencji rozproszone małe oddziały obrońców będą raczej myślały o podejmowaniu działań defensywno-opóźniających a nie ofensywno-zaczepnych.

Metoda wciągania przeciwnika na swoje terytorium i szarpania jego sił zanim dojdzie do głównego starcia może być skuteczna, mimo że jest stara jak sama sztuka wojenna. Tego rodzaju sposób walki  rzeczywiście wymaga dużego rozproszenia i autonomii jednostek własnych (co zakłada projekt ANW). Ale najważniejszym czynnikiem jest mobilność i możliwość „rozpływania się” (znikania) tak przed atakiem, jak i w sytuacji pogoni przez silniejszego przeciwnika. I to pojawia się olbrzymi problem, bowiem nie szykujemy się na obronę Moskwy w czasie wojen napoleońskich, tylko Warszawy w XXI wieku. Gdy przeciwnik będzie dysponował rozpoznaniem radiowym, lotniczym, dronowym, a do tego tradycyjnymi jednostkami rozpoznania. Jednocześnie strona polska – wg założeń twórców ANW – ma dokonywać miniofensyw przy pomocy 70-tonowych czołgów (M1), które nijak nie rozpłyną się we mgle. W efekcie, w przypadku dostrzeżenia zagrożenia przez Rosjan, dysponując potężną przewagą liczebną, będą mogli zwyczajnie odeprzeć ewentualne uderzenie, wyprowadzając zagony oskrzydlające i spróbować nawet odciąć małe oddziały polskich sił pancernych od drogi odwrotu.

Jednocześnie zupełnie niezrozumiałym jest, że do walki podjazdowej, autorzy S&F przewidzieli najcięższe jednostki (18 dyw. z Abramsami). To tak, jakby dawniej do „szarpania” wrogiej armii podążającej w głąb naszego państwa przeznaczyć husarię lub jazdę ciężką. Mankament ten – o ile w tak łagodny sposób określić powyższy pomysł – można by uznać za siarczysty policzek wymierzony elementarnym zasadom sztuki wojennej.

Jednak już zupełnym knock-downem dla zasad logiki taktycznej jest fakt, że kawaleria pancerna, która miałaby dokonywać ” miniofensyw”  operowałaby z dobrze Rosjanom znanych i nieruchomych baz zaopatrzeniowych (bunkry). Tak więc z jednej strony te mini-ofensywy nie miałyby potencjału do przeprowadzenia porządnego manewru oskrzydlającego i musiałyby polegać na płytkich uderzeniach, zasadzkach i odskokach, (z uwagi na małą liczebność sił oraz stałe zaplecze zaopatrzeniowe do którego trzeba wracać po amunicję), a z drugiej operujące jednostki nie miałaby swobody operacyjnej w zakresie odskoku lub ucieczki przed goniącym – znacznie silniejszym przeciwnikiem. Byłyby bowiem uwiązane do bunkrów, a więc przeciwnik jeszcze przed wojną (dzięki rozpoznaniu satelitarnemu) znałby polskie kryjówki i wiedział, w którym kierunku będziemy prowadzić odwrót.

Trzecim poważnym problemem z taktyką narzuconą przez twórców ANW polskiej 18 dywizji jest fakt, że pozbawia ona atutów jakimi dysponowałyby jednostki pancerne wyposażone w czołgi M1A2 Abrams. Są to bowiem dość ciężkie maszyny z bardzo silnym przednim pancerzem (i prawdopodobnie będą posiadały system hard-kill). Co za tym idzie, Abramsy dawałyby naszym czołgistom dużą przewagę w walce na wprost z rosyjskimi tankami. W walce pancernej niezwykle istotnym jest jednak to, by nie dać się zajść od boku (lub co gorsza tyłu) przez wrogie czołgi, a jednocześnie by samemu uderzyć z flanki (ponieważ przedni pancerz jest najgrubszy, a boki i tył czołgów są zwyczajnie słabsze). Metoda prowadzenia miniofensyw posiada w tym zakresie jedną poważną wadę.  Przewaga liczebna daje możliwość związania wrogich sił w centrum oraz uderzenia „wolnymi” siłami z boku. A taką przewagą dysponowałby przeciwnik, a nie strona polska. Tymczasem polskie kompanie (przypomnijmy jest to siła 14 czołgów) nijak nie mogłyby zagrozić czołowym batalionom pancernym przeciwnika – nawet gdyby go zaskoczyły. Co więcej mogłyby być zagrożone znacznie silniejszymi kontratakami i próbami okrążenia. Zwyczajnie rozproszone miniofensywy wyprowadzane przeciwko „ściśniętej” pancernej pięści przeciwnika byłyby z łatwością odpierane i groziłyby niszczeniem poszczególnych grup jedna po drugiej.

To obrona na umocnionych pozycjach daje obrońcy przewagę i wymusza na napastniku użycie znacznych sił i środków do przełamania. Tymczasem taktyka „miniofensyw” zakłada wydawania małych bitew napierającym siłom przeciwnika. Po pierwsze, wyprowadzając miniofensywę traci się atut proporcji 1:4 na korzyść obrońcy. Wprawdzie napierający przeciwnik jest w ruchu a więc jest podatny na atak, ale my również jesteśmy w ruchu i jesteśmy podatni na kontratak. A jeśli chcemy atakować liczniejsze siły przeciwnika, to tak jakbyśmy wydawali przeciwnikowi bitwę na niekorzystnych dla siebie warunkach. Nie bez powodu w nomenklaturze wojskowej nie istnieje pojęcie „miniofensywy”. Albo prowadzi się ofensywę (kontrofensywę) w całym znaczeniu tego słowa (logistyka, odpowiednio duże siły i potencjał przełamujący) albo nie. Atak mniej licznymi jednostkami pozbawionymi zaplecza logistycznego na przeciwnika o większej liczebności jest zwyczajnie pozbawione sensu. A przy założeniach taktycznych z raportu ANW (czyli rozproszenie sił własnych, postawienie tylko 1 dywizji do obrony centralnego i południowego odcinka, przy założeniu, że przeciwnik będzie nacierał głównymi siłami w kierunku Warszawy), nie możliwym byłoby uzyskanie lokalnej przewagi dla mini-ofensywy. Tym samym koncepcja ta nie pozwala uzyskać – nawet lokalnie – przełamania, okrążenia i zniszczenia przeciwnika. By ofensywa lub kontrofensywa była skuteczna, jej dowódca musi mieć możliwość wykorzystania efektu zaskoczenia i dokonanego chwilowego przełamania, jakie uzyskałby w pierwszym momencie. Innymi słowy potrzebne jest zaplecze (zaopatrzenie by walczyć dłużej niż 10 minut), wsparcie (piechota do obrony zajętych kluczowych punktów), a także odwód pozwalający „poprawić” i pogłębić wyłom. Uzyskać przewagę taktyczną na polu bitwy i bić przeciwnika podzielonego na części. Dowódcy 18 dywizji w ramach ANW – która miałaby w pierwszym momencie samodzielnie stawiać czoła nadchodzącej z trzech kierunków całej armii (kilka wrogich dyw.) – nie będą mieć nawet na to nadziei.

Inną taktyką może być zastawianie zasadzek znacznie mniejszymi siłami (co też zespół S&F proponuje), a następnie szybki odwrót na kolejne pozycje obronne (zasadzki). To są jednak działania stricte opóźniające. Tymczasem pomysł „miniofensyw” zasadza się na połączeniu różnych taktyk. Prowadzenia działań opóźniających poprzez wykonywanie ataków siłami, które liczebnie wystarczyłyby do dobrze przygotowanej obrony, ale nijak nie pozwalałyby na uzyskanie zadowalających efektów w ataku. Co groziłoby ich zniszczeniem.

Reasumując, pomysł „miniofensyw” to miks trzech sprzecznych ze sobą taktyk (bunkry, opóźnianie, kontrofensywa), do których S&F zaplanowało użycie niewłaściwych: narzędzia i taktyki (ciężkie siły pancerne używane w rozproszeniu).

Dron zawsze dotrze do celu?

W zakresie wprowadzania broni eksperymentalnej, szef projektu ANW wielokrotnie przejawiał zafascynowanie ewentualnym potencjałem bezzałogowych statków powietrznych oraz amunicji krążącej. Temat ten był jednym z wiodących, jeśli chodzi prezentacje ANW, tak wrześniową jak i grudniową. Również w raporcie zaakcentowano ten wątek, choć akurat w nim brak jest charakterystycznego dla wypowiedzi szefa S&F przeceniania skuteczności amunicji krążącej i bezzałogowców. Dronizacja pola walki staje się faktem, a SZ RP winny być mocno nasycone tego rodzaju narzędziem i jest to słusznie podkreślane w raporcie o ANW. Jednakże narracja, która została wprowadzona do obiegu publicznego przez zespół S&F wymaga odniesienia się do niej, z uwagi na powstałe liczne mity krążące w przestrzeni publicznej.

Przede wszystkim należy podkreślić, że nie istnieje jeszcze technologia zarządzania rojami amunicji krążącej. Każdy jeden pocisk musi być sterowany przez żołnierza. Nie istnieje AI, które zarządzałoby lotem np. 100 pocisków, nakierowało je na wrogie zgrupowanie, odróżniło cele fałszywe od prawdziwych a następnie samo zdecydowało o zniszczeniu tych ostatnich. Pomimo tego, już teraz istnieją systemy przeciw-dronowe, które mogą przeciwdziałać rojom dronów. Przykłady z Libii czy Górskiego Karabachu pokazują, że w pewnych warunkach oraz przy słabości obrony przeciwlotniczej przeciwnika, amunicja krążąca oraz bezzałogowe statki powietrzne się sprawdzają. Jednak w innych warunkach (np. polskie równiny) przy przeciwniku dysponującym świetnymi systemami zagłuszania (WRE), licznymi systemami obrony przeciwlotniczej (i przeciwdronowej), drony mogą okazać się zupełnie bezużyteczne. Temat ten bardzo szczegółowo i technicznie omówiony w innych opracowaniach. Niemniej, należy mocno sprzeciwić się mitowi, wg którego dron zawsze dotrze do celu – co jest nieprawdą. Nadto, jako strona broniąca, winniśmy zadać sobie pytanie co stanowi dla nas priorytet. Amunicja krążąca i drony, czy systemy obrony przed takim zagrożeniem?

Przed II Wojną Światową istniał mit, że „bombowiec zawsze dotrze do celu”. Hołdowali mu m.in. Herman Goering czy niemal całe dowództwo lotnictwa w Wielkiej Brytanii włącznie z premierem Stanleyem Baldwinem, który był autorem powyższego cytatu. Niemcy utwierdzili się w tym błędnym przekonaniu jeszcze bardziej, na bazie doświadczeń wojny z Polską, kiedy to nasze myśliwce nie mogły dogonić wrogich bombowców i jedyną szansą na ich zestrzelenie było poczekanie, aż zrzucą bomby i będą wracać tym samym kursem. Na szczęście dla Anglików, w szeregach RAF-u wysoką pozycję zajął Hugh Dowding, który rozpoczął batalię ze środowiskiem zachłyśniętym możliwościami bombowców. W 1936 roku został głównodowodzącym stworzonego dowództwa lotnictwa myśliwskiego RAF (wcześniej takiego dowództwa nie było).  Głównie dzięki jego determinacji i uporowi przestawiono brytyjskie myślenie o wojnie powietrznej oraz skierowano znaczną uwagę na produkcję myśliwców oraz opracowanie doktryny ich zastosowania. Dowding przyczynił się do stworzenia sieci radarowej, która miała wspomagać myśliwce w obronie brytyjskiego nieba, a także utworzenia całej doktryny oraz taktyki walki obronnej w powietrzu (wraz z systemem przekazywania informacji z placówek radarowych do dowództwa lotnictwa – vide pętla OODA). W 1940 roku Dowding został dowódcą całego RAF-u i był najprawdopodobniej najbardziej zasłużoną postacią, jeśli chodzi o zwycięstwo w Bitwie o Anglię. Co ciekawe o mały włos odszedłby w 1939 roku na emeryturę, od czego go odwiedziono z uwagi na zagrożenie wojną – co przeczy tezie, że doświadczeni dowódcy nie mogą być elastyczni czy innowacyjni (i z racji samego wieku należą do tzw. „betonu”).

Ten historyczny wtręt został poczyniony w niniejszym opracowaniu nie bez przyczyny. Polska – jako strona broniąca – może być podobnie jak Anglia zagrożona ze strony wrogich systemów bezzałogowych i amunicji krążącej. Nie możemy więc zapominać o systemach defensywnych (obrona przeciw-dronowa), a przede wszystkim należy wypracować doktrynę oraz taktykę obronną przed masowym użyciem bezzałogowców. Bowiem przewartościowanie ich skuteczności może skądinąd prowadzić do zaniechania myślenia o przeciwdziałaniu. Tymczasem współcześnie szerzący się mit o tym, że dron zawsze dotrze do celu może zostać brutalnie zweryfikowany w czasie kolejnej wojny. Brytyjczycy i Niemcy boleśnie przekonali się o micie dot. Bombowców w 1940 roku, kiedy to jedni i drudzy próbowali wysyłać samotne bombowce nad cele (Londyn, Zagłębie Rurhy). W obliczu nowoczesnej i silnej obrony (myśliwce i radary) skończyło się to tragicznie dla sił bombowych, a efekty tego poświęcenia były żadne. Anglicy przestali wysyłać bombowce nad Niemcy i wrócili do tego dopiero w późnym okresie wojny, gdy Alianci mieli przewagę w powietrzu. Natomiast Luftwaffe była w 1940 roku boleśnie karcona z uwagi na mały zasięg Messerchmittów (BF 109). Te, eskortując bombowce, zazwyczaj musiały wracać do Francji w momencie, gdy naprzeciw niemieckim formacjom nadlatywały angielskie myśliwce.

 

WOT i cywile na rzeź

Zadziwia również podejście autorów ANW w zakresie użycia WOT-u. Jeszcze kilka lat temu dr Jacek Bartosiak krytycznie odnosił się do formowania nowego rodzaju sił zbrojnych. I stanowczo sprzeciwiał się do używania WOT-u na froncie, zwłaszcza do walki z regularnymi wojskami przeciwnika. „To byłaby rzeź” , „Bezsensowne przelewanie krwi” – argumentował. Tymczasem w modelu ANW w ramach prowadzenia bitwy manewrowej to WOT ma być pierwszą linią obrony na froncie i fortyfikować oraz bronić wybranych miast i węzłów komunikacyjnych (tj. Biała Podlaska, Łomża, Radzyń Podlaski).

str. 196 raportu ANW

Wystarczy rzut oka na mapę by zobaczyć, że miasta te są bardzo daleko od tzw. „strefy śmierci”, w której stacjonowałyby główne polskie siły wraz z artylerią oraz obroną przeciwlotniczą. Mając tego świadomość (chyba?), autorzy raportu stwierdzają (s. 196):

Kompletnie niezrozumiałym jest wyciągnięcie takiego wniosku, w sytuacji, w której pozostawienie bez żadnego wsparcia słabych i rozproszonych jednostek WOT będzie wręcz zachęcało Rosjan do zajęcia ważnych miast i węzłów komunikacyjnych. Czego przy postawieniu porządnej obrony by rzeczywiście starali się uniknąć.

Mało tego, pozostawienie WOT-u skazanego na okrążenie, bowiem koncepcja S&F zakłada oddanie wschodu Polski niemal bez walki, wręcz gwarantuje próbę zdobycia miast i węzłów komunikacyjnych oraz straty w ludności cywilnej wynikające z ciężkiego ostrzału artyleryjskiego oraz bombardowań lotniczych bronionych budynków (i pewnie nie tylko ich). Wystarczy spojrzeć na doświadczenia z Syrii oraz obejrzeć zdjęcia ze zgruzowanych i zdewastowanych syryjskich miast, które były odbijane przez siły rosyjsko-syryjskie. Tymczasem w przypisie na str. 196 raportu S&F, autorzy zamierzają przekształcić „z łatwością” budynki cywilne w „fortyfikacje” – tak, jakby Rosjanie nie dysponowali specjalnymi bombami i pociskami burzącymi potrafiącymi uporać się nie tylko z budynkiem cywilnym, ale i z betonowym bunkrem wpuszczonym głęboko w ziemię (s.196):

Dla lekkiej, nieregularnej piechoty złożonej z ochotników byłaby to zwyczajna rzeź bez szans na zwycięstwo. Sensem utrzymywania WOT-u jest to, że żołnierze z tej formacji mogą dawać stosunkowo niewielkiej armii zawodowej odpowiednią liczebność oraz nasycenie pola walki (czyli rola wspierająca). Oczywiście głównym zadaniem WOT-u ma być działanie na tyłach, wypełnianie luk, obrona przed dywersją i przejmowanie zadań, którymi wojska liniowe nie powinny się zajmować, a które musiałyby zostać wykonane. Wreszcie, żołnierze WOT-u stanowią rezerwę osobową dla wojsk liniowych. Tymczasem zespół S&F, wydając WOT na okrążenie i rzeź na pierwszym froncie, pozbawia polską armię liczebności w linii, bezpieczeństwa na zapleczu, a także uzupełnień w sytuacji poniesienia strat. Innymi słowy, jednym pomysłem autorzy S&F zdewastowali całą koncepcję Wojsk Obrony Terytorialnej, która to koncepcja w każdym kraju wygląda podobnie (vide Finlandia, czy Ukraina).

Ponadto należy pamiętać, że najskuteczniejszą metodą walki z „partyzantami” (za jakich Rosjanie mogliby uznać żołnierzy WOT) jest terror. Innymi słowy przy decydowaniu się na tego rodzaju styl prowadzenia obrony trzeba zdawać sobie sprawę, że Rosjanie mogą nie mieć cierpliwości dla podejmowanych przez polską stronę działań dywersyjnych. W konsekwencji może to skutkować pacyfikacją wsi i miasteczek. Zakładanie a priori, że tego nie zrobią, jest błędem. Wystarczy by jednemu z rosyjskich oficerów urwało rękę, lub by zginął mu np. brat, a mogłyby mu puścić wszelkie hamulce moralne, do których rosyjskie dowództwo często nie przywiązywało na wojnie znacznej wagi. Wojna zmienia okoliczności i perspektywę. Brutalność pacyfikacji na terenach zajętych przez wroga należy wkalkulować w koszty ewentualnej taktyki oddania terenu i prowadzenia na nim walki dywersyjnej lub metodą partyzancką. Co znów pokazuje, jak fatalną dla Polski będzie wojna obronna przeciw Rosji prowadzona na własnym terytorium.

Warto ponadto zwrócić uwagę na fakt, że autorzy raportu ANW dostrzegli dobre – jeśli chodzi o obronę – warunki terenowe wokół Białystoku (str. 198-200 raportu). Mając tego świadomość, twórcy raportu rezygnują z ich wykorzystania proponując pozostawienie osamotnionych żołnierzy WOT w celu obrony miasta. Mało tego, sami wskazują, że przeciwnik to miasto zwyczajnie okrąży. A więc w samym planie bitwy świadomie (choć bez pisania wprost) spisują na straty rozlokowanych tam żołnierzy, godząc się z faktem łatwego przejęcia miasta przez Rosjan.

 

Model Armii Nowego Wzoru

Trudno jest wymagać, by czyniąc błędne i nierealistyczne założenia na poziomach: geopolitycznym, strategicznym i taktycznym, zespół S&F mimo wszystko mógł stworzyć dobry model dla polskiej armii. Zwłaszcza, gdy autorzy projektu założyli przygotowanie się tylko na jeden scenariusz, zamiast opracować taki schemat Sił Zbrojnych RP, który dawałby im elastyczność niezbędną do reagowania w szerokim spektrum zagrożeń. Do tego wskazać należy mocną rozbieżność –  a najczęściej nawet sprzeczność – pomiędzy założeniami autorów raportu ANW, a rozwiązaniami, które miałyby przeciwdziałać poczynionym założeniom. Niemniej, w celu merytorycznego odniesienia się do konkretnych pomysłów dotyczących zmian modelowych w Siłach Zbrojnych RP, należało przejść nad ww. okolicznościami do porządku dziennego oraz porównać założenia z rozwiązaniami oraz przeanalizować efekty, jakie wywołałyby proponowane przez zespół S&F zmiany.

Ograniczona mobilność i manewr

Autorzy raportu Armii Nowego Wzoru promowali model armii, jako taki, który miałby zwiększyć mobilność Sił Zbrojnych RP, co byłoby niezbędnym do prowadzenia polskiej „bitwy manewrowej” (która wcale nie jest planem manewrowym, co uzasadniono powyżej).

By zwiększyć mobilność i manewrowość polskich jednostek, zespół Strategy&Future proponuje:

  1. przeformować siły powietrznodesantowe (brygady 6 i 25) na siły piesze dostosowane do walki w lesie,
  2. zrezygnować w brygadach zmechanizowanych z trakcji gąsienicowej, na rzecz trakcji kołowej,
  3. zrezygnować z czołgów T-72 i PT-91 (nie zastępując ich nowymi), a tym samym stworzyć lekkie dywizje zmechanizowane (12 i 16 dyw.),
  4. wybudować sieć bunkrów z zapleczem logistycznym dla 18 dywizji pancerno-zmechanizowanej i powiązać jej operowanie z ww. bunkrami, co ma zapewnić z jednej strony bezpieczeństwo w czasie serwisu, z drugiej możliwość prowadzenia nieustannych „miniofensyw” nękających,
  5. rozstawić statyczną obronę w miastach na wschodzie Polski wykorzystując WOT (kwestia opisana wyżej).

Rezygnacja z sił powietrznodesantowych

Temat ten wydaje się być oczywisty i można zamknąć go w kilku zdaniach. Siły powietrznodesantowe są najbardziej mobilnymi jednostkami każdych sił zbrojnych (co do zasady). Można je przerzucić w najkrótszym czasie na znaczną odległość i zabezpieczyć tym samym zagrożone kierunki, na których powstały luki w obronie. Mało tego, oddziały powietrznodesantowe są tymi, które najłatwiej i najszybciej można przerzucić w dane miejsce jeszcze przed wojną. Dla przykładu, w związku z zagrożeniem wojny na Ukrainie, Amerykanie w kilka dób od podjęcia decyzji przetransportowali do Polski 3000 tys. żołnierzy z dywizji powietrznodesantowej. Rosjanie – w czasie politycznego kryzysu w Kazachstanie – zrobili dokładnie to samo, tylko w innym celu (projekcja siły i zabezpieczenie zagrożonych interesów). Innymi słowy, siły powietrznodesantowe służą nie tylko jako narzędzie w czasie wojny, ale i stanowią podstawowe narzędzie wojskowe wspomagające dyplomację w czasie pokoju. Tym samym rezygnacja Polski z posiadania brygad powietrznodesantowych da sygnał całemu polskiemu otoczeniu międzynarodowemu, że Polska i jej armia posiadają interesy w używaniu siły tylko i wyłącznie na własnym terytorium. Decyzja taka osłabiałaby więc polską pozycję w regionie.

Siły powietrznodesantowe mogą okazać się też niezwykle przydatne na polu bitwy. Z powodzeniem można ich użyć w działaniach ofensywno-dywersyjnych (tak jak to planują Rosjanie). Zrzut piechoty w wybranym miejscu, za linią frontu, może pozwolić na uchwycenie ważnych węzłów komunikacyjnych, tj. mosty/przeprawy przez cieki wodne. W sytuacji wojny obronnej, szybki transport (lot na niskim pułapie po własnej stronie linii frontu i pod osłoną własnej obrony powietrznej) w wybrany punkt obronny, może pomóc w utrzymaniu newralgicznych stref.  Z takiej opcji ostatniego ratunku nie warto jest rezygnować. Brygady powietrznodesantowe nadają się idealnie jako wysoce mobilny odwód na poziomie strategicznym. Dlatego w Wojsku Polskim zarówno 6 jak i 25 brygada podlegają bezpośrednio Dowództwu Generalnemu Rodzajów Sił Zbrojnych i nie wchodzą w skład żadnej dywizji.  Rezygnacja z nich byłaby ograniczeniem pola manewru dla polskiego naczelnego dowództwa i pozbawieniem wartościowych opcji użycia. Tak w czasie wojny, jak również jeszcze w okresie pokoju.

Trakcja kołowa

W pierwszej kolejności należy wskazać na kompletne zaprzeczenie rudymentarnym zasadom, znanym już od czasów II Wojny Światowej. To trakcja gąsienicowa daje manewr i mobilność, a nie trakcja kołowa. Ta ostatnia może się przemieszczać z większą prędkością po drogach utwardzonych. Jednak nie nadaje się do operowania w trudnych warunkach na bezdrożach. Tym samym, jej manewr i mobilność jest ograniczona na polu bitwy. Z tych właśnie przyczyn czołgi od stu lat budowane są na podwoziu gąsienicowym – by współczesna kawaleria pancerna mogła operować i korzystać z manewru oskrzydlenia w nawet trudniejszych warunkach. Jednocześnie od czasów II Wojny Światowej wiadomo, że czołg nie powinien operować samodzielnie i potrzebne mu jest wsparcie piechoty. Ta przydaje się np. do obsadzenia już zdobytych uderzeniem pancernym pozycji oraz przygotowania obrony na ew. kontratak.  Jednak by wsparcie piechoty mogło dotrzeć wszędzie tam, gdzie siły pancerne, również transport żołnierzy odbywa się również za pomocą pojazdów gąsienicowych. Dlatego propozycja S&F o „rozważeniu” przerzucenia piechoty 18 dywizji (tej potencjalnie z Abramsami) nie podlega w ogóle dyskusji. Pomysł ten „zabije” w jednym zdaniu każdy dowódca, który dowodził jednostką pancerną.

Zespół S&F rezygnując z czołgów w 12 i 16 dywizji (s. 263 raportu), doszedł zapewne do wniosku, że dzięki temu nie będzie potrzebne korzystanie z bojowych wozów piechoty, które mogłyby być zamienione na kołowe transportery opancerzone „Rosomak”. Problem w tym, że plan bitwy „manewrowej” zakłada rozmieszczenie brygad 12 i 16 dywizji w najtrudniejszym w Polsce i podmokłym terenie Warmińsko-Mazurskim. Wyobraźmy sobie, że przeciwnik zaatakował w „złą pogodę”, teren stał się podmokły, a wrogowi udało się zablokować (choćby uzyskując zasięg dla własnej artylerii) drogi odwrotu dla poszczególnych brygad na KTO. W trudnych warunkach i określonych okolicznościach, jednostki te miałyby problem z jakimkolwiek ruchem i byłyby bardziej podatne na oskrzydlenie, odcięcie i wreszcie okrążenie oraz zniszczenie przez przeciwnika.

Mocnym argumentem za zamianą trakcji gąsienicowej na kołową jest fakt, że obecnie WP dysponuje tylko przestarzałymi BWP-1. Tymczasem w zakresie KTO produkujemy nowoczesny sprzęt. Jednak jest to argument pozorny. Bowiem polski przemysł ciężki właśnie ukończył prace nad nowoczesnym Bojowym Wozem Piechoty „Borsuk”. Seryjna produkcja tego wozu powinna być uruchomiona lada moment, a więc czasokres zastępowania BWP-1 Borsukami nie będzie prawdopodobnie znacznie dłuższy niż zamiana BWP-1 na Rosomaki. Nadwyżki Rosomaków potrzebne są w tej chwili jako platformy do stworzenia specjalistycznych wozów przeznaczonych do różnego typu zadań (wozy rozpoznania, dowodzenia etc.). Ponieważ takich również brakuje w WP. Do czasu wprowadzenia Borsuków, należy zwyczajnie zmodernizować BWP-1, co jest planowane. Ponieważ wozy te nie muszą prowadzić natarcia w pierwszej linii, tylko przewieźć piechotę z punktu A do punktu B, w celu umocnienia konkretnych pozycji.

Ograniczenie liczebności kawalerii

Autorzy S&F promując wysoką mobilność Armii Nowego Wzoru, zdecydowali się w jej modelu na rezygnację z części sił pancernych. Porzucenie wozów PT-91 oraz T-72 bez zastępowania ich nowymi czołgami, zakłada redukcję ilości tego rodzaju sprzętu niemal o połowę. Co należy uznać jednocześnie za redukcję manewrowości i mogilności Sił Zbrojnych RP jako całości.

Kawaleria zawsze dawała i wciąż daje manewr oraz potencjał przełamania obrony przeciwnika. Innymi słowy, kawaleria jest manewrem. I impetem (przełamanie). Współczesna kawaleria to nic innego jak zgrupowania pancerne, które oprócz manewru i przełamania dają jeszcze odporność (pancerz). Należy być świadomym, że nie da się na współczesnym polu walki prowadzić oskrzydlenia, ofensywy lub kontruderzenia bez współczesnej kawalerii (powietrznej czy pancernej). Piechotę zawsze czeka rzeź przy szturmie na przygotowanego do obrony przeciwnika lub w zetknięciu w polu z siłami pancernymi. Dlatego jakikolwiek czołg jest lepszy niż żaden. O ile Pt-91 a już na pewno T-72 nie spełniają wymogów pola walki w bitwie pancernej przeciwko lepszym rosyjskim odpowiednikom, o tyle każdy PT-91 (a nawet T-72) będzie istotnym zagrożeniem dla wszelkich innych związków taktycznych przeciwnika. Umiejętne i odpowiednie użycie nawet przestarzałych – ale sprawnych – czołgów może dać przewagę na polu bitwy, doprowadzić do oskrzydlenia przeciwnika lub pozwolić na „złapanie” wrogich sił przeciwlotniczych, rakietowych, czy piechoty w ruchu. Tym samym, wozy te powinny być użytkowane dopóki nie zostanie zrealizowany – przewidziany zresztą w planie modernizacji SZ RP – program „Wilk”. Zastępowanie kawalerii jednostkami piechoty (nawet zmotoryzowanej czy zmechanizowanej) ogranicza pole manewru dowódcom oraz mobilność całej armii. Bez sił pancernych nie da się wykonać uderzenia oskrzydlającego czy przeprowadzić kontrofensywy. Innymi słowy bez czołgu na współczesnym polu bitwy trudno byłoby uzyskać na nim inicjatywę. Tymczasem bez inicjatywy, a więc zmuszania wroga do reagowania na nasze poczynania, tak by nie mógł realizować własnego planu, armia obronna jest skazana na statyczną walkę i oczekiwanie na ruchy przeciwnika. Wiedzą o tym Rosjanie, wiedzą o tym Amerykanie i Ukraińcy, wiedzą wreszcie o tym nasi wojskowi. W raporcie ANW przebija się natomiast brak świadomości tego faktu.

Sieć bunkrów dla 18 dywizji

Temat budowy bunkrów jest kolejnym, który przyniósłby efekt odwrotny do teoretycznie zakładanego przez zespół S&F. Siły pancerno-zmechanizowane są przeznaczone główne do bitwy manewrowej. Chodzi o wyprowadzanie uderzeń, kontruderzeń, natarć i odwrotów. Siły te winny być w ruchu. Jednocześnie gdyby siły pancerne uzyskały przełamanie na danym odcinku frontu, wówczas często celowym jest kontynuacja natarcia w celu oskrzydlenia lub okrążenia przeciwnika i przerwania mu linii zaopatrzeniowych. Innymi słowy, jednostki pancerno-zmechanizowane winny być przygotowane do głębokich uderzeń, a nie tylko do „kąsania”  i odskakiwania, którą to taktyką nie da się uzyskać rozstrzygnięcia w bitwie. Co za tym idzie, własne siły manewrowe (pancerno-zmech.) powinny dysponować odpowiednim zapleczem logistycznym podążającym za atakującymi jednostkami (wystarczająca ilość ciężarówek, cystern, czy sprzętu saperskiego, w tym przeprawowego). W tym zakresie SZ RP wymagają sporego nakładu inwestycyjnego. Co kosztuje. Tymczasem model ANW zakłada budowę ponad 100 bunkrów + obiekty pozorowane dla samej tylko 18 dywizji. Jej jednostki pancerno-zmechanizowane mają uderzać na przeciwnika, a następnie wycofywać się do bunkrów w celu serwisu i uzupełnienia zaopatrzenia. Co za tym idzie, jednostki 18 dywizji będą „przywiązane” do stałych punktów zaopatrzeniowych do których będą musiały wrócić po każdej jednej walce. Innymi słowy, uwiązywanie mobilnych sił pancernych do nieruchomych baz zaopatrzeniowych (bunkry) można przyrównać do sytuacji, w której właściciel psa wyszedłby z nim na spacer do parku i w celu dania mu większej swobody (manewru) przywiązał go na krótkiej smyczy do drzewa.

 

Spieszenie brygad powietrznodesantowych i przeformowanie w eksperymentalne jednostki dywersyjno-zwiadowcze

W raporcie ANW proponuje się przeformowanie obu elitarnych brygad powietrznodesantowych (6 i 25) w lekkie, piesze jednostki zwiadowczo-dywersyjne operujące w lasach. Innymi słowy, koncepcja zakłada zmarnowanie potencjału żołnierzy przeszkolonych w desancie powietrzno-lądowym (spadochroniarze lub desant ze śmigłowców)  i wykorzystanie ich do zadań na lądzie, jakie mogłaby wykonać zwykła  partyzantka. Tymczasem do prowadzenia obserwacji i dywersji, czyli działań nieregularnych,  nie potrzeba wcale regularnego wojska. A już z pewnością nie muszą wykonywać tego żołnierze, których szkolenie trwa najdłużej i pochłania największą ilość środków. Należy pamiętać, że szkolenie sił powietrzno-desantowych jest jednym z najcięższych i najtrudniejszych wyzwań. Spieszenie żołnierzy posiadających umiejętność desantu z w powietrza należy uznać za kompletne nieporozumienie. Do wykonywania zadań obejmujących obserwację oraz leśne działania dywersyjne na zapleczu wroga (wpisujące się w tzw. „zieloną taktykę”) można oddelegować i przeszkolić dowolną inną jednostkę piechoty i nie trzeba do tego marnować kadr dla całych dwóch brygad.

W zakresie przeszkolenia powietrzno-desantowego, rekrutacja do tego typu jednostek jest specyficzna. Potrzebne są wyjątkowe zdolności psycho-fizyczne. Nie każdy posiada takie cechy, więc nie każdy się nadaje. Jeśli „spieszymy” żołnierzy z brygad powietrznodesantowych, to w ich miejsce nie znajdziemy szybko zastępstwa (zwłaszcza z ogólnym problemem naboru). Piechur np. ze „zmechu” nie przesiądzie się z dnia na dzień do śmigłowca lub nie skoczy ze spadochronem. Tymczasem może pojawić się potrzeba użycia desantu powietrznego. Taki może wykonać tylko odpowiednio wyszkolony żołnierz (a nie dowolny). Tak więc wydzielenie do zadań obserwacyjno-dywersyjnych w leśnym terenie specjalistycznie wyszkolonych żołnierzy, jest najgorszym możliwym pomysłem. Zmarnowaniem potencjału i wieloletniego wyszkolenia.

Ewentualna rezygnacja z sił aeromobilnych skutkowałaby znacznym zmniejszeniem „marginesu błędu” w obronie Polski. Bowiem, jeśli w jakimś miejscu obrona będzie bliska załamania, lub przeciwnik złapie na danym odcinku „pustą przestrzeń” w marszu na niebronione przeprawy lub odcinki, wówczas Dowództwo Sił Zbrojnych RP nie będzie posiadało wysoce mobilnego odwodu zdolnego w bardzo krótkim czasie załatać dziury w obronie. W zasadzie koncepcja ANW rezygnuje z wysokiej mobilności sił aeromobilnych, które mogą okazać się przydatne tak w elastycznej obronie, jak również innego rodzaju sytuacjach, w których można byłoby wykorzystać ten potencjał nawet z zamiarem ofensywnym.

Ponadto tworzenie eksperymentalnych jednostek w sile brygady, lub nawet dwóch wydaje się być słabo przemyślanym pomysłem z innego powodu. Współczesne siły zbrojne są znacznie mniej liczne niż te z czasów II Wojny Światowej. Wówczas milionowe armie posiadające w strukturach sto i więcej dywizji, mogły sobie pozwolić nawet na „eksperymentalne dywizje”. Tymczasem Wojsko Polskie dysponuje 14 brygadami liniowymi (po 3 w każdej dywizji oraz 2 powietrznodesantowe). Wydzielenie z tych sił aż 2 brygad w celach eksperymentalnych jest obarczone dużym ryzykiem. Eksperymenty i testy nowego uzbrojenia oraz taktyki jego użycia, a także skuteczności powinny odbywać się współcześnie w jednostkach o sile batalionu lub dwóch. Eksperyment na dwóch liniowych brygadach i to elitarnych, może okazać się katastrofą. Jeśli przeciwnik będzie dysponował skutecznymi systemami anty-dronowymi (mikrofale, zagłuszanie WRE, czy wreszcie zwykła OPL), to może się okazać, że dwie nasze elitarne brygady są bezzębne a do tego nisko-mobilne. By nie rzec – bezużyteczne.

Jednocześnie przeceniana jest możliwość uderzeniowa oraz skuteczność powstrzymywania i nękania przeciwnika za pomocą amunicji krążącej. Wg koncepcji ANW dopiero kompania lekkiej piechoty (114 żołnierzy w polu) dysponować będzie łącznie 56 sztukami amunicji krążącej.

str. 253 raportu ANW

Można przypuszczać, że tego rodzaju „rój” rzeczywiście będzie już groźny i może przebić słabszą lub nieprzygotowaną obronę powietrzną. Jednak do zadania naprawdę bolesnych strat potrzeba będzie batalionu piechoty (417 ludzi w polu i 168 sztuk amunicji krążącej). To spora grupa, w której aż 417 ludzi jest zaangażowanych w kierowanie „rojem” 168 sztuk amunicji krążącej. To tak jakby do wystrzelenia 1 pocisku artyleryjskiego zaangażować 4 haubicoarmaty (bo tym jest amunicja krążąca – to jest rodzaj środka artyleryjskiego). I choć haubicoarmatę obsługuje czterech żołnierzy, to taki pojazd posiada spory zapas amunicji wobec czego może oddać kilkadziesiąt salw (z uwzględnieniem wozów amunicyjnych) a nie tylko jedną. Oczywiście lekka piechota miałaby pełnić również inne zadania – obserwacji  i namierzania celów. Jednak do tego rodzaju czynności znacznie lepiej nadają się niewielkie zespoły specjalnie do tego wyszkolonych zwiadowców. By mieć rozpoznanie w „strefie śmierci” nie trzeba angażować tysięcy ludzi i całych brygad. Nadto niezrozumiałym jest wysuwanie osamotnionej lekkiej piechoty w kierunku przeciwnika w sytuacji, gdy najnowsze wersje amunicji krążącej mają zasięg nawet 80 km. Nie trzeba ryzykować życiem tak znacznej ilości żołnierzy, którzy operowaliby w pobliżu wroga posiadając ograniczoną ilość amunicji (i potrzebę jej uzupełniania poprzez docieranie do skrytek).

Warto też pamiętać, że obecna technologia pocisków Warmate w zakresie ich wystrzeliwania, kierowania i namierzania na cel jest niewystarczająca. Należy poczekać na udoskonalenie sprzętu ciężkiego i wprowadzenie do linii wieloprowadnicowych wyrzutni amunicji krążącej (Chińczycy już mają). Tak, by jeden pojazd w jednej salwie mógł wystrzelić ok. 30-40 pocisków. Tak więc 3 pojazdy w baterii mogłyby za jednym zamachem sformować „rój” w ilości ok. 100 pocisków i zostać błyskawicznie przeładowane dzięki bliskości wozu amunicyjnego. Byłoby to znaczniej bardziej efektywne i nie angażowałoby setek żołnierzy. Należy również rozwijać technologię koordynacji, zarządzania i dowodzenia takim rojem, bo w tej chwili mogą być z tym spore trudności. Biorąc pod uwagę fakt, że tego rodzaju systemy o kilkusetkrotnie większej wydajności już powstają, zamiast robić z elitarnej jednostki powietrznodesantowej chłopców od puszczania „latawców z plecaka”, należy eksperymentalnie sformować dywizjon artyleryjski wyrzutni dronów. A więc jednostkę towarzyszącą siłom liniowym operującym w strukturze dywizji. Marnowanie potencjału całych dwóch brygad na mało wydajne plecaki z dronami to pomysł kompletnie nietrafiony. Jeden dywizjon wieloprowadnicowych wyrzutni (12-16 sztuk wyrzutni) będzie bardziej efektywny w zakresie walki za pomocą amunicji krążącej niż kilka tysięcy żołnierzy pochowanych w lesie. Tych żołnierzy można wykorzystać znacznie lepiej. Zwłaszcza, że we współczesnej armii to nie ilość sprzętu może okazać się problemem, a ilość żołnierzy w linii.

Należy również przypomnieć, że mamy szykować się do obrony Polski i zadania przeciwnikowi dużych strat. Tymczasem rozproszone po polskich lasach drużyny piechoty z dwóch elitarnych brygad + WOT, będą miały potencjał do zniszczenia tego lub owego pojazdu. Atakowania małych zgrupowań wroga, co nie będzie miało większego wpływu na ofensywę jednej lub nawet kilku armii. Zniszczenie kilkunastu pojazdów tu i ówdzie, w skali inwazji sił o liczebności stu tysięcy lub więcej, będzie niezauważalne dla postępu głównych sił wroga.

Reasumując, z uwagi na:

  1. Chęć pozbawienia Sił Zbrojnych formacji aeromobilnych,
  2. Bezsens wykorzystywania specjalistycznie wyszkolonych żołnierzy do zadań, które można powierzyć każdemu, w tym żołnierzom WOT-u,
  3. przestarzałą myśl w zakresie użytku nowych systemów pola walki (amunicja krążąca z plecaka),
  4. duże ryzyko wystawienia lekkiej piechot na walkę w osamotnieniu z przeciwnikiem dysponującym całym wachlarzem narzędzi eksterminacji,
  5. zbędne rozproszenie sił i środków, w mało liczebnej Armii Nowego Wzoru,
  6. małą efektywność działań dywersyjnych, bowiem zniszczenie tego czy innego pojazdu, nie będzie miało większego wpływu na przebieg kampanii i postęp czołówek rosyjskich, tak jak polska partyzantka miała znikome znaczenie w ciągach logistycznych III Rzeszy w czasie walki z ZSRR (Niemcy mieli ogromne problemy, ale nie z uwagi na polską partyzantkę),

pomysł przezbrajania 6 i 25 brygady powietrznodesantowej na spieszoną lekką piechotę wyposażoną w eksperymentalne uzbrojenie należy uznać za kompletnie pozbawiony logiki i sensu. Tego rodzaju siły (jeśli już chcemy je tworzyć) należałoby sformować z żołnierzy mniej elitarnych jednostek, które obecnie posiadają braki sprzętowe. Dodatkowo lekka piechota musi operować w zasięgu własnej obrony przeciwlotniczej, a najlepiej również w zasięgu własnej artylerii oraz relatywnie blisko trzonu sił głównych – tak by przeciwnik nie mógł skupić się na rozproszeniu, okrążaniu i eliminowaniu ukrytych jednostek, tylko musiał liczyć się z ewentualnym kontrnatarciem. Mając w zasięgu wzroku tygrysa, wróg nie mógłby uganiać się za nękającą go muchą.

 

Oszczędności na bunkrach i optymalizacja kadrowa

W tym miejscu – w kontekście kosztów i tego, na co nas stać – warto wrócić do pomysłu zespołu S&F na wybudowanie bunkrów o pojemności hal mieszczących nawet kilkadziesiąt pojazdów.  Warto zdawać sobie sprawę z faktu, że byłaby to potężna inwestycja budowy sieci ponad 100 bunkrów, które miałyby pomóc w wojnie o szacowanym czasokresie zaledwie 14 dni…

Tymczasem w raporcie ANW widać chęć jego twórców do oszczędzania środków finansowych, zwłaszcza na drogich systemach bojowych, które znacząco zwiększyłyby potencjał Sił Zbrojnych i podniosłyby je na wyższy poziom. Zespół S&F jest też przeciwny zwiększaniu liczebności armii (w rozumieniu ilości jednostek), również z powodów ekonomicznych. Tym bardziej dziwi, że autorzy koncepcji nie widzą problemu w wydaniu miliardów złotych na beton, który będzie stał w miejscu i który przydałby się tylko w jednym scenariuszu, o ile w ogóle.

Ponieważ należy pamiętać – jeszcze raz – że przeciwnik dysponuje satelitami obserwacyjnymi i dobrym rozpoznaniem z powietrza. Co za tym idzie mógłby w łatwy sposób – jeszcze przed wojną – obserwować prace budowlane, a także zaangażowane siły i środki w budowy konkretnych obiektów. Co za tym idzie, z dużą dozą prawdopodobieństwa mógłby na tej bazie oddzielić bunkry rzeczywiste od tych mających stanowić fałszywe cele. W efekcie, znając lokalizację umocnień, wróg mógłby dokonać uderzenia rakietowo-artyleryjskiego lub bombowego na wracające do nich zgrupowanie pancerno-zmechanizowane. Co zamiast zabezpieczać zaplecze logistyczne, stwarzałoby wręcz zagrożenie dla jednostek własnych.

Na szczęście w raporcie ANW zmodyfikowano pomysł polegający na przypisaniu 3 lub 4 załóg do jednego czołgu. Ograniczono tą liczbę do dwóch. Jednak wciąż dużym problemem byłoby zatrudnienie, wyszkolenie i utrzymanie olbrzymiej ilości kadr zajmujących się serwisem i logistyką. Pamiętajmy, że każdy ze stu bunkrów musiałby posiadać własne zaplecze, a ponadto sporą ilość zaopatrzenia.

Tymczasem zespół Strategy & Future nie przedstawił choćby szacunkowych kosztów takiej inwestycji – co pozwoliłoby ocenić, czy w ogóle jest ona warta realizowania i czy nie uszczupliłaby zbyt mocno środków MON, które można by przeznaczyć na coś innego.

 

Logistyka w cywilu

Innym pomysłem twórców raportu ANW jest powierzenie zadań logistycznych podmiotom cywilnym (s. 40 raportu):

Przede wszystkim należy rozwiać mit szerzony nie w samym raporcie, a w wypowiedziach i prezentacji dotyczącej ANW. Księgowość w armii jest prowadzona przez cywilów, a nie żołnierzy. Natomiast do końca nie wiadomo, skąd zaczerpnięto tego rodzaju „innowację” bowiem trudno jest znaleźć historyczny przykład na to, by ktokolwiek zdecydował się na powierzenie logistyki armii podmiotom prywatnym lub cywilom. I nic dziwnego.

W czasie wojny – gdy całe społeczeństwo jest trapione licznymi brakami zaopatrzeniowymi – zaopatrzenie dla wojska jest szczególnie istotne. Nie było chyba konfliktu zbrojnego, w którym część tego zaopatrzenia by nie przepadała (kradzieże, łapówkarstwo etc.) – i to będąc pod opieką żołnierzy. Strach pomyśleć co mogłoby się dziać, gdyby zaopatrzenie było zarządzane przez cywilów. Ci nie podlegają bowiem wojskowej jurysdykcji sądowej a zwłaszcza sądowi polowemu. W konsekwencji skala rozkradania mienia wojskowego mogłaby przebić wszelkie rekordy.

Trudno jest też sobie wyobrazić, by w trakcie trwania działań wojennych cywile – z narażeniem życia – wykonywali powierzone im obowiązki. Może tak być, ale nie byłoby narzędzia, które odstraszałoby ich od ewentualnej rezygnacji. Kontrakty cywilno-prawne lub nawet umowy o pracę to zupełnie coś innego niż służba wojskowa. Te pierwsze można zwyczajnie rozwiązać lub wypowiedzieć. Wstępując do wojska, dana osoba przewiduje co się może stać i jakie będą dla niej konsekwencje. Tymczasem cywile realizując np. transport towarów czy serwis sprzętu i urządzeń wojskowego „nie piszą się na wojnę” przystępując do pracy. Nastawienie mentalne takich ludzi jest zupełnie inne. Mało tego, musieliby mieć płacone rynkowe wynagrodzenia, jednak nie obowiązywałyby ich zasady panujące w wojsku (oszczędność na etatach żadna).

Nadto, należy mieć na uwadze fakt, że osoby zatrudnione na umowie o pracę mogą zwyczajnie rozwiązać umowę i wyjechać za granicę po lepsze zarobki (których nie przebijemy z uwagi na przelicznik walut euro/funt-złoty). Dotyczyłoby to zwłaszcza osób o wysokich kwalifikacjach i doświadczeniu.

Posiadając cywilną logistykę oraz zaplecze serwisowe, dowódcy nigdy nie mieliby pewności, czy gdy wybuchnie wojna to ich jednostki utrzymają zdolność bojową! Nadto w trakcie samych działań wojennych nie istniałyby mechanizmy przeciwdziałające „dezercji” cywilów.

W konsekwencji pomysł zespołu S&F dotyczący cywilnego zaplecza serwisowo-logistycznego de facto mógłby doprowadzić do kompletnego chaosu i braku wydolności jeśli chodzi o zaopatrzenie i obsługę techniczną Wojska Polskiego. Trudno to uznać za zwiększenie niezależności i autonomiczności armii.

Przebazowania dywizji na wschód (s.260)

Pomysł przebazowania polskich dywizji na wschód – w świetle opisanych wyżej okoliczności – należy uznać za zbędne marnotrawienie budżetu MON. Znaczne środki należałoby przeznaczyć na budowę całych baz wojskowych, poligonów i zaplecza technicznego dla dywizji z woj. Lubuskiego. Są to koszty, których poniesienia można by uniknąć. W świetle faktu, że niemożliwym jest przerzut wojsk rosyjskich na granicę Polski w taki sposób, byśmy o tym nie wiedzieli (co zostało wyjaśnione wcześniej) – oczywistym staje się, że Siły Zbrojne RP miałyby czas na dokonanie rozmieszczenia wojsk na planowanych pozycjach. Zwłaszcza, że przerzucenie polskich sił z woj. Lubuskiego do centrum (albo nawet na wschód kraju) jest przedsięwzięciem znacznie łatwiejszym i mniej czasochłonnym niż gromadzenie dziesiątek tysięcy ludzi i sprzętu transportowanych czasem z dalekiej Azji lub choćby spod Moskwy. Po raz kolejny warto podnieść, że zamiast niepotrzebnego inwestowania w beton, który może się w czasie wojny zupełnie nie przydać, lepiej jest zainwestować środki w odpowiednio liczny tabor. Nowe wagony, pociągi, ciężarówki, cysterny etc. Czyli sprzęt, który da później – tak w przypadku przerzutu w czasie pokoju jak i w sytuacji wojny – niezbędną mobilność dla jednostek Wojska Polskiego.

Nie bez znaczenia w temacie przebazowania polskich dywizji jest czynnik ludzki. Należy bowiem pamiętać, że rekrutacja żołnierzy konkretnych jednostek często opiera się o lokalną społeczność. Przymus zmiany lokalizacji ośrodka życiowego na stałe byłby czynnikiem, który mógłby skłonić wielu doświadczonych żołnierzy do odejścia ze służby.

Tego rodzaju okoliczności wymagają analiz i uzasadnienia do podjęcia decyzji o przebazowaniu jednostek (z uwagi na celowość i koszty) – czego w raporcie ANW nie zrobiono.

Zbędna Marynarka Wojenna

Jednym z większych mankamentów raportu ANW – choć trudno jest stopniować zastrzeżenia, bowiem tych ogromnej wagi znajduje się bez liku – jest kompletny brak rozpisania koncepcji bitwy powietrzno-morskiej, przy wsparciu własnych systemów lądowych.

Ponadto w rozdziale poświęconym obronie Bałtyku (od 341 strony), autorzy nie operują faktami, tylko powołują się na „rozmowy z Amerykanami” – czyli anonimowym podmiotem zbiorowym. Przy czym często używa się w tej części raportu takich zwrotów jak:

Przy podejmowaniu decyzji o wyborze taktyki walki morskiej oraz o potrzebnym uzbrojeniu, dobrze by było oprzeć się o coś więcej niż słowo „podobno”. Nadto należy zwrócić uwagę na ogólnikowość i nieprecyzyjność argumentów, które miałyby świadczyć o tym, że Polska nie potrzebuje Marynarki Wojennej. Autorzy S&F powołują się na „rozmowy” z anonimowymi „dowódcami dużych okrętów” (s. 342):

Należy zauważyć, że zespół S&F twierdzi w dalszej części raportu, że Polsce nie potrzebne są średniej wielkości okręty (typu fregata) – których przeznaczeniem jest operowanie właśnie na mniejszych i bardziej zamkniętych akwenach niż ocean – z uwagi na fakt, że Amerykanie będą niechętni do wprowadzania na Bałtyk całych swoich flot oraz dużych jednostek (oceanicznych) tj. lotniskowiec (przykład wprost wskazany w grudniowej prezentacji ANW) czy atomowy okręt podwodny. To trochę tak, jakby stwierdzić, że nie warto kupować samochodu osobowego ponieważ parkingi miejskie są zbyt małe dla autobusów…

Przy udowadnianiu, że na Morzu Bałtyckim nie będą mogły operować okręty nawodne – przez co Polsce nie potrzebna jest Marynarka Wojenna – zespół S&F powołał się na doświadczenia historyczne z II Wojny Światowej (s.351 raportu), kiedy to lotnictwo stanowiło potężne zagrożenie dla okrętów. Co należy uznać za kompletne kuriozum. Należy pamiętać, że w bitwach powietrzno-morskich z początku II WŚ brały udział okręty budowane w 20-leciu międzywojennym. W konsekwencji jednostki nawodne nie posiadały skutecznej obrony przeciwlotniczej, bowiem w czasie ich budowy nie zdawano sobie sprawy z tego, jak bardzo taka obrona okaże się potrzebna. Nadto, w czasie II WŚ z uwagi na ograniczenia technologiczne, okręty mogły bronić się przed wrogim lotnictwem w zasadzie dopiero w momencie gdy wrogie samoloty wchodziły w zasięg wzroku. Artyleria lufowa była mało precyzyjna, a samoloty wręcz nurkowały bezpośrednio nad celem by go trafić i zatopić. W raporcie o ANW przegapiono sto lat rozwoju technologicznego, na skutek którego na okrętach montowane są radary oraz wielowarstwowe systemy obrony przeciwlotniczej i przeciwrakietowej. W konsekwencji, współcześnie to okręt może być większym zagrożeniem dla lotnictwa niż samotne samoloty dla zespołu okrętów. Dziś okręty typu fregata najczęściej są pływającymi systemami przeciwlotniczymi. Doświadczenia z II WŚ mają się wobec tego nijak do współczesności, a przecież ANW miała być przygotowana do przyszłej wojny, a nie tej sprzed stu lat.

Mało tego, zdaniem S&F fregaty (bo głównie o kwestię ich posiada rozbija się temat) byłyby „białymi słoniami” zagrożonymi nie tylko z powietrza, ale i spod wody (s. 352).

Innymi słowy, zdaniem twórców raportu fregat nie warto posiadać, ponieważ zagrożeniem dla nich są między innymi okręty podwodne. I teraz należy spojrzeć kilka stron wcześniej, które zostały poświęcone na wykazanie, że okręty podwodne również nie są Polsce potrzebne, ponieważ byłyby zagrożone na wykrycie i zatopienie – zwłaszcza z powietrza (płytkość wód etc.). Tak więc S&F odradza posiadania okrętów podwodnych z uwagi na warunki Bałtyku i możliwość ich zatopienia, a jednocześnie odradza posiadanie fregat z uwagi na zagrożenie okrętami podwodnymi. Logika kryjąca się za pomysłem de facto likwidacji Marynarki Wojennej (a wraz z nią de facto przemysłu stoczniowego) poraża.

Tymczasem należy pamiętać, że fregaty są to okręty o wyporności pozwalającej zamieszczenia na nich jednocześnie różnego typu uzbrojenia. Polski Miecznik ma posiadać lądowisko na pokładzie dla śmigłowców przeznaczonych do ZOP (zwalczanie okrętów podwodnych). Ponadto fregaty same mogą być wyposażone w sonary, wyrzutnie torped oraz bomb głębinowych. To wszystko oprócz wielowarstwowej obrony przeciwlotniczej i przeciwrakietowej, radarów i urządzeń walki radio-elektronicznej (zagłuszanie sygnałów). W konsekwencji to nowoczesna fregata będzie stanowić zagrożenie dla wrogich: okrętów podwodnych, lotnictwa czy wreszcie innych nawodnych jednostek – a nie odwrotnie.

Z całości bardzo krótkiego i skąpego w argumenty rozdziału o Marynarce Wojennej można wywnioskować, że zespół S&F zakłada, że okręt klasy fregata należy do „dużych” jednostek. Wiele miejsca poświęcono na pokazanie, że płytkość Bałtyku nie pozwalałaby bez skrępowania operować właśnie tak „dużymi” okrętami (niższa manewrowość). Co również jest tezą nie posiadającą zupełnie pokrycia w faktach.

Przypomnijmy, że okrętem flagowym rosyjskiej Floty Bałtyckiej jest niszczyciel typu Sowriemiennyj o pełnej wyporności blisko 8 tys. ton (dwa razy większej niż standardowa fregata).  Warto pamiętać, że na Bałtyku pojawiają się od czasu do czasu na ćwiczeniach i manewrach rosyjskie okręty podwodne o napędzie atomowym (pomijam sensowność tego ruchu, jednak to pokazuje, że nawet takie ogromne jednostki nie mają problemu z pływaniem i manewrowaniem na Morzu Bałtyckim i pod jego powietrznią – ostatnia ich obecność to sierpień 2021r. ). Reasumując poświęcono sporo miejsca w bardzo krótkim fragmencie raportu o Marynarce Wojennej (zaledwie kilka stron z 340!)  na teoretyzowanie i stawianie teorii, które przeczą rzeczywistości, którą znamy od dziesięcioleci. Rzeczywistości, w której Rosjanie posługują się dużymi jednostkami na Bałtyku, Finowie zdecydowali się nabyć lekkie fregaty, Duńczycy i Niemcy posiadają własne fregaty, a Szwedzi żałują że wcześniej postawili na mniejsze korwety, które są podatne na atak lotniczy.

Tymczasem zabrakło odniesienia się do najbardziej ważkich argumentów w temacie, które padały wielokrotnie w debacie publicznej. Mianowicie nie zostało przedstawione i uzasadnione:

  1. W jaki sposób, jakim potencjałem przy użyciu jakiej taktyki i środków Rosjanie mieliby zatopić nowoczesnej polskie fregaty w 15 minut od rozpoczęcia wojny? Teza o 15 minutach została rzucona bodaj 4 lata temu i do dziś nie została uzasadniona (ani się z niej publicznie nie wycofano), a eksperci od walki morskiej ten zarzut zwyczajnie obalili (problem namierzania w czasie rzeczywistym ruchomego celu oraz nakierowania na niego pocisku i skoordynowania ataku saturacyjnego, a także przezwyciężenia systemów obronnych a także uniknięcie „wabików” – pomijając fakt, że Rosjanie mieliby olbrzymi problem z atakiem saturacyjnym, brak środków).
  2. W jaki dokładnie sposób ustawiona na wybrzeżu NAREW oraz Morska Jednostka Rakietowa miałyby ochronić newralgiczną infrastrukturę energetyczną w postaci kopalni ropy (polskie platformy wiertnicze na Bałtyku), terminalu LNG w Świnoujściu, czy infrastruktury Baltic Pipe (i innych) przed saturacyjnym atakiem morskim lub lotniczym, wykonanym z pułapu poniżej horyzontu radarowego? Zwłaszcza, że dwa miesiące temu Rosjanie zademonstrowali potencjalną możliwość ataku na polską platformę:

https://twitter.com/ron__PL/status/1453053248521351168?ref_src=twsrc%5Etfw%7Ctwcamp%5Etweetembed%7Ctwterm%5E1453053248521351168%7Ctwgr%5E%7Ctwcon%5Es1_&ref_url=https%3A%2F%2Fwww.tvp.info%2F56632683%2Frosyjskie-bombowce-przelecialy-w-okolicy-platformy-lotos-petrobaltic

  1. Dlaczego S&F postuluje zrezygnować z potencjału zdobycia przewagi nad Bałtykiem (co jest możliwe), odstraszenia rosyjskiej floty i lotnictwa z tej strefy oraz uniemożliwienia Rosjanom zagrażania Polsce od północnej strony? Fregaty to pływające „bąble” A2AD, przed którymi S&F oraz sam dr Jacek Bartosiak wielokrotnie przestrzegał. Czemu rosyjskie „bąble” są groźne, ale nasze byłyby łatwe do przebicia?
  2. Dlaczego S&F zaprezentowało mapkę walki na lądzie, ale zabrakło takiej w stosunku do ewentualnej bitwy powietrzno-morskiej nad Bałtykiem? Z mapy jasno wynikałoby, że polska flota mogłaby się w łatwy sposób „schować” przed rosyjskimi lądowymi rakietami przeciwokrętowymi, bowiem morze również posiada geografię, a Polskie wybrzeże posiada atuty w położeniu względem Obwodu Kaliningradzkiego. Nie przedstawiono żadnej analizy w kwestii walki o Bałtyk, ewentualnych zagrożeń ze strony Floty Bałtyckiej ,potencjalnych ruchów okrętów i samolotów rosyjskich nad Bałtykiem, słowem temat nie został w ogóle przenalizowany, ale tezy są dość mocne.
  3. Nie przedstawiono mocnych i słabych stron Rosjan jeśli chodzi o walkę na Bałtyku, a tymczasem geografia sprawia, że to strona rosyjska posiada fatalny dostęp do Morza Bałtyckiego i byłaby łatwa do zablokowania, co za tym idzie, to nie Polska i NATO muszą się obawiać wrogiej działalności na Bałtyku, a właśnie Rosjanie.

Reasumując, temat Marynarki Wojennej i ewentualnej koncepcji walki powietrzno-morskiej został potraktowany zdawkowo i po macoszemu. Nie przedstawiono żadnych wariantów ewentualnej walki na Morzu, żadnych wniosków z tego płynących, ani argumentów. Zamiast tego stwierdzono, że „na wiarę” Marynarka Wojenna nie jest potrzebna bo zostanie zatopiona i nie odegra roli. Co dziwne, mimo ,że program Miecznik nabrał rozpędu (a więc czy zespół Strategy & Future tego chce czy nie, prawdopodobnie będziemy mieć fregaty) , to nie przedstawiono żadnego pomysłu, w której taki potencjał można by wykorzystać. W koncepcji planu bitwy manewrowej nie ma słowa o działaniach na Bałtyku innych niż minowanie, nie przewidziano żadnego zastosowania dla Miecznika…

W tym miejscu wymagałoby zrobić to, czego nie wykonali autorzy raportu ANW. Czyli odpowiedzieć na pytania, do jakich zadań jest nam potrzebna Marynarka Wojenna? Temat ten jest rozległy i autor niniejszego opracowania zamierza poświęcić mu odrębny artykuł.  Zwłaszcza, że ten niniejszy rozrósł się do rozmiarów niemal dwukrotnie większych, niż zostało to założone. Ponadto szereg szkodliwych mitów wprowadzanych przez szefa S&F na temat Marynarki Wojennej oraz zatapiania okrętów przy pomocy lądowych wyrzutni pocisków rakietowych autor niniejszego opracowania dość szczegółowo – z uwzględnieniem tak mało istotnych zdaniem S&F „technikaliów” – opisał m.in. w tekście: „Polska Armia 2030 Część II”.

 

Brak koncepcji bitwy powietrzno-lądowej

Jedną z największych bolączek raportu ANW jest w zasadzie brak opracowania koncepcji bitwy powietrzno-lądowej oraz powietrzno-morskiej dla Sił Zbrojnych RP. Co jest o tyle zastanawiające, że już od czasów II Wojny Światowej lotnictwo pełni wiodącą rolę we wsparciu operacji lądowych. Bez panowania w powietrzu lub choćby neutralizacji wrogiej dominacji na tej płaszczyźnie, siły lądowe skazane są na klęskę. Tym bardziej zastanawia brak planów w tym zakresie, a jedynie postawienie zdawkowych tez przez zespół S&F w napisanym raporcie. Spośród 343 stron raportu ANW, lotnictwu poświęcono całe 5 (pięć) stron (s. 216-222).

Mało tego, z przedstawionych pomysłów w raporcie ANW w zakresie obrony przeciwlotniczej można wyciągnąć wniosek, że autorzy wręcz są pogodzeni z oddaniem Rosjanom panowania w powietrzu – choć otwarcie tego nie przyznają. Z rozmieszczenia własnych sił obrony przeciwlotniczej wynika, że rosyjskie lotnictwo będzie mogło niemal swobodnie (choć na niskim pułapie) operować nie tylko nad Bałtykiem, ale i nad niemal połową Polski (część wschodnia). Co da Rosjanom możliwość oskrzydlania lotniczego polskich sił, a także całego państwa, a także atakowania wielu newralgicznych celów. Utrudni to również stronie polskiej obronę oraz możliwość przewidzenia kierunku ataku.

To co cieszy to fakt, że pomimo wieloletniego kwestionowania przez zespół S&F potrzeby zakupu systemów obrony przeciwlotniczej średniego zasięgu (program Wisła) w samym raporcie o ANW dostrzeżono wreszcie potrzebę jej posiadania. Jednak wciąż twórcy ANW zdają się nie dostrzegać, że wielowarstwowość  OPL nie polega tylko na zastosowaniu różnego rodzaju systemów naprowadzania i niszczenia celów (naprowadzanie radarowe, na wiązkę lasera, podczerwień, optyczne, systemy rakietowe lub lufowe), operujących na różnych zasięgach (średni, krótki, bardzo krótki) , ale również na odpowiednim rozmieszczeniu radarów oraz efektorów budując pewnego rodzaju głębię taktyczną. Jest to niezbędne z uwagi na ograniczenia horyzontu radarowego, co wynika z kulistości Ziemi. Innymi słowy, jeśli posadowimy cały system przeciwlotniczy rozmieszczony tuż przy ostatecznej linii obrony (np. wzdłuż Wisły, lub w tzw. „trójkącie strategiczny”), to dla wszystkich zamieszczonych tam radarów, martwa strefa niewidoczna dla radarów będzie określona w podobnej odległości. Tak więc lecący poniżej linii horyzontu samolot będzie mógł podejść na np. 60 km pod cel, odpalić rakiety lub naprowadzane na cel bomby i bezpiecznie wrócić do bazy. To w bardzo dużym stopniu uwrażliwi polskie wybrzeże jak również siły lądowe (zwłaszcza stacjonujące w „strefie nękania”) na atak z powietrza. Dlatego siły PLOT rozmieszcza się warstwami – również mając na uwadze przestrzeń. Jedną z najważniejszych kwestii w planowaniu obrony powietrznej jest to, by rozmieścić własne radary i efektory jak najbliżej atakującego wroga oraz jak najdalej od potencjalnych celów, które by obrał. Tak by możliwie jak najszybciej dostrzec atakującego przeciwnika (nawet na niskim pułapie). Dlatego właśnie – co do zasady – zaraz przy froncie i na froncie funkcjonują systemy bardzo bliskiego i bliskiego zasięgu. Droższe systemy PLOT średniego zasięgu przeważnie rozmieszcza się w głębi. Mając wysunięty do przodu front (np. obrona nieopodal granicy) można również rozmieścić radary bliżej pozycji wroga. Bez obawy, że zostaną zniszczone przez wrogie siły lądowe. Dzięki temu, obiekty nawet nisko lecące nad ziemią mogą zostać wykryte znacznie szybciej. A rozmieszczone w głębi terytorium systemy średniego zasięgu – w oparciu o dane przekazane z radarów znad granicy – mogą razić pociski rakietowe i statki powietrzne lecące w dużej odległości od samej wyrzutni PLOT. (Dlatego tak istotnym jest wysunięcie radaru i obrony PLOT daleko od np. bronionego wybrzeża – by stworzyć głębie – do czego nadają się idealnie pływające A2AD w postaci fregat).

Bez wielowarstwowego rozmieszczenia OPL, Federacja Rosyjska w starciu z Armią Nowego Wzoru  miałaby miażdżącą przewagę powietrzną i możliwość uderzeń z powietrzna niemal na dowolny punkt na wschód od Wisły. O ile ANW zakłada mobilną i poruszającą się w ślad za np. czołgami obronę plot głównych związków taktycznych, o tyle kompletnie bez wsparcia przeciwlotniczego zostałoby wysunięte z przodu WOT czy spieszone brygady powietrzno-desantowe. Rosjanie mogliby ponadto bez problemu bombardować sobie dowolne obiekty infrastrukturalne i przemysłowe na wschodzie Polski. Mało tego, rosyjskie lotnictwo mogłoby próbować uderzeń nawet na bronione przez polską obronę powietrzną cele (z uwagi na wskazany powyżej brak głębi).

Największym jednak mankamentem braku głębi obrony przeciwlotniczej jest jej brak wsparcia dla polskiego lotnictwa nad połową polskiego terytorium. Przy zastosowaniu koncepcji ANW, Rosjanie mieliby w powietrzu ogromną przewagę. Tymczasem Polska byłaby w stanie uzyskać przewagę nad własną przestrzenią powietrzną, ale tylko w sytuacji silnej obrony PLOT z lądu współdziałającej z mniej licznym lotnictwem. Tam gdzie nie będzie „sięgać” obrona PLOT, tam polskie lotnictwo nie ma szans przeciwdziałania.  Zwłaszcza, że posuwającym się do przodu rosyjskim zagonom pancerno-zmechanizowanym będzie z pewnością towarzyszyła silna obrona przeciwlotnicza. W konsekwencji, jeśli Rosjanie wejdą np. na 70 km w głąb Polski, to ich systemy obrony powietrznej stworzą „parasol” nie tylko nad zajmowanym terytorium, ale i jeszcze nad częścią Polski, która będzie broniona przez Polaków. W efekcie, polskie lotnictwo będzie miało bardzo małe pole manewru w zakresie wspierania własnych sił lądowych oraz walki powietrznej z lotnictwem rosyjskim. Pomysł S&F na polską bitwę manewrową – a konkretnie rozmieszczenie OPL w głębi kraju – w zasadzie minimalizuje możliwości manewru dla polskiego lotnictwa.

Tymczasem planowana do zakupienia ilość Patriotów, jak również systemu NAREW daje podstawę do tego, by niemal całkowicie wypchnąć wrogie lotnictwo z polskiej strefy powietrznej. Zwłaszcza, gdyby Patrioty i Narew operowały w jednym systemie tak z radarami naziemnymi, jak i AWACS-ami oraz F-35, które byłyby trudno-wykrywalne dla wrogich radarów naziemnych i niezwykle trudne do namierzenia przez rosyjskie myśliwce (nie posiadające nowoczesnych radarów AESA). Łącząc wszystko w jeden system (który zakupiliśmy wraz z Patriotami – IBCS), Polskie lotnictwo wraz OPL mogłoby uzyskać przewagę w powietrzu nad Polską nie dzięki przewadze liczebnej, ale jakościowej. F-35 jest stworzony do wojny elektronicznej i zagłuszania wrogich radarów. Testy przeprowadzone przez Egipt dysponujący tak francuskimi Rafale (IV generacja) jak i rosyjskim Su-35 pokazały, że te ostatnie (z uwagi na słaby radar) są niemal bezbronne w walce powietrznej! Francuskie maszyny zagłuszyły radary Su-35 obezwładniając ich systemy namierzania celów, co w konsekwencji – w warunkach bojowych – prowadziłoby do łatwego zestrzelenia rosyjskich samolotów (bez strat własnych). F-35 ma podobne zdolności (o ile nie lepsze) jak francuski Rafale. W połączeniu z faktem, że F-35 mógłby przekazywać namiar na niewidoczne dla radarów naziemnych cele (za pośrednictwem IBCS) do Patriotów, przewaga liczebna Rosjan w powietrzu przestałby mieć znaczenie. Wyrzutnie Patriot oraz Narew mogłyby zestrzelić dziesiątki wrogich samolotów jedną salwą (kwestia rozmieszczenia systemów uwzględniając zasięg pocisków). I to zanim Rosjanie namierzyliby jakikolwiek polski myśliwiec. Tymczasem szef projektu S&F – dr Jacek Bartosiak – wielokrotnie wypowiadał się lekceważąco o wiedzy specjalistycznej z zakresu możliwości i potencjału użycia danego uzbrojenia. Z jego narracji wynikało niejako, że można planować taktykę na partię szachów, nie znając właściwości (ruch i bicie) figur w grze. Efekty tego rozumowania widać w raporcie ANW. Bowiem zespół S&F lekceważąc wiedzę z zakresu właściwości i sposobu użycia narzędzi (uzbrojenie), próbowało określić które z nich są zbędne (jak np. F-35, fregaty czy wcześniej OPL średniego zasięgu), a także wskazać ogólną taktykę użycia reszty. To się zwyczajnie nie mogło udać.

 

Model ANW – kosztowny powrót do przeszłości

Bolączką koncepcji budowy Armii Nowego Wzoru jest również brak założeń odnośnie kosztów i czasu, jakie byłyby niezbędne do wprowadzenia modelu promowanego przez S&F. Z jednej strony autorzy wciąż sugerują rychłość zagrożenia. Z drugiej, planują wymianę ponad tysiąca BWP co musi trwać latami. Podobnie jak budowa co najmniej stu bunkrów wraz z dodatkowymi „trefnymi” lokalizacjami. Czołgi M1A2 Abrams jeszcze nie zostały dostarczone, a zdaniem S&F powinny być obsadzone przez dwie – zapewne dobrze wyszkolone – załogi. Szkolenie załóg, gdy mają do dyspozycji dwukrotnie mniej sprzętu, odbywałoby się znacznie dłużej (mimo posiadanych symulatorów). Należy bowiem wyjaśnić, że nie powinno być tak, jak założyło S&F, że wycofane z linii PT-91 i T-72 stanowiłyby wozy szkoleniowe dla załóg do Abramsów i Leopardów… Zwłaszcza, że chodzi o szkolenie nie tylko czołgistów, ale i np. szerokiej rzeszy mechaników (bo każdy ze 100 bunkrów ma mieć swoje zaplecze serwisowe). Tego rodzaju pomysł nijak ma się do zamiaru uzyskania możliwie najwyższej jakości wyszkolenia. Ponadto spieszenie brygad powietrznodesantowych oraz stworzenie z nich „jednostek eksperymentalnych” również wymagałoby czasu. Tak więc Armia Nowego Wzoru nie jest lekką modyfikacją, która odpowiada na zagrożenia z najbliższej przyszłości. Rezygnacja z Marynarki Wojennej, ograniczenie roli lotnictwa oraz ww. pomysły należy raczej uznać za rewolucję zwłaszcza w obliczu trwającej od kilku lat przyśpieszonej modernizacji Sił Zbrojnych RP. Wskazać bowiem należy, że MON poczynił już zakupy, których szef projekt ANW chciał uniknąć i które krytykował. Nabyto F-35, Patrioty, Abramsy, a także zakontraktowano budowę fregat. W konsekwencji sceptycyzm co do użyteczności czołgów na współczesnym polu bitwy nie pozwolił autorom z S&F zrezygnować z sił pancernych czy obrony przeciwlotniczej średniego zasięgu (będącą jednocześnie obroną przeciwrakietową), czy nawet F-35. Choć dla tych ostatnich autorzy raportu o ANW nie rozpisali żadnych zadań. Natomiast z treści raportu można wnioskować, że program Miecznik miałby zostać przerwany.

można wnioskować, że program Miecznik miałby zostać przerwany.

Nadto, należy wskazać, że koncepcja ANW wymaga co najmniej dopracowania jak nie napisana kompletnie od nowa (ponieważ jest zbyt ogólna, wew. sprzeczna i nie odpowiada na podstawowe pytania: za ile i w jakim czasie?) a następnie przepracowania przez MON i MF (gdyby się na nią zdecydowano). W konsekwencji należy więc pamiętać, że zanim ANW nabrałyby bardziej dopracowanych i wiarygodnych kształtów, Siły Zbrojne RP będą na półmetku albo i nawet pod koniec obecnie realizowanej reformy i rozbudowy. I brakiem odpowiedzialności wykazałby się ten, który wyrzuciłby obecnie realizowany – za grube miliardy – program zbrojeniowy do kosza i zaczął wdrażać diametralnie inny. Ogromne straty poniósłby polski przemysł zbrojeniowy, który straciłby czas i środki na realizację takich programów jak Borsuk (już w zasadzie ukończony), Miecznik czy Wilk (które zapewne byłyby w trakcie realizacji).

Warto przy tym zauważyć, że koncepcja ANW nie jest innowacyjna tak, jak ją zapowiadano. Wiele zaimplementowanych przez zespół S&F pomysłów pochodzi z przeszłości. I tak:

  1. W zasadzie cała doktryna obronna założona przez S&F, w której polska armia ma wytrzymać do czasu pomocy NATO, jest powieleniem aktualnej i wieloletniej doktryny obronnej Sił Zbrojnych RP.
  2. Model małej, ale zawodowej armii był realizowana przez blisko ćwierć wieku po 1989 roku, a jej głównym zwolennikiem był sekundujący zespołowi S&F generał Stanisław Koziej, który zajmował przez długie lata najwyższe stanowiska w armii (pracował pod ministrami: R. Sikorskim i B. Klichem a w latach 2010-2015 pełnił funkcję szefa Biura Bezpieczeństwa Narodowego), S&F promuje ten sam projekt tylko w nieco zmienionej formie.
  3. Koncepcja zastosowania roju dronów przez lekką piechotę była sztandarowym pomysłem ministra A. Macierewicza, który obiecywał na sam początek 1000 dronów ( i szkoda, że tego nie zrealizowano) głównie z priorytetem dla WOT, tyle że program ten miał być wdrażany oprócz rozwijania sił pancerno-zmechanizowanych, a nie – tak jak to proponuje SF – ich zwijania.
  4. Pogląd, że drony będą kluczowym i niezwykle skutecznym środkiem bojowym na przyszłym polu bitwy oparty został na doświadczeniach z wojen w Libii i Górskim Karabachu, co wskazuje, że ANW ma być przygotowana do wojny, która już była, a nie tej która będzie: czyli takiej w której wojska będą nasycone wielowarstwową obroną przeciw-dronową (artyleria lufowa, lasery, mikrofale, drony anty-dronowe, pociski rakietowe anty-dronowe, systemy zagłuszania sygnałów – WRE).
  5. Kosztowny pomysł budowy sieci bunkrów pochodzi rodem z 20-lecia międzywojennego i nie uwzględnia nowych technik rozpoznania satelitarnego, na podstawie którego łatwo jest ustalić lokalizację bunkrów, a także ich rzeczywiste przeznaczenie.
  6. Pomysł budowy polskiego potencjału kosmicznego jest realizowany od wielu lat, Polska Agencja Kosmiczna została utworzona w 2014 roku i powoli zaczyna to przynosić efekty.
  7. Pomysł budowy polskich sił CYBER jest realizowany co najmniej od lutego 2019 roku, kiedy to formalnie powołano rządowego pełnomocnika, który rozpoczął budowę struktur Wojsk Obrony Cyberprzestrzeni. W lutym 2022 roku powołano ich dowództwo.
  8. Reforma prawa wojskowego zostanie zwieńczona przygotowywaną od lat ustawą o Obronie Ojczyzny, ma zostać lepiej uregulowana procedura zakupowa sprzętu wojskowego, która dotychczas utrudniała szybką realizację dostaw.

 

Innymi słowy, koncepcja ANW stworzona przez S&F to nic innego jak:

  • własny model armii wg pomysłów S&F,
  • zmodyfikowany, taktyczny plan obronny nazwany „polską bitwą manewrową”,
  • obecnie funkcjonująca doktryna obrona Polski,
  • obecnie realizowane zmiany w legislacji, ze zmianą w kwestii procedury przetargowo-zakupowej sprzętu wojskowego,
  • obecnie realizowane wyzwania w przestrzeni kosmicznej,
  • stworzone już wojska CYBER.

Postulatem słusznym, choć promowanym wcześniej przez dr Leszka Sykulskiego, jest odtworzenie tzw. obrony cywilnej. W tym zakresie nie widać, by Polska ruszyła z miejsca.

 

Podsumowanie raportu ANW i koncepcji wojny manewrowej autorstwa S&F

Choć liczące już sobie ponad 80 stron opracowanie nie wyczerpało tematu uwag i zastrzeżeń autora do raportu ANW, to jednak najważniejsze kwestie zostały poruszone oraz w miarę możliwości jak najbardziej wnikliwie przeanalizowane.

Najważniejszą konkluzją jest fakt,  że twórcy raportu ANW – będąc ekspertami z dziedziny geopolityki – założyli najbardziej dogodny dla Polski wariant geopolityczny, strategiczny i taktyczny, który byłby zarazem najbardziej ryzykowny i najmniej korzystny dla Federacji Rosyjskiej. Co przeczy zasadzie zgodnie z którą należy się szykować na najgorsze scenariusze. Jednowariantowość rozwiązań proponowanych przez zespół S&F w raporcie ANW doprowadziłaby do sytuacji, w której Siły Zbrojne RP byłyby kompletnie nieprzygotowane do innych niż ten założony (a co gorsza bardziej prawdopodobnych) scenariuszy. Tymczasem jedno na co Polska nie może sobie na pewno pozwolić – myśląc o ewentualnym starciu z takim przeciwnikiem jak Rosja – to brak wyobraźni.

W konsekwencji, S&F postanowiło przygotować Siły Zbrojne RP na najmniej prawdopodobny scenariusz i rzeczywistość zweryfikowała to założenie już po miesiącu. Jednak stworzony model Armii Nowego Wzoru oraz koncepcja bitwy manewrowej nie spełniają nawet wymagań postawionych przez samych twórców z S&F. ANW cechuje się bowiem:

  1. brakiem samodzielności strategiczno-taktycznej, zwłaszcza w zakresie:
  2. elastyczności do reagowania na różne scenariusze wojenne (przygotowana do jednego wariantu konfliktu ANW będzie uzależniona od sojuszników w każdym innym przypadku),
  3. elastyczności reagowania na różne działania Rosjan jeszcze w czasie pokoju, zwłaszcza w domenie powietrzno-morskiej, na niższych szczeblach drabiny eskalacyjnej, (uzależnienie od potencjału sojuszników),
  4. samodzielnej obrony polskiego wybrzeża, a także instalacji morskich, (sami autorzy ANW stwierdzają, że bez pomocy okrętów NATO Polska kompletnie oddaje władanie Bałtykiem stronie rosyjskiej mimo, że uwarunkowania geograficzno-polityczne premiują stronę polską),
  5. własnego potencjału do obrony przestrzeni powietrznej, tak pod progiem wojny jak również w czasie jej trwania (w ramach prowadzenia wojny powietrzno-morskiej i powietrzno-lądowej S&F zakłada de facto oczekiwanie na pomoc sojuszniczego lotnictwa),
  6. zdolności logistyczno-zaopatrzeniowych, zwłaszcza gdyby w wyniku sytuacji polityczno-geostrategicznej Siły Zbrojne RP musiały operować z dala od wybudowanych bunkrów,
  7. brak możliwości szybkiego wysłania sił powietrznodesantowych (które mają zostać spieszone) do państw sojuszniczych, co stanowiłoby narzędzie polskiej polityki zagranicznej (innymi słowy: pełna zależność w tym zakresie od sojuszników),
  8. totalnie defensywnej i nastawionej jedynie na reakcję doktryny obronnej (sygnał dla państw regionu: Polska myśli tylko o sobie, brak narzędzia politycznego),
  9. brakiem nowoczesnego podejścia do strategii obronnej, w tym:
  10. brakiem zrozumienia istoty prowadzenia bitwy manewrowej, w której:
  • jednostki kawalerii pancernej (nie posiadając póki co następcy) muszą pełnić główną i wiodącą rolę – zwłaszcza, gdy przeciwnik w ramach planów prowadzenia własnej bitwy manewrowej będzie dysponował ogromną ilością mobilnych, ciężkich jednostek pancerno-zmechanizowanych,
  • spieszone jednostki lekkie lub piechota zmechanizowana operująca na trakcji kołowej posiadają mniejszą mobilność i pole manewru niż siły powietrznodesantowe oraz pojazdy na trakcji gąsienicowej,
  • bunkry zaopatrzeniowe do których uwiązane są jednostki pancerno-zmechanizowane są przejawem statyczności obrony oraz ograniczaniem pola manewru dla wojska i dowódców,
  1. postawie opartej na koncepcję głębokiej obrony prowadzonej w centrum własnego terytorium, przy oddaniu sporej jego części przeciwnikowi,
  2. brakiem przejawu myślenia „do przodu”, czyli prowadzenia polityki, która miałaby uniemożliwić przeciwnikowi uzyskanie dogodnych warunków geostrategicznych, w których mógłby zaatakować Polskę,
  3. nierozumieniem ograniczonego potencjału amunicji krążącej używanej przez piechotę noszącą pociski w plecakach,
  4. brakiem wyciągnięcia słusznych wniosków z wojen w Górskim Karabachu oraz Libii w zakresie zastosowania bezzałogowych statków powietrznych (określona geografia promująca drony – góry, a także przeciwnik niedysponujący odpowiednimi systemami OPL oraz WRE, a także rozpoznaniem radarowym), a tym samym oparcie się na wyimaginowanych doświadczeniach wojen, które już były,
  5. brakiem uwzględnienia rozwoju systemów przeciw-dronowych,
  6. przyjęcia koncepcji skrytek zaopatrzeniowych, schronów i bunkrów rodem z II Wojny Światowej bez uwzględnienia nowoczesnych technik rozpoznania (w tym satelitarnego),

 

  1. brakiem mobilności (vide przejście na trakcję kołową, ograniczenie sił pancernych, spieszenie jednostek powietrznodesantowych, statyczna obrona miast na wschodzie przez WOT, uwiązanie do bunkrów zaopatrzeniowych, głęboko wycofana obrona powietrzna, rezygnacja z pola manewru tak w przestrzeni powietrznej jak i na Bałtyku, przyjęta statyczna taktyka obronna),

 

  1. brakiem reagowania na najważniejszych szczeblach drabiny eskalacyjnej (zwłaszcza zagrożeń w sferze dostaw surowców energetycznych, która to sfera uzależniona jest od infrastruktury przybrzeżnej i morskiej).

Z powyższego można wyciągnąć wniosek, że ewentualne skutki wprowadzenia pomysłów S&F w życie byłyby tak diametralnie różne od ich własnych założeń, że trudno nie oprzeć się wrażeniu, że gdyby twórcy koncepcji napisali różne pomysły na kartkach, po czym dokonali losowania na chybił trafił, to wówczas musieliby uzyskać większą zbieżność z poczynionymi założeniami niż ta, jaką uzyskali w raporcie ANW.

Dziś (tj. 21 lutego 2022 roku) nikt już chyba nie ma wątpliwości co do tego, że to Ukraina jest pierwszym i nadrzędnym celem do ewentualnych działań hybrydowych, a także militarnych. Kwestia ta była zresztą oczywista od ponad dwóch dekad, zwłaszcza po 2014 roku, kiedy to Rosja zaatakowała Krym i Donbas. Scenariusz zagrożenia Ukrainie wojną był łatwy do przewidzenia wiele lat wstecz. Autor niniejszego opracowania – by wykazać, że nie jest „mądry po fakcie” – sam napisał wiele analiz w tym temacie, w tym tą z 2019 roku pt.: „Do 2022 roku Rosja wywoła wojnę w Europie lub na Bliskim Wschodzie”.

W tym kontekście należy wskazać, że niezależnie od tego co się faktycznie wydarzy, Armia Nowego Wzoru już straciła na aktualności. Istnieją trzy możliwe scenariusze względem Ukrainy:

  1. Wieloletnia presja Rosji na Kijów (ciągłe przerzuty wojsk i groźby kierowane w stosunku do Ukrainy),
  2. Agresja na Ukrainę i porażka Rosji,
  3. Opanowanie Ukrainy przez Rosję (przy pomocy puczu lub militarne).

Każdy z tych wariantów będzie rodził skutki wykluczające scenariusz opisany przez zespół S&F. Bowiem albo większość armii Federacji Rosyjskiej będzie latami zaangażowana przeciwko Ukrainie (straszak), albo Rosja dozna porażki z Ukrainą a wówczas z pewnością nie będzie chciała kolejnej wojny z Polską i całym NATO. Wreszcie gdyby Rosjanie opanowali Ukrainę, to wówczas zagroziliby Polsce dwukrotnie większymi siłami niż zakłada S&F z dodatkowego – lwowskiego – kierunku. W takiej sytuacji ANW będzie kompletnie nieprzygotowana i zbyt skromna.

Ponadto, nawet przy hipotetycznym założeniu, że z jakiś przyczyn Rosjanie zaatakowaliby by NATO (Polskę) bez wcześniejszego zabezpieczania Ukrainy, „Pribałtyki”, Kaukazu, Azji Środkowej, czy nawet Bliskiego Wschodu to model Armii Nowego Wzoru oraz taktyka jej użycia proponowana przez S&F zminimalizowałyby polskie szanse na sukces.

W obliczu silnych i ciężkich zagonów pancerno-zmechanizowanych przeciwnika, poruszających się niczym ściśnięte pięści w głąb polskiego terytorium, lekkie polskie jednostki działające w rozproszeniu nie miałyby szans powstrzymać naporu przeciwnika. Polska potrzebuje silnych, dużych i ciężkich jednostek manewrowych (gąsienice) w jak największej liczbie – by móc przeciwstawić się takiej nawałnicy. Zrozumieli to Ukraińcy (wystarczy spojrzeć na kształt ich armii i kierunek reformy), rozumieją to również Amerykanie na których autorzy S&F lubią się powoływać. US Army – w przeciwieństwie do piechoty morskiej – powraca do dużych jednostek (dywizje zamiast brygad) opartych o ciężki sprzęt (jak najwięcej czołgów). Amerykanie stworzyli model super ciężkich dywizji przełamujących, które mają stanowić pięść pancerną amerykańskich sił lądowych. Tymczasem S&F – wbrew kierunkom modernizacji wszystkich mocarstw świata, a nawet państw średnich i małych tj. Finlandia – zdecydowało się na prowadzenie „bitwy manewrowej” przy pomocy lekkich związków taktycznych rozmieszczonych w lasach, oraz ograniczonych sił pancernych uwiązanych do bunkrów.

Jednocześnie tzw. teoria polskiego zwycięstwa zakłada zwycięstwo militarne polegające na pewnego rodzaju akceptowalnym „remisie” z Rosjanami. Zakłada się jednak (choć nie wprost), że to „zwycięstwo” zostanie okupione totalną dewastacją kraju w wyniku uderzeń bombowo-rakietowych. Innymi słowy, zwycięstwo wg S&F to nasza kompletna klęska, bowiem kosztem np. kilku zniszczonych batalionów, Federacja Rosyjska zdewastuje polską infrastrukturę i gospodarkę, a w konsekwencji wyeliminuje państwo polskie z geopolitycznej mapy Europy (jako podmiotu) na kolejne dziesięciolecia.

Z całą stanowczością należy powtórzyć, że samo nastawianie się na wojnę obronną przeciwko Federacji Rosyjskiej jest już intelektualną klęską Polaków i to zanim rozpoczną się działania wojenne. Polska powinna – wzorem mocarstw tj. USA czy Rosja, ale i mniejszy państw jak Izrael – bronić własnych interesów na terytoriach państw trzecich. A do tego potrzebny jest potencjał ofensywny, z komponentem ekspedycyjnym w Siłach Zbrojnych oraz reagowanie jeszcze w strefach buforowych. Poza granicami własnego państwa (potrzebne rozbudowane zaplecze logistyczne). By nie narażać się na dotkliwe straty. Nie potrzebujemy armii, której lekki charakter zmusi ją do ukrywania się i czekania na ruchy i ew. inwazję przeciwnika. Niezdolną do ochrony państwa i jego zasobów. Nie potrzebujemy odpowiednika Armii Krajowej walczącej po zniszczeniu państwa, niejako  w podziemiu (w lasach i bunkrach), bowiem Państwo Polskie istnieje, jest dobrze rozwinięte i należy bronić jego zasobów oraz ludność.

Polska musi zdobyć potencjał ofensywny oraz technologiczną przewagę. Dzięki dostępowi do zachodnich technologii i nowoczesnego uzbrojenia, możemy nadrobić stracone lata i wyprzedzić w modernizacji rosyjską armię. Rosjanie – osamotnieni i obciążeni sankcjami – bazują tylko na myśli technicznej Iwana. Tymczasem my możemy kupić F-35, wybudować nowoczesne fregaty z najnowocześniejszym uzbrojeniem na licencjach zagranicznych. Kupiliśmy Patrioty, a NAREW będzie oparta o zachodnią technologię. To jest właśnie ta właściwa droga (można się czepiać wykonania, czy dobra umowa czy zła etc, ale kierunek jest właściwy). Niezbędnym jest też oczywiście zwiększenie liczebności (jakby jej nie liczyć) armii. Wg autora niniejszego opracowania potrzebujemy  piątej dużej jednostki (niekoniecznie całej dywizji, na początek np. samodzielnej brygady), modernizacji floty i rozbudowy lotnictwa. Ponieważ Polska potrzebuje potencjału militarnego do oddziaływania w różnych sferach, scenariuszach i na różnych frontach. Zwłaszcza, że potencjalny przeciwnik (Federacja Rosyjska) będzie dysponował dużymi jednostkami z ciężkim sprzętem, a jego armia znacząco odbiega od tych, które walczyły dotychczas w XXI wieku. Czasy mini-armii na okres pokoju powoli się kończą. Masa ponownie będzie nabierać znaczenia. Zwłaszcza w naszym regionie.

Najlepszym wariantem dla Polski jest odstraszenie przeciwnika i nie dopuszczenie do inwazji. Odstraszenie to musi polegać na tym, by pokazać agresorowi, że Polska odpowie całym potencjałem i siłą na jakiekolwiek zagrożenie jej granic lub suwerenności. Nie może być tak, że odpuszczając obronę „strefy nękania” zaprosimy Rosjan do agresywnych ruchów. Bowiem będą mogli „za darmo” wejść i przejąć kontrolę nad granicznymi powiatami czy gminami. Nie możemy pokazać im, że jesteśmy wrażliwi na atak rakietowy, przeciw któremu nie mamy żadnej odpowiedzi i obrony. Nie możemy wreszcie nie mieć Marynarki Wojennej, która zniechęcałaby lub nawet uniemożliwiała wykonanie uderzeń lotniczych lub morskich na polskie platformy wiertnicze lub infrastrukturę przybrzeżną, choćby w postaci terminalu LNG w Świnoujściu lub Baltic Pipe. Zrezygnowanie z konkretnego potencjału (jak siły przeciwrakietowe, lotnictwo, marynarka etc.) sprawi, że właśnie te braki zostaną przez Rosjan wykorzystane.

Należy jeszcze raz wyraźnie podkreślić. Rezygnacja z potencjału Marynarki Wojennej, brak inwestycji w siły lotnicze oraz ograniczenie lub rezygnacja z ciężkich wozów bojowych (BWP czy czołgi) uzależniałyby bezpieczeństwo Polski od pomocy i dostaw sojuszników. Remedium na tą zależność wynikającą z posiadania zagranicznego sprzętu nie może być całkowita rezygnacja z danego wyposażenia. Taką właśnie Polskę i jej stricte defensywne siły zbrojne chętnie widzieliby Amerykanie. Bylibyśmy bowiem jeszcze bardziej od nich zależni oraz mniej samodzielni w polityce zagranicznej. Choć wątpię by model Armii Nowego Wzoru – również w zakresie koncepcji lądowych – usatysfakcjonował Amerykanów, którzy jednak woleliby, by SZ RP były zdolne chociaż do tej głębokiej obrony założonej przez zespół S&F.

Natomiast zdaniem autora niniejszego opracowania, zarówno w interesie USA jak i Polski jest to, by Siły Zbrojne RP dały potencjał sojuszowi NATO do operowania i oddziaływania w strefach buforowych (np. na Ukrainie). Tak by odstraszać ewentualnych przeciwników NATO jeszcze na przedpolach i nie dopuszczać do sytuacji, w której NATO musiałoby się bronić na własnym terenie. I takiej armii należy wszystkim nam życzyć.

 

Krzysztof Wojczal

geopolityka, polityka, gospodarka, prawo, podatki – blog

 

[i] Cytat z generała Waldemara Skrzypczaka

 

30 komentarzy

  1. Artykuł przyjemny dla oka i użyteczny. Na innych stronach formatowanie tekstu czasami woła o pomstę do nieba. Jak widzę ścianę tekstu to po prostu wychodzę. Tutaj odpowiednie odstępy i treść. Na pewno będę zaglądał tutaj częściej 🙂

  2. Analiza trafna, S&F(w szczególności JB) to taki odpowiednik Korwina jeśli chodzi o armię i geopolitykę. Bardzo dużo ogólników nie sprawdzonych teorii, spłycanie/upraszczanie złożonych zagadnień, granie na strachu/emocjach, podciąganie wszystkiego w subtelny aczkolwiek ewidentny sposób do spiskowej teorii dziejów. Wszystko to powoduje, że masa osób, która jest na takie uproszczenia podatna, została złapana i teraz wykłóca się w necie bezmyślnie w większości powielając puste hasła.

    1. Bartosiak ma swoje 5 minut i jest produktem marketingowym, celebryta. Na bezrybiu i rak ryba, gdzie konia kują to żaba nogę podstawia. Jest narcyzem a jako prawnik sprawdził się słabiutko wiec parcie na szkło ma ogromne,

      Jego obecność to zasięgi a zasięgi to więcej subskrypcji jego „treści„ bo rachunki płacić trzeba, i żyć z czegoś trzeba. Marketing i autopromocje ma dobra. A to ze gada bzdur i truizmy -a kogo to obchodzi? Prawdziwa cnota krytyki się nie boi.

Leave a Reply

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.