Kiedy i dlaczego należy spodziewać się drugiej ofensywy na Kijów? [ANALIZA]

Pierwsza faza pełnoskalowej wojny na Ukrainie – która rozpoczęła się 24 lutego 2022 roku – zakończyła się mniej więcej na przełomie marca i kwietnia. Wówczas to Rosjanie wycofali się z terenów ukraińskich na północy i północnym-wschodzie kraju. Jednocześnie rozpoczął się drugi etap działań zlokalizowanych głównie na południowym wschodzie Ukrainy. Na wschód od Charkowa, w Donbasie i wokół Mariupola. W tej fazie Rosjanie skoncentrowali siły i środki na wybranych odcinkach frontu i rozpoczęli mozolny podbój. Zdobywając w krwawych walkach kolejne metry, wsie i miejscowości. Poszukiwanie rozstrzygnięcia poprzez kolejne próby oskrzydleń i zamknięcia  ukraińskich obrońców w kotłach spełzły na niczym. Oczywistym też się stało, że porażki z pierwszych tygodni nie zniechęciły agresora, a decydenci z Kremla są zdeterminowani do prowadzenia wojny aż do zwycięstwa. W tym miejscu należy zadać sobie pytanie, jak to zwycięstwo wyobrażają sobie ludzie z Moskwy?

Jeszcze przed lutową inwazją większość ekspertów wskazywała, że celem ataku będzie zdobycie Donbasu, a przede wszystkim przebicie się drogą lądowa na zajęty przez Rosjan Półwysep Krymski. Jednak już w pierwszej godzinie starcia stało się oczywistym,  że władze z Kremla nie są zainteresowane ograniczonymi zdobyczami terytorialnymi. Głównym celem strategicznym okazała się być cała Ukraina, co w konsekwencji oznaczało, że Rosjanie muszą zdobyć stolicę państwa – Kijów. Skala rosyjskiej operacji oraz kierunki ataków w zasadzie w 90% pokryły się z przewidywaniami, jakie opisałem 3 tygodnie wcześniej w tekście pt.: „Czy Rosja dokona inwazji na Ukrainę i jak może ona przebiegać?”.

Jedna z grafik wykonanych 3 tyg. przed inwazją, przedstawiająca dwa kierunki uderzenia (północ, płn-wschód) oraz możliwy przebieg działań. Niemal idealne odzwierciedlenie rzeczywistego przebiegu ofensywy na tym odcinku.

I co by nie powiedzieć, tego rodzaju cel wojenny jest jedynym, który dałoby się jakoś uzasadnić. Bowiem zdobycie kolejnego ukraińskiego obwodu lub dwóch nie zmienił sytuacji Federacji Rosyjskiej na arenie międzynarodowej. Mało tego, rozpoczynanie wojny w celu uzyskania kolejnego skrawka terytorium, które Moskwa musiałaby następnie utrzymywać nie miało sensu. Zwłaszcza w kontekście wysokiego ryzyka zwiększenia sankcji na Rosję, jej dalszej izolacji politycznej, a także ewentualnego odcięcia rosyjskich surowców energetycznych od europejskiego rynku. Tak więc zyski z ewentualnego zwycięstwa wojennego musiałyby być dużo większe niż ewentualne straty. Z tych powodów, prawdziwym – a nie tylko propagandowym –  sukcesem Rosjan będzie przejęcie kontroli nad Kijowem i szerzej, nad całą Ukrainą. Wówczas Władimir Putin mógłby rozmieścić całą swoją armię z zachodnich okręgów na granicy NATO (w tym na granicach Polska-Ukraina, Rumunia-Ukraina). Następnie rosyjski dyktator mógłby postawić Amerykanów przed dylematem: „albo prowadzicie z nami drugą zimną wojnę, co zmusi was do kosztownego utrzymywania licznych ciężkich jednostek lądowych w Europie Środkowej, albo zgodzicie się na nasze warunki i wówczas będziecie mogli zająć się Chinami”. Terytorium Ukrainy jest tutaj więc kluczowe, bowiem chodzi o zyskanie kolejnych dwóch kierunków operacyjnych przeciwko Polsce oraz zagrożenie Mołdawii, a także Rumunii. Na chwilę obecną wymienione państwa regionu, a także państwa bałtyckie, nie byłyby przygotowane do samodzielnej obrony tak szerokiego frontu. Dzięki temu Moskwa mogłaby wywrzeć presję na Waszyngton. Jednocześnie Ukraina stanowi dla Rosji cel sam w sobie. Bez Kijowa, Rosja jest o wiele słabsza a jej strefa wpływów zostaje wypchnięta mocno na wschód. Ponadto Ukraina dążąca do UE i NATO jest – z perspektywy Kremla – zagrożeniem.

Z tych wszystkich względów należy podkreślić, że od 24 lutego 2022 roku strategiczny cel inwazji rosyjskiej nie uległ zmianie. Rosjanie atakują w tej chwili z mniejszym rozmachem i na krótszych odcinkach tylko dlatego, że nie posiadają na ten moment zdolności na realizację bardziej ambitnych planów. Jednak należy założyć, że skoro celem pozostał Kijów, to strona rosyjska wcześniej czy później spróbuje po niego sięgnąć. Wydaje się to być tylko kwestią czasu.

Z tej perspektywy, ograniczenie ofensywy do rejonu Donbasu i prowadzenie wojny na wyniszczenie należy traktować jako etap przejściowy. Fazę, która ma z jednej strony pozwolić na przeorganizowanie rosyjskich sił, a także ponowne i lepsze zaplanowanie kolejnych operacji. Natomiast z drugiej strony, Rosjanie postanowili przetrzebić ukraińskie siły przy wykorzystaniu przewagi w sile artylerii lufowej i rakietowej. W pierwszym etapie inwazji Rosjanie zdecydowali się na zajęcie Kijowa, by szybko zakończyć wojnę. W wielu miejscach obchodzono punkty oporu pozostawiając je za swoimi plecami. Przez to strona rosyjska ponosiła nieproporcjonalnie wysokie straty w stosunku do strat obrońców (co budowało dodatkowo ukraińskie morale). Teraz jednym z głównych zamierzeń Rosjan jest osłabienie i wyniszczenie ukraińskiej armii oraz złamanie woli walki.

Choć ukraińskie straty nie są jawne, to dla osób uważnie śledzących przebieg konfliktu oczywistym stało się, że Ukraińcy zaczęli ponosić znaczące straty tak w ludziach jak i sprzęcie. Pojawiło się znacznie więcej nagrań z udanych rosyjskich akcji. Z drugiej strony, brak ogłoszenia mobilizacji po stronie Rosjan jest zastanawiający. Bez napływu świeżego rekruta, trudno jest uzupełniać straty, rotować zmęczonymi jednostkami, a przede wszystkim uchronić armię przed nieproporcjonalnie dużym odsetkiem strat wśród doświadczonej i lepiej wyszkolonej kadry.

Niezależnie od rosyjskich postępów, a także problemów, na podstawie przebiegu trwających walk można ocenić, że takie tempo ofensywy nie zwiastuje jednak szybkiego zwycięstwa (rozumianego jako opanowanie Kijowa i Ukrainy). Tymczasem wydarzenia na froncie nie są jedynym zmartwieniem Rosjan.

 

Czas ucieka

Przedłużająca się wojna na Ukrainie nie jest na rękę Rosji. Władze z Kremla mają świadomość tego, że de facto ścigają się z czasem. Postępy na polu bitwy są niewystarczające w stosunku do spodziewanego momentu, w którym zachodnie sankcje naprawdę zaczną działać. I choćby z tych powodów spodziewanie się, że oblicze wojny nie zmieni się ponownie, nie znajduje uzasadnienia.

Żyła czarnego złota

Mówi się o tym, że sankcje na rosyjską ropę mogą nie przynieść spodziewanych efektów, bowiem Rosja znajdzie alternatywne kierunki eksportu – np chiński czy indyjski. Nie jest to do końca prawdą.

Ropociąg Syberia Wschodnia – Ocean Spokojny składający się z dwóch nitek (WSTO lub ang. ESPO) został ukończony w grudniu 2012 roku (druga nitka – WSTO-2), a w 2019 roku Rosjanie doprowadzili do pełnej przepustowości tej infrastruktury. Cała inwestycja kosztowała Rosjan ok. 25 mld dolarów. Łączna maksymalna przepustowość obu nitek wynosi obecnie 80 mln ton ropy na rok (ok 1,6 mln baryłek/dzień). Dzięki nim Rosjanie mogą eksportować czarne złoto bezpośrednio do Chin, a konkretnie do miejscowości Dacing.

Sieć rosyjskich ropociągów z zaznaczonym odcinkiem WSTO (k. czerwony) oraz Przyjaźń (k. żółty). Widać również liczną infrastrukturę portową w Chinach, w zakresie odbioru ropy drogą morską.

Chiny po 2017 roku stały się największym importerem ropy na świecie (wyprzedzając USA). Chińskie potrzeby importowe ropy w 2020 roku wyniosły blisko 11 mln baryłek/dzień (przy konsumpcji ok. 14 mln baryłek/dzień).  Innymi słowy, nawet gdyby cały ropociąg WSTO wykorzystać na potrzeby Państwa Środka, to Rosjanie byliby zdolni do pokrycia tym rurociągiem zaledwie ok. 15% zewnętrznych potrzeb Chińczyków. Do tego dochodzi jednak droga morska. W maju 2022 roku Rosjanie zdołali osiągnąć ogólny pułap dostaw ropy do Chin na poziomie dziennym 1,98 mln baryłek. I to mniej więcej pokazuje górne granice rosyjskich możliwości w tym zakresie, które stanowią ok. 18% całego chińskiego importu ropy.

I choć Rosja stała się największym dostawcą ropy do Chin, to nie zmienia to faktu, że jest to jedyny liczący się dostawca realizujący kontrakt poprzez infrastrukturę lądową. Natomiast blisko połowę deficytu ropy Chińczycy uzupełniają importem z Zatoki Perskiej. Ważnymi kierunkami są również: Angola, Brazylia czy Wenezuela. W konsekwencji ponad 80% importowanej ropy jest ściągana do Chin drogą morską (w tym część ropy rosyjskiej).

Dane te pokazują, że władze z Pekinu – w zakresie dostaw czarnego złota – wciąż są bardziej zależne od globalnych, morskich szlaków handlowych niż od rosyjskich ropociągów. Mało tego, o ile Chińczycy byliby w stanie zastąpić rosyjski surowiec dostawami z innych kierunków (drogą morską), o tyle Rosjanie nie mogliby zaspokoić potrzeb Państwa Środka w przypadku np. hipotetycznej blokady morskiej. Innymi słowy, Chińczycy mogą zrezygnować z rosyjskiej ropy, ale nie mogą sobie pozwolić na odcięcie morskich dostaw surowców energetycznych.

Jednocześnie, nawet maksymalne wykorzystanie chińskiego kierunku eksportowego nie zastąpi Rosjanom odbiorców z Europy. W 2020 roku cały eksport rosyjskiej ropy kształtował się na poziomie ok. 4,65 mln baryłek/dzień (w 2019 roku było to nawet 5,25 mln b/d). Sprzedaż do państw UE (z Wielką Brytanią) składała się na ok. 45% zysków, a wraz z Turcją i USA na blisko połowę całych rosyjskich dochodów ze sprzedaży ropy naftowej . Przy czym eksport odbywa się głównie poprzez:

  1. ropociąg Przyjaźń (północna nitka przez Polskę i południowa przez Ukrainę), którego łączna maks. przepustowość wynosi ok. 1,4 mln baryłek/dzień,
  2. naftoport Primorsk, na Morzu Bałtyckim w Obwodzie Kaliningradzkim,
  3. naftoport Noworosyjsk na Morzu Czarnym,
  4. naftoport Ust-Ługa (od 2012r.), w obwodzie leningradzkim nad Zatoką Fińską, zasilany z ropociągu BTS-2.

Warto pamiętać, że naftoport Ust-Ługa oraz ropociąg BTS-2 zostały zbudowane w 2012 roku celem ominięcia Polski jako państwa tranzytowego i wykluczeniem polskiego Naftoportu w Gdańsku jako pośrednika w eksporcie rosyjskiego surowca drogą morską.

Patrząc na ww. infrastrukturę widać wyraźnie, że pomimo tego, że najłatwiejszym i najtańszym połączeniem z dostawcami z Europy jest to lądowe (rurociągi), to Rosjanie rozbudowali infrastrukturę portową na Bałtyku i Morzu Czarnym. Tak by móc szantażować takie państwa jak Polska, Białoruś czy Ukraina ewentualnym odcięciem dostaw czarnego złota. Jednocześnie nafto-, węglo- i gazo- porty nad ww. akwenami (a także gazociągi Nordstream, South Stream czy Turk Stream) mają pozwalać na nieskrępowany eksport surowców energetycznych do Europy Zachodniej z pominięciem wskazanych państw. Rosjanie zaczęli  więc realizować politykę budowy tzw. energetycznego ronda wokół Polski już kilkanaście lat temu. Licząc zapewne na to, że w przypadku problemów w polityce z Waszyngtonem, uzależniony od rosyjskich surowców Berlin (ale także np. Amsterdam, Rzym i inne stolice UE) stanie po stronie Rosjan, a podatne na szantaż energetyczny państwa Europy Środkowo-Wschodniej nie odważyłyby się na sprzeciwianie osi Berlin-Moskwa.

Jednakże w przypadku gdy UE również nakłada sankcje na rosyjskie surowce, wówczas bez znaczenia jest, którędy gaz czy ropa będą transportowane. W związku z agresją na Ukrainę, 3 czerwca Unia Europejska przyjęła szósty pakiet sankcji przeciwko Rosji i Białorusi. W ramach tego pakietu KE wprowadziła embargo na ropę naftową z Rosji sprowadzaną drogą morską. Jednocześnie UE zamierza do końca 2022 roku ograniczyć import rosyjskiej ropy o 90%.

To stawia Rosjan w bardzo trudnej sytuacji, zwłaszcza, że niektóre państwa dotychczas importujące czarne złoto za pośrednictwem ropociągu „Przyjaźń” (jak Polska) także rezygnują z rosyjskich dostaw. Ponadto należy pamiętać, że wykorzystanie „Przyjaźni” zależy w zasadzie od Polski i Ukrainy.

W takiej sytuacji władze z Moskwy mogą starać się wykorzystać istniejącą infrastrukturę portową na Bałtyku i Morzu Czarnym do eksportu surowców do państw spoza UE. Jednak po pierwsze, wówczas cena rosyjskiego surowca wzrośnie o koszty transportu. Po drugie, jego transport i tak będzie uzależniony od państw UE i NATO. Bowiem nie da się wyjść z Morza Bałtyckiego nie korzystając z Kanału Kilońskiego (Niemcy) lub Cieśnin Duńskich. Natomiast droga na Morze Czarne prowadzi przez cieśniny tureckie, a następnie Morze Egejskie (kontrolowane przez Grecję). W konsekwencji, jeśli Zachód przestanie kupować rosyjską ropę i zablokuje dla Rosjan szlaki morskie, to Moskwa nie będzie mogła przekierować wydobywanego surowca na inny kierunek.

Poniższe grafy pokazują, że jeśli chodzi o eksport rosyjskiej ropy drogą morską, to najbardziej dochodowymi portami są te na… Bałtyku (Primorsk i Ust-Ługa).

Widać wyraźnie, że aż 2/3 dochodów generują w tym przypadku wspólnie porty na morzach: Bałtyckim i Czarnomorskim. Oba akweny mogą być z łatwością zablokowane przez Państwa NATO (Dania/Turcja) lub nawet samą Unię Europejską (Dania/Grecja). To czy tak drastyczne kroki prawno-polityczne zostaną podjęte to jedna kwestia. Drugą jest faktyczna realizacja ewentualnych sankcji w tym zakresie. O ile blokada cieśnin tureckich lub dalej Morza Egejskiego lub zachodniej części Morza Śródziemnego byłaby fizycznie możliwa, o tyle na Morzu Bałtyckim lokalni gracze nie dysponują odpowiednią przewagą nad rosyjską Flotą Bałtycką (chyba, żeby liczyć Niemców). Problem ten opisałem szerzej w ostatnim artykule pt.:Czy Rosja zareaguje siłą na Fińskie dążenia do NATO? – Bezpieczeństwo na Bałtyku”. Tak więc – poruszając nieco kwestię polskiego bezpieczeństwa na Bałtyku – w naszym interesie jest by wystawić odpowiednio silną Marynarkę Wojenną, która wspólnie z sąsiadami znad Morza Bałtyckiego byłaby w stanie blokować rosyjski handel morski i zamykać Flotę Bałtycką w portach. Jest to kolejny bardzo ważny argument przemawiający ZA rozbudową floty morskiej, którego nie ująłem wcześniej w tekście: „Po co nam Marynarka Wojenna?”. Wyobraźmy sobie, że wspólnie z Duńczykami i Szwedami (którzy też musieliby zainwestować we flotę) mielibyśmy dostateczną siłę by całkowicie blokować Rosjan na Bałtyku. Tu nawet nie chodzi o to, czy do takiej blokady by doszło, tylko o to, że wówczas decydenci z Warszawy (w porozumieniu z Kopenhagą i Sztokholmem) mogliby decydować co się dzieje na Bałtyku bez pomocy Anglosasów. Co za tym idzie, mielibyśmy większą siłę przebicia w NATO oraz konkretne argumenty by wymagać od sojuszu bardziej stanowczej postawy wobec Moskwy.

Gdyby MW dysponowała odpowiednią siłą, wówczas ściągnięcie najbliższych sojuszników i sformowanie odpowiednio silnego zespołu okrętów mogłoby pozwolić na zamknięcie Rosjan w porcie a nawet stawianie blokady morskiej na transport cywilny. Samo posiadanie takiej możliwości dawałoby argumenty polityczne.

Wracając do tematu rosyjskich rynków zbytu na ropę. Nawet gdyby zbiornikowce wciąż miały możliwość swobodnego rejsu, to innym problemem Rosjan jest znalezienie odbiorców. Japonia (w 2020 roku udział 2,77% w rosyjskich zyskach z eksportu ropy) oraz Korea Południowa (6,75%) nie tylko mogą nie zwiększyć importu, ale jeszcze go ograniczyć. Z uwagi na sojusz z USA. Pozostają więc Chiny i Indie. Te drugie mają jednak bardzo blisko do Zatoki Perskiej, tak więc tylko odpowiednio niższa cena (uwzględniająca koszt transportu) może je przekonać do odbioru rosyjskiej ropy (zwłaszcza, że ropa Ural jest gorszej jakości). Tak się rzeczywiście dzieje. Rosjanie dają duże rabaty, dzięki czemu przekonali Hindusów do odbioru swojej ropy, co jednak zmniejsza zyski, a i tak nie zastąpi rynku europejskiego jeśli chodzi o wolumen sprzedaży. Tak więc pole rosyjskiego manewru jest bardzo ograniczone.

Rosjan ratuje fakt, że póki co na rynku jest za mało surowca, by całkowicie zastąpić rosyjską ropę. Nawet zwiększenie wydobycia przez Arabów oraz włączenie na rynek Wenezueli i Iranu, nie wyrówna deficytu. Na to potrzeba lat na inwestycje (choćby w Wenezueli i Iranie właśnie). A należy pamiętać, że do drugiego porozumienia z Iranem może w ogóle nie dość. W konsekwencji tego, że popyt znacznie przewyższa podaż (zwłaszcza po sankcjach na Rosję), ceny ropy poszybowały w górę. Dzięki temu Rosjanie mogli przez pewien czas zarabiać więcej niż przed inwazją mimo, że przez okres trwania pełnoskalowej wojny na Ukrainie sprzedawali mniej surowca. To się jednak wkrótce zmieni, bowiem wolumen eksportu ma drastycznie zmaleć do końca roku (vide decyzja UE o embargu od 5 grudnia). W takiej sytuacji rosyjski budżet będzie musiał ponieść ogromne straty. Jednocześnie już chyba nikt nie ma wątpliwości, że nadchodzi globalna recesja. W przypadku kurczenia się gospodarek (mniejszy obrót) spadnie również zapotrzebowanie na paliwa. To z kolei może doprowadzić do sytuacji, w której rosyjska ropa przestanie być tak potrzebna, a ceny ropy na rynku spadną.


Kup książkę lub ebooka. 400 stron analiz i ok. 200 stron prognoz na najbliższe 10 lat. Dowiedz się co jeszcze, oprócz przewidzianej wojny ukraińsko-rosyjskiej w 2022 roku, może czekać poszczególne kraje świata, w tym Polskę:

TRZECIA DEKADA. Świat dziś i za 10 lat


Bomba gazowa

Eksport ropy naftowej stanowi dla Rosjan najważniejsze i największe źródło zysków. Dochody ze sprzedaży gazu są znacznie mniejsze. Jednak dostawy gazu stanowią dla wielu gospodarek wyższy priorytet (energetyka), niż import ropy. Między innymi z tych powodów Federacja Rosyjska była zawsze bardziej skłonna używać jako broni politycznej właśnie dostaw gazu. Bowiem szantaż zakręceniem kurków z gazem bywał często bardziej bolesny dla odbiorcy (zwłaszcza w okresie grzewczym), a jednocześnie mniej odczuwalny dla Rosji. Problem w tym, że to właśnie na rynku gazowym dochodzi do największych rewolucji, jeśli chodzi o łańcuchy dostaw. Dotychczas najbardziej uzależniona od rosyjskiego gazu Europa Środkowa niebawem stanie się niezależna (vide inwestycje w terminale LNG: Świnoujście, Kłajpeda, Gdańsk, Krk, a także w Baltic Pipe). Jednocześnie na gazowym rynku mocno zamieszali Amerykanie, którzy weszli ze swoim LNG pozyskiwanym z łupków. Gdy w grudniu Putin ograniczył dostawy gazu do Europy, to właśnie USA wysłało odsiecz do UE w postaci 40 statków wypełnionych gazem.  Temat rynku gazowego w Europie poruszałem wielokrotnie, między innymi w tekście: „Polska stanie się energetycznym hubem dla Europy środkowo-wschodniej?”.

Warto natomiast podkreślić, że m.in. dzięki USA problemem nie jest ilość potrzebnego surowca (tak jak w przypadku ropy, której wydobycie światowe jest zbyt niskie by całkowicie zastąpić źródło z Rosji) tylko infrastruktura. Niemcy dla przykładu nie posiadają własnego terminalu LNG (choć miał być już budowany), a niemal dekadę temu Angela Merkel storpedowała budowę gazociągu Turkmenistan-Azerbejdżan-UE . W efekcie kaspijski gaz wydobywany przez Turkmenistan popłynął na wschód. Do Chin, które zainwestowały w gazociąg Azja Centralna-Chiny. Dzięki temu, Pekin nie musiał budować drugiej nitki gazociągu z Rosji i ograniczył się tylko do jednego połączenia: Siły Syberii. To ostatnie połączenie zostało otwarte niedawno, a jego maksymalna przepustowość porównywalna będzie do tej z gazociągu Jamal przez Polskę (zaledwie 38 mld m³/rok, dla porównania Azja Centralna-Chiny oraz Nord Stream mają przepustowość po 55 mld m³/rok, podobnie jak Nord Stream II.). Innymi słowy, Chińczycy doskonale wiedzieli do jakich celów Rosjanie używają gazu i zadbali o to, by nie zależeć w tej materii od Moskwy.

Tak więc oceniając całe sąsiedztwo Rosji – od Dalekiego Wschodu po Europę Zachodnią – to właśnie Europejczycy byli najbardziej zależni od rosyjskiego gazu. Chiny w dużym zakresie pozyskują surowiec z innych kierunków (Azja Centralna, a także poprzez terminalne LNG z całego świata), Azja Centralna własnego gazu ma po kurki, a Zakaukazie i Turcja pozyskują gaz z Morza Kaspijskiego (jako alternatywa dla tego z Rosji).

Tymczasem Europa Środkowo-Wschodnia uniezależnia się od dostaw z Moskwy, a Europa Zachodnia może skorzystać z amerykańskiego LNG lub gazu z Norwegii. Największy problem mają Niemcy. Bo choć są wpięci w unijną sieć gazociągową, to sieć ta była budowana z myślą o redystrybucji rosyjskiego gazu, który trafiałby Nord Streamami do Niemiec. Oczywiście gaz może płynąć w drugą stronę, szkopuł w tym, że infrastruktura pozwalająca odbierać inny gaz (np. norweski czy amerykański) państwom ościennym jest zbyt mało rozbudowana. Innymi słowy w sytuacji kryzysowej każdy będzie walczył o zaspokojenie własnych potrzeb i nie będzie żadnych większych nadwyżek surowca by pchnąć go dalej do Niemiec. Dlatego aktualnym priorytetem Berlina winno być zbudowanie własnego terminalu LNG. A to potrwa lata.

Mapa z 2017 infrastruktury gazowej w Europie. Porty LNG w Świnoujściu i Kłajpedzie są już czynne. Zbudowano także połączenie gazociągowe między Polską a krajami Bałtyckimi (po Estonię). Kończony jest Baltic Pipe z Morza Północnego przez Danię do Polski. Natomiast terminal w niemieckim Wilhelmshaven po 5 latach debat wciąż tylko “w planach”.  Źródło – DIW 2018, based on Kai-Olaf Lang and Kirsten Westphal, “Nord Stream 2 – Versuch einer politischen und wirtschaftlichen Einordnung,“ SWP Studie S21 (2016); ENTSO-G, Capacity Map (2017).

Infrastruktura służąca do odbioru dostaw gazu to jedno, ale casus terminalu LNG we Freeport pokazuje, że należy zabezpieczyć również obiekty służące do wysyłania surowców. Wspomniany amerykański gazoport zupełnie nieoczekiwanie 9 czerwca uległ awarii (eksplozja). Tymczasem to główny terminal eksportowy USA, który obsługiwał europejski rynek. Jego naprawa może potrwać miesiące. To są jednak krótkotrwałe przeszkody, które nie odwrócą postępującej i niekorzystnej dla Rosjan tendencji. Decydenci z Kremla tracą gazowe lewary. I to w mojej opinii było jednym z głównych powodów, dlaczego Putin zdecydował się na atak na Ukrainę właśnie teraz, co opisałem w tekście z września 2019 roku: „Do 2022 roku Rosja wywoła wojnę w Europie lub na Bliskim Wschodzie”.

 

Rubel na skraju załamania?

Wielu komentatorów uważa, że sankcje zachodu na Rosję są mało efektywne. Czego ma dowodzić wręcz umocnienie rubla w stosunku do wartości  sprzed 24 lutego 2022 roku. Po lutowo-marcowym załamaniu rosyjskiej waluty, władze podjęły gwałtownie wiele działań jednocześnie, by uratować rodzimą walutę (np. ograniczono możliwość wymieniania rubla). Efekt? Z kursu 158 rubli za dolara (początek marca) wartość rosyjskiej waluty wzrosła i jej przelicznik wynosi teraz ok. 53 do 1$.

Jednak tak skrótowe postawienie informacji i wyciągnięcie z niej daleko idących wniosków prowadzi na manowce. Realna wartość rubla na rynku jest bowiem znacznie niższa. Kupują go tylko ci, którzy muszą. Innymi słowy, jeśli jakieś państwo nie może zrezygnować dziś z importu rosyjskich gazu i ropy, a za sprawą decyzji Putina musi płacić w rublach, to państwo to rzeczywiście nabywa ruble. To zwiększa popyt na rubla a więc korzystnie wpływa na jego wartość. Problem w tym, że niebawem może zabraknąć podmiotów, które będą potrzebowały rubli. Właśnie z uwagi na uniezależnianie się od dostaw rosyjskich surowców oraz możliwość odcięcia Rosjan od alternatywnych rynków zbytu. Jeśli tak się stanie, wówczas ruble będą na świecie warte mniej niż papier na którym zostały wydrukowane. I w pewnym zakresie już tak zresztą jest. Na komercyjnym rynku rubel jest obecnie śmieciem. Sankcje dotyczące handlu z Rosją i w Rosji sprawiają, że dla firm zachodnich stracił on wartość. Zwyczajnie go nie potrzebują (i nie chcą), ponieważ np. przestały prowadzić biznes w Rosji i z kontrahentami z Rosji (a nawet jeśli do transakcji dochodzi, to raczej w dewizach – bo tak jest bezpieczniej).

Polityka Putina, reakcja zachodu oraz wciąż trwająca wojna i związana z nią niepewność sprawiają, że tylko spekulanci nastawieni na ogromne ryzyko są zainteresowani nabyciem rubla. Kto nie musi ich mieć, rubli się pozbywa – zwłaszcza teraz, gdy kurs jest korzystny. Dlatego władze z Kremla wprowadziły zakaz wymiany rubli na obce waluty da Rosjan, co dobiłoby rubla. Ryzyko jest tak wielkie, że rosyjski rynek stał się jeszcze mniej atrakcyjny, jeśli chodzi o zbyt. Również dla Chińczyków. Chiński przedsiębiorca z filią w Moskwie, który sprzedaje  swoje towary lub usługi w Rosji otrzymuje zapłatę w rublach. Pomijając fakt, że w Rosji stopa zwrotu jest bardzo niska, a teraz będzie jeszcze niższa bo społeczeństwo ubożeje, to z zarobionymi rublami coś trzeba w takiej sytuacji zrobić. Albo zainwestować w Rosji (ryzyko!) albo przewalutować. Czyli sprzedać ruble i kupić dolary lub juany. Ale żeby sprzedać ruble, to ktoś musi chcieć je kupić 🙂 W tej chwili chętnymi na ruble są albo spekulanci (margines) albo państwa kupujące od Rosji gaz lub ropę. Jeśli sprzedaż tych surowców znacząco spadnie, to ruble przestaną być potrzebne komukolwiek – za wyjątkiem samych Rosjan. W takiej sytuacji kapitał zagraniczny (nawet z państw teoretycznie przychylnych Rosji) będzie uciekać z rosyjskiego rynku.

Oprócz tego nawet najbogatsi Rosjanie uciekną z majątkiem w złoto, dolary lub euro – jeśli będą mogli (legalnie lub nielegalnie). A ubożsi nie będą w stanie kupić importowanych towarów z uwagi na ich wysoką cenę (vide spadek rubla). Brak dostępności towarów lub drożyzna, widoczny gołym okiem kryzys, rządowa propaganda (wszyscy uderzają w Rosję, walczymy z całym Zachodem – trzeba się nastawić na trudny czas) – to wszystko zmultiplikuje w głowach Rosjan ryzyko głębokiego kryzysu. Co wobec tego zrobi rozsądny Rosjanin? Będzie oszczędzał. Wymieni ruble na złoto. Zgromadzi zapasy. Czym to może skutkować? Zmniejszeniem: konsumpcji (po chwilowym jej wzroście), obrotów, przepływów pieniądza, a w konsekwencji spadkiem PKB i produkcji (co już jest widoczne). Recesja i spadek produkcji doprowadzą do jeszcze większego zubożenia społeczeństwa i… Lawina śnieżna rusza. Jednocześnie gdy pieniądz nie krąży, to traci na wartości…

Jednak siła Rosji nie leży w społeczeństwie i jego zamożności. Władze z Moskwy żyją ze sprzedaży surowców i importu potrzebnych technologii i urządzeń pozwalających, jeśli nie na rozwój, to chociaż na utrzymanie tego co jest. Tymczasem przy potencjalnym załamaniu rubla, państwowy import np. z Chin zdrożeje. W zasadzie przy krachu rosyjskiej waluty, może się okazać, że Rosjanie będą prowadzić wymianę handlową z Chinami na zasadzie barteru. Ropa za technologie , zboże za elektronikę,  etc. W dłuższej perspektywie będzie musiało to doprowadzić Federację Rosyjską do zapaści i upadku. Przepaść technologiczna między Rosją a resztą świata zacznie się pogłębiać i to skokowo.

Tu oczywiście wybiegliśmy nieco w przyszłość, bo stan na dzień dzisiejszy jest tak, że rubel jest teoretycznie najmocniejszy od kilku lat. Tyle, że to też jest dla Rosjan problemem. Bowiem kontrakty na sprzedaż gazu i ropy były zawierane w cenach określonych w dolarach. Innymi słowy, nawet jeśli teraz ktoś płaci za rosyjską ropę w rublach, to i tak wysokość ceny w rublach ustalana jest na podstawie kursu rubel-dolar. Im rubel silniejszy, tym Rosjanie otrzymują mniej rubli za jedną baryłkę… To z kolei ma negatywny wpływ na budżet Federacji Rosyjskiej, która wyciąga z posiadanych koncernów naftowych zyski i zasypuje nimi potrzeby finansowe państwa (zamiast inwestować w rozwój technologii i infrastrukturę związanych z wydobyciem).

Tak duże wahania rubla w tak krótkim czasie (na przełomie 2-3 miesięcy) są objawem słabości a nie siły tej waluty i gospodarki rosyjskiej. Jednocześnie gdy embargo na rosyjskie surowce stanie się faktem (grudzień 2022), wówczas kurs rubla ponownie będzie szukał dna.Tym razem problem będzie trudniejszy do naprawienia (niż to miało miejsce teraz), bowiem krajową walutę będą osłabiać również czynniki wewnętrzne. To już nie będzie krótkotrwały efekt paniki związanej z decyzją polityczną (atak na Ukrainę), tylko problem strukturalny zwiastujący długotrwały kryzys.

W tym miejscu proponuję zerknąć na świetne zestawienie danych ekonomiczno-gospodarczych opublikowane w Ośrodku Studiów Wschodnich: „gospodarka-rosji-zapowiedz-kryzysu”, gdzie przedstawiono sporo grafik z danymi. Wg nich od kwietnia 2022 roku handel detaliczny w Rosji spadł aż o blisko 10% licząc rok do roku. PKB w kwietniu skurczyło się o 3% r/r. Zaczęła również spadać produkcja przemysłowa (-1,6%), a roczna inflacja w maju 2022 wyniosła 17,5% (oficjalna). Przy czym należy pamiętać, że jeśli chodzi o konsekwencje związane z inwazją na Ukrainę, to dopiero początek.

Kiedy Rosjanie rozpoczną kolejny etap wojny?

Z powyższych danych i wniosków wynika, że prawdziwe problemy w rosyjskiej gospodarce zaczną się prawdopodobnie najpóźniej na początku 2023 roku. Jeśli fala kryzysu głęboko dotknie rosyjskie społeczeństwo, to wzrostowy trend poparcia Rosjan dla wojny przeciw Ukrainie może się odwrócić. To może skutkować niezadowoleniem społecznym, większym sceptycyzmem wobec władz, a także krytyczną opinią na temat skuteczności ich działania. Oczywiście kremlowska propaganda będzie próbowała wykorzystać negatywne czynniki na swoją korzyść. Już dziś obserwujemy „narzekania” niektórych publicystów i propagandzistów rosyjskich na to, że władze z Moskwy nie zdecydowały się przeprowadzić mobilizacji i uderzyć na Ukrainę z pełną siłą. Te „narzekania” – w mojej opinii – są fałszywą krytyką, która ma de facto przekonywać rosyjskie społeczeństwo do tego, że należy jak najszybciej wygrać wojnę. Za wszelką cenę. W tym celu trzeba przeprowadzić mobilizację i zakończyć temat ofensywą na bardzo szeroką skalę, przy użyciu wszelkich dostępnych sił i środków.

Dzięki tak stanowczym działaniom – jak będą starali się przekonywać propagandziści – będzie można podpisać pokój na własnych warunkach, przejąć kontrolę nad Kijowem, a przede wszystkim zmusić Zachód do współpracy. Wówczas problemy wew. Rosji znów zostałyby zasypane gotówką pochodzącą ze sprzedaży surowców energetycznych, a w dalszej perspektywie powrotem zachodniego kapitału do Rosji (inwestycje/miejsca pracy/technologie).

Niemniej nawet takie przedstawienie sytuacji, może nie wystarczyć. Jeśli wojna będzie się przedłużać i rodzić długotrwałe negatywne skutki dla społeczeństwa i gospodarki, to nawet przy poczuciu słuszności prowadzenia konfliktu, Rosjanie mogą sobie zacząć zadawać pytanie: „skoro wojna się tak przedłuża przez co mamy takie problemy, to czy powinniśmy ją kontynuować?”.

Z pewnością spora część społeczeństwa – jak to w Rosji bywa – pozostanie na stanowisku wspierania polityki Władimira Putina. Jednak odsetek ludzi niezadowolonych lub wątpiących będzie rósł. Wobec czego na decydentach z Kremla ciąży presja nie tylko gospodarcza, ale i społeczna.

Czy armia jest gotowa?

Do tego wszystkiego dochodzą aspekty militarne. Nawet gdyby wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazywały, że Rosjanie powinni ponownie uderzyć na Kijów, to bez odpowiedniego potencjału wojskowego nie będzie to możliwe. I w tej kwestii jest najwięcej wątpliwości. Ponoszone na Ukrainie straty – nawet jeśli szacować je niżej niż jest to podawane – i tak są spore. Natomiast gdyby Rosjanie myśleli o ponownej, szeroko zakrojonej operacji, wówczas musieliby się przygotować lepiej niż poprzednim razem. I zabrać zdecydowanie większą ilość żołnierzy i sprzętu. Bo to głównie brak liczebności zadecydował o klęsce na odcinkach północnym i północno-wschodnim (kierunek Kijów). Oddziały czołowe zajmowały znaczne połacie terytorium na kierunku z Kurska i Orła, jadąc dalej na Kijów i zostawiają za sobą pustą przestrzeń. Nie było komu bronić zaplecza logistycznego i już zdobytych terenów. Mało liczebnie wojska rozdrabniały się wraz z każdym kilometrem, co groziło ich rozbiciem lub przerwaniem linii komunikacyjnych i okrążeniem. Rosjanom zabrakło sił by okrążyć Czernichów i kontynuować natarcie na Kijów od wschodu, mimo, że zdołali podejść na dogodne pozycje, które umożliwiłyby tego rodzaju akcje. Wniosek? Wydaje się, że bez zgromadzenia znacznie większych sił i przeprowadzenia mobilizacji (by nie osłabiać armii pilnujących innych granic/regionów), Rosja nie będzie zdolna do ponownej wyprawy na naddnieprzańską stolicę.

Trudno jest też oszacować ewentualny stan przygotowań (i czy w ogóle takie są prowadzone). Co jakiś czas pojawia się nowe nagranie o ściąganiu przez Rosjan sprzętu ciężkiego z odległych okręgów. Z magazynów wyciągane są również stare wozy np. czołgi T-62. Jednak nie widać by były jakoś masowo niszczone przez Ukraińców. To skłania do przekonania, że zwożony od ok. 2 miesięcy sprzęt nie trafia od razu na pole bitwy, a jest prawdopodobnie przeznaczany w dużej części do uzupełnień jednostek, które poniosły znaczne straty w czasie lutowo-marcowych zmagań. Czy jest go na tyle dużo, by zwiększyć liczebność rosyjskiej armii na Ukrainie w stosunku do stanu wyjściowego z 24 lutego? Nie wygląda na to, choć należy pamiętać, że w chwili obecnej większość oczu jest skierowana na front i działania bojowe – a nie na rosyjskie zaplecze.

Wydaje się jednak, że rosyjskie władze przygotowują się na scenariusz mobilizacyjny, także od strony formalno-prawnej. Niedawno podniesiono o 10 lat granicę wieku osób, które można powołać z poboru (wcześniej pobór obejmował osoby w wieku 18-40 lat). Mówi się także o wysyłaniu w rejon Ukrainy ludzi przebywających na przeszkoleniu wojskowym, a także rezerwistów i ochotników bez takiego przeszkolenia. Jednak aktualna skala tego zjawiska dowodzi raczej chęci uzupełniania strat w jednostkach walczących, a nie formowania kolejnych ugrupowań szykujących się do ofensywy.

Warto również zwrócić uwagę na Białoruś. Bowiem w mojej ocenie, do ponownego uderzenia na Kijów będą musiały zostać wykorzystane siły białoruskie. Oraz kierunki pomocnicze: z Brześcia na Kowel, z Stolina na Sarny, a być może również z Mozyrza na Korosteń. Białoruska armia nie jest ani liczna, ani dobrze wyposażona, a do tego może mieć mniejszą motywację do wojowania niż żołnierze rosyjscy. Niemniej z perspektywy Kremla nie ma to znaczenia. Chodzi o to, by rozproszyć ukraińskich obrońców na maksymalnej ilości odcinków. Białorusini nie będą musieli wygrywać, ba – mogą nawet zginąć. Byleby tylko związali dostatecznie długo część ukraińskich sił daleko od głównego kierunku uderzenia. W tym celu możliwe jest stworzenie mieszanych rosyjsko-białoruskich związków taktycznych.

I tutaj warto obserwować obecne działania Aleksandra Łukaszenki. Bowiem zaczął on ostatnio wypowiadać się w sposób (oskarżanie Ukrainy o prowokacje), który później mógłby usprawiedliwić czynny udział Białorusi w konflikcie. Ostatnio pojawiła się również informacja o tym, że przy granicy białorusko-ukraińskiej Mińsk rozstawił imitowane wozy bojowe. Co miało prawdopodobnie przekonać Ukraińców o potrzebie obrony tegoż kierunku i zamiast np. wzmacniania obrony w Donbasie. Z drugiej strony, gdy Ukraińcy to już odkryli, pewnej nocy kartony i balony mogą zostać zastąpione realnym sprzętem. Także czujność jest tutaj ciągle wymagana. Na tym przykładzie należy również zakładać, że podobną metodę stosują Rosjanie. Wobec czego rozpoznanie prawdziwych intencji Rosjan oraz sił jakimi rzeczywiście dysponują na podstawie zdjęć satelitarnych może być coraz trudniejsze.

Wszystko co zostało wyżej opisane, to jedynie poszlaki, które mogą ale nie muszą niczego dowodzić. Niemniej, w mojej ocenie, są to sygnały o rozpoczęciu pewnego procesu (przygotowanie się do ostatecznej rozprawy z Ukrainą), który będzie prawdopodobnie lepiej dostrzegalny za kilka tygodni lub nawet miesięcy.

Należy również pamiętać o tym, że mimo sporych strat (20-30 tys. ludzi ok. 700-1500 czołgów i 2-4 tys. poj. opancerzonych w zależności od różnych szacunków), Siły Zbrojne Federacji Rosyjskiej liczą sobie od 750 do 900 tys. żołnierzy, a najlepszym sprzętem (jak np. czołgami T-90) dysponowano dotychczas oszczędnie (a więc ich obsługą/załogami również). Czołgów z rodziny T-90 Rosjanie posiadają kilkaset, a na Ukrainie stracili kilkanaście-kilkadziesiąt. Wydaje się, że Rosjanie rzucili na pierwszy ukraiński ogień jednostki wyposażone w starszy sprzęt, a straty tego najlepszego liczone są przez OSINT-owców w sztukach w skali kolejnych tygodni. Rosja oszczędza również lotnictwo. I nic dziwnego, bowiem Siły Powietrze są im niezwykle potrzebne, jeśli chodzi o poczucie bezpieczeństwa wobec NATO. Zachód posiada znacznie lepsze samoloty, a przewaga w powietrzu może okazać się decydująca na współczesnym polu walki. Zwłaszcza w kontekście rozległego rosyjskiego terytorium, którego strefy powietrznej nie sposób bronić przy użyciu lądowych systemów przeciwlotniczych. Rosjanie są w stanie postawić obronę w postaci kilku “bąbli” A2AD wokół najważniejszych celów, jednak bez lotnictwa, reszta przestrzeni powietrznej byłaby podatna na penetrację ze strony wrogiego lotnictwa – zwłaszcza maszyn budowanych wg technologii stealth (tak, to tylko nazwa technologii, bo chodzi o trudnowykrywalność, a nie niewidzialność – co wiadomo już od początku XXI wieku, bowiem F-22 weszło do produkcji jeszcze 1997 roku a F-35 oblatano w 2006).

Biorąc to wszystko pod uwagę, a także szereg ocen różnych osób analizujących konflikt na Ukrainie, trudno jest ocenić realny potencjał Rosji. Nie wiadomo bowiem jaka jest rzeczywista skala strat, a jednocześnie trudno stwierdzić, w jakim stanie znajduje się reszta rosyjskiej armii i czy Kreml ma możliwość rzucenia sił z innych kierunków, czy też już wyczerpał wszystkie „wolne” zasoby, które mogły zostać oddelegowane na Ukrainę.

Niezależnie jednak od powyższego pamiętać należy, że choć wielkość strat może świadczyć o tym, że Rosja nie będzie w stanie zagrozić NATO nawet przez kolejne dziesięciolecie, to jednak samotna Ukraina to nie NATO… Rosja z pewnością posiada zasoby i potencjał by rozprawić się ze swoim słabszym sąsiadem, tyle tylko, że władze z Kremla chciały to zrobić jak najmniejszym nakładem sił i środków. Co skutkowało ogromnymi stratami i niepowodzeniem operacji zdobycia Kijowa.

Pytanie więc, czy Rosjanie zdecydują się na ruszenie całej machiny w wojnie z Ukrainą, a jeśli tak, to ile zajmą im przygotowania?

Biorąc pod uwagę fakt, że do ataku w dniu 24 lutego 2022 roku Rosjanie przygotowywali się mniej więcej od kwietnia 2021 roku, można za pomocą analogii oszacować, że przygotowanie drugiego dużego uderzenia będzie wymagało mniej więcej tyle samo czasu. Kreml mógł podjąć decyzję w tym zakresie najwcześniej na przełomie kwietnia i maja. Tak więc gdyby armia Federacji Rosyjskiej była w stanie zregenerować uszczuplone siły i wystawić odpowiednią armię, to ponowny atak na Kijów możliwy byłby w okolicach stycznia/lutego 2023 roku.

Jest to szacunek mocno uproszczony. Bowiem jeśli założyć, że do zdobycia Kijowa potrzeba większej armii, to by oznaczało dłuższy czas jej rozstawiania na pozycjach wyjściowych. Choć należy pamiętać, że jednak wiele jednostek jeż już na miejscu. Oprócz tego gro z taboru kolejowego jest zaangażowana w uzupełnianie zaopatrzenia jednostek wciąż walczących w Donbasie. Z drugiej strony, Rosjanie mogą mieć już większe doświadczenie w przerzucaniu i rozstawianiu sił. Także wyższy poziom organizacji w tym zakresie mógłby zwiększyć wydajność. Jednak należy brać też pod uwagę fakt, że Rosjanie mogliby chcieć lepiej zamaskować swoje ruchy przed okiem NATO i Ukraińców. Próba uzyskania efektu zaskoczenia wymagałaby powolnego zwożenia sił i środków, co odbywałoby się w ramach ruchu kolejowego wymaganego do obsługi frontu. Innymi słowy zwiększenie natężenia transportów kolejowych musiałoby być płynne i nieznaczne , a nie nagłe i wyraźne dla obserwatorów. Tak więc z wojskowego punktu widzenia, istnieje szereg czynników, które mogą negatywnie wpłynąć na czas przygotowań do operacji. Jednak nie należy zapominać o rosnącej presji gospodarczo-społecznej, co może wymusić zaniechanie powolnych przygotowań w ostatniej fazie przed atakiem.

Wariant rozejmu a bezkompromisowość Ukraińców

Oczywiście założenie, że strony będą za wszelką cenę dążyły do jednoznacznego militarnego rozstrzygnięcia w konflikcie musi zostać poddane próbie argumentów. Istnieje bowiem taka możliwość, że wyczerpani ofensywą Rosjanie zgodzą się na rozejm lub pokój. Jednak z przyczyn geopolitycznych i strategicznych, o których pisałem na wstępie a także szerzej w innych artykułach, tego rodzaju działanie Putina należałoby odebrać jako próbę uzyskania chwili wytchnienia. Czasu na wylizanie ran, w celu ponowienia inwazji. Tak też ocenia to strona ukraińska, która nie zamierza godzić się na kompromisowe rozwiązania, w ramach których musiałaby oddać część utraconego terytorium. Upór Ukraińców nie jest tutaj bezpodstawny. W interesie Kijowa jest doprowadzenie do sytuacji, w której sankcje zachodu zaczęłyby działać, a tym samym Rosja ponosiłaby ogromne straty gospodarcze. Skoro embargo na rosyjską ropę wchodzi dopiero w grudniu 2022 to Ukraińcy będą chcieli wytrwać dłużej. Ewentualny wcześniejszy rozejm mógłby skutkować zawieszeniem tych najbardziej bolesnych dla Moskwy sankcji. W konsekwencji Ukraińcy po wstrzymaniu działań wojennych zostaliby ze zdewastowanym państwem i poniesionymi ofiarami w wojnie (bez wyraźnych korzyści), a Rosja wciąż zaopatrywałaby Europę Zachodnią w gaz i ropę, czerpiąc z tego tytułu korzyści finansowe. Przy czym ryzyko rosyjskiego uderzenia lub szantażowania kolejną inwazją wciąż musiałoby być przez Kijów kalkulowane.  Tego rodzaju scenariusz jest nieakceptowalny z punktu widzenia Ukrainy. Nic więc dziwnego, że Ukraińcy zapowiadają walkę do ostatecznego, bezkompromisowego zwycięstwa. Póki Rosja stoi na nogach i ma szansę wrócić do gry na europejskim rynku energetycznym, Ukraina musi walczyć. Pokój – nawet okupiony kompromisem – będzie możliwy wówczas, gdy Federacja Rosyjska osłabnie tak bardzo (i poniesie na polu bitwy taką klęskę), że ani Putin ani żaden jego następca nie będą myśleli o kolejnej wojnie przez następne 20 lat. Jednocześnie Ukraińcy muszą zobaczyć, że Europa Zachodnia rzeczywiście oderwała się od rosyjskich gazu i ropy. Mowa tutaj nie tylko o rozwiązaniach tymczasowych ale o budowie infrastruktury. Nie chodzi o to, by UE już nigdy nie kupiło rosyjskiego gazu czy ropy (byłoby naiwnością liczenie na to), ale o to, by UE (w tym zwłaszcza Niemcy) miała zabezpieczone alternatywne kierunki pozyskiwania surowców. Od ręki. W takiej sytuacji każdy najmniejszy rosyjski wyskok mógłby być całkowicie karcony odcięciem od zachodniego kapitału. Tak by nie powtórzyła się sytuacja, w której Rosjanie atakują w lutym, a sankcje zaczynają ich boleć dopiero za rok (bo może być już po wszystkim).

Warto zwrócić uwagę na fakt, że ukraiński punkt widzenia w opisanym zakresie w 100% pokrywa się z polskim interesem narodowym.

Walka do ostatecznego zwycięstwa?

Federacja Rosyjska musi ostatecznie przejąć kontrolę nad Kijowem, by w dalszej kolejności zagrozić zachodowi i NATO oraz uzyskać zniesienie sankcji. Jednocześnie władze z Kremla znajdują się pod presją gospodarczą i społ. które nie pozwalają przewlekać konfliktu w nieskończoność.  Ukraińcy nie mogą dopuścić do rozejmu/pokoju, zanim Rosja nie padnie na kolana pod wpływem niepowodzeń militarnych, problemów wewnętrznych i sankcji zewnętrznych. Przy czym obie strony wiedzą, że im dłużej trwa wojna, tym słabsze wyjdą z konfliktu. Jednocześnie to Rosjanie posiadają inicjatywę i będą decydowali o tym, czy i kiedy zakończy się wojna. Rosja już nie raz pokazywała również, że potrafi długo (choć nie w nieskończoność) przetrzymywać kryzysy gospodarcze i naciski zewnętrzne oraz wytrwale prowadzić konflikt zbrojny. Nawet latami (vide Afganistan, Czeczenia, Ukraina od 2014r.). Czy będzie gotowa na taki scenariusz i tym razem? Trudno ocenić, jakie dane i szacunki posiadają decydenci z Kremla, jeśli chodzi o odporność państwa na różnych płaszczyznach. Warto też pamiętać o tym, że Moskwa liczy na to, że to zachód Europy ulegnie pierwszy. Pod wpływem kryzysu spotęgowanego wysokimi cenami surowców energetycznych, a także z powodu braku dostępu do alternatywnych dostaw (np. ropy). Te oczekiwania wynikają również z faktu, że Rosjanie uważają zachodnie społeczeństwa za słabe i nieodporne na negatywne czynniki gospodarcze. Wobec czego w Moskwie liczy się na sporą presję społeczną na elity decyzyjne z Paryża, Rzymu, Madrytu, Wiednia i oczywiście Berlina. Tak więc dużo też zależy od postawy Zachodu oraz tego, jak poradzi sobie z kryzysem energetycznym. Choć trudno sobie wyobrazić scenariusz, w którym UE wywiesza polityczną flagę kapitulacji przyznając, że zakręcenie kurków przez Rosjan nakazuje jej pozostawienie Ukrainy na pastwę Putina. To byłby olbrzymi cios w wizerunek UE, a przede wszystkim mogłoby to rozbić ją od wewnątrz. Oczywiście pominąwszy fakt, że Stany Zjednoczone zwyczajnie na to nie pozwolą.

Koniec wojny jeszcze w 2023?

Początkowo, tuż przed rosyjskim atakiem w lutym 2022 roku, istniało wiele obaw co do tego, czy Ukraina zdoła się obronić. Niektórzy spodziewali się krótkiej 1-2 tygodniowej kampanii. Tymczasem po dwóch tygodniach było już jasne, że Rosjanie nie zrealizowali założonych, niezwykle ambitnych celów. Gdy starcie weszło w drugi etap – wojny materiałowej na wyniszczenie – pojawiły się przewidywania co do tego, że wojna może potrwać całe lata.

Należy jednak pamiętać, że tak jak I faza starcia okazała się przejściowa, tak i charakterystyka prowadzenia wojny w II etapie nie musi być kontynuowana aż do zakończenia konfliktu. Jego dynamika może się ponownie zmienić.

Oczywiście próba przewidzenia dalszego przebiegu wojny oraz jej wyniku musi być skazana na porażkę. Nie sposób celnie prognozować, bez prawdziwych danych dotyczących przebiegu walk i strat poszczególnych stron, a także bez wiedzy dotyczącej konkretnych potencjałów militarnych obu armii. Wszystkie te informacje mają charakter niejawny, a i sami Ukraińcy czy Rosjanie nie dysponują wiedzą kompletną.

Niemniej na podstawie oceny własnej dotyczącej celów obu stron konfliktu, a także po przeanalizowaniu aspektów polityczno-gospodarczych, pozostaję przy zdaniu, które podnosiłem już w kwietniu tego roku, że Rosja ponownie uderzy na Kijów. To co najgorsze, jeszcze przed Ukraińcami.

Jednocześnie skłaniam się do przekonania, że Rosjanie będą raczej dążyć do prędkiego rozstrzygnięcia konfliktu i uderzą tak szybko, jak tylko zdołają się przygotować i gdy tylko uznają, że obecnie prowadzona wojna na wyniszczenie dostatecznie mocno osłabiła ukraińską armię. III faza wojny – ponownie cechująca się bitwą manewrową prowadzoną na wielu kierunkach jednocześnie – może zadecydować o druzgocącej klęsce jednej lub drugiej strony. Jest zupełnie prawdopodobnym, że w 2023 roku będzie już po wszystkim… Chyba, że Rosjanie będą na tyle wyczerpani aktualnie prowadzonymi starciami, że zdołają oszukać zachód i przy jego presji na Ukrainę postarają się o zawarcie rozejmu/pokoju (lub po prostu z uwagi na wyczerpanie obu stron, działania na froncie zostaną na pewien czas zamrożone, jak to było po 2014 roku). Okres ten posłużyłby na przygotowania do ponowienia ofensywy na Kijów. W takim scenariuszu ostatecznie rozstrzygnięcie mogłoby zapaść nieco później, choć przy utrzymaniu i zwiększaniu sankcji zachodu oraz w momencie blokowania eksportu rosyjskich surowców, Rosjanie musieliby się śpieszyć.

Na koniec warto zwrócić uwagę na fakt, że Zachód ma możliwość sprowokowania bardziej agresywnych działań Moskwy. Gdyby zablokowano dla rosyjskich tankowców wyjścia z Bałtyku i Morza Czarnego, wówczas Rosja mogłaby szukać natychmiastowego rozstrzygnięcia na Ukrainie, a nawet próbować zadziałać hybrydowo przeciw NATO. Ma to swoje dobre i złe strony, w zależności od tego czy potencjalne ofiary byłyby przygotowane na rosyjską reakcję czy też nie.

 

Krzysztof Wojczal

geopolityka, polityka, gospodarka, prawo, podatki – blog

Wartościowe? Pomóż rozwijać bloga
Twitter
Visit Us
Follow Me
RSS
YOUTUBE
YOUTUBE

46 komentarzy

  1. Im więcej o tym czytam, tym bardziej się zastanawiam – jeśli ustawienie wojsk rosyjskich na granicy z NATO miało stanowić kartę przetargową w stawianiu warunków, to dlaczego Rosja po prostu nie rozstawiła wojsk na granicy z Łotwą i Estonią?
    Czy chodzi tu o wywieranie nacisku bezpośrednio na Polskę, od której pośrednio gospodarczo zależni są Niemcy?

    1. Zadna ilosc Wojsk na granicy nic by nie dala bo USa nie sa zainteswane rozmowa czy komprmisem. Przed inawazja Rosja ustawila wojska i przez 2 miesiace prawie codzinnie Lawrow dzwonil do USa i propnowal komprmisy. (np Ukraina w UE ale poza NATO) Za kazdym razie USa mowilo “Zero komprmisow”

      Poprostu dla USa ta wojna sie oplaca. Zwlszcza ze jest jak typowa Proxy War- za pomoca obwateli innych panstw. Jesli ktso nie jest zainteswany rozmowa to druga strona moze sobie propnowac komprmisy do woli.

      Sytuacja na KUbie za Kenedego byla odrwanoscia tej styracji. Obie strony byly ZA ROZMOWA i KOMAPRMISEM.

  2. Na ile realne jest użycie taktycznej broni jądrowej w przypadku gdyby rosyjskie konwencjonane środki napadu okazały się niewystarczające na pokonanie Ukrainy? I co w tym przypadku na to NATO i Chiny?

    Czy w przypadku negatywnego rozwoju wydarzeń istniała by opcja podziału Ukrainy na wschodnią i zachodnią, podobną do podziału na półwyspie koreańskim?

  3. Brakuje mi w tej analizie ujęcia sił DNR i ŁNR oraz kolejnych powstających republik ludowych, to tam odbywa się pełna mobilizacja, a wraz z rozwojem terytorialnym zwiększają się ich szeregi rekruta i zasobność w sprzęt z przejmowanych magazynów. Jednocześnie Rosja pompuje ogromną kasę i zasoby w odbudowę Mariupola jak i innych okupowanych terytoriów by przekonać ludzi, że zmiana w dłuższej perspektywie będzie dla nich korzystna. Nastroje separatystyczne były tam obecne od dekad i nie są tylko wymysłem Kremla, nawet jeśli mało kto przytomny realizowałby je za cenę miasta zrównanego z ziemią. Tymczasem Ukraina od ponad 4 miesięcy żyje w stanie wojennym, ze zrujnowaną gospodarką i nasilającą się walką wewnętrzną na szczytach władzy. Ukraińskie społeczeństwo też jest przecież mocno zwesternizowane, przyzwyczajone do pokoju i wygód, naiwnością jest myśleć, że da się je wysyłać na front jak mięso armatnie w kolejnych falach mobilizacji. Sami Ukraińcy mogą w końcu stwierdzić, że wszystko im jedno czy żyć będą w Ukrainie, Rosji czy jakieś Noworosji, byle wojna się po prostu skończyła, dało się zatankować samochód i ogrzać mieszkanie. I tu Rosja bez stanu wojennego i mobilizacji ma ogromną przewagę, bo jej społeczeństwo praktycznie wojny jeszcze nie odczuło, a przynajmniej nie w dużo większym stopniu niż społeczeństwa zachodnie tak samo zmagające się z inflacją. Ja bym się nie zdziwił gdyby Rosja chciała dokończyć wojnę siłami separatystów by na koniec stwierdzić, że była to tylko wojna domowa i wygrali ją Ukraińcy ze wschodu, Donbas wrócił na Ukrainę, a Ukraina wróciła do Rosji jako “bratni naród”. Można dywagować czy sankcje pod koniec roku mocniej uderzą po Rosji czy po zachodzie, ale bez wątpienia już na jesieni największy kryzys będzie pod tym względem w Ukrainie. Bezpośrednia aneksja byłaby dla zachodu nie do przełknięcia i nie zniosłaby sankcji, natomiast wygrana opcji wschodniej w samej Ukrainie rozeszłaby się po kościach tak jak w wielu innych miejscach na świecie, gdzie zachód przegrał.

    1. O jakich siłach separatystycznych Ty mówisz?
      Oni sami już oficjalnie podają, że 50% wojska stracili(np. Girkin), fakt trwa mobilizacja na terenach zajętych w 2014 i obecnymi, ale większość ludzi stamtąd wyjechała już, a Ci co zostali to głównie starsze osoby pamietające jeszcze ZSRR. Więc jak sobie wyobrażasz, że oni zajmą Kijów? Kim i czym, bo chyba nie wierzysz w to co piszesz, że w strefie konfliktu zajmują magazyny pełne broni 🙂 Myślisz, że Ukraińcy, którym broni brakuje zostawiają im pełne magazyny uzbrojenia?

      Kolejna sprawa o jakich milionach na odbudowę Mariupola mówisz? Bo pierwsze o tym słyszę, oni Donbasu zajętego w 2014 roku do teraz nie odbudowali(jedynie ograbili ze wszystkiego i wywieźli do Rosji co się dało), to akurat w trakcie wojny gdy brakuje pieniędzy na inne rzeczy odbudowywują Mariupol.

      90% Ukraińców chce walczyć do końca, wiec wątpię by chcieli być pod butem Putina/pseudo republik. Poczytaj o rosyjskim MIRZE w Republice Ługańskiej i Donieckiej, są różne artykuły z jat 2015-2021 jak tam wygląda życie, jakie sa zarobki, jak mają się prawa własności i zapytaj sam siebie czy byś chciał tam mieszkać 🙂

      Są na szczęscie Stany Zjednoczone/ UK i kilka innych krajów, które nie pozwolą zając Ukrainy.

      1. Nie ufam Girkinowi, on raczej przygotowuje grunt propagandowy dla powszechnej mobilizacji albo nagania ichniejszych nacjonalistów do pomocy, a dane o stratach dotyczą bodajże jednego konkretnego batalionu.

        Scenariusz z przejmowaniem uzbrojenia był realizowany w 2014 i Rosja pomagała tam tylko tyle, ile musiała, choć faktycznie wtedy mieliśmy dwa duże kotły, dziś Ukraińcy operują zasobami nieco rozsądniej. Nie jest wykluczone, że i teraz w kluczowym momencie Rosja się wycofa, nawet jeśli przypadkiem zostawi 100k zielonych ludzików bez dystynkcji do pomocy. Tu chodzi o to jak Rosja może to zakończyć politycznie, bo perfidna aneksja czy podbój militarny całej Ukrainy nic im nie da w kontekście sankcji. Z perspektywy Rosyjskiej korzystne byłoby, żeby Ukraina tylko zmieniła elity władzy, a nie faktycznie wchodziła do federacji. Ja bym się nie zdziwił, gdyby po wszystkim kolanem wepchnęli Donbas z powrotem do Samoistnej w ramach jakichś resetów z zachodem, nawet jeśli znów skończy się to rzezią narwanych dowódców polowych jak w 2016-2018.

        Putin to wyrachowany gracz, wie że Donbas zachodu nie obchodzi, a i żyją tam ludzie których zbytnio nie trzeba do nowej władzy przekonywać, toteż robi na tym odcinku minimum, a że Mariupol odbił się echem na całym świecie, to i inwestowanie tam ma znacznie donioślejszy lewar propagandowy. Ponadto jeśli Ukraina planuje kontrofensywę, to teraz oni będą te miasta ostrzeliwać i znów Putin ma dla tych ludzi argument, że patrzcie, ledwo co wam zbudowaliśmy, a oni wam burzą. Zdesperowanym, biednym ludziom nie trzeba serwować nie wiadomo jak wyrafinowanej propagandy, by za tym poszli, szybko zapomną kto zaczął, a im więcej czasu w stanie wojny upłynie, tym ludzie więcej będą w stanie poświęcić, byle tylko powrócił pokój.

        Pytanie, czy wolałbym żyć w Polsce, czy w Donbasie nie ma sensu. Powinno brzmieć czy wolałbym żyć w bombardowanej Ukrainie czy w Donbasie w czasie rozejmu. Nawet porównując Ukrainę do Rosji z pominięciem kontekstu wojny to jednak w Rosji żyje się lepiej, a korupcja jest ciut mniejsza. Co by się natomiast opłacało z perspektywy tych, którym udało się uciec na zachód? Z perspektywy tych milionów ludzi pewnie nawet lepiej byłoby, żeby Ukraina przegrała, co stanowiłoby argument, że nie można ich odesłać i trzeba na stałe osiedlić na bogatym zachodzie. A ilu facetów już uciekło przed poborem i za łapówki uciekli do normalnego świata? To się liczy w setkach tysięcy. Najbardziej zmotywowani fanatycy już raczej polegli lub zostali pojmani na pierwszej linii frontu, tylko że Ukraina przeprowadza którąś już falę mobilizacji, a Rosja jeszcze żadnej.

        Tu nie chodzi o to co my chcemy, czy nie chcemy, co jest słuszne, a co nie. W okopie się perspektywa nieco zmienia, odwaga i motywacja szybko mogą przerodzić się w beznadzieję i dezercję. Nawet jeśli 90% Ukraińców nie chce Rosji, w co jestem w stanie uwierzyć, choć te proporcje na pewno wahają się między regionami, to jednak nie każdy jest gotowy za swoje niechcenie umierać, powiedziałbym nawet że znaczna mniejszość, a reszta idzie na front z musu i bardzo szybko może być im wszystko jedno, jeśli śmierć czai się po obu stronach.

        Żadne zwycięstwo nie jest jednak dane raz na zawsze, jeśli Putin serio byłby tak głupi, by całą Ukrainę sobie podporządkować i wchłonąć, to przecież taki koń trojański szybko rozwali Rosję od środka. Państwa znikają i odradzają się, Polska jest tego najlepszym przykładem. Ukraina nawet jeśli przegra, to wciąż ma spore szanse na niepodległość przy kolejnym rozpadzie Rosji, nawet większa i silniejsza, może z bronią atomową, której już nie odda, byle bez Bandery na sztandarach, bo z takimi bohaterami słabo widzę ich cywilizacyjny marsz na zachód. Rosjanie mogą sobie czcić Stalina, ale od Ukraińców mamy prawo wymagać trochę wyższych standardów.

        1. Tak Girkin chce mobilizacji w Rosji to prawda, chce wojny oficjalnej racja. Dlatego podaje jak wyglądają faktyczne straty oraz jak wygląda dowodzenie i inne sprawy w armii rosyjskiej. Wg różnych źródeł akurat armie separatystyczne poniosły duże straty większe niż rosyjskie, bo są gorzej wyposażone i dowodzone, typowe mięso armatnie. Wiesz, że republiki rozważają rekrutacje przymusową kobiet, bo nie mają kogo już werbować:)

          Co do odbudowy Mariupola, do tej pory mało zrobili i nie licz, że są w stanie wiele zrobić:) kasa potrzebna gdzie indziej jest. wyobrażasz sobie odbudowę 400 tys. miasta, które jest zrównane z ziemią? ile to myslisz potrwa? LATA!! załóżmy, że kontrofensywa UA byłaby za 3-6 msc, ile do tego czasu odbudują Mariupola? 1%? 5%? Co do propagandy Putina uwierzą w nią Ci co zwykle, nikt nowy na to się nie nabierze. Jedynie rosjanom można wciskać info, że oni odbudowali a UA niszczy, ja, Ty i cały cywilizowany świat wie co tam zrobili orki.
          Wiem, że na Wschodzi UA mimo wszystko jest troche ludzi przyjaznych Rosjanom. Ale to nie to samo co w 2014, gdzie większość się poddawała i szła na drugą strone do mateczki rosji. Po 8 latach wojny nawet Mariupol i inne prorosyjskie miast broniły się przed Rosjanami, bo widzieli jak wygląda Ruski Mir w upadłych republikach. A przypomnę, że w Mariupolu ponad 80% osób mówiło po rosyjsku, to, że tak wiele osób tam nadal mieszka i nie może stamtąd wyjechać to zasługa Rosjan, których są zakładnikami… W Donbasie na terenach, które miała UA 70-80% ludzi uciekło na zachód, Ci co zostali to głównie starsi biedni ludzi(częściowo także prorosyjscy), bez możliwości/znajomości by na zachód się dostać i zaryzykowali – zostali. Wyobraź sobie, że Twoja babcia po 70-80 latach musi z dnia na dzień wyprowadzić się z domu z 1 walizkom…

          Co do spokoju w Donbasie, powoli coraz bardziej płonie dzięki Himarsom/artylerii, więc zaraz stamtąd też zaczna ludzie uciekać na wschód. Czy korupcja większa w UA, czy w RUS, to sprawa raczej dyskusyjna. Od kiedy jest ekipa Zełeńskiego wiele się zmieniło i nawet UE to zauważyło i dało im możliwość zostania kandydatem… Armia rosyjska to najlepszy dowód korupcji:)

          UA ma przegrać by nie odsyłać Ukraińców? Dawno takich bzdur nie słyszałem:) Jakoś nikt nie mówi o odsyłaniu i mogą w Europie być tak długo jak potrzeba. Część zostanie na stałe na Zachodzi, a część wróci. Przy kryzysie demograficznym każdy ich weźmie z pocałowaniem w rękę. Nikt nie odsyła masowa Arabów, wiec tym bardziej nie odeśle Ukraińców. Wielu Ukraińców uciekło z UA masz rację, bo nie każdy się widzi z bronią w ręku, wszędzie tak jest w strefie konfliktu. Przypomnieć Ci Arabów uciekających podczas wojen i pukających do Europy? Albo lata 90 i Bałkany… A powiedz ilu Rosjan wyjechało z kraju po wybuchu ich “operacji”? Część się sprzeciwia wojnie i wyjechała, a inni boją się mobilizacji i uciekli także:)

          Ukraina przeprowadza mobilizację i może dalej to robić, bo chętnych ma. Wiele osób jest odsyłanych i czeka na swoją “kolej”. Potrzebują broni/sprzętu/instruktorów/czasu by wszystkich uzbroić i wyszkolić. Rosja nie przeprowadza, bo wie, że może to dla nich być strzał w kolano.
          Rosja nie ma sił nawet przy mobilizacji by zając 40 milionową Ukrainę, okazało się, że druga armia świata jest tylko na papierze. Tak jak pisałeś UA straciło wielu najlepszych żołnierzy, ale tak samo RUS, kto atakował/desantował okolice Kijowa? Specnaz i inne doborowe jednostki, co z nich zostało każdy wie;)

  4. Znowu sporo propagandy.

    1) Po pierwsze żadne sankcje nie obaliły rządu – ani 42 lata sankcje na Koreę północną ani 61 lat sankcji na Kube. przestańcie mówić propagande . logiczne rzeczy w koncu.

    ( 2) Ukraina dla Rosji jest jak Kuba dla USA tej wojny nie powinno w ogóle być tak jak nie było wojny o Kubę – było się dogadac. Różnica jest taka że nasi politycy ( i analitycy jak wyżej) nie troszczą się o ludzi czy o Ukraińców i chcą walczyć z Rosją za pomocą (martwych ) Ukraińców jest to podłe. To już Chruszczow miał więcej mózgu i ustąpił.

    (3) to nie Rosja szantażuje ropa -to my szantażujemy i zamykamy dla Rosji sprzedaż ropy. Rosja nigdy nie zakręciła kurka nawet dla Ukrainy. To my zakręcamy i my powodujemy inflację itp. Podobnie to nie Rosja zamyka sprzedaż zboża do Afryki czy nawozów do Ameryki południowej- to my.

    Czas na realność mniej propagandy
    Ps .doceniam pewna logiczność wywodu mimo wpływu propagandy.

    1. Sankcje nie obaliły władzy na Kubie, w KRLD czy Iranie, ale jednak obaliły PRL i przyczyniły się do rozpadu ZSRR. To są inne społeczeństwa i inne wartości, stąd nie można nie doceniać wpływu sankcji na Rosję, szczególnie z jej mocną oligarchią obrywającą sankcjami personalnie. Masami można sterować za pomocą propagandy, ale poszczególnym miliarderom nie wmówisz, że to wszystko zły zachód. Myślę, że Rosja doskonale to rozumie i próbuje budować ekonomiczną alternatywę opartą na BRICS, przyznam że zaskoczyło mnie jak entuzjastycznie do tego podchodzi Bolsonaro z Brazylii, wcześniej uważany za polityka mocno prozachodniego, zakochanego w USA i Izraelu. Nawet jeśli w przyszłych wyborach przegra, to zastąpi go Lula, który z pewnością pójdzie w tym projekcie krok dalej. Tylko znów – przeciętny Rosjanin pod sankcjami wciąż ma lepiej niż przeciętny Ukrainiec z całym zachodnim wsparciem, ale w stanie wojennym i z bombami spadającymi mu na głowę. Wątpię, by to Rosjanie w tej rywalizacji pękli pierwsi, natomiast długoterminowo tylko odrębny blok gospodarczy od zachodniego pozwoli im utrzymać niezależność i jakikolwiek soft power trzymający w ryzach społeczeństwa ze swojej strefy wpływów. Prawdopodobna wygrana Rosji na Ukrainie to tylko bardzo mały, krótkoterminowy krok w całej globalnej układance, stąd jeśli nastąpi to nie należy ani płakać, ani otwierać szampana, niezależnie kto tam komu kibicował. Watniki niczym polskie mohery mogą czczić Putina jak Kaczyńskiego czy Rydzyka, ale młode pokolenie wychowane na Instagramach i Youtubach szybko zwróci się przeciwko swojej władzy, gdy za jej politykę przyjdzie im cokolwiek zapłacić. Oczywiście Ukrainy to też dotyczy, napompowane do granic absurdu “bohaterstwo” Zełeńskiego może pęknąć w każdej chwili, a sami Ukraińcy (z pomocą życzliwej propagandy ze wschodu) mogą stwierdzić, że to zachód z USA i UE na czele wepchnął ich w tę wojnę. Tu też pewnie nie doceniamy wpływu rosyjskiej agentury na ukraińską politykę, to może być czynnik decydujący o rezultacie tej wojny. Jak na ironię dziś po stronie Rosji walczy przecież młody Kadyrow, syn czeczeńskiego separatysty, nikt nie powiedział, że na Ukrainie los nie może być równie przewrotny.

      1. Zaczne od konca. Mysle ze my deceniamy wplyw Rosyjskiej agentru na Ukrainie, ale nie doceniamy wplywu Agentry USa. Nie tylko na Ukrainie ale i na nas, Polakow. . Co do Sankji i tezy ze spoleczstwo Rosjksie jest inne noz np Kuby. Skoro tam sankcjie nie obalily rzadu to w Rosji obala. Dwa argumnty 1) Juzef Stalin i glod i 20 milionow zaglodzonych – nie bylo zadnego obalenia wladzy. 2) czy widziales zeby w Polsce obalil ktos wladze np dlatego ze przez 20 lat okupwalismy Afganistan? A przeciez w Polsce duzo latwiej niz w Rosji. Jesli wiec w PL ludzie nie zmieniaja wladzy przez wojne – czmeu zakladac ze gdzies indziej zmienia?

    2. Pawel naucz się po polsku pisać jak chcesz Polaka udawać. A teraz won z tymi śmierdzącymi onucami do waszego wspaniałego ruskiego mira.

      1. Kocur – Po 1 – Dyslsksja to nie jest choroba Rosjan. Odkryl ja amrykanin. Jest miedznrodowa. Doucz sie doczytaj.
        po 2) proboj komtowac metryrtcznie. Powrzanie glupot – z pieknym jkezykiem polskim – nie zmieni ze to bezmyslnosc. Napisz cos z sensem.

    3. Paweł to samo co napisałeś można wyczytać w ruskiej tubie propagandowej pravda.ru, a może i tym się kierowałeś, czyż nie?

      1. Jesli oni pisza to samo i w dadatku pisza prawde. Wtedy wniskiem jest ze u nas w Tv propaganda. Czyli w Rosji zauwazli ze 61 lat sankcji na Kube nie zminia rzadu a u nas tego nie widza. O czym to swiadczy? O czyjej glupicie i kto dal sie zmanoplwac?

    4. Jeżeli to nie Rosja zamyka sprzedaż zboża do Afryki, tylko my to:
      1. nie wiem co oznacza słowo my – fajnie by było gdyby mi ktoś to wytłumaczył. Chodzi o Polskę?
      2.Jak w tym kontekście wytłumaczyć ustawiczne bombardowania ROSYJSKIE mostów nad limanami na linii kolejowej z Odessy do Konstancy? Rosjanie to robią przypadkowo?
      cała wypowiedź Pawela z 6.06 .2022 robi niemiłe wrażenie, że jest pisane w rosyjskiego punktu widzenia. Tym bardziej interesujące jest kogo Pawel określa mianem my. Jeśli chodzi o Polaków – to widać gołym okiem, że to jest nieprawdziwy obraz sytuacji, a jeśli chodzi o NATO to wtedy mamy do czynienia nie tylko w rosyjską optyką, ale wprost z rosyjską propagandą.

      1. Dzieki monarchista. Na tle innych bezmyslnych *(prznajmiej merytryczny post)
        ad. 1. – My czyli Zachod ktory naklada Sankcjie. Mysle ze jeden podmiot to UE, ale nie tylko (np na spotkaniu NATO – JAPONIA i KOREA POLDNOWA) trudno to dokadnie zdefiniwac bo Korea to nie jest czesc Zachodu (Azja) W kazdym razie generanie to nie Rosja odcina rope czy zborze a MY – ZACHOD!
        ad2. Jesli np zachod nalozyl sankcje na system SWITH – wymiany miedzy bankowej wtedy np taka Sri Lanka nie moze placic za Rosjskie dobra. Nastepuje banructwo Sri Lanki. Podbnie w Afrce ze zborzem. Ogolnie z calkosci Zborza w Afryce (80% pochodzi z Rosji, 20% z Ukrainy) Wiec sankcje Zachodu na Rosjie utrudniajace lub uniemozliwojace transprt tych 80% ma wieksze znacznie niz trudnosci w transprcie tych 20%
        ad3.
        Ja wierze w obiektwnosc. To ze NATO nie mialo zadnej wojny obronnej a az 6 expedycjnych (np okupacja Afgastanu 20 lat) to nie jest Rosjska optyka. To sa fakty. Pytanie co powduje ze my tych faktow nie widzimy? Moija teza jestesmy pod wplwem USA i ich propagandy. Prawda wtedy jest zakryta.

  5. Dobry wpis, natomiast przy problemach Rosjan wskazałbym na fakt, jak wielu doświadczonych żołnierzy stracili. Stawiam tezę, że były to osoby biorące udział w tych wszystkich Zapadach, obeznane ze sprzętem i specyfiką. Ich poziomu wyszkolenia nie nadrobią świeżo powołani żołnierze.

    Druga kwestia to mobilizacja. Wiemy doskonale dlaczego Putin jej nie ogłasza, ale co się stanie, jeżeli faktycznie to zrobi? Czy Moskale czy Petersburczycy będą rzeczywiście chętnie bić się z Ukraińcami ramię w ramię z pogardzanymi współobywatelami z Dalekiego Wschodu?

    I trzecia rzecz, to już taka drobna-nie drobna uwaga. Pisze Pan “Nawet latami (vide Afganistan, Czeczenia, Ukraina od 2014r.).” – uważam, że zestawienie ze sobą Ukrainy od 24/02 z Czeczenią i Ukrainą 2014 jest nieusprawiedliwione. W tamtych przypadkach mieliśmy do czynienia z ograniczoną terenowo operacją z mniejszymi zasobami ludzkimi po stronie przeciwnika. Afganistan pasuje tutaj bardziej, ale… wiemy jak negatywnie wpłynął na kondycję imperium.

    Dziękuję za wpis, pozdrawiam.

  6. Przeczytałem z zainteresowaniem.
    Kilka uwag: w wielu miejscach należy zastąpić słowo ilość słowem liczba.
    No i gros w miejsce gro.

  7. Pierwszej nie było a ma być druga? Ciężko uznać za ofensywe podejscie wojsk pod Kijów i zatrzymanie sie bo podejscie było bez zapasów, logistyki, przygotwania itd… Raczej to nie była ofensywa a prędzej zwiazanie sił Ukraińskich i podzielenie ich albo pomoc w jakimś puczu wewnątrz rządu Ukraińskiego który zupełnie nie wypalił itp..

  8. Obserwowany właśnie skokowy wzrost jakości uderzeń Ukraincow na zaplecze rosyjskie może załatwić sprawę zanim nowa rosyjska inwazja się rozpocznie. Wejście Białorusi do wojny w formie inwazji wojskowej, musi pociągnąć za sobą reakcję NATO – wystarczą polskie samoloty z polskimi pilotami w barwach ukraińskich. Generalnie, USA nie może sobie pozwolić na przegraną Ukrainy, to jest oczywiste!

  9. Ciekawa analiza. Człowiek zastanawia się, kogo my mamy w rządzie, skoro tacy ludzie nie są wykorzystywani dla Państwa, a tymczasem jakieś polonistki znajome polityków trafiają na stołki Lotosu, a Czarnecki z PiS w 3 miesiące załatwia krewnym polityków PiSowskich “dyplomy MBA” by mogli być obsadzani w radach nadzorczych i ciągnąć kasę. Jakoś takoś mocno idziemy w korupcji władzy w stronę Moskwy.
    Taka dygresja.

    Kupiłem książkę Trzecia Dekada i jestem pod wrażeniem poziomu. Owszem, część to materiał który można znaleźć na tym blogu, ale zebrane w całość, zgrabnie tworzy logiczny ciąg, nawet cytaty przed rozdziałami dobrane umiejętnie. No i komfort czytania książki (grubej) na wakacje, znacznie lepszy niż z ekranu komputera czy smartfona. Choć przydałyby się tam mapy.

    Swoją drogą, przydałyby się wersje tych artykułów z bloga w wersji angielskiej. Rozumiem, że nawet dobra znajomość to nie to samo co profesjonalne tłumaczenie czy wprost z klawiatury Amerykanina czy Anglika, ale naprawdę warto postarać się o wersje angielskie tych artykułów. Mógłbym się podzielić linkiem z znajomymi za granicą – warto.

  10. Kilka wątpliwości:
    1. Skąd Rosja weźmie siły i sprzęt na drugą wyprawę kijowską. Nawet szkolony nowy korpus liczy 15 k. ludzi a jeśli źródła OSINtowe są wiarygodne nieobecność sprzętu wynika nie tyle z jego oszczędzania co ze skrajnej kanibalizacji i braku części zamiennych (pamiętajmy o obecności na froncie kijowskim paradnych T-80 i T-90 oraz pojawiania się t-90 z nowych roczników prosto z fabryki). Poza tym następuje kanibalizacja jednostek skadrowanych. Kto wyszkoli masę rekruta?
    2. Czy ryzyko buntu w oddziałach białoruskich jest już na tyle minimalne że Łukaszenko wyda rozkaz wymarszu? Przecież zostaną one zmasakrowane na Ukrainie a po powrocie mogą chcieć odegrać się na batiuszce. Albo co gorsza pojechać nie na Kijów a na Mińsk.
    3. Czy Rosja ma logistykę na tak długie uderzenie. Zwłaszcza w kontekście uzyskiwania przez Ukr. coraz większych możliwości głębokich uderzeń taktycznych. O kwestii zużycia luf armatnich nie wspominam.
    4. I wreszcie czy Ukraina i NATO/USA będzie się bezczynnie przyglądać? Mam wrażenie że te nowo tworzone oddziały i sprzęt z USA (w tym ci piloci w ekspresowy tempie przeszkalani na F-16) w końcu do czegoś zostaną wykorzystani a Rosja ustawia pozoratory na moście w Kerczu nie dlatego że ma taka fantazję.
    Podsumowując wydaje mi się że znowu popadamy w skrajność przecenienia potencjału i ignorowania tematów korupcyjnej inercji państwa rosyjskiego.

    1. Pytanie na ile Zachodowi starczy ochoty na wspieranie Ukrainy. Ta w końcu ma niszczoną infrastrukturę, atakowane obiekty nawet w dalekim zapleczu, blokowany eksport morski, rozwalone fabryki zbrojeniowe. Przy wsparciu Zachodu – może dać radę. Bez wsparcia – nie.

      Obawiałbym się politycznego zagrożenia, pompowanego przez agenturę wpływu Rosji i rosyjskie trolle wpływające na opinię publiczną. Na rozgrywanie UE. U nas przecież rząd nadal nawala głównie na UE, nie Rosja jest zagrożeniem tylko “okupant z Brukselii”. Premier UK właśnie traci stanowisko. Macron stracił większość w parlamencie. Niemcy – wiadomo – przesiąknięci agenturą wpływu, intersy, społeczeństwo przyzwyczajone do luksusu a tu cały model eksportowy pada. Biden – traci poparcie Amerykanów, zaraz straci Kongres.

      Z drugiej strony – szkolą żołnierzy Ukraińskich. HIMARSy, choć ich mało, robią robotę. A powoli kolejne dostawy. Rozumiem, że muszą ich przeszkolić, zbudować nową logistykę dla nowego sprzętu. Takie drobne rzeczy jak np. smary do M777 mogą być problemem. Gdzieś plotki o szkoleniu na F16, i szkolenie na nowy sprzęt przeciwlotniczy do ochrony lotnisk na południu (gdzie miałyby stać F16).

      Tylko Zachód nie ma zapasów sprzętu jak Rosja. Rozbroił się optymistycznie. Polska, mimo dętych min, przez ostatnie 7 lat zrobiła niewiele. Teraz wielka orgia zamówień (za co? nadal priorytetem jest 14-emerytura przecież), ale wszystko za kilka lat, czyli gdy już będzie rozstrzygnięte. Gdyby tak zapełnić dziurę po czołgach w miesiąc i wysłać im ze 200 PT-91 Twardy… ale nie ma jej czym zapełnić. Gdyby tak zapełnić dziurę po Goździkach nowymi 155mm i wysłać ze 200 Goździków 122mm… ale nie ma. HSW to nadal manufaktura, raptem max 48 Krabów może rocznie zrobi jak się spręży. Lufy 155mm muszą być z rok sezonowane. Putin się szykował, a my spaliśmy.

      Jak słyszę naszego małego dyktatorka, jak to jego śp. brat ostrzegał w 2008, że Gruzja, potem Ukraina, potem kraje bałtyckie, a potem my… to mnie szlag trafia, bo nic nie zrobiono. Gdyby tą kasę na propagadę TVP pakowano w WB Electronics przez te lata, to my dziś sprzedawalibyśmy nasze Bayaktary (nazwane Puszczyk czy Krogulec, czy jakoś tam) Turkom a nie oni nam. Trzeba to przeciagać, nie prowokować przesadnie, gromadzić sprzęt, produkować amunicję, szkolić Ukraińców by w razie czego sypnąć im od ręki, i usypiać orki pozorami powolnych zwycięstw, i wykrwawiać ich.

      1. @07.07
        Tak onuce są i były problemem, wystarczy poczytać #waronukraine na Twitterze aby zobaczyć skalę propagandy. Ale przecież to nie jest tak że np. w UK czy USA potencjalni następcy polityczni Johnsona czy Bidena są prorosyjscy. Jeżeli chodzi o USA to sukcesem Ukrainy jest powiązanie sprawy jej wojny z Tajwanem (“jak pozwolicie Rosji na zajecie Ukrainy to z Tajwanem będzie tak samo”) więc wojna jest postrzegana w kontekście szerszego konfliktu z Chinami poza tym słynny już kompleks militarno-przemysłowy zaciera rączki na miliardowe dostawy uzbrojenia. Ceny żywności się stabilizują Saudowie zaczynają stabilizować ceny ropy (nie wiem czy wycieczka Putina do Iranu nie zrobiła mu w kontekście ropy więcej szkód niż pożytku). A na wiosnę zaczną się włączać realne koszty embarga (np. w kwestii lotniczej) a gospodarki zachodu rozpoczną ścieżki adaptacyjne. Czy dało się inaczej prowadzić zbrojenia? Nie sądzę. Uważam że mimo wszystko Niemcy sporą część rozwoju sfinansowały z dywidendy pokojowej po 89 roku i Polska nie miała szans tak się rozwijać z 400k wojskiem do niczego przez ostatnie 30 lat niepotrzebnym. Myślenie ahistoryczne to wygodna ale jednak pułapka.

Leave a Reply

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.