Dotacje unijne – broń gospodarcza XXI wieku.

Niemal każdy dostrzega postępujące w zatrważającym tempie zadłużanie państwa, miast, wsi, a także społeczeństwa. Chyba wszyscy zauważyli powstanie autostrad, ale i chyba wszyscy odnoszą wrażenie, że siła nabywcza ich prywatnych portfeli nie wzrasta… Wszyscy widzą rozbieżności pomiędzy Polską, a mitycznym „zachodem”, ale mało kto kojarzy to wszystko z… dotacjami unijnymi.

Tymczasem system dotacji w UE pełni rolę bardziej wysublimowanego mechanizmu polegającego na zadłużaniu i uzależnianiu całych państw i społeczeństw od systemu finansowego.

O tym, kto tym systemem „zarządza” być może innym razem. W niniejszym wpisie chciałbym nakreślić zarys pewnej części machiny, w której tryby została wepchnięta Polska po 2004 roku.

W jaki sposób dotacje unijne przyczyniają się do zadłużania Polski i Polaków, a także wpływają negatywnie na polską gospodarkę?

(Oczywiście są i dobre strony dotacji, o czym wiedzą beneficjenci, ale w niniejszym wpisie skupię się jedynie na negatywach – głównie w skali makro – by można było zobaczyć pełen obraz związany z centralnie sterowanym mechanizmem dotowania gospodarek państwowych).

JAK TO DZIAŁA

W tym miejscu w skrócie opiszę pewien proces niszczenia gospodarek całych państw i uzależniania ich od siebie, który stosowało i stosuje do tej pory USA (lub amerykańskie korporacje). Później przejdę do nieco ulepszonej wersji tej broni w postaci dotacji unijnych.

W wielkim uproszczeniu amerykański mechanizm polega na tym, że Stany Zjednoczone udzielają państwom trzecim „pomocy” finansowej w postaci pożyczek lub dotacji. Innymi słowy, podatnik amerykański finansuje inwestycje w państwach trzecich. Pożyczki te są nie tylko oprocentowane. Zapłatą za pomoc często staje się pakiet kontrolny w gotowej inwestycji (np. w kopalni, lub rafinerii ropy).

Na czym polega haczyk? Ano na tym, że warunkiem „pomocy” jest to, że to Amerykanie wskazują:

1) na co zostanie wydana pomoc,

2) kto zrealizuje cele pomocowe.

Tym samym Amerykanie decydują, co zostanie wybudowane, a wszystkie te inwestycje realizowane są przez amerykańskie koncerny (Amerykanie doprowadzają do tego w mniej lub bardziej przymusowy sposób). Jak wygląda przepływ pieniędzy?

Podatnik USA –> Skarb Państwa USA –> Skarb Państwa pożyczkobiorcy/beneficjenta –> amerykański koncern.

Innymi słowy pieniądze wraz z odsetkami wracają najczęściej do Stanów Zjednoczonych zasilając tamtejszy rynek (z którego wypłynęły wcześniej). Problem dotyczący tego, że amerykańscy podatnicy finansują prywatne koncerny pozostawmy bez głębszej analizy.

Z pozoru całość wygląda raczej naturalnie. Tzn. Państwo trzecie pożycza, wykorzystuje środki i pozostaje z długiem do spłacenia…

Sedno sprawy polega na tym, że gdy dochodzi już do zadłużenia, najczęściej USA doprowadza dłużnika do trudnej sytuacji gospodarczej, np. poprzez mechanizmy prawno-finansowe sprawiające, że wysokość odsetek do spłaty znacznie rośnie. Czasem na skutek niekorzystnej umowy dłużnik musi spłacić od razu całość zadłużenia.

W takim scenariuszu, używając delikatniejszych bądź bardziej brutalnych środków perswazji Wierzyciel (USA) wymusza na dłużniku: prywatyzacja państwowego majątku (w tym przedsiębiorstw, rafinerii, fabryk, kopalni), albo natychmiastowa spłata długu. Nie muszę chyba wyjaśniać, że prywatyzacja polega na wyprzedawaniu za bezcen majątku, który trafia w ręce… Amerykańskich koncernów.

Efekt końcowy? Państwo trzecie pozbywa się majątku, a tym samym dochodów, z których mogłoby spłacać zadłużenie. Dług oczywiście pozostaje, a najczęściej zwiększa się (rosnące odsetki lub kolejne pożyczki). Spirala się nakręca i ostatecznie państwo takie jak np. bogata w ropę Wenezuela, kończy jako bankrut zamiast opływać w luksusy niczym Emiraty Arabskie…

 

Gospodarcze uzależnienie państwa w tym schemacie zależy od następujących warunków:

1) stworzenie długu —> udzielenie „pomocy” finansowej

2) przejęcie środków „pomocy” i ich transfer poza rynek kraju dłużnika —>

zrealizowanie inwestycji przez wierzyciela,

3) wprowadzenie zagrożenia niewypłacalności dłużnika (poprzez różne mechanizmy, celem jest możliwość wywarcia wpływu i postawienia dłużnika pod ścianą)

4) zwiększenie obciążeń budżetu dłużnika, pozbawienie go przychodów (np. prywatyzacja) w ramach „restrukturyzacji” zadłużenia.

Opisywany proceder rozpoczął się tuż po zakończeniu II Wojny Światowej począwszy od Ameryki Łacińskiej. Trwa natomiast do dnia dzisiejszego na przykład w stosunku do Afganistanu czy Iraku (które Amerykanie odbudowują za własne pieniądze, własnymi firmami, po uprzednim zbombardowaniu ich własnymi samolotami).

Jeśli ktoś chciałby poznać kulisy i szczegóły związane z USA i powyższym zagadnieniem odsyłam do kapitalnej i bardzo ciekawej książki człowieka, który zajmował się tego rodzaju operacjami. „Hitman. Wyznania ekonomisty od brudnej roboty” John Perkins. Lekkie, przyjemne w czytaniu źródło (choć nie jedyne).

Oczywiście metoda zadłużania państw rozwinęła się z czasem również w mechanizmy wykorzystujące do tego celu Bank Światowy czy Międzynarodowy Fundusz Walutowy. Wrócę jednak do europejskiego podwórka.

 

DOTACJE – broń na państwa trzeciego świata.

Co mają wspólnego dotacje unijne z w/w pożyczkami lub „pomocą” USA? W końcu dotacje są bezzwrotne (na ogół) i nieoprocentowane (chyba, że ktoś musi je zwrócić).

Mechanizm unijny został nieco udoskonalony choćby z tych przyczyn, że o ile USA mogło sobie pozwolić na brutalną siłę, o tyle UE osadzona jest przecież oficjalnie na „europejskich wartościach”…

Warunek nr 1 Powstanie długu.

I tak, dotacje unijne przeważnie wymagają wkładu własnego. Najczęściej jest to 50% wartości realizowanej inwestycji, choć zdarzają się i większe finansowania (wówczas musimy dołożyć do interesu jedynie 10%).

Ponieważ w państwach trzeciego świata (jakim była i chyba nadal jest Polska) kapitału wielkiego nigdy nie było, bądź został on zniszczony w ramach „dzikiej prywatyzacji”, to w państwach tych beneficjenci dotacji najczęściej są zmuszeni… Zaciągać kredyty.

A ponieważ korporacje z zachodu w pierwszej kolejności przejmowały na terenach byłego ZSRR system bankowy, to kredyty te w dużej mierze zaciągane są w bankach zachodnich.

Bardzo ważnym aspektem tej sprawy jest to, że są to kredyty, a nie pożyczki. Środki pieniężne kredytów są zwyczajnie drukowane, a w dzisiejszych czasach informatyzacji, kreowane „z powietrza”. Jeśli ktoś o tym wie, przejdzie na tym zdaniem do dalszego czytania, jeśli dla kogoś jest to szokiem… Proponuję dokształcić się w tym zakresie (podałem kilka tytułów w polecanych książkach, ale jest wiele materiałów dostępnych choćby na YT).

Z punktu widzenia beneficjenta dotacji (państwa, miasta, wsi, przedsiębiorcy). Zaciąga on kredyt na np. 50% inwestycji, który musi spłacić wraz z odsetkami. Drugą połowę potrzebnych środków otrzymuje z dotacji. Kapitalnie! Właśnie postawiliśmy drogę, fabrykę lub po prostu stworzyliśmy małe przedsiębiorstwo.

Oczywiście pozostajemy z długiem do spłacenia wraz z odsetkami.

I tu pojawiają się dwa problemy.

O ile dotacja pochodzi z realnych pieniędzy (są to wcześniej wpłacone przez państwa unijne do wspólnego worka podatki obywateli), o tyle kredyt pochodzi z wykreowanej kwoty. Odsetki natomiast spłacamy realne.

Krótko pisząc, bank nic nie miał (oprócz prawa do kreowania pieniądza), ale z powietrza (co nic go nie kosztowało) udzielił nam kredytu. Otrzymaliśmy na konto realne środki finansowe (wygenerowane „z powietrza”), które będziemy zwracać wraz z odsetkami.

Bank zarabia na odsetkach nie ryzykując praktycznie niczym… Ale to znów szeroki temat na inny wpis.

Z punktu widzenia mechanizmu, który chcę nakreślić. Beneficjent otrzymuje realną pomoc dotacji, a jednocześnie zostanie wpędzony w pułapkę długu (co nie kosztuje już systemu ani grosza). Oczywiście w zamian za to, będzie dysponował inwestycją, którą zrealizował dzięki uzyskanym kwotom. Gdy mamy do czynienia z firmą prywatną wszystko jest w porządku, ale… Gdy mamy do czynienia z dotacją dla rządu lub samorządu… Pojawia się drugi problem (oprócz kredytu).

Warunek nr 2 przejęcie środków „pomocy”

Kwestia przetargów oraz tego, kto je wygrywa, a następnie realizuje. Skala przetargów wygrywanych przez podmioty zagraniczne lub podmioty „polskie” z kapitałem zagranicznym jest ogromna. Dlaczego? Bowiem o wygranej w przetargu decyduje cena. Kto da najniższą cenę? Ten, kto posiada duży kapitał, ma wysokie stopy zwrotu, a jeszcze na przykład posiada na terenie Polski zakład produkcyjny znajdujący się w specjalnej strefie ekonomicznej (tania produkcja).

Znów, pomijając temat tego, dlaczego nasi rodzimi przedsiębiorcy nie mają często szans w przetargach organizowanych przez polskie rząd i samorządy, należy, na potrzeby niniejszego artykułu, zwyczajnie przyjąć, że tak jest (znów temat zbyt obszerny, by go tutaj również rozwijać).

Doszliśmy już do momentu, w którym opisywany mechanizm zaczyna przypominać ten amerykański. Rząd/samorząd otrzymuje dotację, ale jednocześnie bierze kredyt (Konstytucja Polska warunkuje, że rząd nie może dodrukowywać poprzez NBP polskich pieniędzy na realizację celów publicznych – jedynym wyjściem jest zapożyczanie się w prywatnych bankach). Pieniądze pochodzące z kredytu i dotacji trafiają w dużej mierze do koncernów/firm zagranicznych.

Warunek uzależnienia państwa nr 2 ? Spełniony.

Warunek nr 4 uzależnienia państwa –

zwiększenie obciążeń jego budżetu oraz pozbawienie go przychodów. (Warunek nr 3 pomijam, bowiem w UE wszystko odbywa się w sposób „dobrowolny” więc nie potrzebny jest mechanizm przymusu).

O tym, jak przebiegała w Polsce prywatyzacja… Każdy z grubsza chyba wie. Być może opiszę ten mechanizm w innym wpisie. W każdym razie fakty są takie – państwo polskie pozbyło się ogromnej ilości przynoszących zysków aktywów. Za bezcen.

Teraz należy dodać to, o czym wiedza jest równie powszechna.

Dotacje unijne są przede wszystkim dotacjami celowymi... Innymi słowy pisząc, to Unia decyduje, na co beneficjent przeznaczy pieniądze (nie zawsze mądrze). Decyzja ta jest podejmowana na etapie uchwalania programów pomocowych i decydowania, jakie przestrzenie gospodarcze będą przez UE dotowane (czy będzie to ochrona środowiska, rozwój technologii czy coś innego). I tak na przykład środków przeznaczonych na inwestycje w „kulturę” czy „rozwój intelektualny” (szkolenia) nie można przyznać na inny cel. Albo wybudujemy muzeum, albo pieniądze przepadają… Jaki jest wybór? Oczywiście, że budujemy muzeum, a że to będzie muzeum „tematu zbędnego” to już jest mało istotne.

I tu zwracam uwagę na panującą od wielu lat mantrę: „wykorzystywanie środków unijnych”… Czasem by wykorzystać środki inwestuje się w totalne bzdury. A to nikomu nie potrzebne „centrum nauki”, a to „zoo”, a to publiczny basen (no chyba, że zarabia na siebie), a to budowa wieży widokowej etc.etc. etc. Infrastruktura, która pozostaje na utrzymaniu samorządów, która nie potrafi się samofinansować, a która jest mieszkańcom kompletnie zbędna…

DOBRE DOTACJE – JAKA TO SKALA?

Oczywiście wielu zwolenników dotacji skrytykuje niniejszy wpis. Zwłaszcza, gdy sami na nich skorzystali.

Ale jak to wygląda od strony kwestii państwowo/samorządowych?

Jak myślicie, realnie, ile % z dotacji jest rzeczywiście wykorzystywana na właściwy cel i w sposób uczciwy służy polskiej gospodarce? (bo przecież jeśli ktoś ukradnie, a następnie wyda te pieniądze na terenie kraju, to przyczyni się wzrostu magicznego wskaźnika PKB…)

By wskazać pewien zarys najlepsza będzie metoda eliminacji tych „złych dotacji”:

1) środki które trafiają ostatecznie do przedsiębiorstw zagranicznych, lub przedsiębiorstw z zagranicznym kapitałem (które z kolei mogą transferować zyski za granicę, często do rajów podatkowych), głównie w wyniku przetargów, tutaj wskazać należy że tylko ułamek dotacyjnego pieniądza trafia na polski rynek,

2) środki przeznaczane na wszelkiego rodzaju fikcyjne inwestycje, jak również „szkolenia”… Kto nie spotkał się ze zjawiskiem: „Weź podpisz tą listę” – „A co to za lista” – „Aaa szkolenie takie. Podpisz, że byłeś”… (zjawisko to było w swoim czasie bardzo powszechne, a przecież jest to zwykłe oszustwo i wyłudzanie),

3) środki przeznaczone na budowę różnych obiektów „kulturalnych”, które biznesowo przynoszą olbrzymie straty dla samorządów i są na utrzymaniu podatników/mieszkańców danego regionu (jestem pewien, że każdy będzie wstanie podać choć 1 taki obiekt w swojej miejscowości jak nie kilka, czy nawet kilkanaście).

Na dobrą sprawę, jedyną korzyścią dotacji UE jest to, że na dotacjach głównie zyskują prywatni przedsiębiorcy. (Dla mnie miasto bez basenu, zoo, czy centrum nauki, ale i bez DŁUGU jest większą korzyścią, niż miasto zadłużone po uszy ze wszystkimi tymi elementami).

I teraz pytanie do Ciebie. Czy i dlaczego chcesz sfinansować komuś budowę np. hotelu? Osobiście wolałbym, by moje pieniądze zostały w moim portfelu, a polski przedsiębiorca zbudował hotel za własne pieniądze, lub za środki z kredytu udzielonego mu przez bank państwowy (pamiętamy, środki z kredytu są kreowane, więc nas podatników będzie to kosztować jedynie ew. inflację).

 

A co z hasłem: „patrzcie na te wspaniałe autostrady!”.

Jadę autostradą i patrzę. Tu bramka. Tam bramka. Koszt dojazdu od granicy z Niemcami do Warszawy słynną A2 jest już bliski 200 zł w jedną stronę. Komu płacę te pieniądze? Prywatnej spółce. Po części środki trafiają pośrednio do najbogatszego rodzeństwa w Polsce. Tu płacę, tam płacę. A pieniądze na budowę autostrady skąd się wzięły? Inna sytuacja. Lato. Wakacje. Zatłoczona autostrada A1 w kierunku Gdańska. Wielogodzinne korki. Decyzja premiera Donalda Tuska? Otworzyć bramki na autostradzie. Konsekwencje? Odszkodowanie dla prywatnej firmy, która straciła z tego tytułu wpływy… Jedziemy autostradą – ja płacę, pan płaci, pani płaci. Społeczeństwo (Skarb Państwa) płaci. Prywatnym spółkom. No więc, kto realnie zyskał na tych autostradach? Kto realnie czerpie korzyści z dotacji?

 

Na podstawie posiadanej wiedzy (być może zbyt mało wiem – choć staram się jak mogę), odważę się na stwierdzenie, że Polska po 2004 roku rozwija się dość dobrze pomimo tego, że weszła do UE, a nie dzięki temu, że się tam znalazła. Innymi słowy. My Polacy daliśmy radę dźwignąć ten kraj, pomimo układu z 1989 roku, pomimo reformie Balcerowicza, pomimo wejścia do UE i pomimo tzw. „wolnego handlu”…

I powinniśmy być z tego dumni, a nie lamentować, że bez jałmużny z UE (która de facto pochodzi z naszych podatków) nie dalibyśmy nigdy rady. Dalibyśmy. I to znacznie lepiej.

Ale temat korzyści/strat z naszego członkowstwa w UE to również inne, bardzo obszerne zagadnienie. Być może na kiedy indziej. 🙂

 

Krzysztof Wojczal

geopolityka, polityka, gospodarka, podatki – blog


Nie zapomnij o skomentowaniu/udostępnieniu tekstu. Mogłeś go przeczytać, tylko dzięki temu, że autor mobilizuje się do pisania bloga 🙂 

 

2 komentarze

  1. Pisze Pan:
    „Jeśli ktoś chciałby poznać kulisy i szczegóły związane z USA i powyższym zagadnieniem odsyłam do kapitalnej i bardzo ciekawej książki człowieka, który zajmował się tego rodzaju operacjami. „Hitman. Wyznania ekonomisty od brudnej roboty” John Perkins. Lekkie, przyjemne w czytaniu źródło (choć nie jedyne).”

    O jakich innych źródłach mowa? Czy zna Pan jakieś książki o podobnej tematyce?

  2. Bardzo fajny wpis i jest takich więcej potrzeba w Internecie. Łączących kropki, które niby nigdzie nie są poukrywane, ale jakoś się ich nie naświetla. To jest wielu ludziom potrzebne, bo sami ich nie połączą.

Dodaj komentarz