„Trzecia Dekada. Świat dziś i za 10 lat” – Fragment

–>ZAMÓW W PRZEDSPRZEDAŻY! <–

 

Poniżej prezentuję fragment książki „Trzecia Dekada. Świat dziś i za 10 lat”. Na końcu tekstu znajduje się link do pobrania fragmentu w formacie PDF.

CZĘŚĆ PIERWSZA

POLE I REGUŁY GRY

 

Rozdział I – Gra

Pole gry

Poker to wojna. Ludzie tylko udają, że to gra.

Doyle Brunson

 

Wyobraźmy sobie układ słoneczny, w którym centralnie położona gwiazda oddziałuje na wszelkie ciała niebieskie znajdujące się w jej okolicy. Grawitacja słońca wpływa również na zachowanie obcych obiektów, tj. komet, które odwiedzają dany układ. A to często dzieje się nieoczekiwanie.

Współcześnie na cały układ słoneczny politycznej areny międzynarodowej oddziałuje grawitacja w postaci rywalizacji Stanów Zjednoczonych Ameryki oraz Chińskiej Republiki Ludowej. Niemal wszystkie inne geopolityczne wątki krążą właśnie wokół tego głównego tematu. Nie sposób jest analizować konkretnych zdarzeń dyplomatycznych bez uwzględniania owego kontekstu. Dlatego w pierwszej kolejności należy omówić toczącą się GRĘ i jej zasady. Rywalizację między hegemonem a kwestionującą go azjatycką potęgą.

Zasady gry zawsze były niezmienne, choć na początku XXI wieku mogło wydawać się, że rywalizacja mocarstw jest wspomnieniem z przeszłości. Jednak już w drugim dziesięcioleciu okazało się, że wciąż panuje zasada prawa silniejszego. Stany Zjednoczone postanowiły nie rezygnować ze statusu światowego hegemona bez walki. Jak to wcześniej uczyniło Imperium Brytyjskie. Władze z Waszyngtonu nadal zamierzają narzucać swoje warunki całemu światu.

Wydaje się już oczywistym, że elity Stanów Zjednoczonych nie myślą o nowym koncercie mocarstw, będącym układem o podziale globalnych interesów na wydzielone strefy wpływów. Ludzie z Waszyngtonu zdecydowali o obronie hegemonistycznego statusu USA, co stało się jeszcze za czasów prezydentury Baracka Husseina Obamy II. Kolizyjny kurs amerykańskiego okrętu został sygnowany przez kapitana uznawanego za jednego z najbardziej pacyfistycznych przywódców USA. Warto podkreślić, że w 2009 r. Barack Obama otrzymał Pokojową Nagrodę Nobla. W uzasadnieniu Komitet Noblowski docenił „jego nadzwyczajne wysiłki na rzecz wzmocnienia międzynarodowej dyplomacji i współpracy między narodami”. Być może było to także nawiązanie do słynnego resetu amerykańsko-rosyjskich relacji międzynarodowych, który to również przypadł na rok 2009. Jednak warto wyjaśnić, że prawdziwym celem układu z Moskwą było uwolnienie się Amerykanów od polityki europejskiej oraz zwrócenie ich uwagi przeciwko Chińskiej Republice Ludowej. Jeszcze w 2005 roku Pentagon zapowiedział, że 60% oddawanych do służby okrętów podwodnych będzie trafiać na azjatycki „teatr wojny”. W 2010 roku oficjalnie przyznano nawet, że trwają prace nad koncepcją bitwy powietrzno-morskiej (Air-Sea Battle). Przygotowania do zmiany priorytetów amerykańskiej polityki międzynarodowej trwały od lat, a ogłoszenie w 2012 roku przez Hillary Clinton, ówczesną sekretarz stanu USA, tzw. piwotu na Pacyfik było ich efektem.

Dlaczego Chińska Republika Ludowa stała się zagrożeniem numer jeden dla potęgi USA? Powstało o tym wiele książek i jestem pewien, że każdy, kto interesuje się geopolityką i polityką międzynarodową, potrafi wymienić co najmniej kilka powodów. Ogólnie rzecz ujmując, wzrost chińskiej gospodarki, rozwój chińskich technologii, potencjał populacyjny tego kraju, specyficzny autorytarny ustrój oraz szereg innych czynników sprawiają, że Państwo Środka może zbudować gospodarczą i militarną potęgę równą lub nawet większą od potęgi Stanów Zjednoczonych. Byłoby to mocarstwo zdolne stworzyć niezależny od Waszyngtonu biegun, siłę grawitacyjną, która przeciągnie otaczające ją obiekty, wydzierając je z amerykańskich wpływów. Mówiąc inaczej: czarną dziurę pochłaniającą coraz większe strefy i sięgającą do coraz dalszych terytoriów, zdolną do osiągnięcia takiej masy i wielkości, która pozbawiłaby USA ich dominującej w świecie roli oraz zepchnęła Amerykanów na margines globalnego jądra interesów międzynarodowych. Elity Stanów Zjednoczonych nie chcą do tego dopuścić. Pamiętają drogę USA prowadzącą do obalenia Imperium Brytyjskiego i ustanowienia: prymatu Waszyngtonu, wyższości Wall Street nad City oraz przewagi US Navy nad Royal Navy.

Warto w tym miejscu nawiązać do analogii historycznych. W XIX wieku na podstawie doświadczeń z amerykańskiej wojny o niepodległość Brytyjczycy doszli do wniosku, że nie da się wygrać wojny ze Stanami Zjednoczonymi. Nie można przeprowadzić skutecznej inwazji na sąsiedni kontynent oddzielony od Wysp Brytyjskich bezkresem oceanu. Szaleństwem byłoby porywać się na państwo o ogromnym terytorium, większym potencjale gospodarczym i populacyjnym (nie uwzględniając brytyjskich kolonii i dominiów), dysponując wyłącznie przewagą floty morskiej. Anglicy postanowili ignorować wzrost potęgi Amerykanów, nie wchodząc w konflikty przeciwko byłym kolonistom i starając się nawiązać z nimi dobre relacje. Nie dowiemy się nigdy, czy kalkulacje elit z Londynu były jedynymi słusznymi. Wiemy natomiast, jak to się skończyło. Imperium wzięło udział w dwóch wojnach światowych, walcząc w nich od pierwszych dni konfliktów. Stany Zjednoczone, jego największy rywal, stały tymczasem z boku i przypatrywały się, jak konkurencja wyniszcza się nawzajem.

Imperium Brytyjskie stosując pasywną strategię względem USA, nie mogło wygrać tej rywalizacji. Anglicy nie podjęli wyzwania, natomiast dziś już wiemy, że w Waszyngtonie na początku XX wieku nie myślano o niczym innym, jak tylko o pozbawieniu Londynu jego potęgi i zamorskich kolonii. Do tego dążył m.in. Franklin Delano Roosevelt. I to udało się osiągnąć, choć już po jego śmierci.

Początek XXI wieku nawiązuje do wydarzeń sprzed stulecia. Potęga Chin rośnie tak, jak niegdyś rosła potęga Stanów Zjednoczonych. Waszyngtońska elita dochodzi do podobnych wniosków, jak jej brytyjska odpowiedniczka. Nie sposób planować podboju Chin kontynentalnych, które znajdują się po drugiej stronie największego oceanu świata oraz dysponują największymi populacją i gospodarką (z uwzględnieniem siły nabywczej waluty) na świecie. Widoczne jest to w samych założeniach doktryny Air-Sea Battle, która zakłada ograniczoną walkę z azjatyckim przeciwnikiem, prowadzoną głównie na morzu i w powietrzu. Stratedzy z USA zapewne wzdragają się na samą myśl o inwazji lądowej na Państwo Środka.

Pomiędzy obiema omawianymi sytuacjami historycznymi są jednak pewne, niezwykle istotne różnice. Wielka Brytania to stosunkowo niewielka wyspa dysponująca ograniczonymi zasobami, która w pewnym momencie stała się niczym zbyt ciasne ubranie dla populacji rosnącego imperium. Anglicy, by móc się rozwijać, musieli emigrować z wyspy i zasiedlać nowe kolonie. Ameryka Północna, której niewątpliwym gospodarzem są Stany Zjednoczone, to ogromny kontynent zapewniający Amerykanom niemal wszelkich niezbędnych do rozwoju surowców. Samo terytorium USA jest w olbrzymiej części zwyczajnie niezagospodarowane, a potencjał do rozwoju jest ogromny. Ponadto, terytorium Państwa Środka nie dostarcza Chińczykom w dostatecznych ilościach najważniejszych współcześnie surowców strategicznych, a więc ropy naftowej i gazu ziemnego. Tym samym, o ile amerykańska gospodarka historycznie była i ponownie jest praktycznie samowystarczalna, o tyle potęga Pekinu uzależniona jest od surowców energetycznych pozyskiwanych z zewnątrz.

Te dwie wymienione okoliczności z pewnością były głównym powodem podjęcia przez Amerykanów ogromnego wyzwania, jakim jest próba stawienia czoła chińskiemu molochowi. Strategia wydaje się prosta i – co najważniejsze – możliwa do realizacji: utrzymać przewagę na morzach i ocenach (przy pomocy floty) oraz odciąć rywala od dostaw „energetyków” i rynków zbytu. Kolejną słabością chińskiej gospodarki jest bowiem fakt znacznego uzależnienia jej od eksportu produkowanych przez nią towarów.

Imperium Brytyjskie prawdopodobnie musiało upaść, bowiem jego główny rywal z końcówki XIX i początku XX wieku nie posiadał wyraźnych słabości. Sama zaś Wielka Brytania nie była do końca zdolna (choćby z uwagi na warunki geograficzne) do całkowitej izolacji od europejskich konfliktów.

Hegemon w postaci Stanów Zjednoczonych teoretycznie ma komfort w postaci możliwości odcięcia się od problemów świata zewnętrznego. Jest niemal całkowicie samowystarczalny, a jednocześnie jest w stanie skupić całą swoją uwagę na znalezieniu słabości konkurenta. Na tym tle Chińska Republika Ludowa jawi się jako uzależniony od używek energetycznych narkoman, który musi wyprzedawać wszystko, co ma, aby zagwarantować sobie kilka kolejnych dawek. Jednocześnie zaspokajanie potrzeb uzależnionego organizmu gospodarczego uwarunkowane jest od drożności układu krwionośnego (sieci szlaków handlowych). Stąd niewyobrażalne inwestycje w środki stymulujące rozwój żył i tętnic (dróg/torów kolejowych). Jesteśmy świadkami globalnej walki o kolejny i kolejny „strzał”, które w efekcie skutkują niepomiernym i ciągłym wzrostem chińskiego molocha.

Stratedzy z Waszyngtonu już kilka lat temu zauważyli ten proces, zdiagnozowali pacjenta i wypisali receptę oraz zalecenia. Te są oczywiste. Pozbawić uzależnionego źródeł zaopatrywania w narkotyk/stymulant. Nie leczyć. I trzymać kontrolę nad dystrybucją. Co nie jest trudne, z uwagi na fakt, że to US Marines oraz US Navy stanowią siły policyjne na całej dzielnicy i gwarantują bezpieczeństwo dilerom.

W tak obrazowy sposób można pokrótce opisać otaczającą nas rzeczywistość na politycznej arenie międzynarodowej. Rzeczywistość, w której muszą odnaleźć się wszyscy inni uczestnicy GRY. A ponieważ niemal każde państwo na świecie bierze w niej udział, bez względu na świadomość lub wolę jego decydentów, to reguły tej GRY wpływają w mniejszym lub większym stopniu na pozostałych mieszkańców dzielnicy. Bo do takiej małej komórki, w której wszyscy oddziałują na wszystkich, można przyrównać zglobalizowany, połączony siecią zależności świat.

 

Zasady

Politykę wszystkich mocarstw określa ich położenie geograficzne.

Napoleon Bonaparte

 

W każdego rodzaju grze istnieje pewien szereg zasad, reguł lub schematów, których opanowanie jest podstawą do zdobycia przewagi nad przeciwnikiem. W grze o supremację, która toczy się pomiędzy państwami, kluczowa jest… logistyka. Dopiero zaplanowanie i zabezpieczenie sprawnego przepływu surowców, materiałów, informacji czy wreszcie samych ludzi zapewniało dogodne warunki dla: ekspansji, handlu, poszerzania władzy ośrodków centralnych i ich wpływów czy skutecznego prowadzenia wojny. Logistyka nie jest wszystkim, ale wszystko bez logistyki jest niczym. I w tym miejscu, nie można pominąć tego, jaką rolę odgrywa geografia w procesie rozwoju cywilizacyjnego człowieka lub danego społeczeństwa. Położenie geograficzne, topografia terenu, jego uwarunkowania zawsze miały i będą mieć wpływ na materialną sferę życia na ziemi. To, gdzie się znajdujemy, zawsze ma znaczenie. Osiągnięcia technologiczne mogą jedynie niwelować pewne uwarunkowania geograficzne, jednak nie są i nie będą w stanie znieść ich całkowicie. Przynajmniej nie w naszej fizycznej przestrzeni życiowej.

Nie jest bez znaczenia, w którym miejscu miasta kupimy mieszkanie. Nabywając działkę pod budowę domu, sprawdzamy w pierwszej kolejności dostęp do dróg, sieci energetycznej czy instalacji wodociągowej. Wybierając stolik w restauracji i miejsce przy nim, decydujemy się na te postawione na obrzeżach sali jadalnej. Siedząc, instynktownie czujemy się bardziej komfortowo, gdy za plecami mamy ścianę, a zlustrowanie pomieszczenia i wejścia do niego wymaga jedynie szybkiego rzutu okiem. Daje to przecież strategiczną przewagę nad pozostałymi klientami. Z łatwością można bowiem dostrzec kelnera, nawiązać z nim kontakt wzrokowy i przywołać go w ten sposób do naszego stolika. Dzięki temu szybciej zamówimy posiłek oraz zapłacimy rachunek. Lunch potrwa kilka, a nawet kilkanaście minut krócej i będzie można wrócić do pracy. Czas to pieniądz.

Na tym przykładzie można zauważyć, że wiele sprowadza się do możliwości kontroli pewnych procesów, poczucia bezpieczeństwa czy zdolności do szybkiego rozpoznania sytuacji, dostrzeżenia zbliżającego się zagrożenia lub nadchodzącej okazji.

Odpowiednie położenie geograficzne ułatwia stworzenie logistycznych kanałów, czyli połączeń, które przynoszą korzyści w handlu, komunikacji, bezpieczeństwie i w rozwoju jako takim. To, jaki skrawek ziemi zajmuje dana populacja, ma ogromne znaczenie. Dostęp do morza, surowców, położenie na naturalnych szlakach komunikacyjnych premiują społeczeństwo, które może korzystać z tych atutów.

Symboliczną miarą potęgi danego państwa (ale i firmy czy nawet człowieka postrzeganego jako źródło wpływów) jest jego majątek. Bogactwo. W biznesie najłatwiej zarobić na handlu. Ten rodzaj działalności nie wymaga nabywania specjalnych kwalifikacji i daje wysokie stopy zwrotu przy stosunkowo niewielkim nakładzie sił (to przecież nie handlarz wytwarza towar). Dzięki handlowi producent/wytwórca może dotrzeć do konsumenta, a więc do odbiorcy swoich dóbr. Handel to nieodzowny element gospodarki, dzięki któremu ta może rosnąć. Nieprzypadkowo współcześnie wielkość gospodarki mierzy się najczęściej poprzez wskaźnik PKB obliczany metodą wydatkową. W takim przypadku na Produkt Krajowy Brutto składa się suma wydatków wszystkich uczestników życia gospodarczego ponoszonych na zakup wytwarzanych w kraju dóbr. Innymi słowy, kluczowe są wydatki. Konsumpcja i inwestycje. Im więcej kupujemy, im większy jest obrót na rynku, tym wyższy jest wskaźnik PKB, co uznaje się za wzrost gospodarki. Abstrahując od tego, jakie wnioski można wyciągnąć na podstawie wysokości tego wskaźnika, jedno należy wyjaśnić. Im większa jest konsumpcja (czyli też PKB), tym większe są: obrót (sprzedaż), produkcja, przemysł i wydobycie surowców. To prowadzi do ogólnego rozwoju, a to z kolei zwiększa popyt na pracownika, zmniejsza bezrobocie i przekłada się na prosperity danego społeczeństwa. Im więcej społeczeństwo zarabia, tym więcej wydaje. Dobrze naoliwiony i napędzony mechanizm gospodarczy przekłada się na bogactwo obywateli, a także… państwa. Obciążone przez fiskusa daninami publicznymi są bowiem tak samo zarobki (poprzez podatki dochodowe) jak również i wydatki (poprzez podatki od towarów i usług, akcyzy, podatki celowe etc.). Wielkość wpływów do budżetu państwa świadczy o możliwościach finansowych, które mają przełożenie na zdolności aparatu państwowego do gwarantowania społeczeństwu bezpieczeństwa na wszelkiego rodzaju płaszczyznach (socjalnej, obronnej, informacyjnej, wywiadowczej, administracyjnej, prawnej etc.).

W świecie pieniądza kapitał jest wszystkim. By go pozyskiwać, należy m.in. utrzymywać dodatni bilans handlowy gospodarki. Sprzedawać i zarabiać więcej niż się wydaje. Ta banalna zasada często bywa jednak bagatelizowana lub nawet zapominana. Przez pojedyncze jednostki, ale i mocarstwa. Genezy upadku starożytnego Rzymu należy m.in. upatrywać w momencie, gdy rzymscy handlarze zaczęli wywozić z imperium zgromadzone złoto, a przywozić z Indii kosztowne i egzotyczne towary. Z dysproporcji między eksportem, a importem – napędzanej olbrzymią konsumpcją – wyniknął deficyt pieniądza w obrocie wewnątrz świata łacińskiego. Brak dostatecznej ilości złota na rynku doprowadził do zubożenia społeczeństwa, upadku wytwórców, zaniku handlu i w efekcie do kryzysu gospodarczego, na skutek którego cesarski skarbiec szybko opustoszał, a wraz z nim koszary legionów, gdzie nie docierał żołd. Stało się to w sytuacji, gdy imperium kontrolowało olbrzymie, kosztowne do utrzymania i dalekie terytoria, a kolejne podboje nie tylko stawały się trudne, ale i mało dochodowe.

Na marginesie dotychczasowych rozważań, pamiętając tę lekcję z historii, należy zadać sobie pytanie, w jakim miejscu stoimy dzisiaj? Gdy życie na kredyt jest zjawiskiem nie tylko normalnym, ale i powszechnym. Kiedy to większość państw zmaga się z ciężarem w postaci ogromnego długu publicznego, a lista najpotężniejszych światowych mocarstw jest bardzo podobna do listy tych najbardziej zadłużonych. Do tego tematu wrócimy później.

Podsumujmy dotychczasowy wywód. Potęga to kapitał, kapitał to handel, handel to logistyka, a logistyka to geografia. Dlatego geopolityka to jedna z najważniejszych dziedzin (choć nie jedyna), które tłumaczą zasady i mechanizmy wpływające na procesy decyzyjne współczesnych elit politycznych. I dlatego dla amerykańskiego hegemona tak kluczowe jest utrzymywanie kontroli nad strategicznymi punktami na ziemi. Do czego służy mu m.in. najsilniejsza flota morska świata. To z kolei jest powodem podjęcia przez Chiny ogromnego przedsięwzięcia polegającego na budowie lądowych szlaków handlowych łączących Daleki Wschód z Europą. Zwanych Nowym Jedwabnym Szlakiem lub też Pasem Jednego Szlaku i Jednej Drogi (One Belt One Road – OBOR, choć tę drugą nazwę będę traktować jako pojęcie szersze, uwzględniające również morskie szlaki handlowe do Europy).

 

 

Rozdział II – Główni gracze i ich cele

Polityka to gra pozorów.

Napoleon Bonaparte

 

W tym miejscu w pierwszej kolejności należy podkreślić niezwykle istotną kwestię. Na międzynarodowej, geopolitycznej planszy każdy z graczy posiada własne, inne od reszty, cele. Jest to zupełnie logiczne, ponieważ nieracjonalnym byłoby np. zakładanie przez elity Singapuru, że kraj ten zdobędzie hegemonię nad światem. Nawet pomimo faktu, że państwo to ma jedne z najlepszych wyników gospodarczych w odniesieniu do ilości obywateli. W konsekwencji zupełnie inne ambicje będą towarzyszyć elitom niemieckim, a inne rosyjskim, amerykańskim czy włoskim. Ta prosta konstatacja umożliwia uświadomienie sobie, jaki stopień skomplikowania i zawiłości towarzyszy dyplomatycznym zabiegom poszczególnych rządów.

Gdy miałem naście lat, uwielbiałem grać w „Ryzyko”. To dość prosta, strategiczna gra planszowa. Poszczególni gracze dysponując przydzielonymi w sposób losowy terytoriami oraz ustalonymi armiami, mieli za zadanie prowadzić globalny podbój na mapie świata. Najważniejsze było jednak to, że wygrywał nie ten, komu udało się zawładnąć największą częścią mapy, ale ten, kto zrealizował wylosowane wcześniej i nieznane nikomu innemu cele (np. zdobycia całej Australii, przejęcie określonych pól, zgromadzenie odpowiedniej wielkości zasobów/armii etc.). Był to niezmiernie ważny element gry. Poznanie celów przeciwnika, na przykład poprzez wyciąganie wniosków z jego ruchów, pozwalało krzyżować plany konkurencji i samemu zbliżyć się do zwycięstwa. Z kolei błędna czasem kalkulacja wynikająca z pozornych działań innych graczy mogła doprowadzić do porażki. W tym kontekście utkwiła mi w pamięci jedna z partii rozegrana z kilkoma kolegami. Wyraźnie zasugerowałem w niej, co jest moim rzeczywistym celem w grze. Byłem pewny siebie, podbudowany wcześniejszymi zwycięstwami, a zadanie wydawało się dość łatwe do wykonania. Tym bardziej, że do tej pory realizowałem je praktycznie za każdym razem (było to właśnie owo podbicie Australii). Jak nietrudno się domyślić, tym razem poniosłem porażkę, ponieważ jeden ze znajomych za swoją prywatną ambicję uznał uniemożliwienie mi osiągnięcia omawianego celu. W podjęciu takiej, a nie innej decyzji, pomogły mu zresztą zachęty innych uczestników gry. W efekcie stało się tak, że Jacek skupiając całą swoją uwagę na powstrzymaniu mnie, otrzymał od reszty rywali nagrodę w postaci terytoriów, których nigdy nie zdobyłby samodzielnie w tradycyjny sposób. Nie pamiętam, czy to dało mu zwycięstwo, jednak z pewnością jego gra oraz moja pewność siebie skutkująca odkryciem kart doprowadziły mnie do przegranej. Nigdy więcej nie popełniłem tego błędu w podobnej rozgrywce.

Wnioski z tej anegdoty wyciągam do dziś. Obserwując bowiem współczesne zmagania dyplomatyczno-polityczne na arenie międzynarodowej, wielu analityków sugeruje się konkretnymi „ruchami” czy też słowami osób reprezentujących dane państwa. Trzeba mieć pełną świadomość tego, że wyciąganie wniosków wyłącznie na podstawie oficjalnie udzielanych informacji lub podejmowanych i widocznych powszechnie działań może poprowadzić na manowce. Polityka międzynarodowa to gra sugestii, złudzeń, fałszywych gestów i mylących zagrywek. To sygnały lub wiadomości, które są zrozumiałe często tylko dla samego adresata.

Dlatego przy analizie celów wyznaczanych sobie przez rządzących, najlepiej w pierwszej kolejności odnosić się do już zaistniałych faktów i widocznych efektów. Następnie warto przeanalizować je pod kątem ogólnych prawideł strategii. Dopiero później należy weryfikować, czy bieżące deklaracje i działania polityków wpisują się w dany schemat. Oczywiście nie gwarantuje to, że wynik tak wykonanego procesu myślowego będzie zgodny z rzeczywistą sytuacją. Zawsze może się bowiem znaleźć ktoś (jak np. Adolf Hitler), kto będąc u władzy, będzie podejmował decyzje oparte na ryzyku i przesłankach ideologicznych, a więc przeciwne do tego, co podpowiada logika czy strategie geopolityczne. Jednak osoby nie posiadające dostępu do szczegółowych, najczęściej tajnych informacji, nie biorące udziału w „GRZE” w charakterze rozgrywających (decydentów), nie dysponują lepszymi narzędziami poznawczymi, jak: logika, świadomość reguł geostrategicznych oraz geopolitycznych, spostrzegawczość, a także umiejętność selekcji przytłaczającej ilości informacji, jakie zalewają naszą świadomość każdego dnia.

Poniżej prezentuję własne spostrzeżenia dotyczące najważniejszych według mnie atutów oraz słabości największych graczy na arenie międzynarodowej.

 

 

CHIŃSKA REPUBLIKA LUDOWA

Zawsze nosiłem w kieszeni broń, ponieważ problemem dla mnie nie było wygranie pieniędzy, ale wyjście z nimi.

Dave Devilfish-Ulliott

 

Przytoczony cytat ze świata pokerowego doskonale odzwierciedla sytuację Chińskiej Republiki Ludowej. Nikt już chyba nie ma wątpliwości, że Pekin w dużej mierze osiągnął to, co sobie założył, jeśli chodzi o rozwój gospodarczy i technologiczny oraz pozyskiwanie kapitału z zewnątrz. Chińczycy wygrali olbrzymie sumy przy pokerowym stole, problem leży jednak w tym, że ograny Wujek Sam chce odzyskać żetony. A tak się składa, że to on nosi na piersi odznakę szeryfa, a za pasem – olbrzymiego colta. W tym kontekście nie powinno dziwić, że nowym priorytetem w zbrojeniach jest dla Chin stworzenie potężnej floty morskiej. A taką można zbudować jedynie w oparciu o silną gospodarkę.

 

Budowa potęgi gospodarczej

Elity chińskie w sposób wzorcowy budują nowe imperium. Choć nie zawsze tak było. Praktycznie do początku lat 80. władze z Pekinu prowadziły izolacyjną politykę międzynarodową przy jednoczesnym dewastowaniu gospodarki państwa. Państwo Środka stało się symbolem najbardziej katastrofalnych w skutkach pomysłów wdrażanych w ramach stosowania socjalistycznej polityki rynkowej. Wystarczy wspomnieć, że na skutek prowadzonego w latach 1958–1962 programu gospodarczego nazwanego Wielkim Skokiem Chiny dotknięte zostały największą na świecie klęską głodu. Liczbę ofiar szacuje się od 20 do nawet 45 milionów. Gospodarka załamała się, poziom produkcji rolnej spadł do ¼ stanu sprzed „reformy”, a przemysł ciężki skurczył się niemal o połowę (mimo że głównym celem Wielkiego Skoku była właśnie rozbudowa przemysłu). W konsekwencji pozycja Mao znacznie osłabła, musiał więc on podjąć kroki zmierzające do jej wzmocnienia. Przeprowadzona w latach 1966–1969 „rewolucja kulturalna” kosztowała Chiny kolejne ok. 5 mln ofiar. Trwające od czasu końca chińskiej wojny domowej (1950 r.) represje polityczne skutkowały utworzeniem tysięcy obozów karnych (zwanych laogai), w których zginąć mogło w sumie od 15 do 27 milionów osób.

W efekcie rewolucyjnej polityki Mao Tse-tunga w latach 70. ubiegłego wieku, państwo chińskie ledwie stało na nogach. Wkrótce po śmierci założyciela Chińskiej Republiki Ludowej (1976 r.) faktyczną władzę przejął Deng Xiaoping, który był przeciwnikiem projektu Wielkiego Skoku, co zresztą w czasach Mao kosztowało go represje, m.in. utratę zajmowanych stanowisk. Nowy przywódca stanął przed arcytrudnym zadaniem. Chiny nie posiadały wówczas kapitału, technologii, przemysłu, nowoczesnej armii ani żadnych przyjaciół na arenie międzynarodowej. Deng Xiaoping potrafił jednak doskonale wykorzystać inną przewagę ówczesnej chińskiej gospodarki – biedę, a konkretnie tanią siłę roboczą. Ubóstwo społeczeństwa stało się pierwszym filarem, na którym rozpoczęto budowę przyszłej potęgi.

Reformy rolnictwa, przywrócenie własności ziemskiej, wprowadzenie zasad wolnego rynku w gospodarce, utworzenie specjalnych stref ekonomicznych dla zagranicznych inwestorów, otwarcie się na zewnętrzne biznes, kapitał i wpływy oraz powrót Pekinu na scenę dyplomacji międzynarodowej wypchnęły państwo na tory, którymi chińska lokomotywa do dziś zmierza po światowy prymat gospodarczy, technologiczny, polityczny, a może i nawet militarny.„Socjalizm o chińskiej specyfice” wymyślony przez Deng Xiaopinga niewątpliwie zdał egzamin, jeśli chodzi wyprowadzenie Państwa Środka z głębokiej zapaści. Choć naprawdę równie dobrze chiński model gospodarczy można by nazwać „kapitalizmem o chińskiej specyfice”. Chińczycy bowiem zastosowali kapitalistyczne mechanizmy rynkowe we wciąż nadzorowanej przez państwo gospodarce. Należy w tym miejscu podkreślić, że chińskie władze w sposób ściśle kontrolowany i planowy otwierały kraj na rynek światowy. Do dziś Państwo Środka przezornie broni własnego rynku przed zbyt wielką ingerencją i wpływami z zewnątrz. Niemniej w latach 90. XX wieku Chiny stały się dla Zachodu tanią w utrzymaniu linią produkcyjną, fabryką, która z roku na rok produkowała i eksportowała coraz więcej towarów. Z czasem przestano obawiać się komunistycznego charakteru władzy w Chinach i zaczęto przenosić na terytorium tego kraju zakłady produkcyjne wykorzystujące najnowocześniejsze technologie. W konsekwencji, m.in. dzięki rozbudowanemu wywiadowi gospodarczemu, Chińczycy zaczęli inwestować w tworzenie kopii, podróbek i tańszych zamienników produktów wytwarzanych przez zachodnie koncerny. Pozyskiwany w ten sposób kapitał przeznaczali na rozwój przejętych technologii, prowadząc jednocześnie własne programy naukowe. Efekty?

W 2014 roku Chiny stały się największą gospodarką świata, jeśli chodzi o porównanie PKB z uwzględnieniem parytetu siły nabywczej pieniądza. W 2018 roku chińska gospodarka wytworzyła ok. 35% światowego PKB (liczonego już w dolarach). Jednocześnie rynek kojarzony do niedawna z tanią i tandetną „chińszczyzną” dziś wiedzie prym w takich segmentach jak sieć 5G, elektronika czy fizyka kwantowa. Kolejne programy rządowe dźwigają Państwo Środka na coraz to wyższe stopnie technologicznej ewolucji. Obecnie sztandarowym projektem Pekinu jest Made in China 2025. Ilość zgłaszanych przez Chińczyków patentów rośnie od kilku lat w sposób wykładniczy. W 2015 roku Chiny – jako pierwszy kraj w historii – odnotowały milion złożonych wniosków patentowych. Tylko w roku 2017 sam Huawei zgłosił do Światowej Organizacji Własności Intelektualnej (WIPO – World Intellectual Property Organization) więcej patentów (2,4 tys. wniosków, z których 1262 rozwiązania otrzymały ochronę patentową) niż wszystkie polskie firmy i uczelnie razem wzięte (469 wniosków). W 2018 roku firma ta utrzymała zresztą pozycję lidera w tej klasyfikacji zgłaszając do WIPO rekordowo 5405 wniosków patentowych podwajając niemal wynik japońskiego Mitsubishi Electric Corp., który z 2812 wnioskami zajął drugie miejsce. Postęp, jeśli chodzi o wzrost chińskiej innowacyjności jest potężny. W 2018 roku Chińczycy zgłosili do WIPO łącznie aż 53342 wniosków patentowych, nieznacznie ustępując Amerykanom, którzy osiągnęli wynik 56142 wniosków (łączna ilość zgłoszeń wyniosła blisko 253 tys.). Innowacyjność i nowe technologie są kluczem chińskiej strategii do zbudowania klasy średniej w celu rozwinięcia rynku wewnętrznego. W tej chwili obserwujemy pewnego rodzaju transformację. Chińskie produkty, których jedynym dotychczasowym atutem była cena, mają stać się również konkurencyjne pod względem jakości i nowoczesności. Dzięki temu ceny chińskich wytworów będą mogły wzrosnąć, a tym samym zwiększą się zyski zakładów produkcyjnych. To z kolei pozwoli na podwyższenie płac dla pracowników, tak więc przyczyni się do zwiększenia zamożności społeczeństwa i budowy klasy średniej.

Nie można również nie wspomnieć o tym, że dzięki rządowym programom i wieloletniej, celowo prowadzonej polityce gospodarczej, Chiny stały się głównym producentem metali ziem rzadkich niezbędnych do wytwarzania nowoczesnej elektroniki. Chińska Republika Ludowa odpowiadała do niedawna za 94% globalnej produkcji na tym rynku, a chińskie zasoby tego rodzaju minerałów stanowią jedną trzecią światowych pokładów.

Gdy Richard Nixon w 1972 roku zaprosił Mao Tse-tunga do wspólnej gry przy zielonym stoliku (słynne „odwrócenie Chin”), czego konsekwencją było dopuszczenie tego populacyjnego giganta do rynku światowego, mógł nie przewidzieć, że to dyplomatyczne zwycięstwo odniesione nad ZSRR będzie w przyszłości kosztować Stany Zjednoczone pojawieniem się nowego, znacznie potężniejszego rywala.

 

Handel napędem gospodarki

Mimo wszystkich swoich atutów Chiny posiadają jednak dwie dość istotne słabości. Jedną z nich jest uzależnienie gospodarki od eksportu. W 2019 roku udział eksportu w gospodarce (mierzonej w PKB) wyniósł ponad 17%[i]. Udział całego handlu w PKB to już z kolei blisko 32%. Warto przy tym podkreślić, że nadwyżki kapitału pochodzące z handlu służą m.in. do finansowania chińskich inwestycji zagranicznych. Zwłaszcza tych dotyczących rozbudowy infrastruktury transportowej oraz tranzytowej dla surowców energetycznych. Innymi słowy, handel jest dla Pekinu niezwykle ważny w kontekście rozbudowy Nowego Jedwabnego Szlaku oraz projektów energetycznych dotyczących importu do Państwa Środka gazu ziemnego i ropy naftowej. Tymczasem podkreślenia wymaga fakt, że niemal cały chiński handel jest uzależniony od morskich szlaków handlowych, a także… dobrej woli Stanów Zjednoczonych dysponujących najpotężniejszą flotą świata, zdolną do zablokowania kluczowych punktów na tych szlakach, tj.: cieśniny Malakka, Kanału Sueskiego oraz ujścia Zatoki Omańskiej (możliwość blokady cieśniny Ormuz przez US Navy jest w tej chwili kwestionowana przez Iran).

Oznacza to, że gdyby Amerykanie postanowili odciąć Chiny od zachodnich rynków w sposób siłowy, Chińska gospodarka mogłaby się całkowicie załamać. Eksport chińskich towarów napędza bowiem produkcję, przemysł oraz inwestycje. Handel, przemysł i inwestycje stanowią olbrzymią część chińskiej gospodarki i gwarantują miejsca pracy. Wzrost zatrudnienia na ponad miliardowym chińskim rynku wyciąga społeczeństwo z ubóstwa, co z kolei napędza konsumpcję wewnętrzną, a więc w efekcie końcowym uniezależnia gospodarkę od eksportu.

Wyobraźmy sobie teraz sytuację, w której Chińska Republika Ludowa zostaje odcięta od handlu z szeroko rozumianym Zachodem. Zmniejszenie eksportu łączy się ze zmniejszeniem produkcji. To z kolei skutkuje zamykaniem fabryk i zwalnianiem pracowników, a więc i wzrostem bezrobocia, zubożeniem społeczeństwa i klasy średniej, a w konsekwencji prowadzi do zmniejszenia konsumpcji. Zmniejszenie konsumpcji to również dalszy spadek produkcji, kolejne zwolnienia, jeszcze większy wzrost bezrobocia… i wówczas można mówić już o lawinie gospodarczej.

Dlatego jednym z priorytetów chińskiego rządu jest zlikwidowanie w Chinach ubóstwa, zbudowanie licznej klasy średniej oraz napędzanie wewnętrznej konsumpcji. Tak, by rynek wewnętrzny był zdolny wchłonąć produkty rodzimej gospodarki i zastąpić w tej materii zewnętrznego, zachodniego odbiorcę. Przy populacji liczącej prawie 1,4 mld ludzi wydaje się to nie tylko możliwe, ale i daje spore szanse na to, że Chiny dzięki wewnętrznemu popytowi będą w stanie rozwijać się jeszcze szybciej niż obecnie.

Niewątpliwym jest, że gospodarka Chin nadal musi polegać na handlu z zagranicą. Tymczasem dwoma największymi partnerami handlowymi dla Pekinu są Stany Zjednoczone i Unia Europejska. Znaczny udział w handlu z Chinami mają ponadto: Hongkong, Japonia oraz Korea Południowa; nieco mniejszy: Tajwan, Australia, Wietnam, Malezja, Tajlandia, Indie oraz Meksyk. Wśród tych państw niemal każde jest bądź to sojusznikiem Stanów Zjednoczonych, bądź państwem zależnym od światowego hegemona i jego potęgi morskiej. Jednocześnie wskazać należy, że to na handlu z USA i Europą, Chiny zarabiają najwięcej. Ich nadwyżka handlowa ze Stanami Zjednoczonymi w 2018 roku wyniosła – bagatela – ponad 323 miliardów dolarów. Jednocześnie bilans handlowy z Unią Europejską w tym samym okresie wskazał kwotę 185 miliardów euro[ii] (ok. 222 mld dolarów). To tłumaczy powstanie chińskiego projektu One Belt One Road, który ma połączyć drogą lądową kontynentalne Chiny z chłonnym i bogatym europejskich rynkiem. Rynkiem, który może zapewnić chińskiej gospodarce przetrwanie w sytuacji, gdy ta będzie blokowana przez Stany Zjednoczone. Pod warunkiem, że przepustowość lądowych szlaków handlowych pozwoli na utrzymanie poziomu wymiany handlowej z Europą. Co będzie stanowić nie lada wyzwanie w kontekście tego, że współcześnie największe kontenerowce mogą pomieścić na pokładzie niemalże dwadzieścia tysięcy kontenerów. Tymczasem jeden pociąg przewozi ich średnio pięćdziesiąt. Trwa to wprawdzie o wiele krócej (nawet dziewięć dni z Chin do Polski, przy miesiącu, jeśli chodzi o żeglugę morską), ale ile pociągów oraz wagonów musiałoby zostać zaangażowanych naraz, by zrównoważyć pojemność jednego kontenerowca? Uwzględnić przy tym należy również sporą różnicę w kosztach transportu, ze względu na potrzebę utrzymania infrastruktury lądowej (tory kolejowe/drogi).

Wielu analityków i obserwatorów politycznej oraz gospodarczej sceny międzynarodowej wypowiada się o Nowym Jedwabnym Szlaku jako o już istniejącej rzeczywistości. Według mnie NJS/OBOR to wciąż melodia, niepewnej zresztą, przyszłości. Nie sztuką jest bowiem wysłać pociąg z Pekinu do Berlina. Transportowa rewolucja dokona się dopiero wówczas, gdy transport lądowy będzie zdolny zrównoważyć i zastąpić wydajność transportu morskiego. To zabierze jednak jeszcze bardzo dużo czasu, wbrew temu co wieszczą niektórzy. Należy bowiem pamiętać, że o ile na pełnym morzu niemal nie istnieją ograniczenia jeśli chodzi o wymijanie się statków, o tyle na lądzie pociągi są uzależnione od infrastruktury. Upraszczając, by dwa składy mogły się minąć na tej samej trasie, potrzebne są dwie nitki torów.

Innym wyzwaniem dla Pekinu jest zadbanie o bezpieczeństwo i stałość importu surowców energetycznych, tj. gazu ziemnego i ropy naftowej. W tym celu przeprowadzane są inwestycje infrastrukturalne w strategicznych kierunkach, do których zaliczają się nie tylko wspomniane Rosja i Azja Środkowa, ale i Bliski Wschód. Stąd zbudowanie przez Chińczyków portu w pakistańskim Gwadarze położonym u wyjścia z Zatoki Omańskiej. Stworzenie transportowego, ale i energetycznego (rurociąg) szlaku na linii Gwadar – Islamabad – Kaszgar pozwoli Chinom na uwolnienie się z pułapek, jakimi mogą stać się cieśnina Malakka oraz wybrzeża Indii. Dzięki współpracy z Pakistanem bliskowschodnie (w tym irańskie) surowce będą transportowane drogą morską jedynie przez wody zatok Perskiej i Omańskiej. Tymczasem współpraca z Teheranem może zaowocować perską gwarancją bezpieczeństwa na tych szlakach. W tym kontekście istotnym pytaniem jest, czy Iran posiada lub może nabyć takie zdolności, które uniemożliwią amerykańskiej US Navy postawienie blokady morskiej? Odpowiedź na to zagadnienie może przyjść w najbliższej przyszłości, ta zdolność była już bowiem testowana i demonstrowana. W lipcu 2019 roku Iran przejął dwa brytyjskie tankowce w odwecie za zatrzymanie irańskiego tankowca przepływającego przez Cieśninę Gibraltarską. Dlatego Wielka Brytania i Stany Zjednoczone poszukują sojuszników do misji zabezpieczenia Zatoki Perskiej i cieśniny Ormuz. Co ciekawe, chęć przyłączenia się do tej inicjatywy wyraziła Chińska Republika Ludowa. To pozwoliłoby Chińczykom nie tylko chronić żeglugę zachodnich jednostek, ale i kontrolować przepływ bliskowschodnich surowców przeznaczonych dla Chin, co odbywałoby się w ramach międzynarodowej koalicji.

 

Energetyczna pięta achillesowa

Wielką słabością chińskiej gospodarki, co było już wspominane, jest uzależnienie od surowców energetycznych. Chiny są światowym liderem w imporcie ropy naftowej, którą sprowadzają w największej ilości znad Zatoki Perskiej. Arabia Saudyjska, Iran, Irak, Oman, Kuwejt oraz Zjednoczone Emiraty Arabskie zabezpieczają łącznie Państwu Środka dostawy na poziomie połowy jego zapotrzebowania. Dodatkowo Chiny importują ropę z Angoli, Kongo, Wenezueli oraz Brazylii. Wszystko to odbywa się drogą morską. Jedynie surowiec pochodzący z Rosji i Azji Centralnej (Kazachstan) dostarczany jest lądowymi rurociągami. I choć Rosja stała się największym dostawcą ropy do Chin, to jej udział w chińskim torcie wciąż wynosi zaledwie kilkanaście procent.

Jednocześnie Państwo Środka w 2018 roku było największym importerem gazu ziemnego. Roczne chińska gospodarka zużywa ok. 200 mld m³ gazu, z czego jedynie 130 mld m³ pochodzi z własnej produkcji. Przewiduje się, że w ciągu kilku najbliższych lat zapotrzebowanie na ten surowiec znacząco wzrośnie. W tym przypadku sytuacja Chin jest jednak nieco lepsza w kontekście rywalizacji z USA. Import błękitnego paliwa prowadzony jest bowiem w dużej mierze gazociągami z Azji Centralnej i Rosji. W grudniu 2019 roku nastąpiło otwarcie gazociągu Siła Syberii, którego przepustowość ma wzrosnąć w ciągu pięciu kolejnych lat z 5 do 30 mld m³ gazu rocznie. Jednocześnie prowadzone są rozmowy w sprawie budowy gazociągu Ałtaj(docelowa przepustowość również 30 mld m³) oraz wdrażania projektu Jamał LNG.

Gazociąg Azja Centralna – Chiny posiada w tej chwili trzy nitki o łącznej przepustowości 55 mld m³ gazu rocznie. Po ukończeniu czwartej, ostatniej odnogi, Chiny będą mogły pozyskiwać z tego kierunku nawet 70 mld m³ gazu rocznie, co miało nastąpić już w 2020 roku. Jednak nawet ukończenie tych inwestycji prawdopodobnie nie zlikwiduje potrzeby importu LNG drogą morską. Chińczycy są trzecim (po Japonii i Korei Południowej) największym importerem gazu skroplonego na świecie i sprowadzają go z Kataru, Australii, Indonezji, Malezji oraz Jemenu.

W tym kontekście nie powinien dziwić fakt, że Chiny stawiają na elektryczną rewolucję, jeśli chodzi o motoryzację. Brak ropy naftowej oraz olbrzymie zasoby m.in. metali ziem rzadkich w sposób naturalny skłoniły Chińczyków do odchodzenia od silników spalinowych na rzecz silników elektrycznych zasilanych akumulatorami. Należy jednak pamiętać, że energia w Chinach wytwarzana jest nie tylko przez elektrociepłownie opalane węglem, elektrownie atomowe i energetykę odnawialną. Istotny udział przy wytwarzaniu energii mają również ropa naftowa i gaz ziemny. Z tego powodu chińskie władze chcą, aby do 2030 roku aż 35% zużywanego prądu pochodziło z odnawialnych źródeł energii. Chińczycy myślą więc wielotorowo i planują długofalowo. Jednocześnie komunistyczny system sprawowania władzy ułatwia centralne sterowanie gospodarką oraz wspomaga i przyśpiesza procesy konwersji wybranych jej sektorów.

 

Komuniści ogrywają zachodnią finansjerę?

Współczesna gospodarka znacznie różni się od tej pojmowanej kategoriami XIX wieku. Skomplikowany system monetarno-finansowy oparty na pieniądzu fiducjarnym kompletnie zmienił zasady gry. Pomimo komunistycznego ustroju Chińczycy w XXI wieku zdołali opanować nowe reguły ekonomii i jak dotąd skutecznie radzą sobie na tej płaszczyźnie.

Nie jest już żadną tajemnicą, że gdy było to korzystne dla chińskiej gospodarki, chińskie instytucje finansowe w sposób celowy i systemowy zaniżały kurs juana względem dolara. Po kryzysie finansowym z lat 2008-2009, świat Zachodu rozpoczął tzw. dodruk pieniądza zwany luzowaniem ilościowym (quantitative easing – QE). Polegało to na generowaniu/drukowaniu przez banki centralne (amerykańską Rezerwę Federalną – FED oraz Europejski Bank Centralny – EBC) dodatkowych środków pieniężnych, które były wprowadzane na lokalne rynki poprzez łatwo dostępne i tanie (dzięki obniżanym stopom procentowym) kredyty. W 2013 roku na spotkaniu grupy G7 ustalono, że luzowanie ilościowe może służyć do wykupu własnych, krajowych papierów dłużnych (obligacji). Jednak wskazano również, że za dodrukowaną walutę nie powinno się skupować innych walut w celu osłabienia własnej. Zastrzeżenie to było istotne z uwagi na fakt, że sztuczne zaniżanie wartości krajowej waluty wspomagało eksport. Tańsze, a więc bardziej konkurencyjne towary mogą bowiem wypierać te droższe, wytworzone na terenie gospodarek posługujących się mocniejszą walutą. Tego rodzaju mechanizm stwarza pokusę do prowadzenia spekulacji w postaci tworzenia sztucznego popytu na konkretną walutę w celu zawyżenia jej wartości oraz obniżenia wartości własnego pieniądza. Państwa G7 chciały w ten sposób zapobiec manipulacjom i wojnom walutowym.

W taki właśnie sposób w latach 2003-2014 działali Chińczycy. Szacuje się, że w tym okresie skupili potajemnie około 300 mld dolarów[iii], przesuwając je do swoich rezerw walutowych. W konsekwencji, dzięki różnego rodzaju operacjom (również jawnym) w 2014 roku chińskie rezerwy walutowe osiągnęły rekordowy poziom blisko 4 bilionów dolarów. To spowodowało zmniejszenie ilości dolara dostępnego na rynku, co z kolei zawyżyło jego wartość. Jednocześnie Chińczycy wpompowywali na rynek olbrzymie ilości juana, osłabiając własną walutę. Można było to zaobserwować poprzez wolniejszy wzrost jej wartości względem dolara. W ten sposób chińska gospodarka rosła szybciej niż wartość pieniądza, który był zwyczajnie niedoszacowany. Co za tym idzie, eksportowane towary miały znacznie mniejsze ceny niż zagraniczna konkurencja. Chińskie produkty podbijały rynki zagraniczne, ściągając do krajowej gospodarki coraz większy kapitał. O tym, jak korzystna jest tańsza waluta dla uprzemysłowionej gospodarki nastawionej na eksport, świadczy przykład Republiki Federalnej Niemiec, która chętnie pozbyła się bardzo drogiej niemieckiej marki, wymieniając ją na tańsze euro. Dzięki temu niemieckie towary charakteryzujące się wysoką jakością niemal z dnia na dzień zyskały bardziej konkurencyjną cenę. Niemcy korzystają z tegoż faktu do dziś.

Niemniej chińska kontrola nad juanem uniemożliwiała włączenie go do międzynarodowego koszyka walutowego SDR (special drawing rights). Do czego od pewnego momentu zaczął dążyć Ludowy Bank Chin. Umiędzynarodowienie juana było dla Chińskiej Republiki Ludowej niezwykle istotne z dwóch powodów. Po pierwsze, SDR (na który składają się obecnie: dolar amerykański, euro, funt szterling, jen i juan) może stać się walutą rezerwową świata. Po drugie, Chińczycy przyjęli strategię uniezależniania się od dolara i wypychania go ze światowych rynków. Pekin zmierzał do sytuacji, w której mógłby zawierać bilateralne umowy handlowo-gospodarcze z innymi państwami, w których walutą transakcji byłby chiński juan, a nie dolar. Jednak żadne państwo nie przyjmowałoby zapłaty w juanie, gdyby nie został on uznany przez Międzynarodowy Fundusz Walutowy i gdyby nie można go było przeksięgować na rezerwę walutową.

Uznanie juana jako światowej waluty miało również ugruntować pozycję Azjatyckiego Banku Inwestycji Infrastrukturalnych (Asian Infrastructure Investment Bank– AIIB), który został utworzony w styczniu 2016 roku w celu wspierania inwestycji infrastrukturalnych związanych ze szlakami handlowymi w Eurazji. Potencjalnie może on stać się konkurentem dla Banku Światowego i Międzynarodowego Funduszu Walutowego.

Z tych właśnie przyczyn Ludowy Bank Chin zaczął urynkawiać juana, do czego zresztą nawoływali Amerykanie (w nadziei na umocnienie chińskiej waluty). Jednak w 2015 roku, na skutek niepokojących danych dotyczących spadku eksportu, Chińczycy ogłosili deprecjację juana, obniżając jego wartość względem dolara. Celem miało być pobudzenie eksportu. Decyzja ta zaskoczyła rynek finansowy, przez co wartość chińskiej waluty zaczęła drastycznie spadać w znacznie szybszym tempie niż zaplanowali to chińscy decydenci. Zaniepokojeni inwestorzy zaczęli wyprzedawać juana, co dodatkowo napędziło spadek kursu. W efekcie Ludowy Bank Chin musiał podjąć interwencję, żeby ratować krajową walutę. Sprzedał (a jak to określają swoim slangiem ekonomiści: „przepalił”) wówczas ok. biliona dolarów by ustabilizować sytuację.

Czy tego rodzaju niezamierzony efekt drastycznych spadków kursu juana był spowodowany normalną reakcją rynku, czy też celową interwencją i spekulacją z zewnątrz? Nastawioną na zdyscyplinowanie niestosujących się do międzynarodowych norm Chińczyków? Tego do końca nie wiadomo. Warto jednak zwrócić uwagę na chronologię wydarzeń. W 2015 roku prezydent Barack Obama oskarżył władze z Pekinu o stosowanie nieuczciwych praktyk w polityce monetarno-walutowej. Mimo tego wyraźnego ostrzeżenia Chińczycy postanowili wspomóc eksport lekkim obniżeniem kursu juana. Działanie to pociągnęło za sobą całą lawinę, przez co Pekin stracił de facto bilion dolarów rezerwy.

Od tego czasu Ludowy Bank Chin zrzekł się części mechanizmów centralnego sterowania kursem juana, w zamian za co Międzynarodowy Fundusz Walutowy w 2016 roku przypisał chińską walutę do koszyka SDR. Dzięki temu juan może być traktowany jako rezerwa walutowa banków centralnych. Jednocześnie chińska rezerwa walutowa od kilku lat utrzymuje stabilny poziom ok. 3,1 biliona dolarów. Jednak Chińska Republika Ludowa nie zrezygnowała z walki na finansowym polu. Gdy Donald Trump nałożył w 2019 roku cła na chińskie towary wwożone do USA, Chińczycy nie mogąc odpowiedzieć symetrycznie (ponieważ posiadają dużą nadwyżkę handlową z Amerykanami), ponownie zdewaluowali juana. Chcieli w ten sposób zrekompensować ewentualne straty z eksportu wywołane wojną celną. Tym razem nie wywołało to tak niekorzystnych konsekwencji jak cztery lata wcześniej.

Warto jednocześnie wspomnieć o tym, że Chińska Republika Ludowa co najmniej od dziesięciolecia skupuje i gromadzi rezerwy w złocie. Mimo że widać to w transakcjach na rynku światowym, chińskie władze dotychczas tego nie potwierdziły. Oficjalnie, poziom rezerw złota wynosi w Państwie Środka blisko dwa tysiące ton, co jest dopiero piątym wynikiem na świecie. Jednak nieoficjalnie mówi się, że jest tego co najmniej dwa razy więcej. Dla porównania, Stany Zjednoczone utrzymują poziom rezerw złota na pułapie 8,1 tys. ton. Jednak w tym z kolei przypadku spekuluje się, że Stany Zjednoczone już dawno pozbyły się sporej części tego metalu szlachetnego. Tego jak jest naprawdę, dowiemy się być może dopiero wówczas, gdy rezerwy te będą musiały zostać wykorzystane.

Choć złoto od kilkudziesięciu lat przestało odgrywać wielką rolę w obrocie międzynarodowym oraz w finansach (tak jak to było wcześniej), to niewątpliwie wciąż uznaje się je w świecie finansów za tzw. „bezpieczną przystań”. Gdyby bowiem nastąpiło jakieś nieoczekiwane załamanie międzynarodowego systemu finansowego (lub choćby upadek dolara), złoto mogłoby pomóc krajowym bankom centralnym w odzyskaniu stabilizacji walut lokalnych. Tym samym umożliwiłoby to szybszą odbudowę gospodarki.

Mając to na uwadze, warto mieć świadomość, że zarówno Chińska Republika Ludowa jak i Federacja Rosyjska od dawna zwiększają rezerwy tego metalu. Śladem światowych mocarstw poszły ostatnio mniejsze państwa, tj. Węgry czy Polska (w latach 2018-2019 NBP zakupił 125 ton złota, zwiększając rezerwy do poziomu 228,6 ton, oraz ściągnął ich część z Londynu do Warszawy). Można więc sądzić, że elity polityczne przewidują możliwość wystąpienia poważnych perturbacji na rynkach walutowo-finansowych i dlatego przygotowują narzędzia do ewentualnego minimalizowania szkód takiej sytuacji.

 

[i]              https://www.statista.com/statistics/256591/share-of-chinas-exports-in-gross-domestic-product/ – odczyt  10.07.2020 r.

[ii]             https://ec.europa.eu/eurostat/web/products-eurostat-news/-/EDN-20190409-1 – odczyt 21.12.2019 r.

[iii]             https://www.piie.com/blogs/trade-investment-policy-watch/china-no-longer-manipulating-its-currency – odczyt  10.07.2020 r.

–>TRZECIA DEKADA – FRAGMENT DO POBRANIA<– 

 

Krzysztof Wojczal

Geopolityka, polityka, gospodarka, prawo, podatki – blog

5 komentarzy

  1. Chiny mają wiele słabości i póki co można je boleśnie sfaulować. Ale wyciągnęły lekcję z własnej rewolucji kulturalnej. Nie można tego zaś powiedzieć o USA, które coraz bardziej brną w to szaleństwo stawiając walkę o swoją nową postępową ideologię na pierwszym miejscu.

  2. Ale czy USA wycofały się definitywnie z Europy zwracając na Pacyfik to polemizowałbym. Uważam ze Biden dając Niemcom carte blanche na rozgrywki w UE – zrobił to celem związania Chin także w Europie. Walczyć na dwóch frontach jest zdecydowanie ciężej niż na jednym.

    Wszak Dieselgate jak i Monsanto/Bayer AG dały klapsy, ale Niemcy sa USA potrzebni by wiązać Chiny tu w UE. Wróg mojego wroga…przyda się. Pragmatyzm

  3. Nie wierzę. Naprawdę do druku pójdzie geopolityczny tekst autorstwa prawnika z określeniem „Stany Zjednoczone Ameryki Północnej”? Przecież takie państwo nie istnieje.

    1. Słusznie. Dziękuję za spostrzegawczość! Tekst jest w trakcie ostatnich korekt, także do druku tak nie pójdzie 😉
      pozdrawiam
      KW

  4. Styl i przekaz na najwyższym poziomie – docierający do źródeł i do tematów „tabu” – także w wielu przypadkach – [np. sfery finansowej] tych na Zachodzie. Bo Zachód [z USA na czele] wyraźnie goni w piętkę, w tym zwłaszcza na poziomie myślenia strategicznego. Zamiast budowania źródeł wzrostu od podstaw – kręcenie się w kółko – i tapeta „postępowej” nowomowy – dla uczynienia z musu cnoty. Oraz dla bohaterskiej walki z wymyślonymi problemami zastępczymi spod znaku szaleństw LGBT/gender i krytycznej teorii rasy – czy szkoły frankfurckiej. Bo z prawdziwymi problemami – sobie nie radzą. Nie będę się rozpisywał – droga, jaka idzie Zachód, to odwlekane medialnym opium samobójstwo – tu w Polsce musimy być jak lekarz, który diagnozuje prawdę, nawet skrajnie niemiłą – po to, by móc skutecznie leczyć do końca – a nie tylko przyklejać ładny plasterek i maskować źródło choroby tabletkami przeciwbólowymi. Liczy się samosterowność, własne długofalowe myślenie, głębokie przeorientowanie całego modelu państwa pod przyszłe ciężkie czasy. I sprawność instrumentalna – i zasoby realne optymalnie dysponowane w SWOT pod nasze interesy wg koszt/efekt. Bez tego – wszelkie dobre intencje – realizowane przez dyletantów i „miernych, biernych, ale wiernych” – będą tylko brukowały nam przyszłe piekło. Cóż – rośnie nowe pokolenie – które myśli samodzielnie, więcej – samemu kreuje kryteria i miary myślenia – i nie potrzebuje do tego takiego czy innego Wielkiego Brata – i nie boi się zbrodni myśli. Musimy wyjść z klinczu politycznego – za którym z OBU stron stoją przestarzałe skamieniałe kalki myślenia – zupełnie nieadekwatne do wyzwań już teraz, a tym bardziej za dekadę. Panie Krzysztofie – czekam na kolejne książki. A na pewno za 2-3, a na pewno za pięć lat najpóźniej – potrzebna jest zasadnicza aktualizacja „Trzeciej dekady” i być może przesunięcie horyzontu czasowego owej „dekady” np. do 2035. A optymalnie – gdyby powstał np. portal – i aktualizacje modyfikujące spójnie całościowo „globalne pole gry” – jakie Pan opisał – były robione co rok. Bo cały świat się zmienia – coraz szybciej. Być może taki portal w formule rozszerzonej [wliczając i sprawy kosmopolityki i cyber] we współpracy z S&F i specami – i za paywallem dającym środki na porządne zajęcie się tematem. Bo wolontariat po godzinach – dobry na początku. Jednego jestem pewien – już teraz nie mamy się czego wstydzić względem Zachodu odnośnie myślenia geostrategicznego – idącego oddolnie [choć „wieża” nadal trwa w odrętwieniu – chociaż widzi, że „iść łatwo po staremu” już się nie da – i że są potrzebne zasadnicze i trudne zmiany kursu]… A szczerze – to Zachód zaczyna odstawać, robi bokami, niekiedy już żenująco – od 2008 w szybkim tempie stracił swój blask i czar – i coraz bardziej w krytycznych sprawach wystaje z niego ów „paździerz” o którym mówił Jacek Bartosiak. Prawdziwym wyzwaniem dla Polski – jest wygenerowanie myśli strategicznej – znacznie lepszej od tej na Kremlu. Pole do działania oddolnego – bez czekania na „wieżę” – jest szeroko otwarte do wojny informacyjnej – która musimy wygrać nie tylko względem Kremla – ale i Waszyngtonu, Berlina, Paryża, Jerozolimy – jednocześnie strategicznie budując wspólne pole narracji i zrozumienia z Azją i Afryką, jako ci, którzy są po tej samej stronie barykady państw kolonializowanych [czy neokolonizowanych] , wyzyskiwanych, podbijanych, mordowanych, rabowanych i zdradzanych przez Zachód – i przez Rosję. Czyli musimy „odkleić” się od Zachodu – i to jeszcze w tej dekadzie – zasadniczo i asertywnie wystawiając mu rachunek – i wygrywając wojnę informacyjną – całkowicie odwracając jego dotychczasową „pedagogikę wstydu” i całe to pouczanie nas i dyscyplinowanie ze strony Zachodu. Bez tego nie widzę ani wewnętrznego przebudzenia, nowej uświadomionej tożsamości – ani poparcia dla samosterowności Polski.

Leave a Reply

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *