Teorie Georga Friedmana – Cz. 1.

George Friedman – lobbysta, wieszcz, geopolityk, fantasta… Różni ludzie różnie postrzegają tą osobę. Fakt jest jednak taki, że każdy zainteresowany geopolityką i polityką międzynarodową słyszał o Friedmanie. Ponadto wielu laików w w/w tematach kojarzy, że: „Jest taki Amerykanin, który twierdzi, że Polska będzie potęgą”.

Niniejszy wpis mniej będzie się zajmował samą postacią, a więcej tezami, które George Friedman wygłasza i w pewien sposób również promuje. Wszystkich, którzy jeszcze nie zapoznali się z książką tegoż autora o tytule: „Następne 100 lat. Prognoza na XXI wiek” uczciwie uprzedzam, że poniżej będę poruszał zagadnienia związane z jej treścią.

Nie będzie to jednak recenzja w/w tytułu (który warto przeczytać zwłaszcza jeśli ktoś rozpoczyna przygodę z geopolityką, z uwagi na umiejętność autora przekazania bardzo praktycznej, podstawowej wiedzy w niezwykle przystępny sposób – czyta się szybko i przyjemnie), a przedstawienie, omówienie i w niektórych momentach polemika z poglądami prezentowanymi przez GF-a.

 Tematów jest sporo, więc postaram się o krótkie rzeczowe postawienie wybranych (subiektywnie) przeze mnie tez i zwięzłe komentarze. Pamiętać należy, że „Następne 100 lat. Prognoza na XXI wiek” została napisana w 2008 roku. Jednocześnie będę też przytaczał bardziej aktualne wypowiedzi autora z różnych konferencji.

 

TEZA 1 – „Stany Zjednoczone nie muszą wygrywać wojen.”

Jest to w mojej ocenie jedna z najważniejszych, jak nie najważniejsza koncepcja promowana przez Georga Friedmana, która uderza wręcz swoją namacalnością w otaczającej nas rzeczywistości geopolitycznej.

Zgodnie z tą koncepcją, jak tłumaczy GF, Waszyngton nie musi wygrywać rozpoczętych wojen (lub tych, w które się zaangażował). Wystarczy jedynie, by USA nie dopuściło do tego, aby druga strona (państwo trzecie) nie zbudowała potęgi, która mogłaby rzucić Amerykanom wyzwanie. Wygrana/przegrana wojny (lub starcia gospodarczego/politycznego) nie ma istotnego znaczenia, o ile przeciwnik nie będzie wstanie zbudować potęgi z uwagi na zaangażowanie się w konflikt. USA natomiast jest tak potężne, że ew. porażki nie są wstanie zachwiać hegemonem (innymi słowy, Amerykanie posiadają margines błędu).

Amerykanie stosują defensywną (zdaniem GF-a) strategię wszczynania konfliktów w celu osłabiania potencjalnej konkurencji i niedopuszczenia do powstania siły zdolnej rzucać wyzwania USA choćby lokalnie.

Zdaniem Friedmana: „Stany Zjednoczone nie są zainteresowane pokojem w Eurazji.”. Destabilizują Azję (s. 61-62 w/w książki), a celem inwazji na Afganistan było niedopuszczenie do zbudowania przez Al-Kaidę (lub kogokolwiek innego) wielkiej islamskiej potęgi Eurazji.

 

Komentarz

Trudno nazwać wszczynanie konfliktów strategią defensywną. Jest to tak samo defensywna strategia, jak ta, na podstawie której Rosja dokonała inwazji na Ukrainę. Innymi słowy, oba mocarstwa pilnują tego, co już posiadają (lub posiadały). I w tym sensie jest to doktryna defensywna. Jednocześnie oba państwa stosują te same metody. Agresywne i ofensywne działania na terenach państw trzecich, które stają się tym samym ofiarami większej gry. Punkt widzenia, zależy od miejsca siedzenia. W zakresie sedna tezy, tutaj kwestia jest chyba oczywista. Od wielu lat obserwujemy te „defensywne” działania USA (Afganistan, Irak, Arabska Wiosna, Syria, Ukraina).

Dość karkołomne wydaje się być natomiast tłumaczenie inwazji na Afganistan, potrzebą zapobieżenia powstania imperium muzułmańskiego… Po pierwsze jest to sprzeczne z innym poglądem Friedmana mówiącym o tym, że Pakistan nie jest wstanie zbudować kalifatu (a tym samym destabilizacja biednego Afganistanu w tym celu nie ma sensu), a już tym bardziej takiego kalifatu nie byliby wstanie zbudować zacofani technologicznie, odseparowani geograficznie, zamieszkujący biedny, górski Afganistan – mudżahedini/talibowie. Skoro żadne państwo w tamtym regionie nie było wstanie zjednoczyć świata muzułmańskiego, to po co interwencja akurat właśnie tam?

Kwestia druga. Przed II Wojną w Iraku, świat muzułmański był również mocno podzielony. Poszczególne reżimy pilnowały swojej władzy (którą nie chciały się dzielić), a państwa posiadały własne interesy (co ukazywały wojny między nimi). Przy jednoczesnym dobrobycie (pokój i handel ropą), znaczenie ideologii islamu było marginalne. Społeczeństwa skupiały się na życiu doczesnym, a reżimy na kontrolowaniu własnych wpływów. Zawierane porozumienia nie prowadziły do zjednoczenia, a do wspólnego prosperity, przy czym przy ogromnej konkurencji (w końcu cały Bliski Wschód sprzedawał to samo: gaz i ropę), różnicy interesów, polityk i kultur, zawsze występowały jakieś konflikty i rozbieżności wewnątrz muzułmańskiego świata.

W mojej opinii autor próbuje usprawiedliwić moralnie USA na przyszłość i ukazuje Waszyngton, jako daleko przewidującego strażnika świata. Dziś już wiemy, że ten „strażnik” miałby nas bronić przed kalifatem, islamskim fundamentalizmem i terroryzmem, ale przed wrześniem 2001 roku nic nie zwiastowało powstania żadnego z tych trzech czynników (a już najmniej tego pierwszego – kalifatu). Tymczasem właśnie agresywna polityka USA na Bliskim Wschodzie doprowadziła do sytuacji, w której mamy do czynienia z nasilaniem się działań terrorystycznych, a ugrupowania islamskie już próbowały utworzyć wspólnotę ideologiczną w strukturach kalifatu (ISIS). Jeśli „Zachód” będzie nadal mieszał w bliskowschodnim kotle, to niechęć do Europy i USA będzie wpychała społeczeństwa muzułmańskie w objęcia radykalizmu. Jihad zawładnie umysłami ludzi, których bliscy zginęli lub zginą od bomb „niewiernych”. Krzyżowców prowadzących współczesną krucjatę. Bliskowschodnie społeczeństwa – „ofiary” mogą zostać połączone ideologicznie przez wspólny los (fakt napaści przez NATO). Wspólne emocje (nienawiść) mogą przezwyciężyć zarysowane granice państwowe i rozbieżność interesów i przyczynić się do zjednoczenia Bliskiego Wschodu pod flagą zemsty i „Świętej Wojny”. Jeśli tak będzie wyglądać przyszłość, to Amerykanie będą za to ponosić odpowiedzialność. Omawiany skutek może powstać bowiem właśnie w wyniku (lub dzięki) „prewencyjnej” działalności USA, a nie pomimo tej działalności.

 

TEZA 2 – Rozpad Rosji

Zdaniem Georga Friedmana Rosjanie będą musieli podjąć próbę odbudowania potęgi, co doprowadzi ich do konfrontacji i porażki z USA. Kreml przegra z uwagi na problemy wewnętrzne państwa, gwałtowny spadek demograficzny i słabą infrastrukturę.

Rosjanie będą zachowywać się agresywnie, wznowią konflikt przeciwko Gruzji, chcąc umocnić się w regionie Kaukazu (co będzie zagrożeniem dla Turcji). Wykorzystają również spór Armenii z Azerbejdżanem.

Jednocześnie Rosja będzie naciskać na państwa bałtyckie poprzez tajne operacje, wykorzystanie mniejszości narodowych, sankcje ekonomiczne i presję militarną.

Kluczową będzie kwestia Ukrainy i Białorusi (Kreml będzie robił wszystko by zachować je we własnej strefie wpływów).

Rosjanie będą wywierać presję, a USA wraz z sojusznikami będą przeciwdziałać. USA „zainwestuje” w Polskę by móc przeciwdziałać na wschodnim kierunku. Rosja przegra okres drugiej zimnej wojny, a około 2020 roku nastąpi jej rozpad. Słabsze regiony oderwą się (rejon Pacyfiku, Czeczenia i inne muzułmańskie autonomie, Karelia).

W 2017 roku na konferencji w Keynote George Friedman stwierdził, że Rosja słabnie, upada gospodarczo, ale jednocześnie pokazuje się na silniejszą niż jest. Pręży muskuły militarne.

 

Komentarz

Wszystko wydaje się zgadzać, tylko znów widoczna jest pro-amerykańska perspektywa, w której Rosję przedstawia się, jako państwo agresywne posiadające inicjatywę i wolę odbudowy własnej pozycji z czasów ZSRR. Tymczasem w 2011 roku W. Putin modernizował państwo i integrował je z UE. Białoruś znajdowała ( i nadal się znajduje) w rosyjskiej strefie wpływów, a Ukraina do tej strefy faktycznie wróciła (po Pomarańczowej Rewolucji) dzięki prezydentowi Wiktorowi Janukowyczowi. Kreml zgodził się na Arabską Wiosnę, która pierwotnie nie miała obejmować sojuszniczej i kluczowej dla interesów Rosji – Syrii. Dopiero gdy Baszczar al-Asad stał się światowym wrogiem nr 1 i USA zaangażowało się w operację jego obalenia, W. Putin przestawił politykę rosyjską na bardziej aktywne tory. Była to reakcja na działania USA, którą należy uznać za przyczynę trwającej pewnego rodzaju drugiej Zimnej Wojny.

Obecne poczynania Rosji wydają się mieć charakter raczej defensywny (wg kryteriów samego Georga Friedmana). Kreml czuje się zagrożony i poprzez prężenie muskułów i wywieranie presji, próbuje wynegocjować „Drugą Jałtę” i zagwarantować sobie strefę wpływów istniejącą mniej więcej jeszcze w 2010 roku. Moskwa dąży do gwarancji jej interesów, które od kilku lat są atakowane przez Waszyngton.

Tym samym dochodzimy do pewnego paradoksu. Defensywnie działające Stany Zjednoczone podejmują ofensywne/agresywne inicjatywy w celu niedopuszczenia do powstania mocarstwa lub układu Eurazjatyckiego i jednoczesnego wzrostu potęgi Chin. W reakcji, Rosja realizując koncepcję obrony własnych interesów (znów postawa teoretycznie defensywna), dopuszcza się ofensywnych i agresywnych działań choćby w postaci zajęcia Krymu i Donbasu. Reakcja Kremla jest dość przewidywalna i logiczna. O ile dysponujący obecnie ogromnym kapitałem Chińczycy mogą sobie pozwolić na dość pacyfistyczne metody (biznes, inwestycje, polityka układów i porozumień) prowadzenia swojej ofensywy (w celu zyskania niezależności i statusu potęgi co najmniej lokalnej), o tyle Rosja dysponująca jedynie surowcami i armią, może podjąć walkę jedynie poprzez obosieczne sankcje lub… Naciski polityczno-militarne.

 

TEZA 3 – Chiny nie będą regionalnym mocarstwem.

Wg Georga Friedmana Chiny nie będą konkurencją na USA. Są izolowane geograficznie, trudno im prowadzić ekspansję, są wewnętrznie niestabilne, występuje znaczna dysproporcja pomiędzy bogatym, nadbrzeżnych wschodem, a biednym kontynentalnym zachodem, a ostatecznym efektem otworzenia się na światowy handel będzie destabilizacja.

Chiny czeka okres pogłębiania się procesu regionalizmu i problemów gospodarczych. Władze Pekinie rozpoczną walkę z tymi procesami, której apogeum nastąpi w latach 30-tych. By utrzymać jedność państwa, władza stanie się bezwzględna i nie cofnie się przez użyciem siły. Jednocześnie nastąpi izolacja państwa (jak za czasów Mao).

W wywiadzie z 2013 roku (Sydney Writers Festival session) Georgie Friedman wyjaśniał, iż kryzysy Japonii i Tajwanu wzięły się stąd, że USA wpadło w recesję i przestało kupować ich produkty. To samo może się stać z Chinami. 1,1 miliarda ludzi żyje na bardzo niskim poziomie. Są ubodzy i nie kupią chińskich produktów, jeśli zachodnie rynki zbytu przestaną kupować.

Na konferencji z 2017 roku (Keynote) GF stwierdził, że Chiny upadają gospodarczo (świadczy o tym pomniejszający się PKB oraz ucieczki kapitału chińskiego za granicę). Chiny sprzedają „junk” na zagranicę. Są słabe militarnie. Mają dużo czołgów, a nie mają sierżantów by dowodzić. Mają lotniskowiec, ale nie mają admirała. Chińska potęga militarna jest przeceniania i nie stanowi zagrożenia dla potęgi USA. USA nie mogą przeprowadzić inwazji na Chiny, ale Chiny nie przegonią floty USA.

 

Komentarz

Kwestię Chin bardziej szczegółowo opisywałem w tekście o tym Dlaczego Chiny nie staną się dominującą siłą Azji? Stanowisko Australijczyków jest zbieżne z tym prezentowanym przez Georga Friedmana. I rzeczywiście jestem przekonany, że w tezie tej jest sporo racji, jednak… George Friedman stoi na stanowisku, że Chiny nie tylko nie przebiją się przez szklany sufit by stać się regionalną potęgą, ale wręcz czeka je rozpad (regionalizacja), na czym zyska świat zachodu i Japonia (o tym będzie dalej).

To moim zdaniem zbyt daleko idące przewidywania (być może celowo promowane, by budować amerykańską wizję nowego świata – taki soft power). O ile Chinom niezwykle trudno będzie kontrolować region, w którym znajdują się lub oddziałują na niego Rosja, Indie, Japonia, a dodatkowo USA, o tyle nie oznacza to, że Chiny ulegną całkowitemu załamaniu. Scenariusz, w którym Rosja przechodzi kolejną Wielką Smutę uważam za bardzo prawdopodobny (a co sam podnosił GF). Tym samym Kreml może przestać mieć możliwość ograniczania zapędów Pekinu. Władze Chin świetnie rozgrywają kwestię Pakistanu, co z kolei daje im pewne przewagi przeciwko Indiom. Bolączką ChRL jest flota i trudny dostęp do otwartych oceanów. Japonia w tej kwestii powinna stanowić poważną blokadę. W mojej ocenie Chiny przetrwają nadchodzący kryzys lat 20-tych, a jeśli uda im się zyskać kosztem rozbitej Rosji, to przetrwają jako silne (pod względem spójności) państwo. Nie tylko nie ulegną marginalizacji, ale i mogą umocnić swoją pozycję (choć wciąż będą blokowane przez Indie i Japonię – co z punktu widzenia geopolitycznego będzie dyskwalifikować Chiny jako regionalnego hegemona/lidera). Można natomiast przewidywać, że zostanie to okupione ofiarami i bezwzględną polityką wewnętrzną. Przypomnijmy jednak, iż Chiny wykazały za czasów Mao wyjątkową odporność na podział (kosztem wielu ofiar, jednak izolowane państwo pozostało spójne). Podobnie może być w przyszłości.

Wieszczenie upadku i rozpadu Chin w mojej ocenie jest nieuzasadnione, a posługując się odnośnikami historycznymi (na co powołuje się GF), to Chinom bliżej jest do osiągnięcia apogeum swojej siły (które przecież jeszcze nie nastąpiło), niż do ponownego rozpadu. Apogeum to, może być poprzedzone ogromnymi trudnościami i chwilowym załamaniem, jednak Chińczycy nie osiągnęli jeszcze pozycji, w której czerpaliby w regionie maksymalne zyski polityczno-gospodarcze ze swojego położenia i otoczenia. A potencjał jest spory, bowiem z Pekinu można kontrolować jeszcze nie tylko Tajwan i cały Półwysep Koreański, ale i znaczną część Syberii. Do tego Chiny nie potrzebują przezwyciężać japońskiej lub amerykańskiej floty (ma to znaczenie jedynie w przypadku Tajwanu), ani mocować się z dalekimi i wyizolowanymi przez Himalaje Indiami. Natomiast w przypadku rosyjskiej smuty, Pekin zyska olbrzymią swobodę na w/w odcinkach.

 

TEZA 4 – Turcja zjednoczy świat muzułmański

Zdaniem Georga Friedmana Turcja jest oazą stabilizacji wśród chaosu na Bliskim Wschodzie. Jeśli ktoś jest wstanie podbić Arabów, to jest to właśnie Turcja (teza powtórzona na konferencji z 2017 roku w Keynote). Ankara dysponuje zdrowym gospodarczo państwem o silnej armii. Jednocześnie posiada historyczne tradycje, jeśli chodzi o podbój i zarządzanie światem arabskim (Imperium Osmańskie). Turcja zacznie zyskiwać na Bliskim Wschodzie, a także wygra w rywalizacji z Rosją na Kaukazie.

 

Komentarz

W mojej ocenie teza zupełnie nietrafiona, choć jest na tyle słabo poparta argumentami, że trudno z nią polemizować. Swoją opinię opieram na jednej, ale niezwykle istotnej okoliczności. Turcja Recepa Tayyipa Erdoğana to państwo narodowe o narodowych interesach. By zjednoczyć świat arabski potrzebne są uniwersalne hasła i idee, którymi nie posługują się obecnie tureckie elity. Imperium Osmańskie prowadziło ekspansję poprzez podbój, jednak czasy się zmieniły. Dziś podbój militarny oznacza wrażliwość okupanta na bolesne ataki terrorystyczne i wplątanie w niekończącą się wojnę domową (zwłaszcza w takim gorącym regionie jak Bliski Wschód). Nawet, jeśli Turcja pokusiłaby się o taką metodę ekspansji, to poległaby z kretesem (wojny mogłaby wygrać, okupacji by raczej by nie przetrwała). Z kolei do podboju dyplomatycznego potrzebna jest idea łącząca wszystkie ludy mające wejść w skład przyszłego imperium. Jak zbudować wspólnotę muzułmańską pod hasłami: „Turcja i turecki interes”? Jak uwiarygodnić moralne prawo Turcji do tytułu obrońcy świata muzułmańskiego, w sytuacji, gdy Turcja znajduje się w NATO i uczestniczy w obecnym konflikcie, jako jeden z agresorów?

Być może świat muzułmański rzeczywiście stanie przed szansą zjednoczenia, ale w roli wiodącej w tym procesie nie dostrzegam Turcji. Sztandar jednoczący cywilizacje półksiężyca może ponieść państwo, którego dzisiaj jeszcze formalnie nie ma (drugie, trzecie, lub kolejne ISIS). Lub też państwo, które George Friedman zdaje się lekceważyć. Czyli Pakistan. Leżąca na uboczu świata muzułmańskiego, wspierana i stabilizowana przez Chiny kraina, posiadająca broń nuklearną i silną armię, a także dobre perspektywy gospodarcze. Wprawdzie przy ewentualnej ekspansji, Pakistan ograniczany będzie przez Iran, Indii i Chiny, jednakże właśnie to Państwo, jako jedyne, ma szansę zaprowadzić porządek w Afganistanie. A w przypadku Wielkiej Smuty w Rosji, dobrym kierunkiem ekspansji dla Islamabadu będzie… Północ. Sunnickie Turkmenistan, Tadżykistan, Uzbekistan, Kirgistan, a nawet obszerny Kazachstan. Ekspansja w głąb Azji będzie nie do zatrzymania przez USA, natomiast sojusz z Chinami może dać podstawny do zrealizowania takiej koncepcji. Z kolei posiadanie broni nuklearnej skutecznie odstręczy Indie od podejmowania zdecydowanych działań. Jeśli Pakistan wykorzystałby szansę właśnie w taki sposób, to dalszy marsz na zachód w kierunku Morza Śródziemnego byłby o wiele łatwiejszy.

Przewidywania te są jednak równie uzasadnione i abstrakcyjne jak te dotyczące Turcji. 🙂

 

W części drugiej poruszę jeszcze kwestie:

TEZA 5 – Japonia ponownie stanie się aspirującym mocarstwem

TEZA 6 – UE się rozpadnie. Niemcy czeka kryzys gospodarczy.

TEZA 7 – Polska stanie się regionalną potęgą.

 

Oczywiście nie będę się odnosił do prognoz Georga Friedmana dotyczących tego, jak przebiegać będzie trzeci światowy konflikt, jakie technologie zostaną w niż użyte i między jakimi stronami będzie się on toczył. Przypominałoby to bowiem polemikę z fabułą “Gwiezdnych Wojen“…. A przecież każdy twórca, ma prawo do opowiedzenia własnej historii. Staram skupiać się na tej bardziej geopolitycznej części głoszonych przez Georga Friedmana poglądów, które są przez autora “Następnych 100 lat” osadzane na aktualnej wiedzy o światowym środowisku geopolitycznym.

 

Krzysztof Wojczal

geopolityka, polityka, gospodarka, prawo, podatki – blog

 

P.S. Wpis proszę traktować bardziej jako intelektualną rozrywkę niż kontynuację dotychczasowej serii analiz geopolitycznych. Ja właśnie tak podszedłem do tematu. Szczypta luzu, trochę wyobraźni i książka “Następne 100 lat“. Inaczej się zresztą do niej podejść nie da 🙂

Dodaj komentarz