Po co nam Marynarka Wojenna? [ANALIZA]

Na wstępie tego opracowania dziękuję komandorom: Tomaszowi Witkiewiczowi oraz Mirosławowi Ogrodniczukowi za poświęcony czas na przeczytanie tekstu, skorygowanie nazewnictwa oraz udzielone wskazówki 🙂 Zachęcam wszystkich do obserwowania kont twitterowych obu Panów.

Głośna informacja o zatopieniu przez Ukraińców rosyjskiego okrętu flagowego Floty Czarnomorskiej – krążownika „Moskwa” – nie tylko stała się sporym propagandowym sukcesem obrońców, ale i paliwem dla osób sceptycznie odnoszących się do pomysłu modernizacji polskiej Marynarki Wojennej. Zwłaszcza tych, które krytykują program „Miecznik” dotyczący pozyskania dla MW okrętów typu fregata wielozadaniowa.

Wątek „Moskwy” jest tak naprawdę zupełnie marginalny i niemal bez znaczenia dla określenia zadań dla polskiej floty. Niemniej warto, by Ci mniej cierpliwi czytelnicy czy słuchacze – którzy często kończą zapoznawanie się z materiałem na nagłówku lub pierwszym akapicie – mieli jednak szansę zrozumieć, że nie można porównywać jednostkowego zatopienia w ściśle określonych (korzystnych dla Ukraińców) warunkach niemodernizowanego od 1979 roku okrętu z potencjałem nowoczesnych fregat, których radary i systemy mogą śledzić kilkaset (a nie kilka jak na „Moskwie”) nadlatujących celów na raz oraz namierzać na nie kilkadziesiąt (a nie kilka) pocisków przeciwrakietowych różnego typu. Niemniej, nawet z tymi systemami, które rosyjskich krążownik posiadał, miałby on szanse obrony przed ukraińskim atakiem. Gdyby tylko systemy te były włączone i gotowe do działania. Tymczasem na podstawie zdjęć wykonanych po trafieniu i tuż przed zatonięciem okrętu flagowego Floty Czarnomorskiej wynika, że jego systemy obronne były nieaktywne! Innymi słowy, z faktu, że Rosjanie walczą na Ukrainie w sposób fatalny i często niekompetentny nie można wyciągać wniosku, że niepotrzebne są nam: okręty, samoloty, śmigłowce, czołgi, wozy bojowe, artyleria czy nawet piechota (a może w ogóle armia?).

Natomiast dla stałych, ale również nowych czytelników, którzy cenią sobie dłuższe opracowania tradycyjnie przygotowałem „małą” analizę.

Zadania dla Marynarki Wojennej w czasie pokoju i w trakcie działań defensywnych pod progiem wojny

Marynarka Wojenna tym różni się np. od Wojsk Lądowych, że spektrum zadań nałożonych na nią w czasie pokoju może znacznie przekraczać ilość zadań, jakie miałaby wypełnić w czasie wojny. Innym słowy, jeszcze w czasie pokoju flota „zarabia na siebie”. Nie tylko dba o bezpieczeństwo wybrzeża i szlaków wodnych, ale i może z łatwością wywierać presję na przeciwnika podczas tzw. „wojny hybrydowej” oraz stanowić ważny element odstraszania. Warto wspomnieć, że gdy Francuzom nie spodobała się polityka prowadzona przez Turcję (vide spory z Grecją, zaangażowanie w Libii), to francuska flota demonstrowała niezadowolenie władz z Paryża operując na wschodniej części Morza Śródziemnego. Ponadto okręty floty  to doskonałe narzędzia polityczne, stanowiące często polityczną walutę. Widać to doskonale zwłaszcza na przykładach US Navy czy Royal Navy. Brytyjczycy i Amerykanie nieustannie wysyłają własne okręty nawet w najbardziej odległe zakątki świata, by demonstrować zaangażowanie oraz przekonywać do siebie potencjalnych sojuszników i partnerów. Oczywiście powyższe przykłady dotyczą największych i najsilniejszych flot świata. Czy Polska rzeczywiście ma takie ambicje i możliwości, które wymagają budowy nowoczesnej Marynarki Wojennej?

Oczywiście, że tak, choć potrzeby naszego kraju są na szczęście znacznie mniejsze, jeśli chodzi o siły morskie niż w przypadku USA, Zjednoczonego Królestwa, Francji czy nawet Niemiec. Niemiec, które nieustannie modernizują flotę własną, wprowadzają do służby nowe okręty (w tym fregaty) oraz wysyłają je np. na Pacyfik czy w rejon Morza Czerwonego lub Zatoki Arabskiej.

Morze Bałtyckie – zlewisko polskich interesów

Żeby określić zadania dla polskiej Marynarki Wojennej w pierwszej kolejności należy wymienić polskie interesy związane z domeną morską. I niestety trzeba wyjść od całkowitych trywializmów. Polska posiada dostęp do Morza Bałtyckiego, a jej wybrzeże liczy sobie aż 770 km długości (licząc z Zalewem Wiślanym i Z. Szczecińskim). Dzięki temu nasz kraj jest wpięty w światową sieć szlaków morskich, które stanowią najważniejszą, najtańszą i najbardziej przepustową sieć komunikacyjną na globie (drogą morską odbywa się ok. 85% całego transportu na świecie). Do tego niemal darmową. Infrastruktura (morze) co do zasady nie niszczeje (należy jednak dbać o np. sztuczne kanały itp.). Na otwartym morzu – inaczej niż drogach czy torach kolejowych – może mijać się niemal nieskończona ilość jednostek transportowych, w tym przypadku statków płynących w różne strony. Innymi słowy wolumen transportu jest ograniczany tylko przez ilość i ładowność jednostek transportowych oraz ewentualnie przepustowość punktów ograniczających ruch morski tj. kanały. Warto przypomnieć przykład, na który powoływałem się wielokrotnie. Największe pływające kontenerowce zabierają na pokład więcej niż 20 tys. kontenerów, tymczasem pociąg średnio może zabrać ze sobą ok. 50 wagonów w kontenerami. Nie potrzeba wielkiej wyobraźni by zdać sobie sprawę, że trudno byłoby załadować, przewieźć i rozładować skład ciągnący się setkami kilometrów (jeśli miałby konkurować ładownością ze statkami). A przypomnijmy, że na morzach pływają tysiące kontenerowców. Ponadto na lądzie, oprócz w  środki transportu trzeba inwestować w rozbudowę infrastruktury (kolejne pasy drogowe, lub linie kolejowe). Innymi słowy, transport morski jest niezastąpiony. Oczywiście fakt, że 85% towarów na świecie jest transportowana morzem nie oznacza, że dla wszystkich transport morski jest jednakowo istotny. Choć warto pamiętać, że np. Czesi zadbali o dostęp do portów morskich, wydzierżawiając część nabrzeża w niemieckim Hamburgu. Jak ważny jest dostęp do morza dla Polski?

Polska i handel morski

Polska korzysta ze szlaków morskich wykorzystując do tego własne porty. Głównie te położone w Trójmieście (Gdynia/Gdańsk) oraz w Świnoujściu i Szczecinie. Polskie porty służą do przeładunku m.in. węgla i koksu, rud, zboża, ropy i produktów naftowych oraz innego rodzaju produktów. Dostęp do Morza Bałtyckiego oznacza również możliwość połowu ryb, a następnie ich przetwarzania – o czym nie wolno zapominać w kontekście zbliżających się problemów na rynku produktów rolno-spożywczych (vide skutki wojny na Ukrainie).

W latach 2005-2017 wartość polskiego eksportu drogą morską potroiła się. W 2005 roku z polskich portów wypłynęły towary o wartości 5,5 mld dolarów, natomiast w 2017 roku było to już 15,8 mld dolarów (wartość całego eksportu PL to ok.220 mld $). Wartość importu via Bałtyk również w tym czasie wzrosła z 3,4 mld dol. Do 8,7 mld usd. W 2005 roku łączna pojemność netto statków wchodzących do polskich portów wyniosła blisko 52 mln ton rejestrowych. W 2019 roku było to już 106 mln. Także w roku 2020 (covidowym) bariera 100 mln ton została przekroczona. Rozwój portów przyśpiesza. Port w Gdańsku jest w trakcie rozbudowy i już planuje się kolejne modernizacje nabrzeży. Celem jest osiągnięcie rocznych przeładunków w polskich portach na poziomie 150 mln ton, a Gdańsk może wejść do dziesiątki największych portów kontenerowych w Europie (obecnie przeładowuje ok. 50 mln ton/rok i jest 15 w rankingu).

Oczywiście, że polskie porty nie obsługiwały do tej pory nawet 1/10 wartości polskiego handlu zagranicznego. Jednak to się może wkrótce zmienić, a ponadto znacznie bardziej istotne jest to, co konkretnie Polska importuje i będzie importować drogą morską (nie tylko statkami).

Budowa niezależności energetycznej

Problemem Polski jest fakt, że jest uzależniona od dostaw ropy i gazu zza granicy. Dotychczas zarówno gaz jak i ropę naftową importowaliśmy głównie z Rosji poprzez lądowe rurociągi. Jednak od lat Polska zmniejsza ilość importu z kierunku rosyjskiego, a zwiększa import z innych krajów. Jednocześnie w kontekście pełnoskalowej inwazji na Ukrainę, rozważane jest zupełne odcięcie się od rosyjskich dostaw. Tyle tylko, że pozyskiwanie surowców energetycznych z innych źródeł wymaga infrastruktury portowej oraz korzystania z domeny morskiej.

Polska posiada od niedawna terminal LNG w Świnoujściu, który pozwala na roczny odbiór 5 mld m³ gazu skroplonego z tankowców. Terminal jest w trakcie rozbudowy, która pozwoli zwiększyć przepustowość nawet do 7,5 mld m³/rok. Oprócz tego planuje się w najbliższych latach dzierżawę lub zakup pływającego terminala LNG, który miałby stacjonować w okolicy Gdańska.

Ponadto budowany jest gazociąg Baltic Pipe (przepustowość 10 mld m³ gazu/rok z czego 8,5 mld jest zarezerwowana tylko na potrzeby Polski), który ma zostać ukończony do grudnia 2022 roku. Gazociąg jest kładziony na dnie Bałtyku i biegnie m.in. z Danii przez wody międzynarodowe aż po wybrzeże polskie, gdzie w okolicy m. Niechorze (niemal w połowie drogi między Świnoujściem a Kołobrzegiem) wychodzi na brzeg by wpiąć się w miejscowości Płoty (Zachodniopomorskie) w krajową sieć gazociągową. W 2021 roku Polska musiała importować łącznie ok. 16 mld m³ gazu. Co prowadzi do wniosku, że po ukończeniu obecnie trwających inwestycji będziemy zdolni pokryć nasze zapotrzebowanie, a dzięki dodatkowemu terminalowi LNG – Polska może zadbać o „górkę”.

Nie można również zapomnieć o inwestycjach PGNiG w Norwegii, gdzie Polska wykupiła prawa do poszukiwań i eksploatacji morskich złóż gazu, które następnie będą przesyłane gazociągami przez Morze Norweskie, Północne i Bałtyckie do Polski.

W zakresie przyjmowania ropy naftowej, Polska dysponuje niestety jednym, gdańskim Naftoportem, który może przyjąć rocznie ok. 40 mln ton surowca. Dla porównania w 2021 roku, Polska importowała łącznie ok. 22 mln ton ropy (z czego  niecałe 64% z Rosji). Jednocześnie została rozbudowana Stanowiska Paliw Płynnych w porcie w Gdyni.  Innymi słowy, posiadamy zdolność uniezależnienia się od Federacji Rosyjskiej w tym zakresie, jednak dostawy będą musiały odbywać się drogą morską i to przez Zatokę Gdańską.  Nie można ponadto zapomnieć o tym, że Polska prowadzi wydobycie ropy na Bałtyku, gdzie są rozlokowane polskie platformy wiertnicze. Wprawdzie wolumen wydobycia jest relatywnie niski, to jednak eksploatowanie tych złóż jest rentowne i ogranicza w pewnym stopniu potrzeby importu czarnego złota. Oczywiście należy pamiętać o tym, że gdyby z jakiś przyczyn dostawy do polskiego Naftoportu zostały wstrzymane, wówczas moglibyśmy pozyskiwać ropę za pośrednictwem np Niemiec. Bowiem ropę można by odebrać w ich Naftoporcie, wprowadzić ją do sieci ropociągowej a następnie rewersem przez rurociąg Przyjaźć ściągnąć do Polski. Niemniej, tego rodzaju operacja zakłada zależność od zgody innych państw czy podmiotów. Jednocześnie jest to mało prawdopodobne, bowiem potrzeby Niemców są tak duże, że chcąc uniezależnić się od dostaw z Rosji, Berlin musi skorzystać potencjału polskiego Naftoportu w Gdańsku… Innymi słowy, gdyby nie Naftoport, to pozyskanie ropy z innego kierunku mogłoby być trudne.

Innymi surowcami, który dostawy będą niebawem wymagały korzystania z infrastruktury portowej oraz dostępu do szlaków morskich są węgiel i koks. Chodzi bowiem o to, by zastąpić surowce rosyjski i ukraiński.

Jak gdyby tego było mało, Polska już teraz jest importerem netto energii elektrycznej. Nasz import wyniósł 10TWh (terawatogodzin) natomiast eksport 9TWh. Co istotne, Polska uzupełnia niedobory energii elektrycznej m.in. poprzez kabel przeciągnięty po dnie Bałtyku ze Szwecji (SwePol link). Kabel jest przeciągnięty pomiędzy miejscowościami Karlsham oraz Wierzbięcin (k. Słupska). Saldo handlowe ze Szwecją za 2020 rok wyniosło 3,8 TWh na korzyść Szwecji, innymi słowy nasz import z tego kraju przekroczył o ww. wartość nasz eksport. Ogólnie za lata 2010-2020 import netto energii ze Szwecji wyniósł aż 25 TWh, co czyni ten kierunek najważniejszym pod kątem pozyskiwania energii elektrycznej z zewnątrz.

Oczywiście Polska posiada również lądowe połączenia gazociągowe, ropociągowe oraz energetyczne. Problem w tym, że infrastruktura ta łączy nas z innymi odbiorcami gazu, ropy i energii elektrycznej. Innymi słowy, jeśli na rynku zabraknie surowców (dla wszystkich), to bez własnych bezpośrednich punktów odbioru (gazo i naftoporty, przyłącza do eksporterów energii tj. Szwecja) możemy nie otrzymać z kierunku zachodniego czy południowego niezbędnych naszej gospodarce gazu, ropy, energii elektrycznej czy nawet węgla. W tym zakresie jesteśmy uzależnieni od dostaw przez Bałtyk.

Co więcej, należy pamiętać, że planowana elektrownia jądrowa również ma znajdować się blisko polskiego wybrzeża. Podobnie jak nasze magazyny i zakłady przetwórcze ropy naftowej, które – ze zrozumiałych względów – zostały zbudowane blisko naftoportu.

Hub energetyczny regionu

Potencjał jaki daje Polsce dostęp do morza oraz zgromadzona (lub budowana) na wybrzeżu infrastruktura został zobrazowany przez wydarzenia ostatnich dni. Polskę odwiedził wicekanclerz Niemiec Robert Habeck, który rozpoczął negocjacje dotyczące porozumienia z Polską w sprawie dostaw ropy naftowej do Niemiec przez naftoport w Gdańsku. Niemcy ograniczyli w ostatnim czasie import rosyjskiej ropy, a ich uzależnienie od tegoż surowca spadło z 35% (przed pełnoskalową inwazją na Ukrainę) do 12% (stan obecny). Za to ostatnie 12% odpowiedzialna jest rafineria Schwedt w Brandenburgii (niedaleko granicy z Polską), która przetwarza ropę płynącą przez Polskę ropociągiem „Przyjaźń” (Drużba). Rafineria kontrolowana jest przez rosyjski Rosnieft, jednak to może się szybko zmienić.

Żeby wykorzystać moc przerobową rafinerii należy dostarczyć do niej odpowiednią ilość alternatywnego surowca. Przeszkodą jest fakt, że brakuje innego ropociągu o odpowiedniej przepustowości, który mógłby zrekompensować dostawy prowadzone przez „Przyjaźń”. I tu właśnie Polska może wejść do gry. Bowiem nasz naftoport w Gdańsku jest połączony z ww. rurociągiem o odpowiedniej przepustowości. Innymi słowy, dzięki naftoportowi nie tylko moglibyśmy zaspokoić 100% własnych potrzeb na ropę (ok. 22 mln ton), ale i jeszcze obsłużyć Niemcy w zakresie 12% ich własnego zapotrzebowania na czarne złoto.

Mało tego, również premier Czech zamierza odwiedzić Warszawę w celu wznowienia inwestycji dotyczącej budowy gazociągu Stork II. Dzięki temu połączeniu, Czesi mogliby pozyskiwać gaz poprzez terminal LNG w Świnoujściu.

Należy ponadto pamiętać, że niedawno została ukończona budowa interkonektora gazowego Polska-Litwa, a od 1 maja 2022 roku zostanie otwarte połączenie gazociągowe (GIPL) pomiędzy Litwą a Polską. Dzięki temu uzyskamy dostęp do gazu z terminala LNG w Kłajpedzie, ale również będziemy mieć możliwość re-eksportu gazu w kierunku Bałtów, a nawet Finlandii. Bowiem opisane wyżej połączenie jest częścią większej inwestycji, która ma spiąć Litwę, Łotwę, Estonię oraz Finlandię z europejską siecią gazociągową – bez pośrednictwa Rosji (dzięki Balticconnector czyli odcinkowi biegnącemu po dnie Zatoki Fińskiej). Oczywiście to Polska ma być zwornikiem tegoż połączenia.

Prowadzona jest również inwestycja w Korytarz Północ-Południe , która połączy naszą sieć ze Słowacją, Ukrainą, Węgrami, Austrią, Słowenią oraz Chorwacją. W tym ostatnim państwie zainstalowano pływający terminal LNG na wyspie Krk (Terminal Hrvatska).

Powyższe inwestycje pokazują, jak istotny może być polski dostęp do Morza Bałtyckiego  nie tylko dla samej Polski, ale i dla całego regionu.

 

Relacje z bałtyckimi sąsiadami

Polskie interesy nad morzem to nie tylko płaszczyzna ekonomiczno-gospodarcza. Granice polski liczą sobie ok. 3,5 tys. km, z czego granica morska to 440 km. Należy podkreślić, że Polska pośrednio sąsiaduje niejako poprzez Bałtyk z innymi państwami położonymi na wybrzeżach tego akwenu.  Szwecją, ale również z Danią, Finlandią, Łotwą i Estonią – z którymi nie posiadamy granic lądowych. Innymi słowy Morze Bałtyckiej jest jednym wielkim zlewiskiem interesów dla  takich państw jak: Polska, Szwecja, Dania, Finlandia, Litwa, Łotwa, Estonia, Niemcy i Federacja Rosyjska.

Co za tym idzie, siła polskiego państwa na Bałtyku idzie w parze z relacjami, a także pozycją negocjacyjną z poszczególnymi graczami posiadającymi dostęp do przedmiotowego akwenu. Nadto, należy pamiętać, że Siły Zbrojne RP winny mieć zdolność skutecznej obrony nie tylko granic lądowych kraju, ale i właśnie tych morskich. W tym kontekście niemal cała północna (morska) flanka wymaga innej formy zabezpieczenia niż pozostała część granicy.

Jednocześnie nie należy zapominać, że pozycja Polski na Bałtyku może wkrótce korelować z pozycją państwa w całym regionie Europy Środkowej – z uwagi na opisany wyżej potencjał przesyłowy jeśli chodzi o surowce energetyczne. Polska może rozdawać na tej płaszczyźnie karty w regionie, pomimo faktu, że sama nie posiada gazu i ropy w ilościach pozwalających na eksport!

Polskie wyzwania morskie w czasie pokoju

Mając wyszczególnione ekonomiczne interesy Polski nad Bałtykiem można więc pokusić się o sprecyzowanie wyzwań, jakim musi stawić państwo polskie w czasie pokoju. Należą do nich z pewnością:

  1. Zabezpieczenie transportu morskiego (w tym dostaw surowców energetycznych),
  2. Zabezpieczenie morskiej infrastruktury energetycznej (Baltic Pipe, SwePol link, farmy wiatrowe, platformy wiertnicze),
Nitka gazociąg Baltic-Pipe
Koncepcja rozwoju sieci morskich z uwzględnieniem farm wiatrowych na Bałtyku, które byłyby wpięte do sieci energetycznej w hubach (HUB A, B, B1 i C). Planuje się stworzenie dodatkowego połączenia ze Szwecją oraz kabel umożliwiający eksport energii na zachód.
  1. Zabezpieczenie przybrzeżnej infrastruktury energetycznej (Terminal LNG w Świnoujściu, podłączenie Baltic Pipe do sieci gazociągowej, Naftoport w Gdańsku, rafineria w Gdańsku, magazyny gazu i ropy, infrastruktura przesyłowa, przyszła elektrownia jądrowa oraz pływający terminal LNG),
  2. Zabezpieczenie infrastruktury portowej (zwłaszcza w Gdyni, Gdańsku, Szczecinie i Świnoujściu).
  3. Współpraca z Norwegami (oraz innymi zainteresowanymi) w zabezpieczeniu norweskich złóż gazu oraz infrastruktury wydobywczo-przesyłowej znajdujących się na Morzu Norweskim oraz na Morzu Północnym.

 

Znając te wyzwania, należy zadać sobie pytanie, jakich narzędzi potrzebujemy, by tym wyzwaniom sprostać? Odpowiadając na to pytanie należy stwierdzić, że bez odpowiedniego potencjału Marynarki Wojennej nie da się sprostać żadnemu z ww. wyzwań. Co zostanie uzasadnione w dalszej – bardziej militarnej – części opracowania.


Zamów książkę lub ebooka: „TRZECIA DEKADA. Świat dziś i za 10 lat”. Dowiedz się, co może czekać Polskę i świat w przeciągu kolejnego dziesięciolecia. Zapraszam do zakładki „sklep”

TRZECIA DEKADA. Świat dziś i za 10 lat


Jakiego potencjału potrzebujemy?

By zmierzyć się z ww. zadaniami, Polsce niezbędne są narzędzia, które nadają się do zagwarantowania bezpieczeństwa na wskazanych płaszczyznach niezależnie od sytuacji oraz panujących warunków (tak politycznych, jak i np. atmosferycznych). Innymi słowy istnieją różne środki zabezpieczeń tych samych obiektów, jednak każdy z nich posiada własną specyfikację oraz ograniczenia. Parafrazując, śrubę można wkręcić nawet widelcem, ale znacznie lepiej będzie się do tego nadawał odpowiedni śrubokręt. Jego użycie oszczędzi niepotrzebnych strat (minimalne ryzyko skaleczenia się), czasu oraz energii. Jednocześnie nie każda śruba da się wkręcić widelcem, więc optymalnym byłoby nabycie wkrętarki z różnymi końcówkami.

Po tak obrazowym przykładzie warto rozpatrzyć każdy punkt z osobna.

  1. Transport morski.

Kontrola transportu morskiego nie może odbywać się z terenu lądu. Mało tego, nawet jednostka lotnicza posiada bardzo ograniczone możliwości w tym zakresie. Jeśli chcemy skontrolować jakiś statek, musimy podpłynąć tam okrętem oraz wysadzić z niego ludzi, którzy wejdą na pokład kontrolowanej jednostki.

Jeśli mamy do czynienia z okrętem (jednostka wojenna), to w celu skontrolowania lub „przegonienia” obcej jednostki przydałoby się mieć… Silniejszy okręt. Trudno sobie bowiem wyobrazić, by kuter lub łódź patrolowa mogły odstraszyć z rodzimych wód terytorialnych wrogą fregatę czy okręt podwodny. Nie chodzi tu tylko o ew. różnicę wielkości okrętów ale przede wszystkim potencjałów. Jeśli nasza jednostka posiada np. pociski przeciwokrętowe, ale dysponuje jednocześnie słabą obroną, to załoga potencjalnie wrogiego okrętu, który posiada zarówno własne środki rażenia okrętów jak i rozbudowaną obronę przeciwrakietową może nie być skłonna do wykonywania poleceń.

W tym zakresie posiadanie odpowiednich okrętów jest niezastąpione, bowiem mają one wysoką autonomiczność i mogą (w przeciwieństwie np. do samolotów, śmigłowców lub mniejszych jednostek) np. godzinami eskortować podejrzaną jednostkę aż do momentu, gdy przestanie ona stanowić zagrożenie dla np. infrastruktury własnej lub odbywającego się w pobliżu transportu morskiego.

Wyobraźmy sobie sytuację, w której podejrzany statek ulega „awarii” tuż nad miejscem, gdzie położony jest Baltic Pipe, albo przepływa obok tankowca zmierzającego do jednego z polskich portów. Nie sposób byłoby strzelać do takiej jednostki nie wiedząc dokładnie, co się dzieje i czy zagrożenie jest realne. Tymczasem brak reakcji mógłby doprowadzić do uszkodzenia gazociągu lub „przypadkowego” staranowania tankowca. W takiej sytuacji wysłanie okrętu na miejsce jest niezbędne.

Nadto, wyobraźmy sobie opisany wyżej scenariusz, który ma miejsce w trakcie napięcia politycznego, gdzie możliwe są działania dywersyjne pod progiem wojny. I zamiast statku cywilnego (a przynajmniej udającego cywilny) podstawiony zostanie zespół wrogich okrętów, które nie łamiąc prawa międzynarodowego stwarzałyby po naszej stronie ogromną niepewność. Czy tankowiec jest bezpieczny? Co się stanie, jeśli przeciwnik zatrzyma go np. w celach „inspekcji”? Będziemy od razu strzelać z brzegu?  Tego rodzaju reakcja stawiałyby nas w roli agresorów, co mogłoby mieć poważne konsekwencje polityczne.

 

  1. Infrastruktura morska.

Zabezpieczenie infrastruktury morskiej (jak gazociągi, linie energetyczne, platformy wiertnicze)  w trudnym momencie politycznym jest w praktyce niemożliwe bez postawienia osłony w postaci okrętów. Ewentualne rozmieszczenie systemów przeciwlotniczych i przeciwokrętowych na wybrzeżu nie rozwiązuje problemu. Pociski można wystrzelić dopiero po ewidentnym akcie wojny, inaczej to my będziemy stroną agresywną i tą, która rozpoczęła wojnę (a więc ponosi również ryzyko polityczne). Innymi słowy, przeciwnik może spokojnie do celu podpłynąć lub podlecieć (np. myśliwcem). Demonstrując swoją przewagę i możliwość „odcięcia” kraju od dostaw energii czy surowców energetycznych w dowolnej, wybranej przez siebie chwili. Tymczasem obrońca musi czuwać 24h/dobę by nie przegapić ataku… Taka taktyka już sama w sobie podnosi ryzyko wystąpienia błędu ludzkiego z uwagi na np. przemęczenie i nieustanną gotowość.

Oczywiście można wysłać myśliwce lub mniejsze okręty patrolowe na „przechwycenie” przeciwnika, gorzej jednak jak ten będzie dysponował znacznie większym potencjałem. Grupa okrętów dysponująca obroną przeciwlotniczą i przeciwrakietową wspierana przez wrogie lotnictwo, mogłaby z powodzeniem podpływać i szachować polską stronę – odstraszając lub ignorując słabszy potencjał wysłany naprzeciw. Nadto istotna jest autonomia systemów. 24-godzinny patrol lotniczy ukierunkowany na Bałtyk pochłaniałby ogromne zasoby polskiego lotnictwa, które być może musiałoby w tym samym czasie kontrolować ruch powietrzny i przestrzeń powietrzną na wschodzie kraju. Tymczasem mniejsze okręty nie posiadają odpowiedniej autonomii by np. przez kilka dni utrzymywać się na morzu w pobliżu wrogiego zgrupowania okrętów. Zwłaszcza w trudnych warunkach pogodowych.

Oczywiście w momencie ewentualnego ataku wrogiej floty, można by było odpowiedzieć pociskami wystrzelonymi z lądu (o ile potrafilibyśmy namierzyć wrogie jednostki). Jednak należy zadać pytanie, czy np. Rosjanie nie byliby gotowi poświęcić jakiejś przestarzałej i rdzewiejącej jednostki (jako cel-wabik) po to, by jednym uderzeniem powietrzno-morskim pozbawić Polskę możliwości odbierania gazu (terminale LNG, gazociągi), ropy (naftoport oraz magazyny) oraz energii elektrycznej?

Samo umożliwienie przeciwnikowi nieskrępowanego poruszania się po Bałtyku, stwarza po polskiej stronie ryzyko. A niewątpliwie strata jednego czy drugiego okrętu – zwłaszcza w oczach decydentów z Kremla – jest warta odcięcia potencjalnego wroga od strategicznych dostaw surowców, bez których państwo będzie miało problem funkcjonować.

 

  1. Infrastruktura przybrzeżna.

Podobnie wygląda kwestia bezpieczeństwa infrastruktury przybrzeżnej. Porty LNG, naftoport, rafinerie, magazyny itp. są narażone na atak rakietowy. Tak z lądu, jak również powietrza oraz morza. Przy czym należy pamiętać, że atak rakietowy wystrzelony z odległości kilkuset kilometrów z jednego tylko kierunku (np. z Obwodu Kaliningradzkiego) jest łatwiejszy do powstrzymania niż taki, który został przeprowadzony z odległości np. 50 km od celu przez okręty lub wrogie myśliwce atakujące z dodatkowego północnego kierunku. Czas na reakcję byłby znacznie krótszy. Obrona celu znacznie trudniejsza. Zwłaszcza, że jeśli przeciwnik mógłby przeprowadzić atak tak od strony lądu (wschód) jak i morza (północ) jednocześnie. Wówczas należałoby zadbać o odpowiednią osłonę radarową bronionych obiektów – co wiąże się z większymi kosztami (radary dookólne do Patriotów jeszcze nie zostały wyprodukowane a i tak nie będzie ich wiele). Problem radarów i tzw. martwej strefy radarowej zostanie poruszony dalej, jednak już teraz należy zasygnalizować, że dobry radar rozmieszczony na poruszającym się okręcie może dostrzec zagrożenie znacznie szybciej. Tymczasem rozstawiony na lądzie radar posiada znacznie większą martwą strefę (węższy kąt obserwacji), a jednocześnie stanowiska lepszych i większych radarów są nieruchome. Jeśli chcielibyśmy radar przemieścić, wówczas należy go złożyć (a więc będzie w trakcie transportu nieaktywny – w przeciwieństwie do radarów okrętowych, które mogą działać non-stop, niezależnie od tego, czy okręt się porusza czy też stoi w miejscu).

Dlatego niezwykle istotnym jest, by nie dopuścić przeciwnika do zajęcia pozycji wyjściowych do ataku. Bowiem od tego momentu nasza obrona siedziałaby jak na bombie. Nie wiadomo jak długo.

Dysponując odpowiednio silną flotą można zwyczajnie odstraszyć wrogie ugrupowanie lub zniechęcić go w ogóle do pływania po Bałtyku. Jednocześnie postawienie okrętów z silną obroną przeciwrakietową i przeciwlotniczą pomiędzy własnym wybrzeżem a jednostkami przeciwnika, skutecznie blokowałoby możliwość wyprowadzenia zaskakującego ataku na infrastrukturę. Zamiast tego, wrogie okręty miałyby w perspektywie stoczenie ryzykownej bitwy morskiej na niekorzystnych warunkach. Bowiem gdyby własne okręty były na tyle duże, że posiadałyby odpowiednie radary i systemy wymiany danych, wówczas mogłyby być wspierane przez rozmieszczone na brzegu pociski przeciwokrętowe z Morskiej Jednostki Rakietowej. I to okręty na morzu wskazywałaby cele dla wystrzelonych z lądu pocisków. Co pozwalałoby prowadzić MJR ogień poza linią horyzontu (ok. 50 km) i wykorzystać pełny zasięg rakiet (ok. 200 km). Innymi słowy, okręt rozmieszczony w odległości ok. 40-50 km od własnego brzegu stwarzałby dodatkowy bufor bezpieczeństwa o takiej szerokości. Jednocześnie mógłby korzystać ze wsparcia lądowych pocisków przeciwokrętowych oraz przeciwlotniczych/rakietowych (jak Patriot) wydłużając ich zasięg rażenia wynikający z ograniczeń własnych radarów lądowych. Nadto wielowarstwowy i silny płaszcz przeciwlotniczy okrętu mógłby odstraszyć wrogie lotnictwo, a jednocześnie umożliwić własnym samolotom wspieranie sił morskich. Innymi słowy okręty o odpowiednim potencjale (świetne radary dalekiego zasięgu, systemy walki radioelektronicznej, silne systemy defensywne i ofensywne) mogą stanowić jeden z kluczowych elementów całego systemu obrony wybrzeża (obejmującego lądowe systemy rakietowe oraz lotnictwo), który powinien multiplikować potencjał pozostałych składników systemu.

Graf poglądowy ukazujący specyfikę horyzontu radarowego oraz ograniczeń radarów wynikających z kulistości Ziemi (lub ukszt. terenu).

 

  1. Interesy poza Bałtykiem.

O ile w przypadku zabezpieczania obiektów na lub nad Bałtykiem, lotnictwo czy systemy lądowe rzeczywiście mogą okazać się pomocne, o tyle w przypadku ekspedycji morskich okręty własne są zwyczajnie nie do zastąpienia. Tymczasem należy pamiętać jak ważne są nie tylko wspólne operacje wojskowe, ale i ćwiczenia z sojusznikami. Niektórzy mają wielkie obawy o to, że US Navy lub okręty innych państw NATO nie wpłyną na Bałtyk z uwagi na strach przed rzekomą płytkością tegoż akwenu. Otóż można by tę obawę w bardzo prosty sposób rozwiać. Wystarczyłoby pokazać sojusznikom jak mają pływać po Bałtyku przy pomocy operowania własnymi okrętami, prezentując nabyte doświadczenie. Ponadto wysyłanie własnych okrętów do operacji poza Bałtykiem (narzędzie polityczne/zgrywanie się flot) ma tę zaletę, że pomaga ćwiczyć procedury i budować relacje oraz zaufanie pomiędzy załogami. Pozwala także zgrywać systemy wymiany danych. W ten sposób w razie zagrożenia na Bałtyku, załogi polskich okrętów mogłyby „wprowadzać” sojuszników na akwen oraz pomagać im w operacjach na nim (o ile nie zostałoby to wcześniej przećwiczone, a przecież NATO ćwiczy operacje morskie na Bałtyku).

Jednocześnie posiadanie i używanie własnych okrętów jako narzędzia politycznego ułatwia później uzyskanie wsparcia sojuszniczych flot w miejscach, w których nasza Marynarka Wojenna wolałaby nie operować (niski priorytet). Np. na Morzu Norweskim.

Najważniejszą jednak polityczną kwestią, jeśli chodzi o posiadanie silnej Marynarki Wojennej, jest fakt, że niemożliwym jest zbudowanie bałtyckiej strefy bezpieczeństwa np. ze Szwecją bez silnej floty własnej. Ponieważ jeśli nie będziemy mieli nic do zaoferowania Szwedom, a oni będą musieli nas „kryć” na Bałtyku – to tego rodzaju układ jest nie do zaakceptowania dla władz ze Sztokholmu. Za ogromne nieporozumienie i niekonsekwencję należy uznać jednoczesne podnoszenie potrzeby zbliżenia relacji na linii Sztokholm-Warszawa przy jednoczesnym postulacie rezygnacji z silnej Marynarki Wojennej, która dysponuje jednostkami zdolnymi operować z sojusznikami w różnych miejscach Morza Bałtyckiego. Do czego wymagana jest autonomiczność jednostek (możliwość długich rejsów bez zawijania do portu, a także potencjał do operowania na morzu w trudnych warunkach pogodowych).

 

Reasumując. Polska potrzebuje potencjału do kontrolowania lub odstraszania wszelkich jednostek morskich oraz lotniczych, tak by te unikały wpływania/wlatywania w rejon Morza Bałtyckiego, z którego mogłyby w jakikolwiek sposób zagrażać interesom państwa polskiego.

Narzędzie powinno cechować się przede wszystkim wysoką autonomią. Co oznacza, że musimy mieć możliwość długiego operowania w wybranym miejscu zagrożenia nawet przy niekorzystnych warunkach atmosferycznych. Bowiem chcemy zbudować system bezpieczeństwa na każdą okazję, a nie tylko na dobrą pogodę.

Narzędzie to powinno być również odporne na zagrożenia, a więc posiadać systemy obronne dzięki którym mogłoby przetrwać wrogi atak oraz skutecznie razić przeciwnika. Jednostki, które mogłyby być łatwo zniszczone nie spełniają tegoż kryterium. Przeciwnik nie czułby przed nimi respektu, a więc nie istniałby potencjał odstraszania. Wręcz przeciwnie, to nasze (pozbawione dostatecznej obrony) jednostki musiałyby unikać styczności z potencjalnym wrogiem.

Narzędzie powinno być zdolne do realizowania następujących zadań:

Zadania w czasie pokoju:

  1. Patrolowanie i dozorowanie szlaków morskich, obserwacja co gdzie i kiedy pływa (radar), możliwość kontrolowania jednostek pływających.
  2. Kontrola przestrzeni powietrznej nad Bałtykiem, obserwacja co, gdzie i kiedy lata (radar) – odstraszanie ew. wrogich statków powietrznych od wlatywania w polską przestrzeń powietrzną, uwzględniając loty na niskich pułapach.
  3. Kontrola i odstraszanie w głębinie wodnej (sonar, śmigłowiec do ZOP).
  4. Demonstrowanie obecności na Bałtyku oraz gotowości do obrony szlaków handlowych, infrastruktury przesyłowej (Baltic Pipe, SwePol Link) a także strategicznych obiektów przybrzeżnych (terminale LNG, ropy, rafinerie, porty).
  5. Operacje i ćwiczenia z sojusznikami oraz partnerami.

Zadania defensywne w wojnie hybrydowej:

  1. Zabezpieczenie wybrzeża, polskich wód terytorialnych oraz morskich stref ekonomicznych, a także odstraszanie nieoczekiwanych, skrytych podejść w ich pobliże przez wrogie:
  • okręty nawodne,
  • okręty podwodne, a także:
  • statki powietrzne.
  1. Walka radioelektroniczna (WRE), zagłuszanie wrogich sygnałów radiowych i satelitarnych, przeszkadzanie operowania wrogim samolotom i okrętom w pobliżu polskich morskich stref ekonomicznych, polskich wód terytorialnych oraz polskiego wybrzeża, co ma niezwykle wysoki potencjał odstraszania!
  2. Zabezpieczenie dostaw morskich newralgicznych surowców (tj. ropa, gaz, węgiel czy energia elektryczna).

Z powyższego wynika więc, że by chronić własnych interesów nad Bałtykiem, a także by dbać o bezpieczeństwo morskiej granicy oraz rozmieszczonej nad wybrzeżem infrastruktury Polska potrzebuje następujących instrumentów:

  1. systemu świadomości sytuacyjnej, a więc przede wszystkim:
  • radarów, które potrafią wykryć i namierzyć cel, a także w razie potrzeby nakierować na niego uzbrojenie (tak na cele morskie jak i powietrzne),
  • sonarów, które potrafią wykryć i namierzyć cele podwodne, a w razie potrzeby nakierować na nie uzbrojenie (torpedy),
  • dodatkowym wsparciem mogą okazać się drony zwiadowcze, które wprawdzie nie dysponują radarami i nie posiadają ww. zdolności, ale jednak są tanim środkiem, który może zostać łatwo i szybko wysłany w konkretne miejsce (przy dobrej pogodzie), choćby tylko po to by sprawdzić, czy potrzebne będzie wysłanie okrętu,
  1. systemu odstraszania, a więc efektorów zdolnych zniszczyć cele:
  • nawodne, mniejsze (przy pomocy np. działka, co jest tanim środkiem) oraz większe (przy pomocy pocisków przeciwokrętowych),
  • powietrzne, tak pociski rakietowe, bezzałogowe statki powietrzne, jak i samoloty załogowe,
  • podwodne, w tym okręty podwodne, bezzałogowce ale i również miny morskie,
  1. systemu walki radio-elektronicznej, zdolnego neutralizować poszczególne cele bez fizycznego ich atakowania, a także zdolnego do obrony własnej przestrzeni komunikacyjnej przed wrogą ingerencją.

 

Już z powyższego można wyciągnąć wniosek, że instrumenty wymienione wyżej będą również służyły w czasie działań ofensywnych w trakcie wojny hybrydowej, a także będą niezbędne w trakcie działań wojennych. Tym samym warto zauważyć, że systemy do walki powietrzno-morskiej pełnią również funkcje kontrolne i odstraszania w trakcie pokoju, a więc „zarabiają na siebie” przez niemal cały okres użytkowania (w przeciwieństwie np. do czołgu czy haubicoarmaty).

Zadania dla MW w czasie wojny lub wojny „hybrydowej” (zad. ofensywne)

 

W przypadku nakreślania zadań wojennych dla państwa polskiego dotyczących domeny morskiej należy pamiętać, że w obrębie tych zadań znajdą się wszystkie te, które wymieniliśmy w kontekście czasu pokoju i działań stricte defensywnych. Tak więc potencjał Sił Zbrojnych RP musi zabezpieczać potrzeby obronne, a oprócz tego winien pozwalać na prowadzenie działań o charakterze ofensywnym. Zwłaszcza, że w myśl zasady: „najlepszą obroną jest atak” przeciwnik na którym wywierana jest presja, posiada mniejsze pole manewru, jeśli chodzi o zadanie ciosu w bronionej przez nas przestrzeni.

Gdyby SZ RP pozyskały odpowiednie ofensywne zdolności, które uniemożliwiłyby przeciwnikowi wyjście z własnych portów na otwarte wody Bałtyku wówczas wszelkie rozważania o metodach obrony polskiego wybrzeża mogłyby zejść na drugi plan. Dzięki temu np. transport newralgicznych surowców energetycznych mógłby odbywać się z grubsza bez przeszkód, a jednocześnie północna granica kraju byłaby bezpieczna. Co za tym idzie, zamiast przeznaczać liczne siły lądowe do  obrony wybrzeża (na wypadek ew. desantu) można by je wykorzystać na froncie. Gdzie wzięłyby udział w bitwie lądowej, która w naszych warunkach geograficznych decydowała najczęściej o wyniku wojny. Innymi słowy, zabezpieczenie wybrzeża innymi, dedykowanymi do tego zadania narzędziami (tj. np. okręty) mogłoby realnie wzmocnić Wojsko Polskie walczące na lądzie. Bowiem zamiast delegować np. całą brygadę zmechanizowaną do obrony wybrzeża (przed desantem), można by jej użyć do tego, do czego została stworzona. Dozór wybrzeża – tak na wszelki wypadek – można by wówczas powierzyć siłom WOT.

Zadania dla polskiej floty na czas „W”

Ponadto, gdyby rodzima Marynarka Wojenna posiadała potencjał pozwalający prowadzić operacje ofensywne, wówczas korzyści dla Wojsk Lądowych mogłyby być jeszcze większe. Wyobraźmy bowiem sobie, że polska flota  ma zdolność:

  1. do osiągnięcia przewagi na Bałtyku, swobodnego na nim operowania oraz odstraszania wrogich jednostek, a także do:
  2. demonstrowania (jeszcze przed wojną) możliwości zamknięcia wyjść z wrogich portów (np. z Bałtyjska w Obwodzie Kaliningradzkim) poprzez ustawienie morskiej obrony A2AD w pobliżu takich portów, dzięki czemu własne jednostki minowe mogłyby następnie postawić zaporę minową (bez osłony nie da się tego zrobić),
  3. wysyłania bezzałogowych statków powietrznych z pokładów okrętów, które mogłyby prowadzić misje rozpoznawcze oraz bojowe (namierzanie celów), wspierając siły lądowe (zwłaszcza uderzenia artyleryjsko-rakietowe),
  4. uderzenia rakietowego na cele lądowe (np. w OK) od strony Morza Bałtyckiego, tak z morza jak i powietrzna, co mogłoby zwiększyć potencjał artyleryjsko-rakietowego ataku saturacyjnego prowadzonego również z lądu,
  5. współpracy z lotnictwem, które osłaniane przez wielowarstwową obronę powietrzną okrętów miałoby przewagę nad lotnictwem przeciwnika, a tym samym Polska (dzięki współdziałaniu z F-35) uzyskałaby potencjał do dominacji powietrznej nad Morzem Bałtyckim, co dawałoby również swobodę operacyjną i taktyczną w zakresie planowania uderzeń powietrznych na wrogie terytorium z dodatkowego kierunku,
  6. przerzutu drogą morską sił specjalnych lub dronów morskich w wybrane miejsce, w tym na tyły przeciwnika.

 

Przy tego rodzaju potencjalne Marynarki Wojennej ewentualny wróg zamiast planować uderzenie powietrzno-morskie na polskie obiekty infrastruktury morskiej i przybrzeżnej (a także lądowej położonej blisko wybrzeża) lub choćby desant morski, musiałby skupić się na obronie swoich zasobów morskich, a także własnej infrastruktury. To z kolei wymuszałoby na przeciwniku inwestowanie w systemy defensywne, kosztem potencjału ofensywnego.

Wyobraźmy sobie sytuację, w której Federacja Rosyjska zamierzałaby przeprowadzić operację ofensywną z terytorium Obwodu Kaliningradzkiego. Świadomość, że w przypadku wyprowadzenia rosyjskich sił z OK na terytorium Litwy i Polski mogłoby spotkać się z kontrakcją w postaci uderzenia na podstawę operacyjną sił atakujących z pewnością komplikowałaby sytuację rosyjskim planistom. Bowiem lotniska, magazyny paliw i amunicji oraz inne newralgiczne ośrodki mogłyby być atakowane z każdego niemal kierunku. To oznacza, że rosyjska sieć radarów oraz efektorów przeciw-rakietowych w łatwy sposób mogłaby zostać ominięta lub przeciążona (a nawet zniszczona). Innymi słowy, zamiast np. angażować siły lądowe do ew. zagrażania Obwodowi Kaliningradzkiemu np. z terytorium Litwy, znacznie łatwiej i taniej byłoby zagrozić uderzeniem rakietowo-artyleryjsko-bombowym z trzech kierunków (Litwa, Polska, Bałtyk). Wysłanie pocisku, który zniszczy np. magazyny byłoby żadnym kosztem i stratą w porównaniu do ewentualnych ciężkich walk jakie musiałaby podjąć np. atakująca na Obwód Kaliningradzki brygada zmechanizowana czy choćby batalion. Tymczasem efekt (zagrożenie OK i osadzenie Rosjan na pozycjach defensywnych jeszcze przed wojną) mógłby być tożsamy.

Zwłaszcza, że siły znajdujące się w Obwodzie Kaliningradzkim znalazłyby się w sytuacji oblężonej twierdzy już pierwszego dnia wojny. Co zmuszałoby Rosjan do oszczędzania oraz pilnowania zapasów amunicji, paliwa, części zamiennych i wszelkiego innego rodzaju środków niezbędnych do utrzymania sił własnych w gotowości bojowej. Dopiero uzyskanie „korytarza” z Białorusi do Kaliningradu, którym można by wysyłać zaopatrzenie dałoby stronie rosyjskiej pełną swobodę działania z terytorium OK.

Oczywiście można podnieść argument, że do ew. niszczenia zaplecza logistycznego w Obwodzie Kaliningradzkim można użyć sił lądowych i powietrznych atakujących z terytorium Polski. Jednak jeszcze raz należy podkreślić, jak wielkie znaczenie dla ataku rakietowo-bombowego ma możliwość uderzenia z dodatkowego kierunku. Bowiem  systemy przeciwrakietowe posiadają ograniczone pasmo widzenia. Upraszczając rozstawia się je tak, by obserwowały jeden najbardziej zagrożony kierunek. Oczywiście można rozstawić kilka radarów, ale to podnosi koszty obrony, której będzie brakowało gdzie indziej. Posiadając możliwość ataku od strony Bałtyku, nie tylko zmuszamy przeciwnika do rozdysponowania dodatkowymi cennymi systemami uzbrojenia, ale i dzięki temu sami oszczędzamy własne zasoby. Mając bowiem bezpieczne wybrzeże możemy zaangażować mniej środków do obrony własnej, a przeznaczyć np. dodatkowe baterie systemu NAREW do ochrony wojsk lądowych na froncie. To są argumenty, które są widocznie dopiero po zrozumieniu, że Marynarka Wojenna jest elementem Sił Zbrojnych RP jako całego systemu obronności, a odpowiedni potencjał floty multiplikuje ogólny potencjał obronny tak na morzu, ale w powietrzu oraz na lądzie.

Dlatego mając na uwadze powyższe, wymienione wcześniej w punktach zdolności ofensywne Marynarki Wojennej są tymi, które Siły Zbrojne RP winny posiadać.

Potencjał Marynarki Wojennej w czasie wojny

W dyskusji w przestrzeni publicznej panuje bardzo mało rozsądny mit, wg którego nie opłaca się inwestować w nowoczesne okręty ponieważ zostaną one zniszczone w pierwszych godzinach (a nawet sekundach) wojny. Być może jeszcze w portach. Równie dobrze można by stwierdzić, że nie opłaca się inwestować w siły lądowe, bowiem żołnierze i sprzęt zostaną wyeliminowani w pierwszej godzinie wojny stacjonując w koszarach. Jest to oczywiście kompletna bzdura.

Przykład ukraiński pokazuje, że zagrożenie wybuchem wojny – przy współczesnych środkach rozpoznania – jest widoczne długo przed agresją. Zresztą nawet w 1939 roku – gdy Port Wojenny Gdynia znajdował się praktycznie na granicy II RP – Polacy zdążyli wycofać do Wielkiej Brytanii jeszcze przed wybuchem wojny trzy niszczyciele, które były szykowane na wojnę ze słabym na morzu ZSRR, ale nie było sensu ich tracić przeciw potężnej Kriegsmarine. Natomiast wszystkie pięć polskich okrętów podwodnych wyszło z portu również jeszcze przed inwazją i realizowały zadania minowania i działań przeciw wrogiej flocie. Następnie w obliczu złych wieści z lądowego frontu, wszystkie okręty otrzymały rozkaz wycofania się (Szwecja, Wielka Brytania). III Rzesza mimo próby uzyskania efektu zaskoczenia w dniu 1 września 39’, przytłaczającej przewagi na morzu i w powietrzu nie zatopiła żadnego polskiego niszczyciela ani okrętu podwodnego. Mało tego, również inne jednostki floty (jak kontrtorpedowiec ORP Wicher i stawiacz min ORP Gryf) były przygotowane do obrony i prowadziły zażartą walkę aż przez pierwsze trzy dni wojny – w bardzo niekorzystnych dla siebie warunkach.

Współcześnie, zaskoczenie floty przeciwnika byłoby jeszcze mniej prawdopodobne. Jednocześnie należy pamiętać, że Flota Bałtycka nie należy do bogatych w nowoczesny sprzęt czy wieloletnie doświadczenie z działań wojennych – jak to ma miejsce w przypadku US Navy czy choćby Royal Navy. To jest przeciwnik, o którego neutralizacje lub pokonanie możemy się pokusić. Natomiast przy wsparciu nawet tylko kilku okrętów NATO, Rosjanie zwyczajnie nie mieliby żadnych szans. Jest to dodatkowy argument do tego, by dość tanim kosztem przy użyciu nawet ograniczonej liczby nowoczesnych okrętów sprawić, by droga w utrzymaniu i liczniejsza Flota Bałtycka nie mogła wypełniać swoich zadań w trakcie ew. wojny. Innymi słowy, by cały jej potencjał pozostał niewykorzystany i zalegał w porcie, narażając się na łatwe zniszczenie.

Nie da się osiągnąć takiego efektu bez użycia własnych okrętów (które posiadają wyrzutnie rakiet przeciwokrętowych oraz uzbrojenie przeciw okrętom podwodnym). Wroga flota wyjdzie z portu jeszcze przed wojną, a ryzyko utraty jednego czy dwóch przestarzałych okrętów byłaby ceną, którą Rosjanie mogliby zapłacić w zamian za odcięcie całego państwa polskiego od dostępu do surowców energetycznych. Natomiast gdyby dowódcy Floty Bałtyckiej mieli świadomość, że na pełnym morzu spotkają się z polskim zespołem nowoczesnych okrętów wspieranych przez lotnictwo i Morską Jednostkę Rakietową, wówczas nie tylko zniszczenie celów (tj. gazoport) byłoby trudne, ale i koszty realizacji takiego zadania mogłyby być druzgoczące. Bowiem należałoby kalkulować bitwę powietrzno-morską oraz ewentualny pościg. Przy tego rodzaju perspektywie, rosyjska flota może nie być skora do opuszczania Zatoki Gdańskiej, a może i nawet portu w Bałtyjsku.

 

Warto w tym miejscu określić potencjał Marynarki Wojennej, który pozwalałby nie tylko skutecznie bronić polskiego wybrzeża, ale i szachować Federację Rosyjską (odstraszanie na czas pokoju i przeciwdziałanie w czasie wojny). W konsekwencji, flota powinna dysponować:

  1. sensorami (radary/sonary) o jak największym zasięgu i mocy zdolnymi wykrywać i namierzać od kilkudziesięciu do kilkuset celów powietrznych i morskich naraz, a także nakierowywać na te cele własne pociski, a przede wszystkim również pociski wystrzelone z innych nośników (tj. samoloty/lądowe wyrzutnie),
  2. systemem komunikacji i wymiany danych, wpiętym w centralny system obsługujący również lotnictwo, artylerię czy lądową obronę przeciwlotniczą,
  3. wielowarstwową obroną przeciwlotniczą i przeciwrakietową, zdolną  do obrony strefowej (a nie tylko siebie) przed napadem powietrznym (lotniczo-rakietowym) – gwarantującą odporność na ataki na samą flotę, a także zabezpieczenie strefowe całego kierunku bałtyckiego,
  4. arsenałem systemów zwalczania okrętów nawodnych różnej wielkości oraz typu, zwłaszcza wyrzutniami pocisków przeciwokrętowych,
  5. systemami wykrywania i zwalczania okrętów podwodnych,
  6. potencjałem minowania, w celu założenia blokady morskiej na wrogim porcie,
  7. bezzałogowymi statkami powietrznymi oraz bezzałogowymi dronami podwodnymi,
  8. zdolnością do morskiego transportu sił specjalnych.

 

Wszystko to miałoby dawać potencjał do stworzenia współdziałającego systemu odpornościowego państwa w zakresie prowadzenia bitwy powietrzno-morskiej, a nawet powietrzno-morsko-lądowej. Co w konsekwencji dawałoby możliwość uzyskania przewagi powietrzno-morskiej na Bałtyku oraz wykorzystania tegoż akwenu jako własnego, flankującego przeciwnika kierunku. Dodatkowo, zabezpieczenie polskiej granicy morskiej ściągałoby z wojsk lądowych obowiązek utrzymywania na wybrzeżu sił, z których znacznie więcej pożytku byłoby na wschodnim froncie lądowym.

Jakie narzędzia?

By móc wypełniać powierzone Marynarce Wojennej zadania (defensywne, ofensywne, w czasie pokoju oraz wojny) oraz zapewnić jej odpowiedni do ich wykonania potencjał, należy zadbać o dostarczenie SZ RP odpowiednich narzędzi. Wskazane wyżej potencjały można uzyskać przy pomocy różnego rodzaju systemów uzbrojenia i nośników. Innymi słowy, można opracować różne konfiguracje wyposażenia, które pozwolą wypełniać dane zadanie lepiej lub gorzej przy wykorzystaniu mniejszych lub większych nakładów finansowych. By jednak stworzyć możliwie optymalny i skrojony na polskie potrzeby model Marynarki Wojennej, zwyczajnie trzeba wiedzieć, które narzędzie posiada jakie właściwości i co przy jego pomocy można osiągnąć. Innymi słowy, nie da się bez szczegółowej wiedzy techniczno-wojskowej dobrać dla MW odpowiednich narzędzi. Parafrazując, osoba która nie zna się na mechanice samochodowej, nie ma szans określić odpowiednich parametrów pojazdu odpowiednich dla np. udziału w rajdzie. Osoba taka nie dobierze wobec tego odpowiednich części, nie złoży pojazdu ani nie zadba o właściwe ustawienia. Mało tego, nawet wykwalifikowany do tego specjalista nie może polegać tylko na wiedzy własnej. Musi również współpracować w tym zakresie z praktykiem – czyli kierowcą. Oprócz tego, wybory konstruktora/mechanika są ograniczone w kontekście możliwości finansowych, które są narzucone przez sponsora teamu lub jego przedstawiciela (np. dyrektora finansowego). Innymi słowy, zbudowanie samochodu rajdowego to efekt pracy wielu ludzi, którzy specjalizują się czasem na zupełnie innych dziedzinach.

Dlatego tak istotnym jest, by o kształcie SZ RP decydowali ludzie, którzy posiadają w tym zakresie kompetencje. Z kolei jeśli chodzi o SZ RP i Marynarkę Wojenną, ludzie ci zadecydowali, że w celu osiągnięcia optymalnego balansu w relacji koszt/efekt w odniesieniu do powierzonych Marynarce Wojennej zadań w ramach całego systemu bezpieczeństwa SZ RP (a nie tylko sam koszt/efekt) niezbędnym będzie m.in. nabycie co najmniej trzech fregat wielozadaniowych, a także trzech okrętów podwodnych.

Dlaczego wybór padł na taki a nie inny model MW? Postaram się to wyjaśnić poniżej.

Dlaczego Fregaty?

W poprzednich częściach opracowania opisane zostały przykłady zadań, które nie mogłyby zostać skutecznie wykonane z lądu lub powietrza. Wobec czego do realizacji tych zadań niezbędnym jest posiadanie okrętów. W tym miejscu należy zadać sobie pytanie, jakie powinny być to jednostki? Duże, wielozadaniowe, ale bardziej kosztowne i mniej liczne? Czy mniejsze, jednostkowo tańsze, jednak operujące w większej ilości?

Tu można się na chwilę zatrzymać, by zadać kolejne pytania. Czy na morzu bardziej istotna jest przewaga liczebna od tej jakościowej oraz czy inwestycja w wiele mniejszych jednostek próbujących osiągnąć podobny potencjał co jedna większa jest rzeczywiście tańsza? W obu przypadkach odpowiedź brzmi – NIE.

Przede wszystkim należy pamiętać, że jeśli mamy do dyspozycji mniejszy kadłub o mniejszej wyporności, wówczas jesteśmy ograniczeni, jeśli chodzi o wielkość montowanych na nim systemów. I tak, na małych okrętach o wyporności do ok. 1-2 tys. ton nie montuje się wielkich masztów radarowych oraz potężnej mocy urządzeń do walki radioelektronicznej (które notabene wymagają odpowiedniego zasilania, a więc odpowiednio dużych jednostek mocy). Innymi słowy, trzy, cztery czy pięć małych okrętów nie ma szans uzyskać podobnego potencjału w tym zakresie co jeden większy.

Ponadto, dysponując małą platformą nie można zamieścić na niej wielu systemów na raz. W efekcie okręty o małej wyporności są dedykowane do określonych zadań. Z reguły są to zadania polegające na patrolu, zwalczaniu okrętów podwodnych albo okrętów nawodnych. Małe jednostki słabo nadają się natomiast do zadań wykrywania i zwalczania lotnictwa i pocisków rakietowych, ponieważ do tego niezbędny jest spory i kosztowny radar, a także miejsce na liczne wyrzutnie często kosztownych pocisków przeciwlotniczych i przeciwrakietowych.

W efekcie, mniejsze okręty są zwyczajnie bardziej podatne na uderzenie rakietowe wyprowadzone bądź to morza bądź z powietrza, a już zupełnie nie posiadają potencjału obrony obszarowej (czyli nie tylko ochrona własna ale i jednostek obok czy całego obszaru). Tym samym ich obrona przeciwlotnicza nie stanowi istotnego wzmocnienia potencjału całego zespołu okrętów, a już zupełnie nie nadaje się np. do obszarowej ochrony przed uderzeniem na pobliską infrastrukturę. Jednocześnie małe okręty są łatwiejsze, a czasem po prostu łatwe do zatopienia. Zwłaszcza dla wrogiego lotnictwa, które może podejść bardzo blisko celu (bez obawy zestrzelenia systemami o krótkim zasięgu), namierzyć go, a następnie odpalić pociski przeciw-okrętowe. Stąd małe okręty powinny unikać operowania w środowisku, w którym wróg posiada panowanie w powietrzu. Co istotne, małe okręty nie posiadają potencjału by wesprzeć własne lotnictwo do uzyskania takiej dominacji.

Przy ograniczonych systemach obrony przeciwrakietowej i powietrznej, mniejsze okręty można w zasadzie porównać do „jednorazówek”. Niemal każdy ostrzał grozi zatopieniem. Koncepcja użycia małych i tanich okrętów rakietowych (tj. ORP Piorun, ORP Grom i ORP Orkan) polegała na tym, by tanim kosztem podpłynąć do wrogiej floty większych okrętów oraz wystrzelić sporą ilość pocisków przeciw-okrętowych. Celem było zatopienie cenniejszych i większych jednostek, a kosztem z jakim się liczono, to utrata małych okrętów pozbawionych obrony.

Problem polega na tym, że tego rodzaju taktyka powstała w czasach, gdy systemy obrony okrętu były jeszcze mocno niedoskonałe (jak na krążowniku „Moskwa”). Radary potrafiły śledzić zaledwie kilka zbliżających się celów na raz, a wyrzutnie pocisków przeciw-rakietowych mogły namierzać i razić zaledwie jeden cel na raz. Innymi słowy, okręt który dysponował nawet kilkoma systemami obrony, mógł zostać porażony w ataku kilku-kilkunastu pocisków. Czasy się jednak zmieniły. Dziś nowoczesne radary potrafią wykryć i śledzić jednocześnie nawet 1000 celów na raz, a systemy przeciw-rakietowe namierzać i razić do 60-80 celów na raz. O ile dawniej limitem była technologia namierzania i nakierowywania na cel, o tyle teraz limit wyznaczany jest przez ilość pocisków jakie zabiera ze sobą okręt. I tu matematyka jest prosta. Im większy okręt, tym większa ładowność. Im większa ładowność, tym więcej pocisków i systemów obronnych. Wszystko dzięki rewolucji w wielu dziedzinach technologii. Parafrazując, marynarka wojenna  z technologii analogowej wkroczyła w cyfrową.

Polski Miecznik będzie miał 32 wyrzutnie pocisków obrony przeciwlotniczej i przeciwrakietowej (16 typu Strike oraz 16 typu Tactical). W komorach przeznaczonych dla pocisków CAMM mieszczą się po 4 takie rakiety. To oznacza, że nawet jeśli nie załadujemy wszystkich 32 wyrzutni pociskami OP, to i tak fregata będzie posiadała nie mniej niż 64 pociski przeznaczone do rażenia celów powietrznych (samolotów lub rakiet), choć ta ilość może być większa. Oprócz tego Mieczniki będą posiadały trzy armaty automatyczne zdolne razić cele powietrzne (w tym rakiety) z najbliższej odległości, które w obronie będą stanowiły niejako ostatnią deskę ratunku. Jednocześnie sama platforma będzie na tyle spora (zapas jeśli chodzi o wyporność), że ma posiadać potencjał modernizacyjny. Innymi słowy, możliwe będzie doposażenie jednostki np. w laserowe lub mikrofalowe systemy obronne, które w chwili obecnej są testowane jeśli chodzi o przeciwdziałanie pociskom rakietowym oraz dronom.

Tymczasem małe okręty rakietowe dysponujące wyrzutniami przeciw-okrętowymi posiadają zazwyczaj od 4-8 wyrzutni (więcej albo się nie zmieści, albo nie opłaca się zamieszczać tak drogiego uzbrojenia w tak dużej ilości na tak małym i słabym, łatwym do zatopienia okręcie). Innymi słowy nawet 10 małych okrętów rakietowych może okazać się niewystarczającym potencjałem by przełamać obronę jednej nowoczesnej fregaty. A te nigdy nie pływają same, tylko w zespołach. Jednak jeśli się uprzemy i wyślemy np. 45 takich małych okrętów (warto pamiętać o horrendalnych kosztach budowy tak licznego, jednorazowego zespołu!) w celu zatopienia 3 fregat, to trzeba mieć na uwadze, że ta liczna flota może zostać cała zatopiona jeszcze przed walką. Na przykład przez wrogie lotnictwo lub przez wrogie, większe okręty, które szybciej namierzą cele  (lepsze radary operujące z wyższych masztów, vide horyzont radarowy)…

Tak więc w celu wsparcia ataku takiego ogromnego zespołu, należałoby zabezpieczyć mu obronę przeciwlotniczą, przeciwrakietową, a także przeciw okrętom podwodnym. Takiego rodzaju eksperymentu mógłby nie przetrwać niejeden spory budżet marynarki wojennej. Dlatego US Navy, Royal Navy czy choćby Japońskie Morskie Siły Samoobrony stawiają na uniwersalność i jakość, a nie na ilość. Zwłaszcza, że w ich przypadku niezwykle istotna jest również autonomia okrętów.

Jednak również w przypadku Polski, warto mieć okręty, które będą w stanie wyjść w morze podczas złych warunków pogodowych oraz pozostać tam np. kilka dni. To wymaga nie tylko większego i bardziej wytrzymałego kadłuba. Autonomia zależy również od odpowiednich warunków zakwaterowania dla załogi, ale również pojemności magazynów. Tak na np. wyżywienie jak i amunicję oraz paliwo. Większy okręt ma potencjał do dłuższego udziału w walce i nawet po wykonaniu kilku ataków może zachować zdolność bojową pozwalającą na dalsze operowanie. Tymczasem jednostki mniejsze, po wykonaniu jednego ataku muszą natychmiast wracać w bezpieczne miejsce (najczęściej do portu) by przeładować uzbrojenie i odzyskać zdolność bojową. Warto nadmienić, że w tym czasie (odwrotu) są zazwyczaj zupełnie bezbronne i podatne na zatopienie.

 

Potencjał i uniwersalność

Dla zobrazowania przykładowej siły okrętu klasy fregata, warto przedstawić jaki zestaw uzbrojenia może ona zabrać na pokład (z uwzględnieniem zapowiedzi naszego MON):

  1. urządzenia radarowe, radary 3D z zasięgiem np. ok. 400 km, a także sonary [Miecznik],
  2. urządzenia do walki radio-elektronicznej (zagłuszanie wrogich okrętów i statków powietrznych, w tym dronów – WRE) [Miecznik],
  3. system zarządzania walką [Miecznik],
  4. pionowe wyrzutnie uniwersalnych pocisków przeciwlotniczych i przeciwrakietowych średniego (MRAD) i krótkiego zasięgu (SHORAD) w ilości 32 sztuk, [ Miecznik będzie wyposażony w pociski CAMM-ER o zasięgu do 45 km (SHORAD)],
  5. wyrzutnie pocisków przeciwlotniczych bardzo krótkiego zasięgu (VSHORAD) w ilości 2-4, o zasięgu do 12-20 km [Miecznik zamiast droższych pocisków RAM ma mieć bardziej tańsze i bardziej wszechstronne CAMM o zasięgu do 25km],
  6. działo pokładowe 76 mm lub 127 mm, zdolne razić cele powietrzne, morskie i lądowe [Miecznik będzie miał jedną armatę kal. 76 mm],
  7. mało kalibrowe armaty przeciwrakietowe (CIWS) [Miecznik będzie posiadał dwie armaty kaliber 35 mm z amunicją programowalną, które zastąpią CIWS a jednocześnie będą wielofunkcyjne]
  8. opcjonalnie broń laserowa oraz mikrofalowa (przeciw-dronowa),
  9. śmigłowiec do zwalczania okrętów podwodnych (ZOP) – lądowisko + hangar [Miecznik],
  10. dwie lub cztery poczwórne wyrzutnie pocisków przeciw-okrętowych (x8 lub x16) [Miecznik],
  11. wyrzutnie torped przeciw-okrętowych [Miecznik – dwie podwójne wyrzutnie ZOP (x4)]
  12. dodatkowe kajuty do przewożenia oddziałów sił specjalnych [Miecznik],
  13. pokład dla dronów podwodnych [b.d.]
  14. Pasywne systemy obrony, różnego rodzaju wabiki, dipole i inne systemy mylenia torped oraz pocisków przeciwokrętowych.

Żeby mieć pewność choćby trafienia (nie pisząc o zatopieniu) takiego okrętu jak Miecznik, to ewentualne uderzenie saturacyjne przeciwnika musiałoby:

  • przeciążyć system aktywnej obrony przeciwrakietowej, a więc liczyć sobie ponad ok. 100 pocisków na jeden okręt, tak by nie wystarczyło mu własnych pocisków obronnych oraz tak, by przedrzeć się jeszcze przez obronę w postaci artylerii lufowej,
  • być odporne na zagłuszenia generowane przez system walki radiowo-elektronicznnej, a więc wrogie namierzanie radarowe oraz następnie naprowadzanie pocisków musiałoby być technologicznie zdolne do przełamania WRE okrętu, by w ogóle go dostrzec, namierzyć i naprowadzić na niego pocisk,
  • być dostatecznie precyzyjne i zaawansowane technologicznie, by odróżnić cel właściwy od stawianych różnego rodzaju wabików czy wystrzeliwanych dipoli oraz trafić w to co trzeba.

Warto podkreślić, że Federacja Rosyjska miałaby problem z realizacją wszystkich trzech wyżej opisanych wyzwań. Bowiem wystrzelenie setek pocisków na raz wymaga wielu platform (wyrzutni, samolotów, okrętów) skoncentrowanych w jednym miejscu. Ponadto by dokonać ataku saturacyjnego (pociski mają trafić w cel w jednym czasie), potrzeba centralnego systemu pola walki, który pozwoli różnym platformom odpalić uzbrojenie w odpowiednim momencie (Rosjanie tego nie posiadają).

Nadto, Federacja Rosyjska musiałaby mieć zdolność radarowego wykrycia i namierzania celu w czasie rzeczywistym oraz nakierowywania na ten cel pocisków (przekazywanie danych z radaru do wyrzutni-pocisku). Potencjał rosyjski w tym zakresie jest mocno wątpliwy. Rosjanie nie posiadają sieci satelitów radarowych (które i tak się średnio nadają do bezpośredniego naprowadzania pocisków), ich flota samolotów rozpoznania radarowego to latające muzeum w trakcie modernizacji elektroniki, a radary wyrzutni lądowych lub morskich posiadają ograniczenia w postaci horyzontu radarowego (ograniczającego widoczność do circa 50 km) oraz martwych stref. Jednocześnie rosyjska technologia radarowa jest bardzo podatna na nowoczesne środki zagłuszania, co dotyczy tak samo samolotów, jak również okrętów czy radarów lądowych. W efekcie mity o tym, że Rosjanie byliby gotowi zatopić tak wyposażony okręt w 15 sekund lub nawet minut należy zakwalifikować do kompletnych bredni. Rosjanie chcieliby byśmy myśleli, że posiadają taki potencjał, ale ich technologia i zdolności są wysoce niewystarczające na każdym możliwym poziomie. Od wykrywania, przez namierzanie po naprowadzanie pocisków na cel, a także w zakresie możliwości wyprowadzenia tak dużego ataku saturacyjnego. Tak w zakresie jego zorganizowania (brak systemów zarządzania i przekazywania danych) jak i skumulowania platform gotowych do odpalenia wystarczającej ilości pocisków do przełamania obrony całego zespołu okrętów (np. 3 fregaty).

Potencjał samych fregat, kwestie techniczne związane z obronnością tego rodzaju okrętów oraz tematy dotyczące możliwości Rosjan opisałem w innym tekście pt.: „POLSKA ARMIA 2030 – CZ.II Analiza”.

 

Najlepiej skrojone do zadań

Reasumując, jeśli Polska ma zamiar skutecznie bronić swoich interesów na Bałtyku, posiadać potencjał do obrony wybrzeża, a także zdominowania wroga na tym akwenie, niezbędnym będzie posiadanie odpowiednio silnej Marynarki Wojennej. Marynarki Wojennej, która będzie dysponowała okrętami o potencjale działania w pobliżu, ale i dalej od polskiego wybrzeża. Takimi, które pozwolą wyprzeć wrogie okręty oraz statki powietrzne z Morza Bałtyckiego oraz pomóc uzyskać dominację powietrzną własnemu lotnictwu.

Okręty klasy fregata są najmniejszymi jednostkami, które pozwalają postawić wielowarstwową obronę powietrzną, a rozmieszczone w odległości ok. 40-50 km od własnego brzegu pozwalają stworzyć głębię. Tak by przeciwnik nie mógł skrycie podejść na taką odległość pod polskie wybrzeże by zagrozić atakiem na infrastrukturę krytyczną z bliskiej odległości. Fregaty mają potencjał multiplikowania potencjału własnych lądowych wyrzutni pocisków przeciw-okrętowych (dzięki przedłużeniu widzenia radarowego, co pozwala MJR atakować poza horyzontem radarowym). Jednocześnie mogą wypierać przeciwnika na tyle daleko, by lotnictwo własne oraz samoloty rozpoznania (AWACS, gdybyśmy takie nabyli) operowały bliżej Morza Bałtyckiego lub w powietrzu nad nim. Co z kolei potęguje odstraszanie jednostek nawodnych przeciwnika. Połączenie potencjałów: Miecznik+F35+Morska Jednostka Rakietowa dałoby ogromne możliwośći. Okręt odpowiadałby za obronę powietrzną, walkę radioelektroniczną, odstraszanie wrogich okrętów podwodnych oraz nawodnych. Lądowe wyrzutnie pocisków POKR wzmacniałyby odstraszanie jednostek nawodnych, a F-35 operujące na wyższym pułapie mogłyby dominować w powietrzu, zagrażać okrętom nawodnym, a także ze znacznie większej odległości niż radar okrętowy, dostrzegać cele lecące nisko (lub pływające) poniżej horyzontu radarowego. Dzięki nowoczesnym systemom wymiany danych, F-35 mógłby podawać cele dla uzbrojenia okrętu lub Morskiej Jednostki Rakietowej.

Niezwykle istotnym jest również odstraszanie wrogich okrętów podwodnych, które mogłyby podejść skrycie pod polskie wybrzeże i dokonać bądź to minowania ważnych szlaków, bądź ataków na okręty lub też dokonać uderzenia rakietowego na cele na brzegu lub nawet głęboko na lądzie. Tutaj śmigłowce ZOP operujące z fregat mają spore pole do popisu.

Jednocześnie rozmieszczony na pełnym morzu zespół fregat przejmuje rolę głównego celu dla wrogiej floty i lotnictwa. Te zamiast uderzać w nieruchomą, łatwą do trafienia a także bardzo kosztowną i ważną dla funkcjonowania całego państwa infrastrukturę, muszą skupić się na próbie wyeliminowania polskich okrętów, które nie tylko nie są bezbronne, ale i stanowią zagrożenie. Należy się bowiem zastanowić, czy lepiej jest ryzykować okrętem wartym 3 mld złotych, który stanowi bardzo trudny, ruchomy cel dla Rosjan, czy też chcemy ryzykować znacznie bardziej wartościowymi obiektami (jak np. gazo/nafto porty), których zniszczenie będzie miało znacznie poważniejsze konsekwencje dla państwa, społeczeństwa oraz także obronności kraju.

Wielkim i szkodliwym mitem jest, jakoby fregaty stanowiły łatwy cel, który można zniszczyć tanim kosztem (pocisk lub nawet dron). Jest wręcz odwrotnie, fregaty są często najtrudniejszymi do trafienia i zatopienia okrętami w wielu flotach – ponieważ posiadają liczne systemy obrony własnej oraz często strefowej. Tak więc służą też do eskorty i ochrony większych jednostek.

W warunkach Morza Bałtyckiego, Mieczniki mogą stanowić również doskonałe narzędzie ofensywne, które będzie wywierać presję na Obwód Kaliningradzki od strony morza. Dzięki wysokiej autonomii oraz dobremu uzbrojeniu, fregaty mogą stanowić jeden z elementów blokady morskiej rosyjskich portów (wspierane przez lotnictwo, okręty podwodne a także Morską Jednostkę Rakietową z lądu). Jest to zupełnie możliwe, ponieważ tak samo jak polskie radary rozstawione na brzegu, tak samo rosyjskie są ograniczone horyzontem radarowym.  Tym samym Rosjanom trudno byłoby kontrolować to, co się dzieje w odległości ok. 50 km od linii brzegowej. Chyba, że wysłali okręty na pełne morze lub samolot. To jednak wiązałoby się z ryzykiem utraty jednostek w walce z przeciwnikiem znacznie lepiej uzbrojonym oraz posiadającym technologiczną przewagę.

Graf. ukazuje (kolor czerwony) zasięg radaru lądowego w Kaliningradzie w zakresie wykrywania jednostek pływających (poziom morza). Jak widać, nie jest to imponujący „bąbel”.

Jednocześnie okrętów o większej autonomii nie da się zastąpić tańszymi środkami. W czasie złej pogody ani drony, ani mniejsze okręty ani czasem nawet samoloty nie mogą podejmować misji (samolot może np. osiągnąć odpowiednio wysoki pułap, ale wówczas jest widziany przez wrogi radar i stanowi łatwy cel). Zawieszenie aerostatów z radarami także nie załatwia sprawy, bowiem stanowią one również łatwodostrzegalny i bezbronny cel. Przeważnie pierwsze uderzenie napastnika zaczyna się od oślepiania i ogłuszania obrońcy. Innymi słowy, pierwsze pociski rakietowe i bomby spadają często na stacje radarowe, nasłuchowe etc. Tak więc w 1 minucie wojny polskie wybrzeże zostałoby bez oczu.

Nadto bezzałogowe statki powietrzne są z jednej strony użyteczne (by przyjrzeć się ewentualnemu celowi z bliska – w czasie pokoju), ale z drugiej nie posiadają radarów (to są ciężkie urządzenia). Tak więc dron widzi tylko to, co jest w zasięgu jego sensorów optycznych a jednocześnie nie posiada zdolności naprowadzania pocisków. Przekazuje tylko sam obraz.

Samoloty rozpoznania radarowego – AWACS-y (nawet te bezzałogowe, gdyby takie w przyszłości miały się pojawić), żeby lepiej widzieć, muszą latać wysoko. Bowiem polega sens wynoszenia radarów w górę, by zniwelować czynnik kulistości ziemi i widzieć dalej, poniżej horyzontu radarowego stacji naziemnych. Im wyżej samolot z radarem się wznosi tym dalej widzi, ale z drugiej strony sam jest widoczny z większej odległości. Tak więc by nie obawiać się zestrzelenia takiej maszyny, należy maksymalnie daleko wypchnąć wrogie systemy przeciwlotnicze (tak myśliwce, jak i okręty – jeśli chodzi o Bałtyk). W tym kontekście należy mieć więc okręt z dobrą OPL wysunięty maksymalnie daleko od brzegu.  Chyba, że chcemy inwestować w 150 myśliwców, które musiałyby non-stop patrolować na zmianę polskie niebo nad wybrzeżem lub Bałtykiem. Ta ostatnia opcja jest jedną z najdroższych – tak w stworzeniu jak i utrzymaniu (paliwo, serwis, uzbrojenie).

 

Po co okręty podwodne?

Zakup okrętów podwodnych (Program Orka) również posiada solidne podstawy, jeśli chodzi o pozyskanie odpowiednich zdolności dla Marynarki Wojennej a więc i Polski. Państwa postrzeganego jako cały system odpornościowy. Najważniejszą zdolnością jaką posiadają okręty podwodne, a jakiej nie mogą pełnić innego rodzaju jednostki, to możliwość skrytego podejścia pod przeciwnika lub w pobliże jego strefy obronnej. Okręt podwodny może w taki sposób przeprowadzić rozpoznanie (sonarem lub nawet optycznie – poprzez peryskop), zaatakować wrogą jednostkę nawodną, zaminować dany wycinek akwenu morskiego (np. wyjście z wrogiego portu), przeprowadzić tajną operację podrzucając nurków, siły specjalne lub drona podwodnego w określony rejon lub też wystrzelić pociski rakietowe na cele lądowe. W ostatnim czasie pojawiła się technologia, dzięki której tego rodzaju pociski rakietowe można wystrzelić z wyrzutni torped. Co w efekcie sprawia, że budowa okrętu podwodnego o takiej zdolności nie odbiega w zasadzie kosztowo od budowy konwencjonalnego okrętu myśliwskiego. Innymi słowy, być może w Programie Orka Polska nie będzie już musiała stawać przed dylematem: tańszy ale bez zdolności uderzenia na ląd, czy droższy z taką możliwością.  Będzie można wybrać taniej i z większym potencjałem.

Okręty podwodne to jednostki, które posiadają spory potencjał odstraszania wrogiej floty. Ta nie może bezkarnie – bez osłony jednostek przeznaczonych do walki z OP – operować na pełnym morzu. Tak więc jeśli nasza flota posiada okręty podwodne, to przeciwnik musi ponieść koszty wystawienia lub utrzymywania zdolności do zwalczania tych okrętów. Jednocześnie okręty podwodne – dzięki możliwości skrytego podejścia oraz swobodzie operacyjnej – mogą stanowić źródło generowania niepewności po stronie przeciwnika. Ten nigdy bowiem nie może być pewny tego, gdzie akurat znajdują się nasze jednostki. W celu ich wykrycia, należy przeprowadzić szeroko zakrojone działania poszukiwawcze z wykorzystaniem licznych jednostek (powietrznych i morskich). Oczywiście na dużych akwenach tj. oceany, jest to jak szukanie igły w stogu siana. Na Bałtyku szanse na wykrycie OP są większe, jednakże uwarunkowania Morza Bałtyckiego jeśli chodzi o nieregularność dna pozwalają uciec przed wzrokiem nieprzyjaciela, przynajmniej jeśli chodzi o pewne rejony.

Legendy głoszą, że wyżłobienia i bruzdy na dnie Morza Bałtyckiego powstały wskutek szurania kilem po dnie przez potężne amerykańskie okręty 😉

Jak pokazuje mapa geologiczna poniżej, Morze Bałtyckie posiada swoje głębie, które doskonale nadają się do operowania okrętami podwodnymi. Z perspektywy Polski, należy współdziałać z Duńczykami i Szwedami w zakresie kontrolowania Głębi Bornholmskiej (zadania defensywne), natomiast można wykorzystać Głębię Gdańską by podejść i spróbować zaminować podejścia do portu w Bałtyjsku lub też kontrolować szlaki morskie do portu w Kaliningradzie.

 

Kosztowna flota?

W dyskusji o programach zbrojeniowych dotyczących rozwoju Marynarki Wojennej często pojawia się argument o tym, że flota nie powinna być priorytetem dla Sił Zbrojnych RP. I wiecie co? Rzeczywiście nie jest. Skoro nie jest i nie powinna, wobec tego teoretycznie MON nie powinien przeznaczać na Marynarkę Wojenną dużej części budżetu. I wiecie co? Nie przeznacza. Marynarka Wojenna przez 30 lat pozostawała w zasadzie niemal bez finansowania. Starczało na utrzymywanie starych kryp, a większość „nowych” okrętów trafiających do służby III RP były starymi, używanymi i oddawanymi za darmo lub półdarmo okrętami. Przykładem jest pięć starych okrętów podwodnych typu Kobben przekazanych przez Norwegię dla Marynarki Wojennej w latach 2002-2004 (jeden z nich z przeznaczeniem na częsci). Wszystkie zabytkowe jednostki zostały już wycofane ze służby (2021). Nasze dwie jedyne fregaty Oliver Hazzard Perry (skr. OHP) otrzymaliśmy od Amerykanów w 2000 i 2002 roku. Z dwóch posiadanych Korwet, jedna wywodzi się jeszcze z PRL-u (ORP Kaszub), a jedna jest de facto okrętem patrolowym (Ślązak). ORP Ślązak to przykład jednej z nielicznych inwestycji w MW przez III RP. Wszystkie trzy okręty rakietowe typu Orkan były wodowane  w latach 1992-1995, a ich budowę kontraktowano lub planowano jeszcze w PRL-u. Ostatni pozostały przy „życiu” okręt podwodny typu Kilo (ORP Orzeł) służy w MW od 1986 roku. Nasze trałowce (17 szt.) oraz okręty transportowe (5 szt.) to również dzieci PRL-u wodowane w większości w trakcie transformacji ustrojowej między 1988-1991 rokiem. Okręty rozpoznania radioelektronicznego (2szt) to zabytki z 1975-1976r. Podobnie jak okręty hydrograficzne oraz szkolne.

Tak więc III Rzeczpospolita Polska wydała na świat  de facto jedynie w 4 okręty: jeden patrolowiec Ślązak (oddany do służby po długich przygodach w stoczni w 2019 roku) oraz trzy niszczyciele min typu Kormoran (zbudowane w latach 2017-2020). Przez niemal 30 lat na kupno nowych okrętów Polska przeznaczyła ok. 2,5 mld złotych (1,1 mld na Ślązaka i ok. 1,4 mld na trzy Kormorany). Porównując to do ostatniego „normalnego” roku budżetowego, w samym tylko jednym 2019 roku budżet MON wyniósł blisko 45 mld złotych. Na samą modernizację SZ RP przeznaczono z tegoż budżetu 12,5 mld zł. To są dane z jednego roku. Gdyby zakontraktować wszystkie ww. okręty właśnie w roku 2019, to koszt inwestycji stanowiłby 20% środków przeznaczonych na modernizację całych Sił Zbrojnych RP oraz 5% całego budżetu MON. Jeśli rozłożymy to jednak na 28-30 lat…

Dość napisać, że przez te wszystkie lata Marynarka Wojenna otrzymywała rocznie po kilkaset milionów złotych na utrzymanie. W przykładowym 2019 roku, na utrzymanie Marynarki Wojennej przeznaczyliśmy całe 670 milionów złotych. To jest mniej niż 1,5% całego budżetu MON. Sytuacja wyglądała podobnie, a nawet jeszcze gorzej w latach poprzednich.

Dlatego jeśli ktoś twierdzi, że marynarka wojenna to najbardziej kosztowny rodzaj sił zbrojnych, to po prostu nie ma pojęcia o czym mówi. Tak, jest tak w przypadku hegemona morskiego jakim są Stany Zjednoczone. Jednak Polska nie potrzebuje lotniskowców, krążowników, atomowych okrętów podwodnych, niszczycieli, lotnictwa morskiego czy Piechoty Morskiej (jak US Marines).

Państwo Polskie potrzebuje ochrony 440 km granicy morskiej, wybrzeża, a także potencjału do zamknięcia we własnych portach Floty Bałtyckiej. Wystarczy nam kilka fregat, konwencjonalnych okrętów podwodnych i mniejszych jednostek minowania, a także wsparcie lotnicze Sił Powietrznych oraz rakietowych Morskiej Jednostki Rakietowej.

Ponieważ MJR już posiadamy, samoloty F-35 zostały zamówione, a niszczyciele min pływają, pozostała nam inwestycja w wielozadaniowe okręty (jak fregaty) oraz okręty podwodne. Przyjrzyjmy się kosztom. Program Miecznik (3 fregaty) został wyceniony na 10 mld złotych. Dodajmy do tego z 20% (inflacja, nieoczekiwane koszty), a zamkniemy się w 12 mld zł. Program Miecznik ma być realizowany do 2034 roku. Pierwszy okręt powinien zostać zwodowany już 2025 roku. Tak więc  w uproszczeniu można założyć, że do tego czasu program będzie nas kosztować ok. 1 mld rocznie. Jeśli założylibyśmy, że od 2019 roku poziom środków MON przeznaczonych na modernizację by się nie zwiększył (a planowany jest duży wzrost), to budowa fregaty kosztowałaby nas 8% tych środków i nieco ponad 2% całego budżetu MON. Jednak rzeczywiste wprowadzenie pierwszego miecznika do służby zaplanowano dopiero na rok 2028, tak więc koszty zostaną rozłożone jeszcze bardziej. Wszystkie trzy okręty mają zasilić MW do 2034 roku. To 12 lat przy łącznym wydatku 12 mld. zł…

Jeśli ktoś nadal twierdzi, że nie należy przeznaczać tak śladowej ilości środków na potencjał jaki daje zespół trzech okrętów mogący bronić całej północnej granicy Polski to z powinien porównać te koszty np. z kosztami nabycia jednej baterii Narew, które szacuje się na 1,5-2 mld zł za 6 wyrzutni (+ radary, wozy dowodzenia etc). Nowoczesna fregata posiada większy potencjał przeciwlotniczy niż taka jedna bateria, wyższą mobilność, lepsze radary, a do tego stanowi platformę dla szeregu innego systemów (pociski przeciw-okrętowe, armaty, sonary, sys. WRE, lądowisko dla śmigłowca ZOP etc.). Licząc dalej, dwa dywizjony Morskiej Jednostki Rakietowej (łącznie 12 wyrzutni) kosztowały kolejne 1,6 mld zł. W efekcie koszty utworzenia samej baterii Narew + dywizjonu MJR są już porównywalne z kosztami jednej fregaty Miecznik. Przy osobnym zakupie wszystkich umieszczonych na fregacie systemów, taka inwestycja byłaby o wiele droższa. Czy to oznacza, że zamiast MJR należało kupić fregaty? Oczywiście, że nie. Oba systemy posiadają swoje siły i słabości. Wyrzutnie lądowe mają ograniczony potencjał uderzeniowy, jednak mogą pozostawać ukryte do momentu wystrzelenia pocisków (po czym od razu po oddaniu salwy muszą zmienić pozycję i przeładować wyrzutnie). Tak więc stanowią doskonałe, dodatkowe wsparcie obrony wybrzeża, jednak nie mogą służyć do zadań, które trzeba wykonać na morzu. Jednocześnie wymagają obrony przeciwlotniczej, zwłaszcza, że ich radary „świecą” się dokładnie tak samo jak radary systemów przeciwlotniczych. Innymi słowy, jeśli radary MJR pracują, wówczas przeciwnik może łatwo namierzyć ich lokalizację oraz zniszczyć w czasie misji SEAD (Suppression of Enemy Air Defence) pociskami przeciw-radarowymi lub ostrzałem bombowo-rakietowym. Co jest tym łatwiejsze, że wyrzutnie rakiet przeciwokrętowych mogą działać tylko, gdy stoją w miejscu. Przez co ich „złapanie” jest ułatwione. Tymczasem okręt jest zazwyczaj ruchomym celem, którego trafienie wymaga doskonałej techniki wykrywania, namierzania w czasie rzeczywistym celu oraz jednoczesnego naprowadzania pocisku. Tymczasem w tych technologiach np. Rosjanie posiadają wiele ograniczeń i słabości.

Odrębnym programem jest ten dotyczący zakupu nowych okrętów podwodnych w ilości trzech sztuk. Również ta inwestycja ma być zrealizowana dopiero do 2034 roku. Czyli również za 12 lat. Zakładając naprawdę dużą górkę, oba programy (Miecznik + Orka) będą nas kosztować średnio 2 mld zł rocznie przez 12 lat. To 4% budżetu MON tylko z 2019 roku (kiedy to przeznaczyliśmy na armię 2% PKB), a należy pamiętać, że od 2023 roku Polska może przeznaczać na siły zbrojne nawet 3% PKB. Wydatki na Marynarkę Wojenną – uwzględniając wyżej opisane inwestycje – będą kroplą w budżetowym morzu MON.

Strach pomyśleć jakim potencjałem dysponowałaby Marynarka Wojenna, gdybyśmy przeznaczali na nią choć 10% budżetu MON przez ostatnie oraz przyszłe lata. Tymczasem proporcja 1/10 środków na ten cel nie wydaje się wcale wygórowana, a już z pewnością nikt nie mógłby przy takim poziomie finansowania zarzucić fetyszyzacji marynarki wojennej.

 

Po co nam Marynarka Wojenna? – Podsumowanie

Jak wskazano na początku opracowania, interesy Polski na Bałtyku rosną z roku na rok. W obliczu pełnoskalowej inwazji na Ukrainę oraz odcięcia dostaw rosyjskich gazu i ropy, bezpieczeństwo energetyczne III Rzeczpospolitej będzie wręcz wisieć na infrastrukturze morskiej i przybrzeżnej. Gazociągi, linie energetyczne, platformy wiertnicze, farmy wiatrowe, nafto- i gazoporty, huby kontenerowe, magazyny gazu i ropy, a w przyszłości elektrownia jądrowa. W obliczu zakręcenia kurków na rurociągach z Rosji, Bałtyk jest naszym najważniejszym kierunkiem w zakresie bezpieczeństwa energetycznego kraju. 

Oprócz tego należy spodziewać się wzrastających wolumenów jeśli chodzi o przeładunek towarów w portach. Wreszcie, na czas wojny, wsparcie sojusznicze może docierać właśnie poprzez porty morskie. Bowiem transport morski bywa najbardziej wydajny, a w niektórych przypadkach (jak sprzęt ciężki z USA) jest jedynym możliwym.

W ocenie samego autora niniejszego opracowania, zapotrzebowanie zgłoszone przez SZ RP na 3 fregaty oraz 3 okręty podwodne jest zapotrzebowaniem minimum na dziś (a raczej wczoraj). Wobec nadchodzących geopolitycznych zmian w naszym regionie (ale i na świecie), Marynarka Wojenna będzie wymagała dalszych inwestycji. Budowa trzech Mieczników to początek, a wybiegając w przyszłość należy się wręcz spodziewać kontynuacji programu oraz budowy nawet kilkunastu nowych okrętów w perspektywie do 2050 roku.

Nie wybiegając jednak tak daleko w przyszłość, należy podkreślić fakt, że realne zdolności na morzu przekładają się na wzmocnienie Sił Lądowych. Bowiem te, zamiast przeznaczać całe brygady do obrony wybrzeża na wypadek desantu, będą mogły przekierować całe siły, środki i uwagę na kluczowych dla ewentualnej bitwy lądowej kierunkach. I w tym zakresie inwestycja w Mieczniki i program Orka, stanowi w zasadzie ekwiwalent co najmniej jednej brygady zmechanizowanej, które realnie wzmocni pozostałe siły frontowe na lądzie. Innymi słowy inwestując w Marynarkę Wojenną, niewielkim kosztem nie tylko budujemy zdolności na Bałtyku, zabezpieczamy infrastrukturę morską i na wybrzeżu, ale i wręcz zwiększamy siłę Wojsk Lądowych.

Jednocześnie dzięki rozwojowi floty, Polska i jej Siły Zbrojne RP nie tylko będą lepiej przygotowane do obrony morskiej granicy kraju, ale i nabędą potencjał ofensywny. Nadto Marynarka Wojenna stanie się pełnowartościowym narzędziem politycznym ułatwiającym rozmowy i negocjacje ze Skandynawami. Bowiem myślenie o rozwoju armii nie powinno zamykać się do szufladki z napisem „wojna”. W kontekście wydarzeń na Ukrainie, wojna Polsce nie grozi w najbliższym czasie. Natomiast jest wysoce prawdopodobnym, że Rosja osłabnie tak bardzo, że zapadnie się wewnętrznie. I nie będzie stanowić wielkiego zagrożenia za np. 10 lat. I to właśnie na taką okoliczność należy przygotowywać Siły Zbrojne RP (w tym Marynarkę Wojenną). Nasza armia musi mieć potencjał ekspedycyjny i stanowił realne narzędzie polityczne. Być gwarantem bezpieczeństwa dla słabszych państw regionu.

Do prezentowania swojej obecności, siły a także uspokajania sojuszników, najłatwiej używać floty, lotnictwa oraz wojsk powietrznodesantowych – które można łatwo, szybko i tanio przerzucić do danego państwa. Tak jak to zrobiło USA tuż po inwazji na Ukrainę wysyłając do Polski 82-dywizję powietrznodesantową.

Jednocześnie należy pamiętać, że naszym obowiązkiem jest uzyskać potencjał militarny, który pozwoli stworzyć z Obwodu Kaliningradzkiego zakładnika. Wyobraźmy sobie potencjał Sił Zbrojnych RP polegający na zmasowanym ataku rakietowym na cele w Obwodu Kaliningradzkiego od strony lądu (np. 3 baterie HIMARS), powietrza (F-35 i F-16 + JASSM ER) oraz morza (Fregaty + OP + mniejsze okręty rakietowe). Przy takim potencjale Kaliningrad staje się politycznym zakładnikiem, a Rosjanie zaczynają kalkulować czy zamiast rozmieszczania tam drogich i groźnych dla Polski systemów – nie uciec nimi z zagrożonego rejonu. Dotyczy to między innymi okrętów, drogich systemów rakietowych, ale i lotnictwa , które być może musiałoby zostać przebazowane w głąb kraju. A tym samym zmniejszyłoby to zagrożenie dla polskiej floty i jeszcze bardziej ułatwiłoby jej zdobycie przewagi na ważnych dla nas obszarach Bałtyku.

Tak właśnie należy postrzegać rozwój Marynarki Wojennej. Traktować ją jako część kompleksowego systemu bezpieczeństwa. Siły Zbrojne jako jeden współgrający potencjał, a nie jako oderwane od siebie niezależne siły lądowe,  marynarki, lotnictwa, cyber etc. Łączny potencjał we wszystkich tych domenach znacznie przewyższa zsumowane możliwości każdego z rodzajów sił zbrojnych z osobna.

W tym kontekście informacja, że MF i MON są zdania, że Polskę stać na nowoczesną Marynarkę Wojenną uspokajają. Decyzję o tym by do 2035 roku wydać 60 mld złotych na nowe okręty wojenne trzeba uznać za właściwą (tak jakby przeznaczyć na MW jedynie 1 z 15 przyszłych „starych” budżetów na zbrojenia, przy wydatkach 2% PKB). Już teraz widać, że modernizacja MW nie będzie się odbywała kosztem bardziej priorytetowych programów, bowiem sporo z nich – jak NAREW – już została pchnięta do realizacji. 60 mld zł wydaje się kwotą sporą i wystarczającą na kompletną wymianę wszystkich przestarzałych jednostek MW. Warto jednak pamiętać, że zostanie to rozłożone na 15 lat co daje średnio 4 mld zł wydatków na modernizację marynarki na rok. To naprawdę wiele zmieni w MW, natomiast nie powinno wpłynąć na zmniejszenie potencjału innego rodzaju sił.

Przypomnijmy jednocześnie, że w obliczu zapaści w rosyjskiej flocie, nierozsądnym byłoby niewykorzystanie nadarzającej się okazji, by relatywnie tanim kosztem móc uzyskać przewagę na Bałtyku i zabezpieczyć sobie całą północą granicę kraju wraz z newralgiczną infrastrukturą tam zlokalizowaną. To jest właśnie asymetryczność. Jeśli przeciwnik posiada słabość (np. we flocie i rozpoznaniu), to należy tą słabość wykorzystać, a nie oddawać mu pola w taki sposób, by mógł najtańszym możliwym kosztem (przy pomocy skansenu jakim jest Flota Bałtycka) uzyskać ogromne możliwości działania i zagrażania państwu z danego kierunku i w konkretnych dziedzinach (woda/powietrze). Jeśli przeciwnik ma zbyt liczne i wielkie Siły Zbrojne by je całe zmodernizować, to należy stawiać na uzbrojenie w wysokiej technologii, które daje potencjał czasem nawet bezkosztowego (bez strat własnych) zniszczenia jednostek przeciwnika.

 

Krzysztof Wojczal

geopolityka, polityka, gospodarka, prawo, podatki – blog

 

P.S. UWAGA!

Jeśli tekst Ci się podobał i uważasz go za ciekawy oraz przekazujący wartościowe informacje, a także jesteś zdania, że warto upowszechniać treści, które pozwolą promować w społeczeństwie wiedzę oraz świadomość na temat Sił Zbrojnych RP (w tym Marynarki Wojennej) – udostępnij tekst dalej. To niezwykle ważne zwłaszcza w obecnej sytuacji geopolitycznej (wojna na Ukrainie) oraz w kontekście rozprzestrzeniających się, SZKODLIWYCH mitów na temat tego, że Polska (mimo uzależnienia od Bałtyku) nie potrzebuje floty! Walczmy ze szkodliwą dla Polski narracją.

61 komentarzy

  1. Nadal dla poparcia wydawania pieniędzy na duże fregaty stosuje się zupełnie nietrafione argumenty przemawiające raczej za posiadaniem 1) rozpoznania dalekiego zasięgu 2) średnich okrętów patrolowych 3) małych okrętów podwodnych 4) silnej lądowej i powietrznej obrony wybrzeża

    Okręty na Bałtyku nie mają ani potrzeby ani możliwości obrony przed zmasowanym atakiem z oddalonego zaledwie do 100-200km brzegu. Ani rosyjskie, ani polskie.

    Znacznie efektywniejszym sposobem instalacji systemów uzbrojenia od wystawionego na atak okrętu jest rozproszenie i zamaskowanie podobnych systemów na brzegu.
    Szczególnie kuriozalnie brzmi tu argumentacja o obronie portów za pomocą wysuniętych (o kilkadziesiąt kilometrów?) dużych okrętów. Właśnie te okręty byłyby zniszczone pierwsze, razem z kosztownymi systemami broni które w innym przypadku byłyby znacznie trudniejsze do wykrycia i zniszczenia na lądzie.

    Argument o „zmniejszeniu liczby kierunków ataku” poprzez rozmieszczenie dużych okrętów chyba liczy na niewiedzę czytelnika który nie ma pojęcia jak potrafią manewrować współczesne autonomiczne pociski, atakując z dowolnego kierunku, nawet od strony lądu.

    Umieszczanie na naszym małym Jeziorku Bałtyckim pływających wielomiliardowych celów to tragiczne marnotrawstwo pieniędzy i życia polskich marynarzy. Ewolucja przybrzeżnej wojny morskiej już od kilku dekad idzie w kierunku zmasowanych ataków licznych rojów niewielkich jednostek przed którymi (zwłaszcza w sytuacji przewagi przeciwnika) jedyną obroną jest zamaskowanie i rozproszenie własnych atakowanych celów oraz utrudnienie wrogowi rozpoznania. Wypełniona kosztownym uzbrojeniem i setkami ludzi fregata na środku morza jest dokładnym tego przeciwieństwem.

    I po co? Żeby być wysuniętym przyczółkiem obrony wybrzeża?

    Co do „zobowiązań sojuszniczych” – sorry, ale każdy pomaga tym, co ma (np. jednostkami szybkiego reagowania). A nie buduje specjalnie całej gałęzi sił zbronych (np. oceanicznej marynarki wojennej), której nie potrzebuje do niczego innego.

    1. „Okręty na Bałtyku nie mają ani potrzeby ani możliwości obrony przed zmasowanym atakiem z oddalonego zaledwie do 100-200km brzegu. Ani rosyjskie, ani polskie.”

      Napisałem dwa teksty na ten temat, sprawdzone przez specjalistów i zawodowców, w których tłumaczyłem dlaczego ten mit jest wyciągnięty z kapelusza. W tekście który Pan komentuje napisałem dokładnie dlaczego Rosjanie nie posiadają takich zdolności. Zmarnował Pan swój czas na dlugi komentarz, zamiast przeczytać tekst do końca i zapoznać się z odpowiedzią na swoje zarzuty. Szkoda.

      Kolejny tekst o MW będzie dotyczył stricte wojny powietrzno-morskiej na Bałtyku. Pewnie tego też Pan nie przeczyta, ale to info pozostawiam dla czytelników, którzy czytają cały materiał 🙂

      pozdrawiam serdecznie
      kW

  2. Nie rozumiem, dlaczego mamy projektować skład marynarki wojennej w oparciu o to, co Rosjanie posiadają i mogą robić (z lądu) teraz (kiedy zresztą nie mieli żadnej potrzeby instalować czegoś więcej), a nie o to, co najprawdopodobniej będą mogli robić kiedy nasze Mieczniki wejdą do służby.

    Tendencje są stałe od prawie 100 lat (z gwałtownym przyspieszeniem w czasie II w.ś.): okręt przestaje być opancerzoną ruchomą twierdzą, natomiast staje się elementem projekcji siły na dystansach setek i tysięcy kilometrów. My na Bałtyku nie potrzebujemy projekcji siły, bo z samego Rozewia kółko o promieniu 200km sięga od Bornholmu do Szwecji i do Łotwy. Nie jesteśmy w położeniu UK, USA, Francji czy Rosji. Ani nawet Finlandii i Szwecji mającej znacznie dłuższe i bliższe Rosji szlaki handlowe do zabezpieczania.

    Przeczytałem artykuł – po odfiltrowaniu potrzeb i zadań, które również mogą zaspokajać/wypełniać znacznie tańsze małe i średnie okręty patrolowe, małe okręty podwodne, lądowa i powietrzna obrona wybrzeża, rozpoznanie lądowe, powietrzne i satelitarne pozostaje naprawdę niewiele powodów, aby wydawać tak ogromne fundusze na zespół fregat. Jeśli nie zgadza się Pan z tym stwierdzeniem, prosiłbym o bezpośrednie wypunktowanie tych powodów.

    Duże okręty wojenne to bardzo kosztowne i wbrew pozorom relatywnie łatwe do utraty elementy uzbrojenia, więc takich powodów powinno być naprawdę dużo.

    Od lat 1930-tych do dzisiaj zmieniło się wiele na niekorzyść obronnych możliwości okrętów i od dzisiaj w ciągu następnej dekady-dwóch te zmiany tylko przyspieszą. A już wtedy powinniśmy przewidzieć, że nawet w warunkach walki tylko z Sowietami (przeciwko którym kupowaliśmy kosztowne duże okręty) nie będziemy w stanie ich wykorzystać na ciasnym Bałtyku w warunkach przewagi wrogiego lotnictwa, wojny minowej i zagrożenia baz. Wystarczy popatrzeć jak niewielką rolę odegrały bałtyckie floty Niemiec i Sowietów w czasie już II wojny.

    Rosja od dziesiątek lat rozwija technologie do walki z dużymi okrętami nawodnymi i nasze np. 3 fregaty nie będą dla nich problemem. Nawet strategia USA w przypadku konfliktu z Chinami przewiduje natychmiastowe odejście (dużo silniejszych niż nasze) zespołów floty poza zasięg zmasowanego ataku z brzegu…

    1. „Tendencje są stałe od prawie 100 lat (z gwałtownym przyspieszeniem w czasie II w.ś.): okręt przestaje być opancerzoną ruchomą twierdzą”

      Fregata to jakaś twierdza?

      „My na Bałtyku nie potrzebujemy projekcji siły, bo z samego Rozewia kółko o promieniu 200km sięga od Bornholmu do Szwecji i do Łotwy.”

      Czytał Pan artykuł, w którym jest mowa o horyzoncie radarowym i zależności między radarem a efektorem (pociskiem) i wciąż Pan rysuje kółka o promieniu 200km na mapie na podstawie zasięgu pocisku? Pocisk mógłby mieć zasięg tysięcy kilometrów i móc okrążyć Ziemię dwukrotnie. Jak Pan nie widzi celu to Pan nie strzeli, a jak strzeli, to Pan nie trafi.

      „po odfiltrowaniu potrzeb i zadań, które również mogą zaspokajać/wypełniać znacznie tańsze małe i średnie okręty patrolowe, małe okręty podwodne, lądowa i powietrzna obrona wybrzeża, rozpoznanie lądowe, powietrzne i satelitarne pozostaje naprawdę niewiele powodów, aby wydawać tak ogromne fundusze na zespół fregat. Jeśli nie zgadza się Pan z tym stwierdzeniem, prosiłbym o bezpośrednie wypunktowanie tych powodów.”

      Nie. Napisałem 30 stron art. gdzie uzasadniłem, że nie da się w najważniejszych zadaniach zastąpić okrętów systemami, o których Pan pisze (lub to będzie dużo gorsze rozwiązanie). Jeśli Pan twierdzi, że się da zastąpić wszystkie te istotne zadania które wypisałem to proszę po kolei udowodnić swoją tezę. Teraz Pan się łaskawie naprodukuje i coś udowodni, bo póki co to oprócz „da się bo tak napisałem” nie widać. Jak Pan wejdzie w konkrety i wykona jakąkolwiek pracę, to możemy dyskutować. Teraz nie ma o czym 🙂

      „Duże okręty wojenne to bardzo kosztowne” — fregaty to nie są duże okręty… Lotniskowe mają 100 tys. ton wyporności. Krążowniki po kilkadziesiąt. Niszczyciele kilkanaście. Fregata 3-7 tys. ton wyporności. To jest średniej wielkości okręt, który jest dość uniwersalny.

      „Od lat 1930-tych do dzisiaj zmieniło się wiele na niekorzyść obronnych możliwości okrętów” —> To już są jakieś kompletne brednie. W czasie II Wojny Światowej okręty były zatapiane przez bombowce nurkujące…. Te musiały nadlecieć bezpośrednio nad cel. O czym Pan pisze? Dziś samolot nie zbliży się do okrętu z dobrną OPL na 50 km nawet lecąc poniżej linii horyzontu. Dziś to okręty stanowią zagrożenie dla lotnictwa a ich systemy wyznaczają dystans na jakim lotnictwo może latać.

      Do tego wielowarstwowe systemy obrony powietrznej, przeciwrakietowej, wabiki, cele pozorowane (tak dla pocisków rakietowych jak i torped).

      „Rosja od dziesiątek lat rozwija technologie do walki z dużymi okrętami nawodnymi ” –> No to proszę coś konkretne tak napisać. Jakie mają radary? Jakie systemy namierzania? Na jakich nośnikach? Jaki system naprowadzania pocisków? Jaki cecntralny system zarządzania pola walki?

      Proszę się wykazać wiedzą to podyskutujemy 🙂

      No chyba, że w tą rosyjską omnipotencję mamy uwierzyć na słowo – ale po doświadczeniach ukraińskich to już chyba nie przejdzie. Trudniej teraz z tym prawda?

  3. A jak to robią po drugiej stronie Szwedzi? Też inwestują w duże okręty?
    Bo może warto mieć mniejsze, w miarę autonomiczne, a do tego liczniejsze wsparcie z lądu, które w razie czego jest do zastosowania też przeciwko celom lądowym: rakiety ziemia-woda (w razie czego do użycia jako ziemia-ziemia), drony (wielozadaniowe), śmigłowce i samoloty (podobnie), artylerię lufową 155mm z pociskami dalekiego zasięgu (60km z precyzyjnym Excaliburem, >100km z pociskami Nammo z silnikiem strumieniowym) – taka artyleria może bronić wybrzeża (załóżmy do tych 100km, ostrzelać z zza Wisły Bałtijsk, a równocześnie jest 100% artyleria do atakowania celów naziemnych).

    Mniejszy okręt rozpoznaje cele (grunt by miał obronę przeciwlotniczą skuteczną), a rakiety z lądu o zasięgu 200-300km i artyleria o zasięgu >100km może w razie czego skutecznie taki okręt wspierać, oraz oczywiście lotnictwo. Bo chyba za jeden duży okręt można kupić więcej niż 1 samolot?

    1. Szwedzi żałują, że nie mają większych okrętów. Zainwestowali w małe bo był „koniec historii” i teraz się drapią w głowę bo brak im zdolności. Finowie zainwestowali w lekkie fregaty. Niemcy robią bardzo ciężkie fregaty (7 tys. ton wyp). Duńczycy mają fregaty.

      Żeby zastąpić fregaty, rozpisał Pan tyle uzbrojenia (z bezsensowną jako obrona wybrzeża artylerią lufową włącznie) , że to wyjdzie drożej, a będzie gorzej.

      Małe okręty wysłane „na zwiad” zostaną zwyczajnie zatopione w pierwszym ataku i stracimy „oczy”. I cały ten arsenał który Pan wymienił będzie bezużytecznie czekał, aż przeciwnik zaatakuje infrastrukturę i odpłynie. 🙂

      1. Z ciekawości, dlaczego artyleria lufowa miałaby być bezsensowna?
        Dziś w wojnie na Ukrainie artryleria rządzi, pod warunkiem że jest używana przez Ukraińców a nie Rosjan (ci walą na ślepo w miasta). Zadaje największe straty.

        Dziś artyleria 155mm o długości lufy L52 (nasze Kraby) standardowo mają zasięg ognia 40km, załadowane pociskami precyzyjnymi typu Excalibur do 50-60km, niedawno opracowane norwesko-fińskie z silnikiem strumieniowym mają zasięg ognia ponad 100km a mowa jest także o planowanych 150km. Dokładając im jakieś precyzyjne naprowadzanie – choćby najprostsze na podświetlenie laserem, mamy tańszy od rakiety efektor broniący wybrzeża. Podświetlanie realizujemy takim dronem jak polskiej produkcji (WB Electronics) Łoś FT-5, lub czymś nieco większym.

        A równocześnie ta artyleria obrony wybrzeża ma tą zaletę, że jest pełnoprawną artylerią lądową, więc jakby inwestując w nią inwestujemy także w siły lądowe, a nie wyłącznie morskie. W razie wojny, taka zwykła artyleria 155mm z pociskami większego zasięgu spod Trójmiata likwiduje wszysko w porcie w Bałtijsku. A gdy zagrożenie z morza spada, może podjeżdżając kawałek rozwalać siły wroga w Obwódzie Kaliningradzkim.

        Szwedzi mają małe okręty, ale chyba sporo o właściwościach steal. Czyli trudne do wykrycia, same namierzają cel, a siły z lądu mogą atakowac cele na morzu.

        Chyba chodzi o to by nie przeinwestować w siły morskie, i nie mieć tego co Polska w 1939, gdy niszczyciele i okręty podwodne nie bardzo się przydały w wojnie obronnej, a pochłonęły przed wojną olbrzymie kwoty. Gdyby te kwoty wydano na artylerię czy czołgi, może łatwiej byłoby się bronić.

        Jeśli inwestujemy w obronę wybrzeża, ale tak, by sprzęt był podwójnego zastosowania, czyli również w wojnie na lądzie, to przy ograniczonym budżecie wydaje się to sensowne. W czasie pokoju (niepokoju) ale jeszcze nie wojny, mniejsze statki mogą towarzyszyć problematycznym sytuacjom, ale w razie zaognienia się pojawiają się od razu wokół śmigłowce z lądu, samoloty z lądu, drony z lądu, albo rakiety czy ognień artylerii (naprowadzany precyzyjnie).

        1. Artyleria na obronę wybrzeża ma te same ograniczenia co wyrzutnie pocisków przeciwokrętowych – a ten temat opisałem już w tym i we wcześniejszym tekście.

          Jeśli artyleria stoi na wybrzeżu – to nie , nie jest wzmocnieniem wojsk lądowych. Marnuje się, bo stoi i czeka na przeciwnika. Jak ją Pan usunie, to wybrzeże już bronione nie będzie. Okręt z zadań defensywnych, może przejść do ofensywnych a i tak wciąż będzie bronił wybrzeża, bo by do niego podpłynąć wróg musi zatopić flotę.

          Wie Pan rozstawianie artylerii co 50-70km na wybrzeżu + obrony przeciwlotnicza w takich samych odstępach etc. etc. To wyjdzie DUŻO DROŻEJ niż okręty. Policzyłem to Panu w tekscie 🙂

          Kraby są potrzebne w każdej ilości siłom lądowym. I tam niech walczą w razie potrzeby. Szukanie na siłę mało optymalnych rozwiązań tylko po to, żeby uniknąć posiadania okrętów nie ma sensu. Wyjdzie drożej i gorzej.

          Co do ataku artyleryjskiego na Bałtyjsk – jak najbardziej. Takie zdolności należy pozyskać.

          „Chyba chodzi o to by nie przeinwestować w siły morskie,” – policzyłem to za Pana w tekście. Program inwestycji w Marynarkę Wojenną to 1/15 budżetu MON. Chyba nie nazwie Pan tego przeinwestowaniem?

          „Jeśli inwestujemy w obronę wybrzeża, ale tak, by sprzęt był podwójnego zastosowania, czyli również w wojnie na lądzie,” —> Jeszcze raz ten sam błąd. Jak będzie miał Pan NAREW i Kraby na wybrzeżu, a do tego brygadę piechoty do obrony przed desantem – to znaczy, że te systemy nie będą na froncie walk lądowych. Innymi słowy – tak. Zmarnują się i to w najważniejszym, pierwszym momencie wojny (w kontekście walki lądowej).

          Więc rozróżnijmy temat. Armata – tak , może strzelać w cele na wodzie i lądzie (ale w okręt podwodny już nie trafi prawda?). Jednak armata postawiona na wybrzeżu 300-400 lub 500 km od frontu, nie jest podwójnego zastosowania. Taktycznie ma jedno zastosowanie, a w zasadzie jeśli przeciwnik od strony morza nie będzie atakował (a np. tylko markował i pływał poza zasięgiem armaty) , to ten cały system obrony wybrzeża możę nie oddać strzału w czasie wojny. Marnie jeśli chodzi o koszt/efekt prawda?

  4. Długi tekst. W sumie autor rozważa kompleksowo problemy działalności Marynarki Wojennej, oczywiście subiektywnie i mam wrażenie że to udowadnianie jak to bardzo nam potrzebna marynarka. Ale taka drobna uwaga. Doliczając do linii brzegowej Zalew Wiślany i Szczeciński to już przeginka. Przecież to stricte wody wewnętrzne, gdzie MW ma bardzo ograniczone pole działania. Tu raczej bym stawiał na wojska lądowe czy terytorialsów.
    Ale ogólnie to zgadzam się. Marynarki Wojennej obecnie nie ma, ale etaty to jak byśmy mieli flotę oceaniczną. Trochę złomu i kilka okrętów zdolnych do czegokolwiek. Oczywiście, że trzeba coś zbudować.

  5. Przecież świetnie Pan wie, że do zlokalizowania celu wielkości fregaty wystarczą nawet obserwacje z orbity. Nie potrzeba też na tym etapie dokładnej lokalizacji, okręty nie poruszają się dostatecznie szybko. Po zbliżeniu się do celu na odległość horyzontu radarowego lub optycznego pocisk działa autonomicznie, ale to już jest tylko ostatnia krótka faza, w czasie której zresztą dopiero może być wykryty przez sam okręt i ostrzelany. Skąd więc opinia że „nie widzę celu to nie strzelę”?

    Co do odfiltrowania potrzeb, nie podał Pan praktycznie żadnych unikalnych dla dużych okrętów nawodnych, poza „realizacją zobowiązań sojuszniczych”. Ja twierdzę, że takich zastosowań praktycznie nie ma (co z natury rzeczy trudno udowadniać, bo trzeba by wymieniać wszystko i po kolei zaprzeczać), więc to na Panu spoczywa (znacznie łatwiejszy!) ciężar pokazania kilku przykładów zastosowań unikalnych dla fregat. Odwracanie ciężaru dowodu jest dlatego delikatnie mówiąc nie fair. Pana „30 stron” wg mnie wymieniało zastosowania, które mogą spełniać również inne (znacznie tańsze) rodzaje broni, więc proszę mi wskazać chociaż kilka przykładów w których się mylę.

    I – tak, fregata 7000 ton jest bardzo dużym okrętem w realiach bałtyckich, o wprowadzaniu na nasze jeziorko lotniskowca 100tys. ton nikt nawet nie myśli.
    I – tak, budowa zespołu fregat jest bardzo kosztowna – mówi się o 10-20mld PLN jeśli chodzi o samą budowę i dopracowanie uzbrojenia, a są jeszcze koszty bieżące, znacznie wyższe w przypadku okrętów niż w przypadku analogicznego uzbrojenia zainstalowanego na lądzie. Nie bez powodu tylko nieliczne bogate państwa stać na duże okręty wojenne, a nawet one ograniczają rozmiar aktywnej floty.

    W czasie IIwś nowatorską wówczas rolę pełniły bombowce (torpedowe, nurkujące, skip), pod koniec weszły ataki pociskami niekierowanymi i małokalibrowymi działkami, były już próby z pociskami naddźwiękowymi (V-2, które tłumaczono jako „wybuchy gazu”, bo nie było przed nimi żadnej obrony). Kto powiedział, że dzisiaj samolot musi się zbliżyć do okrętu? Od dziesiątek lat tę rolę przejęły pociski manewrujące, o zasięgu setek kilometrów. Niektóre osiągające prędkości mocno naddźwiękowe, dające na reakcję kilka sekund. Okręt i tak musi polegać na wsparciu jeśli chodzi o rozpoznanie, bez którego jest po prostu łatwym celem.

    Rosyjska „nieomnipotencja” czyli zasadniczo „impotencja” pokazuje za to wpływ innych czynników na zdolność obronną okrętu, które wcale tajemniczo nie znikną w przypadku „Mieczników”. Jak sam Pan wskazał, systemy obronne „Moskwy” z jakiegoś powodu nie były nawet gotowe do działania. Symulacje pokazywały np. wpływ stanu morza na możliwość użycia zestawów „Osa”, chociaż to oczywiście tylko gdybanie. Ogólnie zakładanie „niezniszczalności” teoretycznie zdolnych do samoobrony okrętów już wielokrotnie było weryfikowane negatywnie. Od II wojny światowej, poprzez Falklandy, aż do niedawnej „Moskwy”, która teoretycznie nie powinna mieć żadnego problemu z dwoma czy nawet kilkoma pociskami typu „Neptun”. Wojskowi zawsze przesadzają, jeśli chodzi o możliwości systemów uzbrojenia, i możemy tylko gdybać. Drogi do ataku na duże okręty są dwie – duże pociski supersoniczne oraz roje małych pocisków manewrujących. Znane są prace nad liczącymi setki jednostek rojami dronów.
    Nie mamy wiarygodnych danych o efektywności nawet starych pocisków P-500 używanych na „Moskwie” ani nowszych P-1000, również są tylko „rumory” o chińskich odpowiednikach. Teoretycznie salwa 16 pocisków z jednego okrętu jest w stanie przejść przez obronę nawet zespołu osłony lotniskowca USA. W przygotowaniu są znacznie szybsze pociski Cyrkon (wejdą zapewne znacznie szybciej niż nasz Miecznik). Znane są prace nad przeciwokrętowymi pociskami balistycznymi, do których wykrycia i zestrzelenia potrzebny jest m.in. real-time system obserwacji orbity i natychmiastowej reakcji.

    Co więcej, na pełnym morzu jest daleko od celów cywilnych więc można sobie wyobrazić np. polityczną zgodę na ograniczony atak jądrowy na zespół okrętów.

    Okręt to (w przeciwieństwie do uzbrojenia rozlokowanego na lądzie) duży skupiony cel, niemożliwy do ukrycia, nieufortyfikowany, mało ruchomy. Trzeba mieć naprawdę dobre powody aby to w takie miejsce inwestować środki na uzbrojenie, które równie lub prawie równie dobrze może wykonać te same zadania z lądu lub powietrza.
    I to orędownicy budowy okrętów powinni wskazać unikalność tychże okrętów do wykonania tych zadań.

    Nie jesteśmy USA i nie potrzebujemy projekcji siły na tysiące kilometrów. Nie mamy interesów na całym świecie – tylko na kawałku Bałtyku.
    Zakładamy walkę w sytuacji znacznej przewagi przeciwnika, podobnie jak Ukraińcy „musimy wytrzymać aż przekonamy świat że warto nam pomóc”. Mamy bardzo ograniczone możliwości wywiadowcze (wykrywanie ataku), finansowe i logistyczne, a inwestowanie w duże okręty wojenne to bardzo kosztowna decyzja której efektem będzie konieczność rezygnacji z innych opcji.

    1. „Przecież świetnie Pan wie, że do zlokalizowania celu wielkości fregaty wystarczą nawet obserwacje z orbity.”

      —> Ile Rosjanie mają satelit radarowych? Wie Pan? Czy znów próbujemy wmówić, że Rosjanie mogą wszystko, gdy g… mają i nic nie widzą? 🙂 Poza tym chyba Pan średnio wie, jak działają systemy namierzana i nakierowywania pocisków. Z satelity nakierować pocisku się nie da, bo trzeba mieć obraz w czasie rzecz. a nie z opóźnieniem… Amerykanie nie walili rakietami w ruchome cele na podstawie obserwacji satelitarnej , tylko potrzebowali mieć człowieka na glebie który podświetla cel laserem albo drona, który zrobił dokładnie to samo. Za dużo SF (Science Fiction).

      „Po zbliżeniu się do celu na odległość horyzontu radarowego lub optycznego pocisk działa autonomicznie, ale to już jest tylko ostatnia krótka faza, w czasie której zresztą dopiero może być wykryty przez sam okręt i ostrzelany.”

      —> Rosjanie używają pocisków naddźwiękowych. Z tego powodu (fizyka) zdolności manewrowe tych rakiet są ograniczone. Oprócz tego systemy nakierowywania (te w rakietach) są prymitywne. Owszem pocisk namierza się gdy wchodzi blisko celu. Ale nie widzi na co się namierza, bo to nie zachodnia technologia. Po prostu się namierza na największy obiekt który widzi (np. fałszywy cel/balon albo w ogóle w okręt do którego nie został wystrzelony – przypadkowy cel). Więc w tej krótkiej fazie, rosyjskie pociski są znaczne słabsze niż te zachodnie. To żadna wunderwaffe. Mało tego, przez to że pocisk ma słabą technologię naprowadzania na cel ( i nie potrafi rozpoznawać, jak zachodnie ) , to trzeba po prostu mieć dokładny namiar celu przed wystrzałem. Bo mały błąd i jest kicha.

      „Co do odfiltrowania potrzeb, nie podał Pan praktycznie żadnych unikalnych dla dużych okrętów nawodnych”

      —> Jak to nie? Proszę przeczytać raz jeszcze. Autonomia. Radar. WRE. Wielozadaniowość i uniwersalność. Do tego można zabrać dużo pocisków, więc okręt jest w stanie chronić morza i infrastruktury na nim, odstraszać, eskortować, patrolować również w ZŁĄ POGODĘ. No cholera jasna albo Pan nie chce, albo Pan celowo nie może wskazać tych kwestii , które zostały podniesione w tekście.

      Powoli dochodzę do wniosku, że szkoda z Panem dyskutować, bo tylko marnuję czas na powtarzanie tego, co jest w tekście i co powinno być zrozumiałe przy odrobinie dobrej woli. Tutaj chyba jej brakuje.

      „Fregaty są drogie” —> Czyli Pan jednak tekstu nie czytał….

      Kończymy dyskusję – szkoda mojego czasu. Dalej nawet nie czytam. Zwłaszcza, że widzę kolejne bzdurne odnoszenie się do „Moskwy”.

      1. Powtarzam, że o tym „co mogą nam zrobić” możemy co najwyżej gdybać. Argumenty, że „Rosjanie mają słabe to, a pociski mają za małą manewrowość i łatwo je oszukać” są dokładnie takie same, jak te używane przez brytyjskich admirałów gdy wysyłali pancerniki pod Kuantan: „Royal Navy ma najlepszą obronę przeciwlotniczą na świecie”, „jeszcze nikt nigdy nawet poważnie nie zagroził atakiem lotniczym nowoczesnemu szybkiemu pancernikowi w ruchu”, „mamy świetną wielopoziomową obronę przeciwtorpedową”, „japońskie samoloty torpedowe są prymitywne a ich torpedy słabe”, „japońscy piloci jeszcze niedawno biegali z mieczami i łukami”.

        A potem w ciągu 2 godzin zostało to brutalnie zweryfikowane.

        Obecnie jest bardzo podobna sytuacja. Nie mamy żadnych danych na temat realnej skuteczności broni przeciw dużym okrętom nawodnym; mamy oczywiście symulacje komputerowe, ale 1) z oczywistych powodów nie uwzględniają one realnych możliwości przeciwnika 2) pozostaje element losowy oraz np. błędu ludzkiego – i np. teoretycznie wystarczające uzbrojenie jest użyte źle lub wcale. Budując „zwykły” most albo domek daje się wielokrotny margines bezpieczeństwa, więc także wydając dziesiątki miliardów i ryzykując ich utratę razem z życiem setek ludzi trzeba to dobrze uzasadnić. Tym bardziej, że mówimy nie o sytuacji dzisiaj, tylko np. za ~dekadę kiedy fregaty wejdą do służby, co w przypadku elektroniki i telekomunikacji jest właściwie nową generacją.
        Co do „SF” to akurat pracuję w dziedzinie, w której pisarze zdecydowanie nie nadążali za rozwojem technologii, więc mogę sobie wyobrazić co można, inwestując odpowiednio dużo $$$ 😉

        -> radarowa synteza apertury to idea wymyślona przez radioastronomów 50 lat temu, od tego czasu następuje np. miniaturyzacja oraz wielokrotny skok jakościowy jeśli chodzi o częstotliwość pracy (rozdzielczość) i transmisję danych. Nie widzę żadnego powodu dla którego nie może być wykonalny odbiór danych z satelity w czasie rzeczywistym, Rosjanie nie muszą prosić USA o dane.

        Co do meritum Pana odpowiedzi:
        „Jak to nie? Proszę przeczytać raz jeszcze. Autonomia. Radar. WRE. Wielozadaniowość i uniwersalność. Do tego można zabrać dużo pocisków, więc okręt jest w stanie chronić morza i infrastruktury na nim, odstraszać, eskortować, patrolować również w ZŁĄ POGODĘ.”

        -> Do WRE naprawdę nie potrzeba okrętu 7000 ton. Wystarczy kilka dużych dronów, trochę tańszych i trudniejszych do znalezienia i zaatakowania.

        -> Radar (aktywny lub pasywny) znacznie lepiej dostarcza wysoko lecący samolot lub dron.

        -> Lądowe systemy są znacznie bardziej odporne na złą pogodę

        -> Lądowe systemy mają większe zapasy amunicji i możliwości ich uzupełniania

        -> do „patrolowania” służą okręty patrolowe, z zasady nie przenoszące wielu systemów kosztownego uzbrojenia, mniejsze i tańsze.

        -> w „złą pogodę” również agresor ma znacznie mniejsze pole manewru i jest bardziej wrażliwy na atak … z lądu

        i to już wszystko?

        -> Autonomia nie jest zastosowaniem.

        -> Znacznie bardziej wielozadaniowe i uniwersalne są mobilne i rozproszone jednostki uzbrojenia (powietrzne i lądowe) na brzegu. Nie wymagające drogiego dostosowania do warunków morskich, na przykład. Systemy rakietowe (ataku i obrony), radar, śmigłowiec – to może się przydać także 500km w głębi lądu.

        -> co do „odstraszania” to trzeba mieć realne atuty i możliwość ich obrony, a przewidujemy walkę w sytuacji przewagi przeciwnika, pamięta Pan? Raczej nie zrobimy z Oksywia „Alta Fjordu” i Mieczniki nie będą się nadawać na „Tirpitze” odstraszające wroga…

        -> Fregaty (zwłaszcza po uwzględnieniu kosztów obsługi i infrastruktury) są BARDZO drogie. Jedyne porównywalne wydatki to całkowite przezbrojenie wojsk pancernych i lotnictwa – które mają zdecydowanie bardziej realistyczne i wszechstronne zastosowania.

        1. Nie było konfliktu, to nie mamy danych z realnej batalii. Na tej podstawie mamy rezygnować z potencjału? Bo ktoś w Internecie stwierdził (odrębnie niż specjaliści większości flot świata w tym tych znad Bałtyku), że lepiej nie budować okrętu, bo i tak go można zatopić w 15 minut?

          Nie budujmy armii, bo można ją zniszczyć w 15 minut 🙂

          Potrzebę posiadania floty oraz konkretnie fregat uzasadniają zakupy Norwegów, Duńczyków, Finów, Niemców czy wreszcie nasze.

          Jeśli Pan chce udowodnić, że to jest niepotrzebne, to Pan powinien opracować własną koncepcję obronną, opublikować ją i czekać na krytykę. Później porównać, czy się okazała lepsza czy gorsza.

          Na każdy model i taktykę, znajdzie się kontra. Sęk w tym, że jak się nie ma wysuniętej floty na morzu, to przeciwnik może zaorać nam infratrukturę przybrzeżną niemal bez strat w pierwszej godzinie wojny. Przy posiadaniu odpowiedniej floty, napierw musi wydać ryzykowną bitwę na morzu. Może mu pójść lepiej , może gorzej. Można spekulować. Ale nie będzie miał bezpośredniego dostępu do wybrzeża.

          JEst jeden powód, dla którego Rosjanie nie mogliby naprowadzać pocisków z satelity. Bo mają w kosmosie bodaj tylko CZTERY SATELITY, w tym 1 eksperymentalny, reszta nie jest satelitami radarowymi. Także nie posiadają zdolności poglądu na Bałtyk 24h/dobę w czasie rzeczywistym. Są głęboko w czarnej w tym zakresie. Więc pisanie o takiej groźbie (że nas widzą i namierzą za każdym razem) to sciecnce-fiction.

          Drony WRE lub Samoloty WRE/AWACS nie posiadają obrony. Staną się pierwszymi celami w czasie ataku, a jeśli tak – to spadną. To jest różnica między okrętem z OPL a bezzałogowcem gdzie oprócz radaru nic Pan nie zmieści. To jest fajne na czas pokoju.

          I tak, wysoko lecący radar widzi dalej ale… Jest widoczny z daleka. Więc jeśli nie ma Pan własnej OPL na Bałtyku, to nie będzie Pan nad Bałtykiem latał w obawie przed zestrzeleniem.

          AWACS-y czy drony o których Pan pisze się przydadzą , ale będą pełniły swoją rolę tylko gdy będzie panowanie w powietrzu. A to można uzyskać dzięki ruchomym A2AD w postaci okrętów + własne myśliwce wspierane właśnie przez okręty.

          „> do „patrolowania” służą okręty patrolowe, z zasady nie przenoszące wielu systemów kosztownego uzbrojenia, mniejsze i tańsze.” —> zgoda. Ale w czasie Wojny chowają się do portów, albo kończą na dnie.

          „-> w „złą pogodę” również agresor ma znacznie mniejsze pole manewru i jest bardziej wrażliwy na atak … z lądu” —> Niekoniecznie. Proszę zwrócić uwagę, że żeby strzelać do ruchomego celu (okręt/samolot) trzeba go widzieć, namierzać w czasie rzeczywistym i naprowadzać na niego pocisk.

          By strzelać do infrastruktury trzeba tylko wstukać współrzędne i odpalić pocisk. W tej sytuacji, w złych warunkach pogodowych, przeciwnik którzy będzie jednak na morzu, może dokonać ataku i mieć nawet (w czasie złej pogody) większą pewność, że atak trafi.
          Tymczasem do poruszającej się floty okrętów, które się osłaniają strzela się trudniej, a jeszcze trudniej przebić się przez obronę. Rosjanie nie są tutaj mistrzami, ale czy zatopienie 1-2 starych okrętów będzie naszym sukcesem w systuacji, gdy przeciwnik zniszczy terminale LNG/Baltic Pipe i np. NAftoport? Czyli w zasadzie odetnie nas od gazu i ropy?

          Gdybym wiedział, żę taki cel mogę osiągnąć przy małych stratach, to bym się jako głównodowodzący nawet nie zastanawiał.

          Co innego, gdy muszę pokonaćw pełnym morzu nowocześniejszą grupę okrętów wspieranych przez lotnictwo i wyrzutnie z lądu. Wówczas bitwa morska mogłaby zdewastować flotę własną a cel nie zostałby osiągnięty.

          „-> Fregaty (zwłaszcza po uwzględnieniu kosztów obsługi i infrastruktury) są BARDZO drogie. Jedyne porównywalne wydatki to całkowite przezbrojenie wojsk pancernych i lotnictwa ”

          Serio. Nie ma sensu dyskutować. W tekście ma Pan koszt 3 fregat. To 10-12 mld zł. Porównany z kosztami 1 baterii Narwi. Proszę porównać z kosztem zakupu Abramsów. Do tego wozy bojowe, artyleria…

          Pisze Pan bzdury, które zostały wyjaśnione w tekście. Szkoda mi czasu na dyskusję z osobą, która go nie szanuje – mam co robić.

          pozdrawiam
          KW

          1. eśli nie mam podstaw potrzebnych do budowy floty „kontrolującej morze”, to jej nie buduję. Jeśli nie potrafię z lądu zabezpieczyć linii komunikacyjnych – trudno, pozostaje obrona przybrzeżna.

            Co do obrony naszych portów – jeśli nie będziemy zdolni tego zrobić systemami uzbrojenia zainstalowanymi na brzegu, to jak mają nam pomóc 3 fregaty? Bo „wroga flota podejdzie”? Mówimy o „morzu”, które od brzegu do brzegu ma 200 kilometrów! Gdzie ona podejdzie np. do Gdańska (że nie wspomnieć o Świnoujściu) tak, że z lądu nie będzie równie blisko.

            Ja nie wiem, ile i jakich satelitów posiadają Rosjanie. Pan podejrzewam, że też nie. Teraz mikrosatelity wystrzeliwują sobie studenckie kółka zainteresowań.

            Drony WRE są relatywnie tanie i trudne do wykrycia i zniszczenia. Relacja efekt/koszt nawet w przypadku wysyłania dziesiątek kolejnych dronów jest dużo lepsza niż fregaty która po trafieniu pociskiem walczy o życie zamiast zajmować się WRE.

            Radar pasywny nie jest widoczny z daleka, a radar aktywny może mieć tani emiter w innym miejscu. Czasy wirujących paraboloid to trochę starożytność.

            Infrastruktura lądowa może być ukryta, może być ufortyfikowana – okręt to nieopancerzony relatywnie stacjonarny cel.

            Mówienie o koszcie zespołu 3 fregat 10-12Gpln to manipulacja. Nasza jedna nieuzbrojona korweta kosztowała do tej pory prawie 1.5mld, a nie ma tu w ogóle mowy o infrastrukturze, technologii czy uzbrojeniu. Widziałem szacunki „Miecznika” rzędu 25-30mld, a i to nie uwzględnia kosztów de facto (od)budowy całej gałęzi sił zbrojnych, od kosztów dostosowywania „wersji morskich” uzbrojenia poprzez infrastrukturę portową, serwis/modernizacje okrętów aż do kosztów wyszkolenia i utrzymania załóg. Flota to droga rzecz, zwłaszcza budowana od zera.

            Powinniśmy inwestować w krajowe ośrodki PRODUKUJĄCE sprzęt, bo to daje znacznie niższy koszt zarówno zakupu jak i serwisu. Oraz niezależność polityczną i wojskową. Przykładem kraju działającego z sukcesem w warunkach ilościowej przewagi wroga jest Izrael. Jak to możliwe, że tak zależne od transportu morskiego, otoczone przez wrogów, bogate i zaawansowane technologicznie państwo nie posiada 7000-tonowych fregat gotowych do walki na oceanach całego świata?

          2. „Ja nie wiem, ile i jakich satelitów posiadają Rosjanie. Pan podejrzewam” —> No właśnie. NIe wie Pan i Pan podejrzewa. W zasadzie przy każdej wypowiedzi jest szereg spekulacji ukazujących ten brak wiedzy i podejrzenia.

            Dokładnie wiadomo ile Rosja ma satelit bo ich nie da się ukryć. Ja Panu mówię jakich rosjanie zdolności nie mają a Pan szyje science fiction. Jak te mini-sat puszczane przez studentów… To tylko znów świadczy o niewiedzy i „szyciu” na potrzeby dyskusji. Satelita z radarem wystrzelona przez studentów i przekazująca dane w czasie rzeczywistym do rosyjskich systemów uzbrojenia, które nie potrafią odbierać takich danych… Wie Pan ile waży radar? Jakieś trzeba „mini” satelity i rakiety, żeby to wystrzelić i jakiego trzeba mieć systemu by w ogóle z tego korzystać?

            Poleciał Pan grubo z tym rosyjskim Wunderwaffe. Kolejny raz.

            Drony WRE łatwo zestrzelić i nie polecą w złych warunkach pogodowych. Widzę, że 10 razy można pisać i jak grochem o ścianę.

            „idziałem szacunki „Miecznika” rzędu 25-30mld, ” —> Gdzie? Na stronach Petersburga? Źródło proszę. Jest Pan anonimowym , nie piszącym pod nazwiskiem użytkownikiem Internetu , który coś widział. Ciekawe 🙂

            „Powinniśmy inwestować w krajowe ośrodki PRODUKUJĄCE sprzęt, ” –> Znowu nie wiemy o czym piszemy prawda? Miecznik ma być realizowany przez PGZ i polskie stocznie. Przy czym np w przypadku CAMM (z uwagi również na NAREW) mamy pozyskać technologie.

            ” Oraz niezależność polityczną i wojskową” —> Czyli chce Pan budować niezależność polityczną i wojskową, ale 2 komentarze temu pisał Pan że polskiego wybrzeża powinno bronić NATO 🙂

  6. Nierozwiązywalny paradox obalający sens fregaty:
    Cała fregata musi być trzymana w kupie, nie da się jej rozśrodkować. Nie może się zamaskować i okopać. Schować. Może być wyeliminowana z walki jedną rakietą. Będzie pływać po wodach międzynarodowych. I tak se płynie a tu lecą se ruskie samoloty. Też nad wodami międzynarodowymi, czyli im wolno bo czemu mają se nie latać. I co będzie jeśli rozpoczną zaskakujący atak? Mogą podlecieć całkiem blisko i nasi nie mogą do nich strzelać bo jak strzelą to będzie akt agresji niesprowokowanej naszej i artykuł 5 nie będzie miał zastosowania bo to my wywołaliśmy wojnę. Fregaty mogą w takiej sytuacji odpowiedzieć ogniem dopiero jak ostaną zatopione.

    W sytuacji napięcia nie są w stanie pływać cały czas tylko muszą zawijać do portu też i wtedy są łatwe do zaatakowanie w porcie.

    1. Proszę mi napisać, gdzie i kiedy coś takiego miało kiedykolwiek miejsce?

      To jakaś bzdura totalna, a nie żaden paradoks. Wrogi samolot nie może odpalić rakiety z 10 metrów bo nie trafi. Musi podejść i odpalić z odpowiedniego dystansu. Samoloty takich pocisków nie mają wiele. Dwa, góra cztery. To dla samolotów byłaby misja samobójcza + prawdopodobny brak rezultatu. Nawet przy trafieniu, okręt nie znika nie ulega wyparowaniu, tylko jest uszkodzony, ewentualnie zaczyna tonąć. Być może godzinami. Innymi słowy, nawet po trafieniu okrętu, te samoloty zostałyby zniszczone. Ergo, jak pisałem – misja samobójcza.

      Nadto jeśli my mamy okręt z OPL na morzu, to to nasze samoloty kontrolują niebo i sprawdzają co leci.

      Po trzecie. Zakładając, że ten teoretyczny scenariusz się spełnił, równie dobrze można napisać, że Ruscy podejdą z wód międzynarodowych i odpalą pociski w infrastrukturę krytyczną. I co wolimy żeby stało się 1 celem ataku w 1 minucie wojny? Zdolna do obrony Fregata czy bezbronny i nieruchomy terminal LNG/Naftoport?

      1. Wydaje mi się że rakiety przeciwokrętowe odpalane z samolotów mają większy zasięg niż te przeciwlotnicze odpalane z okrętów. Samolot już jest w powietrzu, rakiety pod nim podwieszone mają tą energię potencjalną wysokości na której się znajdują, więc przy tej samej ilości paliwa co rakiety przeciwlotnicze na okręcie mają większy zasięg. Mogą szybkować. Nawet bomby szybujące mają spory zasięg zrzucane z samolotów. Pociski odpalane z orkętu by zestrzelić samolot muszą spalić moc paliwa nim wejdą na wysokośc samolotu.

        Stąd wykryty okręt można spoza zasięgu jego obrony przeciwlotniczej atakowac rakietami i zawracać. A odpowiednio gęsty atak przeciąży obronę przeciwlotniczą. Samolot zawróci na lotnisko, załaduje nowe rakiety i wróci zaatakować drugi raz. Okręt wystrzela się z rakiet i musi wracać do portu.

        Bałtyk jest mały, linię brzegową mamy równą i długą, jest tam miejsce na wiele wyrzutni rakiet o zasięgu 200-300km, lądowiska dla dronów, lotniska dla samolotów.

        Warto by może zainwestować w jakąś tajną sieć nasłuchową na dnie, tak 200-300km od wybrzeża, która by namierzała i rozpoznawała wszyskie przepływające jednostki nawodne i podwodne. A potem, w razie czego, walić w to miejsce rakieta lub torpedą (przenoszoną przez rakietę).

        1. To wszystko prawda. Tyle, że jak atakuje Pan jednak z dalekiej odległości samolotem na okręty, to spokojnie systemy obronne mają czas reagować i są na taki atak przygotowane. Ergo, proszę przeciążyć minimum 64 camm + 3 armaty lotnictwem. Do tego trzeba wielu samolotów. No i najważniejsze. Jeśli to PAn ma na morzu flotę, to Pana lotnictwo dominuje nad wodą, a tym samym atak lotniczy na okręty może się bardzo przykro skończyć. O to właśnie chodzi, że nie można przeciwstawiać tego wszystko 1 vs 1, bo to tak jakby zestawiać na polu bitwy 1 czołg vs 1 javelin. To nie ma sensu bo na polu bitwy wszystko działa w ramach całego systemu.

          Jeśli w systemie mamy czołg i javelin (a nie tylko javelin) to jest on silniejszy , bardziej elastyczny i daje więcej możliwośći.
          Jeśli w systemie mamy okręt , który posiada wiele systemów uzbrojenia a do tego silny radar i WRE – to nasz ogólny potencjał jest dużo wyższy i możemy po prostu więcej od przeciwnika.

          To tak poza tematem, że Rosjanie nie mają wystarczającej liczby samolotów by przeciążyć systemy obronne zespołu 2-3 fregat. Więc te rozważania o przeciążaniu i ataku saturacyjnym to takie tylko teoretyczne są 🙂

          „Warto by może zainwestować w jakąś tajną sieć nasłuchową na dnie, tak 200-300km od wybrzeża, która by namierzała i”

          –> Warto jednak skupiać się na realnych możliwościach, bo jak będziemy myśleć o takich z książek science-fiction to daleko nie zajedziemy 🙂

          pozdrawiam 🙂
          KW

          1. Widzę tu powtórzenie podstawowego błędu – zakłada Pan WYTWORZENIE PRZEWAGI. Nie wiem, na jakiej podstawie? Obietnic „NATO”? Które za 10 lat może w ogóle mieć już inny format, bo Niemcy wyraźnie prowadzą odrębną politykę od USA+UK, a USA ma priorytetowy konflikt z Chinami?
            Realistyczne podejście to zakładanie przewagi Rosji, dokładnie tak jak to ma dzisiaj miejsce na Ukrainie.

            Nikt nam od razu nie pomoże, a nawet później bezpośrednie wsparcie będzie bardzo ograniczone.
            Widzę, że podejście wojskowych się nie zmieniło od lat 1930-tych… ciągle te marzenia (znane z gazet z września ’39) o „wsparciu sojuszników”: „brytyjskich bombardowaniach Berlina”, „francuskich czołgach jadących na Ruhrę” i „pancernikach przepływających cieśniny duńskie”. Nic z tego. Prędzej Niemcy poczekają na rozwój wypadków (jak dzisiaj) i na okazję do „korzystnego rozejmu”, dawkując dostawy.

          2. Przecież właśnie budowanie własnych zdolności na Bałtyku jest zaprzeczeniem podejścia o którym Pan mówi, a które Pan prezentuje. Bo jak Pan nie chce mieć zdolności na Bałtyku to znaczy, że kto nas ma obronić? Sojusznicy, bo nikt inny nie zostanie.

            Budowa własnej floty to właśnie stawianie na samodzielność. Zrobił Pan takiego fikołka intelektualnego, że lepiej się nie dało.

          3. To Pan podaje przykłady zastosowania floty realne JEDYNIE w przypadku przewagi, wymagającej posiadania własnego rozpoznania (w tym satelitarnego), morskiej, powietrznej, ogólnej technologicznej.

            To jest dokładnie budowanie piramidy od czubka. NAJPIERW trzeba mieć możliwości zapewnienia tej przewagi, która pozwoli okrętom działać a nie być po prostu łatwym celem. Znacznie lepszym kierunkiem wydania tych miliardów jest budowa własnej sieci rozpoznania satelitarnego – bo bez niej musimy godzinami czekać na dawkowane informacje od innych państw.
            NAJPIERW musimy mieć lotnictwo które dzięki obronie plot potrafi nie zostać zniszczone bądź uziemione w pierwszym tygodniu wojny.
            Najpierw musimy mieć obronę przeciwrakietową baz morskich NA LĄDZIE a dopiero potem możemy myśleć o kupowaniu dużych okrętów, jeśli w ogóle nawet potrafimy wskazać unikalne dla nich zadania (o które Pana pytałem).
            Kupowanie fregat teraz to tak jak zaczynanie budowy domu od pięknej wieżyczki z tarasem na dachu.

          4. Jak Pan chce osiągnąć przewagę morską,powietrzną czy ogólnie technologiczną – bez inwestowania w uzbrojenie silniejsze niż ma przeciwnik? No jestem bardzo ciekawy. Czołgi w bunkrach? 🙂

            „Znacznie lepszym kierunkiem wydania tych miliardów jest budowa własnej sieci rozpoznania satelitarnego – bo bez niej musimy godzinami czekać na dawkowane informacje od innych państw.”

            —> Nie czytał Pan tekstu? Nie wiemy o czym dyskutujemy? Ile będzie trwał program Miecznik? Rok ? Dwa? Czy kilkanaście lat? Jak Pan chce robić wszystko po kolei – a nie równolegle, to program satelitarny do np. 2035, później Mieczniki 2050 … A nie… Polski może już nie być…

            „Kupowanie fregat teraz to tak jak zaczynanie budowy domu od pięknej wieżyczki z tarasem na dachu.” –> „Kto kupuje fregaty TERAZ?”

            Programy na drogie uzbrojenie trwają całe lata, nawet dekady. Tak jest z okrętami. Im droższy, większy i bardziej skomplikowany sprzęt, tym dłużej się go pozyskuje. I my rozkładamy program Miecznik. Równolegle budujemy zdolności kosmiczne (proszę o tym poczytać).
            Tak więc wszystko jest robione z głową, to Pan w swojej niewiedzy i pisze jakieś głupoty o kolejności.

            To co Pan pisze to jest kalka Bartosiaka. Z całym szacunkiem ,ale nie chce mi się za każym razem pisać tych samych argumentów, bo to jak dyskusja z automatem.

            „Najpierw musimy mieć obronę przeciwrakietową baz morskich NA LĄDZIE a” — no a co my pozyskujemy? Patrioty zostały podpisane, teraz jest wręcz przymus realizacji drugiej części programu Wisła, bo to co przyjedzie do końća 2022 to stanowczo za mało. Z całym szacunkiem, ten konkrakt był podpisywany chyba z 7 lat temu, trochę Pan przegapił…

          5. Jeśli dostaniemy fregaty przed zapewnieniem sobie (w ogóle problematycznej) przewagi, a będziemy mieli wojnę, to jest tak jakbyśmy te miliardy usypali w stosik i podpalili. Że nie wspomnę o tym tysiącu+ ludzi wewnątrz.

            Dlatego właśnie najpierw inwestuje się w rzeczy trudne do zniszczenia, które są efektywne również w sytuacji kiedy przewagi nie mamy. Np. w takiej wojnie, jaką teraz toczy Ukraina.

            Liczenie na to, że postawimy sobie „na razie” naszą nową wieżyczkę na dachu u sąsiada to niezbyt sensowny pomysł.

            Zwyczajnie NIE STAĆ nas na jednoczesne inwestycje we wszystko. Nie przebijemy w militarnych wydatkach Moskwy, która ma w dodatku przewagę bo ma wciąż odziedziczoną infrastrukturę (naukową, przemysłowo-militarną, logistyczną czy w końcu polityczną) posowiecką. Jesteśmy i technologicznie i politycznie zależni od państw zachodnich, co powoduje że analogiczne klasy uzbrojenia pozyskujemy znacznie drożej od Rosjan i że każda taka transakcja uzależnia nas od kolejnego zagranicznego dostawcy.

            Zarówno nasza historia, jak i chociażby obecna wojna na Ukrainie pokazuje wyraźnie, że przed inwestowaniem w duże okręty trzeba mieć własne i samodzielne PODSTAWY: rozpoznanie (i satelitarne i bliskiego zasięgu), WRE, produkcję i dostawy amunicji oraz serwis posiadanego ciężkiego sprzętu, lotnictwa i artylerii. Takie podstawy jak rzeczywiste wyszkolenie rezerwy setek tysięcy żołnierzy (a nie wysyłanie 100-dentów na wczasy do SPR). To wszystko kosztuje. Nikt nie będzie za nas bronił Polski, a zaatakowany kraj będzie podatny na naciski ekonomiczne i polityczne dostawców posiadanego sprzętu.

            W ogóle rozpoczęcie wydawania pieniędzy na budowę „pancerników” bez zapewnienia powyższych podstaw w realistycznych ramach czasowych to marnowanie środków.

          6. Znów Pan kompletnie nie wie o czym pisze. Inwestycje poszły dokładnie tak, jak Pan napisał. Kupiono i wprowadzono do MW Morską Jednostkę Rakietową. Kontrakt na Patrioty również został podpisany. Teraz prawdopodobnie toczą się rozmowy w zakresie II fazy Wisły. Radary lądowe posiadamy i produkujemy własne. F-35 które świetnie będą współgrać z marynarką również zamówione i czekamy na dostawy. Więc? Na co Pan jeszcze chce czekać z tymi fregatami, które i tak końcowo będą dopiero w 2032 roku?

            Rozpoznanie sat. budujemy. Rozpoznanie to jest rzecz bardzo szybka do realizacji jeśli chodzi o lekki sprzęt (W tym drony). To Pan nie rozumie jak powinno się budować Siły Zbrojne. Rozkłąda się program modernizacji i określa jakie zdolności na kiedy potrzebujemy. I zaczyna się od programów najbardziej czasochłonnych, a nie czeka się z nimi na ostatnią chwilę.

            „Nikt nie będzie za nas bronił Polski,” —> No zaraz zaraz, a co z tymi okrętami NATO które miały to zrobić za nas i nie potrzeba własnej floty?

            Spora sprzeczność 🙂

            „W ogóle rozpoczęcie wydawania pieniędzy na budowę „pancerników” ” –> Nooo pewnie, lotniskowców od razu. 🙂 Argument ad absurdum.

        1. Nie. Tam nie było zaskakującego ataku nowoczesnego lotnictwa na nowoczesne, współczesne okręty z systemami przeciwlotniczymi, które rażą co najmniej na kilkadziesiąt km.

          Poza tym w ogóle przytaczanie Pearl Harbour jako przykład w kontekście walk na Bałtyku jest cokolwiek… Osobliwy. Znalezienie wrogiej floty na Pacyfiku w czasie II Wojny Światowej to chyba co innego niż dostrzeżenie rosyjskiego samolotu w XXI wieku na Bałtykiem…

          1. Tarent, Pearl Harbor, Kuantan – to bardzo dobre przykłady na zadufanie wojskowych w możliwości własnego uzbrojenia i traktowanie zagrożeń jako „science fiction”.

            Co do „znalezienia wrogiej floty”, nadal mówimy o fregatach na Bałtyku? 😉

          2. Przykładów na zadufanie, niekompetencje lub niedocenienie przeciwnika są tysiące. Ale nie rozmawiamy tutaj o tym ,tylko o tym jakie narzędzia są optymalne do realizacji wyznaczonych zadań. I dobrze skrojone na koszt/efekt. Reszta to wątki incydentalne które nie mają kompletnego wpływu na przedmiot dyskusji.

            Czemu podajemy przykłady sprzed 80 lat? Może cofnijmy się do czasów Wikingów żeby wykazać, że fregata to zły pomysł…

            Przykładów i doświadczeń bojowych vs nowoczesne fregaty nie ma, bo nie było jeszcze takiego konfliktu byśmy mogli zaobserwować jak to działa. Natomiast jak widać, nie tylko nasi dowódcy z Marynarki Wojennej uparli się na fregaty, ale i wielu innych. Duńczycy, Niemcy, Brytyjczycy, Finowie, Norwegowie, ba – Rosjanie na Bałtyku mają nawet niszczyciel o wyporności kilkunastu tysięcy ton.

            Specjaliści z całego świata (w tym znad Bałtyku) się jednak mylą. Bo Pearl Harbour 🙂

          3. Historia na ogólnym poziomie ma to do siebie, że się powtarza – dlatego argumenty historyczne są nieraz bardziej trafne niż wróżenie typu „ja myślę, że oni mogą to a nie mogą tego”.

            A co do porównania nas z innymi krajami:

            Duńczycy – kraj nie zagrożony atakiem lądowym, wybitnie morski, z dostępem do Morza Północnego

            Niemcy – aspirujące mocarstwo (wymaga floty oceanicznej), dużo bogatsze, z dostępem do Morza Północnego

            Brytyjczycy – no comments

            Finowie – mają znacznie dłuższe morskie szlaki handlowe, położone bliżej Rosji.

            Norwegowie – państwo nad oceanem, z ogromną granicą morską i długimi szlakami zagrożonymi przez Rosję

            Rosjanie – no comments 😉

            Nadal nie widzę tu przełożenia na sytuację Polski, która o ile Zatokę Gdańską ma (nieco) zagrożoną z Królewca czy Białorusi, to już ujście Odry jest relatywnie bezpieczne. I która jest znacznie biedniejsza oraz znacznie bardziej zagrożona lądowo.

          4. I jakie to ma znaczenie (kto ma jakie granice) w kontekście tego, że Duńczycy, Finowie czy Niemcy wybrali fregaty m.in. do operowania na Bałtyku? Uznali, że co? Zostaną zatopione w 15 minut ale kupimy je i tak? Są dwa zespoły szybkiego reagowania NATO na morzu. Oba składają się z fregat i m.in. ich zadaniem jest w razie czego walka na Bałtyku.

            Można było wybrać lotniskowce, albo kutry patrolowe (skrajoności) lub też małe okręty rakietowe. Wybrano fregaty.

            Proszę stworzyć i opublikować gdzieś własną koncepcję obrony wybrzeża i ją sobie przedyskutujemy. Tylko proszę nie kalkować tej zaoranej już wielokrotnie z Armii Nowego Wzoru. 🙂

          5. Położenie danego kraju ma decydujące znaczenie przy określaniu jakie okręty będą potrzebne. I napisałem dlaczego podane przez Pana kraje mają/mogą mieć inne priorytety, niż Polska.
            Nie wiem, czy fregaty „zostaną zatopione w 15 minut”, ale chyba zgodzi się Pan, że BEZ przewagi, którą Pan sobie wymarzył, będą mało użytecznym, drogim celem ataku.

            Nawet polskie okręty we wrześniu ’39 przetrwały kilka dni a nie 15 minut… niemniej trudno mówić o pozytywnym stosunku efektu do kosztu. Ukraińcy również mieli „fregatę”, nie słyszałem o jakimś pożytku z wydanych na nią pieniędzy.

          6. To, że Pan się nieumiejętnie powołuje na przykłady z historii, to o niczym nie świadczy. Polska MW w 39 była przygotowana do działań… Przeciw Sowietom. Tak jak dziś. Flota Bałtycka to w dużej części skansen. Gdybyśmy mieli budować Flotę przeciw Niemcom czy Brytyjczykom to może trzeba by było się zastanowić. Tutaj podane analogie są zwyczajnie kompletnie nieadekwatne.

          7. Floty stojącej w porcie nie trzeba szukać.
            Po drugie samolot za fregatę to korzystny przelicznik.
            Po trzecie samolot też się może bronić przed rakietą.
            Po czwarte 24 lutego ruskie zaczęły od ataków na radary.
            Po piąte jedno trafienie i fregata może być wyłączona z akcji a lądowy system jedną rakietą się nie wyłączy.
            Po szóste nikt nie wywali cennych rakiet w błoto montując je na fregacie.
            Po siódme fregaty nie da się rozśrodkować, okopać i zamaskować a analogiczne systemy lądowe owszem.

          8. Z tej wyliczanki żaden punkt nie sprawia, że przelicznik koszt-strata dla obrońcy wygląda korzystniej jeśli atakujący zniszczy zamiast fregaty np. Terminal LNG czy Naftoport, Baltic Pipe etc.

            Zawsze dla obrońcy wychodzi lepiej wystawić flotę i stoczyć bitwę powietrzno-morską (i może ją wygrać), niż godzić się na pewne zniszczenie infrastruktury przybrzeżnej, której nie da się obronić bez wysuniętego A2AD gwarantującego głębię strefy obronnej.

            Żadne Pańskie porównanie nie odnosi się do faktu, że napastnik mając w perspektywie bitwę powietrzno-morską dużo ryzykuje (odstraszanie). Natomiast wiedząc, że ma swobodę działanai na morzu i możliwość ataku na strategiczne cele infrastruktury wrażliwej państwa – szybciej podejmie decyzję o ataku od strony morza. Godząc się nawet na jakieś straty (ale cel zostanie osiągnięty).

            Także jeśli ma Pan jakiś lepszy pomysł na kompleksowy system infrastruktury przybrzeżnej a także morskiej (Baltic Pipe, SWEPOL link) to proszę opublikować własną koncepcję i wówczas zastanowimy się nad alternatywą. Póki co takiej nie ma.

            pozdrawiam
            🙂

  7. Panie Krzysztofie , jestem po raz kolejny zafascynowana takim „ rozkminieniem” tematyki …., To wg mojej oceny : praca na miarę doktoratu ???? …. Nooo chyba , ze Pan już posiada ….. nawet profesora ! Zasłużone i gratulacje ! Osobiście nie znam się na tematyce „ marines „ ale z lektur i artykułów lub sprawozdań koresp. to wierzę w naszą racjonalność i logistykę ….. chociaż to wymaga wiary ???????????? i potencjału ( militarnego i intelektualnego czyt. moralnego ????) Czas pokaże , co nam przyniesie najbliższa przyszłość ….? Rewolucję …? Rewoltę ….? Rebelię …? We will See ????????

  8. Jako dyletanta bardzo ciekawi mnie teza o możliwości odparcia przez pojedynczy statek do 100 rakiet przeciwokrętowych. O to rozbija się cały problem sensu fregat, bo jeżeli do zatopienia wystarczy jedna bateria P-800, to jest to ciekawy zakup na czas pokoju, a na czas wojny jaką możemy prowadzić to lepiej dofinansowywać budowę w podziemnych garaży w miastach. Jeżeli faktycznie, czasy się tak zmieniły, że okręt w zasadzie nie ma co się obawiać lotnictwa, a rakiety antyradarowe sobie zastrzeliwuje, to taka niezatapialna bateria przeciwlotnicza, ma oczywiście przewagę nad zwykłą OPL, która niewątpliwie przed atakami SEAD się nie obroni, ale ma przewagę w rozśrodkowaniu.
    Udzielenie wsparcia nad Bornholmem., no F-35 tam doleci napewno będzie to większe wsparcie niż zatopiona fregata. W historii jest trochę udanych ataków po 1-2 rakiety przeciwokrętowe. Wiem, że to inne OPL, a winna zawsze załoga (choć chyba jest tu problem, bo czy było tak dużo nieudanych ataków rakietowych? Irak? Coś jeszcze?). Tylko w ogóle nie słyszałem o skutecznym odparciu zmasowanego ataku rakietowego. Czy były w ogóle jakieś przykłady choćby w ramach testów/ćwiczenia na realne odpieranie kilkunastu, kilkudziesięciu rakiet przeciwokrętowych na raz?
    Bo teza o przydatności naszej floty w wojnie obronnej jest hmmm… bardzo oryginalna. To, że Wicher z Gryfem przetrwali 3 dni może tak udowadnić tezę, że dzisiaj okręt nie pójdzie na dno po 2 godzinach jak 871 bezskuteczne loty nad Thanh Hoa Bridge, udowadniają, że nie ma co się bać o mosty. Nie przeczę, że problem celności OPL także nie została rozwiązany, ale czy rzeczywiście na tyle, żeby przechwycić 20/20 seaskimmerów? OPL stała się aż tak skuteczna? Losy saudyjskich rafinerii, wskazują, że brak 100% skuteczności nie jest tylko problemem Rosjan. Wystarczy, że w rzeczywistości dokonamy oceny, że OPL ma 90% deklarowanej skuteczności (tak chyba deklarują dla Iron Dome), to pierwszym rozkazem dowództwa Marynarki Wojennej RP będzie Peking 2. Nie da się nie zapytać, czy Rosjanie są rzeczywiście tak zacofani w OPL, czy też mają ograniczone zaufanie do teorii czego to OPL nie zestrzeli, bo po Moskwie wszyscy chyba uciekli za Krym.
    Odparcie przez fregatę 100 rakiet, to dla laika historią z gatunku ducha Kijowa. Może to kwestia braku wiedzy o rozwoju OPL, tylko czy są w tym zakresie jakieś weryfikowane realia, a nie foldery reklamowe? Znając życie P-800 w folderze reklamowym ma pewnie wpisaną gwarancję, że jedna rakiety niszczy lotniskowiec.
    Tak samo mówiąc wiara, że uda nam się samodzielnie zapobiec zniszczeniu gazoportu w razie wojny z Rosją…. (znaczy bez osłony lotniczej USA). Nie wiem jak to pogodzić z Saudyjczykami nie potrafiącymi obronić rafinerii przed proxy Iranu. Sowieci się nie popisują, ale nie ma chyba na całej Ukrainie, ani jednego stacjonarnego celu, którego nie są w stanie zniszczyć. Wiadomo brak nowoczesnej OPL – ale czy to nie tylko kwestia dodania paru, parunastu – no niech będzie parudziesięciu rakiet?

Leave a Reply

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.