POLSKA ARMIA 2030 – CZ. II. [ANALIZA]

Zamów by mieć pewność, że nie zabraknie dla Ciebie egzemplarza 🙂 – Po weekendzie, zostaną zliczone zamówienia celem wysłania zlecenia do drukarni.

TRZECIA DEKADA. Świat dziś i za 10 lat

W ostatnim czasie pojawiła się moda na pogląd, że by stworzyć nowoczesne Siły Zbrojne RP w pierwszej kolejności należy zadbać o określenie koncepcji użycia polskiej armii. Najważniejszym jest podobno wypracowanie strategii, natomiast temat zakupu konkretnych „zabawek” (a więc systemów uzbrojenia) jest wątkiem pobocznym. Takim, którym należy się zająć w ostatniej kolejności dopasowując zakupy sprzętu (lub modernizację posiadanego) do określonej koncepcji/strategii. Jak podnosiłem w części pierwszej, myślenie o modernizacji wojska z myślą o konkretnej strategii (a więc już po wybraniu określonego przeciwnika i scenariuszy przyszłego konfliktu) należy uznać za poważny błąd. Siły Zbrojne buduje się bowiem jako potencjał. Potencjał do zwalczania wszelkiego rodzaju zagrożeń z wszelkiego rodzaju stron, na wielu płaszczyznach.

Ponadto wyobraźmy sobie, że jako osoba która nie wie, jaki potencjał mają poszczególne figury szachowe (jak się poruszają, jak biją), próbujemy jeszcze przed partią szachów opracować sobie plan gry i ogólną strategię rozgrywki z przeciwnikiem. Oczywistym jest, że nie znając potencjału figur własnych (i przeciwnika), nie mamy szans na dobranie dobrej strategii a już tym bardziej taktyki. Oczywiście reguły gry w szachy narzucają ustawienie początkowe a także ilość oraz rodzaj dostępnych figur. Wyobraźmy sobie jednak, że  osoba nie mająca pojęcia o charakterystyce konkretnych jednostek w grze bitewnej, podchodzi do rozgrywki i jeszcze przed nią chce opracować taktykę oraz dobrać pod nią  (dysponując odpowiednią ilością pkt – pieniędzy) konkretne figurki, o których zdolnościach nie wie nic…

Właśnie z powyższych powodów, tak istotnym jest, by tematem modernizacji Sił Zbrojnych RP zajmował się zespół osób, które całe życie zawodowe poświęciły na zdobywaniu wiedzy z dziedziny wojskowości i wiedziały jakie „narzędzia” może mieć do dyspozycji armia. Tak ta przeciwnika jak i własna. Wiedza dotycząca tego, jakiego rodzaju potencjałem może dysponować przeciwnik ułatwia określenie, jakich środków potrzebują Siły Zbrojne RP by zneutralizować możliwe zagrożenia. Jeśli np. wiemy, że przeciwnik może dysponować świetnymi systemami obrony przeciw-dronowej i znamy charakterystyki jego systemów, wówczas możemy przewidzieć, czy opieranie własnych sił zbrojnych na systemach bezzałogowych zda egzamin czy też lepiej, by akcenty były rozłożone w inny sposób. Bardziej kompleksowo i uniwersalnie (w myśl zasady, że nie istnieje żadna wunderwaffe).

Dlatego nie można ulegać wprowadzającej w błąd narracji, że wiedza specjalistyczna i doświadczenie z zakresu wojskowości oraz cech sprzętu militarnego są najmniej istotne. Tendencję do szerzenia tego rodzaju mitu mają zwłaszcza osoby, które tej wiedzy i doświadczenia nie posiadają. Bagatelizowanie tych sfer często służy zwyczajnie do maskowania tych braków.

Niniejszy artykuł powstał m.in. w celu zminimalizowania strat w świadomości społecznej, w której przestaliśmy ufać wiedzy wszelkich specjalistów. W to miejsce zaczęliśmy wierzyć w słowa osób podważających wiedzę i doświadczenie ekspertów, przy czym wiara ta wykluczyła potrzebę weryfikacji otrzymywanych informacji. To właśnie m.in. z tej przyczyny, społeczeństwa są tak bardzo podatne na dezinformację oraz wojnę propagandową. Jeśli naprawdę chcemy stworzyć silne państwo a w konsekwencji silną armię, to w pierwszej kolejności powinniśmy zacząć od siebie [vide motto bloga]. Dobrym sposobem byłoby wyjście z informacyjnego bąbla antydostępowego i zdobywanie informacji z różnych źródeł w celu ich weryfikacji. Inaczej zawsze będziemy dostawać paździerz w jaki uwierzymy i na jaki zasługujemy.

W tym miejscu dziękuję za wszystkie uwagi do tekstu, jakie byli uprzejmi poczynić członkowie grupy OBRONA PRO, a zwłaszcza Jarkowi Wolskiemu i Michałowi Piekarskiemu.

A teraz czas na konkrety 🙂

 

SIŁY POWIETRZNE

Częścią składową Sił Powietrznych są Wojska Lotnicze, Wojska Obrony Przeciwlotniczej oraz Wojska Radiotechniczne. Możliwości sprzętowe a także zakres prowadzonej modernizacji tych ostatnich dwóch został opisany w części pierwszej. Głównie z tej przyczyny, że analiza okazała się zbyt długa by publikować ją jako jeden tekst, a decyzja o podzieleniu go na części zapadła już po opisaniu OPL oraz WR.

Innymi słowy do opisania pozostały:

Wojska Lotnicze

Polskie siły lotnicze dysponują wieloma lotniskami, tak by w czasie wojny lotnictwo mogło operować z lokalizacji zapasowych. Ponadto lotniska pełnią różne funkcje (np. do celów transportowych czy szkoleniowych). Niemniej, najważniejszymi bazami lotniczymi – przystosowanymi do serwisu i obsługi logistycznej operujących na nich samolotów – są:

  • Mirosławiec (baza dla bezzałogowych statków powietrznych – BSL, dostosowywana do bazowania F-35)
  • Poznań-Krzesiny (baza dla F-16)
  • Łask (baza dla F-16)
  • Malbork (baza dla MiG 29)
  • Mińsk Mazowiecki (baza dla MiG 29)
  • Świdwin (baza dla Su-22)

Oprócz wyżej wymienionych istotne są jeszcze lotniska szkoleniowe w Dęblinie oraz Radomiu, baza transportowa w Powidzu a także lotniska cywilne tj. np. Warszawa-Okęcie czy Kraków-Balice.

Warto zauważyć, że bliżej wschodniej granicy kraju są mniej istotne bazy: w Mińsku Mazowieckim, Malborku (MiGi-29) oraz szkoleniowe w Dęblinie oraz Radomiu. Tymczasem bezzałogowce oraz F-16 operują z baz położonych w głębi kraju, co zwiększa ich bezpieczeństwo.

 

F-16 Jastrząb C/D Block 52+

Głównym uzbrojeniem polskiego lotnictwa są samoloty wielozadaniowe F-16 w liczbie 48 sztuk (36 w wersji C Bl. 52+ oraz 12 w wersji D Bl. 52+). F-16 w wariancie C to maszyny jednomiejscowe, natomiast wariant D oznacza myśliwca dwumiejscowego. Wersja Block 52+ jest najpóźniejszym rozwinięciem wariantów C i D, jednak wskazać należy, że pojawiły się już od tego czasu warianty E i F oraz najnowszy F-16V block 72, gdzie zostały m.in. zmodernizowane: antena radarowa (AESA), jak również system integrujący z F-35.

Polskie „Jastrzębie” weszły na służbę w 2006 roku, na skutek realizacji kontraktu podpisanego z USA w 2003 roku. Maksymalna prędkość F-16 to ok. Mach 2, masa własna to 8,3 tony a maksymalna masa startowa to ok 21 ton  (jak widać udźwig samolotu jest duży w stosunku do masy własnej). Prędkość wznoszenia maszyny to 340 m/s, co ma istotne znaczenie w walce powietrznej (np. dla Su-35 jest to 280 m/s, Su-30 to 305 m/s, a dla Su-27 zaledwie 250 m/s). Pułap praktyczny dla F-16 wynosi 15,25 km. Promień działania z maks. obciążeniem (podwieszonym uzbrojeniem) to ok. 550 km. Maszyny mogą pełnić misje różnego typu:

  1. bojowe, od walki w powietrzu po bombardowanie celów naziemnych
  2. rozpoznawcze – dzięki zasobnikowi obserwacyjno-celowniczemu, służącemu do wykrywania, identyfikacji oraz obserwacji celów naziemnych i powietrznych, a także do naprowadzania uzbrojenia, kierowanego laserowo na cele naziemne,
  3. walki radioelektrocznej dzięki systemowi AIDEWS, który wykrywa promieniowanie radiolokacyjne, analizuje je, a następnie generuje odpowiedni sygnał zakłócający.

Oczywiście wartość bojowa samolotu wojskowego w dużej mierze zależna jest od jego uzbrojenia. Polskie F-16 są wyposażone w działa M61A1 kalibru 20 mm, a ponadto mogą być uzbrojone:

  • w radiolokacyjne rakiety powietrze-powietrze średniego zasięgu AIM-120C-5 (AMRAAM) oraz w nowsze wersje zakupione w 2016 roku AIM-120C-7,
  • w rakiety bliskiego zasięgu z głowicą samonaprowadzającą na podczerwień AIM-9X Super Sidewider, a także zakupione w 2016 roku nowsze Super Sifewider Block II,
  • w rakiety kierowane na podczerwień IR powietrzne-ziemia AGM-65G2 Maverick,
  • w bomby kierowane serii JDAM (Joint Direct Attack Munition) naprowadzane za pomocą systemu GPS i INS,
  • w pociski kierowane AGM-158A JASSM oraz JASSM –ER (o zwiększonym zasięgu),
  • w bomby Paveway II i III naprowadzane laserowo,
  • w bomby grawitacyjne Mk82 (227 kg) i Mk84 (907 kg),
  • pakiety instalacyjne do bomb Mk82 i Mk84 do przekształcenia w bomby kierowane na GPS, INS (JDAM) lub laserowo (Paveway).

Łączna masa uzbrojenia podwieszanego może wynosić blisko 10 ton. Warto w tym miejscu dodać, że F-16 (przy zabraniu takiego samego tonażu uzbrojenia) ma ponad dwukrotnie większy zasięg niż Mig-29. Co należy podkreślić, dzięki pociskom JASMM zamówionym za 250 mln dolarów w 2014 roku o zasięgu do 370 km (oraz maksymalnej głowicy do 450 kg), skuteczny zasięg rażenia celów to ponad 1100 km. W 2016 roku Polska dokupiła dodatkowo pociski JASMM-ER o zasięgu blisko do 1000 km (głowica bojowa o masie 424 kg), co teoretycznie pozwala razić cele na odległości ponad 1700 km. Co warto podkreślić pocisku te są zbudowane w technologii stealth co ma pozwalać na penetrowanie obrony przeciwlotniczej przeciwnika. JASMM naprowadzane są z użyciem systemu GPS/INS, a w ostatniej fazie lotu również przy pomocy głowicy termowizyjnej. Polska posiada prawdopodobnie (informacja jest niejawna) ok. 40 sztuk JASMM oraz 40 sztuk JASMM-ER. Przy okazji zakupu tych ostatnich, MON nabył także kolejne zmodernizowane wersje pocisków AMRAAM oraz Super Sidewider block II. Łącznie zakupy opiewały na kwotę 1,8 mld złotych.

Kierowane pociski rakietowe powietrze-powietrzne ARMAAM posiadają aktywny radiolokacyjny układ naprowadzania, korygowany systemem nawigacji bezwładnościowej INS. W przypadku, gdy cel znajduje się w zasięgu wbudowanego w rakietę radaru, pocisk odpalany jest w trybie: wystrzel i zapomnij. W sytuacji, gdy cel jest poza zasięgiem wbudowanego w rakietę radaru, pocisk jest aktywnie naprowadzany na cel przez myśliwiec, który go wystrzelił, a po wejściu w zasięg radaru rakieta zaczyna się sama naprowadzać.  Co istotne mogą niszczyć inne statki powietrzne jak również rakiety balistyczne. Pocisk osiąga prędkość Mach 4 (4896 km/h) i w wersji AIM-120C-5 posiada zasięg ok. 110 km. Polska posiada 178 rakiet w tej wersji, a także dodatkowo 150 rakiet nowszych C-7 (zasięg maks zbliżony, jednak z lepszym własnym systemem naprowadzania na cel o zasięgu do aż 48 km co daje ogromną przewagę w walce powietrznej). W tej ostatniej wersji pocisk AMRAAM zanotował zestrzelenie z największego jak dotąd dystansu 45 km. Ofiarą tureckiego F-16 okazał się syryjski Aero L39 Albatros (czechosłowacki samolot treningowy).

Pocisk powietrze-powietrze AMRAAM

W tym miejscu warto opisać pewien przykład symulacji walki. Załóżmy, że dwa myśliwce o takich samych zdolnościach zmierzyłyby się w pojedynku 1 vs 1. Jeden dysponowałby pociskiem o maksymalnym zasięgu 100 km oraz głowicą samonaprowadzającą o zasięgu 50 km. Drugi, pociskiem o zasięgu maks. 120 km jednak głowicą samonaprowadzającą o zas. 20 km. Gdyby obie maszyny namierzyły się w odległości 120 km, to ta druga mogłaby odpalić pocisk natychmiast (z uwagi na 20 km większy zasięg). Niemniej, pilot chcąc zwiększyć szanse na trafienie musiałby namierzać cel radarem pokładowym aż do momentu, gdy pocisk zbliży się na odległość 20 km od celu. W tym czasie pilot pierwszego myśliwca, który odpalił własną rakietę nieco później, robiłby już unik i próbował salwować się ucieczką. W czasie gdy ten drugi wciąż kierowałby się prosto na zbliżający się w jego kierunku pocisk. Wszystko dzięki temu, że pierwszy pilot mógłby już po 50 km lotu pocisku, pozostawić go samemu sobie. Tym samym zyskałby  dodatkowe 10 km dystansu (w stosunku do przeciwnika) na „ucieczkę”.  Oczywiście w warunkach walki powietrznej oznacza to, że liczą się ułamki sekund, ale właśnie one często decydują o życiu lub śmierci. Wszystko to oczywiście przy założeniu, że pociski i samoloty leciałyby z tą samą prędkością. Pozostaje jeszcze kwestia precyzyjności radarów maszyn, jak również systemów naprowadzania samych pocisków oraz ich odporność na zagłuszanie lub zmylanie dipolami odbijającymi fale radiowe (chaff).

Atutem pocisków AMRAAM jest to, że zostały przetestowane bojowo w wielu konfliktach, przez co doczekały się wielu ulepszeń zwiększających ich niezawodność, odporność na zakłócenia, a tym samym skuteczność. Rosjanie używają podobnie działającego pocisku R-77, który w najczęściej używanej wersji R-77-1 posiada podobny maksymalny zasięg rażenia jak AMRAAM C (choć znacznie mniejszy niż stosowany przez Amerykanów wariant D o zasięgu do 160 km). Jednak rosyjska głowica daje możliwość samonaprowadzania dopiero na 20 km od celu. Pocisk nie był również często testowany bojowo, dlatego zakłada się, że jego efektywność może być niższa niż AMRAAMów. Nic więc dziwnego, że hinduscy piloci latający na Su-30 obawiają się pakistańskich F-16. Niemniej Rosjanie starają się zmodernizować pocisk tak, by zwiększyć jego zasięg do 150-175 km. Gdyby im się to udało niewątpliwie zyskaliby przewagę nad polskimi Jastrzębiami.

Polskie F-16 C/D Block 52+ posiadają radar AN/APG-68(V)9. Został on lepiej przystosowany – niż poprzednie wersje – do działania w obecności zakłóceń pasywnych i aktywnych (trudniej go oślepić urządzeniami walki radioelektronicznej). Jest to jeden z najbardziej niezawodnych radarów samolotowych jakie skonstruowano w USA. Maksymalny zasięg wykrywania powietrze-powietrze to 296 km, natomiast powietrze-ziemia 148 km. Maksymalny zakres skanowania w azymucie wynosi 120° (20-50-60-120). Polskie Jastrzębie mogą śledzić do 10 celów na raz oraz mogą namierzać pociski na 4 cele jednocześnie, po odpaleniu dwóch salw po 2 pociski.

Potencjał bojowy F-16 C/D Block 52+ daje polskim pilotom przewagę w walce powietrznej nad większością rosyjskich maszyn, a tj. nad MiG-ami 29 czy Su-27. Niemniej zmodernizowane do najnowszej wersji Su-27SM (których Rosjanie posiadają najmniej) mogą uchodzić za równorzędnego przeciwnika, podobnie jak stworzone do walki powietrznej Su-30. Z kolei Su-35 są już maszynami posiadającymi większy potencjał. Należy przy tym pamiętać, że Rosjanie posiadają relatywnie mało maszyn o lepszych cechach do walki powietrznej niż F-16 Block 52+ (88 sztuk Su-30 oraz 98 sztuk Su-35). I to w sytuacji gdy potrzebują nowoczesnego sprzętu nie tylko na europejskim teatrze działań, ale również na Dalekim Wschodzie. Niemniej, należy pamiętać, że walka powietrzna może się odbywać w różnych warunkach, a wszystkie ww. typy samolotów to maszyny 4 generacji (lub 4+ jak Su-35). Innymi słowy, nie jest wcale powiedziane że w danym pojedynku 1 vs 1 zwycięży konkretna maszyna. Oczywiście powyższe porównanie dotyczy maszyn stworzonych do innych celów. F-16 jest typowym myśliwcem wielozadaniowym, w czasie gdy Su-27 to myśliwce przechwytujące ew. przewagi powietrznej. Su-30 i Su-35 to maszyny również stworzone głównie do walki powietrznej, choć ich zdolności kwalifikują je do maszyn wielozadaniowych. Niemniej, w obecnych czasach większe znaczenie w walce powietrznej wydają się mieć radar oraz efektor (pocisk) niż osiągi uzyskiwane przez nośnik (samolot). Tym samym maszyna o gorszych właściwościach manewrowych, ale przewyższająca technologicznie przeciwnika oraz posiadająca lepsze uzbrojenie, posiada zdolność odstraszenia napastników (którzy salwują się ucieczką przerywając misję) lub ich zestrzelenia zanim wdadzą się w pojedynek 1 vs 1 na najbliższym zasięgu, kiedy można użyć pocisków krótkiego zasięgu (naprowadzanych na podczerwień ) lub nawet działka.

MiG-29

Poza F-16, Polska dysponuje jeszcze 28 sztukami starszych poradzieckich myśliwców MiG-29  (w wersji bojowej 9.12A – 22 szt. oraz dwumiejscowej szkolno-bojowej 9.51 Ub – 6 szt.). Maszyny te przechodziły jednak modernizacje w polskich zakładach. Ich pułap praktyczny wynosi 18 km. Maksymalna masa startowa to 18 tys. kg. Maksymalny zasięg to 1500 km (bez dod. Zbiorników) lub 2100 km z dodatkowym zbiornikiem, natomiast promień działania zaledwie nieco ponad 300 km.

Głównym uzbrojeniem – oprócz rakiet naprowadzanych termicznie R-73 krótkiego zasięgu –  są pociski średniego zasięgu Vympel R-27R-1 zakupione z Ukrainy. Są to pociski poprzedzające R-77, naprowadzane półaktywnym systemem radiolokacyjnym korygowanym bezwładnościowym systemem nawigacyjnym INS. Ich zasięg wynosi od 2 do 40-80 km (w zależności od pułapu wystrzelenia). Polskie MiG-29 są wersjach myśliwskich, a więc nie posiadają zdolności rażenia celów naziemnych. Wartość bojowa polskich MiG-29 jest relatywnie niska. Maszyny te mogłyby się mierzyć z rosyjskimi odpowiednikami (choć Rosjanie znacznie głębiej zmodernizowali część swoich maszyn), a także z wcześniejszymi wersjami Su-27. Oczywiście w pewnych warunkach, miałyby szansę zestrzelić i nowsze maszyny, niemniej fakty są takie, że radary polskich MiG-ów nie dają polskim pilotom przewagi w wykryciu i namierzeniu celu, a pociski R-27R-1 posiadają krótszy zasięg niż nowsze R-77, a do tego są naprowadzane półaktywnie. Oznacza to, że pocisk naprowadzany jest przez cały czas przez radar samolotu, który go wystrzelił a nie radar własny (jak w przypadku pocisków naprowadzanych aktywnie jak AMRAAM czy właśnie R-77). To z kolei wymusza na pilotach MiG-ów ciągłą obserwację celu aż do jego ew. trafienia. Gdy namierzanie przez radar samolotu zostanie przerwane, pocisk zwyczajnie chybi. Tym samym MiG-29 narażony jest w takiej sytuacji na namierzenie oraz strącenie przez przeciwnika.

Teoretycznie Siły Powietrzne RP dysponują jeszcze 18 sztukami Su-22, jednakże samoloty te powinny zostać wycofane do 2025 roku i nie posiadają w tej chwili większej wartości bojowej.

 

Planowany zakup F-35

 

To, na co polscy piloci wojskowi czekają najbardziej, to niewątpliwie samoloty wielozadaniowe F-35A Lightning II Block 4 w liczbie 32 sztuk. Zakup w ramach programu Harpia został dokonany w styczniu 2020 roku, kontrakt opiewa na kwotę 4,6 mld dolarów,  dostawy miałyby trwać między 2026 a 2030 rokiem.

Samoloty posiadają znaczną masę własną (12 ton) co dowodzi jak bardzo są „napakowane” różnego rodzaju urządzeniami. Niemniej, maksymalna masa przenoszonego uzbrojenia to kolejne 12,5 tony (wówczas bez stealth).  Prędkość maksymalna nie jest wyśrubowana, jest to zaledwie 1,6 macha. Pułap praktyczny to 15 km, zasięg samolotu to 2222 km, a promień działania wynosi aż 1093 km. Największymi atutami tej maszyny są:

  • trudnowykrywalność (technologia Stealth), co m.in. klasyfikuje je jako samoloty V generacji (jedyne obok F-22 Raptor),
  • wysokie możliwości rozpoznania, świetny radar AESA, nowoczesne systemy namierzania (wykrywanie, śledzenie i namierzanie celów),
  • wysokie możliwości w walce radioelektronicznej (zakłócanie),
  • system obserwacji w zakresie 360° i w każdej płaszczyźnie wokół samolotu, co znacznie podnosi świadomość sytuacyjną pilota,
  • sieciocentryczność, pozwalająca udostępniać zintegrowany obraz sytuacji taktycznej widziany przez daną maszynę innym samolotom, a także okrętom czy oddziałom lądowym.

 

Właściwości F-35 czynią go maszyną, która może prowadzić szersze spektrum misji niż chociażby jego poprzednik F-16, a tj.:

  1. misje zwalczania systemów kontroli i obrony powietrznej (SEAD),
  2. misje przełamywania A2/AD, a także niszczenia wybranych celów na zapleczu przeciwnika,
  3. prowadzenie bezpośredniego wsparcia dla wojsk lądowych i marynarki wojennej,
  4. prowadzenie działań o charakterze wywiadowczym, obserwacyjnym i rozpoznawczym,
  5. prowadzenie walki powietrznej,
  6. walka elektroniczna (WRE), zakłócanie łączności i systemów rozpoznania radioelektronicznego oraz systemów walki radioelektronicznej przeciwnika.

Samolot posiada działko kalibru 25 mm i może przenosić następujące uzbrojenie:

W komorach wewnętrznych (tryb stealth):

  • pociski kierowane powietrze-powietrzne AMRAAM/ASRAAM lub Sidewinder,
  • przeciwpancerne pociski powietrze-ziemia Brimstone,
  • przeciwradarowe pociski AGM-88 HARM,
  • bomby kasetowe,
  • bomby kierowane typu Paveway , JDAM lub JSOW.

Możliwe jest zabranie do komór jednocześnie np. do  6 pocisków AMRAM/ASRAAM/Sidewinder, lub 2 pociski powietrze-powietrze i dodatkowo dwie bomby o masie 910 kg każda.

 

Uzbrojenie na zewnętrznych podwieszeniach:

  • bomby kierowane typu Paveway II,
  • bomby grawitacyjne , w tym termojądrowa B61
  • bomby kasetowe,
  • pociski powietrze-ziemia typu: Maverick, HARM, Storm Shadow, JASMM.

Kontrowersje dotyczące zakupu tego najnowocześniejszego samolotu bojowego na świecie dotyczą niestety wielu kwestii. Po pierwsze, w kolejnych wersjach F-35 wciąż występują liczne błędy i usterki. Samolot jest awaryjny, a przez to koszty jego obsługi są wysokie. Jednocześnie wciąż pojawiają się problemy z dostępnością części zamiennych, ponieważ zapotrzebowanie na nie jest znacznie większe niż zakładano. Ponadto godzina lotu kosztuje ok. 33 tys. dolarów (spadek z 38 tys. usd) w stosunku do 25 tys. usd w przypadku F-16. Spore nadzieje są pokładane w nową wersję Block 4, w której ma zostać wdrożone wiele poprawek. Niemniej już wiadomo, że wersja ta nie zostanie ukończona przed 2027 rokiem, a więc należy się spodziewać opóźnienia dostaw polskich maszyn (chyba, że pierwsze otrzymamy w wersji 3F). Należy również pamiętać o potrzebie dostosowania polskich baz lotnictwa taktycznego tak, by mogły z nich korzystać F-35. W pierwszej kolejności dotyczy to bazy w Mirosławcu.

Niemniej, F-35 Lightning II to maszyna, która może całkowicie odmienić kształt polskiego lotnictwa oraz niepomiernie zwiększyć jego potencjał. Dlatego należy kibicować, by nowo produkowane samoloty były pozbawione większości wad wieku dziecięcego, a przede wszystkim zostały wykonane zgodnie z wymaganymi standardami. Bowiem jak się okazuje (np. w przypadku silników) usterki wynikały ze stosowania przez jednego z producentów tańszych i znacznie gorszych materiałów. Co zostało ujawnione przez byłego pracownika.

 

Potencjał F-35

Posiadanie maszyn V generacji da polskim lotnikom ogromną przewagę w walce powietrznej z potencjalnym przeciwnikiem. Należy podkreślić, że ten będzie używał w pierwszej fazie starcia najczęściej pocisków R-77-1. Pocisk ten – wystrzelony w odległości powyżej 20 km od celu – jest naprowadzany radiowo przez radar pokładowy samolotu, który go wypuścił. Tymczasem radary rosyjskich myśliwców nie są najdoskonalsze, a do tego będą musiały namierzyć maszynę Stealth. Rosjanie utrzymują wprawdzie, że nowsze maszyny tj. Su-35 czy Su-57 mają radar zdolny dostrzec maszynę wykonaną w technologii stealth niemniej, nie wiadomo na ile ich radary są skuteczne (i z jakiej odległości mogą wykryć np. F-35, bo może i wykrywają ale dopiero z bliska). Dodatkowo trzeba pamiętać, że Su-35 Rosjanie mają relatywnie niewiele.

Co więcej, na dystansie poniżej 20 km od celu w pocisku R-77-1 uruchamia się głowica radiolokacyjna i pocisk powinien już sam naprowadzić się na cel. Jednak jeśli głowica nie wykryje celu, wówczas wciąż będzie musiała polegać na radarze myśliwca. Ten nie będzie mógł przez to aż do momentu trafienia wykonać manewru np. odwrotu/ucieczki (w celu uniknięcia pocisków odpalonych z polskiej maszyny) chyba, że pogodzi się z faktem, że jego pociski chybią celu.

Niemniej problem z dostrzeżeniem F-35 nie będzie dla Rosjan jedynym. Egipcjanie, którzy dysponują zarówno rosyjskimi Su-35SE jak również francuskimi Rafale dokonali konfrontacji maszyn. Okazało się, że dzięki systemom walki radioelektronicznej (Thales SPECTRA) Rafale kompletnie zagłuszyły radar Su-35. Innymi słowy, atakujący pilot siedzący w rosyjskim myśliwcu nie mógł namierzyć kolegi lecącego w Rafale, a co za tym idzie odpalić w jego kierunku rakiety. W efekcie pilot lecący francuską maszyną namierzył przeciwnika i dokonał „zestrzelenia” (oczywiście ćwiczebnego). Stało się tak, ponieważ Rosjanie zastosowali w Su-35 starą technologię radarową przez co łatwo jest zagłuszyć ich radary. Tak więc możemy z dużym prawdopodobieństwem założyć, że Su-35 wyszłyby co najmniej tak samo słabo w starciu z F-35, który został stworzony do walki radioelektronicznej (system AN/ASQ-239 firmy BAE Systems), a do tego został wykonany w technologii stealth. Innymi słowy, może się okazać, że w 2030 roku Polska będzie dysponowała samolotami wielozadaniowymi, których rosyjskie maszyny nie będą mogły zestrzelić w bezpośredniej walce na średnim dystansie bez wsparcia zewnętrznego (być może poza najnowszym Su-57, nad którym Rosjanie wciąż pracują a ich ilość jest śladowa).

F-35 dzięki nowoczesnym systemom elektronicznym będzie również zdolny do nakierowywania pocisków odpalonych przez sojusznicze F-16. Innymi słowy, kooperacja w powietrzu pomiędzy F-35 oraz posiadanymi już F-16, wydatnie zwiększy potencjał bojowy tej ostatniej maszyny. F-16 będzie mógł pozostać z tyłu, w sytuacji gdy F-35 będzie lokalizował i namierzał dla niego cele pozostając niewidocznym. Co nie tylko będzie możliwe dzięki pokryciu stealth ale i radarowi AESA. W konsekwencji przy potencjalnym starciu lotniczym, a nawet misjach uderzenia na cele lądowe, F-16 będą mniej narażone na wrogi atak. Co przy dość ograniczonej flocie pod względem ilości, będzie miało dla Polski ogromne znaczenie. By  polskie Jastrzębie mogły w pełni korzystać ze współpracy z F-35 planowana jest modernizacja maszyn, której zakres mógłby znacząco zwiększyć potencjał bojowy F-16stek do tego z najnowszych wersji samolotu (F-16V).

Brytyjska koncepcja współpracy F-35 z Eurofigher Typhoon – w przypadku F-16 dodatkowy „pośrednik” nie będzie potrzebny, samoloty będą komunikować się bezpośrednio

 

Kooperacja między polskimi myśliwcami to nie wszystko. F-35 został stworzony pod wpięcie w nowoczesny system zarządzania walką walką powietrzną oraz przeciwlotniczą IBCS – który został zakupiony przez Polskę wraz z Patriotami. Dzięki IBCS, polskie samoloty (F-35, F-16 oraz potencjalne Loyal Wingman i AWACS) będą wpięte w jeden system dowodzenia wraz całą obroną powietrzną (Patriot, NAREW, POPRAD), jak również zapewne z marynarką wojenną (MIECZNIK). Będzie to potężne usprawnienie pętli OODA i przyśpieszy zbieranie danych o przeciwniku, analizowanie ich oraz podejmowanie decyzji o podjęciu kontrakcji. Wszystko to w ramach jednego systemu, gdzie informacje będą dostępne od ręki dla dowódców poszczególnych szczebli.

 

Należy ponadto pamiętać, że Polska przystąpiła do programu Loyal Wingman. W jego ramach ma powstać bezzałogowy statek powietrzny w technologii stealth, który będzie mógł wykonywać misje razem z F-35. Innymi słowy, pilot F-35 oprócz potencjału własnej maszyny będzie miał do dyspozycji drona. Dodatkowy nośnik uzbrojenia oraz swojego rodzaju autonomiczną eskortę. Tak więc program ten daje szansę na spotęgowanie potencjału bojowego F-35. Tak w misjach uderzeniowych na cele lądowe/morskie jak i w walce w powietrzu.

Ponadto F-35 jako maszyna wielozadaniowa będzie się świetnie nadawała do niszczenia wrogiego systemu A2AD lub jego przełamywania. Cechy stealth będą utrudniały wykrycie wrogich systemów radarowych, jednak głównym atutem maszyny będzie możliwość zagłuszania również naziemnych stacji radarowych dzięki własnym systemom WRE. Co więcej F-35 jest zdolny do wykonywania misji SEAD, a więc może namierzyć wrogie radary oraz wystrzelić w ich kierunku pociski przeciw-radarowe. Wszystko to umożliwia dokonanie wyłomu w systemie obrony powietrznej przeciwnika i narażenie go na atak z powietrzna przy pomocy bomb kierowanych lub grawitacyjnych. Innymi słowy, dzięki F-35 nie tylko uzyskamy technologiczną przewagę w powietrzu, ale również będziemy mogli się pokusić o momentowe uzyskanie przewagi powietrznej nad terytorium przeciwnika (na czas realizacji zadań bojowych). Co może być łatwiejsze zwłaszcza nad Obwodem Kaliningradzkim (vide brak głębi niezbędnej do odpowiedniego rozłożenia wielowarstwowej OPL). Tak więc, Polska uzyska potencjał do działań ofensywnych w domenie powietrznej. Potencjał, którego F-16 nijak nie zapewniają.

Oczywiście by móc korzystać z owego potencjału, Polska musi zadbać o odpowiedni serwis i utrzymanie maszyn. Tak, by utrzymywały one zdolność bojową. Niemniej, tego rodzaju zasada dotyczy w zasadzie wszystkich polskich samolotów bojowych (tak samo F-16 jak i MiG-ów 29). I niestety, skoro sami nie produkujemy tego typu jednostek, musimy polegać na dostawach części zamiennych od producentów. Tego niestety nie zmienimy. Dobrym rozwiązaniem byłby zakup odpowiedniej ilości zamienników wraz z maszynami – bazując na bogatych już doświadczeniach innych użytkowników F-35.

Niezbędnym będzie również odpowiednie zabezpieczenie lotnisk, z których polskie lotnictwo mogłoby operować w razie ewentualnego konfliktu lub jeszcze pod progiem wojny. Należy jednak pamiętać, że do końca 2022 roku Polska otrzyma Patrioty, sama rozwija system VSHORAD, a do 2030 roku powinniśmy dysponować systemami Narew. Co wszystko łącznie wraz z potencjałem F-35 oraz F-16 winno stanowić dość szczelną obronę przeciwlotniczą oraz przeciwrakietową (pamiętajmy o możliwościach pocisków AMRAAM).

Na koniec warto wskazać, że pojawiły się informacje ta temat rozważań Szwajcarów w zakresie zakupu nowych myśliwców wielozadaniowych. O kontrakt walczą na ich rynku Dassault Rafale, Eurofighter Typhoon, F/A-18E/F Super Hornet oraz F-35A Lighning II. Wszystkie maszyny zostały przetestowane przez Szwajcarski Deparament Federalny Obrony i najlepszy ogólny wynik uzyskało właśnie F-35. Co ciekawe, maszyna okazała się być – w całościowych rozrachunku zysków/kosztów – być najtańszą w zakupie… Wnioski te przypominają zresztą te duńskie z 2016 roku, dlatego Dania zakupiła 27 sztuk właśnie F-35. Samolot ten został oceniony jako najskuteczniejszy, jeśli chodzi o uderzenia na wybrane cele oraz zapewniający największe szanse przetrwania. Wg Duńczyków cechuje się lepszym radarem, a także… jest najtańszy w zakupie i ogólnej eksploatacji (czyli szkolenie, loty, serwis, części). Przez co warto zauważyć, że koszty eksploatacji niewątpliwie obniżane są przez symulatory służące do szkoleń co zostało również dodatkowo policzone przez Szwajcarów jako korzyść dla środowiska. Chodzi również o dużą żywotność samego płatowca, a także fakt, że będzie go można w przyszłości modernizować zapewniając sobie najwyższej jakości maszynę na długie lata bez potrzeby kolejnych inwestycji. Należy również wskazać, że F-35 wygrał w zakresie oceny koszt/efekt, bowiem Duńczycy ocenili, że 28 sztuk F-35 wystarczy do realizacji zadań oraz uzyskania potencjału, który musiałyby wypełniać 34 sztuki Eurofightera lub aż 38 sztuk F/A-18 Super Hornet. Tymczasem nabycie 28 sztuk F-35 okazało się być tańsze tak w zakupie jak i serwisowaniu.

Tak więc, skoro państwa takie jak Belgia, Norwegia, Wielka Brytania, Dania czy nawet Turcja uznały, że zakup F-35 to jest dobry pomysł, należy zadać sobie pytanie, dlaczego maszyny te miałyby okazać się akurat mało wartościowe/za drogie/zbyt nowoczesne w przypadku Polski? Zwłaszcza, że Polska posiada większe PKB i przeznacza większe środki na zbrojenia niż Belgia, Norwegia czy Dania (choć te nie muszą mieć tak rozbudowanych sił lądowych – z drugiej strony muszą inwestować we flotę). I warto w tym miejscu dodać, że Lockheed Martin dostarczył już zamawiającym łącznie ponad 700 sztuk F-35… Tych, których wg szerzących dezinformację nikt nie chce kupować. Dla porównania rosyjskie Su-57 doczekają się w tym roku CZWARTEJ SZTUKI seryjnej, przy czym warto pamiętać, że pierwsza z nich się rozbiła (FR dysponuje jeszcze 10 prototypami). Niemniej seryjne Su-57 wciąż nie są samolotem docelowym, bowiem nie posiadają silników, które miały otrzymać, a nad którymi prace się wciąż przedłużają.

Lotnictwo szkolne

Całkiem nieźle sytuacja wygląda w lotnictwie szkoleniowym, które doczekało się dwóch kontraktów na dostawy włoskich maszyn M-346 Master. Do 2022 mają zostać dostarczone ostatnie maszyny, a kadeci będą mieli do dyspozycji 16 Masterów.

M-346 Master

Oprócz tego modernizowane są całkiem udane samoloty śmigłowe polskiej produkcji PZL-130 Orlik, których łącznie Polska posiada 28 sztuk. Orliki zostały wyprodukowane w latach 1992-2002 i są ostatnią polską konstrukcją wprowadzoną na wyposażenie SP RP.

PZL-130 Orlik

Warto nadmienić, że Polska zakontraktowała wraz z Masterami zakup 7 symulatorów. Z kolei wraz kontraktem na F-35 dostarczone zostaną również symulatory do amerykańskich maszyn. Dzięki temu, szkolenie pilotów będzie mogło być bardziej intensywne, a jednocześnie tańsze (o koszt lotu i serwisu maszyn). Zmniejszy to również ryzyko ewentualnych błędów podczas pierwszych lotów prawdziwym samolotem.

Lotnictwo Transportowe

W dość średnim stanie znajduje się polskie lotnictwo transportowe. W latach 2009-2012 roku Polska otrzymała z USA (w ramach bezzwrotnej pożyczki) pięć Herculesów. Są to sprawdzone, jednak już stare maszyny. Do przestrzeni ładunkowej można zapakować ok. 20 ton. Jest na tyle przestrzenna, że może zmieścić np. trzy Humvee lub innego rodzaju pojazdy wojskowe. Swojego czasu, Siły Zbrojne RP chciały by przemysł opracował samobieżną haubicoarmatę Kryl przystosowaną do transportu powietrznego właśnie Herculesami. To pokazuje potencjał C-130 jako jednostki transportowej. W 2021 roku MON podpisał umowę na zakup kolejnych 5 używanych jednostek z USA w celu zwiększenia floty. Niemniej już teraz należy powoli myśleć o zastępstwie. Herculesy to bardzo dobre i wytrzymałe maszyny eksploatowane masowo przez wiele armii świata, niemniej, nawet one w końcu potrzebują wymiany.

C-130 Hercules

 

Wyprodukowane przez Hiszpanów Casy, są samolotami mniejszymi i znacznie nowszymi (produkowane od 1999 r.) niż Herculesy. Ładowność wynosi ok. 5 ton lub ok. 70 żołnierzy i z takim ładunkiem zasięg wynosi ok. 2300 km. Polska posiada 16 maszyn tego typu i trafiły one na wyposażenie w 2003 roku.  CASy to koń pociągowy SZ RP, wykonujący najwięcej misji transportowych. Jak na samoloty transportowe, 17 lat eksploatacji nie jest okresem przesadnie długim. Zwłaszcza, że Casy uchodzą za sprzęt wytrzymały, nowoczesny  i niezawodny. Odpowiednio serwisowane maszyny mogą jeszcze trochę posłużyć.

CASA C-295

 

Najmniejszym wojskowym transportowem jest polski PZL M28, który wywodzi się jeszcze z konstrukcji ZSRR. Niemniej ten mały samolot krótkiego startu i lądowania to bardzo udana konstrukcja, a polskie zakłady w Mielcu – po jej ulepszeniu – z powodzeniem prowadziły jej eksport. PZL M28 przewiozą na pokładzie 19 osób lub niewielkie ładunki, niemniej są bardzo uniwersalne, wyprodukowane w wielu wersjach  o różnych przeznaczeniach. I przede wszystkim wystartują i wylądują z lotnisk niedostępnych dla większych maszyn. Polska posiada 24 takie samoloty.

PZL M28 Bryza

Siły Zbrojne RP – nauczone doświadczeniami z 2010 roku (szkoda, że lekcja była tak droga) – zakupiły ponadto trzy Boeingi 737 do przewozu VIP-ów. Jedna maszyna – używana – została już dostarczona. Kolejne dwie – już nowe – miały zostać odebrane w kwietniu 2021 roku, jednak program notuje opóźnienia. Kontrakt zakupowy wart był 2 mld zł. O czym należy pamiętać, poprzednicy 737 (Tupolewy) to również były maszyny wojskowe.

Boeing 737-800

W 2017 roku nabyto również dwa małe samoloty dyspozycyjne dla VIP – Gulfstreamy G550, które są w stanie pomieścić 16 pasażerów.

Gulfstream G550

 

Kolejne F-16 i Podsumowanie Sił Powietrznych

Plan Modernizacji Technicznej zakłada, że – oprócz nabycia F-35 – MON dokona zwiększenia floty F-16 o jedną lub dwie eskadry (16 lub 32 maszyny). W związku z tym, że póki co nie widać żadnych opcji zakupu używanych maszyn, prawdopodobnie Polska zakupi fabrycznie nowe. Zwłaszcza, że gdyby nabywała używane to i tak należałoby je zmodernizować, by mogły współpracować z F-35. Tak więc gdyby MON dokupił choćby 16 nowych Jastrzębi (a tak naprawdę sokołów – Fighting Falcon 😉 ), to około 2030 roku Siły Powietrzne dysponowałyby blisko setką nowoczesnych maszyn (4 skrzydła F-16 i 2 skrzydła F-35). Co byłoby siłą, z którą musiałby się liczyć każdy w regionie.

Jednocześnie oczywistym jest, że Polska nie po to przystępowała do programu Loyal Wingman by z niego nie skorzystać. Więc należy się również spodziewać zakupu bezzałogowych maszyn w technologii stealth, których potencjał bojowy będzie zbliżony do potencjału maszyn załogowych.

Mając to wszystko na uwadze, jak również uwzględniając programy modernizacyjne sił OPL (NAREW i WISŁA), wskazać należy, że Polska będzie posiadała potencjał do panowania nad własną przestrzenią powietrzną w razie ewentualnego starcia militarnego. Przy opisanej w części pierwszej sile rażenia jaką dadzą wyrzutnie Patriot i pociski PAC-3 MSE dostarczone już do końca 2022 roku, jak również przy liczebności 23 baterii systemu NAREW, polskie lotnictwo będzie posiadało odpowiednie wsparcie pozwalające na odparcie nawet kilkukrotnie liczniejszego przeciwnika. Zwłaszcza, że wszystko to będzie wpięte w jeden system kierowania obroną powietrzą  (IBCS), którego „oczami” będą liczne i doskonałe polskie radary (oraz amerykańskie w przypadku Patriotów).

Na koniec należy choć szczątkowo odnieść się do kwestii wrażliwości na wrogi atak na polskie lotniska, które w przypadku zniszczenia, nie mogłyby dać polskiemu lotnictwu odpowiedniego wsparcia logistycznego (gdyby to przetrwały atak). Oczywistym jest, że samoloty – jak chyba żaden inny środek bojowy – są niezwykle uzależnione od infrastruktury. Okręty (zwłaszcza te większe) posiadają sporą autonomiczność. Mogą przebywać na morzach nawet całe tygodnie i zabierają na pokład spory zapas amunicji. Wojska lądowe mogą być zaopatrywane gdzie bądź (upraszczając). Tymczasem samolot (podobnie jak BSL) po wykonaniu jednej misji bojowej musi gdzieś wylądować, uzupełnić paliwo oraz amunicję oraz zostać poddany choćby pobieżnych czynnościom serwisowym. Z tych względów w sieci często pojawia się argument, że Polska nie powinna inwestować w lotnictwo, ponieważ te w czasie W musiałoby uciekać np. na lotniska niemieckie. Oczywiście, że taka opcja teoretycznie byłaby możliwa (i dobrze), choć zależałoby to od decyzji politycznej władz z Berlina. Niemniej, należy pamiętać, że najważniejsze polskie lotniska wojskowe są położone w taki sposób, że można w łatwy sposób pokryć  tymi samymi systemami obrony powietrznej kilka lokalizacji. Jednocześnie są na tyle oddalone, by nawet nuklearne uderzenie w jedno lotnisko nie zniszczyło innych. To znacznie ułatwia obronę tej newralgicznej infrastruktury. Przykładowo, lotniska w Radomiu, Dęblinie oraz Warszawie są zlokalizowane w promieniu ok. 50 km od miejscowości Warka. Mniej niż 50 km na wschód od stolicy znajduje się Mińsk Mazowiecki. Tym samym, te trzy lub nawet cztery lokalizacje można by pokryć jednym dobrze zlokalizowanym systemem OPL (NAREW + WISŁA). Oprócz tego, każde z lotnisk musi dysponować własną obroną „ostatniej szansy”, a więc pociskami bardzo krótkiego zasięgu oraz armatami niskokalibrowymi, które są relatywnie tanie. Z kolei Malbork znajduje się ok 50 km od Trójmiasta i jego portów oraz infrastruktury energetycznej, które i tak będzie trzeba zabezpieczyć. Mirosławiec i Świdwin również są położone w odległości ok. 60 km od siebie, co pozwala współdzielić między te dwa obiekty systemy OPL, a przy odpowiednim rozmieszczeniu wyrzutni, broniony byłby również Szczecin.  Osobnymi „bąblami” anty-dostępowymi musiałyby dysponować Poznań, oraz Łódź z pobliskim Łaskiem.

Oczywistym jest, że Polska  OPL nawet po zrealizowaniu programów WISŁA i NAREW (w takiej skali jaką znamy dziś) nie będzie w stanie wybronić wszystkich strategicznie ważnych obiektów przed zmasowanym uderzeniem rakietowym. Niemniej, takiego potencjału – powtórzmy tezę z części I artykułu – nie ma żadne państwo na świecie. Natomiast chodzi przede wszystkim o to, by Rosjanie nie mogli odpalić „przypadkowo” jednej rakiety niszcząc jeden bardzo istotny, strategiczny cel (czy to cywilny-gospodarczy czy militarny) a następnie przekonać polskich sojuszników z NATO, że wojna w zasadzie się nie rozpoczęła i nie ma co eskalować dalej. Tymczasem realizacja programów WISŁA i NAREW nawet w planowanej obecnie skali zmuszałaby Federację Rosyjską do użycia broni rakietowej w sposób zmasowany, a więc przy pełnym ryzyku i odpowiedzialności politycznej oraz militarnej. To w sposób znaczny obniża ryzyko użycia broni rakietowej przez Kreml (nawet z użyciem tradycyjnych a nie nuklearnych głowic). Co w konsekwencji sprawia również, że polskie konwencjonalne uzbrojenie  uzyskuje dodatkowy walor odstraszania. Bowiem jeśli Rosjanie nie zdecydowaliby się na zmasowany atak rakietowy, wówczas musieliby się liczyć z technologiczną przewagą Sił Zbrojnych RP (np. dzięki F-35). Co dodatkowo zniechęcałoby ich do podejmowania agresywnych działań. Pamiętajmy również o walorze odstraszania jeszcze pod progiem wojny (lub w czasie pokoju). W sytuacji gdy polska OPL oraz lotnictwo mają pełną kontrolę  nad polskim  niebem, wówczas Rosjanie nie mogą np. naruszać naszej przestrzeni powietrznej symulując różnego rodzaju ataki (pokazując zdolność do zagrożenia nam w sposób jaki chcą i kiedy chcą). Tym samym Kreml traci kolejne pola do wywierania presji politycznej przy użyciu argumentów i sugestii użycia siły. Co więcej, dzięki np. F-35 i ich możliwościom stealth, to Polska będzie miała potencjał do demonstrowania siły pod progiem wojny (hybrydowo). Wyobraźmy sobie  bowiem scenariusz, w którym Rosjanie przemieszczają w tajemnicy jakieś siły blisko granicy z Polską. Czy to na Bałtyku, czy też na lądzie. Jaką minę zrobiono by na Kremlu, gdyby Polska opublikowała zdjęcia tych posunięć zrobione przez F-35 lub dzięki Loyal Wingman operującym w technologii stealthZwyczajnie moglibyśmy demonstrować własne zdolności rozpoznania i przenikania przez rosyjskie systemy obronne w wybranych punktach (nie twierdzę, że zawsze byłoby to mądrym pomysłem, niemniej mielibyśmy do tego potencjał i gdyby zaszła taka potrzeba oraz pojawiła się okazja – mielibyśmy ją czym wykorzystać).

Dlatego należy podkreślić raz jeszcze asymetryczność działania Sił Zbrojnych RP w stosunku do zagrożeń, nie powinna polegać na wystawieniu „bieda” armii chowającej się z wyrzutniami i dronami po lasach, ale właśnie powinna opierać się o przewagę technologiczną systemów uzbrojenia. Zwłaszcza, że potencjalnym przeciwnikiem może być Federacja Rosyjska, która przede wszystkim „idzie w ilość”. A tym samym Rosjan nie stać na niekończący się proces modernizacyjny ogromnej armii, w związku z czym bardzo łatwo będzie ich wyprzedzić technologicznie zwłaszcza na wybranych polach.

Przypomnijmy, że np. lotnictwo rosyjskie, to w zasadzie latające muzeum, które jest ciągle „modernizowane”. Polega to na tym, że samoloty wyprodukowane czasem nawet 40-50 lat temu dozbraja się w nowe systemy. Zwiększa to skuteczność myśliwców, ale nie czyni je nowszymi. Tak jak każdy normalnie używany samochód w pewnym momencie musi odejść na złom, tak również samolot traci swoją wytrzymałość konstrukcyjną, niezawodność elektroniki a przede wszystkim żywotność silnika. Fakt, że nowoczesne uzbrojenie (jak F-35) jest drogie, niemniej daje potencjał bojowy do likwidacji przeciwnika w walce nawet bez strat własnych. Mając tego świadomość, polscy lotnicy z pewnością będą mieli wyższe morale niż ich ewentualni przeciwnicy, którzy raczej będą woleli uniknąć starcia. A o to przecież również chodzi.

 

Potrzeby – AWACS!

AWACS w Boeing 737

Warto w tym miejscu zastanowić się jeszcze, czy czegoś nam w zakresie lotnictwa jeszcze będzie potrzeba? A jeśli tak, to czego? I tu pojawia się kwestia kolejnej pilnej potrzeby wyposażenia Sił Zbrojnych RP w samoloty klasy AWACS (statek powietrzny wczesnego ostrzegania). Nie muszą to być wcale największe i najdroższe radary wymagające sporej wielkości samolotów jak Boeing 767. Wystarczą nam 3-4 mniejsze systemy  radarowe szwedzkiej lub izraelskiej konstrukcji, które można zmieścić do mniejszych maszyn. AWACS-y pełnią bowiem olbrzymią, często decydującą rolę nie tylko przy wykrywaniu zbliżających się jednostek wroga (tak powietrznych jak i morskich), ale i mogą pomagać w namierzaniu celów dla własnych myśliwców i okrętów, co w zasadzie niemal zawsze rozstrzygałoby starcie (przy równych potencjałach) na korzyść strony, która AWACS-em dysponuje.

 

Gdyby polskie AWACS-y pilnowały naszej przestrzeni powietrznej, sami posiadalibyśmy sporą orientację sytuacyjną w zakresie tego, co się dzieje daleko poza naszymi granicami i to nawet na niskich pułapach, często wykorzystywanych do ataków lotniczych na cele naziemne. Jednocześnie te latające radary pozwoliłyby jeszcze lepiej wykorzystać zakupione do wyrzutni Patriot pociski PAC-3MSE jak również przyszły system NAREW. AWACSy są jednymi z bardziej niezbędnych narzędzi do budowania własnej przewagi powietrznej, a nawet i morskiej. Co pokazały brytyjsko-francuskie manewry, w których nowy brytyjski lotniskowiec Queen Elizabeth (z doskonałym radarem notabene) z F-35 (V gen.) na pokładzie przegrał starcie ze starszym i mniejszym francuskim lotniskowcem  „Charles de Gaulle”, z pokładu którego startowały Rafale (generacja IV+). Kluczem do zwycięstwa okazały się samoloty wczesnego ostrzegania E-2C Hawkeye, z których korzystali francuzi. Tymczasem Brytyjczycy nie zdążyli jeszcze wyposażyć własnej jednostki w śmigłowce wczesnego ostrzegania. W konsekwencji Francuzi szybciej dowiedzieli się o nadchodzącym zagrożeniu, zlokalizowali położenie napastnika i wysłali w to miejsce własne siły lotnicze.

Co istotne, Rosjanie w tym zakresie korzystają z dość zabytkowych maszyn, a ich flota jest niezwykle skromna. Odbiegają w zakresie technologii radarów przenośnych od zachodu. Dlatego jest to kolejne pole, na którym Polska mogłaby uzyskać asymetryczną przewagę dzięki wyższej technologii.

WALKA RADIOELEKTRONICZNA (WRE)

Zestaw do WRE – PRZEBIŚNIEG

Nie od dziś wiadomo, że na nowoczesnym polu walki radioelektronika odgrywa olbrzymią – w zasadzie decydującą – rolę. Dlatego właśnie np. Federacja Rosyjska od lat angażuje w siły WRE olbrzymie siły i środki. Zwłaszcza, że kosztuje ją to znacznie taniej niż inwestowanie w nowoczesne technologie, do których często nie ma dostępu. Jest to asymetryczny sposób Rosjan na walkę i radzenie sobie z systemami obronnymi przeciwnika. Tym bardziej niepokoi fakt, że wojska do WRE są w Siłach Zbrojnych RP jednymi z najbardziej zaniedbanych. O ile w kwestii rozpoznania radioelektronicznego sprawa nie wygląda jeszcze tak źle, o tyle w zakresie walki radioelektronicznej sytuacja jest dramatyczna. I to pomimo faktu, że polski przemysł mógłby dostarczyć do SZ RP skutecznych systemów do WRE.

Gwoli wyjaśnienia, urządzenia do rozpoznania radioelektronicznego służą do „nasłuchu” i lokalizowania wrogich jednostek na podstawie emitowanych przez nie fal radioelektronicznych . Jest to bierny sposób – w odróżnieniu od aktywnego stosowanego przed radary emitujące sygnał – wykrywania i namierzania celów. Innymi słowy, stacja nasłuchowa nie może zostać wykryta przez przeciwnika metodą namierzenia sygnału radioelektronicznego.

Natomiast urządzenia do walki radioelektronicznej i informatycznej służą np. do zagłuszania fal radioelektronicznych, co może skutkować „oślepieniem” radarów przeciwnika. Można np. sprawić, że dany obszar stanie się „martwą strefą” dla wrogiego radaru, lub też pozbawić wrogi pocisk kierowany naprowadzania. Systemy WRE mogą być przenoszone przez okręty, samoloty, śmigłowce oraz pojazdy. Dla przykładu Rosjanie chwalą się, że ich system zagłuszania radarów przeciwlotniczych Ryczag-AW zamieszczony w śmigłowcu jest zdolny ochronić samoloty własne przed OPL przeciwnika w promieniu nawet 600 km… Innymi słowy, gdyby Polskie radary podające cele dla wyrzutni Patriot i NAREW okazały się wrażliwe na tego typu urządzenia, moglibyśmy pozostać bez parasola powietrznego. I to pomimo tak znacznych inwestycji w tym zakresie.  Dlatego tak ważne jest przeciwdziałanie wrogim systemom WRE (dzięki systemom rozpoznawczym walki radioelektronicznej) oraz posiadanie własnych systemów zagłuszających. Tymczasem Wojska Lądowe RP posiadają do dyspozycji tylko JEDEN batalion walki radioelektronicznej. Lotnictwo wspierane jest jedynie przez kompanię zakłóceń radioelektronicznych.

Na wyposażeniu WP jest zaledwie sześć sztuk zautomatyzowanych systemów rozpoznawczo-zakłócających „Przebiśnieg” zamontowanych na transporterze opancerzonym (+ jeden prototyp Krotos, który nie wszedł do WP z powodu przerwania programu). Systemy pochodzą z 2004 roku i po lekkiej modernizacji mogłyby z powodzeniem pełnić swoje funkcje. Niemniej, potrzebne jest znacznie więcej systemów tego typu. I to nie tylko lądowych, ale i np. lotniczych (na śmigłowcach lub samolotach). Światełkiem w tunelu jest informacja, że w środki WRE zaczęto montować na Rosomakach, co może zwiastować dostrzeżenie problemu i prace na tym polu.

Oczywiście F-35 będą miały spory potencjał w tym zakresie, jednak powinniśmy mieć możliwość wysłania w powietrze jednostki znacznie tańszej i nie pochłoniętej innymi zadaniami, która mogłaby stale 24h/dobę  zakłócać dany obszar. Zwłaszcza, że właśnie oślepianie sensorów wroga jest jednym z podstawowych zadań, jakie powinien wykonywać przyszły obrońca! By maksymalnie utrudnić przeciwnikowi rozpoznanie obrony.

Sporym potencjałem w tym zakresie powinny dysponować nowe Mieczniki. Niemniej, przydałyby się również systemy operujące z brzegu, które na stałe mogłyby pokrywać newralgiczne obszary.

Jednym z najwyższych priorytetów w MON powinno być zadbanie teraz o to, by Siły Zbrojne RP zwiększyły swój potencjał w zakresie świadomości sytuacyjnej (vide np. AWACS)  jak  również w kwestii ograniczania tej świadomości ewentualnemu przeciwnikowi (sys. WRE).

Warto na sam koniec II CZĘŚĆI, wspomnieć o utworzonych w 2019 roku Wojskach Obrony Cyberprzestrzeni. Ten rodzaj sił zbrojnych winien zostać utworzony już lata temu, choć dobrze, że w ogóle rozpoczęto prace w tym zakresie. Ich postęp jest niejawny, a temat zbyt obszerny i specjalistyczny by rozwijać go tutaj. Niemniej, cyberprzestrzeń to kolejna domena, w której możemy uzyskać przewagi, a co istotne – akurat tutaj możemy zrobić to relatywnie tanim kosztem uzyskując znakomite efekty.

 

MARYNARKA WOJENNA

Współcześnie, Polska flota operuje głównie z czterech portów wojennych, które zlokalizowane są w: Gdyni, Kołobrzegu, Świnoujściu oraz na Helu. Przy czym wskazać należy, że ta ostatnia lokalizacja ogranicza się w zasadzie do Punktu Bazowania Hel, który powstał na bazie niszczejącego portu wojennego. Port ten próbowano nawet sprzedać za niewielkie pieniądze jeszcze w 2016 roku (bez skutku). Tak więc Hel to głównie miejsce dla krótkiego przestoju dla okrętów MW, które niespecjalnie nadaje się w tej chwili do czegoś więcej. Kołobrzeg również jest zaliczany do punktów bazowania, choć znajduje się w dużo lepszym stanie. Nie ma tam jednak odpowiednio wielkiego portu i zaplecza logistycznego, by pełnić bardziej istotną rolę. Głównymi portami MW są więc Gdynia i Świnoujście, które są bazami macierzystymi dla większych i istotniejszych okrętów. W Świnoujściu stacjonują jednostki 8 Flotylli Obrony Wybrzeża, której główną siłę (oprócz licznych mniejszych i starszych jednostek) stanowią okręt dowodzenia siłami Obrony Przeciwminowej ORP „Kontradmirał Xawery Czernicki”, trałowce projektu 207, niszczyciele min: ORP „Kormoran” oraz stary  ORP „Czajka”, a także pięć okrętów transportowo-minowych projektu 767 typu Lublin. Gdyński port na Oksywiu jest z kolei bazą dla 3 Flotylli Okrętów, której trzonem są trzy okręty rakietowe typu Orkan, korweta „Kaszub”, okręt patrolowy ORP „Ślązak” oraz dwie fregaty: ORP „Gen. K. Pułaski” oraz ORP „Gen. T. Kościuszko” (Oliver Hazard Perry), a także okręt podwodny typu Kilo – ORP „Orzeł”. Dodatkowo w Gdyni stacjonuje również część 8 Flotylli w postaci kilku trałowców.

Zanim przejdziemy do opisu najważniejszych jednostek polskiej Marynarki Wojennej, zdecydowałem się na początku rozdziału opisać jeszcze bardzo popularny temat, wokół którego narosło wiele mitów i fałszywych informacji.

Fregaty – za duże na Bałtyk

Mit dotyczący tego, że okręty klasy fregata są za duże na taki akwen jak Morze Bałtyckie – przez co są narażone na zniszczenie w 15 sekund – został spopularyzowany w ostatnich latach. Szkoda, że nie jest to prawdą. I wielka szkoda, że od 2018 roku kiedy to mit ten został stworzony przez dra Jacka Bartosiaka (wypowiedziany chyba po raz pierwszy na Akademii Wojsk Lądowych we Wrocławiu), nie tylko nie został on sprostowany ale był wielokrotnie powtarzany. W tym również w czasie wrześniowej prezentacji Armii Nowego Wzoru. Tymczasem prostowanie niezgodnej z rzeczywistością informacji trwa czasem lata, a często bywa, że już nigdy nie udaje się całkowicie wyplewić szkodliwych mitów ze świadomości opinii publicznej.

Po tak krytycznym w stosunku do nagłówkowej tezy wstępie, nie wypada pozostawić go bez uzasadnienia.

W pierwszej kolejności należy uwypuklić fakt, że morze – co do zasady – jest przestrzenią pozbawioną przeszkód terenowych (choć nie do końca, bowiem takimi są np. wyspy, cyple itp.). Innymi słowy, statkom i okrętom trudno jest się ukryć w podobny sposób jak np. jednostkom lądowym, które mogą zaszyć się gdzieś w lesie czy choćby w mieście.  Skorzystać z nierówności terenu (zagłębień lub pagórków) w celu uniknięcia wykrycia przez przeciwnika. Tymczasem morze jest płaskie jak stół i wszystko co pływa widać jak na dłoni. No właśnie. Oczywiście, że wcale tak nie jest. Krzywizna Ziemi sprawia, że to co znajduje się pod linią horyzontu staje się – co do zasady – niewidoczne. Do tego jednak wrócimy. Niemniej rzeczywiście, problemem na morzu jest to, że można łatwiej dostrzec płynący obiekt ze znacznie większej odległości niż w przypadku obserwacji celu lądowego. Natomiast, gdy korzystamy z radaru lub samolotu, wówczas wykrycie okrętu jest niezwykle ułatwione. I właśnie z tej przyczyny należy inwestować w okręt na tyle duży, by mógł nie obawiać się wykrycia. By wręcz stanowił zagrożenie dla jednostek, które mogłyby go wykryć. Ponieważ ukrycie jednostki morskiej na otwartym akwenie, nad którym swobodnie latają wrogie samoloty jest niemal niemożliwe. Innymi słowy okręty nie wyposażone w odpowiednie systemy wykrywania i rażenia różnego typu celów, mogą zostać zniszczone bardzo łatwo i szybko. We wspomniane wyżej 15 sekund. Bez osłony, są łatwym łupem. A więc jeśli nie będą miały żadnej ochrony, to nie warto w nie inwestować wcale. Co innego, gdy okręt posiada znakomity radar, który wykryje samolot z dalszej odległości niż sam zostanie wykryty. Co innego, gdy okręt posiada systemy przeciwlotnicze średniego zasięgu zdolne razić taki samolot z dużej odległości (choćby powyżej 150 km). Co innego, gdy okręt posiada oprócz tego systemy OPL krótkiego zasięgu (SHORAD), bardzo krótkiego zasięgu (VSHORAD) oraz szybkostrzelne działka małego kalibru stanowiące ostatnią linię obrony (CIWS – Close-In Weapon System). Co innego, gdy okręt posiada zdolność do wykrywania (sonar) i zwalczania okrętów podwodnych (ZOP). Co innego, gdy okręt jest wyposażony w rakiety przeciw-okrętowe. Tego rodzaju jednostka – zwłaszcza działająca w zespole – nie tylko nie obawia się już tak bardzo wykrycia, ale wręcz stanowi zagrożenie dla przeciwnika, jeśli ten nie zorientuje się w porę z czym ma do czynienia. Oczywiście by zapakować na okręt wszystkie te systemy uzbrojenia, potrzeba sporo miejsca. Innymi słowy, okręt musi mieć odpowiednią wyporność. I tak się składa, że we współczesnej nomenklaturze fregata jest najmniejszą klasą okrętu, który może być w sposób pełnoprawny określany jako wielozadaniowy. Z uwagi na swoją wyporność (przyjmuje się, że okręt wielozadaniowy potrzebuje minimum 3500 ton wyporności do nawet 7200 ton), a więc zdolność do przenoszenia wielu systemów uzbrojenia (i nie tylko). Przy czym należy pamiętać, że nie chodzi o nazewnictwo klasy, a bardziej o wyporność i zdolności jednostki. Czasem bowiem ktoś nazywa okręt niszczycielem, a to de facto mały lotniskowiec/śmigłowcowiec (jak np. w przypadku jednostek japońskich). Finowie z kolei realizują program zakupu „korwet” o wyporności aż 3900 ton co klasyfikuje je do klasy lekkich fregat (zwłaszcza z uwagi na uzbrojenie). Dla porównania polskie korwety Gawron – które nigdy nie powstały – miały mieć docelowo 1900 ton wyporności, czyli dwukrotnie mniej.

 

Siła rażenia i uniwersalność

Różnica między fregatami a klasę niższymi korwetami jest np. taka, że te pierwsze zazwyczaj służą do obrony przeciwlotniczej i przeciwrakietowej całych zgrupowań okrętów lub obszarów. Często w tym celu są właśnie tworzone. Na korwety zmieszczą się – co do zasady – tylko takie systemy OPL, które posłużą jedynie do obrony własnej tego jednego okrętu. Ponadto, fregaty – jak już wyżej wspomniano – mogą służyć jednocześnie do wielu zadań. Mniejsze korwety, z racji deficytu miejsca, dedykuje się do konkretnego celu. Innymi słowy korwetę łatwo jest „skontrować”. Użyć przeciw niej takiego systemu uzbrojenia (samolot, inny okręt, okręt podwodny) do którego zwalczania nie została stworzona. Można spróbować zatopić ją „bezkosztowo”. Tymczasem fregatę wielozadaniową trudno byłoby „podejść” bez narażenia się na co najmniej wymianę ciosów i poważne straty.

Dodatkowym atutem nowoczesnych fregat jest ich swoista „modułowość”, która nie tylko pozwala rekonfigurować uzbrojenie, ale i w łatwy sposób je modernizować. Innymi słowy, kosztowny kadłub okrętu – który może przecież służyć nawet kilkadziesiąt lat – może być łatwo doposażony w nowe typy uzbrojenia (istnieje margines konstrukcyjny). W przypadku korwet byłoby to znacznie trudniejsze, a czasem niemożliwe.

Dla zobrazowania przykładowej siły okrętu klasy fregata, warto przedstawić jaki zestaw uzbrojenia może ona zabrać na pokład (z uwzględnieniem zapowiedzi naszego MON):

  1. urządzenia radarowe, radary 3D z zasięgiem np. ok. 400 km, a także sonary
  2. urządzenia do walki radio-elektronicznej (zagłuszanie wrogich okrętów i statków powietrznych, w tym dronów – WRE),
  3. system zarządzania walką,
  4. pionowe wyrzutnie uniwersalnych pocisków przeciwlotniczych i przeciwrakietowych średniego (MRAD) i krótkiego zasięgu (SHORAD) w ilości 32 sztuk, o skutecznym zasięgu rażenia np. ok 200 km,
  5. wyrzutnie pocisków przeciwlotniczych bardzo krótkiego zasięgu (VSHORAD) w ilości 2-4, o zasięgu do 12-20 km,
  6. działo pokładowe 75 mm lub 127 mm, zdolne razić cele powietrzne, morskie i lądowe
  7. mało kalibrowe armaty przeciwrakietowe (CIWS),
  8. opcjonalnie broń laserowa oraz mikrofalowa (przeciw-dronowa)
  9. śmigłowiec wyposażony do zwalczania okrętów podwodnych (ZOP) – lotnisko + hangar
  10. dwie poczwórne wyrzutnie pocisków przeciw-okrętowych (x8),
  11. wyrzutnie torped przeciw-okrętowych,
  12. dodatkowe kajuty do przewożenia oddziałów sił specjalnych,
  13. pokład dla dronów podwodnych.

Przy tak uzbrojonym jednym okręcie, ewentualne uderzenie saturacyjne przeciwnika, które miałoby za zadanie przełamać obronę fregaty i ją zatopić, musiałoby przedrzeć się przez wielowarstwowe aktywne systemy obrony tj.:

  • wystrzeliwane rakiety średniego/dalekiego zasięgu (minimum 150 km), których salwa np. 24 pocisków mogłaby zostać odpalona niemal równocześnie,
  • pociski krótkiego zasięgu (ESSM, np. o zas. 50 km) w liczbie np. 32 sztuk
  • pociski obrony bezpośredniej bardzo krótkiego zasięgu (RAM, do 8-12 km),
  • precyzyjny ostrzał działa pokładowego 75/127 mm (zas. np. 4-7 km),
  • zaporę ogniową ostatniej warstwy z działek 20-30 mm (zas. 2-3 km),
  • a dodatkowo ominąć zespół pasywnych systemów obronnych (WRE/dipole/etc.).

 

By przeciążyć system obrony jednego okrętu może być zatem potrzebne nawet do kilkudziesięciu rakiet przeciw-okrętowych. Wystrzelonych w tak skoordynowany sposób, by dotarły do celu w jednym czasie (jak pociski będą lecieć jeden po drugim, to obrona okrętu je spokojnie, kolejno wyłapie). Co istotne, bez dobrego naprowadzania rakiety – które by przetrwały – mogłyby nie trafić. Jak widać, Rosjanie musieliby zorganizować niezwykle wymagającą akcję ofensywną przy użyciu ogromnej ilości sprzętu. A opisujemy tutaj atak na tylko jeden okręt. Tymczasem jednostki morskie – a zwłaszcza fregaty –  zazwyczaj operują w zespołach…

 

Koszt/efekt

Przeciwnicy fregat często podnoszą argument, że okręty tego typu są zwyczajnie zbyt drogie. Warto więc policzyć ile kosztowałoby teoretyczne zastąpienie potencjału jednej fregaty wycenionej w polskich warunkach na 3,5 mld zł (licząc z górką) innego rodzaju systemami uzbrojenia. Ponieważ fregata to ekwiwalent jednocześnie:

  1. Baterii Patriot/NAREW (wyrzutnia + nośnik + radar + wóz dowodzenia)
  2. Baterii POPRAD (wyrzutnia + nośniki + radar + wóz dowodzenia)
  3. Uniwersalnej armaty kalibru ok. 70 mm (brak odpowiednika lądowego)
  4. Baterii armat niskokalibrowych (brak odpowiednika, nieporównywalnie lepszy system niż np. Pilica-> armaty + nośnik + radar) ,
  5. Baterii wyrzutni przeciwokrętowych NSM (wyrzutnie + nośnik + radar + wóz dowodzenia),
  6. Systemu przeciwdronowemu (mikrofale/laser),
  7. Lotniska dla śmigłowca do zwalczania okrętów podwodnych
  8. Małego okrętu z sonarem do zwalczania OP z wyrzutniami torped,
  9. Mobilnego radaru dalekiego zasięgu
  10. Systemu walki radioelektronicznej (WRE) – zagłuszanie
  11. Jednostki przenoszącej oddziały specjalne oraz drony podwodne.

 

Na same tylko Patrioty (16 wyrzutni) Polska wydała ok. 16 mld złotych, co daje jeden miliard zł na wyrzutnię.  Baterie POPRAD czy PILICY to już są grosze, niemniej dużym kosztem były baterie NSM. Z pewnością sporą kwotę należałoby wydać na okręt z ZOP. Innymi słowy, zliczając wszystkie systemy uzbrojenia z osobna, mogłoby się okazać, że fregata jest zwyczajnie znacznie tańsza. Jednocześnie daje potencjał, którego bez niej, wymienione wyżej systemy nie mogłyby wykorzystać, a więc w celu zastąpienia ich braków należałoby dokupić np. drogie AWACS-y. I to bezwzględnie. A i tak, nie udałoby się zbudować potrzebnej głębi obrony powietrznej nad Bałtykiem. Ani zyskać przewagi powietrznej nad tym akwenem.

 

Pomimo tego przeciwnicy fregat widzieliby w ich miejsce sieć systemów NAREW, które osłaniałyby wszystkie ważne cele wzdłuż polskiego wybrzeża. Ich zdaniem z powodzeniem można by się bronić przed wrogą napaścią od strony morza operując systemami lądowymi z brzegu. W tym celu, oprócz NARWI, potrzebne byłyby w większej ilości samobieżne wyrzutnie pocisków przeciw-okrętowych jakimi dysponuje Nadbrzeżny Dywizjon Rakietowy (są to NSM). Oczywiście z tymi potrzebami trzeba się zgodzić. Jednak problem w tym, że nawet najlepsze pociski rakietowe muszą zostać naprowadzone na cel. I jeśli celem jest np. nieruchoma infrastruktura (np. terminal LNG w Świnoujściu, wpięcie Baltic Pipe, terminal naftowy czy też rafineria w Gdańsku), wówczas pocisk odpalony z okrętu lub samolotu, może korzystać z wprowadzonych współrzędnych bez potrzeby namierzania w czasie rzeczywistym. Dlatego też ewentualny napastnik od strony morza mógłby np. wykorzystać pełny zasięg swoich rakiet, które odpalone najwcześniej jak się da – pewnie zmierzałyby prosto do celu. Co innego, gdy pocisk musi zostać nakierowany na cel ruchomy (tj. okręt czy samolot). Wówczas niezbędnym jest obserwacja celu w czasie rzeczywistym i nakierowywanie pocisku na cel do momentu, w którym ten zostanie trafiony lub do momentu, w którym głowica pocisku zacznie się sama naprowadzać. Dlatego też obrona musi widzieć i namierzać wrogie okręty/samoloty by je trafić. Żeby to zrobić, należy wykryć cel radarem. Tymczasem tak się składa, że Ziemia jest okrągła (czego dotychczas nie rozumiało wielu „znawców” internetowych i nie tylko). I to, co znajduje się poniżej horyzontu radaru, jest dla niego niewidoczne. Innymi słowy, napastnik atakujący cele na wybrzeżu może z łatwością zaatakować spoza horyzontu, natomiast obrońca by temu przeciwdziałać potrzebuje mieć wgląd w czasie rzeczywistym i to poza horyzont. Bez tego, napastnik mógłby z łatwością podpłynąć/podlecieć, wystrzelić pociski przeciążające w danym punkcie obronę OPL oraz zniszczyć strategicznie ważny cel. Po czym oddalić się nie niepokojony.

Wgląd poza horyzont mogą dać ogromne i kosztowne naziemne instalacje radarów pozahoryzontalnych, którymi dysponują Amerykanie, Rosjanie oraz zapewne Chińczycy. Polska takowych nie ma i prędko mieć nie będzie (zresztą posiadają olbrzymią „martwą strefę” wynoszącą nawet do kilkuset kilometrów w dal – tyle że licząc od miejsca radaru, tymczasem Polska nie posiada takiej głębi). Radary te mają również inne wady. Są dość mało precyzyjne i nie nadają się do naprowadzania np. pocisków na ruchome cele. Są ponadto bardzo podatne na zagłuszenia. Poza tym, taki radar byłby w Polsce jedynie kolejnym łatwym do zaatakowania a trudnym do obrony celem. Innym rozwiązaniem jest uniesienie tradycyjnego radaru jak najwyżej. Tak, by zniwelować nieco negatywne skutki krzywizny globu i dostrzec obiekt nieco dalej. Niemniej radar wyniesiony nawet na kilkadziesiąt metrów, wciąż boryka się z szybko zwiększającą się „szarą strefą” wraz z każdym kolejnym kilometrem. Dlatego postanowiono wynosić radary w powietrze. Polska nie posiada jednak samolotów klasy AWACS (a jest to jedna z pilnych potrzeb, niezależnie od wszystkiego – pomimo tego, że Polska jest w strefie regularnych patroli samolotów NATO). Niestety, nawet szybkie wykrycie zagrożenia przez AWACS może nie dać rezultatu. Jeśli przeciwnik przypłynie pod nasz brzeg okrętami z dobrą OPL a jednocześnie posłuży się do ataku również samolotami, a także okrętami podwodnymi wówczas będziemy mieli olbrzymi problem. Wrogie okręty i samoloty odstraszą nasze „małe okręty”, a wrogie okręty podwodne dzięki tak utorowanej drodze będą mogły podejść bliżej i zniszczyć cele znajdujące się przy brzegu. Mało tego, wątpliwym jest by Polska była zdolna na brzegu wystawić tyle wyrzutni przeciwokrętowych, by zatopić całe zgrupowanie okrętów. Przy dobrej OPL, zgrupowanie takie mogłoby kosztem utraty jednej lub dwóch starszych jednostek („wystawionych jako cele”) zniszczyć drogocenną infrastrukturę i zestrzelić większość polski rakiet przeciwokrętowych. Dodatkowo atak powietrzny – osłaniany przed polskim lotnictwem okrętowymi systemami OPL – mógłby zrobić wyłom w polskiej obronie przeciwlotniczej przy pomocy rakiet-przeciwradarowych, a następnie dokonać w drugiej fali ostrzału kierowanymi pociskami i bombami powietrze-ziemia  wybranych celów. Tak militarnych (np. ujawnionych po salwie jednostek wyrzutni NSM lub NARWI) jak i cywilnych. Jak widać, atakujący – oprócz potencjału w efekcie zaskoczenia – ma spore pole manewru przy doborze sił i środków do ataku. Tymczasem obrońca często jedynie reaguje, zwłaszcza, gdy nie posiada wielowarstwowej obrony rozciągniętej na dziesiątki lub setki kilometrów w dal ( obrona ustawiona „wszerz” czy też wzdłuż – np. wybrzeża, zwyczajnie jest wrażliwa na atak).

By taką wielowarstwową głębię obronną uzyskać w stosunku do obiektów położonych przy wybrzeżu, należy wysunąć system A2AD daleko w morze. Innymi słowy, niezbędny jest do tego nośnik w postaci okrętu. Wyposażonego w radar, wielowarstwową OPL oraz systemy ZOP oraz przeciwokrętowe. Wówczas, napastnik nie może w pierwszym ataku wypowiadającym wojnę zaatakować newralgicznej infrastruktury państwa, a musi najpierw wyeliminować system A2AD, który jej broni. Innymi słowy, dobrze przygotowana do obrony fregata warta w polskim kontrakcie ok. 3-4 mld złotych – nawet jeśli uznać ją za „białego słonia” który zostanie zniszczony w 15 sekund – może ściągnąć na siebie pierwsze uderzenie przeciwnika co uchroni infrastrukturę krytyczną. O tym o ile trudniej jest zatopić fregatę (niż np. zniszczyć nieruchomą infrastrukturę cywilną) , będzie poniżej. Tymczasem należy się zastanowić, po jakiej stracie państwo i społeczeństwo polskie poniosłoby większe straty. I te materialne i te w „morale”. Zatopienie fregaty niespecjalnie może obejść cywilów nie znających się na wojskowości. Natomiast brak prądu/ogrzewania/gazu/paliwa zauważą i odczują już wszyscy. W tym armia. Utrata sprzętu wojskowego a nawet żołnierzy/marynarzy na wojnie, jest kwestią dość naturalną. Wojna = straty. Natomiast jak mocno ucierpiałoby morale i determinacja do walki/stawienia czoła niebezpieczeństwu zarówno armii jak i całego społeczeństwa, gdyby przeciwnik postanowił je „zagłodzić”? I po pierwszym uderzeniu odcinającym dostawy zasobów i energii wystosował „propozycję” pokoju z „łaskawymi” warunkami?

Dlatego musimy się zastanowić co tak naprawdę jest dla nas białym słoniem? Na przykład dla Amerykanów lotniskowiec może być „białym słoniem” ponieważ jest to najbardziej wartościowy obiekt jaki może znajdować się w zasięgu działania wroga. Ich kraj znajduje się na odrębnym kontynencie, w bezpiecznym otoczeniu, odgrodzony z każdej strony oceanem. Tymczasem cała polska infrastruktura (a więc cały nasz rozwój dokonany nie tylko przez ostatnie 30 lat ale i 75 licząc od końca II WŚ) a także populacja (38 mln ludzi) jest w zasięgu rażenia potencjalnego wroga. Czy naprawdę fregata warta 3 mld zł, wyrzutnie rakiet za 1 mld zł czy myśliwiec są dla nas „białymi słoniami”? Teza ta zwyczajnie nie wytrzymuje konfrontacji z rzeczywistością. Zwłaszcza, że oparta jest na nieprawdach i mitach, a także niewiedzy z zakresu możliwości bojowych poszczególnych systemów na współczesnym polu walki.

Należy z całą stanowczością dać odpór wmawianiu Polakom, że nie mogą posiadać i nie stać ich na najnowocześniejsze systemy pola walki. Dość już powiedzonka: „nie dla Polaka to” powtarzanym na forach militarnych i dość szukania populistycznych rozwiązań, którym nasi przeciwnicy przyklaskują. Nie ma drogi na skróty. Żeby mieć silną armię o wysokim morale, trzeba wyposażyć ją w wysokiej klasy broń dającą przewagę technologiczną nad przeciwnikiem, która umożliwi odniesienie zwycięstw w pierwszych potyczkach (a te budują morale jak nic innego). To natomiast kosztuje, choć wcale nie musi być najdroższym rozwiązaniem.

Wracając do tematu fregat. Infrastruktura nie ucieknie przed wrogim atakiem i przy przełamaniu obrony, zostanie zniszczona. Tymczasem okręt ma sporą szansę uniknięcia zatopienia, a więc możliwe jest uniknięcie strat, utrzymanie potencjału militarnego, a jednocześnie zdolności do „oddania” a więc zadania strat przeciwnikowi.

 

Polowanie na fregatę

Warto również zdać sobie sprawę z tego, jak trudno byłoby wykonać taki atak. Przede wszystkim, przeciwnik musiałby zlokalizować gdzie znajdują się okręty (a te – z uwagi na wysoką autonomiczność, mogą od tygodni znajdować się w morzu). Zaskoczenie polskich jednostek w porcie wydaje się nieprawdopodobne. Nie udało się tego zrobić nawet III Rzeszy w czasie II Wojny Światowej, gdzie Niemcy musieli obserwować w zasadzie tylko jeden port w Gdyni. Do którego mogli dorzucić kamieniem ze swojej pruskiej granicy. Dziś sytuacja wygląda zupełnie inaczej. Polskie porty Trójmiasta znajdują się blisko 100 km od Kaliningradu. Porty w Kołobrzegu czy Świnoujściu są kompletnie poza zasięgiem rosyjskich sensorów oraz rozpoznania (musieliby wysłać samolot lub okręt). Gdyby sytuacja polityczna była niepewna, polska Marynarka Wojenna z pewnością nie czekałaby na swoje Pearl Harbour. W tym miejscu warto nadmienić, że rosyjskie (jeśli FR podkładać w miejsce „potencjalnego przeciwnika”) rozpoznanie satelitarne leży i prosi o dobicie. Rosjanie nie posiadają ani jednego satelity zobrazowania radarowego i tylko DWA satelity zobrazowania optycznego (+ jeden eksperymentalny). Przypomnijmy, że te ostatnie nie specjalnie nadają się do obserwacji w czasie pochmurnego nieba… I to jest wszystko, jeśli chodzi o obserwację całej północnej półkuli ziemskiej (bo o południowej nawet nie myślą). To jest potencjał mniejszy niż niektórych firm prywatnych. Przy czym dla Rosjan Bałtyk jest obszarem bardzo niskiego priorytetu jeśli chodzi o obserwację satelitarną. Gdyby było napięcie między Rosją i NATO, musieliby się skupić na obszarze około-arktycznym. Reasumując, gdybyśmy to my mieli atakować Rosjan i mieli silną flotę, to Rosjanie polegając tylko na satelitach mogliby się dowiedzieć że Marynarka Wojenna RP wyszła z portów dopiero po wykonaniu przez nią ataku. Dlatego FR wciąż musi polegać na tradycyjnych formach rozpoznania. A te nie sięgają setek kilometrów, tylko zaledwie dziesiątek. Poniżej przedstawiona jest mapa ukazująca jak daleko w głąb Bałtyku sięgają radarowe środki rozpoznania rozmieszczone w Obwodzie Kaliningradzkim. Jasno z niej wynika, że lądowe radary rozmieszczone w OK nie dostrzegają ruchu okrętów wypływających i wpływających do portów z Trójmiasta. Na tym przykładzie widać również, jak niewiele widzą Rosjanie, jeśli chodzi o ruch powietrzny poniżej określonych pułapów. Zasięg radaru sięgający kilku tysięcy kilometrów jest mitem, bowiem radar taki na pewnej odległości nie widzi obiektów lecących nawet na pułapie 10 km. Tak więc efektownie rysowane na mapach „bąble” anty-dostępowe przez osoby nie mające pojęcia jak działa radar, wprowadza jedynie w błąd. I teraz oglądając poniższą mapę należy zadać sobie pytanie o sens zrezygnowania z MW i wystawienia brzegowej obrony (radary + wyrzutnie rakiet OPL i PPOKR).

Grafika: Raport Szwedzkiej Agencji Obrony (FOI) pt. „Bursting the Bubble. Russian A2/AD in the Baltic Sea Region: Capabilities, Countermeasures, and Implications”

 

Niemniej, gdyby przeciwnikowi udało się zlokalizować polskie fregaty (przypomnijmy o zdolnościach stealth), to musiałby je następnie namierzyć i mieć na nią „podgląd”. W czasie rzeczywistym. Po to, by naprowadzić na nią pociski przeciw-okrętowe (ppokr). By to zrobić, potrzebowałby wysłać w zasięg skutecznego rażenia fregaty własny okręt lub samolot (satelita może dać obraz i współrzędne, ale nie namierzy i nie nakieruje w czasie rzeczywistym pocisku). Te oczywiście mogłyby zostać zaatakowane przez namierzany okręt. Istnieje również kolejny program. Ponieważ np. Rosjanie nie posiadają jeszcze jednego sieciocentrycznego systemu zarządzania polem walki (jak np. IBCS). Oznacza to, że niewiele ich jednostek potrafi się wzajemnie komunikować oraz przekazywać sobie informacje o współrzędnych celu tak, by następnie zostały one przekazane do lecącego już pocisku. W tym kontekście często efektor musiałby polegać tylko na danych przekazywanych mu z systemu, który go wystrzelił. Co znacznie utrudnia działanie na dalekich zasięgach.

Wreszcie, gdyby z jakiś przyczyn atakowana fregata nie zwalczyła jednostek prowadzących obserwację, przeciwnik musiałby wykonać dobrze skoordynowany i zmasowany atak, wystrzeliwując ogromną ilość – dość kosztownych – pocisków przeciw-okrętowych, których nie odpala się z ręki tylko z drogich wyrzutni, samolotów lub okrętów. Pytanie, czy np. Federacja Rosyjska ma techniczną możliwość wykonania takiego uderzenia, w którym użyto by kilkudziesięciu pocisków? Gdyby fregata znajdowała się z dala od wybrzeża OK, wówczas Rosjanie mogliby użyć jedynie samolotów i okrętów własnych. A i tak przy wykorzystaniu różnego rodzaju systemów aktywnej i biernej obrony, fregata mogłaby się uchować. Wyobraźmy sobie teraz jak licznych środków potrzebowaliby Rosjanie gdyby polskie fregaty operowały w zespole a więc ich potencjał obronny zostałby zwielokrotniony…

I na koniec, gdyby aktywne systemy obrony (pociski, działka OPL) nie zadziałały, to pozostaje użycie systemów obrony pasywnej, które w przypadku zachodnich technologii są bardzo rozwinięte. Co z kolei sprawia, że są niezwykle efektywne przeciwko zacofanym rosyjskim systemom namierzania i nakierowywania na cel. Należy pamiętać, że Rosjanie – prawdopodobnie z uwagi na małą skuteczność swoich pocisków poddźwiękowych, ponieważ nie mają takich technologii jak na zachodzie – postawili na pociski przeciwokrętowe poruszające się z prędkością naddzwiękową (tj. Onyks). Problem w tym, że system Onyksa posiada dość słaby radar, a sam pocisk jeszcze słabszy. W efekcie zasięg pocisku wynoszący maksymalnie 300 km jest tylko teoretyczny, bowiem Rosjanie mogą namierzyć cel  i nakierować na niego pocisk dopiero z kilkudziesięciu kilometrów (ok. 70 km). Dodatkowo pocisk jest wrażliwy na nowoczesne, pasywne systemy obrony. Fakt, że jest naddzwiękowy skraca czas reakcji dla obrony okrętu, ale również dotyczy to głowicy pocisku, która musi wykryć, namierzyć i rozróżnić od celów pozornych ten właściwy.

Tymczasem istnieje wiele rodzajów systemów obrony pasywnej okrętu (tutaj podziękowania dla Jarka Wolskiego za pomoc w temacie). Zaczynając od wystrzeliwanego i nadmuchiwanego prostego „balona” FDS-3:

którego odbicie radarowe przy nowoczesnych fregatach zbudowanych w technologii stealth jawić się może jako krążownik. Najbardziej prostym systemem są zwykłe wyrzutnie dipoli (podobnie jak w samolotach):

Świetny system powstał przy współpracy australijsko-amerykańskiej, w postaci wystrzeliwanej rakiety-wabika Nulka:

Z kolei Niemcy postawili na system soft-kill, polegający na wystrzeleniu serii granatów, które po równoczesnej detonacji tworzą gęstą chmurę, która stwarza fałszywy cel ściągając na siebie pocisk przeciw-okrętowy:

Pomysłów na tego rodzaju rozwiązania jest jeszcze sporo. Już testuje się montowanie specjalnych systemów imitujących cel na śmigłowcach, które operowałyby z pokładu fregat.

Nieocenioną w tym zakresie rolę mogą pełnić również skomplikowane systemy walki radioelektronicznej, które – dzięki wielkości fregat – mogą być na nich montowane. Jak ten amerykański w postaci AN/SLQ-32, którego najnowsza wersja 7 wchodzi właśnie do użycia w US Navy. System ten posiada zdolność zagłuszania pocisków hipersonicznych takich jak opracowywany dopiero przez Rosjan Cyrkon.

Antena SLQ-32

Tak więc jak widać, nawet rosyjskie zdolności hipersoniczne są już kontrowane, a rozwój systemów hard-kill w tym zakresie trwa.

Przy czym należy nieco zmartwić fanów rosyjskich oświadczeń o tym, jaką to ich broń hipersoniczna jest (a raczej będzie) wunderwaffe. Pociski te poruszają się z prędkośćią powyżej Mach 5. Oznacza to, że podlegają wielkim ograniczeniom ze strony fizyki. Przy takiej prędkości, wokół pocisku tworzy się „zupa”, rozgrzewając go, ale i jednocześnie utrudniając manewrowanie, a więc i nakierowanie na cel. Dlatego o ile hipersoniki nadają się do niszczenia celów nieruchomych (jak pociski balistyczne), o tyle mogą mieć spory problem z celami ruchomymi. Nadto należy pamiętać, że podawane przez Rosjan maksymalne zasięgi pocisków to nie wszystko. Rosjanie mogą zapowiedzieć , że ich pocisk ma zasięg 40 tys. km i zdolność okrążenia Ziemi. Co z tego, jak ich system namierzania i nakierowywania na cele ruchome pozwala strzelać np. z ok 70km? Ponadto tego rodzaju pociski mają dwa tryby działania. W jednym przypomina to działanie pocisku balistycznego (pocisk wystrzeliwany jest na wysoki pułap, na nim nadlatuje nad cel i dopiero później gwałtownie opada w dół – lo -hi-hi-lo). W tym trybie trafienie ruchomego celu byłoby cudem. W drugim trybie, gdy pocisk leci na niskim pułapie przez cały czas, jego zasięg jest wielokrotnie mniejszy. A zdolność manewrowania wciąż utrudniona. Koszt wytworzenia takiej rakiety jest ogromny, ponieważ musi ona wytrzymać wszystkie przeciążenia, opór, wysoką temperaturę i jeszcze mieć odpowiednią głowicę naprowadzania na cel. Strzelanie nimi do trudnowykrywalnych – średniej wielkości okrętów – mijałoby się z celem.

 

Potencjał fregat – wykorzystanie

 

Wielozadaniowe okręty o wyporności i zdolnościach fregaty, dają ogromne spektrum możliwości tak w czasie pokoju, działań hybrydowych (pod progiem wojny) jak i w czasie działań militarnych. Należy wymienić choćby te podstawowe:

W czasie pokoju

  1. Patrol i dozorowanie szlaków morskich, obserwacja co gdzie i kiedy pływa (radar)
  2. Kontrola przestrzeni powietrznej nad Bałtykiem, obserwacja co, gdzie i kiedy lata (radar),
  3. Kontrola stref podwodnych (sonar, śmigłowiec do ZOP),
  4. Demonstrowanie obecności na Bałtyku oraz gotowości do obrony szlaków handlowych, intrastruktury przesyłowej (Baltic Pipe) a także strategicznych obiektów przybrzeżnych (terminale LNG, ropy, rafinerie, porty),
  5. Demonstrowanie ofensywnego potencjału floty morskiej w tym zdolności do zamknięcia wyjścia z portu Obwodu Kaliningradzkiego poprzez ustawienie morskiej obrony A2AD, która umożliwi postawienie zapory minowej na wyjściach na Bałtyk, dzięki fregatom i ich radarom można np. zapewnić widzenie i namierzanie Morskiej Jednostce Rakietowej i Patriotom rozstawionym na brzegu Zatoku Gdańskiej, które będą dodatkowo wspierać flotę oraz blokować Kaliningrad

 

W czasie działań hybrydowych:

  1. Zabezpieczenie wybrzeża i odstraszanie nieoczekiwanych, skrytych podejść w jego pobliże przez wrogie okręty i statki powietrzne,
  2. Walka radioelektroniczna (WRE), zagłuszanie wrogich sygnałów radiowych i satelitarnych, przeszkadzanie operowania wrogim samolotom i okrętom,
  3. Demonstrowanie ofensywnych zdolności, co będzie wymuszało na przeciwniku rozproszenie sił i środków przeznaczając ich część do zadań defensywnych co znacznie zmniejszy jego potencjał a tym samym chęć do ataku,
  4. Zabezpieczenie dostaw morskich newralgicznych surowców (tj. ropa),
  5. Współpraca z lotnictwem, w tym zwłaszcza z F-35, które będą zdolne do działań pod progiem wojny dzięki właściwościom stealth oraz własnym radarom, demonstracja posiadania przewagi powietrznej nad Bałtykiem, dzięki silnym systemom OPL fregat ich radarom oraz współpracy z samolotami V generacji
  6. Przerzucanie sił specjalnych lub rozmieszczanie dronów podwodnych.

 

W czasie działań wojennych (określenie potencjałów – czyli możliwości jeśli pojawi się taka potrzeba lub okazja do wykorzystania przewagi jaką dają fregaty) potencjał do:

  1. Współpraca – w ramach zespołów – z innymi okrętami floty, a także zabezpieczenie ich przed napadem z powietrza.
  2. Działanie jako ruchoma platforma A2AD chroniąca obszar lub zgrupowanie okrętów w domenie powietrznej, morskiej i podwodnej, jak również nowoczesny system-antydronowy (a tych powstanie jeszcze sporo rodzajów i warto zbudować Miecznika z „górką” modernizacyjną pod tym kątem),
  3. potencjalnie platforma używana jako mini-lotniskowiec dla BSL i amunicji krążącej! – dzięki lądowisku, które dotychczas ma służyć tylko dla śmigłowców (warto już teraz uwzględnić to w projekcie Miecznika!)
  4. Współpraca z lotnictwem, przy czym warto wskazać, że przy współpracy fregat posiadających wielowarstwową OPL oraz radary dalekiego zasięgu wraz z myśliwcami stealth F-35 Polska mogłaby uzyskać panowanie powietrzne nad Bałtykiem, co uniemożliwiałoby operowanie również wrogiej flocie nawodnej, a co w konsekwencji mogłoby pozwolić na całkowite panowanie na Bałtyku oraz zamknięcie np. Floty Bałtyckiej w porcie w Kaliningradzie.
  5. Ewentualne uzyskanie przewagi lub dominacji na Bałtyku dawałoby potencjał do działań ofensywnych (lotniczych) znad morza w głąb terytorium rosyjskiego. Wybierając czułe punkty OPL przeciwnika,
  6. W przypadku zaistnienia niekorzystnych warunków lub przewagi przeciwnika, wycofanie fregat bliżej własnych systemów brzegowych A2AD a tym samym zwiększenie (zwielokrotnienie) potencjału obronnego wybrzeża oraz znajdujących się przy nim strategicznych obiektów infrastrukturalnych,
  7. Ewentualne wysłanie floty z dala od rosyjskiego wybrzeża (daleko poza horyzont), w celu uzyskiwania obszarowej przewagi na morzu i w powietrzu nad Bałtykiem – przy współpracy z lotnictwem.

Przeczytawszy uważnie powyższe punkty można dostrzec, że są wśród nich zadania, których współczesne fregaty jeszcze nie pełnią. Niemniej uniwersalny charakter tych jednostek pozwala wysnuć tezę, że spektrum możliwości fregat jeszcze się znacznie powiększy. Polskie Mieczniki wejdą do służby za wiele lat. W tym czasie systemy anty-dronowe lub neutralizujące „roje” amunicji krążącej będą już udoskonalone i powszechne w użyciu. Będzie więc można zamontować taki system na fregatach. Tym samym zyskają kolejną zdolność. Jednocześnie dzięki małemu lądowisku (które pierwotnie ma służyć tylko dla śmigłowców), fregata może stać się mini-lotniskowcem dla amunicji krążącej. A więc zyskać kolejny potencjał ofensywny. Tym samym uważam, że rola fregat na współczesnym polu walki będzie wręcz rosła, a nie malała. Oczywiście mogą pojawić się argumenty, że tak jak lotnictwo „skończyło” erę pancerników i krążowników (ba, niewiele państw ma jeszcze niszczyciele), tak wreszcie przyjdzie kolej na koniec kolejnego typu okrętu czyli fregatę. Jednak powyższy przykład wprowadza zwyczajnie w błąd. Pancerniki i krążowniki (choć jeszcze te ostatnie są w użyciu US Navy oraz Floty Rosyjskiej) nie zakończyły żywota z uwagi na wielkość (w końcu lotniskowce były i są jeszcze większe) tylko z uwagi na to, że nie były dostosowane do wymogów nowoczesnego pola walki. Wymaga podkreślenia, że np. francuski ciężki krążownik Algere z czasów II WŚ miał wyporność 10 tys. ton. Tymczasem współczesne fregaty spuchły już do wyporności 7200 ton (jak te niemieckie). Dla tychże jednostek drugo-wojenne niszczyciele, a nawet krążowniki (które zaczynały się od 1500 ton) były małymi łupinami. Fregaty stają się coraz większe, ponieważ okręty wielozadaniowe – zwłaszcza z silną OPL – są coraz bardziej potrzebne tak samo jak ich zdolności, które są rozwijane.

Na koniec warto poświęcić parę dodatkowych zdań by uwypuklić jak wielki potencjał mogą dać pływające systemy A2AD w postaci fregat, gdy będą współpracować z myśliwcami stealth. Dzięki obronie przeciwlotniczej z okrętów własnych, latające wysoko myśliwce F-35 patrolujące Bałtyk, miałyby olbrzymią przewagę nad każdą wrogą maszyną wlatującą nad morze (łatwość dostrzeżenia ataku na niskim pułapie, który zagrażałby okrętom). Jednocześnie okręty otrzymałyby wsparcie w postaci szybszego wykrywania wrogich jednostek pływających, a jednocześnie przy zakupie odpowiedniego uzbrojenia, F-35 mogłyby dokonać wspólnie z polskimi okrętami saturacyjnych uderzeń rakietowych na cele morskie (wrogie okręty) lub nawet naziemne (porty, instalacje wojskowe etc). Co za tym idzie potencjał odstraszania duetu fregata + F35 oraz siła i zasięg ich wykrywania oraz rażenia celów mógłby znacząco utrudnić przeciwnikowi zlokalizowanie i namierzanie w czasie rzeczywistym polskiej floty. A więc utrudnić lub uniemożliwić atak na nią. Przeciwnik nie dysponujący samolotami stealth (jakim są wciąż Rosjanie, nie posiadający odpowiedniego silnika do Su-57) zwyczajnie musiałby unikać wchodzenia w przestrzeń nad Bałtykiem. Co ograniczałoby mu pole tak obserwacji jak i dokonywania misji bojowych w obawie przez poniesieniem znacznych strat.

Pomyślmy teraz, jaki potencjał odstraszający (jeszcze przed wybuchem wojny) miałyby tego rodzaju zdolności Polaków. To jednak, dopiero najszybciej za ok. 10-12 lat… Ponieważ w tej chwili, MW to pływający skansen, o czym poniżej.

Zanim jednak przejdziemy do tego, czym MW dysponuje, warto zerknąć na wywiad z kontradmirałem Mirosławem Ogrodniczukiem, po przeczytaniu którego od razu widać jaką wartość mają czasami raporty think-tanków podpisywane przez osoby o tytułach profesorskich, jeśli chodzi o ich pokrycie z rzeczywistością oraz doświadczeniem osób, które się na materii dobrze znają. Kontradmirał w wywiadzie tym przejechał się jak po łysej kobyle po raporcie Centrum Analiz Strategicznych i Bezpieczeństwa z 2019, w którym dokonano teoretycznych symulacji walki fregat , a następnie wyciągnięto wniosek, że nie nadają się na Bałtyk…

 

Okręty w służbie – Oliver Hazard Perry

OHP (Oliver Hazzard Perry) – ORP „gen. T. Kościuszko”

Polska Marynarka Wojenna posiada dwie fregaty rakietowe typu Oliver Hazard Perry, podarowane Polsce przez Stany Zjednoczone w 2000 roku i 2002 roku. Już wówczas dla Amerykanów były to jednostki przestarzałe (zbudowane w 1980 roku). Są to jednostki o uniwersalnym przeznaczeniu, do zwalczania celów powietrznych, nawodnych oraz podwodnych. Wyporność okrętów to blisko 3,5 tys. ton i każdy z nich może zabrać na pokład po 2 śmigłowce. Wadą tych leciwych jednostek np. stary dwuwspółrzędny (zamiast trójwspółrzędnego) radar obserwacji przestrzeni powietrznej dalekiego zasięgu o maksymalnym zasięgu do 480 km, a także radar obserwacji powierzchni morza. Każda fregata posiada również po dwa sonary różnego typu w celu wykrywania okrętów podwodnych – te na szczęście wymieniono i są nowoczesne. Fregaty posiadają ponadto zmodernizowane systemy walki elektronicznej oraz zakłócania, a także wyrzutnie celów pozorowanych oraz holowaną pułapkę przeciwtorpedową.

Wielką słabością Oliver Hazard Perry okazała się być jednoprowadnicowa wyrzutnia pocisków przeciwlotniczych średniego zasięgu RIM-66 Standard SM-1MR, która służy równocześnie do wystrzeliwania pocisków przeciwokrętowych. Oznacza to, że w przypadku zmasowanego ataku lotniczego (lub rakiet przeciwokrętowych), wyrzutnia może wystrzeliwać pociski tylko jeden po drugim – zamiast salwami. Trwa to dosyć długo. Podobnie sprawa ma się z walką przeciwko innym okrętom. Nie można odpalić salwy zdolnej przeciążyć systemy obronne przeciwnika. OHP musi wystrzeliwać rakiety pojedynczo. Przy dobrze bronionych okrętach przeciwnika, jest to dramat. Jeszcze gorzej sprawa wygląda w przypadku zaistnienia potrzeby walki jednocześnie i z okrętami i samolotami wroga. Ta sama jedna prowadnica musiałaby wystrzeliwać na przemian pojedyncze pociski przeciwlotnicze oraz przeciw-okrętowe (Amerykanie rozwiązali ten problem konstruując wersję rakiety RIM-66C/D zdolną razić okręty). Polskie fregaty nie posiadają już tego problemu, ponieważ nie dysponują ani pociskami OPL (RIM-66 straciły resurs) ani pociskami przeciw-okrętowymi… Innymi słowy w zasadzie z „fregaty”, mają już tylko nazwę i wyporność.

Silną stroną jednostek są ich wymienione na nowsze armaty kalibru 76 mm o dużej szybkostrzelności (100 strzałów/min) oraz donośności (8 km a przeciw celom powietrznym 5 km). Okręty są ponadto wyposażone w system obrony bezpośredniej  (CIWS) Vulcan Phalanx Mk15 z armatą kal. 20 mm o szybkostrzelności 3000 strzałów/minutę. Niemniej jedna stara armata CIWS to zdecydowanie za mało by obronić tej klas okręt przed napadem powietrznym.

Przeciw okrętom podwodnym fregaty mogą z kolei użyć potrójnych wyrzutni torped. Polska zakupiła nowe torpedy MU-90 Impact kalibru 323,7 mm, które są całkiem niezłą bronią francusko-włoskiej produkcji.

Podsumowując, polskie OHP są w tej chwili zdolne do podjęcia walki przeciwko okrętom podwodnym oraz przeciw niewielkim jednostkom nawodnym przeciwnika, do których można by było bezpiecznie podpłynąć i razić je z armaty. Natomiast nie posiadają potencjału odstraszania okrętów o większej wyporności (tj. choćby korwety, o fregatach czy niszczycielach nie wspominając). „Gen. K. Pułaski” i „gen. T. Kościuszko” mogą w ograniczonym zakresie wykrywać (ale już nie zwalczać) wrogie lotnictwo i są raczej bezbronne w wobec ataku pociskami przeciw-okrętowymi. Innymi słowy, jednostki te kompletnie nie spełniają roli, jaką powinny pełnić okręty tego typu (czyli stawianie A2AD na każdej z płaszczyzn: powietrzne, nawierzchnia oraz pod powierzchnią). Są stare a ich modernizacja nie ma wielkiego sensu bo i tak nie zwiększałaby mocno potencjału bojowego (z uwagi na fatalny system wyrzutni). W mojej osobistej ocenie, bardzo dobrze się stało, że Polska nie nabyła australijskich OHP (choć te były zmodernizowane i po remoncie). To rozwiązanie pomostowe z pewnością oddaliłoby zapowiedziany już program Miecznik (który i tak będzie realizowany bardzo długo i szkoda, że w systemie 1 + 2 a nie trzech budowanych fregat na raz). Jednocześnie OHP – nawet modernizowane – mają poważne ograniczenia jeśli chodzi o walkę z okrętami podobnej klasy, a jednocześnie nie są również najdoskonalsze w zwalczaniu celów powietrznych. Dawniej były to bardzo nowoczesne okręty, niemniej dziś są raczej zaprzeczeniem tego, jakie powinny być fregaty i jakie zdolności powinny posiadać na współczesnym polu walki.

 

Korwety

ORP Kaszub

Formalnie, Marynarka Wojenna RP dysponuje tylko jednym okrętem klasy korweta, zwodowanym jeszcze w 1985 roku. ORP „Kaszub” (proj. 620) został stworzony w celu zwalczania okrętów podwodnych. Wyporność jednostki wynosi 1051 ton, a załogę stanowi 80 marynarzy. Okręt uzbrojony został w uniwersalną armatę kalibru 76,2 mm AK-176M, która może razić cele morskie, lądowe oraz teoretycznie również powietrzne w tym pociski przeciw-okrętowe (co ułatwia spora szybkostrzelność). Jest to bardzo udana choć już wiekowa konstrukcja. Armata wciąż jest jednak produkowana i z powodzeniem mogłaby służyć na nowoczesnym polu walki. Mogłaby, gdyby nie fakt, że akurat polski okręt nie jest wyposażony w radar, który powinien kierować ogniem AK-176M. W tej sytuacji, o skutecznym zwalczaniu celów powietrznych za jej pomocą nie może być mowy.

Dlatego główną ochronę powietrzną Kaszubowi ma zapewniać zamontowana w 2016 roku nowoczesna armata Tryton kalibru 35 mm (zasięg co najmniej 4 km) a także dwa stare działka plot ZU-23-2M kalibru 23 mm, co w efekcie sprawia, że okręt jest podatny na atak z powietrzna.

Głównym uzbrojeniem Kaszuba – oprócz armaty AK-176M, są cztery wyrzutnie torped przeciwpodwodnych kalibru 533,4 mm, a także dwie dwunastoprowadnicowe wyrzutnie rakietowych bomb głębinowych. Dodatkowo okręt posiada dwa tory minowe.

Świadomość sytuacyjną mają zapewnić m.in. stacja radiolokacyjna obserwacji okrężnej i wykrywania celów o zasięgu 80 km, radary nawigacyjne, a także stacje hydrolokacyjne oraz hydroakustyczne do wykrywania okrętów podwodnych.

Choć jednostka ma już swoje lata, to jednak wciąż jest zdolna wykonywać swoje główne zadanie polegające na wykrywaniu i zwalczaniu OP. Niemniej, w starciu z okrętami nawodnymi lub w przypadku napadu lotniczego, pozbawiony ochrony silniejszych jednostkek ORP Kaszub  nie miałby wiele szans.

ORP „Ślązak”

Dość specyficzną jednostką jest z kolei zwodowana w 2015 roku ale ukończona i wprowadzona do służby dopiero w 2019 roku polska korweta patrolowa ORP „Ślązak”. Okręt pierwotnie budowano jako wielozadaniową korwetę, niemniej z powodu cięć budżetowych nie wyposażono go w systemy uzbrojenia wymagane dla jednostek tej klasy. Dlatego okręt o dość sporej wyporności 2200 ton oraz niemal stuosobowej załodze, dysponuje jedynie armatą OTO Melara kalibru 76 mm oraz dwiema defensywnymi armatami Marlin-WS kalibru 30 mm przeznaczonymi do zwalczania celów powietrznych. By zwiększyć potencjał obrony przeciwlotniczej, na wyposażeniu załogi znajdują się jeszcze 4 przenośne wyrzutnie pocisków PPZR Grom, które marynarze musieliby odpalać z ramienia. Korweta posiada lotnisko dla śmigłowca.

Pierwotne założenie było takie, by Gawrony (proj. 621 oparty o niemiecką konstrukcję MEKOA -100) zostały przezbrojenie jeszcze w 4 lub 6 wyrzutni szwedzkich pocisków przeciwokrętowych, jedną wyrzutnię rakiet  przeciwlotniczych krótkiego zasięgu RAM (Rolling Airframe Missiles – niezwykle skutecznych rakiet obrony okrętu przed pociskami przeciwokrętowymi oraz lotnictwem), a także 2 potrójne wyrzutnie przeciwpodwodnych torped kalibru 324 mm.  Innymi słowy, Gawron mógłby zwalczać okręty nawodne, podwodne, a także miałby niezłą obronę powietrzną. Planowano zbudowanie 7 takich okrętów, program jednak wstrzymano.

Wskazać należy, że sam okręt zbudowany przez polskie stocznie jest jednostką dość nowoczesną i spełniającą wymogi nowoczesnego pola walki. Problemem w niekończącej się budowie jednostki były środki budżetowe. W efekcie realizacja projektu przeciągała się, a ostatecznie doprowadziła do okrojenia okrętu z najważniejszego uzbrojenia. Niemniej, należy wskazać, że ORP „Ślązak” mógłby zostać z powodzeniem dozbrojony w systemy, które pierwotnie miały zostać na nim zamontowane lub inne zamienniki. Tym samym, przy odpowiedniej inwestycji, mógłby stać się pełnoprawnym okrętem bojowym o wielofunkcyjnym przeznaczeniu. Co istotne, gdyby Polska zrealizowała swojego czasu program Gawron i doprowadziła do wprowadzenia do służby wszystkich 7 korwet, wówczas z pewnością nie musielibyśmy myśleć o programie Miecznik. Choć podkreślenia wymaga fakt, że Gawrony nie dysponowałyby odpowiednim potencjałem OPL zdolnym do krycia innych jednostek lub nawet całych stref. Mogłyby raczej myśleć tylko o obronie własnej i byłyby podatne na atak dokonany przez przeciwnika dysponującego przewagą liczebną. Tak jeśli chodzi o wrogie okręty nawodne jak i lotnictwo.

W chwili obecnej silną stroną „Ślązaka” jest jego radar o sporym maksymalnym zasięgu 250 km oraz możliwości śledzenia nawet 500 obiektów jednocześnie. Tym samym okręt pełni funkcję systemu wczesnego ostrzegania obrony przeciwlotniczej. Oprócz tego oraz radarów nawigacyjnych, korweta patrolowa posiada również niezły sonar nawigacyjno-ostrzegawczy, dzięki któremu może wykryć m.in. zbliżające się torpedy lub rozmieszczone miny morskie.

Na szczęście w kwietniu 2021 pojawiła się informacja, że „Ślązak” ma zostać dozbrojony oraz osiągnąć potencjał bojowy pełnoprawnej korwety.  Nie znamy jednak jeszcze szczegółów tego zadania.

Na koniec należy odnotować, że z uwagi na podpisanie umowy na dostawę trzech fregat, nie należy się spodziewać kolejnych korwet (i w zasadzie jest to racjonalne). Choć z pewnością byłyby świetnym wsparciem (jako okręty dedykowane do konkretnych zadań), to jednak ich koszt byłby zbyt wielki przy uwzględnieniu faktu, jaki potencjał dadzą nam fregaty. Polska flota powinna być skrojona na naszą miarę i wyzwania, przy akceptacji priorytetów znajdujących się w domenach lądowych, powietrznych, a także np. w cyberprzestrzeni. Co nie zmienia faktu, że ¼ polskiej granicy to wybrzeże, nad którym znajdują się strategiczne dla państwa i jego gospodarki obiekty.

 

Małe okręty rakietowe

Mały okręt rakietowy typu Orkan

MW RP posiada trzy okręty rakietowe typu Orkan wprowadzane do służby w latach 1992-1994. Jednostki mają wyporność 369 ton i są obsługiwane przez 37 osobową załogę. Na uzbrojenie okrętu składa się armata morska kalibru 76,2 mm oraz armata przeciwlotnicza kalibru 30 mm, a także dwa karabiny maszynowe kal. 12,7 mm. Okręt posiada więc znikome możliwości obrony przez napadem powietrznym. Ma natomiast potencjał do ostrzeliwania jednostek morskich oraz celów na lądzie. Głównym uzbrojeniem okrętów są wyrzutnie rakiet przeciw-okrętowych. Na każdym Orkanie zamontowano 8 kontenerów-wyrzutni szwedzkich manewrujących pocisków przeciwokrętowych krótkiego zasięgu RBS 15 Mk 3. Wszystkie wyrzutnie są  skierowane  w jedną stronę, tak więc jeden okręt może odpalić salwę aż ośmiu pocisków niemal jednocześnie w kierunku jednego celu. Przy trzech kooperujących jednostkach salwa wyniosłaby więc aż 24 pociski co przy jednostkach starszych i gorzej chronionych przed pociskami rakietowymi, stanowi spore zagrożenie.  Pociski namierzane są radarem a ich zasięg sięga 200 km. Oprócz okrętów, mogą również razić cele lądowe (głowica waży 200 kg). RBS 15 Mk 3 to zupełnie niezłe pociski używane nie tylko przez polską, ale i szwedzką oraz niemiecką flotę. Używane są także przez szwedzkie lotnictwo (wersja F jest podwieszana) a także w systemach wyrzutni lądowych. Niewątpliwie, Orkany należy uznać za wartościowe uzupełnienie floty wojennej, jako środek do zwalczania wrogich okrętów nawodnych, jednak wymagają eskorty jednostek zdolnych obronić je przed atakiem z powietrza. W przeciwnym razie stanowiłyby łatwy łup dla lotnictwa przeciwnika. Okręty mają już też swoje lata i limit modernizacyjny.

Małe okręty z wyrzutniami przeciw-okrętowymi to broń jednostrzałowa. Walka tych jednostek polega na tym, że okręt oddaje najczęściej całą salwę (by przeciążyć OPL przeciwnika) w jeden cel. Następnie kompletnie traci użyteczność w walce morskiej ponieważ musi się wycofać w celu załadowania wyrzutni. Innymi słowy, te okręt nadają się tylko do działań „hit & run” a nie do zabezpieczania danej strefy w celu odstraszania przeciwnika. Ponieważ nie mają odpowiednich systemów OPL i radarów, to bez osłony fregaty nie tylko nie mogłyby realizować tego drugiego członku (run), ale i nawet pierwszego. Ponieważ zostałyby zatopione przez wrogie lotnictwo lub jednostki nawodne. Decydowanie się na małe okręty w miejsce fregat to tak jakby do nocnej walki piechoty w okopach wysłać trzech ludzi z rewolwerami bez zapasu amunicji zamiast jednego żołnierza wyposażonego w noktowizję, hełm, kamizelkę kuloodporną oraz uzbrojonego w nowoczesny karabinek maszynowy z granatnikiem, zapasem magazynków, bagnetem, kolimatorem i latarką. Z pewnością w przypadku rewolwerowców koszt wyszedłby znikomy, ale efekt byłby jeszcze bardziej nikczemny.

Wydaje się, że Polska powinna – w celu zastąpienia przedmiotowych jednostek – uruchomić program zakupu pocisków przeciw-okrętowych dla F-35. Tak by te wespół z fregatami mogły wspólnie dokonywać saturacyjnych ataków rakietowych na wrogie okręty nawodne w celu zniwelowania ewentualnej przewagi liczebne przeciwnika. Byłaby to najtańsza opcja wparcia Marynarki Wojennej. Lotnictwo mogłoby znacznie szybkiej wrócić na pole walki z uzupełnionymi pociskami przeciw-okrętową. Ewentualnie, przy posiadaniu większych środków można by zainwestować w specjalne śmigłowce do walki przeciw-okrętowej (operujące z brzegu). Zakup  „tanich” choć i tak droższych niż ww. rozwiązania okrętów rakietowych nie jest konieczne, ponieważ osadzanie bardzo drogich wyrzutni i pocisków przeciw-okrętowych na jednostkach łatwych do zatopienia i mniej mobilnych niż rozwiązania lotnicze jest słabą opcją w relacji koszt/efekt. Niemniej, pojawiła się informacja o tym, że w Planie Modernizacji Technicznej uwzględniono program Murena, który ma zadbać o zastąpienie Orkanów.

 

Okręty podwodne

ORP „Orzeł” typu Kilo

Polscy podwodniacy przechodzą trudny moment, który trwa już ponad dekadę. Flota podwodna została ograniczona do jednego okrętu ORP Orzeł typu proj. 877 (NATO: Kilo). Okręt pomimo remontu, nie posiada żadnej wartości bojowej. Wszystko z uwagi na zepsute wyrzutnie torped. W maju 2021 roku podpisano umowę na ich naprawę co ma przywrócić jednostce zdolność operacyjną. Okręty typu Kilo okazały się udanymi konstrukcjami, niemniej polski Orzeł został wprowadzony do służby jeszcze 1986 roku. Tak więc jednostka ma już swoje lata. Wyporność okrętu na powierzchni to 2460 ton, a jego głównym uzbrojeniem jest 18 torped (wystrzeliwanych z 6 wyrzutni kalibru 533 mm) oraz do 24 min. Okręt może teoretycznie zanurzyć się na głębokość nawet 300 metrów, choć rzeczywistość z pewnością wygląda znacznie gorzej. Załoga liczy sobie 60 osób. Trzeba zdawać sobie sprawę z faktu, że ORP Orzeł pozostaje w służbie głównie w celach szkoleniowych by nie zatracić zupełnie zdolności do szkolenia marynarzy na okręty podwodne. Niemniej, jeśli MON nie zadba o pilny – jak najszybszy – zakup nowych jednostek, potencjał ten może zostać utracony. Co w konsekwencji będzie oznaczało znacznie większe koszty wprowadzenia nowych okrętów (od początku będzie trzeba zadbać o system szkolenia, kadry instruktorskie, zaplecze, serwis etc.).

Wskazać należy, że program modernizacji technicznej przewiduje pozyskanie – w ramach programu Orka – dwóch nowych okrętów podwodnych do 2034 roku. Jak widać, już przy tym jednym zdaniu pojawia się wiele wątpliwości. Po pierwsze program Orka jest jednym z najdłuższej wlekących się polskich programów zbrojeniowych w XXI wieku. Po drugie rok 2034. Po trzeci – dwie sztuki. Wydaje się, że dla kraju takiego jak Polska (o charakterystyce wybrzeża, infrastrukturze morskiej etc.) przyzwoite minimum to trzy OP. Po drugie nie do 2034, a w zasadzie na wczoraj. Problem w tym, że uzbrojenie nie czeka na półce na potencjalnego nabywcę. Trzeba je zamawiać z wyprzedzeniem. Im bardziej skomplikowane, tym okres oczekiwania jest dłuższy, chyba że trafi się na jakąś okazję (np. inne państwo zrezygnuje z już realizowanego kontraktu). Oczywiście nie potrzebujemy wielkich jednostek atomowych, tylko mniejszych, konwencjonalnych okrętów pasujących do warunków panujących na Bałtyku.

Nowoczesne OP zwiększyłyby potencjał odstraszania całych Sił Zbrojnych RP, jak również siłę samej Marynarki Wojennej. Zwiększyłyby również spektrum zadań, jakie polskie siły zbrojne mogłyby podjąć w razie pojawienia się takiej konieczności lub okazji. Od rozpoznawczych, po minowe (w skryciu) przez walkę z konwojami oraz okrętami przeciwnika. Można sobie wyobrazić np. współpracujące polskie OP z np. fińskimi lub szwedzkimi jednostkami w celu zablokowania wyjścia z Zatoki Fińskiej. Lub podejmowanie działań hybrydowych – pod progiem wojny, tj. skryte przecięcie podwodnych rurociągów… Samo demonstrowanie takiej zdolności i gotowości z pewnością byłoby istotnym czynnikiem w wojnie psychologicznej (moglibyśmy np. mieć odpowiedź na podobne groźby wyrażone w stosunku do Baltic Pipe).

Warto również odnieść się do innej koncepcji promowanej przez ostatnich kilka lat w śrowisku geopolitycznym, tj. zakupu okrętów podwodnych z wyrzutniami pocisków rakietowych mogących razić cele na lądzie, co miałoby teoretycznie zwiększyć potencjał odstraszania przeciwnika jeszcze przed wybuchem konfliktu. Wskazać należy na wielkie słabości tego pomysłu. Bowiem okręty takie są bardzo drogie (podobnie jak pociski rakietowe do nich). Co za tym idzie, na dość ciasnym pod wodą Bałtyku miałyby problem z uniknięciem wrogich OP przeznaczonych do „polowania”. Tymczasem tak drogich i większych gabarytowo jednostek nie używa się do walki podwodnej z mniejszymi okrętami podwodnymi z uwagi na ryzyko utraty bardzo kosztownej jednostki. Co za tym idzie, OP z wyrzutniami w zasadzie nie specjalnie wzmocniłby polską flotę w czasie wojny i nie brałby udziału w walce o dominację na Bałtyku. Drugi problem polega na tym, że by przełamać (atakiem saturacyjnym) rosyjskie systemy OPL rozmieszczone wokół strategicznych miast (tj. Petersburg wskazywany przez JB jako ewentualny cel ataku) , potrzeba by było nie dwóch, a co najmniej 6-7 takich okrętów, które mogłyby puścić odpowiednio liczną salwę w kierunku celu. Tak by choćby część pocisków przedarła się przez obronę i raziła cele. W efekcie, jak wskazują specjaliści (m.in. wyżej wspomniany kontradmirał w linkowanym wywiadzie) postulowany przez laików zakup dwóch drogich okrętów podwodnych z wyrzutniami rakiet byłby kompletną stratą pieniędzy. Okręty nie pomogłyby w walce podwodnej, a w dodatku byłyby wielkie wątpliwości czy ich atak rakietowy przełamałby wrogą obronę OPL i wyrządził zakładane szkody.  

Jeśli Polska może gdzieś oszczędzić na Marynarce Wojennej, to właśnie na tym, by zakupić tradycyjne OP, a nie na fregatach posiadających ogromny potencjał tak w czasie pokoju jak i wojny.

Warto odnotować, że pomysł, by w odpowiedzi na zagrożenie rakietowe ze strony Federacji Rosyjskiej (jednej z dwóch największych potęg światowych jeśli chodzi o zdolności uderzenia rakietowego) zakupić własne dwa okręty z wyrzutniami rakiet jest próbą symetrycznej odpowiedzi w sferze, w której nie mamy szans nawet nawiązać do przewagi przeciwnika. Wyraźna jest więc tutaj wewnętrzna sprzeczność promowanych rozwiązań przez niektóre ośrodki think-tankowe (które promują asymetryczność w budowaniu SZ RP). Pomijając fakt, że potencjał odstraszania ze strony dwóch OP i ich pocisków rakietowych jest w zasadzie znikomy. Zamiast wysyłać pociski rakietowe na np.  daleki Petersburg, lepiej byłoby zakupić choćby więcej wyrzutni HIMARS albo pocisków JASMM-ER po to, by dokonać większych, dewastujących zniszczeń na froncie. Np. w Obwodzie Kaliningradzkim. Co nie tylko miałoby potencjał odstraszania, ale i miałoby wpływ na losy działań wojennych.

 

Niszczyciele min

Jeśli można pisać o jakiejś silnej stronie Marynarki Wojennej RP, to niewątpliwie jest nią flota przeciwminowa.

ORP Kontradmirał Xawery Czernicki

Polska dysponuje nie tak starym (bo zwodowanym w 1991 roku) okrętem dowodzenia w postaci ORP Kontradmirał Xawery Czernicki. Jednostka została wybudowana w polskich stoczniach,  ma wyporność blisko 2,4 tys. ton i jest obsługiwana przez 46 os. załogę.  Służyła jako okręt transportowy dla jednostek służb specjalnych, baza, a także stanowisko dowodzenia operacjami (posiada bogatą historię misji wojennych np. w Iraku). Ostatecznie okręt został dostosowany do pełnienia funkcji jednostki dowodzenia flotą przeciw-minową. W lutym 2021 wrócił z remontu oraz modernizacji (cyfryzacja elektroniki).

Niszczyciel min typu KORMORAN II

Niewątpliwie chlubą floty oraz jednocześnie polskiego przemysłu stoczniowego są trzy nowoczesne niszczyciele min (Kormoran II). Jeden został wprowadzony do służby w 2017 roku, dwa pozostałe – już zwodowane – mają osiągnąć ten status do 2022 roku. Są to niewielkie jednostki o wyporności 830 ton, których kadłuby zostały wykonane ze stali niemagnetycznej. Zasięg jednostek to nie mniej niż 2500 mil morskich. Obsługę okrętu zapewnia 45-osobowa załoga. Okręty wyposażone są w czułe sonary, a także zdalnie sterowane pojazdy wielokrotnego lub jednorazowego użytku, a także bezzałogowce. Kormorany – z oczywistych względów wynikających z małej wyporności – nie dysponują wielkimi możliwościami bojowymi. Okręty posiadają sprzężoną armatę przeciwlotniczą ZU-23-2MR  Wróbel II kalibru 23 mm, która jest mocno przestarzała i jej efektywność jest wątpliwa. Dlatego jednostki wyposażono dodatkowo w przenośne wyrzutnie pocisków Grom, niemniej są to wyrzutnie do obsługi ręcznej. Przez marynarza…  Oprócz tego każda jednostka dysponuje trzema karabinami maszynowymi kalibru 12,7 mm. Niemniej, jednostki mają zostać wyposażone w nowoczesne i świetne armaty OSU-35k kalibru 35 mm produkcji polskiej spółek PIT-RADWAR i ZM Tarnów (na licencji Oerlikon). Armata ta jest niezwykle uniwersalna i będzie zdolna razić cele powietrzne, lądowe i morskie (zasięg poziomy 5,5 km, pułap do 3,5 km). Pozwoli to uzyskać – wciąż ograniczony – ale jednak potencjał obronny. Teoretycznie program zakłada budowę dalszych 3 okrętów w latach 2029-2031.

 

Trałowce (minowce)

trałowiec ORP „Jamno”

MW posiada 17 trałowców projektu 207 (w trzech różnych wersjach). Okręty wchodziły do służby w latach 1982-1994 i były budowane w stoczni w Gdyni. Te niewielkie jednostki o wyporności nieco ponad 200 ton służą do rozminowywania lub minowania wybranych obszarów wodnych. W tym celu wyposażone są w trały kontaktowe i niekontaktowe, jak również tory minowe do zabierania min morskich lub bomb głębinowych. Za defensywę jednostek służą stare zestawy artyleryjskie ZU-23-2 Wróbel – dwa sprzężone armaty kalibru 23 mm, jak również po 2 przenośne wyrzutnie pocisków Grom lub Strzała-2M  na okręt. Odpalanych z ramienia przez marynarza. Choć nie są to okręty najnowsze i najnowocześniejsze, to jednak posiadają potencjał do efektywnego wykonywania misji minowania lub trałowania. Jednostki te będą zastępowane przez KORMORANY, a przynajmniej taki jest długofalowy plan.

 

Okręty transportowo-minowe

okręt transportowo-minowy Lublin

W dość niezłym stanie znajduje się również flota transportowa. MW RP posiada 5 dość nowoczesnych (wejście do służby 1990-1991) okrętów transportowo-minowych projektu 767 Lublin. Są to okręty o wyporności 1675 ton, które mogą przetransportować w odkrytej ładowni do 9 czołgów podstawowych T-72/PT-91 Twardy lub 17 samochodów. Tudzież desant 135 żołnierzy z pełnym wyposażeniem. Jednostki posiadają również zdolność stawiania zapór minowych. Ciekawym rozwiązaniem jest możliwość połączenia ich ładowniami i stworzenia ciągu przelotowego. Dzięki czemu wystarczy, że jeden okręt dobije do brzegu, a reszta będzie mogła podłączyć się kolejno i zostać w ten sposób wyładowana.

 

Morska Jednostka Rakietowa

Wyrzutnia pocisków NSM na Jelczu

To zadziwiające, że jedynym nowoczesnym i bardzo niebezpiecznym dla przeciwnika systemem uzbrojenia Marynarki Wojennej są lądowe wyrzutnie świetnych norweskich pocisków przeciw-okrętowych NSM. Zostały one wprowadzone na uzbrojenie w 2013 roku. Polska posiada dwanaście sztuk tych wyrzutni, zgrupowanych w dwóch dywizjonach rakietowych. Każda wyrzutnia posiada 4 kontenery z pociskami, tak więc łączna salwa MJR wynosi 48 pocisków o zasięgu ponad 200 km. Złą informacją jest taka, że Polska dysponuje ilością rakiet potrzebnych do wystrzelenia…Półtora takiej salwy. Pociski mogą zwalczać cele znajdujące się poza horyzontem, dzięki sensorom dostarczonym wraz z wyrzutniami. Niemniej współrzędne do tych sensorów musi dostarczyć urządzenie zewnętrzne, które „widzi cel”. Wyrzutnie współpracują wprawdzie z polskimi radarami TRS-15M produkcji PIT-RAWDWAR jednak są to radary przeciw celo powietrznym, a w zakresie wykrywania jednostek morskich mają możliwość wykrycia jedynie do ok 40 km. Co oznacza, że bez zewnętrznych urządzeń radioelektronicznych namierzających cel, nie da się wykorzystać pełnego potencjału NSM.

Pociski odpalane są w trybie „wystrzel i zapomnij”. W początkowej fazie lotu kieruje nimi układ nawigacji inercyjnej oraz system GPS, a w końcowej fazie lotu samonaprowadzają się na cel dzięki podczerwieni. Dzięki czemu rakieta naprowadzana jest całkowicie pasywnie (nie przez radar) a tym samym, jest nie do wykrycia przez systemy rozpoznania radioelektronicznego. Rakiety mogą manewrować – utrzymując bardzo niski pułap tuż nad poziomem morza – co dodatkowo utrudnia ich szybkie wykrycie i zestrzelenie.

Jednocześnie warto zauważyć, że sposób walki Morskiej Jednostki Rakietowej polega na metodzie „hit & run” a raczej „fire & run” ponieważ wyrzutnia nie musi czekać na trafienie, tylko od razu po wystrzeleniu salwy powinna zmienić lokalizację pobytu (by nie zostać zniszczona) a następnie dokonać przeładowania kontenerów. Co dość ogranicza potencjał „odstraszania” okrętów wroga od brzegu. Jednocześnie wydaje się, że przydałyby się jeszcze z dwa dywizjony tego rodzaju systemów tak by móc „pokryć” Zatokę Gdańską (2 dyw.) oraz zabezpieczyć wybrzeże w okolicy Świnoujścia (1 dyw). Dodatkowo jeden dywizjon mógłby zostać w ukryciu rozmieszczony przez konfliktem np. u sojusznika w celu kontrolowania newralgicznych miejsc (vide polska demonstracja MJR w Estonii, skąd można kontrolować wyjście z Zatoki Fińskiej). Tym samym, osobiście jestem zdania, że posiadany potencjał w opisywanym zakresie należy podwoić, jak również zadbać o lepsze sensory oraz większą ilość efektorów (pocisków).

 

Podsumowanie Marynarka Wojenna

Faktem jest, że w razie pełnoskalowego konfliktu zbrojnego, losy wojny obronnej Polski rozstrzygną się na lądzie. Jednak osobom, które twierdzą, że na Marynarkę Wojenną szkoda wielkich środków pieniężnych należy przypomnieć, że na ten cel rocznie z budżetu obronnego przeznacza się zaledwie kilka procent. Wynagrodzenia MW stanowią ok. 9% wynagrodzeń w całych Siłach Zbrojnych co jest marginalnie wyższym wynikiem niż w przypadku WOT. Jeśli weźmiemy pod uwagę cały budżet wraz modernizacją techniczną (gdzie w ostatnim dziesięcioleciu zainwestowaliśmy tylko w 3 niszczyciele min i 1 patrolową korwetę „Ślązak” oraz śmigłowce ZOP), to procentowy udział wydatków na Marynarkę Wojenną będzie znacznie, znacznie mniejszy. Przykładowo kormorany kosztowały nas miliard złotych i były budowane przez kilka lat (a więc wydatek rozłożony na lata). Dla porównania budżet obronny Polski na jeden tylko rok 2021 wynosi ponad 50 mld złotych.

W świetle tych danych oczywistym jest, że Polska dysponująca licznymi strategicznymi obiektami infrastruktury położonymi na wybrzeżu, zwyczajnie musi zadbać o bezpieczeństwo swojej całej północnej granicy. Bo tak to należy ująć. Musimy zainwestować w zabezpieczenie szlaków morskich, którędy mogą do nas płynąć w czasie W dostawy ropy, gazu, uzbrojenia i innego rodzaju zaopatrzenia. Potrzebujemy mieć zdolność dozorowania Baltic Pipe, ale i np. przerwania Nord Streamu. Jeśli chcemy mieć cień szansy na pozyskanie takiego sojusznika jak Szwecja, to musimy Szwedom pokazać, że nie wciągamy ich jako „mięso armatnie” w wojnę na Bałtyku, a sami posiadamy odpowiedni potencjał by wspólnie – przy minimalnych kosztach dzięki przewadze – wyprzeć Rosjan z tego akwenu! Bez odpowiedniego potencjału Marynarki Wojennej, sny o ewentualnej szwedzkiej ( i nie tylko) pomocy pozostaną fantazją! Tak więc odpowiednio silna (choć nie koniecznie liczna/wielka) flota ma również znaczenie geopolityczne oraz polityczne dla Polski! Osoby zajmujące się tego rodzaju tematyką powinny to rozumieć lepiej niż inny.

Ponadto modernizację Marynarki Wojennej należy traktować nie tylko jako inwestycję w obronę granicy morskiej, wybrzeża, szlaków morskich oraz infrastruktury. Co należy ciągle podkreślać, nowe i groźne morskie systemy bojowe zwyczajnie zwiększają potencjał Sił Zbrojnych jako taki. Tak w zakresie odstraszania i walki pod progiem wojny, ale i w zakresie wykonywania misji ofensywnych. Gdyby pojawiły się po temu dobre warunki i odpowiednia okazja (a nigdy nic nie wiadomo), dobrze byłoby mieć czym zablokować kaliningradzki port, zaminować wyjście Zatoki Fińskiej, lub zdobyć przewagę na Bałtyku. Tak w powietrzu jak i w wodzie.

Wyobraźmy sobie potencjał Sił Zbrojnych RP polegający na zmasowanym ataku rakietowym na cele w Obwodu Kaliningradzkiego od strony lądu (np. 3 baterie HIMARS), powietrza (F-35 i F-16 + JASSM ER) oraz morza (Fregaty + OP + mniejsze okręty rakietowe). Przy takim potencjale Kaliningrad staje się politycznym zakładnikiem, a Rosjanie zaczynają kalkulować czy zamiast rozmieszczania tam drogich i groźnych dla Polski systemów – nie uciec nimi z zagrożonego rejonu. Dotyczy to między innymi okrętów, drogich systemów rakietowych, ale i lotnictwa , które być może musiałoby zostać przebazowane w głąb kraju. A tym samym zmniejszyłoby to zagrożenie dla polskiej floty i jeszcze bardziej ułatwiłoby jej zdobycie przewagi na ważnych dla nas obszarach Bałtyku!

Tak właśnie należy myśleć. KOMPLESKOWO. Siły Zbrojne jako jeden współgrający potencjał, a nie jako oderwane od siebie niezależne siły lądowe,  marynarki, lotnictwa, cyber etc. Łączny potencjał we wszystkich tych domenach znacznie przewyższa zsumowane możliwości każdego z rodzajów sił zbrojnych z osobna. Należy o tym pamiętać i wiedzą to doskonale wojskowi (i najwyraźniej ludzie z MON-u też) – co widać po realizowanych oraz planowanych programach zbrojeniowych. Można się czepiać, że w danym programie zakupiono ten lub inny sprzęt po takiej a nie innej cenie, ale co do założeń budowy i wzmacniania potencjału SZ RP – plan modernizacyjny został przygotowany przez specjalistów z dziedziny w sposób przemyślany. A nie na podstawie prezentacji zrobionej przez laika lub polityka.

Osobiście z dużą ulgą przyjąłem informację, że MF i MON są zdania, że Polskę stać na nowoczesną Marynarkę Wojenną. Ponieważ sam miałem w tym zakresie wątpliwości, niemniej to ludzie analizujący polską gospodarkę i budżet najlepiej potrafią policzyć, co, kiedy i czy w ogóle można sfinansować. Decyzję o tym by do 2035 roku wydać 60 mld złotych na nowe okręty wojenne trzeba uznać za świetną informację (tak jakby przeznaczyć na MW jedynie 1 cały z 15 przyszłych budżetów na zbrojenia). Już widać, że nie będzie to się odbywało kosztem bardziej priorytetowych programów, bowiem sporo z nich – jak NAREW – już została pchnięta do realizacji. 60 mld zł wydaje się kwotą sporą i wystarczającą na kompletną wymianę wszystkich przestarzałych jednostek MW. Warto jednak pamiętać, że zostanie to rozłożone na 15 lat co daje średnio 4 mld zł wydatków na modernizację marynarki na rok. To naprawdę wiele zmieni w MW, natomiast nie powinno wpłynąć na zmniejszenie potencjału innego rodzaju sił.

Przypomnijmy jednocześnie, że w obliczu zapaści w rosyjskiej flocie, nierozsądnym byłoby niewykorzystanie nadarzającej się okazji, by relatywnie tanim kosztem móc uzyskać przewagę na Bałtyku i zabezpieczyć sobie całą północą granicę kraju wraz z newralgiczną infrastrukturą tam zlokalizowaną. To jest właśnie asymetryczność. Jeśli przeciwnik posiada słabość (np. we flocie i rozpoznaniu), to należy tą słabość wykorzystać, a nie oddawać mu pola w taki sposób, by mógł najtańszym możliwym kosztem (przy pomocy skansenu jakim jest Flota Bałtycka) uzyskać ogromne możliwości działania i zagrażania państwu z danego kierunku i w konkretnych dziedzinach (woda/powietrze). Jeśli przeciwnik ma zbyt liczne i wielkie Siły Zbrojne by je całe zmodernizować, to należy stawiać na uzbrojenie w wysokiej technologii, które daje potencjał czasem nawet bezkosztowego (bez strat własnych) zniszczenia jednostek przeciwnika. 

Na sam koniec – formułując ogólne wnioski końcowe – nie można przejść obojętnie wobec postulatu, by nie inwestować w „drogie” (to pojęcie relatywne) uzbrojenie, a z drugiej strony by przyjmować na klatę uderzenie w infrastrukturę. Obiekty, których brak może uderzyć w całą 38 milionową populację i cofnąć kraj do 1945 roku – gdy wielkim wysiłkiem będzie znów trzeba odbudowywać wszystko od nowa.

Gospodarka zbuduje nową bombę. Bomba nie odbuduje gospodarki. Wystawianie kraju na cios, przy założeniu, że armię należy schować w lasach – jest absurdem z punktu widzenia samego konceptu istnienia sił zbrojnych. Siły zbrojne i sprzęt wojskowy są właśnie od tego, by ściągać na siebie dewastujące ataki przeciwnika i odciągnąć je od sfery cywilnej.

Dlatego znacznie lepiej jest wydać środki na drogi sprzęt (jak Patrioty, F-35, fregaty, HIMARSy, czołgi) w celu zmaksymalizowania przeciwnikowi ryzyka wejścia do wojny, niż stawianie na bieda armię. Pochowaną w lasach, która wprawdzie przetrwa nietknięta pierwszy zmasowany atak, ale już nie będzie miała czego bronić. A przeciwnik nie będzie miał już po co „wchodzić” na terytorium naszego kraju. Bez bezkosztowo zdewastował go i zmusił władze oraz społeczeństwo do politycznej kapitulacji.

Niniejszy artykuł został napisany w celu jednoznacznego obalenia szkodliwych, a rozprzestrzeniających się w społeczeństwie mitów. Jeśli uważasz, że jest wartościowy, podziel się nim z osobami zainteresowanymi tematem tak jak Ty. Lub po prostu podejmij walkę o większą świadomość osób powielających niezweryfikowane „wrzutki”, które nigdy nie zostały uzasadnione, a które stały się niczym prawdy objawione.  

Oczywiście, wszelkie uwagi do tekstu mile widziane. Nie jestem ekspertem z dziedziny, a zwyczajnie poświęciłem kilka dni (a raczej nocy) by się dowiedzieć wszystkiego w większych szczegółach a następnie przekazać zdobyte informacje dalej.

 

Krzysztof Wojczal

geopolityka, polityka, gospodarka, prawo, podatki – blog

 

TRZECIA DEKADA. Świat dziś i za 10 lat

Pozostałe źródła:

https://www.wojsko-polskie.pl/2slt/F16-block52/

https://www.defence24.pl/polskie-f-16-z-pociskami-jassm-pierwsza-dostawa

http://dziennikzbrojny.pl/artykuly/art,6,29,11084,lotnictwo,uzbrojenie,dostawy-rakiet-jassm-i-jassm-er-dla-polskich-f-16

http://www.radary.az.pl/f-16_radar.php




https://www.quora.com/How-does-the-R-77-compare-to-the-AIM-120-AMRAAM

https://www.defence24.pl/walka-su-35-z-rafale-wygrywa-rafale-komentarz

https://radar.rp.pl/przemysl-obronny/art17508441-wszystkie-grzechy-f-35

https://zbiam.pl/artykuly/fregaty-dobre-na-wszystko/

https://fragout.uberflip.com/i/1185706-frag-out-magazine-27-pl/101?fbclid=IwAR0amqQQ4xSaMfaGJCWEtAttyVSGlbfUFxoURj8Jw7_HYg_2RtLhq4NCC4w

http://dziennikzbrojny.pl/artykuly/art,10,51,11538,komentarze,1,fregaty-miecznik-na-dobrym-kursie

https://www.defence24.pl/walka-su-35-z-rafale-wygrywa-rafale-komentarz

http://www.radary.az.pl/erieye.php

https://milmag.pl/wybory-a-marynarka-wojenna-rp/

https://www.defence24.pl/nsm--wielozadaniowy-pocisk-przeciwokretowy

https://www.defence24.pl/walka-elektroniczna-niechciane-dziecko-polskiej-armii-analiza

https://www.defence24.pl/walka-radioelektroniczna-rosyjska-odpowiedzia-na-przewage-nato-analiza