Bon Turystyczny – szkodliwy program „wsparcia”

12 maja media obiegła informacja, iż rząd, w ramach wsparcia branży turystycznej, zamierza wprowadzić bon turystyczny o wartości 1000 zł. Czyli nic innego jak „kartkę” na wakacje dla pracowników zatrudnionych na etacie, których zarobki są mniejsze niż przeciętne wynagrodzenie (ok. 5300 zł brutto). Na program ten państwo ma przeznaczyć 7 mld złotych i wygląda na to, że rząd poważnie przymierza się do jego przeprowadzenia (bowiem temat jest wciąż aktualny). Wg słów minister rozwoju Jadwigi Emilewicz:

 

Tak jak w wielu zakładach pracy pracownicy dostają w okolicach świąt bony od swoich pracodawców, tak my w podobnej strukturze chcemy, żeby pracodawcy mogli taki bon zafundować swoim pracownikom. Nie będziemy sięgać do kieszeni pracodawców, bo ten rok nie jest rokiem na to, żeby zmuszać pracodawców do wzmożonych wydatków

 

Przedsiębiorcy zapewne z wielką ulgą przyjmą taką wielką łaskę  (nie sięgania w tym roku do ich  kieszeni) dziękuję. Choć i tutaj tkwi haczyk, bowiem państwo ma finansować 90% bonów, a 10% i tak pokryje pracodawca. To tak, żeby pracodawcy nie czuli się nazbyt wspaniałomyślnie potraktowani. Oczywiście proporcje z roku na rok mają  się zmieniać na korzyść państwa.

Niemniej, zagadnienie to wymaga analizy możliwie najbardziej szerokiej, a nie uwzględniającej tylko i wyłącznie prywatny portfel przedsiębiorców. Należy sobie przede wszystkim odpowiedzieć na pytanie, jakie są cele tego programu społeczno-gospodarczego, czy taka forma pomocy będzie efektywna i jakie będą się z nią wiązać konsekwencje?

I na wstępie chciałbym zastrzec, iż artykuł jest pisany z perspektywy osoby, która broniła przezornej polityki rządu w postaci wprowadzania kolejnych obostrzeń związanych z pandemią COVID-19, a także, która dość pozytywnie ocenia program TARCZY ANTYKRYZYSOWEJ. I na co dzień obserwuje, jak kolejni przedsiębiorcy korzystają z jej regulacji.

 

DOFINANSOWANIE BRANŻY TURYSTYCZNEJ?

Taki właśnie oficjalnie cel został przedstawiony w związku z pomysłem wprowadzania omawianego bonu wakacyjnego. Bon ma w założeniu nakłonić jego posiadaczy do wydania pieniędzy na wakacje w Polsce. Co ma wesprzeć rodzimą branżę turystyczną. Pracownik otrzymawszy bon, będzie miał dwa lata na jego wykorzystanie na cele wakacyjne w Polsce.

W teorii, zamysł słuszny, a pomysł zupełnie sensowny. Tylko należy zadać w tym miejscu pytanie, dlaczego akurat bon turystyczny? A nie bon żywieniowy? Albo bon medyczny? Produkcyjny? Jakikolwiek inny? Czym sobie nie zasłużyli np. restauratorzy, których skutki gospodarczego lockdownu (bo nie pandemii, tylko rządowej decyzji o zamknięciu części gospodarki) dotknęły równie mocno, co kolegów z branży turystycznej?

Ktoś może stwierdzić, że lada moment zaczyna się sezon urlopowo-wakacyjny i to okres, w którym trzeba szczególnie pomóc turystyce. Problem jednak w tym, że restauratorzy mają sezon cały rok. I cierpią już od trzech miesięcy. Tymczasem rząd odmraża gospodarkę i wygląda na to, że w okresie wakacyjnym będzie można spokojnie urlopować. Mało tego, w obliczu zagrożenia pandemią, a także nie najlepszą sytuacją sanitarną we Włoszech czy Hiszpanii, wielu Polaków zrezygnuje z wyjazdu za granicę i spędzi prawdopodobnie urlop w kraju. Tak więc wcale nie jest takie oczywiste, że nadchodzący okres urlopowy będzie sezonem głodowym dla sektora turystycznego. Może okazać się wręcz przeciwnie. Natomiast już dziś wiadomo, że restauratorzy, a także (z tego co pamiętam) sektor meblarski ucierpiały równie mocno. Dlaczego więc nie bony na meble? Dlaczego turystyka jest ważniejsza, niż sektor produkcyjny, który w czasie kryzysu może ulec transformacji i produkować z drewna produkty pierwszej potrzeby i zaspokoić krajowy rynek w sytuacji, gdy import będzie utrudniony, ograniczony lub niemożliwy?

Należy w tym miejscu podkreślić, iż istnieje jeszcze coś takiego jak TARCZA ANTYKRYZYSOWA. TARCZA, która nie różnicuje beneficjentów z uwagi na branże, w jakich działają. Innymi słowy, firmom z branży turystycznej przysługiwały dokładnie te same programy pomocy, co reszcie przedsiębiorców. Z TARCZY może skorzystać każdy, kogo dotknęły skutki gospodarczego lockdownu (a czasem nawet i nie trzeba wykazywać tych skutków). Najczęściej mamy do czynienia z kryterium spadku obrotów. Tak więc, jeśli firmie turystycznej spadły obroty, może ubiegać się o różnego rodzaju ulgi oraz dofinansowania. Z subwencją włącznie, która przyznawana jest na każdego zatrudnionego pracownika, a jej wysokość zależna jest od zeszłorocznych obrotów. Co skutkuje tym, iż wysokość otrzymywanych przez przedsiębiorców subwencji jest proporcjonalna do skali ich biznesów i w niektórych wypadkach chodzi o kwoty liczone w setkach tysięcy (a nawet milionach) złotych. Przypomnieć też należy, że przy spełnieniu określonych warunków (tj. utrzymanie zatrudnienia przez pewien czas i kontynuowanie działalności), nawet 75% subwencji może zostać umorzone.

Reasumując, firmy turystyczne, jak każde inne, które ucierpiały na skutek gosp. lockdownu są już objęte programem pomocy. Programem dość sprawiedliwym społecznie. TARCZA nie jest bowiem żadną łaską. Państwo doprowadziło do gospodarczego zastoju (nie ważne, czy słusznie czy nie), więc państwo pomaga łagodzić skutki własnych działań. Program łagodzenia tych skutków musi być sprawiedliwy i równie dostępny dla wszystkich poszkodowanych. I rzeczywiście, z grubsza, tak jest.

Skoro więc firma turystyczna mogła skorzystać z przesunięć i ulg w ZUS-ach, dofinansowań oraz subwencji, to czemu akurat branża turystyczna ma być dodatkowo wsparta systemem bonów turystycznych? Jaki to ma głębszy cel gospodarczy czy pro-państwowy? Dlaczego w taki sposób nie pomagamy producentom mebli czy restauratorom? Przecież 7 mld złotych przeznaczonych na bony turystyczne to środki, które mogłyby być przeznaczone na inny ważniejszy sektor gospodarczy (tak samo dotknięty kryzysem) lub po prostu zostać u podatników w kieszeni. Co wiązałoby się z wydaniem tych pieniędzy na to, czego dana osoba rzeczywiście potrzebuje, a nie na wakacje (bo bonu nie będzie dało się spieniężyć w inny sposób). Do tego zagadnienia jeszcze wrócimy.

 

PROGRAM SOCJALNY DLA PRACOWNIKÓW?

Chęć wsparcia branży turystycznej to tylko jedna strona medalu. Wsparci poprzez TARCZĘ przedsiębiorcy, którzy sezon wakacyjny mają dopiero przed sobą, możliwe, że poradzą sobie sami. Bez pomocy omawianego programu rządowego. W ostatnich weekendach, w których wypadała dobra pogoda, w Międzyzdrojach sporo ludzi korzystało ze słońca. Każdy, kto wyjdzie choć na chwilę na spacer w popularne w okolicy miejsce, dostrzeże, że społeczeństwo spragnione jest wypoczynku na świeżym powietrzu. I zapewne będzie to dodatkowa motywacja by udać się nad polskie morze czy w góry. Natomiast z perspektywy bezpośredniego beneficjenta (czyli pracownika, który otrzyma bon turystyczny) jest to nic innego, jak dodatkowe świadczenie socjalne uzyskane od państwa. Takie jednorazowe 1000+ na wakacje. Programy socjalne nie są zupełnie bezsensowne. Piszę to jako wolnościowiec, zwolennik wolnego rynku (wewnętrznego) i przeciwnik rozdawania za darmo pieniędzy. Jednak program rozdawania pieniędzy z przeznaczeniem na czyjeś wakacje, jest kompletnym nieporozumieniem. Socjal powinien być wydawany osobom potrzebującym, będącym w szczególnej sytuacji życiowej. Czy to są problemy zdrowotne, zaawansowany wiek (emerytura), czy też ciąża i macierzyństwo (co z automatu utrudnia karierę zawodową kobietom). Świadczenia socjalne to współodpowiedzialność, solidarność i pomoc społeczeństwa dla jednostek znajdujących się w wyjątkowych, szczególnych i utrudniających zarobek okolicznościach.  Przynajmniej taką rolę powinny spełniać. Wakacje są z natury rzeczy dobrem wykraczającym ponad niezbędne potrzeby. Finansowanie wakacji oparte o kryteria zarobkowe nie jest żadną solidarnością społeczną.  Bo to nie wysokość zarobków winna być objęta socjalem, a szczególne okoliczności, które mogą wpływać na ich wysokość (np. niepełnosprawność). Tak więc bon turystyczny (w proponowanej formie), jako taki, nie spełnia żadnej podstawowej funkcji socjalnej. Nie jest pożytkowany na podstawowe potrzeby, ani nie jest wypłacany z uwagi na szczególną, trudną sytuację życiową beneficjenta.

Jak gdyby tego było mało, pojawia się problem podziału społeczeństwa. Jak bowiem wytłumaczyć osobie, która zarabia 5301 złotych brutto i nie dostanie bonu, że program ten jest sprawiedliwy społecznie w sytuacji, gdy inna osoba zarabiająca o 2 złote mniej, bon turystyczny o wartości 1000 zł otrzyma… Uzależnianie programów społecznych nie od sytuacji życiowej, a od kryterium zarobków jest tak samo bezsensowne i krzywdzące, jak skala podatkowa. Ale to już zupełnie odrębny temat.

 

KIEŁBASA WYBORCZA?

W konsekwencji dotychczasowych rozważań, wnioski są dość jednoznaczne. 7 mld złotych można by wydać znacznie bardziej sensownie, jeśli chodzi o gospodarkę. Przeznaczyć na rozwój medycznych placówek badawczych, czy choćby na wsparcie dla sektora meblarskiego (krytykowałbym to równie mocno, ale wsparcie technologii czy produkcji jest ważniejsze niż sektor usług turystycznych). Najlepiej jednak, by to 7 mld złotych zostało w naszej kieszeni. Wówczas sami, jako konsumenci, wzmocnilibyśmy te sektory gospodarki, które rzeczywiście są teraz potrzebne. Bon turystyczny nie jest również żadnym programem socjalnym, bo nie spełnia opisanych wyżej kryteriów (przynajmniej wg mojej opinii).

Nie pozostaje więc nic innego jak stwierdzić, że rząd próbuje przekupić część wyborców ich własnymi pieniędzmi. I w ten sposób wygrać wybory. To jest oczywiście naturalne i powszechne postępowanie rządzących, zwłaszcza w ustroju demokratycznym. Czasem jednak „kiełbasa” ma jakiś sens, lub jest chociaż akceptowalna i neutralna społecznie lub gospodarczo. Czasem natomiast wyborcza łapówka posiada więcej wad niż zalet i jest zwyczajnie szkodliwa. I tak jest właśnie w tym przypadku.

 

GOSPODARCZE SKUTKI SZKODLIWYCH PROGRAMÓW WSPARCIA

Sytuacja na arenie międzynarodowej jest tak dynamiczna, że należy się raczej spodziewać negatywnych zaskoczeń, niż korzystnych niespodzianek. Jeśli nie wiemy co nas czeka, a branża turystyczna obarczona jest wysokim ryzykiem, jeśli chodzi o potencjalną stopę zwrotu zainwestowanych w nią pieniędzy, to należy zadać sobie pytanie, co daje nam branża turystyczna? Zwłaszcza w kryzysie i trudnych warunkach? Czy jest niezbędna dla obronności kraju? Czy jest nie do przecenienia, jeśli chodzi o podstawowe potrzeby ludzkie? I czy przede wszystkim jest szansa na uodpornienie jej na nawrót kryzysu? Na wszystkie trzy pytania, odpowiedź brzmi: nie. Ile byśmy nie zainwestowali teraz w ratowanie sektora turystycznego, to jeśli kryzys wróci, to te 700 tys. osób pracujących w turystyce na powrót będzie miała problem. I wszystkie pieniądze przeznaczone na ratowanie sektora dziś, jutro okażą się środkami wyrzuconymi w błoto. Chyba, że zdecydujemy się na dożywotnią (albo do czasu końca kryzysu) kroplówkę finansową i utrzymywanie ludzi, którzy nie będą nic robić.

Sztuczne podtrzymywanie zbędnego w czasie kryzysu sektora może mieć katastrofalne skutki na przyszłość. Sytuacja gospodarczego lockdownu w 2020 roku jest pewnego rodzaju gospodarczą szczepionką. O czym pisałem w artykule pt.: Pandemia – szanse dla Polski. Kryzys, potrzeba kalkulacji ryzyka i przebranżowienie się osób mogą przygotować polską gospodarkę na przyszłe perturbacje. Nie stanie się tak jednak, jeśli rząd sztucznie będzie podtrzymywał mało pożyteczne sektory gospodarki (bądź co bądź bez wakacji w hotelu jakoś przeżyjemy).

Wyobraźmy sobie, że pandemia COVID-19 wraca w roku 2021. Albo, że wybucha kryzys, który trwać będzie następnych kilka lat. Lub też pojawią się takie warunki polityczne, lub geopolityczne, w których funkcjonowanie branży turystycznej będzie niemożliwe. Okaże się wówczas, że podobnie jak w roku 2020, turystyka padnie, ludzie tam pracujący staną się bezrobotnymi, a nam wciąż będzie brakować papieru toaletowego…

Tymczasem, jeśli okaże się, że współczesne społeczeństwo nie chce wydawać na turystykę, to ludzie z tegoż sektora będą musieli się przebranżowić. W chwili obecnej, bardzo dobrze sprzedają się produkty pierwszej potrzeby. Jeśli ludzie pracujący w turystyce, zaczną produkować papier toaletowy, to przy okazji następnego kryzysu nie tylko nie będzie takiego wzrostu bezrobocia i katastrofy w branży turystycznej, ale i nie będziemy mieli problemu z rolkami papieru. Bo RYNEK, a konkretnie KONSUMENCI decydują co jest dla nich najbardziej potrzebne. I jeśli nie nastąpi naturalna, choć brutalna, selekcja na rynku – to rynek ten nigdy nie dostosuje się do nowych warunków  (kryzysu, tąpnięć, blokad gospodarczych). Co trzeba powtórzyć. Dzisiejsze doświadczenia z lockdownem mogą podziałać na gospodarkę, rynek i konsumentów stymulująco. Niczym szczepionka gospodarcza. Ale tylko wówczas, gdy organizm gospodarczy sam wytworzy sobie przeciwciała na kryzys i się do niego dostosuje. Jeśli rząd będzie w trakcie choroby sztucznie zbijał temperaturę, , albo co gorsza wstrzyknie stymulant chwilowo poprawiający samopoczucie, a następnie zbije termometr, to kolejna chorobę polska gospodarka może przechodzić znacznie gorzej. Z ciężkimi powikłaniami.

 

Jednocześnie, dofinansowywanie poszczególnych branży jest katastrofalnym czynnikiem psychologiczno-gospodarczym. Przedsiębiorca, co do zasady, skupia się na prowadzonym biznesie. Na jego jakości, efektywności i dochodowości. I oczywiście na klientach. Konsumentach. Jeśli jednak państwo ingeruje w naturalny model rynkowy i to państwo subsydiuje przedsiębiorcę, wówczas jego zachowanie się zmienia. Dotowany biznesmen zaczyna więcej energii poświęcać na to, by uzyskać pieniądze od państwa bez pracy, zamiast zwiększać efektywność i dochodowość swojej działalności. To bardzo demoralizujący i szkodliwy gospodarczo proces, który jest skutkiem wprowadzania szkodliwych subwencji państwowych. Z kolei jeśli sektor prywatny, zostanie uzależniony od sektora państwowego, wówczas będziemy mieli do czynienia z faszyzmem. W czystej postaci. Jeśli sektor prywatny gospodarki przestaje działać w warunkach wolnego rynku, zagrożona będzie również demokracja. Nie ma bowiem demokracji, bez kapitalizmu i niezależności sektora prywatnego od państwa. Gdy niezależność społeczeństwa od władz znika (a to objawia się w ostatniej fazie właśnie poprzez śmierć niezależności sektora prywatnego) wówczas władza przestaje się liczyć z wolą suwerena.

 

SPOŁECZNE SKUTKI SZKODLIWYCH PROGRAMÓW „SOCJALNYCH”

Bon turystyczny zapowiada się również jako bardzo niebezpieczne narzędzie przekupstwa społecznego. Ład i porządek społeczny jest dość istotnym aspektem. Zarówno dla obywateli, państwa, ale i jego organów. Znacznie łatwiej rządzi się krajem, w którym nie ma protestów. A kiedy nie ma protestów? Kiedy rząd dobrze rządzi? Nie. Kiedy ludzie nie mają wobec władzy żadnych oczekiwań.

Politycy, którzy przyzwyczajają poszczególne grupy społeczne do regularnych „pomocy” (a de facto przekupstw wyborczych), sami zawijają wokół własnych szyi pętlę. Jest to wysoce szkodliwe dla państwa zjawisko. Przyzwyczajanie społeczeństwa do tych szkodliwych świadczeń socjalnych (jak pisałem wcześniej, niektóre świadczenia są jednak potrzebne) powoduje wzrost roszczeniowości u obywateli. Roszczeniowość społeczeństwa prowadzi z kolei do wewnętrznej destabilizacji państwa i wywierania presji na jego władze, poprzez wszczynanie protestów i marszów, które mają potencjał do przeradzania się w zamieszki. Uzależnieni od nastrojów wyborczych politycy, którzy wcześniej sami z własnej woli prowadzili „rozdawniczą” politykę wewnętrzną, wkrótce będą do niej zwyczajnie przymuszeni. I to niezależnie od tego, czy na dany socjal będą pieniądze w budżecie, czy też nie.

 

Tak więc programy podobne do tego proponowanego związanego z „bonem wakacyjnym” nie tylko mają szkodliwy wpływ na gospodarkę, jej konkurencyjność, odporność na kryzysy, ale również powodują patologiczne zachowania w danych sektorach (tj. prowadzenie biznesu w celu uzyskania pomocy państwowej, a nie w celu maksymalizacji zysków pochodzących od klientów). Jednocześnie programy te mogą generować sztuczne podziały społeczne (wrogość pracowników do pracodawców, konsumentów do przedsiębiorców etc.etc.), a dodatkowo promują roszczeniową postawę wobec władz państwowych. Co z czasem może doprowadzić do destabilizacji wewnętrznej kraju i jego rozkładu spowodowanego uległą wobec społecznej presji polityką gospodarczą.

O takich oczywistościach jak to, że “bon wakacyjny” będzie finansowany w całości z naszych podatków (pracowniczych również) nie chciałem się zbytnio rozpisywać. Niemniej, bez choćby zdawkowego wspomnienia o tym, artykuł byłby niepełny. Więc wspominam. 🙂 I przestrzegam.

Nie chcemy iść tą drogą. Naprawdę.

 

 

Krzysztof Wojczal

Geopolityka, polityka, gospodarka, prawo, podatki – blog

 

Post scriptum 

Warto porównać np. koszt przekopu na Mierzei Wiślanej (1,8 mld zł) z kosztem “bonów wakacyjnych” (7 mld zł). I odpowiedzieć sobie na pytanie, ile by można było przeprowadzić ważnych (nawet lokalnie) inwestycji infrastrukturalnych za 7 mld zł. I to takich, które wsparłyby właśnie turystykę, a przy okazji dałyby konkretne korzyści na dziesięciolecia. Tymczasem kasa rozdana na bony, zwyczajnie się rozpłynie. I nic z tego nie zostanie.

11 komentarzy

  1. Najpierw dofinansowanie postojówek, potem bon na wypoczynek. Proszę jeszcze o bon na alkohol i papierosy. Gospodarka niewiele z tego będzie miała, ale w wyborach może pomóc.

    1. Bon na wakacje, bon na truskawki (też podrożały), bon na wódkę byle polską (w skrócie BNWBP), bon na fryzjera (w końcu dostali mocno po d… podczas lockdownu), oraz bon na zrobienie tipsów (kosmetyczni też dostały), bon na drugie danie albo zupę w restauracji (restauracje były zamknięte), bon na siłkę (siłownie były zamknięte), bon na lot z Katowic do Radomia ale tylko LOT-em (LOT zaraz zbankrutuje, a lotnisko w Radomiu trzeba wesprzeć no i radomską turystykę), bon na koncert Polskiego Artysty…

      Nie zapominajmy o 500+, nasta emeryta, mieszkanie plus, i inne plus, plus, plus… No i jeszcze mamy dedykowane dla niektórych obywateli – Rydzyk +, Szumowski +, instruktor narciarstwa plus, proboszcz co do tanio sprzedał kiedyś działkę obecnemu premierowi +, każdemu swojemu stosowny + z budżetu. Bo wiadomo, wszystkie zwierzęta są równe, ale niektóre są równiejsze od innych. Zarówno jeśli chodzi o obostrzenia epidemiczne (wszyscy się stosują, ale równiejsi z partii panującej nie), jak i o przydział plusów.

      No bo skąd na to, przecież nie z kieszeni Morawieckiego. A skąd w budżecie? Ze skubania obywateli.

      No to może uchwalmy w nocy, że każdy obywatel całą pensję oddaje (podatek 100%), a potem genialny rząd rozdysponowuje to wedle uważania, każdy dostanie swojego plusa, wedle zasług dla partii jaśnie panującej, właściwego wyznania i stosownych poglądów. Gorsi dostaną mniej, lepsi więcej, a krewni i znajomi to już w ogóle w miesiąc ustawią się na całe życie i wnuki zabezpieczą. PRL przy tym to był mały pikuś. Co tam PRL, nawet Lenin o czymś takim chyba nie śnił.

  2. Jak czytałem tę notkę nasuwało mi się do głowy wspomnienie o histerii jaka ogarnęła Wałbrzych po (…)odkryciu(…) Złotego Pociągu. Mam nadzieję, że po tej gorączce przyszła na ich refleksja, że jeśli nie dają rady wykorzystać takich skarbów jak zamek Książ i kompleks Riese do ściągnięcia turystów to problem musi leżeć gdzie indziej.

    A skoro się sam zastanowiłem to spróbuję wymienić problemy jakie ma turystyka w tym kraju:
    – słaba siatka zbiorkomu. Nawet Warszawa ma niezwykle utrudniony dostęp do swoich terenów rekreacyjnych takich jak Puszcza Kampinowska czy Jezioro Zegrzyńskie. Nie ma też tramwaju wodnego na ciekawej trasie między Czersk-Góra Kalwaria-Warszawa-Nowy Dwór Mazowiecki. A Nowy Dwór mogłby być też węzłem trasy Czerwińsk nad Wisłą-Serock. Z drogami rowerowymi też nie tęgo.
    W przyszłości największą zmarnowaną szansą może się okazać z kolei brak integracji Metra z WKD i niezbudowaniu peronów dla WKD na dworcu CPK.
    Ponadto trzeba dodać, że wszystkie dworce, nawet w regionach turystycznych wywiązują się z funkcji reprezentacyjnej, a przystanki autobusowe są robione zazwyczaj na odwal się
    – słaba ochrona zabytków
    Sąsiaduję z miastem, którego wizerunek przez brak środków na tą obronę sporo traci
    – kwestie rewitalizacji miast sabotuje też kwestia nieuregulowanej reprywatyzacji
    – gospodarka socjalistyczna pozostawiła takie pozostałości jak zakładowe ośrodki wypoczynkowe

    1. nieuregulowana reprywatyzacja to celowy chaos, by grupy zorientowanych mogły na tym robić majątek życia (i żadne partie tego nie ruszały bo jak się pogrzebie to pewnie w wielu są umoczeni), oraz strach przed roszczeniami do majątku dawnych obywateli RP żydowskiego pochodzenia (bo jakaś konkurencja polityczna to wykorzysta, a i USA może tupnąć nogą)

      podobnie zwyczajowe braki planów zagospodarowania, to zostawienie mętnej wody w której świetnie pływają deweloperzy

      Jak wiadomo powszechnie, w polskim chaosie łatwo niektórym robić interesy. Grunt to mieć lobby na różnych szczeblach władzy.

      1. Takie (…)interesy(…) przynoszą zyski tylko krótkotrwałe, a do tego nie pewne… siedziby lukratywnych firm nie potrzebują nie wiadomo ilu wieżowców (a dodajmy jeszcze upowszechnienie telepracy z powodu wirusa), a elita nie chce mieszkać w okolicach, gdzie łatwiej złapać gruźlice niż opływać w luksusy.

  3. Ale przecież tu chodzi tylko i wyłącznie o budowanie klienteli. Że jest partia, która “daje”. Górnikom daje, rolnikom daje, tym z dziećmi daje (500+), emerytom daje (13-naste i 14-naste emerytury), przedsiębiorcom “daje”, branży turystycznej daje… Tak by jak najwięcej utożsamiających się z jakąś branżą/grupą społeczną uważało, iż tej partii coś zawdzięcza. Że im nie zabrała, tylko “dała”. Jeszcze jakaś wdzięczna PR-owska nazwa “Jarkowe”, “Dudowe”, “Morawieckowe”, “Rydzykowe”…
    Najlepiej by to był indywidualny przelew na konto. Już te 500+ jest genialne pomyślane, kasa bierze się nie wiadomo skąd, a co miesiąc pojawia się realny przelew “od partii”. I ludzie nie kojarzą, niektórzy nawet myślą że to politycy wyjmują ze swojej kieszeni. Proste jak budowa cepa, a skuteczne, na prostych ludzi a tym mamy większość. Tych wielu nowych “niskich” podatków ludzie nie widzą, to że brak kasy na usługi publiczne też nie, zadłużenia państwa też nie widzą (bo się dług upycha w różnych fundacjach nie liczonych do wzoru na zadłużenie, w samorządach).

    Nikt tu się nie zastanawia nad efektami gospodarczymi, to tylko wyborcza kiełbasa, kolejny “plus”. Może nawet do niego nie dojdzie, bo przecież wybory pod koniec czerwca, a potem to już mogą pojawić się obiektywne trudności.

    Już ta pomoc dla “przedsiębiorców” to jest wątpliwa. Dla niektórych – słuszna, dla innych, mających typową w ich branży fluktuację, dodatkowy dochód gratis. No i mnóstwo osób “na działalności” czyli dwie osoby robiące to samo: jedna na etacie, płacąca pełne składki i opodatkowana na dwóch progach, gdzie nic w koszty nie wliczy. Druga na CIT, jeszcze VAT-owiec, a robiąca dokładnie to samo u dokładnie tego samego pracodawcy, tylko “na firmę”. Obie dostają, tak jak to teraz popularne, od realnego pracodawcy obcięcie “tymczasowe” przychodów o 20%. Ten na działalności, który latami płacił niższe podatki, z podstawą obniżoną o “koszty” i VAT, dostanie zwolnienie z ZUS, bezzwrotne 5 tysięcy, a drugi na etacie, nic. I to on finansuje tego pierwszego, bo płaci może 2-gi próg, a wszystko co kupi to z jego pensji netto i nic nie obniży jego podstawy opodatkowania, a VAT-u nie odzyska.
    To też jest sensowne?

    W tym państwie jest tak, że jedni funkcjonują na koszt innych.
    Górnicy najlepszym przykładem, ale takich grup, branż, jest mnóstwo. Teraz wylobbowali coś turystyczni.

  4. Szkoda było pańskiego pisania. 1000 zł już nieaktualne. Najpierw było zapowiadane 1000 zł, ale dla tych z niskimi zarobkami, “od rządu”. Teraz jest mowa o 500 zł, ale dla rodzin z dziećmi (też z niskimi zarobkami?) od “Dudy”. Może być z tego wielkie g… to tylko dyskusja o kiełbasie wyborczej. Zanim to przeprocesują, będzie po wakacjach. Poza tym jak zwykle polski chaos, nie wiadomo na jakich zasadach, bo “firmy turystyczne”, ale jakie? Z katalogu jakiegoś? Ch… d… i kamieni kupa.

  5. A ktoś pomyślał że to nie jest wsparcie dla pracowników tylko dla branży turystyczno-hotelowej czy jak to tam nazwać. Przecież wiadomo że one oberwą najmocniej nie ze swojej winy, hotel to nie jest warzywniak, jak upadnie to trudno będzie tak z dnia na dzień odbudować już nie mówiąc o tym że Chińczycy czy Niemcy zacierają ręce by te upadłe hotele/pensjonaty wykupić za psie grosze i potem rok w rok golić nas z pieniędzy. Póki jest to pomoc jednorazowa to ja jestem za tym

  6. Temat koronawirusa należy do tych najbardziej znanych. Celem projektu jest pomoc w utrzymaniu płynności finansowej. Osoby pracujące w branży turystycznej zgodzą się i będą za poparciem projektu. Reszta osób pracujących w innych branżach tego nie zrobią. Ile ludzi, tyle opinii i niestety musimy się z tym pogodzić.

Leave a Reply