POLSKA & UKRAINA – jak naprawić relacje i wzmocnić pozycję Polski na wschodzie? [Komentarz]

W przestrzeni publicznej temat wzajemnych relacji pomiędzy Warszawą, a Kijowem jest bardzo popularny już od kilku lat. I budzi spore, często skrajne emocje. Zupełnie, w mojej opinii, niepotrzebnie. Aktualna polityka polskiego rządu względem ukraińskich władz przyjęła właściwą formę. Rezerwy i obojętności (przynajmniej oficjalnie – bo tylko to mogę oceniać).

W tekście pt.: „Pokój albo…Wojna! – Polska na rozstaju dróg.” przedstawiłem przyszły scenariusz, w którym jeden z wariantów opisywał sytuację, w której Rosja zaatakuje zbrojnie Ukrainę. Wyjaśniałem tam, dlaczego to, co się dzieje na Ukrainie ma dla Polski żywotne znaczenie. Jednocześnie starałem się wskazać, iż w naszym interesie jest wesprzeć Ukraińców, gdy przyjdzie na to czas. Ponieważ ich porażka, skutkować będzie również nieuchronną kapitulacją Warszawy. Geopolityczne losy naszej stolicy są powiązane z losami Kijowa. Czy tego chcemy, czy nie.

 

Dlaczego wobec tego polityka rezerwy i obojętności, jest właściwa?

Jak zwykle należy podejść do tego tak samo, jak w modelu biznesowym. Rywalizacja między USA i Rosją toczy się na terytorium Ukrainy. To ona, a nie Polska (jak twierdzą anachronicznie niektórzy) będzie głównym przedmiotem targów. To Kijów jest zagrożony inwazją i zmaga się z wojną hybrydową. Nie Polska. Oczywiście, jak pisałem wcześniej, interesy obu krajów (w kontekście potęgi Rosji) są zbieżne i mocno ze sobą związane. Gdyby FR postawiła czołgi na granicy polsko-białoruskiej i polsko-ukraińskiej, sama groźba militarnego uderzenia z tych dwóch kierunków (+Kaliningrad) zmusiłaby nasze władze do politycznej kapitulacji. Nie oznaczałoby to przejęcia Warszawy przez Kreml, ale z pewnością państwo polskie byłoby ciągle wystawiane na naciski ze wschodu. Brak militarnych możliwości odparcia ewentualnego ataku, zmuszałoby polskie władze do większej politycznej uległości wobec Rosji.

Oczywiście nie można w tym kontekście liczyć na pomoc Wielkiego Brata zza Atlantyku, ponieważ Amerykanie pochłonięci rywalizacją z Chinami, zwyczajnie podpisaliby deal na moskiewskich warunkach (godząc się np. na oddanie w całkowite władanie Kremla zarówno Białorusi jak i Ukrainy). Dlaczego? Ponieważ w tej chwili ostatnią rzeczą, o jakiej myślą, jest druga Zimna Wojna w Europie i olbrzymie, kosztowne zaangażowanie US Army na tym kontynencie. By wytrzymać presję i móc przeciwstawić się dwóm rosyjskim armiom, nie wystarczy bowiem rotacyjna obecność kilkuset żołnierzy. Należałoby wystawić kilka ciężkich dywizji. Których Amerykanie de facto  nie mają.

Mimo to, zabieganie o dobre relacje w Kijowie, nie leży obecnie w interesie Polski. To Ukraina winna codziennie wydeptywać ścieżki do polskiej dyplomacji. Tak się jednak nie dzieje. Zamiast tego, nasi reprezentanci musieli znieść kilka politycznych policzków, wymierzonych przez ukraińskie  władze (vide regulacje prawne wprowadzane dzień po wizytach prezydentów: B. Komorowskiego i A. Dudy).

Postawą władz z Ukrainy nie należy się jednak teraz przejmować. Ponieważ Kijów leży bliżej Moskwy niż Warszawa. Więc, gdy przyjdzie czas, to Ukraina będzie potrzebowała polskiej pomocy – nie odwrotnie.

A jak wiadomo, w biznesie najlepiej prowadzi się negocjacje z kimś, kto jest w trudnej sytuacji. Im większa desperacja drugiej strony, tym lepsze warunki można uzyskać dla siebie.

Nie jest jednak tak, że Polska nie powinna w tej chwili podejmować żadnych inicjatyw. Wręcz przeciwnie. Władze państwa winny przygotować je jak najlepiej na ten trudny i decydujący moment, który może (choć nie musi) nastąpić.

W światowej „grze”, środkowa Europa i Ukraina to jedynie mały fragment układanki. I akurat na tym froncie najtwardszą walutą ponownie stają się siły zbrojne i ich zdolność do działania na konkretnym odcinku. W chwili „ukraińskiej próby”, Wojsko Polskie jest jedyną siłą militarną w regionie, która mogłaby przyjść Ukrainie z szybką pomocą (położenie, potencjał). Kto czytał mój poprzedni tekst, wie, że nie chodzi tu oczywiście o regularne walki z rosyjskimi dywizjami pancernymi, a raczej o: „zabezpieczanie ludności cywilnej i terytorium przed inwazją groźnych separatystów”. Ponieważ wątpię by doszło do regularnych starć NATO z Rosją. Raczej mówimy tu o „wyścigu o Kijów”. Wyścigu, który polskie oddziały musiałyby wygrać. Tym samym niezbędna jest zdolność do szybkiego przerzutu polskich jednostek nad granicę z Ukrainą (najlepiej by już tam stacjonowały), a następnie logistyczna możliwość szybkiego marszu w stronę Dniepru, którego pokonanie dawałoby Rosjanom olbrzymią przewagę i być może przesądzałoby losy kampanii.

Rozgrywanie takiego właśnie scenariusza (pochód nad Dniepr), a nie symulacji walk o tzw. Przesmyk Suwalski powinno być głównym zajęciem polskich sztabowców. Oczywiście jest to moja prywatna opinia pisana z perspektywy laika dysponującego powszechnie dostępną wiedzą.

Jeśli Polska będzie dysponowała znacznymi siłami zbrojnymi zdolnymi do interwencji poza wschodnimi granicami państwa, będzie to wówczas olbrzymia karta przetargowa, którą można w przyszłości przekuć na konkretne profity. Cena będzie mogłaby być wówczas wysoka, a ukraińskie władze będą musiały ją zapłacić. Zwłaszcza, że im bardziej sytuacja dla nich będzie trudniejsza, tym stanowisko Kijowa będzie słabsze. Dlatego też drugą istotną kwestią jest ustalenie wysokości rachunku (najlepiej płatnego z góry), jaki Polska wystawi za pomoc. Pamiętając również o wcześniejszej postawie naszego sąsiada.

Podsumowując. 

Polska dyplomacja, jeśli chodzi o kwestię ukraińską, nie musi w tej chwili podejmować żadnego wysiłku. Bowiem im dłużej zwlekamy, tym nasze rozmowy z Ukrainą będą łatwiejsze i bardziej owocne dla nas.

 

Krzysztof Wojczal

geopolityka, polityka, gospodarka, prawo, podatki – blog

 

P.S. Czego można żądać od Ukrainy? Ciekaw jestem komentarzy 🙂

87 komentarzy

  1. Wyjechał Pan na bezdroża, więc wiec jedyne co mogę zrobić to pokazać, że jest Pan na grząskim gruncie i że przed Panem nie morze a bagnisko. Nie odniosę się do tego, co Pan napisał wprost ale pośrednio. Za to (lub niestety) szerzej.

    Putin odważy się (tak, dokładnie) dokonać napaści na Ukrainę, jeżeli będzie miał pewność, że ujdzie mu to na sucho. Będzie to mogło mieć miejsce tylko w sytuacji, gdy Europa Zachodnia nie będzie zainteresowana sytuacją na Ukrainie lub nie będzie miała środków, aby takie zainteresowanie wyrazić. Czyli kiedy. Najpierw dygresja.

    Gdy trwała Ukraińska rewolucja, mimo że na Euromajdanie zaczęli ginąć ludzie, Europa Zachodnia nie zamierzała interweniować w żaden sposób. Nie rozumiała procesów, które wówczas toczyły się na Ukrainie i nie chciała się wtrącać w „wewnętrzne sprawy” Ukrainy. Polska te procesy rozumiała bardzo dobrze. Jednakże nie podjęła działań dyplomatycznych samodzielnie, ale w ramach współpracy w trójkącie Weimarskim zmontowała polsko-francusko-niemiecką delegację, której dyplomatyczna interwencja ostatecznie doprowadziła do obalenia Janukowycza i przeprowadzenia wolnych wyborów. Putinowi pozostało zgrzytać zębami.

    Ale stopniowo Putin przeszedł do ofensywy. Najpierw była aneksja Krymu, w czasie której cały świat oglądał zdumiony, nowe wówczas zjawisko ZL (zielonych ludzików), którzy za zamkniętymi drzwiami przeprowadzali „sesje” krymskiego parlamentu. Zanim świat znalazł odpowiedź na ZL, było już po wszystkim. Krym przeszedł pod władanie Rosji. W międzyczasie inne ZL rozpoczęły rebelię w Donbasie, z którą Ukraina przeżarta aktywną agenturą rosyjską nie mogła sobie poradzić. Europejska dyplomacja podjęła, z błogosławieństwem USA, działania. W europejskiej delegacji dyplomatycznej, której ofensywa, miała zakończyć konflikt w Donbasie, początkowo uczestniczyła i Polska. Ale Putin zażądał, aby „wroga Rosji” Polska nie siedziała przy stole rokowań. Od tego uzależniał postępy w rozmowach. Ku rozpaczy Poroszenki zachód łyknął narrację Putina. Ukraina została sama, w czasie gdy ważniejsi (Niemcy, Francja, Rosja) negocjowali. Wynegocjowali rozejm, który wówczas może i był wstępem do rozwiązania problemu Donbasu i zakończenia rebelii. Ale dziś już wiemy, że było inaczej. Zachód dał się Putinowi ograć.

    W tamtym czasie (2014, 2015/2016), latały zwiadowcze samoloty NATO, co rusz w Kijowie lądował wysokiej rangi urzędnik lub wojskowy USA, polska dyplomacja była aktywna i w ramach trójkąta Weimarskiego i na Ukrainie. Dużo wokół Ukrainy się działo a media o tym szeroko informowały. Ale nawet wtedy żaden zachodni kraj nie zdecydował się na sprzedaż broni Ukrainie. Dyplomacja FR dawała do zrozumienia, że byłoby to niemile widziane. W tamtym czasie Ukraina była słaba militarnie, ale chociaż silna dyplomacją prowadzoną przez Zachód z Polską na czele. Demonstracyjne wręcz okazywanie przez zachód zainteresowania Ukrainą i jej problemami, w tym z zaopatrzeniem w gaz, plus nałożone sankcje wystarczyły do powstrzymania Putina przed marszem na Kijów. Putin mimo wszystko wolał nie sprawdzać, czy Zachód jest gotowy umierać za Kijów. Łańcuszek Polska-Niemcy-Francja-Europa-USA wystarczająco działał na jego wyobraźnię. ZL były wystarczające do wyrwania Krymu, do wywołania rebelii w Donbasie, ale Kijowa by już nie zdobyły. Ze strony Putina, to nie było przejęzyczenie, gdy zaproponował Polsce podział Ukrainy

    Ale w Polsce w 2016 r. zmieniły się władze. Współpraca w ramach trójkąta Weimarskiego umarła. Francuzów obraziliśmy (w końcu trzeba było się odgryźć za: „Polska straciła okazję, żeby siedzieć cicho”), z Niemcami to chętniej byśmy rozmawiali o reparacjach niż o Ukrainie. A ewentualne rozmowy z Ukrainą warunkujemy tym, aby Ukraińcy padli na kolana i wyrzekli się Bandery, który tam ma tą samą rangę, co u nas Piłsudski. Ukraińcy nie mają innych bohaterów, którzy mogliby budować tożsamość narodową. Po Banderze byli tylko Sowieci. Zabierzcie im Banderę, zostanie im tylko Chruszczow. Gdyby nam zabrać Piłsudskiego zostałby nam Gomółka. Polska to chociaż ma za sobą tysiąc lat państwowości. A Ukraińcy dopiero swoją państwowość budują. O utworzeniu wspólnego polsko-litewsko-ukraińskiego batalionu, która to idea znalazła przychylność wszystkich trzech krajów nikt już nie mówi. Nawet o tym, że taki pomysł był.

    Koniec dygresji.

    Ukraina jest dzisiaj sama. Nie jest silniejsza niż była 4 lata temu. Wprost przeciwnie. Żaden z ukraińskich problemów – za wyjątkiem zaopatrzenia w gaz, nie został rozwiązany. Trwająca w Donbasie rebelia prestiżu Ukrainie nie buduje (na marginesie: ciekaw jestem, jak długo Niemcy byliby gotowi tolerować taką rebelię u siebie). Ani wojskowi, ani nawet dyplomaci USA nie lądują już w Kijowie. Samoloty zwiadowcze jeszcze latają, ale już się o tym nie pisze. Bardziej, niż napięcia na linii Kijów-Moskwa, interesujące są incydenty z udziałem rosyjskich samolotów. Ale nie przy ukraińskich granicach, ale nad Bałtykiem lub Morzem Północnym. To daleko od Ukrainy.

    Niemcy i Francja zajmują się Brexitem, zresztą Niemcom bliżej do Moskwy niż do Kijowa. No chyba że trasą przez Warszawę, ale sama Warszawa nie jest tym zainteresowana.

    USA nie będą monitorować napięć na linii Kijów-Moskwa ani tym bardziej reagować, bez politycznego zaplecza w postaci Europy. Ukraina to „wewnętrzna sprawa” Europy i jeśli Europa nie jest zainteresowana Ukrainą, to tym bardziej nie są Stany. A Europa nie będzie zainteresowana Ukrainą, jeśli nie będzie miała w swoim gronie eksperta od spraw – Polski. A Polska? Polska ma czekać na rozwój wypadków.

    Napięcie na linii Kijów-Moskwa eskaluje, czego najlepszym dowodem jest tzw. incydent kerczeński. Wobec postawy Polski świat zachodni zniechęcił się do działań na rzecz Ukrainy. Wykorzystując napięcie w cieśninie Kerczeńskie Poroszenko usiłował zachodowi przypomnieć, że istnienie niepodległej Ukrainy jest zagrożone. Niewiele z tego przypominania wyszło. Ukraina jest dzisiaj słaba przede wszystkim swoim osamotnieniem. I przez to osamotnienie staje się coraz łatwiejszym kąskiem dla głodnego sukcesów Putina; „Samyś, słaby i w lesie” – prawie jak w bajce Krasickiego.

    Dzisiaj Putin może już kalkulować, że kolejne działania przeciwko Ukrainie ujdą mu na sucho. Zachód nie zamierzał umierać za Krym, za Donbas. Dziś nie zamierza umierać za cieśninę Kerczeńską, jutro nie będzie umierał za Mariupol i Berdiańsk, to pojutrze nie będzie umierał za Kijów. Ukraina to nie jest obecnie najważniejsze miejsce na kuli ziemskiej więc i USA też spasują. Jeśli nawet nie zechcą, nie będą miały wyjścia.

    Bierność jeszcze nikomu, a zwłaszcza temu, kto miał ambicje być liderem, nie wyszła na dobre. Szczególnie wówczas, gdy przeciwnik jest bardzo aktywny, a przy tym inteligentny. Teraz przegrywamy Ukrainę i cała nasza nadzieja w tym, że granica NATO na Bugu jest czymś więcej niż tylko kreską na mapie. USA owszem, pewnie zechcą bronić stacji w Redzikowie (jeśli skończą ją budować) ale mogą zadowolić się zatrzymaniem armii FR na linii Wisły.

    Więc jeśli ktoś twierdzi, że im dłużej poczekamy, tym większy rachunek będzie można wystawić Ukrainie, to niech bierze pod uwagę, żeby może się okazać, że przy wystawianiu rachunku odbiorca rachunku już nie będzie istniał i nie będzie komu za rachunek zapłacić. A wtedy to Polska może dostać rachunek do zapłacenia.

    Polityka międzynarodowa, to niestety, ale to nie są transakcje i wzajemne wystawianie rachunków. Jeśli już trzymać się terminologii biznesowej, to jest to przede wszystkim żmudne budowanie bazy stałych klientów. Klientom, których chcemy utrzymać, sprzedaje się najlepszy towar, dając przy tym upusty i długie terminy płatności. Takich klientów zaprasza się do pokoju szefa, częstuje najlepszym koniakiem, oprowadza po firmie i zaprasza na kolejne jubileusze firmy. To jest również budowanie wiarygodności firmy. To jest wspólne z klientem działanie na rzecz jego własnej firmy. Tak się buduje wierność, wielkość i stabilność firmy klienta. Najlepsi klienci to klienci stabilni finansowo. Po co komu klient, który znajduje się na granicy bankructwa? Komu chciałoby się takiego klienta ratować? Jak nie zapłaci na czas, to zaraz będzie dwóch bankrutów, którzy zostaną wykupieni przez kogoś, kto dobrze rozumie na czym ten „biznes” polega.

    PS. W tytule Pana artykułu jest: „Polska & Ukraina – jak naprawić relacje” a kończy Pan stwierdzeniem: „im dłużej zwlekamy, tym nasze rozmowy z Ukrainą będą łatwiejsze” Dostrzega Pan sprzeczność?

    1. Chciałoby się rzec- dlaczego my mamy martwic sie za Ukrainę,skoro ona tego nie robi i nie chce zadbać o dobre stosunki z nami ? Pan nie widzi sprzeczności w tym co pan pisze? Z jednej strony rozumie Pan Ukrainę ze ma swoje interesy z których nie chce zrezygnować mimo tego że zyskałaby gdyby je odpuściła – w tym wypadku chodzi i interesy historyczne a z drugiej nie rozumie Pan że my jesteśmy w podobnej sytuacji z Europa jak Ukraina z nami? Niewątpliwie zyskalibyśmy przyjmując taka postawę jak miała PO ,czyli zgadzając się na wszystko co chciała Merkel ale z drugiej strony na dłuższą metę średniej wielkości kraj w Europie powinien mieć jakąś własną politykę i móc bronic swoje interesy. Ja mam wrażenie ze ten tekst został napisany przez kogo kto sympatie i antypatie partyjne przedkłada nad obiektywną ocenę interesów własnego państwa. I nie jest prawda ze Ukraina nie ma na kim budować swojej historii.Ukraina może budować swoja tożsamość na Chmielnickim. Wprawdzie nie jest to z naszego punktu widzenia postac pozytywna ale szybciej do zaakceptowana niz Bendera.

      1. Po pierwsze, pisałem o Polsce i jej interesach, nie pisałem o interesach Ukrainy.
        Po drugie, o Polsce też można by napisać, że „ma swoje interesy historyczne, z których nie chce zrezygnować mimo tego, że zyskałaby gdyby je odpuściła”. O ile teza, że „zyskałaby” jest prawdziwa, w co wątpię.
        Po trzecie, pokazałem, że granie w jednej drużynie oznacza właśnie możliwość obrony swoich interesów.
        Po czwarte, „średniej wielkości kraj w Europie”, jak Pan łaskawie określił, nie ma w tej chwili żadnej, ani własnej, ani nawet cudzej polityki wschodniej.
        Po piąte, wskazałem, że Polska ma 1000 lat swojej państwowości, a Ukraina dopiero swoją Państwowość buduje.

        A przede wszystkim, to podjąłem polemikę z tezą, że najlepsze dla Polski jest czekanie. Może mi Pan pokazać w historii Polski, kiedy to czekanie wyszło nam na dobre?

        1. „Polska ma 1000 lat swojej państwowości”

          Realnie, dzisiejsza Polska ma niewiele wspólnego z I RP.
          Dzisiejsi Polacy niewiele mają wspólnego z obywatelami I RP.

          Dzisiejsi Polacy, w 95% lub więcej, to potomkowie dawnych chłopów pańszczyźnianych.
          Faktycznie niewolników, bo taki był status chłopa pańszczyźnianego.
          Dawne elity I RP nie mają żadnej ciągłości.

          I RP – parę % szlachty, z 80% chłopstwa (niewolników pańszczyźnianych), reszta to mieszczaństwo (większości z niemieckim powinowactwem) i Żydzi.
          Chłop był polski, ruski, ukraiński – nie miało to znaczenia, był niewolnikiem, czuł się co najwyżej tutejszy, różnił się od podobnego sobie co najwyżej językiem (który pewnie zmieniał się płynnie z zachodu na wschód) i wyznawaną religią (katolik, prawosławny, unita). Miał w nosie państwo w jakim żył, nie miał żadnych obywatelskich uczuć, faktycznie był żywym inwentarzem bez żadnej osobowości prawnej w gospodarstwie szlachcica (a często oligarchy-arystokraty).

          Zabory – szlachta/arystokracja żyła sobie po staremu, aż obcy zaborcy urządzili jej gospodarczą rewolucję likwidując niewolnictwo. Chłop (nadal tylko tutejszy) mógł wtedy poczuć więź z państwem (niemieckim, rosyjskim lub austriackim) i czuć wdzięczność do cesarza czy cara.

          Ukraiński chłop był w podobnej sytuacji przez ten cały okres co polski. Najpierw stanowił żywy inwentarz w gospodarstwie szlachcica (często polskojęzycznego, po wtedy I RP traktowała tereny dzisiejszej Ukrainy jak Hiszpanie kolonie w Nowym Świecie). Potem uzyskał jakieś prawa gdy car zniósł niewolnictwo i był poddawany propagandzie państwowej sprzedawanej przez aktualną władzę (Rosję Carską, potem II RP, potem ZSRR).

          II RP – struktura społeczna bez wielkich zmian. Szlachta/arystokracja/inteligencja – może z 10% jak nie mniej, Żydzi i mniejszości niemieckie, 80% chłopi i trochę postchłopskich robotników. Niewolnictwa już nie ma, ale resztki pańszczyzny jeszcze funkcjonują (im dalej na wschód tym więcej). Szlachta/arystokracja nadal wykorzystuje swoją uprzywilejowaną pozycję, chłopstwo ma mizerne szanse na jakikolwiek awans i uczestnictwo w państwie. Analfabetyzm nadal tam powszechny i postniewilnicza mentalność.

          2ga wojna i jej następstwa likwidują kraj.
          Struktura społeczna zmienia się diametralnie, jak nigdy wcześniej.
          Szlachta/arystokracja/inteligencja spustoszona, przez fizyczną likwidację (najpierw niemiecką, potem sowiecką). Żydzi wyeliminowani przez Niemców (przy zachęcanej do współudziału lokalnej ludności). Mniejszość niemiecka wygnana. Mniejszości niepolskojęzyczne i niekatolickie znikają, przez zmianę granic i przesiedlenia. Olbrzymie nisze opuszczone przez szlachtę/arystokrację/inteligencję, mniejszość niemiecką i Żydów zostają zagospodarowane przez dawnych obywateli 2-giej kategorii – chłopstwo, potomków dawnych niewolników. Usiłują oni ogarnąć przestrzeń, zajmowaną przez stulecia (a może i od 1000 lat) przez innych, nagle stają się tu gospodarzami.
          Z braku swojej kultury (bo ta niewolnicza jest uboga) próbuje kopiować fragmenty tej z dawnych warstw wyższych, którą przez stulecia podpatrywała i której zazdrościła. Ale to fragmentaryczne kopiowanie.

          Wygląda na to że polska państwowość, tak naprawdę, niewiele ma dłuższą historię od ukraińskiej. Dzisiejsi Polacy niewiele mają wspólnego z „1000-letnią państwowością”.

          1. Pisze Pan o przemianach społecznych, przemianach, którym podlega każde społeczeństwo na przestrzeni dziejów i z tego wyprowadza Pan wniosek, że następuje zerwanie ciągłości państwowości (podkreślam) i narodowości (podkreślam) polskiej. Idąc tropem Pana rozumowania w 1918 r. nie nastąpiło żadne „odzyskanie” przez Polskę niepodległości po 130 latach zaborów. Tylko kto tą niepodległość wcześniej utracił? Caryca Katarzyna i Hohenzollernowie?
            Mówią Panu coś, takie nazwiska jak Mikołaj Rej, Jan Kochanowski, Jan Andrzej Morsztyn, Ignacy Krasicki? A to, że w XVI i XVII wieku pisali po polsku, to też Pan wie?

            Pana stwierdzenie:
            „Wygląda na to że polska państwowość, tak naprawdę, niewiele ma dłuższą historię od ukraińskiej. Dzisiejsi Polacy niewiele mają wspólnego z “1000-letnią państwowością”.”

            jest co najmniej niewłaściwe w ustach kogoś, kto – domniemywam – jest i uważa się za Polaka. Powinien Pan się wstydzić czegoś takiego.

    2. Nie zgadzam się z pańskim wyobrażeniem nt. rzeczywistości, a ponieważ mam własne – trudno będzie z inaczej postrzeganego stanu faktycznego wyciągnąć podobne wnioski. Krótko. W mojej opinii:
      1) zawyża Pan rolę Polski i jej dyplomacji w latach 2014/2015, Polska w mojej opinii nie była wówczas żadnym liderem sprawy Ukraińskiej, co dobitnie zostało nam uświadomione poprzez wyrzucenie nas z negocjacji. Zresztą negocjacje z Janukowiczem też zakończyły się porażką (Ukraińcy mieli i nas , i cały zachód EU w 4 literach i zamiast odpuścić Janukowiczowi, postanowili zaryzykować wojną domową),
      2) zawyża Pan rolę Niemców i Francji w sprawie Ukrainy, nie dostrzegając roli USA, Niemcy i Francuzi praktycznie nic nie osiągnęli, a Ukraińcy torpedowali ich działania niemal przez cały okres negocjacji co świadczy o tym, że Kijów miał inne, potężniejsze wsparcie niż Berlin, Paryż czy Warszawa – a był nim Waszyngton. Porozumienia Mińskie dotarły do końca w zasadzie z uwagi na przyzwolenie USA
      3) j/w nie dostrzega Pan roli i olbrzymich interesów USA jeśli chodzi o kwestię Ukraińską, a to w ramach tych interesów może również działać Polska,
      4) Ukraina to nie miejsce starcia zachód UE vs Rosja, a pole bitwy USA vs Rosja. USA wspiera i broni w tej chwili Ukrainę z uwagi na chęć dociśnięcia Rosji i wymuszenia na niej pewnych decyzji na pułapie rywalizacji globalnej (Chiny-USA). Jeśli Rosjanie zagrają na ostro z Ukrainą teraz (przed układem z USA), Amerykanie będą musieli zrobić wszystko by pokrzyżować plany Rosji. To jest dla mnie oczywiste i opisywałem to szeroko w poprzednich wpisach. Więc Waszyngton nie zostawi Kijowa jak tylko zobaczy czołgi. Wręcz przeciwnie. Bo tu chodzi zarówno o globalną rozgrywkę jak i pozycję Stanów Zjednoczonych jako sojusznika. Jeśli wizerunek solidnego protektora upadnie, wówczas USA ryzykuje utratę Japonii, Tajwanu, może nawet Australii, a tym samym może się rozpaść cały układ sił budowany przez USA przeciw Chinom. Na to Waszynton z pewnością bez walki nie przystanie.

      5) Na prawdę Pan myśli, że gdyby obecnie Polska zaangażowała się mocno w interesy Ukrainy, to nagle wszyscy zaczęliby pomagać Kijowowi? Warszawa nie ma takiej mocy sprawczej i nigdy nie miała (również za poprzedniego rządu).

      A co do tytułu i treści. Sprzeczność jest. I tak miało być. 😉

      1. „trudno będzie z inaczej postrzeganego stanu faktycznego wyciągnąć podobne wnioski.”
        No to zobaczmy, co wyjdzie.

        Ad 1) Negocjacje UE z Janukowiczem zakończyły się porażką głównie dlatego, że Janukowicz chciał grać w jednej lidze z Putinem. Z tego powodu Ukraińcy wyszli na ulicę. Nie oceniam tego negatywnie. Uważam, że dla Polski mimo wszystko lepsze jest istnienie Ukrainy w dzisiejszym kształcie, niż takiej jak za Janukowycza. Tu się być może się różnimy. Nieważne.

        Ad 2) Nie wiem skąd ma Pan ten wniosek. Sam to wskazałem.

        Ad 3) J/w, dostrzegam, wskazałem.

        Ad 4)
        Jeżeli Pana projekcja jest słuszna, to nie my pójdziemy militarnie na Ukrainę ale nas tam wyślą. Tak, czy inaczej zadam Panu pytanie: Dlaczego w Pana projekcji, Ukraina mając u siebie siły USA, powstrzymujące nawałnicę FR miałaby prosić małą Polskę, z którą niewiele będzie ją łączyć, o jakąkolwiek pomoc?
        Przyszły rachunek za militarną interwencję (dla mnie to abstrakcja, ale trzymam się narzuconej narracji), jak już, będziemy wystawić nie Ukrainie, ale USA, o ile tam zechcą ten rachunek przyjąć. Nie zechcą. Ukraina i tak odeśle nas do USA.

        Moim zdaniem, sprawy będą się miały inaczej niż Pan to projektuje.

        Ukraina to nie miejsce starcia zachód UE vs Rosja – tu zgoda. Ale to również nie pole bitwy USA z FR.

        Jeżeli przyjąć Pana założenie (wyrażone w innych tekstach), że USA „prą” do wojny z Chinami, to trzeba mieć na uwadze, że Stany nie wygrają takiej wojny, nawet jeśli zmobilizują pół Azji, jeśli Chiny będą w koalicji z Rosją. W układzie wojennym USA-Chiny, Ukraina stawałaby się tylko kartą przetargową do zagwarantowania sobie przez USA przychylności Rosji. Taki deal: „Europa twoja, Azja moja”. Podpisania takiej umowy z przyczyn dość oczywistych nie będzie. Obaj przywódcy i tak będą wiedzieć, w co i o co grają.

        Przy takim przebiegu spraw, Ukraina zostanie sprowadzona do roli banknotu i będzie musiała bronić się sama. Wojsko Polskie nie przekroczy granicy z Ukrainą, z tego prostego powodu, że bez zaproszenia będzie takim samym agresorem jak Moskwa. To raz. Po drugie, jeżeli na terenie Ukrainy znajdą się oddziały polskie oraz rosyjskie, to nie będzie takiej siły, która mogłaby zapobiegc wzajemnej konfrontacji. Bezpośrednie militarne starcie Polska-Rosja, dałoby Putinowi okazję do przekroczenia granicy Polski „w pogoni za agresorem”. W sytuacji opuszczenia Europy przez USA, prawdopodobnie największe kraje NATO nie miałyby nic przeciwko uznaniu, że to Polska wywołała wojnę z Rosją. Bo przyjęcie takiego stanowiska zwalniałoby kraje NATO z przyjścia Polsce z pomocą a jednocześnie sam sojusz zachowałby zdolność do dalszego istnienia. Wejście polskich oddziałów do kraju zaatakowanego przez Rosję, to nie błąd, to katastrofa o niewyobrażalnych rozmiarach. Jeżeli katastrofą dla Polski miałaby być utrata niepodległości przez Ukrainę i podejście wojsk FR pod granice Polski, to czym byłoby podejście Polskich oddziałów pod granicę rosyjską? Albo jeszcze lepiej: ich wejście na ziemie, które Rosja uznaje za swoją strefę wpływów? W przypadku podejścia Rosjan pod polskie granice, Polska może jeszcze liczyć na sojusz NATO w przypadku zaatakowania przez Rosję. A jeżeli polskie oddziały ruszą jedynie na zielone ludziki, to z pewnością Rosja tym ludzikom udzieli bezpośredniej pomocy.

        Powyższe formułuję z pewną ostrożnością. Nie wiadomo, jaki będzie nowy prezydent USA. Z Trumpem Putin będzie czekał na swoją okazję. Przed szereg nie wyskoczy, bo może się okazać, że zmontuje przeciwko sobie koalicję Chiny-USA. Chiny po prostu skorzystają z uwikłania Rosji w wielkoformatową wojnę i wezmą swoją dolę bez pytania.

        Jeżeli Putin straci cierpliwość lub uzna, że przyzwolenie USA na podbój Europy nie jest mu potrzebne, Amerykanie z pewną nerwowością będą oglądać czołgi idące na Kijów ale palcem nie kiwną. Dlaczego?

        USA(NATO) ma wystarczający potencjał, aby powstrzymać Rosję na kierunku wyznaczonym z grubsza linią Berlin-Warszawa. Ale mimo wszystko, USA nie mają w tej chwili takiej możliwości, aby prowadzić szeroko zakrojone działania wojenne na Ukrainie przeciwko Rosji. Pomijając różne inne okoliczności, wojskom lądowym pod Kijowem będzie groziło okrążenie od strony Białorusi.
        Nawet gdyby uznać, że siły USA pojawią się na Ukrainie, to bezpośrednie starcie USA-Rosja oznacza, że dealu w Azji już nie będzie. Wprost przeciwnie. Będzie okazja do rewanżu. Więc Amerykanie będą musieli skromnie liczyć, że za cenę powstrzymania się USA od działań, Putin się później zrewanżuje.

        Cały świat już wie, że dla Trumpa sojusznicze zobowiązania, to tylko spółka z o.o. Starty wizerunkowe nie będą wielkie. A że Chinami łatwo straszyć… Poza tym, koalicja wspólnego celu, to coś zupełnie innego niż sojusz, który z definicji ma wielość, i to bliżej nieokreślonych celów. W odpowiedniej koalicji, przy „neutralności” Rosji, USA może wojnę z Chinami wygrać. Byle Rosja trzymała się z daleka.

        Zatem niezależnie od tego, który z tych scenariuszy się ziści, Ukraina upadnie. Albo sama, albo jednocześnie z Polska. Dopóki rosyjskie czołgi stoją na ukraińskiej granicy jest jeszcze pole do działania.

        Ad 5) Powtórzę, że w interesie Polski leży Ukraina na tyle silna, aby mogła przeciwstawić się Rosji, w ewentualnej koalicji, również dyplomatycznie, na tyle skutecznie, aby Putin musiał uznać, że konsekwencje ataku na Ukrainę mogą być na tyle poważne, że przestaje się mu to opłacać. To jest interes Polski, o który Polska powinna zabiegać. A że przy okazji zyskuje i Ukraina – to wszystko nie oznacza, że Polska zabiega nie o swój, a o ukraiński interes.

        Przyjmuję Pana punkt widzenia, że Warszawa nie miała mocy sprawczej, aby kogokolwiek namówić na pomoc Ukrainie (o jakiej „mocy sprawczej” mowa i o jakiej „pomocy”?). Ale nie o pomoc Ukrainie tu chodzi, a o trwanie Ukrainy. Polska mogła całkiem sporo. Polska miała wystarczająco obfite pokłady soft power – zdolności do zjednywania sobie sojuszników i budowania koalicji. Taka Polska stojąca przy Ukrainie wzmacniała ją politycznie. Taka Polska była też bezpieczniejsza. Trzy lata temu ryzyko, że armia FR stanie na granicach Polski w ciągu 10 lat było nikłe. Dzisiaj ten scenariusz podlega analizom. I może być to szybciej.

        Jeżeli Pan uważa, że dyplomacja i polityczne poparcie niewiele znaczy, to przypomnę wspomnienia Zbigniewa Brzezińskiego: Kiedy w 1979 r. JPII przemawiał na sesji ogólnej ONZ, to chociaż ani razu nie użył słowa „komunizm”, to i tak delegacja radziecka miała pełne gacie. Koniec cytatu.
        Ad) „A co do tytułu i treści. Sprzeczność jest. I tak miało być.”

        Takich sprzeczności widzę u Pana więcej. Wszystkie zamierzone?

        1. Problem chyba polega na tym, że Pan wiele dopowiada rzeczy, których wcale nie napisałem, a następnie z nimi polemizuje. Nigdzie nie pisałem, że wojska USA będą na Ukrainie i to przed atakiem Rosji. Zapewne Waszyngton nie zdąży zareagować, by wysłać tam dostateczne siły już w trakcie ataku (co najwyżej lotnictwo).

          Więc kluczową rolę, jeśli chodzi o siły lądowe – będzie odgrywać Polska i może Rumunia.

          Jednocześnie Pan wskazuje, że jak nasze wojska wjadą na Ukrainę bez „zaproszenia” to będą traktowane wrogo. Całkowicie się z tym zgadzam. Dlatego cały artykuł jest o tym, co powinniśmy zrobić i co uzyskać, kiedy zdeterminowany Kijów sam nas zaprosi. W takiej sytuacji nie ma mowy o jakiejkolwiek agresji. Dlatego pisałem o bratniej pomocy.

          Jak widać napisał Pan wiele zbędnej polemiki.

          Co do ryzyka wybuchu wojny Polska- USA. Przyjmuję, iż Pan je ocenia na wysokie. Ja osobiście oceniam na niskie (ponieważ grozi to wojną NATO-ROSJA która nie leży w interesie żadnej ze strony i grozi wymianą atomową). Tu jest decydująca kwestia sporna. I na tej, oceniam, podstawie, Pan jest zwolennikiem stania i przyglądania się z boku (inwazji Rosji na Ukrainę), ja natomiast widzę potrzebę reakcji.

          Nie rozumiem natomiast dlaczego jest Pan zwolennikiem ślepego wsparcia i poklepywania Ukrainy po plecach przez Polskę w tej chwili. Przypomnę tylko, że za czasów poprzedniej ekipy, ze strony Kijowa spotykały nas podobne nieprzyjemności jak za czasów ekipy obecnej. B. Komorowski dostał jajem, a dzień po jego powrocie Ukraińcy uchwalili anty-polską ustawę. To samo było po wizycie A. Dudy.

          Ukraińcy olali dyplomację Sikorskiego i upatrując protektoratu w USA, mają w zadku obecny polski rząd. Więc pomaganie im i nadskakiwanie tylko pogorszyłoby naszą sytuację polityczną i upewniło Kijów – ze nie szanując nas, robią właściwie.

          Tylko i wyłącznie właśnie z tego powodu, powinniśmy zachować chłodną rezerwę i czekać jak się sytuacja rozwinie. A wsparcie ze strony Berlina Ukraina zawsze zyska, nawet ponad naszymi głowami. Bo Ukraina zawsze była w kalkulacjach i interesach Niemców. Więc tutaj pośrednictwo Polski nie jest ani potrzebne ani nikt go nie oczekuje.

          Natomiast jeśli Berlinowi bardziej opłaca się robić interesy z Rosjanami kosztem Ukraińców, to słowo Warszawy również tutaj nic nie wskóra. Chyba, że sami byśmy coś Niemcom zaoferowali. Coś lepszego niż Rosjanie. I byśmy wówczas płacili cenę za interesy Ukraińców, którzy wciąż mieliby nas w wiadomym miejscu. A tak się polityki robić nie powinno.
          pozdrawiam
          KW

          1. „Problem chyba polega na tym, że Pan wiele dopowiada rzeczy, których wcale nie napisałem, a następnie z nimi polemizuje.”

            To samo mógłbym napisać pod Pana adresem. Osobiście usiłuję zrozumieć o czym Pan pisze. Jeżeli przypisuję Panu rzeczy przez Pana nienapisane, to są moim zdaniem konsekwencje Pana stanowiska, których w moim odczuciu Pan nie dostrzega. I nie polemizuję, tylko przedstawiam dalsze następstwa.

            „Więc kluczową rolę, jeśli chodzi o siły lądowe – będzie odgrywać Polska i może Rumunia.”

            Tu nie ma zgody, napisałem dlaczego.

            „… zdeterminowany Kijów sam nas zaprosi. W takiej sytuacji nie ma mowy o jakiejkolwiek agresji. Dlatego pisałem o bratniej pomocy.”

            Żeby zaprosił, najpierw trzeba zbudować dobrosąsiedzkie stosunki. Tą kwestię zdaje się Pan całkowicie pomijać.

            „Jak widać napisał Pan wiele zbędnej polemiki.”

            Powtarza Pan swoje twierdzenia, więc z tego punktu widzenia, to tak. Ja widzę to trochę inaczej. Vide wyżej.

            „Co do ryzyka wybuchu wojny Polska- USA.”

            Freudowska pomyłka? 😉

            „Ja osobiście oceniam na niskie (ponieważ grozi to wojną NATO-ROSJA …”

            Powtórzę. Jeśli Polska zostanie zaatakowana w naszych granicach, to grozi. Jeżeli atak na polskie wojsko rozpocznie się poza naszymi granicami, to przy bierności USA – niekoniecznie.

            „I na tej, oceniam, podstawie, Pan jest zwolennikiem stania i przyglądania się z boku (inwazji Rosji na Ukrainę), ja natomiast widzę potrzebę reakcji.”

            Różnimy się tym, że ja potrzebę reakcji widzę już teraz, aby spróbować zapobiec późniejszym działaniom militarnym.

            „Nie rozumiem natomiast dlaczego jest Pan zwolennikiem ślepego wsparcia …”

            To jest Pana wniosek, w moim przekonaniu – nieuprawniony. Jestem zwolennikiem mądrze prowadzonej (podkreślam) dyplomacji wspierającej, co nie oznacza „ślepego wsparcia”.

            „…ze strony Kijowa spotykały nas podobne nieprzyjemności jak za czasów ekipy obecnej…”

            To może i teoria spiskowa, ale najbardziej na poróżnieniu Polski i Ukrainy zależy Rosji. Nie wiem, czy Pan zauważył, ale przed rokiem 2014 problem nacjonalizmu ukraińskiego nie istniał. To był margines.

            „B. Komorowski dostał jajem”

            Jeżeli polska polityka wobec Ukrainy będzie dalej tak wyglądała, jak wygląda, to ewentualne polskie oddziały na Ukrainie dostaną od Ukraińców nie tylko jajem.

            „Ukraińcy olali dyplomację Sikorskiego i upatrując protektoratu w USA, mają w zadku obecny polski rząd. Więc pomaganie im i nadskakiwanie tylko pogorszyłoby naszą sytuację polityczną i upewniło Kijów – ze nie szanując nas, robią właściwie.”

            Pan zdaje się zakładać, że Stany mogą wszystko. Nawet Stany mogą tyle, na ile ich lokalni sojusznicy chcą Stany wspomóc. Jeżeli Europa z Polską na czele nie będzie zainteresowana Ukrainą – Stany też odpuszczą. Powtórzę, co napisałem wcześniej: Ukraina to nie jest obecnie najważniejsze miejsce na świecie.

            „A wsparcie ze strony Berlina Ukraina zawsze zyska, nawet ponad naszymi głowami. Bo Ukraina zawsze była w kalkulacjach i interesach Niemców.”

            Nie zgadzam się. Mógłby Pan to jakoś uzasadnić?

            „Więc tutaj pośrednictwo Polski nie jest ani potrzebne ani nikt go nie oczekuje.”

            Nie zgadzam się. Pokazałem dlaczego.

            „Natomiast jeśli Berlinowi bardziej opłaca się robić interesy z Rosjanami kosztem Ukraińców, to słowo Warszawy również tutaj nic nie wskóra.”

            Zgoda, z tym zastrzeżeniem, że póki co, Niemcy z Rosją robią interesy ekonomiczne, w przekonaniu, że za ekonomią nie przyjdzie polityka. Póki co, Niemcy nie robią z Rosją interesów politycznych, ani nie płacą politycznych rachunków. To przy obecnie prowadzonej przez Polskę polityce zagranicznej może się zmienić.

            „Chyba, że sami byśmy coś Niemcom zaoferowali. Coś lepszego niż Rosjanie.”

            Mamy taką ofertę. Strefa buforowa NATO.

            „I byśmy wówczas płacili cenę za interesy Ukraińców, którzy wciąż mieliby nas w wiadomym miejscu.”

            Ukraina ma dla Polski takie samo znaczenie, jak Polska dla Niemców (j/w). Polska razem z Ukrainą (podkreślam) ma do zaproponowania Niemcom, to że oddziały FR znajdują się ob Berlina na tyle daleko, że Moskwa nie może myśleć o wystawianiu Berlinowi politycznego rachunku.

            „którzy wciąż mieliby nas w wiadomym miejscu. A tak się polityki robić nie powinno.”

            Z wzajemnością nie powinno się mieć też tam sąsiadów z przekonaniem, że jak się wykrwawią, to zmądrzeją.
            Nie powinno się robić polityki z odgórnym założeniem, że jedynym rozwiązaniem problemów jest opcja militarna. Za dużo w swoich tekstach pisze Pan o działaniach militarnych, a zupełnie pomija Pan możliwości działania jeszcze przed opcją militarną. Tymczasem kiepski pokój jest stokroć lepszy niż mądrze (podkreślam) prowadzona wojna. Opcja militarna może (ale nie musi!) być jakimś rozwiązaniem (niekoniecznie dobrym!) jeżeli wcześniej wszystkie inne sposoby działania zawiodą.

            Również pozdrawiam

          2. Ja widzę, że sprytnie pomija Pan istotne kwestie tylko po to, by wywieźć własne racje. Gdy ja wskazałem, że Ukraina nie prowadziła najlepszej polityki wobec Polski nawet gdy ta prowadziła pro-ukraińską politykę (za Sikorskiego), to Pan to zbywa z humorem – że teraz nam się jeszcze raz należy (jeśli chodzi o obrzucenie jajem prezydenta). I nadal twierdzi, że powinniśmy prowadzić pro-ukraińską politykę…

            Takich technik używał Pan już kilkukrotnie, osobiście kapituluję.
            Nie zgadzamy się w wielu miejscach co do oceny sytuacji. Ja to akceptuję i nie zamierzam Pana do mojej oceny na siłę przekonywać.

            Oczywiście zachęcam do polemik i komentarzy, ale (tutaj piszę do ogółu) proszę nie wymagać, bym się odnosił do każdego z nich.
            O Ukrainie zapewne napiszę jeszcze nie raz – w formie artykułu na blogu. I z pewnością, tak jak teraz, będę rozważał różne zdania polemiczne i uzasadniał własne zdanie.

            Tą dyskusję pozostawię jednak w tym miejscu.
            pozdrawiam
            KW

          3. „Ja widzę, że sprytnie pomija Pan istotne kwestie tylko po to, by wywieźć własne racje.”

            Szkoda, że tak to Pan postrzega. Osobiście mam podobne wrażenie wobec Pana, ale staram się tego zarzutu nie formułować. No trudno.

            „Gdy ja wskazałem, że Ukraina nie prowadziła najlepszej polityki wobec Polski nawet gdy ta prowadziła pro-ukraińską politykę (za Sikorskiego),”

            Ja to też dostrzegam. Możemy się obrazić albo możemy próbować to zmienić.

            „to Pan to zbywa z humorem – że teraz nam się jeszcze raz należy (jeśli chodzi o obrzucenie jajem prezydenta).”

            Czym?! Że co?! Że się należy?! Tak to Pan odczytał?! Szanowny Panie…

            „Takich technik używał Pan już kilkukrotnie, osobiście kapituluję.”

            Z pewnym żalem stwierdzam, że zarzucił mi Pan manipulację. Myślałem, że prowadzimy dyskusję. Trudno. Szkoda. Odnotowuję zarzut.

            „Nie zgadzamy się w wielu miejscach co do oceny sytuacji. Ja to akceptuję i nie zamierzam Pana do mojej oceny na siłę przekonywać.”

            Też to akceptuję i też nie zamierzam Pana przekonywać. Ani siłą, ani bez siły. Sądziłem, że prowadzimy dyskusję.

            Reszta jest milczeniem.
            Pozdrawiam.

  2. O Kaliningradzie tu parę razy wspomniano. Wyspa A2AD blokująca dostęp z pomocą do nas. Systemy S300/S400 stamrąd mogą spokojnie strącać samoloty nad Warszawą. Iskandery mogą w kilka minut spść na Krzesiny i stacjonujące tam F16. Zburzyć mosty na Wiśle. Przywalić w gazoport w Szczecinie.
    To jak za I RP Państwo Krzyżackie czy Pruscy Wschodnie – ciągłe zagrożenie, szachujące region.
    Trzeba nam mieć mnóstwo artylerii i rozpoznanie (satelitarne?), o dużym zasięgu, która jest w stanie na każde wystrzelenie stamtąd rakiety przyłożyć od razu celnie parę salw. System HOMAR, może w dwoch wersjach. Amerykańska czemu nie, ale oni nam nie sprzedadzą technologii czy sensownego offsetu. Przydałby się własny, z przekazaniem technologii w całości i możliwością naprodukowania mnóstwa rakiet i zestawów, z głowicami termobarycznymi. I może pociski do klasycznej artylerii z silnikiem strumieniowym dla zwiększenia zasięgu (oraz opcji stromego płaskiego lotu by uniknąć namierzenia i ogania kontrbaterynjego).

    Ogólnie w obecnych czasach artyleria rządzi. Byle celna i ze sporym zasięgiem. Rozpoznanie satelitarne, drony i likwiduje wszystko – piechotę, czołgi, artylerię, z brzegu to i desantowe okręty załatwi. Pociski inteligentne, kasetowe i termobaryczne. Obwód Kaliningradzki z jednej strony jest punktem A2AD, ale z drugiej strony teoretycznie otoczony przez NATO, które powinno mieć moliwość szybkiego jego zgniecenia ze wszystkich stron, nim wojska tam zgromadzone nie rozproszą się po Mazurach i Pomorzu, oraz Krajach Bałtyckich.

  3. „z głowicami termobarycznymi. I może pociski do klasycznej artylerii z silnikiem strumieniowym dla zwiększenia zasięgu (oraz opcji stromego płaskiego lotu by uniknąć namierzenia i ogania kontrbaterynjego).

    Ogólnie w obecnych czasach artyleria rządzi. Byle celna i ze sporym zasięgiem. Rozpoznanie satelitarne, drony i likwiduje wszystko – piechotę, czołgi, artylerię, z brzegu to i desantowe okręty załatwi. Pociski inteligentne, kasetowe i termobaryczne.”

    Krótko: wyłącznie pustosłowie bez żadnej wartości informacyjnej, wyrażone żargonem wojskowo-technicznym. Bardzo krótko: bełkot o niczym.

  4. Panie Krzysztofie

    I RP miały i były tam obywatelami nieliczne elity. Parę % całego społeczeństwa. Te parę % też było zróżnicowane (od magnata do szlachty zagrodowej była przepaść), ale miało podmiotowość prawną i prawa obywatelskie. Ponad 80% zamieszkującej obszar I RP ludności nie miało żadnych praw – było niewolnikami tej niewielkiej grupy, o statusie zbliżonym do inwentarza żywego. Czy niewolnik murzyński w USA przed Wojną Secesyjną był Amerykaninem, czy może tylko środkiem produkcyjnym bez podmiotowości w posiadaniu białego Amerykanina? Czy dziś jego potomek może uważać, że USA z tego okresu to był kraj jego przodków?

    Dziś ponad 95% Polaków to potomkowie tych białych niewolników pańszczyźnianych. Nie mających praw „Polaka”, będących podludźmi w oczach uprzywilejowanej szlachty, praktycznie innym gatunkiem. Ci niewolnicy prawa obywatelskie i w ogóle jakieś prawa uzyskali dopiero, gdy na terenach na których żyli, funkcjonowało inne państwo: Prusy, Rosja albo Austro-Węgry. Do którego państwa mieliby wtedy odczuwać jakiś sentyment? Do dawnej I RP, czy państwa „zaborcy”.

    Kto utracił niepodległość? „Sarmacja”, uprzywilejowana grupa, która nie myślała o „państwie” tylko o swoich przywilejach i doprowadziła zarządzany przez siebie kraj do zapaści, wcześniej, z egoizmu, blokując wszelkie reformy. Z egoizmu sprowadziła przodków dzisiejszych Polaków do statusu bydła domowego, odmawiała finansowania struktur państwowych, i blokowała rozwój w państwie. Inne organizacje państwowe rozwijały się, a zarządzana przez nich nie, w końcu silniejsi rozwiązali I RP. I potem faktycznie poprawili byt przodkom dzisiejszych Polaków.

    To że dziś murzyn w USA mówi po angielsku, nie oznacza iż musi uważać, że właściciel plantacji który torturował jego prapradziadka i gwałcił praprababkę, jest jego rodakiem, bo pięknie pisał wiersze po angielsku.

    Dziś funkcjonujemy na terenach, które umiarkowanie pokrywają się z terenami I RP. Bo część ziem jeszcze kilkadziesiąt lat temu była rdzennie niemiecka. Ten kraj, a szczególnie jego obywatele, ma bardzo niewiele z I RP, i trochę więcej z II RP. Ale struktura społeczna, kultura, w bardzo dużym stopniu powstały po rewolucji spowodowanej II W.Ś. i jej następstwami. A dzisiejsi Polacy w dużej mierze zajmują nisze, zwolnione jeszcze niedawno po innych – dawnej szlachcie (praktycznie odmienny gatunek, który w w większości wyginął), Żydach (którzy wyginęli na tych ziemiach w większości), Niemcach (których wysiedlono). Państwowość faktycznie jest bardzo młoda. Choć fakt, że ukraińska jeszcze młodsza.

    1. Szanowny Panie

      https://www.krzysztofwojczal.pl/geopolityka/europa-centralna/ukraina/polska-ukraina-jak-naprawic-relacje-i-wzmocnic-pozycje-polski-na-wschodzie-komentarz/#comment-3399

      To o czym Pan pisze, nie ma nic wspólnego z narodowością, czy państwowością.

      Miesza Pan kawę z mlekiem, dodaje cukru, po czym twierdzi Pan, że kawa wcale nie jest czarna ani gorzka. Tą „techniką dowodzenia” można „udowodnić” wszystko. Nawet to, że Ziemia jest płaska.

      „Ziemia jest kulą, a powierzchnia kuli jest płaska. Z czego wynika, że ziemia jest płaska.”

  5. Nie ma co wywyższać się z naszą 1000-letnią państwowością nad świeżą ukraińską państwowością.

    Chodzi o to że obecna III RP (albo IV RP jak chcą niektórzy), niekoniecznie ma ciągłość, szczególnie z punktu widzenia większości obywateli, z II RP, o I RP nie wspominając. Obecna RP, to w dużej mierze nowe, całkiem młode państwo, powstałe cześciowo na terenach dawnej II RP, z nową strukturą społeczną, przesiedloną w dużej mierze z terenów dawnej II RP (często innych niż obecnie).

    Spójna jest obecnie językowo i religijnie (w dużej mierze), ale z II RP ma ograniczone związki, a z I RP prawie żadnych. Oprócz garści mitów, które jak to mity, są w dużej mierze fałszywe.

    Obecna RP nie jest aż tak bardzo drastycznie starsza od obecnej Ukrainy. Owszem, PRL miał te kilkadziesiat lat państwowości, i nieco zapożyczył z II RP (ale dużo odrzucił i nie było kontynuacji). Obecna RP ma głównie historię w PRL + zmiany gospodarcze od 1989. Ukraińska państwowość jest młodsza, ale to nie różnica jest kilkanaście lat vs tysiąc.

    1000 lat ciągłości to ma na tych ziemiach tylko Kościół Katolicki.
    Z dawnej I RP została tylko nadrzędna rola Kościoła Katolickiego, dzięki kontreformacji I RP. I postniewolnicze spółeczeństwo (ze specyficzną, postfolwarczną kulturą i brakiem zaufania do państwa). I parę fałszywych mitów z którymi obecni Polacy nie mają faktycznie żadnego związku.

    1. Szanowny panie Pakinko – posiadając rację w opisie przemian nie ma jej Pan zupełnie w diagnozie. Potomkowie chłopów czy niewolników pańszczyźnianych jak pan woli, sami z własnej woli przyjęli ethos grup, które zniknęły – czyli szlachty i magnaterii. Zrobili tak poprzez czytanie historii, literatury lub słuchanie opowieści -poprzez identyfikację z szarżą husarii pod Kircholmem lub kawalerii Dziewanowskiego pod Samosierrą. Mit „założycielski” Państwa Polskiego był na tyle silny, że ci potomkowie już od wielu pokoleń stali się kontynuatorami – bo przecież proces taki zachodził już przed 1914 rokiem i to pomimo tego że wspólnymi siłami prusko-ruskimi próbowano właśnie taką narrację jaką Pan przedstawił przekazać rodzącej się klasie czy nowym klasom społecznym. Więc pomimo trafnej diagnozy przekształceń społecznych kompletnie nie ma Pan racji i widać to na każdym kroku – jeśli w ogóle widać konsensus w narodzie to wokół chwalebnych kart naszej historii, które w swoim wykonawstwie były przed wszystkim szlachecko-rycerskie. Tak więc niezależnie od swojego pochodzenia mam prawo do swojej 1000 letniej historii bo ją przejąłem jako wspólne dziedzictwo – i to jest powód dlaczego mówimy po polsku i piszemy o Polsce na tym blogu. Dlatego też właśnie czarni obywatele USA biorą udział w konfliktach zbrojnych i to dobrowolnie. Być może Pan tej ciągłości nie ma ale na całe szczęście większość ją ma i czuje że ją posiada. Po prostu Pana mit założycielski jest o wiele uboższy..I nie jest istotne z kąd pochodzi Pana rodzina tylko do czego się przyznaje

      1. Jest różnica czy czarny w USA walczy dla USA, bo:

        1) Nie ma świadomości, że jego prapradziada ściągnęli z Afryki jako niewolnika, by swą przymusową pracą poprawiał komfort życia białego pana, a jego praprababka dogadzała białemu w łóżku. Wtedy wiernie wykonuje w armii rozkazy praprawnuka właściciela plantacji któremu podlega. Chichot historii.

        2) Z uwagi na swe post-niewolnicze deficyty był w takiej sytuacji społecznej, że przystąpienie do wojska było jedyną opcja jaką widział dla poprawy swojego losu. Wtedy nie różniłby się zbytnio od dawnego chłopa trafiającego z branki do wojska. Bo przecież polskojęzyczni chłopi w XVIII-XIX-XX wieku byli brani, jako mięso armatnie, do armii pruskiej, rosyjskiej i austro-węgierskiej.

        3) Jest świadomy dlaczego dziś jest anglojęzycznym Amerykaninem, ale uznaje, że dziś USA jest jego krajem, akceptuje obecny system i chce wspierać ten kraj choćby swoją służbą w armii.

        Co do Polski. Dobrze by dzisiejsi Polacy mieli świadomość swojego pochodzenia i młodej historii kolejnej polski (z numerem 3 lub 4, wedle poglądów politycznych). Mieli świadomość swojego braku związków z poprzednimi właścicielami Polski nr 1 i nr 2, i nie czuli się z tego powodu związani jakimiś historycznymi zaszłościami. To nie ich przodków mordowano w Katyniu, to nie ich przodkowie odnieśli zwycięstwo pod Grunwaldem, to nie ich przodkowie organizowali nieudane powstania, i czytywali poematy romantyzmu. To nie ich przodkowie byli archetypami bohaterów Sienkiewicza.

        Z tą świadomością można pozbyć się potworów przeszłości, odrzucić fałszywe mity i fantazmaty. Uznać, że skoro już tu żyjemy, w tej specyficznej kulturze, i używamy tego języka, to warto się tu zorganizować by było nam (i naszym potomkom) lepiej. Skoro nie zamierzamy się stąd ewakuować do lepiej zorganizowanego państwa (jak zrobiło ponad 2 miliony obywateli) i tam zamiast Polaka stać się Niemcem, Brytyjczykiem, Francuzem (o ile są tam takie opcje dla przyjezdnych), to można rozważać opcje, jak wykorzystać lokalne zasoby dla tego państwa, w którym spędzimy resztę życia. Można budować wtedy maksymalnie konstruktywnie coś, przyjmując jakąś tożsamość i tworząc kulturę, kopiując z od innych to co dobre i skuteczne.
        Ale można też uwierzyć bezkrytycznie fantazmaty i czuć się zobowiązanym do kontynuowania „polskiej” kultury, nawet jeśli niektóre jej elementy są dekonstruktywne i szkodliwe. Albo kiedy obok leżą, do skopiowania, lepsze i skuteczniejsze. Co innego rozumieć, że jakikolwiek kraj leżący tu gdzie dziś Polska, z takimi sąsiadami, podlega takim siłom i zagrożeniom i starać się tym zarządzać. Albo dać sobą kierować demonom nie swojej historii, wikłając się w nie swoje spory.
        Nie mamy powodu by utożsamiać się z mitem Samosierry (bezcelowych strat w imię obcych interesów, przeprowadzonej przez ludzi którzy lub których krewni wyzyskiwali naszych przodków), chyba że te mit byłby użyteczny choćby do odstraszania konkurencji. Na historii możemy się uczyć, niekoniecznie przywiązując się do własnej. Warto kopiować ze zwycięzców.

  6. Panie Krzysztofie,
    jedno pytanie muszę Panu zadać.
    W tekście https://www.krzysztofwojczal.pl/polityka/poddanstwo-wobec-usa/ (z 23/08/2017)
    Napisał Pan:
    „Zagrożenia PL:
    […]
    Drugim ogromnym zagrożeniem dla Polski jest wciągnięcie nas w wojnę na Ukrainie. USA może spróbować sprowokować Putina do inwazji na Ukrainę (przyciśnięty do ściany niedźwiedź, pozostając bez możliwości wyjścia/ucieczki, zaatakuje i zagra va bank). W takim scenariuszu to nie amerykańscy, a właśnie nasi żołnierze wkroczą na Ukrainę w celu „bratniej pomocy” i „ochrony ludności zachodniej Ukrainy” przed inwazją „separatystów”.”

    Podkreślam pierwsze cytowane zdanie.

    Z czego wynika taka ewolucja poglądów u Pana? Obecnie twierdzi Pan, że w interesie Polski leży dać się wciągnąć w taką wojnę.

    1. Nie widzę rozbieżności ani ewolucji poglądów.

      1) USA potrzebuje Polski jako sojusznika w regionie, bowiem ma swoje interesy m.in. na Ukrainie. W przypadku problemów, to my, jako lokalny prokurent Amerykanów, mamy działać (tak przynajmniej Waszyngton uszył sobie strategię).

      2) W Polski interesie jest niepodległa Ukraina. Słabsza od Polski i od niej zależna (czyli niezależna od Rosji).

      Pierwsza okoliczność jest wymieniana jako zagrożenie, bowiem to jest groźna sytuacja. Zwłaszcza dla słabego, nieprzygotowanego państwa. Widząc tego rodzaju zagrożenie (wciągnięcie nas w konflikt przez Amerykanów), w ostatnim dot. Ukrainy wpisie podkreśliłem potrzebę przygotowania się na taką ewentualność.

      Po pierwsze, bo nie mamy za bardzo wyjścia (jako państwo zależne od USA), po drugie bo w chwili zagrożenia, w mojej opinii trzeba podjąć działania w celu obrony Ukrainy. Tylko nie należy tego robić ani na siłę (wbrew woli Ukrainy) ani za darmo.

      Innymi słowy, dla mnie jedno (potrzeba przygotowania się na ew. interwencję na Ukrainie) wynika z drugiego (ewentualność wciągnięcia nas w taką interwencję przez USA –> gdzie akurat interesy Polski są zbieżne). Więc całość jest spójna.
      pozdrawiam
      KW

      1. Jeśli dobrze zrozumiałem, to sytuację z potencjalną „interwencją” na Ukrainie postrzega Pan jako zagrożenie, z którego możemy mieć jednak jakąś korzyść. Tak? To znaczy, że zupełnie inaczej rozumiemy słowo zagrożenie. „Zagrożenie, z którego można mieć korzyść”, to nie zagrożenie, ale szansa. Niezależnie od tego, czy dla osiągnięcia korzyści trzeba ponieść jakieś nakłady lub podjąć ryzyko. „Zagrożenie” jest zawsze niepożądane, „szansa” jest pożądana. Albo coś jest zagrożeniem, albo szansą. Tertium non datur.

        A co do meritum, to zagrożenie widzę gdzie indziej niż Pan. Dla mnie postulowanie wysyłania polskich oddziałów na Ukrainę, nawet przy założeniu odpowiedniego przygotowania (podkreślam) i nawet po zaproszeniu przez ukraińskie władze, przy obecnie prowadzonej polityce Polski wobec Ukrainy (podkreślam) jest „mało roztropne”. Używam cudzysłowu, bo – z całym szacunkiem – krążą mi po głowie mocniejsze określenia.

        Twierdzi Pan, że jeśli armia FR stanie na granicy Polski, to będzie katastrofa, ale jeśli ta sama armia podejdzie do polskich oddziałów na Ukrainie to już nie. Bo w tym drugim przypadku Rosji nie będzie zależało na konflikcie Rosja-NATO. A w tym pierwszym to już tak? Bardzo osobliwy punkt widzenia.
        Osobiście jak mam wybrać, to wolę niebezpieczeństwo polegające na graniczeniu Polski z FR niż prawie pewną masakrę polskiego wojska na Ukrainie.
        Z poważaniem

        1. Różnice między jedną jedną sytuacją (spotkaniem wojsk NATO/Polski z wojskami FR na terenie Ukrainy) a drugą (stanięcie czołgów na granicy PL-UKR) opisałem dość szeroko w napisanych artykułach. Szanuję Pańskie zdanie i to co Pan woli. Ale się z nim nie zgadzam. Z wielu, opisanych już w artykułach względów. Których tutaj powtarzać nie będę.

          Jak na razie nie zaproponował Pan żadnej spójnej i realnej alternatywy. Zachęcam do opisania, jak Pańskim zdaniem Polska powinna prowadzić dzisiaj politykę wobec Ukrainy. Proszę uwzględnić realia i pominąć chciejstwo i fantazje (jak np. taka, że obecny rząd przekona Berlin do zrobienia czegokolwiek). Opisać co jest celem, jakie są zagrożenia, jak ich uniknąć oraz to, gdzie docelowo chcemy się znaleźć jako kraj.
          Chętnie zapoznam się z jakąś sensowną alternatywą.

          pozdrawiam
          KW

          1. Ponieważ moja odpowiedź jest dłuższa, a wcięcia zabierają cenne miejsce odpowiedź zamieszczam w nowym komentarzy.

          2. 1) wspomagać gospodarkę Ukrainy, przez jakieś umowy handlowe (trzeba wpuścić trochę ich towarów na rynek)
            2) mieć jakiś sensowną politykę imigracyjną dla Ukrainców (z planem asymiliacji i obywatelstwa, urzędową bezpłatną nauką języka, ochroną prawną, podatkami)
            3) wymianiając sprzęt wojskowy przekazywać im nasz używany
            4) budować drogi do Ukrainy
            5) wspierać turystykę Polaków na Ukrainę (zostawmy im trochę kasy i nawiązujmy wspólne kontakty)
            6) współraca przemysłu zbrojeniowego (jakieś sensowne przekazywnie nam ich technologii, na uczciwych warunkach ale niedrogo, może wspólne elementy uzbrojenia, by w razie nasilenia problemu wspierać ich dostawami amunicji), może jakieś know-how może iść w drugą stronę (choć i tak mają lepszą zbrojeniówkę jeśli chodzi o technologie)
            7) odpuszczenie sobie pretensji historycznych

  7. [odpowiedź na https://www.krzysztofwojczal.pl/geopolityka/europa-centralna/ukraina/polska-ukraina-jak-naprawic-relacje-i-wzmocnic-pozycje-polski-na-wschodzie-komentarz/#comment-3433%5D

    „Różnice między jedną jedną sytuacją (spotkaniem wojsk NATO/Polski z wojskami FR na terenie Ukrainy) a drugą (stanięcie czołgów na granicy PL-UKR) opisałem dość szeroko w napisanych artykułach.”

    Obawiam się, że przed pisaniem nie zapoznał się Pan z tekstem traktatu NATO (Dz.U. 2000 nr 87 poz. 970). Wyjątki z traktatu:

    Art. 5 Strony zgadzają się, że zbrojna napaść na jedną lub więcej z nich w Europie lub Ameryce Północnej będzie uznana za napaść przeciwko nim wszystkim […]

    Art. 6 W rozumieniu artykułu 5 uznaje się, że zbrojna napaść na jedną lub więcej Stron obejmuje zbrojną napaść:
    – na terytorium [podkreślam] którejkolwiek ze Stron w Europie lub Ameryce Północnej, […];
    – na siły zbrojne, okręty lub statki powietrzne którejkolwiek ze Stron znajdujące się na tych terytoriach lub nad nimi albo na jakimkolwiek innym obszarze w Europie, na którym w dniu wejścia w życie traktatu [podkreślam: w dniu wejścia w życie traktatu ale nie w dniach późniejszych] stacjonowały wojska okupacyjne którejkolwiek ze Stron, lub też na Morzu Śródziemnym czy na obszarze północnoatlantyckim na północ od Zwrotnika Raka.

    Z powyższego wynika, że sojusz NATO nie obejmuje terytoriów, które znalazły się pod okupacją wprowadzoną po dniu (podkreślam raz jeszcze) wejścia w życie (podkreślam) traktatu. Zatem traktat obowiązuje na terenie (i ponad terenem) państw członkowskich, ale poza terenem państw członkowskich na lądzie już nie obowiązuje (podkreślam trzy razy na czerwowno). Oznacza to, że oddziały polskie, które ewentualnie znalazłyby się na terenie Ukrainy nie podlegałyby ochronie z tytułu członkostwa w NATO. Ewentualna obecność na Ukrainie polskich oddziałów nie grozi żadnym wywołaniem konfiktu Rosja-NATO. Polskie oddziały weszłyby na Ukrainę wyłącznie na własną (nie)odpowiedzialność. I z prawdopodobieństwem graniczącym z pewnością – wbrew stanowisku innych krajów NATO ze Stanami na czele. Jeżeli naprzeciwko siebie staną dwie rywalizujące o Ukrainę armie, to nie ma takiej siły, aby nie nastąpiła militarna konfrontacja obu sił. A jeżeli jedna z tych armii to 3. armia na świecie a druga lokowana jest po koniec drugiej dziesiątki (co i tak jest niezłym wynikiem biorąc pod uwagę obecny stan Polskiej armii), to będzie to starcie, którego wynik będzie jak czołówka osobówki z tirem. Pisałem o tym we wcześniejszym komentarzu, teraz tylko rozwinąłem.

    „Szanuję Pańskie zdanie i to co Pan woli. Ale się z nim nie zgadzam.”
    Byłoby lepiej, aby szanował Pan coś wiecej niż moje zdanie i nie pisał o wysyłaniu naszych na Ukrainę, aby ginęli rozjeżdżani przez armię Rosyjską. To prezent dla Putina.

    „Jak na razie nie zaproponował Pan żadnej spójnej i realnej alternatywy.”
    Napisałem „dyplomacja przede wszyskim”. Pan skwitował to stwierdzeniem sprowadzającym się do krótkiego: „dyplomacja jest niemożliwa, bo polski prezydent dostał na Ukrainie jajem”.
    Nie wiem, czy Pan wie (pamiętać Pan raczej nie może), że w czasie bombardowań byłej Jugosławi w 1999 roku, Amerykanie przez pomyłkę zrzucili bomby na chińską ambasadę. Zabili 3 Chińczyków, wielu ranili. I co? I nic, nie licząc protestów dyplomatycznych, przeprosin i wypłaconego odszkodowania. Jakoś Chńczykom nie przyszło do głowy postawić swoja armię w stan gotowości ani nawet nie zagrozili Stanom zerwaniem stosunków dyplomatycznych. A Pan by chciał, aby jajka rzucane przez oszołomów wyznaczały kierunki i cele naszej dyplomacji. Leszek Miler też dostał jajkiem (w Polsce). I co? I nic. Zupełnie nic.

    Jeżeli możliwości polskich działań dyplomatycznych na Ukrainie rzeczywiście by się wyczerpały (taka informacja nie przebiła się do wiadomości publicznej, a powinna), to nie dlatego, że prezydent Komorowski dostał jajem, tylko z powodów znacznie głębszych i poważniejszych. Ale jeżeli nawet tak by było i jeżeli nawet przyjmiemy, że obecna dyplomacja polegająca na wstrzymaniu się od wszelkich działań wobec Ukrainy jest obecnie jedyną możliwą dyplomacją, to i tak nic Pana nie upoważnia do pisania, że Polska powinna wysłać oddziały wojska polskiego na Ukrainę. Bo żadnych innych argumentów wskazujacych na to, że takim działaniem Polska zyskałaby coś więcej niż sromotną klęskę i zagrożenia dla własnego bezpieczeństwa to Pan poza własna opinią (podkreślam) nie ma.

    Jeżeli moskiewskie czołgi ruszą na Kijów, to będzie znaczyło, że Ukraina dla Europy jest stracona do czasu aż nie upadnie Rosja.

    „Zachęcam do opisania…”
    Już opisałem. Ale coraz bardziej podejrzewam, że argumenty sprzeczne z Pana stanowiskiem nie mają dla Pana żadnego znaczenia i że motto Pana bloga ma coraz mniej wspólnego z jego treściami.
    Z poważaniem – uważny czytelnik Pana bloga.

    1. Jedynie co można by wtedy zrobić, to wspieranie Ukrainę sprzętem, dostawami, ale nie aktywne działania.

      Polska armia sama nie ma potencjały na jakieś walki na Ukrainie z armią rosyjską. Izraelska by miała, turecka może, ale nie nasza. Zbiurokratyzowana, gdzie większość (niby 100 tys.) armii siedzi w biurach. Ze sprzętem muzealnym. Z rozwalonym przez ostatnich ministrów MON dowódctwem. Kapelani polowi, mimo sporego budżetu, siły bojowej raczej nie mają.

      To jakieś mocarstwowe mrzonki w stylu Ligi Morskiej i Kolonialnej z czasów II RP.

      Nie potrafimy kupić sprzętu, przeprowadzić procesów przetargowych, przeszkolić ludzi. Ludzie z MON potrafią tylko kręcić lody na budżecie MON (vide ostatnie aresztowanie człowieka, tego naszego Misia który ostatno dostał medale i któremu salutowali generałowie). A MON w kółko prowadzić dialogi techniczne. Ostatnie realne zakupy MON to samoloty dla VIPów (będą mieli politycy czym uciekać w godzinie W), oraz świeże 4 śmigłowce w bieda-wersji (też pewnie finalnie dla VIPów).

      Rosja tymczasem, nie chwaląc się, w realu rozmieszcza dodatkowy pułk czołgów pod naszą granicą w Obwodzie Kalinigradzkim.

  8. „Jedynie co można by wtedy zrobić, to wspieranie Ukrainę sprzętem, dostawami, ale nie aktywne działania.”

    To by można. Z tym, że ostrożnie. W 2014/2015 mimo błagalnych próśb Ukrainy, Stany zdecydowały się dostarczać jedynie „broń nieśmiercionośną”. Bo Moskwa zagroziła, że w takim razie wesprze separatystów (sic!). W 2016 Stany zaczęły bąkać o dostawach „broni śmiercionośnej”. Skończyło się na bąkaniu.
    I drugie, sami broni nie mamy.

    „To jakieś mocarstwowe mrzonki w stylu Ligi Morskiej i Kolonialnej z czasów II RP.”
    Koncepcja budowy jakiegoś lokalnego porozumienia/unii/stowarzyszenia – jak zwał, tak zwał, nie ważne – może i nie jest taka głupia, pod warunkiem, że dzieje się to na zasadnie dobrosąsiedzkiej współpracy. Innymi słowy, świećmy przykładem i bądźmy zachętą dla innych. Ale jak słyszę o lokalnym mocarstwie, myślę sobie – dywersja.

    „Rosja tymczasem, nie chwaląc się, w realu rozmieszcza dodatkowy pułk czołgów pod naszą granicą w Obwodzie Kalinigradzkim.”
    Jest takie niebezpieczeństwo, w moim odczuciu całkiem spore, że jak Putin uruchomi silniki w czołgach, to nie będzie chciał się zatrzymać ani w Kijowie, ani na Bugu. Chociaż wydaje mi się, że bardziej prawdopodobne jest to, że Putin najpierw przetestuje spójność NATO na krajach bałtyckich. Przerzucić ewentualne zgrupowanie spod granicy polskiej pod granicę Litewską – to raptem 100 km w linii prostej. A z krajami bałtyckimi jest taki problem, że zanim NATO zareaguje czymś więcej niż poderwaniem 5-6 F16, będzie pozamiatane. Dobrze będzie, jeśli legalne władze kraju zdążą wydać odpowiedni komunikat. 😉 Sojusznicze odbicie tych krajów będzie piekielnie trudne, jeśli na plażach Bałtyku staną rosyjskie czołgi. Wtedy to naprawdę można się zacząć bać.
    Cała nadzieja w tym, że kolumnę czołgów ciężko ukryć przed satelitami.

  9. Pana poniedziałkowy wpis na TT wskazuje, że artykuł pisał Pan bardziej jako obronę polityki prowadzonej przez obecny rząd względem Ukrainy, niż jako poszukiwanie pozytywnego scenariusza dla Polski.

Leave a Reply

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *