Rosja i Niemcy – najwięksi sprzymierzeńcy Polski

–> ZAMÓW W PRZEDSPRZEDAŻY<–

 

Tak sformułowany tytuł, nie może pozostać bez wyjaśnień. Nie jest on – jak można podejrzewać – ani przewrotny ani mający na celu wprowadzić czytelnika w błąd. Co może wydawać się zaskakujące zwłaszcza, że przez ostatnich siedem lat – a nawet dłużej – zarówno władze Republiki Federalnej Niemiec jak i Federacji Rosyjskiej podjęły szereg niekorzystnych i godzących w polskie interesy inicjatyw. Wystarczy przypomnieć jak rosyjska agresja na Ukrainę zachwiała polskim poczuciem bezpieczeństwa. Tymczasem polityka zagraniczna prowadzona przez decydentów z Berlina – a zwłaszcza realizacja projektu Nord Stream II – zagraża naszemu bezpieczeństwu energetycznemu.

Od lat eksperci i komentantorzy polityki międzynarodowej przekonują, że Polska znajduje się w trudnej sytuacji. Do czego wydatnie przyczyniły się zarówno władze z Kremla jak i Berlina. Nawet euroentuzjaści oraz zwolennicy współpracy z Niemcami nie zaprzeczają, że te prowadzą politykę przeciwko władzom z Warszawy. Utrzymują jedynie, że jest to efekt polityki obecnego rządu. Pamiętać jednak należy, że umowa na budowę Nord Stream została wprawdzie podpisana jeszcze w 2006 roku (za czasów premiera Jarosława Kaczyńskiego). Niemniej już rok później władzę w Polsce objął rząd PO-PSL – przychylny w stosunku do Niemiec oraz wspierający politykę resetu z Rosją. Pomimo znacznego zaangażowania Polski w tenże proces oraz w budowę Eurosji od Władywostoku po Lizbonę, Gazociąg Północny został ukończony w 2012 roku.  Następnie 4 września 2015 roku we Władywostoku została podpisana umowa na budowę rurociągu Nord Stream II. Stało się to zaledwie 1,5 roku po agresji Rosji na Krym i w Donbas. Przypomnijmy, że funkcję premiera Polski sprawowała wówczas jeszcze Ewa Kopacz, która straciła urząd dopiero na skutek porażki w wyborach z 25 października 2015 roku.  Innymi słowy, niezależnie od tego kto w Polsce rządził i jaką prowadził politykę względem Rosji i Niemiec, państwa te realizowały swoje cele kosztem interesów kraju znad Wisły.

Po dojściu do władzy Zjednoczonej Prawicy, nieprzychylne jej środowiska polityczne w Niemczech ale i w całej Unii rozpoczęły ofensywę przeciwko nowym rządom w Warszawie. Pretekstem była kwestia powołania sędziów do Trybunału Konstytucyjnego, a następnie próby zmian w sądownictwie. Niezależnie od procedur i rezolucji stosowanych przeciwko Polsce w zw. z tzw. sprawą praworządności, Francja i Niemcy nie wzbraniały się przed łamaniem idei wolnej konkurencji w UE poprzez wprowadzanie regulacji ustawowych zmuszających polskie firmy do stosowania zachodnich stawek wynagrodzeń przy przewozach przez terytorium ww. państw. Co istotnie uderzyło w konkurencyjność polskich firm transportowo-spedycyjnych. Nadto wywierano znaczną presję w kwestiach: przymusowej relokacji uchodźców, tzw. neutralności klimatycznej, jak również w temacie uzależnienia wypłat środków unijnych od praworządności. Niezależnie od tego, czy oceniamy działania UE i Niemiec jako słuszne w niektórych sprawach czy też nie, faktem jest, że zarówno Bruksela jak również Berlin działały przeciwko Warszawie. Wywierając na polskie władze zewnętrzną presję.

Przez te wszystkie lata Federacja Rosyjska – w odpowiedzi na sankcje ze strony całej UE – nałożyła szereg sankcji zwrotnych, w tym takich skierowanych tylko przeciwko Polsce (np. embargo na import polskich produktów spożywczych). Jednocześnie władze z Moskwy niemalże zamroziły relacje dyplomatyczne z Warszawą (pamiętajmy, że to na silniejszym ciąży odpowiedzialność za relacje). Starając się przy każdej nadarzającej się okazji wywoływać w Polsce poczucie zagrożenia (vide sugestywne manewry wojskowe) oraz prowadząc szeroko zakrojoną wojnę informacyjną.

Te, jak również wiele innych okoliczności świadczą za tym, że zarówno strona rosyjska ale i niemiecka mogłyby zostać umieszczone jako ostatnie na liście działających na korzyść Polski, biorąc pod uwagę ostatnie lata. Niemniej, wystarczy zmienić nieco perspektywę by dostrzec, że państwa te nie mogły okazać się lepszymi sprzymierzeńcami polskiej racji stanu. I z tak pozytywnym przesłaniem, warto przejść do meritum podkreślając myśl, że każde żelazo wrażone w ciało, które nie zabije, można przekuć na dobrą monetę.

 

Rosjanie dają impuls do rozwoju polskiej armii i przemysłu zbrojeniowego

 

Jeszcze w 1999 roku polska armia liczyła sobie 226 tys. żołnierzy a wydatki państwa na obronność wynosiły wówczas ok. 2,1% PKB. Jednak należy pamiętać, że wojsko opierało się wówczas w dużej mierze o archaiczne, post-peerelowskie struktury i rozwiązania. Liczebna i słabo zarządzana armia generowała wysokie koszty utrzymania, które pochłaniały znaczną część budżetu obronnego. Co z kolei nie pozwalało na szybką modernizację sił zbrojnych. Pensje i emerytury stanowiły łącznie 30% budżetu MON. Co było równe poziomowi wydatków na zakup uzbrojenia (również 30%). W przemyśle obronnym pracowało wówczas ponad 51 tys. osób.

W 2001 roku uchwalono ustawę o modernizacji technicznej i finansowaniu Sił Zbrojnych RP, na mocy której ustalono, że wydatki na obronność nie powinny być niższe niż 1,95% PKB, a kwoty przekazywane na modernizację armii nie powinny być niższe niż 20% budżetu obronnego. Normy te obowiązywały przez kolejne lata. Wprowadzono również program zmiany struktury kadry zwiększając poziom uzawodowienia oraz zmieniając proporcje pomiędzy oficerami, podoficerami oraz żołnierzami zawodowymi. Zwiększając wydatnie odsetek tych ostatnich, kosztem kadry oficerskiej. Ogólnie jednak poważnie zredukowano etaty w WP. Tylko w latach 2000-2001 zlikwidowano ich blisko 50 tys.

Ograniczanie liczebności armii kontynuowano w kolejnych latach, jednak tempo modernizacji było oceniane raczej słabo. Z najważniejszych inwestycji należy wspomnieć zakup myśliwców wielozadaniowych F-16, które dostarczono w latach 2006-2009. Pamiętając, że środki na te samoloty zostały przydzielone dodatkowo, spoza budżetu MON.

W 2007 roku stan armii wynosił 90 tys. żołnierzy zawodowych i dalszych blisko 55 tys. żołnierzy służby zasadniczej, a Ministrem Obrony Narodowej został specjalista z dziedziny. Lekarz psychiatra i politolog – Bogdan Klich. Stanowisko to piastował aż do 2011 roku, a okres ten przez wielu uznawany jest za najgorszym dla Wojska Polskiego w III RP. Minister był krytykowany zwłaszcza w kontekście przezbrajania polskich wojsk w Afganistanie, jak również był obarczany odpowiedzialnością za nie wyciągnięcie wniosków z katastrofy lotniczej wojskowego samolotu CASA (2008 rok), co miało przełożenie na wagę i rozmiar strat poniesionych przez armię w katastrofie smoleńskiej z 2010 roku. Należy bowiem podkreślić, że niezależnie od płaszczyzny politycznej, w sferze wojskowej kompletnie pokpiono procedury bezpieczeństwa. W efekcie, na pokładzie jednego samolotu znajdowali się jednocześnie:

  1. szef Sztabu Generalnego WP, który ponadto miał najprawdopodobniej zostać szefem Komitetu Wojskowego NATO,
  2. dowódca Wojsk Lądowych RP,
  3. dowódca Sił Powietrznych RP,
  4. dowódca Marynarki Wojennej RP,
  5. dowódca Sił Specjalnych RP,
  6. Dowódca Operacyjny Sił Zbrojnych RP.

Wszyscy ponieśli śmierć w dniu 10 kwietnia 2010 roku, co pozbawiło Siły Zbrojne RP najważniejszych dowódców. Była to najbardziej dotkliwa jednorazowa strata (pod względem ilości dowódców tak wysokiej rangi) w jakiejkolwiek armii na świecie uwzględniając dwie największe wojny światowe.

Niezależnie od tego, na lata sprawowania urzędu przez ministra Klicha przypadł ponadto proces profesjonalizacji Wojska Polskiego. W latach 2009-2010 przeprowadzono pełne uzawodowienie armii po którym stan etatów zawodowych wyniósł 95 tys. (110 tys. żołnierzy ogółem). W celu zadbania o stan rezerw, Stworzono Narodowe Siły Rezerwowe, jednak poziom rekrutacji do nich był w zasadzie symboliczny. Od 1 stycznia 2009 roku zawieszono obowiązek odbywania zasadniczej służby wojskowej oraz przeszkolenia wojskowego studentów i absolwentów szkół wyższych. Przyczyniło się to wszystko do bardzo złej współczesnej sytuacji rezerw kadrowych dla Sił Zbrojnych RP. W 2011 stan liczebności armii spadł do najniższego jak dotąd poziomu – ok. 94 tys. żołnierzy zawodowych (+ NSR).

Oprócz wspomnianego zakupu myśliwców F-16, Polska armia nie cieszyła się zbyt często z zakupów nowoczesnego uzbrojenia w pierwszych 14 latach XXI wieku. Jeszcze w 2002 roku MON pozyskał 128 używanych czołgów Leopard 2A4 z rezerw Bundeswehry. Kolejna partia 119 sztuk tych czołgów (głównie w wersji 2A5) została nabyta dopiero w 2013 roku. W 2004 roku Polska zaczęła produkować KTO Rosomak na fińskiej licencji. Był to bodaj najjaśniejszy punkt modernizacji WP i to przy udziale polskiego przemysłu zbrojeniowego. Warto wspomnieć o kontrakcie i licencyjnej produkcji pocisku przeciwpancernego Spike-LR. Niemniej, dostarczenie w latach 2004-2013 wyrzutni przenośnych w ilości zaledwie 264 sztuk (+ 2675 pocisków) należy uznać za dalece niewystarczające. W 2008 roku rozpoczęto modernizację wyrzutni rakietowych Grad do standardu WR-40 Langusta.  Ciągnął się natomiast – jeszcze od roku 2001 – projekt haubicoarmaty Krab, który przechodził wiele trudnych chwil. Jeszcze większe problemy dotykały zakontraktowaną w 2001 roku budowę korwety Gawron (głównie z uwagi na brak środków finansowych). Oba programy stały się w owych latach sztandarowymi przykładami niemocy polskiego przemysłu zbrojeniowego oraz nieudolności MON-u. Olbrzymim błędem było ponadto rozebranie linii produkcyjnej silników czołgowych do T-72. Po tej decyzji, polski przemysł zbrojeniowy do dnia dzisiejszego nie odzyskał kompetencji w kwestii produkcji silników tego typu. Warto nadmienić również o prywatyzacji licznych zakładów zbrojeniowych i likwidacji polskich stoczni. W 2007 sprzedane zostały na rzecz Sikorsky Aircraft  Polskie Zakłady Lotnicze w Mielcu, natomiast w 2009 Polska pozbyła się wytwórni PZL-Świdnik. W 2007 roku Stocznię Gdańsk przejęła ukraińska spółka ISD z Donbasu. W 2008 roku Komisja Europejska uznała, że udzielona przez Polskę pomoc dla stoczni: Gdyńskiej i Szczecińskiej łamie zasady konkurencji i powinna zostać zwrócona. Na skutek tego w 2009 roku obie stocznie zostały zlikwidowane.

Na rok 2014, Wojsko Polskie liczyło sobie ok. 120 tys. żołnierzy (zawodowi + NSR), a stan ten utrzymywał się od roku 2011.

Źródło:MON

Zatrudnienie w przemyśle obronnym w 2014 roku wyniosło ok. 46 tys. osób. Na badania i rozwój przeznaczano zaledwie 0,64% PKB przy zalecanych przez Komisję Europejską 4% (w USA aż 1/3 środków trafiała na badania i rozwój). Co odzwierciedlało stan polskiego przemysłu zbrojeniowego, który w pierwszej dekadzie XXI wieku przeżywał prawdziwą zapaść. Struktura wydatków przedstawiała się w budżecie na 2014 rok (uchwalony w 2013 r.) w następujący sposób:

Źródło: MON

Na podstawie powyższych danych oczywistym jest, że w rok 2014 Siły Zbrojne RP wchodziły w nie najlepszych nastrojach. Armia ledwie otrząsnęła się po stracie najważniejszych dowódców. Proces profesjonalizacji pozbawił Siły Zbrojne RP rezerw (choć nie musiało tak być). Przemysł zbrojeniowy – z uwagi na problemy z budową Kraba i Gawrona – miał jak najgorszą opinię w społeczeństwie. Modnym stało się twierdzenie, że cały sektor zbrojeniowy należy zamknąć lub sprywatyzować, ponieważ generuje jedynie niepotrzebnie koszty. Ponadto – ze względów politycznych – w opinii publicznej zaczęto kwestionować udział Wojska Polskiego w misjach zagranicznych (wskazywano na bezsens wojny w Afganistanie i stabilizowania Iraku, a także na fałszywe przesłanki wszczęcia wojny w Iraku). Jednak los chciał, że perspektywa polityków – a więc i nastawienie MON – w stosunku do potrzeb modernizacji armii ale i także przemysłu zbrojeniowego zaczęła się szybko zmieniać.

Na początku 2014 roku Federacja Rosyjska zajęła Krym, a także dokonała ograniczonej inwazji na Ukrainę (Donbas). Dla Polski, ale i również dla całego NATO było to niczym zimny prysznic. Okazało się bowiem, że czas stagnacji w armii musi minąć. Dzięki agresywnym działaniom Rosji potrzeba inwestowania w bezpieczeństwo stała się oczywista dla większości polskiej sceny politycznej, jak również dla samego społeczeństwa. Wzrosła akceptacja polityczno-społeczna dla zwiększenia wydatków na obronność. Zaczęła się również zmieniać ocena społeczna w stosunku do zawodu żołnierza, a ponadto powoli docenia się własny potencjał przemysłowy oraz dostrzega potrzebę jego autonomii (w czym dodatkowo pomógł COVID).

Wszystko to dało impuls do rozbudowy i przyśpieszenia modernizacji SZ RP. W 2017 roku zatwierdzono program zwiększania wydatków na obronność. Plan zakłada, że do roku 2030 Polska ma przeznaczać na Siły Zbrojne nie mniej niż 2,5% PKB. Zwiększanie wydatków może ulec przyśpieszeniu bowiem już pojawiły się zapowiedzi, że próg 2,5% PKB ma zostać osiągnięty do 2024 roku. Warto nadmienić, że w roku 2020 przeznaczono na ten cel 2,37% PKB (planowano 2,1%) choć należy pamiętać, że okres ten był momentem tąpnięcia PKB z uwagi na COVID-19. Poniżej graf przedstawiający sumę wydatków Polski na obronność w przeliczeniu na dolary:

Dane w USD. Źródło: tradingeconomics.com

Rozpoczęto również inwestycje w infrastrukturę wojskową, w tym w rozbudowę poligonów a także m.in. hangarów dla czołgów z nowoutworzonej czwartej dywizji. Wskazać należy, że garaże zbudowane dla Leopardów 2 przesuniętych do Wesołej, będą mogły zostać wykorzystane w przyszłości przez Abramsy, które mają wejść na wyposażenie 1. Warszawskiej Brygady Pancernej im. Tadeusza Kościuszki wchodzącej w skład nowej, utworzonej w 2018 roku 18 Dywizji Zmechanizowanej. Co ciekawe w lipcu 2018 roku Polska odkupiła od Ukraińców udziały w Stoczni Gdańsk i spółce GSG Towers. Od tego czasu trwa rozwój i realizowanie planu naprawczego w Stoczni Gdańsk.

Od 2015 roku liczebność w Wojsku Polskim stale rośnie. W 2015 roku było to ponad 122 tys. żołnierzy, a w 2018 roku już 144 tys. żołnierzy (107 tys. zawodowych, 12 tys. NSR, 24 tys. WOT i 5 tys. kandydatów). W 2017 roku stworzono wspomniane Wojska Obrony Terytorialnej, które mają między innymi wypełnić braki w rezerwach kadrowych dla Wojska Polskiego. Stan liczebny w WOT na sierpień 2021 wynosi ok. 30 tys. żołnierzy, natomiast stan żołnierzy zawodowych wzrósł do ponad 110 tys. W wygaszanym z kolei NSR wciąż zarejestrowanych jest ok. 2 tys. żołnierzy. Jednocześnie minister MON prognozuje dalszy wzrost ogólnego stanu osobowego w armii, który ma osiągnąć nawet dwukrotnie wyższy poziom niż obecnie (choć zrealizowanie tych zapowiedzi będzie szalenie trudne, nawet w kilkuletniej perspektywie czasowej). Graf z planowanym w 2020 roku stanem osobowym armii na rok 2021 (cel do osiągnięcia):

Źródło: MON

Czy to zbiegiem okoliczności, czy też na skutek pewnego rodzaju mobilizacji decyzyjnej, jeszcze w 2015 roku udało się wreszcie wprowadzić do służby korwetę patrolową ORP Ślązak, a także rozpocząć produkcję haubicoarmaty Krab. W tym samym roku podpisano kontrakt na modernizacje czołgów Leopard 2A4 do standardu 2PL. Choć należy pamiętać, że z drugiej strony w 2016 roku zerwano kontrakt na dostawę 70 śmigłowców wielozadaniowych Caracal zawarty w 2015 roku (trzeba jednak przyznać, że było o wiele bardziej pilnych potrzeb zakupowych, a kontrakt opiewał na sporą kwotę 13,5 mld zł). W 2018 roku MON podpisał kontrakt na zakup baterii Patriot w programie Wisła. W 2019 roku podpisano z Amerykanami kontrakt na HIMARS, a na początku 2020 roku MON zawarł umowę na dostawę samolotów F-35. Te mają zostać nabyte za środki spoza budżetu MON. W lipcu 2021 roku zapowiedziano budowę przez polskie stocznie fregat w programie „Miecznik” jak również zakup ok. 250 czołgów Abrams w najnowszej wersji, co również ma zostać sfinansowane spoza zasobów MON. Oznacza to, że realne wydatki na obronność (w tym modernizację) będą w kolejnych latach w rzeczywistości znacznie wyższe niż zakładane limity.  Nie należy również zapominać o programach zbrojeniowych dotyczących dronów. Polska zakupiła już duże drony klasy MALE od Turcji. MON nabył również mniejsze Fleyeye oraz pociski krążące Warmate dostarczane przez rodzimą firmę WB Electronics. Choć zamówione ilości są póki co raczej symboliczne.

Widząc wreszcie szanse na realny zarobek, Polski przemysł wzmógł prace nad wieloma programami zbrojeniowymi. Od broni strzeleckiej (GROT, Vis 100, granatnik rewolwerowy RGP-40), przez kierowane pociski przeciwpancerne (Moskit, Pirat) i przeciwlotnicze (Piorun), lekkie przenośnie moździerze piechoty, a także po cięższy sprzęt tj. Bojowy Wóz Piechoty Borsuk z wieżą ZSSW-30 czy wozy rozpoznania Bóbr-3 w programie „Kleszcz”. Po 2015 roku w dobrym tempie szło przezbrajanie Wojska Polskiego w nowoczesne haubicoarmaty Krab, a ponadto w 2016 roku rozpoczęto produkcję moździerzy samobieżnych RAK (na podwoziu Rosomaka). Pod koniec 2020 roku do armii trafił pierwszy system przeciwlotniczy bardzo krótkiego zasięgu PILICA (działko OPL + pociski Piorun). Już wcześniej, bo w 2018 do służby zaczął wchodzić SPZR Poprad. W 2019 roku MON zapowiedział utworzenie Sił Obrony Cyberprzestrzeni co było odpowiedzią w związku z cyber-ataki oraz wojną informacyjną prowadzoną przez Federację Rosyjską.

Oczywiście nie jest tak, że nowe technologie i uzbrojenie pojawiły się nagle z dnia na dzień. Przykładowo nad Rakiem pracowano bodaj od 2008 roku, a nad Popradem od 2005 roku. Niemniej, zmiana sytuacji na arenie międzynarodowej wymusiła na decydentach politycznych i wojskowych, by z niekończących się prac analityczno-koncepcyjnych przejść wreszcie do etapu realizacji i wdrażania konkretnych systemów. Również przemysł zbrojeniowy poczuł, że pojawia się moment, w którym na pracy modernizacyjnej będzie można zarobić. Bowiem pojawiła się w rządzie i w MON-ie akceptacja a nawet potrzeba inwestowania w rozwój Sił Zbrojnych RP. Wynika to nie tylko z presji wywoływanej przez Federację Rosyjską, ale i również wymagań ze strony sojuszników z NATO – głównie Amerykanów.

Oczywiście modernizacja i rozwój SZ RP nie przebiegają w takim tempie i w taki sposób jakbyśmy sobie tego wszyscy życzyli. Niemniej, oczywistym jest, że od roku 2014 coś drgnęło. I gdyby nie zmiana sytuacji międzynarodowej w owym czasie, kto wie w którą stronę podążałaby polska armia. W tej chwili Polska regularnie zwiększa finansowanie Sił Zbrojnych RP, ich liczebność, a rząd angażuje dodatkowe środki pieniężne, które mają umożliwić szybszą modernizację. Nie można więc zaprzeczyć, że obrano słuszny kierunek, choć można mieć zastrzeżenia co do tempa oraz formy zmian.

Poniżej graf ze strukturą wydatków na obronność za 2021 rok. W porównaniu z rokiem 2014, widocznym jest zmniejszenie udziałów wydatków na świadczenia (w tym emerytury – z oczywistych przyczyn) oraz zwiększenie udziału wydatków majątkowych (w tym na modernizację) a także związanych ze szkoleniem i utrzymywaniem wojska.

Źródło: MON

Niemcy motywują do uzyskania niezależności energetycznej

 

Wraz z końcem 2022 roku, wygasa polsko-rosyjska umowa na transfer gazu do i przez Polskę. Innymi słowy, Polska może na przełomie 2022 i 2023 roku znaleźć się pod olbrzymią presją polityczną ze strony Kremla. Sytuacja może być podobna do tej, jaka miała miejsce na przełomie 2019 i 2020 roku w przypadku Białorusi.

Zagrożenie ewentualnym odcięciem Polski od dostaw rosyjskiego gazu stało się realne z uwagi na niemiecką decyzję z 2015 roku o budowie gazociągu Nord Stream II. Już wówczas stało się oczywiste, że dzięki temu projektowi Rosjanie będą mogli przetransferować na zachód Europy (głównie do Niemiec) olbrzymią ilość gazu bez potrzeby korzystania z gazociągu Jamał-Europa przebiegającego przez Polskę.

W efekcie, polskie władze nie mogły uciec od tematu zabezpieczenia dostaw gazu ziemnego do kraju. Myślano o tym zresztą już wcześniej, bowiem w 2006 roku zapadła decyzja o budowie Terminalu LNG w Świnoujściu. Jednak pomimo planów ukończenia inwestycji do 2013 roku, prace nad nią przeciągały się przez całe lata. Dość napisać, że 8-letnie rządy PO-PSL (2007-2015) nie wystarczyły by uruchomić terminal. Ten został oddany do użytku dopiero w 2016 roku. Niemalże natychmiast po tym – w 2017 roku – podjęto decyzje o rozbudowie inwestycji w taki sposób, by jej zdolność przyjmowania gazu wzrosła z 5 mld m³ gazu/rok do 8,3 mld m³ gazu/rok.

Ponadto naturalną decyzją był powrót do tematu gazociągu z Norwegii. Temat Baltic Pipe nie był nowy i jeszcze w 2013 roku uzyskał status projektu o znaczeniu wspólnotowym (status PCI). Niemniej, przed kolejne lata polska strona nie podejmowała konkretnych działań w celu realizacji inwestycji. Dopiero w 2016 roku – a więc po decyzji o budowie Nord Stream II – polski GAZ-SYSTEM zaczął wspólnie z duńskim Energinet badać możliwość budowy połączenia pomiędzy polskim a duńskim systemem przesyłowym. Projekt ruszył z kopyta w 2017 roku i przez kolejne dwa lata trwały intensywne prace przygotowawcze. Proces ten został zwieńczony w listopadzie 2018 roku, kiedy to zapadły ostateczne decyzje o budowie Baltic Pipe.  Przy czym termin zakończenia prac nieprzypadkowo ustalono na koniec 2022 roku… Gazociąg będzie miał przepustowość 10 mld m³ gazu/rok z czego Polska zakontraktowała już na własne potrzeby 8,1 mld m³ gazu/rok.

Baltic Pipe, źródło: wikipedia.org

Niezależnie od powyższych inwestycji, planowane jest wydzierżawienie pływającego Terminala LNG w Gdańsku, który miałby możliwość przyjmowania  kolejnych 4 mld m³ gazu/rok.

Oprócz zabezpieczenia dostaw gazu do Polski, władze z Warszawy podjęły szereg inwestycji, które miały na celu połączenie polskiego systemu gazociągów z systemami państw ościennych. Tak, by Polska z jednej strony mogła pozyskać surowiec z alternatywnych źródeł, a z drugiej by mogła stać się re-eksporterem gazu dla całego regionu.

W tym celu od 2015 roku (a w zasadzie od 2017 kiedy to projekt naprawdę ruszył) rozpoczęto prace nad budową interkonektora Polska-Litwa, dzięki któremu zostaną spięte w jeden system gazociągi łączące Finlandię, Estonię, Łotwę, Litwę i Polskę. Prace nad inwestycją mają zakończyć się już pod koniec 2021 roku. Dzięki niej, wszystkie wymienione wyżej państwa będą mogły wymieniać się surowcem, korzystając nie tylko z polskiej infrastruktury przesyłowej, ale i również z litewskiego Terminala LNG w Kłajpedzie (przepustowość 4 mld m³ gazu/rok). Niewątpliwie agresywna polityka Federacji Rosyjskiej musiała mobilizować cały region do przyśpieszenia prac nad infrastrukturą uniezależniającą kraje od rosyjskich dostaw.

3 sierpnia 2021 roku został z kolei ukończony interkonektor gazowy Polska-Słowacja. Inwestycja została zaplanowana jeszcze w 2011 roku. Ukończenie tej inwestycji jest ważną częścią projektu  Korytarza Północ-Południe, który zintegruje systemy gazociągowe: Polski, Czech, Słowacji, Węgier oraz Chorwacji (gdzie w 2021 powstał terminal LNG na wyspie Krk o przepustowości 2,6 mld m³ gazu/rok).

Źródło: Energetyka24.com

 

Jednocześnie wciąż trwają rozmowy i prace nad nowym połączeniem gazowym Polska-Ukraina. Po polskiej stronie inwestycja jest w zasadzie na ukończeniu. Problem występuje po stronie ukraińskiej. Niemniej już teraz – dzięki istniejącym połączeniom – Polska mogłaby eksportować na Ukrainę ok. 5 mld m³ gazu/rok. Co daje Polsce możliwość wsparcia wschodniego sąsiada.

Niewątpliwie, dzięki wszystkim powyższym inwestycjom Polska ma szansę nie tylko uniezależnić się od dostaw gazu z rosyjskiego kierunku, ale i stać się środkowoeuropejskim hubem gazowym zdolnym – dzięki terminalowi LNG oraz Baltic Pipe – zaopatrywać w surowiec: Bałtów, Ukrainę, a także sąsiadów z południa: Czechów, Słowaków czy Węgrów.

Oczywiście pomysły ww. projektów pojawiały się już wcześniej, niemniej przykład Terminalu LNG w Świnoujściu, a zwłaszcza inwestycja Baltic Pipe pokazują, że Polska podjęła wzmożone działania w kierunku niezależności gazowej dopiero po 2015 roku. Czyli po rosyjskiej inwazji na Ukrainę oraz po zawarciu niemiecko-rosyjskiego porozumienia w kwestii budowy Nord Stream II.

 

Rosja i Niemcy wspólnie wpychają Ukrainę w objęcia Polski

Oczywiście teza o tym, że to dopiero presja zewnętrzna przyczyniła się do właściwych reakcji polskich władz może być kwestionowana. Mogą pojawić się zarzuty, że to nie presja zewnętrzna,  a zmiana rządów w 2015 roku miała najważniejszy wpływ na poruszane tematy. Inni z kolei wskażą, że wiele inicjatyw miało swój początek jeszcze przed 2014 rokiem (choć często nawet jeśli tak było, to prace szły do tego momentu ślamazarnie jak w przypadku Terminala LNG). Oczywiście czynników mających wpływ na decyzje polityczne było i zawsze będzie wiele. Niemniej presja zewnętrzna należy do jednych z ważniejszych. Zwłaszcza, że nieumiejętność radzenia sobie z problemami w polityce zagranicznej, szybko przekłada się później na politykę krajową. I kończy topnieniem poparcia politycznego w społeczeństwie.

Jednak jest pewien niezwykle istotny dla polskiej racji stanu proces, na który polskie władze miały marginalny wpływ, a który potoczył się dla Polski korzystnie tylko i wyłącznie ze względu na działania Niemiec i Rosji. Tym tematem są relacje polsko-ukraińskie.

Co podkreślam od lat, Warszawa znalazła się w unikalnym momencie historii, w którym po raz pierwszy (jeszcze od czasów powstań chmielnickiego) władze z Kijowa zacieśniają relacje z Polską, a jednocześnie posiadają złe relacje z Moskwą i straciły zaufanie do Berlina. Wszystko to na skutek działań władz Federacji Rosyjskiej i Republiki Federalnej Niemiec.

Gdy w 2014 roku Rosjanie zajęli Krym, a następnie dokonali inwazji na Donbas, automatycznie określili się w sposób jednoznaczny jako wróg Ukraińców i Ukrainy. Od tego momentu ukraińskie społeczeństwo przestało postrzegać Moskwę jako trudnego, ale jednak potencjalnego partnera. Dokonał się w to miejsce olbrzymi mentalny zwrot na niekorzyść wizerunku Rosji w oczach ukraińskiego społeczeństwa. Władimir Putin zanotował wizerunkową klęskę w sferze soft power, która może zaważyć na relacjach rosyjsko-ukraińskich na kolejne dekady. Co może oznaczać trudności w odzyskaniu kontroli nad Kijowem, a nawet gdyby się to udało, oznaczałoby to potrzebę ponoszenia olbrzymich kosztów utrzymania tej kontroli nad wrogo nastawionym narodem. Władimir Putin oddał nam tym samym wielką przysługę, bowiem Ukraina siłą rzeczy musiała zmienić stosunek do Polski. Państwa, które poprzez swoje granice może połączyć ją zarówno z Unią Europejską jak i NATO.

Z początku władze z Kijowa ignorowały Warszawę postrzegając ją jako wykonawcę woli Waszyngtonu. Niemniej, w międzyczasie nastąpiła potężna fala ukraińskiej emigracji, która w dużej mierze trafiła do Polski. Dzięki temu od wielu lat Polacy i Ukraińcy żyją obok siebie. To pozwoliło nie tylko przełamać lody, ale i zatrzeć niekorzystne stereotypy. Dokonała się wielka zmiana mentalna w obu społeczeństwach, a Ukraińcy zaczęli postrzegać Polskę jako wzór do naśladowania. Miejsce, gdzie można się rozwijać, a ciężka praca zwyczajnie popłaca (w stosunku do warunków ukraińskich). Ukraińskie społeczeństwo zaczęło postrzegać Polaków jako przychylnych sobie przyjaciół. Dobre wrażenie na nich sprawiają również działania polskich polityków (nie tylko obecnej opcji rządzącej, ale i poprzednich – bo należy przypomnieć że w kwestii ukraińskiej kolejne rządy prezentowały podobne stanowisko i starały się o zbliżenie dyplomatyczne). Proces ten trwa do dziś niemal mimowolnie. Bez potrzeby ingerencji i prowadzenia specjalnej polityki. Wystarczyło jedynie otworzyć rynek pracy dla Ukraińców.

Niemniej, to że Ukraina odwróciła się od Rosji nie oznaczało automatycznie, że władze z Kijowa będą dążyć do partnerstwa z Warszawą. Bowiem największym graczem w UE – do której Ukraińcy zamierzają dołączyć – są Niemcy. I bywało już tak w historii Ukrainy, że Ukraińcy w walce przeciwko wpływom Moskwy, za protektora wybierali Berlin. Co potrafiło się źle skończyć dla Polski i Polaków. Tym bardziej należy doceniać politykę Angeli Merkel, która rok po rosyjskiej inwazji na Ukrainę zdecydowała się na budowę Nord Stream II. Gazociągu, który zagraża bezpieczeństwu energetycznemu Kijowa. Dzięki nieskutecznej i miękkiej police niemieckiej kanclerz, Władimir Putin najpierw został ośmielony po zajęciu Krymu i zdecydował się ruszyć na Donbas. Następnie został jeszcze nagrodzony poprzez umowę na NS II. Przez kolejne lata Niemcy nie zdecydowali się ponadto wspierać Ukrainy w zakresie dostarczania technologii lub uzbrojenia, które mogłyby zwiększyć bezpieczeństwo Ukrainy. Angażowały się Stany Zjednoczone, angażowała się Wielka Brytania. Wreszcie pomocy udzielała również Polska. Tymczasem Angela Merkel konsekwentnie dążyła do realizacji wspólnego projektu z GAZPROMEM. Znamiennym były jej ostatnie odwiedzin w Kijowie, przed którymi najpierw poleciała do Moskwy. Tego rodzaju sygnały były odczytywane przez ukraińską administrację w sposób jednoznaczny.

Na skutek polityki Angeli Merkel Republika Federalna Niemiec kompletnie straciła na wiarygodności w oczach Ukraińców. Wydaje się, że działania Berlina – podobnie jak wcześniej te podejmowane przez władze z Kremla – na długie lata zapadną w ukraińskiej pamięci. I będą miały ogromny wpływ na politykę władz z Kijowa. Te zawsze bowiem będą musiały brać pod uwagę fakt, że Niemcy są gotowi za każdym razem przedłożyć własne interesy z Rosją nad bezpieczeństwo Ukrainy. Tego rodzaju kalkulacja jeszcze długo będzie się utrzymywała w świadomości Ukraińców.

W konsekwencji, Polska jawi się władzom z Kijowa jako jedyny i największy regionalny partner, któremu można zaufać. Ta wiarygodność Polski – która wynika również z jednej wieloletniej linii politycznej prezentowanej przez kolejne polskie rządy – jest naszym największym atutem w teraźniejszym, ale przede wszystkim przyszłych relacjach z Ukrainą. Dzięki fatalnej i krótkowzrocznej polityce Putina i Merkel, teraz to tylko w Polskich rękach leży możliwość pozyskania Ukrainy jako strategicznego partnera. Pamiętać bowiem należy, że Turcja nie ma potencjału do stania się prawdziwym ukraińskim sojusznikiem. Erdogan zaangażował kraj w konflikty na niemal całej długości granic. Turcy muszą kontrolować napięcie z Grecją na Morzu Egejskim, z Rosją na Morzu Czarnym, a ponadto turecka armia zaangażowana jest w konflikt w Libii oraz pilnowanie tureckich granic z Syrią, Iranem oraz Armenią. Turcy są tak pochłonięci rywalizacjami w swoim sąsiedztwie, że jeszcze długo nie będą w stanie wyjść dalej, a już zwłaszcza postawić się Federacji Rosyjskiej np. na ukraińskim gruncie. Tymczasem po Turcji, Polska jest największym i najsilniejszym potencjalnym sojusznikiem regionalnym Ukrainy.

W naszym interesie jest teraz zrobić wszystko, by móc wesprzeć w odpowiednim momencie Ukrainę za pomocą siły militarnej oraz kapitału. Gdyby Polsce udało się stworzyć wspólną oś na linii Warszawa – Kijów, po zabezpieczeniu jej przed Rosją (przy pomocy NATO – bez tego się nie uda), wówczas powstałby spory regionalny punkt grawitacyjny. O populacji równej tej niemieckiej. Z silnym przemysłem, surowcami naturalnymi, dostępem do dwóch mórz (Bałtyku i M. Czarnego) i całkowitą kontrolą szlaków wschód-zachód. Ta siła grawitacyjna mogłaby przyciągnąć Bałtów, Rumunów a może i inne państwa Europy Środkowej. Byłoby to spełnieniem koncepcji Mięrzymorza Józefa Piłsudskiego i ziszczeniem się największych obaw Rosji oraz Niemiec. Co warto podkreślić, weszliśmy właśnie na tory ku takiemu scenariuszowi. Nigdy wcześniej – od XVII wieku – partnerstwo polsko-ukraińskie nie było tak realne.

Wszystko to dzięki rosyjskiej agresji i lekkomyślności oraz niemieckiej chciwości. 🙂 Bez działań ze strony Berlina i Moskwy – które odbierane są przecież jako sprzeczne z interesami Polski – tego rodzaju scenariusz nie byłby możliwy. Kolejny raz możemy się więc przekonać o mądrości życiowej starego powiedzenia: „nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło”.

Warto w tym miejscu jeszcze dodać, że agresywna polityka Federacji Rosyjskiej kompletnie odwróciła nastawienie Litwy względem Polski. Warto przypomnieć, że do niedawna Litwini zachowywali daleko idącą rezerwę w stosunku do władz z Warszawy. Po zakupie przez Polskę rafinerii w litewskich Możejkach, Litwini rozebrali w 2008 roku 19 kilometrowy odcinek torów, który umożliwiał rafinerii łatwy dostęp do Łotwy. Długo trwał również spór o represjonowanie mniejszości polskiej na Litwie. Orientujące się na Berlin władze z Wilna, nie miały zamiaru ustępować Polsce nawet na krok. Wzajemne relacje polsko-litewskie – po długim impasie – zmieniły się w ostatnich latach jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Wywołane przez Rosjan poczucie zagrożenia po stronie Bałtów, a także fakt, że polskie terytorium stanowi lądowy łącznik Litwy, Łotwy i Estonii z resztą państw NATO oraz Unii Europejskiej, pozwoliły Warszawie znormalizować relacje z Litwinami, a także wzmocnić swoją pozycję u wszystkich Bałtów. 

 

Unia Europejska uczy walki o własne interesy

W 2004 roku, gdy Polska weszła do Unii Europejskiej, polskie społeczeństwo było – swojej większości – przekonane, że wchodzimy do wspólnoty, w której dba się o interesy wszystkich członków. Do dziś można odnieść wrażenie, że spora część polskiego społeczeństwa uważa, że Bruksela lepiej reprezentuje interesy Polski, niż władze z Warszawy. Na całe szczęście mit ten powoli wygasa i to właśnie dzięki działaniom państw zachodnich w ramach funkcjonowania Unii Europejskiej. Choć należy podkreślić, że część polskiego społeczeństwa uważa, że wycelowane w polskie interesy działania UE są pod pewnego rodzaju kontrolą i wynikają tylko i wyłącznie ze względu na potrzebę wywierania presji na obecny rząd. Ludzie Ci są przekonani, że jak tylko władza w Polsce zostanie wymieniona, to państwa zachodu (w tym Niemcy) jak i cała UE znów będzie wspierać na wszystkich płaszczyznach Polskę i Polaków.  Tego rodzaju przekonanie jest oczywiście kompletnie pozbawione racjonalności. Zwłaszcza, że wiele wymierzonych w polskie interesy decyzji było podejmowanych przez państwa zachodnie (również w ramach UE) jeszcze za czasów rządów PO-PSL. W tym właśnie okresie powstał np. gazociąg Nord Stream, usankcjonowany przez UE.

Oczywiście największe problemy Polski w UE rozpoczęły się po 2015 roku i presja ze strony Wspólnoty jest wywierana do dziś. Niezależnie jednak od tego jak ją oceniamy, warto wskazać, że nie tylko Polska odczuwa próbę politycznego skrępowania jej możliwości.

Podkreślenia bowiem wymaga, że przykład Słowacji, która tuż po przyjęciu euro musiała dołożyć się do bankructwa Greków nauczył nas, że dążenie do przyjęcia wspólnej waluty niekoniecznie musi być czymś co powinniśmy robić. Zwłaszcza, że posługiwanie się euro było jedną z przyczyn pogłębiających kryzys Grecji. Ta zamiast otrzymać pomoc ze strony państw, które korzystają na wspólnej walucie (głównie Niemcy) doczekała się prób wyciśnięcia z niej wszystkich soków i wyzbycia państwowego sektora przemysłowego oraz wielu aktywów i nieruchomości.

W czasie kryzysu migracyjnego, przykład Włoch i Grecji uwidocznił z kolei, że jedne państwa mogą ponosić przykre konsekwencje działań drugich (tj. Niemcy), bez otrzymania żadnego wsparcia. W czasie gdy Włochy i Grecja zostały zalane przez setki tysięcy migrantów, Angela Merkel nawoływała tych ostatnich do przybywania do UE i Niemiec. Tej absurdalnej, nieodpowiedzialnej i niekontrolowanej polityce migracyjnej sprzeciwił się Wiktor Orban. Działając zgodnie z prawem unijnym dotyczącym obrony granic Wspólnoty, uszczelnił węgierską granicę wstrzymując niekontrolowany potok migrantów. Sprowadziło to na niego olbrzymią falę krytyki ze strony UE i stało się jednym z głównych pretekstów wywierania presji na całe Węgry.

Świetnym przykładem na relatywizm działania zasad Wspólnoty było wprowadzenie przez Francję i Niemcy prawa krajowego, zgodnie z którym zagraniczne firmy transportowe – w czasie transportu przez terytoria tych krajów – musiały płacić pracownikom francuski lub niemieckie stawki wynagrodzeń. Co uderzało w wolność konkurencji wewnątrz UE i było wycelowane głównie w polski sektor transportowy. Nadmienić należy, że Niemcy szybko zawiesili owe regulacje, jednak w 2020 roku w UE uchwalono tzw. pakiet mobilności, który uderza w interesy polskich przewoźników już na terenie całej Wspólnoty.

Również Włosi od lat kwestionują funkcjonowanie Unii wskazując, że została ona podzielona na państwa pierwszej i drugiej kategorii. Włoscy politycy podkreślają, że to co wolno jest robić jednym – np. Francji, która uchwala kolejne budżety z dużym deficytem – jest surowo wytykane innym (właśnie Włochom). Przy czym pamiętać należy, że zadłużenie publiczne Francji także nie jest wcale niskie i oscyluje wokół poziomu 115% PKB (2020 rok). Właśnie o kwestie na tej płaszczyźnie władze z Rzymu toczą najbardziej zacięte boje z Brukselą i Berlinem. Doszło już nawet do tego, że włoscy politycy w groźbach przedwyborczych podkreślali, że Italia powinna wyjść ze strefy euro i powrócić do liry, jeśli UE nie uwspólni długów. Oczywiście spore zadłużenie państw wynika najczęściej z luźnej polityki budżetowej poszczególnych władz. Jednak Włosi i Grecy mają wiele racji w swoich pretensjach. Chodzi bowiem o to, że euro jest silniejsze niż były krajowe waluty tych państw. Co z kolei uderza w ich gospodarkę. Ta jest bowiem mniej konkurencyjna (wysokie ceny w euro), a więc trudno jest tym państwom zachować balans w handlu. Eksport na tym cierpi, a przez to bilans handlowy jest ujemny. Innymi słowy z każdym rokiem olbrzymia ilość euro wypływa z Włoch i Grecji, które starały się jakoś ratować zyskami z turystyki. Branża ta jest w tej chwili jednak w opłakanym stanie. Włosi protestują ponieważ  posługują się niekorzystną dla ich gospodarki walutą, a dodatkowo gdy władze z Rzymu zaciągają kredyt, jest on oprocentowany nie wg stawki dla całej strefy euro, a wg oceny wiarygodności włoskiej gospodarki. Innymi słowy, Włosi zaciągają kredyty w euro po wyższym oprocentowaniu niż np. Niemcy. Ci ostatni mogą zaciągać tanie kredyty (a w pewnym momencie EBC nawet Niemcom płacił za to, że im pożyczał pieniądze) i korzystać z tego, że euro jest słabsze niż byłaby niemiecka marka.

Jak widać na powyższych przykładach, polskie władze ale i całe społeczeństwo otrzymuje szereg informacji i sygnałów, które jasno pokazują, że wewnątrz UE należy walczyć o własne interesy. I każdy tak rzeczywiście robi.

 

Amerykanie dają lekcje pragmatyzmu

Jest marzec 2009 roku. Amerykańska sekretarz stanu Hillary Clinton ogłosiła w Genewie „reset” relacji z Federacją Rosyjską. 17 września 2009 roku prezydent Barack Obama zrezygnował z tarczy antyrakietowej w Polsce i Czechach. Władze z Warszawy i Pragi dowiedziały się o tym po nocnych telefonach. Ponadto Stany Zjednoczone zarzuciły pomysł rozszerzania NATO na wschód. Sprawa była szeroko komentowana przez specjalistów, niemniej polskie społeczeństwo raczej nie przejęło się brakiem jakiś amerykańskich instalacji wojskowych, które w dodatku miały bronić USA, a nie Polski. I to przed Iranem (jak głosiły oficjalne – choć dalekie od prawdy – komunikaty). Podskórnie rozumiano jednak, że protesty Rosji w tym zakresie nie są bezpodstawne i, że tarcza ma chronić tak naprawdę przed Moskwą. Niemniej Polska od dziesięciu lat znajdowała się w NATO i brała czynny udział w działaniach wojennych w ramach sojuszu (misje w Afganistanie i Iraku). Ponadto od 2004 roku kraj znad Wisły znajdował się w strukturach Unii Europejskiej i ściśle współpracował z Republiką Federalną Niemiec. Dlatego informację o zgodzie i resecie wielu przyjęło z ulgą, a nie z niepokojem.

W roku 2014 reset Obamy już definitywnie okazał się mirażem. Rosja tym razem zaatakowała Ukrainę. Amerykańska perspektywa znów uległa zmianie. Polska jeszcze raz stała się ważnym strategicznie terytorium. W 2016 roku wybory prezydenckie w USA wygrał Donald Trump. Wraz z początkiem jego prezydentury (od stycznia 2017) zacieśnienie relacji na linii Waszyngton – Warszawa stało się oczywiste dla wszystkich. Kolejne kontrakty na sprzedaż uzbrojenia z najnowocześniejszą amerykańską technologią stały się faktem. Jednocześnie USA zdecydowało się na rozmieszczenie w Polsce własnej armii w ramach rotacyjnej obecności. Donald Trump wsparł polityczny projekt Trójmorza, a Polska wraz z Rumunią stały się NATO-wską linią obrony na wschodzie. To o czym nie można zapomnieć to fakt, że Donald Trump przez cztery lata trzymał na politycznej smyczy Angelę Merkel. Dyscyplinował Niemcy (vide cła na stal i aluminium oraz kary na volkswagena) za każdym razem, gdy te próbowały choćby kiwnąć palcem w bucie przeciwko woli USA. Jednocześnie Waszyngton dawał polityczne oparcie Warszawie, która dzięki temu mogła prowadzić asertywną i konfrontacyjną politykę względem Berlina oraz Brukseli. W grudniu 2019 roku Donald Trump ogłosił sankcje przeciwko Nord Stream II, co w praktyce całkowicie zastopowało ostatnie prace nad jego budową. Zachodnie firmy przestały angażować się w projekt, a Rosjanie musieli zacząć myśleć o samodzielnym jego ukończeniu. Do czego nie mieli wówczas odpowiedniego sprzętu. W Warszawie i Kijowie odetchnięto z ulgą. Stany Zjednoczone stanęły na wysokości zadania, wsparły partnerów i z całą determinacją – bez względu na interesy Niemiec – ugodziły w czuły punkt kremlowskich interesów.

Radość nie trwała długo, bowiem rok później Donald Trump przegrał wybory prezydenckie, a wraz z rokiem 2021 nadeszła korekta polityki zagranicznej USA dokonana przez Joe Bidena. Ten zniósł część sankcji przeciwko Nord Stream II, czym nadwyrężył zaufanie partnerów z Warszawy i Kijowa. Co ważniejsze, zawarł jednocześnie porozumienie z Niemcami, przedkładając interesy z Berlinem, nad współpracę z Polską. I choć w zasadzie Polska póki co nie poniosła z tego tytułu żadnych kosztów, a strategiczna współpraca militarna jest kontynuowana, to w kraju znad Wisły można było poczuć wielki zawód i utratę zaufania do Wielkiego Brata.

Warto zauważyć, że na resecie z 2009 roku, Polska straciła naprawdę wiele. Była niepowtarzalna okazja do zamieszczenia stałych instalacji wojskowych USA na terenie Polski. W postaci tarczy anty-rakietowej z systemami Patriot. Gdyby tarcza powstała, wówczas na polskim terytorium mielibyśmy amerykańskiego zakładnika. Rosjanie musieliby stale kalkulować, że w razie uderzenia na Polskę, mogłaby natychmiast wybuchnąć wojna z całym NATO. Bez względu na moc art. 5 traktatu NATO.

Natomiast w roku 2021, bezpieczeństwo Polski – póki co – nie straciło wiele. Należy bowiem pamiętać, że Rosjanie zmodyfikowali własne okręty do budowy gazociągu NS II. I od tego momentu już żadne sankcje nie były w stanie powstrzymać kontynuacji prac. Decyzja Joe Bidena była w zasadzie pewnego rodzaju zachowaniem twarzy. Źle by to wyglądało, gdyby pomimo pełnych sankcji, Rosjanie i tak ukończyli projekt. Tymczasem teraz – w świadomości opinii publicznej – udało im się to tylko dzięki „łasce” USA. Znacznie większe obawy w Warszawie powinno budzić zawiązanie współpracy amerykańsko-niemieckiej, jednak póki co nie ma żadnych przesłanek do tego by sądzić, że ta współpraca będzie się odbywać kosztem marginalizacji Polski. Na razie wygląda na to, że amerykańska administracja – pomimo braku sympatii do polskiego rządu – pozostawia sobie otwarte drzwi do powrotu do strategicznego partnerstwa z Polską (jako plan awaryjny na wypadek ponownego niewywiązania się z umowy przez Niemców). Obecność wojskowa jest kontynuowana, podobnie jak ćwiczenia i manewry. Amerykanie zamierzają sprzedać Polsce swoje czołgi i realizują już podpisane kontrakty zbrojeniowe. I co najważniejsze. Władze z Waszyngtonu wciąż dostrzegają zagrożenie ze strony Rosji i póki co nie widać żadnych oznak zmierzania do drugiego resetu.

Tyle słowem pewnego rodzaju uspokojenia. Niemniej, wrażenia i odczucia polityczno-społeczne są takie, że amerykańska administracja zawiodła partnerów w postaci Polski i Ukrainy. Co to oznacza? Że stosunkowo niskim kosztem (jak wskazano poniżej) polscy politycy i społeczeństwo zrozumieli, że w dyplomacji istotny jest pragmatyzm. Jest to cenna lekcja, która już przekłada się na decyzje polityczne (vide np. zakup dronów z Turcji), a przede wszystkim oddziałuje na świadomość społeczną. Są to niewątpliwe korzyści z zaistniałej sytuacji, która na dobrą sprawę nie jest wcale taka zła, jak można by ją oceniać. Dopóki Federacja Rosyjska próbuje uderzać w wiarygodność Stanów Zjednoczonych i jedność NATO, a także gra agresywnie na tzw. wschodniej flance NATO oraz przeciw Ukrainie, dopóty Polska stanowi najważniejszy regionalny element w grze pomiędzy Waszyngtonem a Moskwą. Z tej przyczyny, Amerykanie nie będą skłonni do osłabiania Polski pod względem gospodarczym i militarnym. Wręcz przeciwnie, w ich interesie jest dalsze wspieranie naszego kraju na tych płaszczyznach (vide dobre ratingi ekonomiczne wspierające politykę fiskalną rządu oraz sprzedaż uzbrojenia a także podnoszenie zdolności bojowej polskiego wojska poprzez ćwiczenia). Zmiana może nastąpić w zakresie aspektów polityczno-dyplomatyczno-wizerunkowych.

Najważniejsze w tym wszystkim jest to, że władze z Warszawy już w kilku sprawach pokazały, że myślą samodzielnie i nie polegają w 100% na instrukcjach z Waszyngtonu (co można było zarzucać w czasie prezydentury Donalda Trumpa). Pokazały to m.in.: wizyta prezydenta i ministra MON w Turcji, marcowe rozmowy polskiego prezydenta z Chinami czy wreszcie ostatnia sprawa tzw. lex TVN. I choć w niektórych sprawach polski rząd się wycofywał, to samo testowanie granic w jakich polska może się poruszać niezależnie od Stanów Zjednoczonych, należy uznać za pozytywne zjawisko (choć można mieć zastrzeżenie co do formy w jakiej odbywa się to testowanie).

 

Podsumowanie

Oceniając sytuację Polski na arenie międzynarodowej warto jest odnieść się do perspektywy historycznej. Porównać współczesne położenie, potencjał, wyzwania i zagrożenia do tych, które towarzyszyły nam np. 10 lat temu.

Trzeba pamiętać, że w drugą dekadę XXI wieku wchodziliśmy – jako społeczeństwo, ale i jak kierownictwo państwowe – z przeświadczeniem, że kontynuacja światowej globalizacji jest nieuchronna. Wizji tej towarzyszyło przekonanie, że Polska – jako członek NATO i UE – jest całkowicie bezpieczna, a przed władzami z Warszawy nie stoją w zasadzie żadne większe wyzwania. Wystarczyło zająć się wdrażaniem unijnych przepisów i regulacji do polskiego systemu prawno-gospodarczego.

Efektem złudnego poczucia komfortu i bezpieczeństwa, była społeczna akceptacja stagnacji w siłach zbrojnych oraz refleksje nad tym, czy Polska potrzebuje własnego państwowego przemysłu zbrojeniowego. Niezależnie jednak od naszych, polskich wewnętrznych odczuć, należy mieć świadomość tego, że przed 2014 rokiem Polska posiadała bardzo słabą pozycję na arenie międzynarodowej. Zwłaszcza wśród sąsiadów. Wśród niektórych komentatorów sceny geopolitycznej panuje przekonanie, że to dopiero obecne rządy wepchnęły nas na cenzurowany margines areny międzynarodowej. Jednak tak nie jest. Przed 2014 roku Polska była przeźroczysta dla swoich sąsiadów. Czechy, Białoruś i Ukraina nas ignorowały. Władze z Kijowa często wręcz demonstrowały brak respektu w stosunku do Warszawy. Obrazem kompletnego braku sprawczości był konflikt z Litwą, której potencjał – przy całym do niej szacunku – jest równy jednemu polskiemu województwu.

Tego rodzaju postawa sąsiadów nie powinna jednak dziwić, bowiem wszyscy widzieli, że sama Warszawa orientuje się na Berlin, w którym były podejmowane wszystkie kluczowe decyzje dla regionu. Nie byłoby to takie złe, gdyby polsko-niemieckie ocieplenie w relacjach doprowadziło do jakiś wymiernych korzyści dla kraju znad Wisły. Jednak oprócz kurtuazyjnych wizyt, rozmów dyplomatycznych w życzliwej atmosferze, nie wynikało z tego nic więcej. Nie istnieje ani jedna istotna dla Polskich interesów sprawa, w której Niemcy na skutek negocjacji zgodziliby się ustąpić i ponieść jakiś koszt na rzecz Warszawy. Dotyczy to całego okresu polskiego uczestnictwa UE, po dzień dzisiejszy.

Polska urosła na znaczeniu w regionie dopiero po roku 2015, kiedy to po rosyjskiej agresji na Ukrainę okazało się, że Niemcy nie mają zamiaru brać na siebie ciężaru odpowiedzialności za bezpieczeństwo na wschodzie Europy. Wręcz przeciwnie, realizowały swoje interesy (NS II) wbrew interesom Polski i Ukrainy. To zmusiło Litwę i resztę państw bałtyckich do przeorientowania swojej polityki i zbliżenia się do Warszawy. Bowiem od Polski zależy w dużej mierze ich bezpieczeństwo. Jednocześnie Ukraina – o której przychylność starały się bezskutecznie każde kolejne polskie rządy – wreszcie sama zaczęła dostrzegać potrzebę dobrych relacji z Polską. Gdyby nie rosyjskie zagrożenie oraz przybicie przez Niemców kolejnego gwoździa do ukraińskiej trumny, to władze z Kijowa wciąż traktowałyby nas jako konkurenta i główny cel walki propagandowej.

I choć od kilku lat trwa polityczna nagonka w Unii Europejskiej na rząd z Warszawy, to na dobrą sprawę Polska nie straciła na tym zbyt wiele. W zakresie korzyści z partnerstwa z Niemcami, nie straciliśmy absolutnie nic. Bowiem nic wcześniej na nim nie zyskiwaliśmy.

Natomiast dyplomacja Joe Bidena tak mocno zachwiała w Polsce wizerunkiem Stanów Zjednoczonych, że nie tylko w debacie społecznej ale i politycznej dostrzega się potrzebę budowania większej autonomii w zakresie prowadzenia polityki zagranicznej.

Wszystko łącznie natomiast przyczynia się do zmiany postrzegania kwestii bezpieczeństwa kraju tak przez polityków i przez społeczeństwo. Od kilku lat obserwujemy wzrost wydatków obronnych oraz wzmożony proces modernizacyjny Wojska Polskiego, które niewątpliwie znajduje się w lepszym punkcie niż było dziesięć lat temu.

Zgodnie z powiedzeniem: trudne czasy tworzą twardych ludzi, twardzi ludzie tworzą dobre czasy, dobre czasy tworzą słabych ludzi, a ci przyczyniają się do powstania trudnych czasów. Przykładając to do rzeczywistości możemy – w mojej opinii – z optymizmem patrzeć w przyszłość. Ponieważ właśnie wchodzimy w trudniejszy okres, który będzie wykuwał nowe elity oraz nową świadomość społeczną.

Tymczasem działania naszych konkurentów i rywali, wbrew pozorom, mogą stworzyć dziejowe okazje.

 

Krzysztof Wojczal

Geopolityka, polityka, gospodarka, prawo , podatki – blog

 

Przypominam, że w przedsprzedaży można już zamówić książkę „Trzecia Dekada. Świat dziś i za 10 lat”. Na blogu znajdują się materiały z opisem zawartości, procesem tworzenia oraz innymi informacjami związanymi z tytułem 🙂

TRZECIA DEKADA. Świat dziś i za 10 lat

 

 

Źródła:

https://ssl-kolegia.sgh.waw.pl/pl/KES/czasopisma/kwartalnik/Documents/AK27.pdf

https://www.magnum-x.pl/artykul/wydatki-obronne-polski-w-latach-2000-2019

https://www.defence24.pl/ilu-zolnierzy-przychodzi-i-odchodzi-z-wojska-mon-ujawnia-dane-z-dekady

https://www.defence24.pl/30-tysiecy-terytorialsow-sluzy-w-wot

29 komentarzy

  1. Panie Szachownica, pełna racja. Osobiscie uwazam, ze przy naszym wejsciu do NATO, zawarty zostal jakis uklad, ktorego trescia bylo, ze Polska nie bedzie posiadala nowoczesnej i silnej armii, ktora moglaby zagrozic interesom Federacji Rosyjskiej w dziedzinie bezpieczenstwa. Po owocach ich poznacie.

    1. Dopóki Polska nie będzie miała broni jądrowej asymetrycznego odstraszania strategicznego – dopóty będziemy przedmiotem gry. NORDEFCO już to zrozumiało – stąd „pokojowy” program jądrowy Finlandii z całym wsparciem regionu – oparty o suwerennie wydobywany uran, w suwerennym pełnym cyklu przetwarzania przemysłu Yellow Cakes. Turcja otwarcie deklaruje potrzebę posiadania broni jądrowej jako rdzenia podmiotowości i bezpieczeństwa strategicznego. A z Turcją trzyma Ukraina – gdzie w Kijowie po zdradzie USA w sprawie NS2 – przelała się czara goryczy. De facto i przez to de jure – skoro Rosja i USA i UK nie wypełniły jako strona gwarancji Traktatu Budapesztańskeigo 1994 – to Ukraina ma prawo, a więcej – nawet obowiązek [zwłaszcza moralny] odtworzyć ten potencjał 1300 głowic jądrowych i środków przenoszenia. Żądając zwrotu głowic od gwarantów – albo samemu sobie budując – ale potem wystawiając rachunek gwarantom za ich zbudowanie – to jak z ubezpieczeniem samochodu… Taka jest KONSEKWENTNA cena międzynarodowego niewypełnienia zobowiązań traktatowych przez gwarantów. A Polska? – czy znowu będzie tym naiwniakiem-legalistą, harcerzykiem-dzieciuchem, który daje się ogrywać bezwzględnym macherom? Bo traktaty i prawne układy tworzą silni kosztem słabszych dla utrzymania ich strukturalnie w podrzędnej i niekorzystnej sytuacji jako zasób do wyzyskiwania – kiedy to wreszcie dotrze do sterników w Warszawie? Znowu będziemy ostatni w regionie? – tak jak jesteśmy ostatni w budowaniu strategicznej suwerenności? – mimo, że mamy największy potencjał do jej zbudowania? Wyraźnie widać, że nie jest realizowany szumnie deklarowany rozwój innowacyjno-technologiczny i przebicie pułapki średniego rozwoju, budowa własnych pełnych produktów OEM i pełnych łańcuchów wartości dodanej – i przez to brak wyjścia z zależności od Niemiec. Tak samo w PMT – wydaje się dziesiątki – a teraz już sumarycznie setki miliardów na systemy a la „biały słoń” – a nie stać nas na wydanie 2,5 mld zł na zakup 20 tys dronów systemu W2MPIR – które nie dość, że by całkowicie „załatwiły” likwidację i A2/AD Kaliningradu i właśnie budowanej A2/AD na Białorusi – to jeszcze by zrolowały wszystkie aktywa bojowe [nie tylko 1 Armii Pancernej Gwardii] – na głębokość ponad 200 km. A po rozmowie z ludźmi z WB – w zasadzie nie ma problemu do budowy systemu rojów „intruderskich” o głębokości uderzenia saturacyjnego na przynajmniej 700-1000 km – w kilku falach uderzeniowych.. I W2MPIR – nawet w takiej postaci jak jest – zapewnia nam [przy wykorzystaniu Hiumy i Saremy] pełną kontrole Bałtyku aż po Zatokę Fińską. System saturacyjny W2MPIR dalekiego zasięgu [1000+ km] z komponentami wojny EW – przełamujący wszystkie rosyjskie A2/AD i rolujący głęboko i podstawę operacyjna Armii Czerwonej i jej zaplecze – kosztowałby ca 6 mld złotych na pewno dużo mniej od samego Miecznika – z którego będzie dla nas zerowy pożytek – i oby nie katastrofa geostrategiczna skonfliktowania samobójczo z Chinami na Morzu Południowochińskim] – i mając TAKI system saturacyjny dalekiego zasięgu [de facto strategicznego – proszę jeszcze pamiętać o możliwości wykorzystania np. Estonii do głębokiego wniknięcia w Rosję – i to samo Ukraina i Gruzja na południu] w TAKICH warunkach Polska w całej drabinie eskalacyjnej – zarówno poniżej progu kinetycznego otwartej wojny – jak i w całym zakresie drabiny eskalacyjnej saturacyjnego starcia konwencjonalnego z Rosją – miałaby problem z głowy – mając przewagę kontroli sytuacji – w sposób proaktywny. Oczywiście – do tego osobno jest też potrzebna i cyberarmia dla obrony własnej infrastruktury [i dotkliwego uderzenia asymetrycznego w rosyjską infrastrukture] – no i wygranie wojny informacyjnej – ale to wszystko możemy – tylko idzie maksymalnie opieszale – a w przypadku wojny informacyjnej a la Kurski – właściwie robimy wszystko, by przegrać na własne życzenie. Dlaczego ten cały pakiet budowy strategicznej suwerenności nie jest robiony? – ano właśnie dlatego, że w najwyższym kierownictwie państwa nie ma zgody na strategiczną suwerenność Polski i odczepienie się od „jedynie słusznego” paska Waszyngtonu. Bo drugim krokiem niezbędnym dla tej suwerenności strategicznej – jest automatycznie i konsekwentnie [bo Kreml natychmiast sięgnie po atom – nie tylko w ramach uderzeń „deeskalacyjnych” – gdy tylko przegra w podprogowej i konwencjonalnej drabinie eskalacyjnej] uzyskanie odstraszania jądrowego. A pozyskanie suwerennego skutecznego asymetrycznego odstraszania jądrowego –o! – to już zadanie dla dorosłych i na poważnie – to by wymagało wyjścia z obecnej piaskownicy – i działań wprost przeciw polityce USA i innych graczy – którzy Polskę widzą jako swój zasób do gry. W ich optyce Polska by się przecież „zbuntowała” i „zerwała z haczyka”. Nasi politycy rozumieją doskonale, że to by wymagało przekroczenia Rubiconu, dorośniecia, wzięcia sztangi na pierś – i pójścia w polityce o własnych siłach „na własny rachunek” – z pełnym brzemieniem odpowiedzialności. Dlatego wolą tylko szumne deklaracje – maskujące tanią i wygodną SYMULACJĘ suwerenności – i wolą wygodne świadome utrzymywanie Polski w roli obcego zasobu. Dlatego wolą słuchać lobby generałów „starej gwardii” – by rozwijać ekstensywnie przestarzałe siły zbrojne w stylu „wojowania” a la AD1970 wg wzorców zimnej wojny. I nie wychodzą przed szereg względem nakazanego i przywiezionego w teczce PMR2013. Taka „modernizacja” [jako dokładne przeciwieństwo automatyzacji i dronizacji sieciocentrycznej z pozahoryzontalną kontrolą real-time i z precyzyjną projekcją SUWERENNEJ siły opartej na SUWERENNYCH systemach] daje przecież etaty dla ścieżki kariery dotychczasowej kadry dowódczej – politycy mają poparcie lobby generalicji – zwiększa się ilość popierających wyborców [z ich rodzinami] – i politycy tanim kosztem [bo naszym kosztem – podatków do budżetu] – co prawda przegrywają i suwerenność strategiczną Polski i jej prawdziwy rozwój i przyszłość kolejnego pokolenia – ale za to powiększają sobie korzystnie społeczną bazę popierających ich wyborców. Z punktu widzenia Polski – to długofalowo ślepa uliczka murowana klęska – ale z punktu widzenia partykularnych interesów polityków i starej kadry dowódczej – jak najbardziej korzystna. Ich rodziny będą zabezpieczone – więc jak stracą władze – to „po nas choćby potop”. Co więcej – myślę, że i politycy tzw. opozycji – gdyby tylko doszli do władzy – to by taki model „modernizacji” i „rozwoju” utrzymali – co najwyżej z pełnym podporzadkowaniem guzika decyzyjnego nie w Waszyngtonie – a bezpośrednio w Berlinie. I bez zasłonki medialnej o „wstawaniu z kolan” – zastąpionej wprost tzw. pedagogiką wstydu z centralnym przekazem: „mamy słuchać mądrzejszych z Berlina, bo sami jesteśmy głupi i niedorozwinięci”.

      1. (…)Znowu będziemy ostatni w regionie? – tak jak jesteśmy ostatni w budowaniu strategicznej suwerenności?(…)
        Obawiam się, że do tej pory reaktory typu (…)spalarnia śmieci(…)* staną się na tyle dopracowane, że zakaz proliferacji zostanie rozszerzony o wszystkie postacie rudy i paliwa, które mogą posłużyć do produkcji materiałów o zastosowaniach militarnych.

        * Mam na myśli wypalone paliwo wyczyszczone z wszystkiego co nadaje się do transmutacji itp.

      2. Errata: nie „I nie wychodzą przed szereg względem nakazanego i przywiezionego w teczce PMR2013.” a winno być: „I nie wychodzą przed szereg względem nakazanego i przywiezionego w teczce PMT 2013”. Jacek Bartosiak pisze o 2 dobrych – ale niestety usypiających decyzjach geopolitycznych – i 4 wielkich zaniechaniach. Ja bym zbytnio nie przeceniał czynnika chińskiego i „pociągnięcia piłki” z Pekinem w 2015-6 i możliwości „zagrania” nim potem z Waszyngtonem. Takich zagrywek Pekin nie lubi – to byłby mały bonus doraźny i większy kłopot na przyszłość. Chiny są – owszem – super ważnym graczem dla Polski – wręcz atomowym [dosłownie] – ale graczem do działań pod stołem w wąskich zakresach – i w trybie ratunkowym transferów strategicznych zasobów kluczowych – w razie „noża na gardle”. Natomiast za 2 duże błędy strategiczne sterników nawy państwowej uważam sprawę Macierewicza – który został wyrzucony nie za Misiewicza itp. błahostki [„dobre” dla mediów i dla pieniaczy] – ale za to, ze budował suwerenność strategiczną WP i uzyskanie suwerennej strategicznej samodzielnej obrony Polski do 2033 – i do tego wyznaczył w PMT min. 50% offset. Wyrzucenie Macierewicza – to była w istocie zdrada Polski – i zdrada budowania suwerenności i bezpieczeństwa Polski. I druga rzecz – gdy jesienią 2018 na Warsaw Security Forum gen. Ben Hodges – były głównodowodzący amerykańskich sił w Europie – otwarcie zadeklarował wyjście sił USA z Europy na Pacyfik w max 15 lat, a bardziej prawdopodobnie w 10 lat – to następnego dnia nasi sternicy powinni zredefiniować głęboko stosunki z USA – odpinając wszystkie długofalowe bonusy w nowej wycenie. Moim zdaniem automatycznie następnego dnia kierownictwo polskie winno postawić na sojusze bilateralne w regionie – na budowanie suwerenności strategicznej Polski i WP. Włącznie z siłami jądrowymi. Zaś interoperacyjność militarna i szeroka współpraca – winna być budowana nie z siłami USA – a z siłami budowanego krok za krokiem sojuszu regionalnego w Strefie Zgniotu. Czyli po deklaracji gen. Bena Hodgesa – która w istocie nie była niczym nadzwyczajnym – jedynie logicznym podsumowaniem racjonalnej geostrategii USA – to zakupy zagraniczne winny polegać 100% transferach technologii – i bynajmniej nie z USA jako podmiotem uprzywilejowanym. Zakupy po tej cezurze – Patriota z …5% symbolicznym offsetem, HIMARSa z zerowym offsetem, F-35A z zerowym offsetem – robione od USA wg starej strategii „podlizywania się za obietnice” – tylko świadczą bardzo wyraźnie o kontynuowaniu na ślepo bezsensownej „strategii” w Warszawie – zamiast zasadniczego zwrotu – na budowę suwerenności w systemach strategicznych – i na interoperacyjność z graczami, których twardy tożsamy interes bezpieczeństwa w Strefie Zgniotu – siłą rzeczy tworzy naturalnych sojuszników przeciw wspólnemu wrogowi. Do tego dochodzi bankructwo chowania głowy w piasek po 447 Act 9 maja 2018 podpisanego w Waszyngtonie przez Trumpa – popierającego prawnie i politycznie żydowskie bandyckie roszczenia na 350 mld dolarów – dokładnie w dniu, gdy Netanjahu na Placu Czerwonym przyjmował z Putinem Paradę Zwycięstwa Armii Czerwonej – blatując antypolski sojusz z rewizjonistycznym mocarstwem atomowym przeciw Polsce. Co nie spotkało się ani z zasadnicza reakcją Warszawy wobec Izraela – ani wobec USA – bo tu rola obu była i jest jednoznacznie zdradziecka i antypolska. To zaniechanie ekipy z Warszawy i wieszanie wszystkiego na USA – było oparte o ślepe posłuszeństwo w zaparte, wypieranie realu i blokadę informacji wobec społeczeństwa. Zabrakło Churchilla, który by wyszedł i powiedział w prawdzie o całkowitym bankructwie polityki opartej na USA – i konieczności zasadniczego zwrotu – na siebie – na własny suwerenny rozwój – na sojusze regionalne. Rozmawiałem z kilkoma decydentami i przed i po 2018 [np. z SKON] – wskazując [w parlamentarnych słowach – ale jednoznacznie] te zasadnicze konieczne zmiany naszej strategii – chowali głowę w piasek i zasłaniali się partyjnymi formułkami i frazesami – co jako żywo, w moich uszach brzmiało jak „wiecznotrwała przyjaźń ze Związkiem Radzieckim”, do znudzenia pompowana za komuny… Teraz popełniam jeszcze większy błąd – dalej przyklejamy się do kolektywnego Zachodu – a winniśmy się od niego odkleić co prędzej – zwłaszcza wobec Azji i Afryki – stając z nimi wspólnie po drugiej stronie barykady – jako państwo z nimi w jednym szeregu poddane najazdom, wyzyskowi, rozbiorowi i kolonizacji. W opozycji do Zachodu – i do Rosji – ostatniego wielkiego mocarstwa kolonialnego białego człowieka – bo tak widzi to Azja. I nie chodzi tu tylko o przyszłe dołączenie do wielkiego zwycięzcy za jakieś pokolenie – a na 97% będzie nim Azja z Chinami na czele. Tu chodzi o wygranie wojny informacyjnej – a do tego trzeba wreszcie rozliczyć i Rosję i kolektywny Zachód – z ich imperialno-kolonialną polityką, wyzyskiem i zdradami. Bez żadnego skrępowania – od przysłowiowego Adama i Ewy – wszystko wygarnąć na całego – odwrócić cały impet serwowanej nam polityki wstydu – i zamienić w tysiąckroć silniejsze uderzenie – z wypisanym rachunkiem biliona dolarów wobec Niemiec – ale i nie zapominając o Rosji, o UK i Francji – wreszcie o USA. Wygrana wojna informacyjna „przy okazji” by postawiła Berlin [w rękawiczkach Brukseli] w przegranej sytuacji – tak samo roszczenia KE – ale i Izraela. Oraz dałaby skok konsolidacji społeczeństwa – rzecz jasna po terapii szokowej dużych dawek prawdy w sferze publicznej – bez znieczulenia. Tak, by wyrwać Polaków z opium konstruktywistycznego wygodnego świata konsumpcjonizmu – i wrzucić w twardy real i jego SWOT – wobec nadchodzącego sztormu i wielkiej konfrontacji – już bez chowania głowy w piasek jak strusie. Oczywiście – z pokazaniem tych wszystkich otwartych bonusów do wzięcia – jakie wynikają z prawdziwie suwerennego sterowania i decydowania o własnym losie. Dla siebie – dla rodziny – dla własnych dzieci – wszystko, co ważne i namacalne. Sprawa Macierewicza – i zaniechanie budowy suwerennych strategicznych sił WP do pełnej samodzielnej obrony Polski – sprawa chowania głowy w piasek wobec 447 Act i antypolskiego paktu Kreml-Izrael….a także sprawa zaniechania zasadniczego zwrotu na suwerenność strategiczna i na sojusz regionalny – to w sumie objawy jednej i tej samej sprawy – które się skumulowały już w 2018 – całkowitego powieszenia Polski na pasku Waszyngtonu – i odmowy odczytania wyraźnych sygnałów strategicznych – że Polska nie jest w żaden sposób traktowana podmiotowo przez USA – a jedynie jako zasób Waszyngtonu – do maksymalnego wykorzystania. Bankructwo polityki obecnej ekipy nie nastąpiło wcale AD2021 – tylko już trzy lata wcześniej. Polacy – zajęci „tańcami z gwiazdami” i innymi „ważnymi” sprawami – nawet tego nie zauważyli. Ośrodki eksperckie – zasilane z budżetu – lub na garnuszku fundacji z USA – tym bardziej. Tak się mści brak elementarnego zrozumienia geopolityki – oraz real-politik opartej wyłącznie o siłę i interesy – w miejsce „wartości” i „przyjaźni”. Gdyby ktoś chciał – mogę wskazać odpowiednie merytoryczne i bezkompromisowe komentarze, jakie wtedy pisałem – ale to w sumie sprawa ad acta. Nie warto biadać nad rozlanym mlekiem – natomiast warto ze wszystkich sił maksymalizować konstruktywną krytykę – by doprowadzić do zasadniczych zmian – nakierowania na budowę strategicznej suwerenności Polski o własnych siłach – i oparcie się na wszechstronnych [nie tylko militarnych i politycznych – ale i ekonomicznych i technologicznych] sojuszach bilateralnych w regionie, o transfery technologii i tylko technologii – a docelowo o pełen synergiczny skoordynowany Sojusz Strefy Zgniotu – który by złamał zarówno presję Kremla – jak i Berlina.. Bez względu na politykę Waszyngtonu – a jak trzeba – wprost wbrew niej. Licząc wszystko długofalowo i w pełnym rachunku – a nie tylko jak teraz – od razu kuląc się posłusznie przed groźbami. Dopiero wtedy staniemy się graczem – i dopiero wtedy własnie Waszyngton będzie dawał nam koncesje i wsparcie – z musu – po twardych negocjacjach. Gdzie mamy TUTAJ przewagę asymetryczną wobec słabego TUTAJ Waszyngtonu – ale z niej nie korzystamy. R tchórzostwa i głównie z taniego, wygodnego kunktatorstwa „płynięcia z prądem” sterników w Warszawie.

  2. Przepraszam, a na czym polega to poprawienie stosunków z Ukrainą czy Litwą ? Bo nie zauważyłem żadnych sukcesów w ostatnich 6 latach w stosunkach z nimi. Co do stwierdzenia, że Ukraina straciła zaufanie do Niemiec to jest to moim zdaniem bzdura. Dopóki potencjał gospodarczy Niemiec będzie kilkukrotnie większy od Polskiego, Ukraina zawsze wybierze Berlin. To że Berlin zgodził się na NS II nie zmienia tego faktu, tak jak reset USA z Rosją nie zmieniał faktu, że USA były i są najważniejszym sojusznikiem Polski.

  3. Z tego co widzę, to UK powoli się stają antyreklamą niepodległości od UE… tak im się posypała logistyka, że właśnie usłyszałem w telewizorni, że kroi się militaryzacja przewozu paliw.

  4. Lubię czytać Pana analizy. One są logiczne i dotykają sedna sprawy.
    Natomiast obecny tytuł jest nietrafiony. Rosją i Niemcy nie są naszymi sprzymierzeńcami, tylko katalizatorami naszego przebudzenia. Na Pana miejscu dałbym tytuł: „Jak Niemcy i Rosja obudziły nas z geopolitycznego snu”.

      1. Rozumiem, że to przyciąga, ale tytuł powinien współbrzmieć z treścią. Najlepiej byłoby
        zmieścić 2 w 1.
        Np. Rosja i Niemcy – Jak nasi wrogowie (przeciwnicy) nam pomagają?
        W ten sposób zachowuje Pan harmonię tytułu z treścią, a jednocześnie tytułem przyciąga Pan czytelników.
        Pozdrawiam.

  5. Skojarzenia to przekleństwo, ale… Najwięksi sojusznicy Rosji w europie(w temacie gazu) to Niemcy Austria Węgry, a najwięksi przeciwnicy to Ukraina Polska Litwa Łotwa Estonia. Można powiedzieć historia lubi się powtarzać 😉

Leave a Reply

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *