Pokój, albo… Wojna! – Polska na rozstaju dróg.

Niemal każda współczesna debata geopolityczna kończy się pytaniem: „Co lepiej wybrać? Opcję niemiecką, czy strategiczny sojusz z USA?”. Oczywiście pojawiają się również i inne alternatywy, jednak te dwie wyżej wymienione są tak na prawdę najbardziej istotne (co uzasadniałem w tym wpisie).

Tym samym można zastanowić się nad konsekwencjami wyboru jednej z dwóch wymienionych wyżej dróg. Ponieważ kwestie geopolityczne, jak również argumenty „za” i „przeciw” opisałem w tekstach:

  1. Polska – kluczem do strategii USA?
  2. Czy rząd wybierze „opcję niemiecka”? – Jaka oferta leży w interesie Polski?

Niezależnie od tego, którą ścieżką podąży III RP, będzie to miało wpływ na nasze społeczeństwo. Na nas. Polaków. Nie ważne jest, czy zakładamy, że polski rząd jest wasalem USA, czy też prowadzi suwerenną i niezależną politykę. Nieistotne jest to, czy rzeczywiście polskie władze stoją przed wyborem Waszyngton – Berlin, czy też nasz los leży w cudzych rękach. A konkretnie w rękach tych, którzy są silniejsi i potrafią wepchnąć Warszawę w orbitę własnych wpływów.

Dla nas, Polaków, liczą się skutki podjęcia konkretnych decyzji. Niezależnie od tego, kto je de facto podejmie.

Ponieważ mamy do czynienia z dwoma alternatywnymi scenariuszami, powinniśmy również wskazać, co najmniej, dwa różne efekty.

Sprawa sprowadza się do bardzo prostej konstatacji:

Nasze władze albo podążą za USA na wojnę, albo porozumieją się z Berlinem by spróbować zbudować pokój w Eurazji.

Do tego w gruncie rzeczy sprowadza się widoczny dla nas wybór, czego nikt publicznie nie chce przyznać. Ale ponieważ to nie decydenci będą siedzieć na pierwszej linii frontu, to w moim przekonaniu, społeczeństwo zasługuje na tak uczciwe postawienie sprawy.

Nie wymagam, by tego rodzaju edukację prowadziły polskie władze, ponieważ z uwagi na grę prowadzoną na arenie międzynarodowej, byłoby to wysoce niewskazane. Jednak Polacy winni mieć świadomość ewentualnych konsekwencji decyzji, jakie zapadają właśnie teraz.

Mając do wyboru pokój, albo wojnę, decyzja wydaje się być prosta. Sprawa komplikuje się jednak, gdy dodamy do tej układanki kilka okoliczności.

 

Scenariusz nr 1 – wojna

Podsumowując jeden z moich wcześniejszych tekstów: obecnym celem USA jest znaczne osłabienie Rosji, rozbicie Unii Europejskiej oraz jednoczesne osłabienie Berlina. Wszystko po to, by móc wyizolować Chiny i nie dopuścić do powstania bloku Berlin – Moskwa – Pekin. Gdy to się powiedzie, Pekin zostanie osamotniony na placu boju, co da szansę Amerykanom na zwycięstwo w walce o światową hegemonię. Po zrealizowaniu wszystkich tych założeń, Warszawa znajdzie się w bardzo korzystnej sytuacji i będzie mogła, pierwszy raz od 100 lat, realnie myśleć o stworzeniu Międzymorza.

Innymi słowy, jeśli Polska podąży drogą wytyczoną przez amerykańskich planistów, to może stanąć przed historyczną szansą wybicia się na całkowitą niezależność. Oczywiście wykorzystanie tej szansy będzie zależało od nas. Pięknie to brzmi prawda?

Zła informacja jest taka, że:

  1. w międzyczasie może nas czekać potyczka zbrojna z Rosją na terenie Ukrainy,
  2. USA opuści Polskę natychmiast, gdy Moskwa podpisze układ z Waszyngtonem, a wówczas będziemy musieli samodzielnie stawić czoła drugiemu odwiecznemu zagrożeniu – Niemcom (i ich Unii),
  3. amerykańska polityka dąży do wywołania jak największej liczby regionalnych konfliktów w różnych stronach świata w celu uwikłania w nie Chińskiej Republiki Ludowej (o co nie będzie trudno, bo Pekin zwyczajnie musi zabezpieczyć sobie dostawy surowców),
  4. całkowita destabilizacja obecnego ładu światowego (który już trzeszczy w szwach) grozi wybuchem regularnej wojny, a ta może przerodzić się nawet w III WŚ i nuklearny holokaust.

Amerykanie zamierzają grać bardzo ostro, brutalnie i bezwzględnie. Na pograniczu światowego bezpieczeństwa. Przyjmują jednocześnie w swoich kalkulacjach śmierć wielu niewinnych ludzi. Tak jak to było w przypadku inwazji na Afganistan, czy Irak. Celem władz w Waszyngtonie jest utrzymanie hegemonii USA, a nie moralne zbawianie świata. Biały Dom nie cofnie się przed niczym, by zrealizować swoje plany. Skutki tej bezwzględności obserwujmy od wielu lat. Jedynym hamulcem, który nie pozwala prowadzić pełnowymiarowego i otwartego konfliktu jest broń atomowa ukryta w silosach położonych na terenie Rosji, Chin i kilku innych państw świata.

Na potrzeby niniejszego tekstu, należy podkreślić jedną ważną kwestię.

USA to hegemon, który obecnie dąży do wywołania wojny.

Jednocześnie sam nie chce brać w niej udziału. Przynajmniej nie od początku. Doświadczenia Amerykanów z I i II Wojny Światowej są proste: wejść do konfliktu jako ostatni, przechylić szalę na korzyść jednej z wyczerpanych wojną stron i wygrać pokój. Bo to jest celem każdego konfliktu zbrojnego. Nie chodzi o zwyciężenie w stu kolejnych bitwach, tylko o zawarcie jak najbardziej korzystnego traktatu pokojowego. Warunki w negocjacjach stawiają nie ci, którzy zabili największą ilość wrogów, a Ci, którzy są w danym momencie najsilniejsi.

Wracając do interesów państwa polskiego. Fakt dążenia do realizacji wyżej opisanego scenariusza, nie oznacza, że wszystko powiedzie się tak, jak to zaplanowano. Amerykanom może nie wyjść wiele przedsięwzięć. W skrajnie niekorzystnym scenariuszu, może okazać się, iż USA będzie za słabe, by wykonać choćby pierwszy krok. Czyli zmusić do kapitulacji Moskwę. Wówczas Polska zostanie sama, pośród wrogich jej i wciąż silnych sąsiadów. Ryzyko istnieje, ale i szansa wydaje się być rzeczywista.

 

Scenariusz nr 2 – pokój

Po drugiej stronie barykady znajdują się Paryż, Berlin, Moskwa i Pekin. Bruksela dąży do stworzenia europejskiego Super Państwa, które w porozumieniu z Moskwą i Pekinem stanie się potęgą eurazjatycką. Moskwa znając swoje słabości, chce wykorzystać własne położenie i pełnić rolę łącznika pomiędzy zachodem, a dalekim wschodem. Pekin dąży zwyczajnie do podporządkowania sobie rynków europejskich, w ten czy inny sposób. Chińczycy chętnie godzą się na powstanie porozumienia pomiędzy w/w stolicami, jednak docelowo myślą o całkowitym zawładnięciu Eurazją, a nawet Afryką. Te zapędy przyprawiają decydentów z Kremla o bezsenność, jednak Europejczycy wciąż nie zdają sobie chyba sprawy z wagi zagrożenia. Niemniej, koncept opiera się na pomyśle pokojowego wdrożenia gospodarczego projektu polegającego na scaleniu superkontynentu. Realizacja tego założenia sprawi, że Amerykanie stracą swoją pozycję, a ich kontynent wróci na peryferia globalnej rozgrywki.

Niewątpliwym atutem tego rodzaju rozwiązania, jest brak niepotrzebnego rozlewu krwi (przynajmniej w założeniu).

Jednakże z perspektywy Polski oznaczać to będzie jedno. Powolną marginalizację znaczenia naszego kraju, zagrożenie układem ponad naszymi głowami (Berlin – Moskwa), a w konsekwencji powolną agonię państwowości polskiej. Polska jest obecnie słabsza od Rosji i Niemiec. Wchodząc z takiej pozycji do układu Paryż – Berlin – Moskwa – Pekin, nawet jeśli uzyskamy zadowalające nas warunki wstępne, to nigdy nie będziemy mieć gwarancji, że zostaną one spełnione. Zwyczajnie słabsza od reszty partnerów Warszawa nie będzie miała narzędzi, by wymusić na nich dotrzymywania obietnic. Ponieważ projekt Eurazji jest projektem na dziesiątki lat, to trzeba zdawać sobie sprawę z tego, że Polska będzie musiała być klientem Berlina i Moskwy przez bardzo długi czas. Na ile Niemcom i Rosjanom starczy uczciwości i determinacji by przestrzegać gwarancji dla Polski, w sytuacji, gdy Warszawa będzie w tym projekcie konkurentem zarówno dla niemieckiej jak i rosyjskiej stolicy?

 

Lekcja z historii

Współczesne nagłośnienie i natężenie sporu historyków i publicystów, co do wyborów, jakie podejmowały władze II RP przed wybuchem drugiego światowego konfliktu nie uważam za przypadkowe. Nawet, jeśli same strony sporów tego nie dostrzegają, to w chwili obecnej Polska znajduje się w podobnej sytuacji, z jaką mieliśmy do czynienia w latach 30-tych XX wieku.

A przedstawiało się to wtedy następująco:

  1. hitlerowskie Niemcy dążyły ku wojnie (co było jasne już w 1934 roku, kiedy wystąpili z propozycją ataku na ZSRR) i proponowały Polsce sojusz,
  2. wykończone poprzednią wojną Francja i Anglia próbowały utrzymać pokój w Europie.

Polski rząd stał wówczas (w latach 1934 – 1938) przed wyborem. Czy wespół z Hitlerem iść na wojnę, czy wraz z Aliantami próbować go powstrzymać?

Parafrazując słowa Winstona Churchilla, Józef Beck miał do wyboru wojnę lub pokój, wybrał pokój, a wojnę mieliśmy i tak. Trudno jest jednak winić go za taką decyzję. Na tamtą chwilę (34’- 38’) wydawała się ona słuszna. Odpowiedzialność za państwo i życie jego obywateli nakazywała postępować w taki sposób, by nie wystawiać ich na zbędne ryzyko (a początkowo wydawało się, że można powstrzymać wybuch konfliktu).

Tymczasem sojusz z Hitlerem oznaczał:

  1. pewny wybuch wojny i wzięcie w nim udziału przez Polaków po stronie agresora,
  2. przetoczenie się przez terytorium Polski frontu przyszłej wojny z ZSRR,
  3. w przypadku porażki w konflikcie, okupację sowiecką (a już wiedziano, co to oznaczało zwłaszcza po tzw. Operacji polskiej NKWD),
  4. w przypadku zwycięstwa, a nawet jeszcze podczas wojny –  marginalizację znaczenia Polski, podporządkowanie jej Berlinowi, represje wobec Polaków pochodzenia żydowskiego oraz wobec Żydów mieszkających w II RP, a w konsekwencji:
  5. utrata suwerenności i niepodległości przez Polskę (prędzej, lub później).

Były to perspektywy, które musiały rodzić spore wątpliwości. Zwłaszcza w czasie, gdy istniały jeszcze szanse na to, by do wojny zwyczajnie nie dopuścić (a przynajmniej tak to wyglądało z perspektywy ówczesnych decydentów).

Współpracując z Francją i Wielką Brytanią polskie władze widziały:

  1. największe europejskie imperium morskie i prawdopodobnie  najsilniejszą i nowoczesną francuską armię lądową połączone wspólnymi interesami,
  2. szansę utworzenia Międzymorza w kształcie: Polska – Węgry – Rumunia (tutaj powinniśmy wziąć pod uwagę Czechosłowację, może nawet kosztem Węgrów),
  3. możliwość wsparcia aliantów przez Amerykanów (tak jak to było w I WŚ),
  4. możliwość politycznego okrążenia III Rzeszy i zablokowania jej zapędów wojennych,
  5. brak zagrożenia utratą suwerenności w sytuacji zachowania pokoju, a dodatkowo możliwość wzmocnienia państwa w sytuacji zbudowania Międzymorza,
  6. w przypadku wybuchu wojny, przewagę Aliantów.

Z perspektywy czasu wiemy już, że władze nie wzięły pod uwagę np. paktu Ribbentrop-Mołotow (czego należało się spodziewać), a także zostały zaskoczone słabością Francji i Wielkiej Brytanii.  Najważniejszym jednak brakiem w kalkulacjach było to, że wybuch światowego konfliktu zwyczajnie leżał w interesie USA (stąd, co najmniej bierne zachowanie w stosunku do amerykańskich podmiotów, które wspomagały finansowo i gospodarczo III Rzeszę). Oprócz tego, ZSRR szykowało się do marszu na zachód z przyczyn ideologicznych.  O ile intencje ZSRR były jeszcze łatwe do przewidzenia, to przez wybuchem wojny nikt nie spodziewał się, że Hitler wywoła ją dzięki amerykańskim dolarom.

Jednak jeszcze do końca 1937 roku Alianci dysponowali znacznymi atutami i przewagą w stosunku do Niemiec. To oni mogli dyktować warunki.

Oczywistym jest jednocześnie, że wybierając „pokój” polskie władze powinny mimo wszystko przygotować Polskę i Polaków na wojnę. Realizować stosowną politykę międzynarodową, budować sojusze blisko własnych granic i mobilizować siły zbrojne. Tego niestety nie zrobiono w sposób odpowiedni. Nawet wówczas, gdy okazało się, że wojna jest już nieuchronna.

Celem niniejszego wpisu nie jest jednak roztrząsanie historii, więc wspomnę tylko, że moim zdaniem władze II RP dokonały (na tamten czas i swoją wiedzę) właściwego wyboru (pokój). Zawiodły jednak, jeśli chodzi o realizację zamierzeń. Polski rząd powinien wesprzeć Czechosłowację i przekonać Aliantów, że w ich interesie jest stworzenie silnego bloku w centrum Europy (blokującego zarówno III Rzeszę jak i ZSRR). Bloku, w którego skład wchodziłaby Czechosłowacja. To 30 września 1938 roku w Monachium Alianci i Polacy przegrali pokój. Czesi ugięli się pod naciskiem Niemców, ponieważ Polacy i Węgrzy dążyli do zaspokojenia swoich roszczeń terytorialnych. Innymi słowy Czechosłowacja znalazła się osamotniona pośród stada wilków gotowych rzucić się na nią z każdej strony. Tymczasem ani Paryż, ani Londyn nie miały absolutnie żadnego przełożenia na tą sytuację, wobec czego – poddali Czechów. Dwa dni później Polska zajęła Zaolzie, a następnie wespół z Węgrami rozpoczęła Operację Łom. W efekcie zyskaliśmy skrawek terytorium, wspólną granicę z Węgrami, a straciliśmy potencjalnych sojuszników i bezpieczeństwo na południowej granicy (vide marcowa aneksja Czech, utworzenie podległej Niemcom Słowacji, sojusz Węgiersko – Niemiecki przekreślający planowany pakt Polsko – Węgierski). W marcu 1939 roku wybuch wojny stał się pewny, a Polska znalazła się w tragicznym położeniu geograficzno – politycznym. Hitler wystąpił do polskiego rządu z roszczeniami terytorialnymi, a 3 kwietnia rozkazał przygotowanie ataku na Polskę (Fall Weiss). 28 kwietnia 1939 roku III Rzesza wypowiedziała II RP pakt o nieagresji. Klamka zapadła.

Z perspektywy społeczeństwa, we wrześniu 1939 roku Polacy stanęli z bronią u nogi w obronie własnego państwa i w obliczu napaści ze strony sąsiadów. Nasi przodkowie mieli moralne prawo do prowadzenia wojny obronnej i zabijania napastników. Jak się później okazało, walczyli nie tylko z militarnym agresorami, ale i z przyszłymi mordercami, oprawcami oraz zbrodniarzami wojennymi. Miało to wpływ nie tylko w odniesieniu do ówcześnie żyjących, ale i wpłynęło na świadomość przyszłych pokoleń. Można oczywiście krytycznie oceniać politykę prowadzoną przez władze II RP. Jednak nie sposób nie zgodzić się z twierdzeniem, że jako społeczeństwo i jako indywidualne jednostki, możemy czuć dumę z tego, za co walczyli nasi pradziadowie. I nie mamy prawa krytykować ani tej walki, ani ich postawy. Bo bili się i umierali w słusznej sprawie. Był to ich wybór, robili to w swoim imieniu, na własną odpowiedzialność, ale i też w interesie przyszłych pokoleń.

I tej emocjonalny wątek nie jest bez znaczenia. O czym dalej.

 

Istota dylematu

Dziś, podobnie jak w latach 30-tych XX wieku, również nadchodzi przełomowy okres. Czas podejmowania decyzji, które zaważą o kolejnych dziesięcioleciach. Terytorium Polski odgrywa tutaj bardzo istotną rolę. Z pespektywy interesów naszego państwa, omawiane drogi przedstawiają się w sposób następujący:

  1. albo w najbliższym czasie podejmiemy walkę u boku USA, ponieważ „Polska albo zostanie regionalnym mocarstwem, albo nie będzie jej wcale”,
  2. albo nie unikając ryzyka, przyjmiemy zaproponowane układy, gwarantując sobie pokój na wiele lat, za cenę skazania kolejnych pokoleń na życie w coraz trudniejszych warunkach geopolitycznych.

 

Jeśli chodzi kwestie etyczno – moralne:

  1. wybieramy drogę wojny, stając po stronie agresora,
  2. decydujemy się na drogę pokojową, którą podążymy z naszymi konkurentami.

W tym miejscu należałoby się na chwilę zatrzymać. Bowiem ten drugi wybór, etyczno-moralny, wiążę się z konkretnymi zarzutami w stosunku do dokonującego decyzji:

  1. godzenie się na wojnę i udział w niej naraża całe polskie społeczeństwo (cywilów również) i jeśli wojna pójdzie niepomyślnie, w skrajnym przypadku może dojść do całkowitej zagłady narodu,
  2. nie podjęcie próby walki o interes narodowy, może sprawić, iż tego interesu w przyszłości nie będzie, ludzie wprawdzie przeżyją, ale w skrajnym przypadku kolejne pokolenia mogą nie znać polskich: języka, kultury czy historii.

Są to bardzo poważne zarzuty, które dzielą tą część polskiego społeczeństwa, która zdaje sobie sprawę z powagi sytuacji w jakiej się znaleźliśmy. Podział ten, jest poniekąd jedną z przyczyn wojny polsko-polskiej, a jeśli nie przyczyn, to jednym z narzędzi wykorzystywanych do dzielenia polskiego społeczeństwa.

 

Wracając bliżej geopolityki.

Poza dwiema w/w możliwościami istnieje również duże prawdopodobieństwo, że Polska podąży drogą pokoju, a wojna wybuchnie pomimo tego. Podobnie jak to było sto lat temu. Tylko tym razem, chyba wszyscy decydenci mają świadomość tego, że największa potęga świata do tej wojny otwarcie dąży. Trzeba tutaj nadmienić, że Stany Zjednoczone Ameryki są w tej chwili znacznie silniejsze w stosunku do reszty świata, niż było to w dwudziestoleciu międzywojennym.

Ostatnie wydarzenia związane z próbą zamachu na Skripala i zorganizowaną akcją wydalenia dyplomatów przez niemal cały świat zachodni, jasno wskazują, że USA nadal dyktuje warunki Europie. Jak inaczej tłumaczyć bowiem fakt, iż Paryż i Berlin zdecydowały się na udział w w/w inicjatywie, wbrew własnym interesom? Jak tłumaczyć to, że z jednej strony Niemcy za wszelką cenę chcą doprowadzić do budowy Nord Stream II, a z drugiej narażają się na dyplomatyczne retorsje ze strony Kremla?

Warto też zwrócić uwagę na fakt, iż takie maluczkie kraje jak m.in. Austria, potrafiły się przeciwstawić i zachowały rezerwę ogłaszając neutralność w opisywanej sytuacji. To jest doskonały przykład dla tych, którzy twierdzą, że jeśli małe Węgry mogą grać o swój interes, to Polska również ma taką możliwość. Niestety tak nie jest. Z tych samych względów, z których Pani Merkel nie mogła teraz odmówić Amerykanom. Jesteśmy zbyt wielcy (gospodarka) i zbyt ważni (położenie geogr.) by tolerować nasze „nieposłuszeństwo”. I tak USA z Wielką Brytanią zwyczajnie dopilnowały, by dyplomatów rosyjskich wydaliły wszystkie najważniejsze państwa Europy. Tak, by Moskwa otrzymała jasny i wyraźny sygnał.

 

Reasumując. Jeśli chodzi o kwestie geopolityczne, omawiany w niniejszym tekście „wybór” jest tak na prawdę iluzoryczny. To nie od nas zależy, czy wojna wybuchnie czy też nie, choć z pewnością Polska odgrywa niezwykle istotną rolę w planach USA. Być może bez wsparcia naszego kraju, Amerykanie nie będą zdolni zrealizować własnych zamierzeń. Nie oznacza to jednak, że nie zmienią taktyki i nie będą próbowali osiągnąć swoich celów innymi ścieżkami.

Dlatego w interesie Polski oraz w obowiązku naszych władz jest przygotowanie się na najgorszy scenariusz. I nawet, jeśli polski rząd posiada w tej kwestii zdolność podejmowania decyzji i wybierze „pokój”, to nie może zaniechać działań zmierzających do przygotowania społeczeństwa i państwa na wypadek konfliktu zbrojnego.

Jaką postawę powinna przyjąć Polska i Polacy, jeśli nastąpi inwazja na Ukrainę?

 Zdając sobie sprawę z faktu, iż to USA podejmuje decyzje i to Amerykanie dążą do konfliktu, czy wobec tego powinniśmy ich wspierać, jeśli wojna wybuchnie w naszym regionie?

Wyobraźmy sobie dwa różne zakończenia w przypadku rosyjskiej inwazji na Ukrainę.

  1. Rosjanie przegrywają.
  2. Rosjanie wygrywają.

Co się stanie, jeśli Polska zachowa neutralność i nie da się wplątać w konflikt? (Zastrzegam, że uważam to za bardzo mało prawdopodobne i to nie zależnie od tego, jaka partia będzie w Polsce u steru. Skoro Niemcy nie są w stanie oprzeć się amerykańskim naciskom, to my tym bardziej.)

Gdyby Kreml poniósł klęskę,

USA podyktowałoby Rosjanom swoje warunki. Ukraina odzyskałaby zapewne Krym i Donbas, a także otrzymałaby wsparcie w postaci sprzętu i technologii wojskowych (ponieważ Amerykanom potrzebny byłby silny sojusznik w regionie, a na Polskę nie mogliby już liczyć). Stany Zjednoczone natychmiast opuściłyby Europę i ogłosiły rzeczywisty pivot na Pacyfik. Ukraina natomiast zacieśniłaby współpracę z Niemcami, ponieważ Polska nie sprawdziłaby się jako sojusznik na trudne chwile. Ukraina z Donbasem, to Ukraina z ogromnym potencjałem produkcyjno surowcowym. Z wysoką populacją, doświadczoną w walkach i liczną armią, zapleczem przemysłowym, doskonałym położeniem geograficznym, z początkowym wsparciem USA, a także przy późniejszym partnerstwie z Niemcami, Ukraina byłaby dla Polski ogromnym konkurentem i zagrożeniem. Tymczasem znaczenie III RP mocno by spadło. Po porażce Kremla, w orbitę niemieckich wpływów wpadłaby zapewne również Białoruś. Drang nach Osten byłoby realizowane ponad polskimi głowami, a w dłuższej perspektywie zwyczajnie moglibyśmy się stać jednym z niemieckich landów. Lub doszłoby do kolejnych rozbiorów.

W sytuacji, gdyby Rosja wygrała starcie,

jej czołgi zatrzymałyby się pod Przemyślem. Na granicy z Polską. Nieistotne jest to, czy stałoby się to siłą rozpędu w czasie działań zbrojnych, czy też dopiero po podpisaniu kapitulacji przez Kijów. W ramach przebazowania jednostek. Biorąc pod uwagę Białoruś, cała nasza wschodnia granica znajdowałaby się pod presją. W przypadku utraty Ukrainy i powściągliwości Polski – Amerykanie byliby zmuszeni uznać całkowitą podległość Kijowa względem Moskwy. Możliwe, że nastąpiłaby Amerykańska ewakuacja z Europy. Zwłaszcza ze wschodnich, zagrożonych inwazja państw. Polska znalazłaby się w podobnej sytuacji do tej z marca 1939 roku, kiedy to III Rzesza anektowała Czechy i podporządkowała sobie Słowację.

Czy będzie nam wówczas lżej na sercach, gdy będziemy mieli świadomość tego, że Rosjanie zostali do takiego kroku zmuszeni przez Amerykanów? Że to Amerykanie doprowadzili do ponownego wybuchu konfliktu? Że to w ramach doktryny defensywnej, Rosjanie byli zmuszeni działać agresywnie?

Jak to moralne usprawiedliwienie własnej bezczynności będzie wpływało na sytuację, w której uzbrojona po zęby Armia Rosyjska stanie u naszych granic (wespół z wojskiem białoruskim), a Waszyngton dokona ponownego resetu stosunków pozostawiając nas samych na pastwę sąsiadów?

 

Oczywiście, należy rozpatrzyć również scenariusze, w których weźmiemy udział w działaniach zbrojnych na Ukrainie. I tak:

W przypadku porażki Rosji

usiądziemy przy stole zwycięzców, jako Ci, którzy oprócz samych obrońców wzięli na siebie największy wysiłek wojenny (bo zapewne tak się stanie). Co bardzo istotne, Amerykanom nie będzie już tak zależeć na silnej Ukrainie (ponieważ postawią na Międzymorze budowane wokół Polski). Oznacza to, że po układzie pokojowym Ukraina wcale nie musi wrócić do granic sprzed 2014 roku. Innymi słowy z konfliktu z pewnością wyjdzie słabsza i będzie bardziej skłonna orientować się na Warszawę (wciąż wspomaganą politycznie przez Waszyngton). Innymi słowy, nawet jeśli nasi politycy się nie wykażą przy negocjacjach, to i tak Polska ten pokój wygra.

Porażka Ukrainy

przy wsparciu ze strony Polski, Rumunii oraz USA (i zapewne Wlk. Brytanii) jest bardzo mało prawdopodobna. „Zielone ludziki” zapewne szybko ruszą w kierunku Dniepru jednak z Przemyśla do Kijowa nie jest wcale tak daleko. Podczas gdy Ukraińcy przyjmą na siebie pierwsze uderzenie i będą opóźniać pochód Rosjan, lądowe siły NATO (Polacy i Rumunii) wkroczą na zachodnią Ukrainę w celu „ochrony ludności cywilnej” przed „separatystami”. Wątpię by Rosjanie próbowali przebijać się przez ten kordon sanitarny. Raczej nastąpi wyścig o Kijów i przegrany będzie dyktować warunki. Może okazać się, że do starć między NATO, a „separatystami” wcale nie dojdzie. Jeśli Rosjanie wkroczą do Kijowa jako pierwsi, zapewne rozpoczną się rozmowy pokojowe. Z pewnością USA nie odpuści terenu, który już zostanie zajęty przez Polaków i Rumunów. Tym samym, prawdopodobnie dojdzie do aneksji wschodniej części Ukrainy przez Rosję, jednak państwo ze stolicą w Kijowie przetrwa. Politycznie pozostanie wówczas „neutralne”. Z Polskiej perspektywy taki scenariusz nie byłby najgorszy. Południowo wschodnia granica wciąż byłaby bezpieczna, a słaba Ukraina nie byłaby dla nas ani zagrożeniem, ani konkurencją.

Podsumowując.

Bierność państwa polskiego w obliczu inwazji na Ukrainę może okazać się fatalna w skutkach jeśli chodzi o sytuację geopolityczną.

Z drugiej strony, wysłanie polskich żołnierzy na wojnę z pewnością przyniesie straty ludzkie. Będzie się to również wiązało z ryzykiem dla całego społeczeństwa (choć wątpię, by Rosja i USA zaryzykowały otwarte i oficjalne starcie, raczej będzie ono odmianą ograniczonej wojny hybrydowej, a jednostki będą występować pod różnymi dziwnymi flagami – w końcu żadna ze stron nie chce zostać zmuszona do wywołania wojny nuklearnej).

Można różnie oceniać politykę zagraniczną prowadzoną przez USA. Można mieć świadomość tego, że Amerykanie posługują się Polską niczym narzędziem do realizacji własnych celów. Nie zmienia to jednak faktu, że najgorszy scenariusz uwzględniający udział Polaków w konflikcie na Ukrainie, może okazać się korzystniejszy geopolitycznie, niż najlepszy wariant wydarzeń, w których Polska nie weźmie udziału w w/w wojnie.

Czemu nie wspomniałem dotąd o zagrożeniu wojną nuklearną? Ponieważ nie sądzę, by wywołała ją którakolwiek ze stron NATO – Rosja. W Syrii Turcy zestrzelili Rosjanom samolot, a Amerykanie niedawno zbombardowali cały rosyjski oddział („najemników”) zabijając kilkuset ludzi. Pomimo tego Trump i Putin zamiast przycisku odpalającego rakiety, wolą wciskać ten od „szybkiego wybierania” w telefonie. Użycie broni atomowej będzie oznaczać zagładę i śmierć nie tylko dla cywilów, ale i samych rządzących. Z pewnością będą o tym pamiętać.

Jeśli chodzi natomiast o sprawy związane z etyką.

Przede wszystkim powinniśmy zdać sobie sprawę z tego, iż jeśli nasi żołnierze wezmą udział w działaniach zbrojnych na terenie Ukrainy, to nie powinni mieć wątpliwości, że walczą w słusznej sprawie. Bowiem nieistotne będzie to, czy wyjadą na wojnę na rozkaz Waszyngtonu czy też Warszawy. Za najważniejszy aspekt sprawy uważam ten, iż ostatecznie będą oni bronili nie tylko naszego interesu narodowego, ale również Polski i Polaków. Nas wszystkich. Nie możemy bowiem uchylać się od obowiązku walki twierdząc, że jest ona wywołana ze złych pobudek (interesy USA), w sytuacji, gdy skutek wojny będzie dotyczył Polski i Polaków. A tak właśnie będzie. III Rzeczpospolita znajduje się w takim położeniu geograficznym, iż każdy konflikt zbrojny za naszą wschodnią granicą, stanowi również bezpośrednie zagrożenie dla naszego państwa. Sytuacja natomiast wygląda tak, że na Ukrainie toczy się wojna. W przypadku inwazji Rosji, nie możemy dopuścić, by rosyjska armia zatrzymała się dopiero pod Przemyślem. Na polskich granicach. Niestety, pomimo tego, że decyzje podejmowane są przez Amerykanów, to skutki tych decyzji będą dotykać bezpośrednio Polski i Polaków. Znajdujemy się w sytuacji, w której brak reakcji może oznaczać dobrowolne samobójstwo.

Czy Polacy mają moralny obowiązek poświęcania swoich interesów państwowych i narodowych w imię pokoju na świecie? Zwłaszcza w sytuacji, gdy znacznie silniejsi uchylają się od tego obowiązku, a najpotężniejsze mocarstwo świata dąży do wojny?

Są to ważne pytania, ale dla większość z nas, raczej teoretyczne.

Znacznie ważniejszą kwestią dla obywateli jest to, czy powinni narażać bezpieczeństwo i życie swoje i  bliskich w imię walki o tzw. interes narodowy. Jedni będą gotowi oddać za to życie, inni stwierdzą, że właśnie życie jest tym interesem. Każdy będzie posługiwał się tutaj swoją definicją patriotyzmu (w zależności od przekonań, cenionych wartości czy wiary). I każdy ma do tego prawo. Kluczem do zbudowania jedności społeczeństwa, o co powinniśmy się starać, jest zrozumienie tego.

 

Eksperyment

Wprawdzie ciężar podjęcia tej trudnej decyzji (wojna czy pokój) nie spoczywa na nas. Obywatelach. Na mnie. Na Tobie. Pomimo to proponuję przeprowadzić pewien eksperyment intelektualny. Jeśli jesteś jego ciekaw, to czytaj teraz wolno i uważnie. Zadaj sobie następujące pytanie:

 

„Czy wybieram wojnę u boku agresora, czy też pokój u boku konkurentów?”

 

Zaryzykujesz, czy wybierzesz życie? Zawalczysz, czy wybierzesz bezpieczeństwo kosztem wolności? Poszukaj odpowiedzi. Sam w duchu.

Poczuj, przed jakimi dylematami stali nasi przodkowie i przed jakim dylematem stoisz Ty sam. Jak trudna do podjęcia jest ta decyzja i jak jej ciężar może przygnieść w przypadku wybrania niewłaściwej drogi. Idziesz na wojnę? Ryzykujesz życiem? Czy wybierasz pokój. Z nadzieją, że wszystko będzie dobrze.

Musisz sam dla siebie, dokonać wyboru, a następnie…. Wyobrazić sobie, że był on błędny. I z tym ciężarem odpowiedzialności stań w myślach przed swoim prawnukiem. Przeproś go. I wytłumacz się. Potrafisz?

 

Dlaczego

Każdy wybór jest i dobry i zły. Każdy wybór jest niezwykle trudny, a każda osoba ma prawo do postrzegania tego problemu w inny sposób. Zrozum to. Przełam własne schematy myślowe i uszanuj odmienną decyzję pozostałych. Po co? By nie toczyć kolejnej wojny polsko – polskiej o to, kto jest większym patriotą. Kto ma rację, kto bardziej dba o interes narodowy. Kto jest mądrzejszy, a kto daje się wysługiwać obcym interesom.

Bo przecież nie o to tutaj chodzi. Władze i stronnictwa polityczne możemy oceniać różnie. Krytykować tych, lub innych. Niewiele to jednak zmieni. Współcześnie nie ważne jest to, która partia sprawuje władzę. Decyzje, jeśli chodzi o politykę międzynarodową, zapadną podobne w każdym jednym wariancie.

Ale my, jako społeczeństwo, powinniśmy szanować się wzajemnie i podchodzić z szacunkiem do wyborów, jakie podejmuje każdy z nas. Czy będzie to „pokój” czy „wojna”, ta czy inna partia, czerń czy biel, każdy z nas podejmuje tą decyzję z myślą o Polsce i Polakach. Każda z tych opcji może okazać się słuszna, ale i może prowadzić do całkowitej klęski. Być może o tym, jak to się wszystko zakończy zadecyduje zwykłe szczęście? Ktoś wówczas może powiedzieć – miałem rację. Ale czy to jest wynik jego mądrości, czy zwykłego zrządzenia losu? Czy uprawnia go to, do negatywnej oceny tych, którzy sądzili inaczej? Przecież o „racji” zadecydował zwykły los. Rzut monetą. Nic więcej.

Roman Dmowski i Józef Piłsudski byli ludźmi o kompletnie różnych poglądach, którzy obrali dwie odmienne drogi prowadzące do odzyskania przez Polskę niepodległości. Podejmowali decyzje, które były niezmiernie istotne dla naszego kraju. Czasem z różnym skutkiem. Jednak obaj się wzajemnie szanowali (co nie oznacza, akceptacji). I nie wchodzili sobie w drogę. Nie prowadzili prywatnej wojny między sobą. Tylko tyle, i aż tyle. To wystarczyło, by Roman Dmowski zwyciężył Polakom pokój w traktacie wersalskim. To wystarczyło, by Józef Piłsudski wytyczył granice II Rzeczpospolitej.

Jeśli chodzi o państwo, to nie my podejmujemy decyzje. Ale my jako społeczeństwo będziemy wspólnie ponosić ich skutki. Razem. Bo interes narodowy, to nasz interes.

Nie dajmy się dzielić pod wpływem emocji. Spierajmy się na argumenty, dyskutujmy, ale nie prowadźmy wojny przeciw sobie.  Niech polityczne spory, nienawiść i walka nie przenoszą się na ulice i do naszych domów. Gdy politycy będą chcieli się pozabijać, nie pozwólmy, by robili to naszymi rękami. Bo tu w domach, umysłach i na ulicach to my podejmujemy decyzję. Wojna? Czy pokój? Spór czy zgoda? Należy wówczas pamiętać, że w tym przypadku opcja „wojna” nie przyniesie absolutnie żadnych korzyści.

Trzeba spojrzeć w przyszłość. Jeśli przyjdzie budować wspólnotę, czy to europejską czy to międzymorską, co powinniśmy zaproponować innym narodom? Zaciekłe spory i zamknięte umysły pogrążone w walce i nienawiści? Czy mądry, jednolity naród, dumny ze swojej historii, kultury i wartości? By decydować o sile wspólnoty, w pierwszej kolejności należy zadbać o jedność narodu. Bądźmy magnesem, a nie opiłkami żelaza, które bezwolnie ulegają przyciąganiu. Tylko tak będziemy mogli stawić czoła przyszłym wyzwaniom. Niezależnie od scenariusza.

 

 

Krzysztof Wojczal

geopolityka, polityka, gospodarka, prawo, podatki – blog

 

P.S.

Zależy mi tym, by przesłanie niniejszego wpisu zostało odebrane jako szczerze i uczciwie przedstawione. Zdając sobie sprawę z tego jak trudno jest myśleć całkowicie apolitycznie (zarówno dla mnie autora w czasie pisania, jak i dla czytelnika ), czuję, że lepiej dla wpisu będzie jeśli postawię sprawę jasno:

  • trzykrotnie głosowałem w wyborach parlamentarnych na PO (pierwszy raz przegrali, dwukrotnie wygrali, bardzo podobała mi się ich pierwsza kadencja w której nie zrobili praktycznie nic –  wychodziłem z założenia, że im mniej politycy robią tym lepiej dla nas – jak się okazało po drugiej bardzo pracowitej kadencji, miałem rację),
  • ani razu nie byłem wyborcą PiS-u, ani jego przedstawicieli,
  • jak dotąd żaden z wybranych przeze mnie kandydatów nie został prezydentem,
  • w chwili obecnej nie jestem wyborcą żadnej z tych partii, jakie dostały się do sejmu.

Tyle jeśli chodzi o szuflady.

85 komentarzy

  1. Oczywiście, że NATO nie jest w stanie zareagować, nie zareaguje, i będzie się od wszystkiego odcinać, a każdy zachodni ekspert teraz i po fakcie zezna, że NATO nie miało z tym nic wspólnego… Zresztą, po co miałoby się tam pchać? Przecież ani Ukraina nie jest członkiem Sojuszu ani tam nie ma i nie będzie ani jednego rosyjskiego żołnierza. To wewnętrzna sprawa Ukrainy… Bezstronni obserwatorzy OBWE będą gwarancją niemieszania się zachodnich żołnierzy w ten konflikt, gdyby było inaczej z pewnością by wszystko zauważyli i donieśli opinii publicznej, prawda?

    [ADMIN] Wycięta część komentarza – brak merytoryki – sugestie ad personam.pozdrawiam 🙂 KW [ADMIN]

  2. Kolejny super wpis. Bardzo dobrze się go czytało za co dziękuję . Teraz pozostaje go przekazywać dalej aby jak najwięcej osób miało świadomość, co faktycznie się dzieje. Nie byłem ani nie jestem wyborcą PO ani PiS aczkolwiek mimo fatalnego programu socjalnego(powinien zachęcać i pomagać głównie jak nie jedynie pracującym o najniższych dochodach Polakom nie obcokrajowcom), próby spierniczenia i tak kiepskiego kodeksu pracy, coraz wiekszej kontroli przedsiębiorców i dodawaniu nowych przepisów zamiast usuwaniu czy upraszczaniu starych , mam wrażenie ze to dopiero początek wymyslania nowych podatków a nie ich likwidacji i poprawie bytu Polaków, mieszania religii z polityką i wielu wielu innych chorych rzeczy to PiS jest opcja ( jeśli juz musi byc któraś z tych dwóch) dla Polski lepsza.. Mam na myśli Polski jako Kraju nie nas konkretnie obywateli bo my będziemy mieli tylko gorzej tu się utrzymać, i normalnie żyć.. PO to byla banda oszustów i jak wynika z nagrań i różnych afer wnioskuję że złodziei, do tego kierujących sie tylko swoim interesem i Berlina…nas Polaków wrecz traktowali jak idiotow którym można zrobic wszystko . Nie przypominam sobie żeby co kolwiek dobrego dla nas zrobili, a naród na ich rządach tylko tracił z roku na rok więcej. PIS cos tam przynajmniej próbuje troche grać, nieudolnie ale próbuje a z PO wydawało sie ze mieli przygotowane scenariusze od początku do końca nie w naszym interesie. Co mnie martwi to ze pewien Decydent juz zapowiedzial ze wróci do Polski i na emeryturę sie nie wybiera..

    Niestety spora cześć naszego społeczeństwa (i to wykształcona) zapewne kolejny raz się nabierze na jego obietnice w głownej mierze z nienawiści do PISu i KLeru …co moze doprowadzić do opcji którą Pan opisuje Pokój z konkurentami :/

    Mi się dobrze w tym kraju żyje bo radzę sobie znacznie lepiej niż większość którą znam ale jak spoglądam w naszą przyszłość to cały czas się bije ze swoim Patriotyzmem i rozsadkiem zeby stąd wyjechać i pracować na kraj który jest mądrze zarządzany, jest przyjazny dla ludzi pracowitych i sam sie nie pcha w unicestwienie gospodarcze i narodowe

    1. Jeśli chodzi o politykę wewnętrzną i sprawy, dla mnie, najważniejsze (podatki) to zarówno PO jak i PIS idą tą samą drogą. Do tego inwigilacja, walka z obrotem gotówkowym… Przykładów można mnożyć. Za PO było mnóstwo afer i kasa przeciekała przez budżet na lewo i prawo. PIS rzeczywiście z jednej strony coś tam uszczelnił, z drugiej skomplikował prawo jeszcze bardziej, docisnął przedsiębiorców, a to co udało się wyciągnąć więcej dla budżetu rozdał na socjal (o nagrodach nie piszę, bo wolę by sobie je przydzielali oficjalnie niż kradli pod stołem – a rządzący muszą dobrze zarabiać, bo inaczej łatwiej ich będzie skorumpować – wszelkie argumenty przeciw temu to czysty populizm lub zawiść).

      Najlepszą opcją byłoby odsunięcie dotychczasowej kasy polityków od władzy. Całkowicie. Tylko kto i w ich miejsce? Nie widzę absolutnie żadnej nowej siły, która nie tylko miałaby dobrego lidera, ale przede wszystkim odpowiednie kadry by obsadzić ludźmi choćby najważniejsze funkcje państwowe.

      System demokratyczny jest tak beznadziejny… I zapewne znów to wszystko skończy się dyktaturami. Innej drogi ewolucji nie widzę, bo „większość” nigdy nie będzie mądrzejsza, mniej podatna na przekupstwa socjalne i mniej naiwna. A bez „większości” w sys. demokratycznym nie da się przeprowadzić żadnej mądrej reformy. Chyba, że wybrani decydenci oszukają wyborców – na ich korzyść 🙂 Żeby tak się zdarzyło choć raz w historii…

  3. Witam, dzięki za blog gdyż poszerza horyzonty i przedstawia ciekawy, inny punkt widzenia człowieka szukającego prawdy i zrozumienia świata.

    Uważam, że jednym z pięt achillesowych jest brak u Ciebie wiedzy nt. spekulacji, finansów, gospodarki i ogólnie ekonomii – nie możesz uprawiać geopolityki bez uwzględnienia aspektów ekonomii – to zawsze będzie ograniczać Ciebie i jakość Twoich przemyśleń.

    Teraz @meritum

    Przedstawię Tobie mój punkt widzenia gdyż wszyscy się od siebie uczymy, a łączy nas nieodparte dążenie do poznania prawdy, zrozumienia świata, itp.

    Zaczynam od podstaw i definicji czego potrzebuje człowiek.

    Jesteśmy ludźmi którzy potrzebują spełniać pewne podstawowe potrzeby (patrz piramida Maslova) więc oprócz rzeczy przyziemnych czyli fizjologicznych potrzebujemy innych ludzi gdyż jesteśmy istotami społecznymi. Bez obecności innych ludzi rozpadamy się mentalnie, psychologicznie i fizycznie – tak nas stworzyła natura (Bóg, jak kto woli).

    Po spełnieniu podstawowych potrzeb zwracamy się na innych ludzi, aby zaspokajać swoje potrzeby od tych niskich (np. sex) po te „wysokie” (przyjaźń, miłość, poczucie celu, współdziałania, przynależności itp.).

    Teraz jak spojrzymy na siebie to statystycznie większość z nas zwraca się w kierunku swoich bliskich i dbamy o ich potrzeby oraz chcemy od bliskich otrzymać „zapłatę” poprzez spełnianie naszych potrzeb świadczonych przez bliskich.

    To są na razie podstawy i jesteśmy gdzieś w okresie jak zeszliśmy z drzew czyli mówimy o podstawach które nas definiują – coś co siedzi w nas od przynajmniej setek tysięcy lat jak nie pojedynczych milionów).

    Całkiem nowym i trudnym dla ludzi doświadczeniem jest istnienie większych organizacji społecznych w postaci większych skupisk ludzi i tu zaczynają plemiona zmieniać się w księstwa, kraje, państwa, jakieś dziwne twory ponadpaństwowe i coraz to większe utopie społecznie.

    Aby człowiek akceptował takie twory to trzeba robić mu pranie mózgu gdyż takie duże twory społecznie są ponad nasze możliwości poznawcze – cywilizacja jest bardzo trudnym doświadczeniem i eksperymentujemy z tym tworem już kilka tysięcy lat z różnymi skutkami. Moim zdaniem ewolucja człowieka nie nadąża za zmianami którym głównym sprawcą jest dar jaki mamy od natury (Boga jak kot woli) czyli mózg i jego możliwości.

    Podsumowując – natura nauczyła nas dbać o bliskich, a mózg pobiegł w utopię i nie nadążamy jako integralna całość zwana „człowiekiem”.

    Cywilizacja próbuje od tysięcy lat wpierać nam jakieś bzdury zwane religią, państwem, narodowością i ciągle otrzymujemy pranie mózgu, aby identyfikować się z czymś co jest dla nas – wciąż uważam – nienaturalne. Ewolucja jest ok ale jej mankamentem jest za wolna prędkość zmian w stosunku do tego co mózg wyprawia.

    Z różna skutecznością, ale imponującą zwykle udaje się sprzedawać tych „wielkim” organizacjom społecznym zwanym np. Polską, chrześcijanami, Niemcami, muzułmanami itp. bajkę o tym, że łączy nas coś za co warto ginąć umierać itp. Skuteczność tej propagandy jest duża gdyż żeruje na naszej naturze czyli czymś archaicznym, wywodzącym się z drzew (lub Boga jak kto woli) i dajemy się wmanewrować w jakieś bajki, państwa, wspólny interes narodowy, pierdu inne pierdu i zachowujemy się jak dzieci w mgle – on zabrał moją zabawkę więc mu walnę.

    Tym nowym dla człowieka tworom udaje się sprzedawać te bajki gdyż żerują na naszym podstawowym archaicznym pochodzeniu i chęci dbania o bliskich. Wystarczy tylko zmanipulować umysły (mózgi), aby sobie to zracjonalizowały i mamy mięso armatnie zwane, Niemcami, Amerykanami, Polakami, Rosjanami którzy za idiotyczne i bzdurne idee potrafią niszczyć siebie nawzajem nawet unicestwiając cały glob (czyli realne zagrożenie wojny nuklearnej).

    Jak widać powyżej nasz jakże inteligenty, światły i wykształceniowy autor bloga jest w stanie zaryzykować wszystko co realnie posiada (bliskich, majątek, jedyne niepowtarzalne życie które ma tylko jedno) walcząc za jakieś chore idee narodowości, przynależności, realpolitik itp.

    Nie umniejszając osoby autora bloga tak ja też potrafię się wmanewrować te bzdury (bo są moją naturą od ponad miliona lat i dłużej) jak i inni którzy tu trafili. Tak my wszyscy powinniśmy trafić do psychiatry 🙂 wraz z całym światem który to g…no generuje.

    Jak popatrzymy bardziej obiektywnie na historię człowieka (a najciekawsza jest część zwana historia cywilizacji) możemy dojść do kilku prostych wniosków:

    – jedynym wyznacznikiem postępu człowieka jest rozwój nauki co później przekłada się rozwój człowieka i vice versa – rozwój człowieka powoduje rozwój nauki (ALE UWAGA tu racjonalny umysł stara się nadążać, a człowiek jako całość już kiepsko),

    – ktokolwiek rządził w danym okresie (jakakolwiek cywilizacja), zawsze upadał na rzecz zwycięzcy,

    – nawet jeśli ten zwycięzca był „barbarzyńcą” to i tak „przegrywał” gdyż anektując kraj o „wyższym poziomie rozwoju” naukowego, społecznego kulturowego de facto przejmował jego wierzenia i systemy w dłuższym horyzoncie czasowym i to jest fakt – niech ktoś mi udowodni że było inaczej,

    – patrząc na kolejne losy kolejnych cywilizacji widzimy jeden trend – powstają coraz większe struktury, coraz bardziej zorganizowane o coraz większym zasięgu,

    – głównym zarzewiem konfliktów i upadków kolejnych cywilizacji jest niespójność „hierarchii wartości” czyli różnice w sposobie spostrzegania świata pomiędzy agresorem, a obrońcą (teraz np. mamy bajkę o demokracjach vs. totalitaryzmach, bajki o muzułmanach vs. inne wyznania, itd. możecie sobie wypisać kolejne zarzewia przyszłych ludobójstw),

    Podsumowując – cywilizacja igra z nami i tworzy nam kolejne idiotyczne idee za które warto ginąć.

    Czy więc to oznacza, że nie kocham cywilizacji ? Chcę wrócić na drzewo ? Nie! chcę tylko pokazać jak idiotycznie się zachowujemy i jak ta spirala sama się nakręca i do niczego nie prowadzi (w odczuciu naszego jednego jedynego życia które nigdy się nie powtórzy). W szerszym horyzoncie jak widać powyżej jest jakiś kierunek i człowiek dąży w prawidłowym kierunku, ale do tego trzeba TYSIĘCY LAT jak uczy historia.

    Jak więc powinniśmy się zachowywyać względem innych ? Nauka podpowiada np. tutaj:

    https://www.edukator.pl/tik_edukator/zaufanie/index.html

    1. Dziękuję za bardzo ciekawy komentarz. Moje 3 uwagi:

      1) państwa i inne większe podmioty, wcale nie muszą być czymś nowym dla człowieka. Nauka bardzo mało wie o naszej cywilizacji, a z tego co wie to na Ziemi było kilka „zagład”, pomiędzy którymi mogły istnieć zupełnie rozwinięte cywilizacje ludzkie 🙂
      2) sprowadza Pan rozwój człowieka, do rozwoju nauki – czysto ateistyczne podejście – jako osoba wierząca pozwolę sobie zauważyć, że być może homo sapiens znacznie bardziej by się rozwinął bez nauki i technologii… W mojej opinii człowiek to coś więcej niż mięso,z którego składa się jego ciało, a jeśli przyjąć, że dusza jest nieśmiertelna, to ten postęp, nauka i wiedza zdobyta podczas naszego krótkiego życia jest nic nie warta (raz że dotyczy tylko życia doczesnego, dwa że to życie nie jest promilem długości życia duszy), być może sensem życia jest rozwój duchowy? (bo co duszy po lepszym aucie, czy TV?),
      3) ze wszystkim, jeśli chodzi o pewnego rodzaju „prawnie mózgu” jak Pan to nazwał, się prawie zgadzam. Widzę tylko jeden problem. Proszę to wytłumaczyć wszystkim ludziom na świecie 🙂 Bo jeśli choć jeden człowiek zacznie walczyć o swoje interesy (choćby prywatne), to wszyscy wokół niego będą albo ofiarami – albo również będą musieli swoje interesy nie tylko dostrzegać, ale i o nie walczyć. To się przekłada później na zbiorowość 🙂 Jak ktoś morduje ludzi, tylko dlatego, że są mówią w innym języku – to lepiej dla mordowanych, by dostrzegli swój wspólny interes 😉

      pozdrawiam
      KW

      1. Nie udało mi się skończyć całego wywodu wczoraj więc przepraszam i będę kontynuował jak tylko znajdę czas ☺️ Nie dokończyłem jeszcze wielu myśli które będą tworzyć całość światopoglądu i oceny tego jak ja definiuję swój udział w wojnie

    2. P.S. Bardzo fajny link.
      Raczej nie miałem problemu w typowaniu, ale tak prostego eksperymentu nie przekładałbym na politykę międzynarodową 🙂

    3. Kontynuując wczorajszy wpis. Skończyliśmy na cywilizacji i jej rozwoju jako całości niezależnie od tego kto rządzi – czy to Tutenchamon, czy Cezar, czy może Trump obecnie wciąż bawimy się w agresorów i obrońców.

      Najbliższa przyszłość może przynieść nam:

      – upadek zachodu i triumf „barbarzyństwa” w postaci fundamentalnego islamu,
      – pozamiatanie zachodu poprzez zwycięstwo barbarzyństwa Chin-Rosji czyli upadek wolności człowieka,
      – zwycięstwo zachodu i unifikacja ziemi pod berłem niby demokracji,
      – depopulacja globu (miejmy nadzieję nie całkowita) – wojna nuklearna/biologia (wirusy itp)/głupota (samounicestwienie poprzez nieodwracalne zmiany na ziemi z powodu działań człowieka),
      – oraz różne wariacje na temat powyższych zagrożeń.

      Jeśli ktoś kogoś pokona i przejmie władzę to po prostu piszemy dalej historię – nic ogólnie się nie zmienia dla cywilizacji – ot kolejna abberacja jak w falach Elliota jest trend, a później korekta i znów okres prosperity.

      Co z tego, że wygramy ? I tak moralnie będziemy mieli kaca bo wrogów trzeba unicestwić. Co z tego, że przegramy ? I tak wrogowie dojdą do tego samego co my, zajmie im to tylko więcej czasu. Jak wróg nie wyczai o co chodzi to jego wnuki jak najbardziej. Patrząc z szerokiej perspektywy widać, że kierunek jest tylko jeden – BĘDZIE TYLKO LEPIEJ (jeśli się nie unicestwimy). Może zając to 100lat może 1000lat a może więcej – nie ma to znaczenia bo historia pokazuje, że lokalne aberracje głupoty (np. średniowiecze) i tak zawsze się kończą.

      Wniosek z powyższego nasuwa się jeden i odpowiadam na pytanie na które inni szukają wciąż odpowiedzi – w to wierzę – CZŁOWIEK JEST DOBRY, a dowodem jest na to nasza historia. Jest promil dobroci/rozsądku która zwycięża w szerokich horyzontach czasowych. Lokalne abberacje nie mają znaczenia – jak muzułmanie nas najadą to i tak zwyciężymy bo stoimy kulturowo wyżej od nich, a historia to osądzi. Kulturowo jesteśmy wyżej od Chin i Rosji (porównuję cywilizację zachodu jako całość w stosunku do nich) i stąd mój wniosek, że dojdą do tego prędzej czy później.

      cdn…

  4. Krzysztof Wojczal – Pytanie do twojego poprzedniego tekstu które jednak wiąże się z aktualnym. Nie rozumiem po co USA miałyby odwracać Chiny przeciwko Rosji? Przecież to Chiny są strategicznym wrogiem USA więc łatwiej i taniej obrócić Rosję przeciwko Chinom (co byłoby prawdopodobnie bardzo niekorzystne dla nas). Po co dawać Chinom Tajwan i wzmacniać strategicznego wroga? Kolegujecie się z bmenem więc czytałeś zapewne jego scenariusz na temat tego jak USA chcą wykończyć Chiny zwijaniem globalizacji. Gdzie tu miejsce na jakieś deale z Chinami?

  5. Bardzo dobry artykul. Podaje link – https://www.youtube.com/watch?v=sxdxUObu9qg nie mowie, ze sie z tym Panem zgadzam ale przedstawia on punkt widzenia z drugiej strony. Zachecam do obejrzenia aby wyciagnac WLASNE wnioski. Zawsze sa 2 strony medalu i obydwie trzeba obejrzec aby wyciagnac sluszne wnioski i podjac spojna i prezmyslana decyzje.

  6. [CENZURA ADMINA] Wszelkie niemerytoryczne wpisy, zwłaszcza „docinki” ad personam, będę stanowczo cenzurował. 🙂 pozdrawiam 🙂 KW [CENZURA ADMINA]

  7. PO 1989 roku większość polityków była nastawiona na zabezpieczenie materialne siebie i rodziny w krótkim okresie rządów. W związku z tym raczej nie podejmowano potrzebnych decyzji licząc na adopcję przez większych i silniejszych. Ale więksi i silniejsi kierowali się własnym interesem i zostaliśmy gospodarczo skolonizowani. Mamy powtórkę „najdłuższej wojny nowoczesnej Europy”. To co utraciliśmy w te dwadzieścia kilka lat będziemy musieli odzyskiwać latami.
    Mieliśmy kilka ciekawych programów zbrojeniowych: Iryda, PZL-230, Kobra 2000, Pirania, czołg goryl, samolot szkoleniowy EM-10 Bielik. Przez brak zdecydowania na kontynuowanie projekty zakończono.
    Teraz mamy drogie F-16 bez kodów źródłowych i możliwości dokonywania modernizacji we własnym zakresie.
    Ostatnio na 2 baterie Patriot (16 wyrzutni po 4 rakiety na każdej i 208 pocisków PAC-3 SM) wydamy ponad 20 mld zł. Warto zwrócić uwagę na dość dyskusyjną skuteczność tego systemu w Rijadzie w Arabii Saudyjskiej teraz i w 2008 czy tez 2007 roku – nie ma pewności czy w ogóle doszło do strącenia jakiejkolwiek rakiety rebeliantów.
    Teoretycznie potrzebujemy 8 takich baterii czyli koszt dochodzi do 80 mld zł. Nie wierzę że za te pieniądze nie da się w kraju rozwinąć potrzebnych technologii (Amerykanie też ich kiedyś nie mieli a my nie mogliśmy nabyć w PRL ze względu na embargo).
    Naszą szansą jest kupowanie czasu ile się da na przygotowania do zmian które nadchodzą na świecie.
    Pierwszym dzwonkiem alarmowym była wojna Rosji z Gruzją w 2008 roku. W Polsce nie było po niej większej reakcji w obronności. Tuż przed wojną hybrydową na Ukrainie w Polsce powstał raport w którym stało że nie przewiduje się do 2030 roku większych zagrożeń w pobliżu naszych granic. Rok później nadawał się on do kosza. I po 2014 roku my nadal wydawaliśmy niecałe 2% pkb na obronność. W naszym położeniu nawet w okresie pokoju powinno to być przynajmniej 3%. W pole możemy posłać podobno aż 14.000 żołnierzy.
    Mamy mnóstwo potrzeb finansowych – ochrona zdrowia, edukacja, obronność,system emerytalny, itd. Te 3 pierwsze wymagają bezwzględnego zwiększenia finansowania – zdrowe wykształcone społeczeństwo finansujące podstawowe funkcje nowoczesnego państwa to fundament rozwoju dobra wspólnego jakim przez wieki była Rzeczpospolita.
    Gryzie to się z naszym nieustannym deficytem 30-40 mld zł, 50 mld na obsługę długu publicznego. Rzeczą konieczną do przyspieszenia dynamiki naszego rozwoju jest zmniejszenie podatków (moim marzeniem jest VAT 20% na dobra luksusowe i 10% na dobra codziennej potrzeby, CIT 10 15 i 20 % w zależności od wielkości przedsiębiorstwa i PIT podobnie 10 15 i 20% w zależności od dochodów).
    Jedynym wyjściem jest zaciśnięcie zębów, odchudzenie państwa i bezustanna walka o nasze interesy.
    Nie widzę sensu tworzyć dotowanych miejsc pracy dla zagranicznych koncernów – ich technologii i tak w ten sposób nie trafi w nasze ręce. Technologie musimy opracowywać sami.
    Musimy zacząć gonić zachód ale nie po to by się z nim zrównać ale po to by go przegonić. Przy obecnej ich polityce migracyjnej to możliwe. Możemy stać się oazą pokoju dla bogatych wykształconych białych emigrantów z Europy zachodniej. Już teraz możemy zacząć ściągać do Polski wykształconych potomków białych osadników z RPA – dwie pieczenie na jednym ogniu – dla KE podamy że przyjmujemy faktycznych uchodźców z Afryki, a z drugiej strony lepiej uzupełniać nasz rynek pracy nimi niż kontrowersyjnymi Ukraińcami (mam tu na myśli przerzut przez wschodnią granicę broni w tym granatników i wielolufowego działa okrętowego kalibru 30 mm – po co komu taka armata – do napadu na bank?).
    Może ten mój wpis jest trochę chaotyczny ale chciałem na raz „przenieść na papier” co mi na sercu leży.

  8. Uważam, że jedna znacząca kwestia nie została poruszona – niby nic, a jednak, że doświadczenie historyczne ( II Wojna Św.) wpłynie w mniejszym lub większym stopniu na decyzje europejskich przywódców.A juz uważam za bzdurę, sugerowanie Polakom „odwiecznego wroga” – aż zabawne 🙂
    Uważam, że artykuł jest tendencyjny i jego autor miał jakiś konkretny cel ( może polityczny) publikując tak daleko idącą demagogię – dlatego demagogię, gdyż wbrew pozorom nie ma rozważań wielowarstrowych, tylko dwójpodział ewentualności. Ruszając taki temat w globalnym aspekcie ( min. trzech kontynentów) – przykład, a chociażby taki – trwającej od lat hegemonii USA z jednoczesną hegemonią Rosji w innym obszarze :)))

  9. Moim zdaniem wojsko na tym terenie jest całkowicie zbędne.
    Ci którzy mieli zająć ten teren już to zrobili i nikomu nie oddadzą swoich biznesów.
    Jeśli tubylcy będą posłuszni jak do tej pory, to będzie spokój i dużo gadania o wolności.
    Tubylcy są zarządzani przez element wyhodowany przez „wolną europę”, „głos ameryki” i jakieś jeszcze inne rozgłośnie radiowe kontrolowane przez tego samego kasjera i nadzorcę.
    We wszystkich krajach Europy Środkowej i Wschodniej rządzący pełnią rolę kapo. Wyhodowani zostali do destrukcji i nic innego nie potrafią.
    Kapo są tacy jak tubylcy z pośród których są wyłaniani.
    To zgraja ogłupionych fanatyków.
    Nadal działa propaganda sączona z „radia svoboda” na tereny Wschodniej Europy.
    W Azji działa i podżega „wolna azja”.
    Ten sam kasjer szczuł i podżega na Bliskim Wschodzie.
    Wojna psychologiczna trwa i jest totalnie wygrywana.
    To co się dzieje nie jest teorią spiskową. To jest świadomie i konsekwentnie kreowana rzeczywistość poprzez oddziaływanie na świadomość całych narodów.
    Jak jest to skuteczne widać po reakcjach polityków na to co zrobiono na Upainie, Bliskim Wschodzie, a ostatnio w małej brytanii.
    Ciekawe co by było gdyby np Brazylia robiła to samo na całym świecie. Albo przynajmniej na terenie usa ?

Leave a Reply

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.