Czy Chiny mają cokolwiek do zaoferowania Polsce?

W ostatnim czasie w przestrzeni publicznej na nowo wybrzmiała dyskusja na temat tego ile Polska mogłaby zyskać na współpracy z Chinami. I ile straciła, nie podejmując tej współpracy trzy lata temu.

Dyskusja dra Jacka Bartosiaka z reprezentantem Klubu Jagiellońskiego – Adrianem Broną oraz analitykiem Ośrodka Studiów Wschodnich – Jakubem Jakóbowskim moderowaną przez Andrzeja Kohuta zainspirowała mnie do próby odpowiedzi na pytanie, czego Polska oczekiwałaby od strony chińskiej by opłacało się jej wpuścić wpływy Państwa Środka nad Wisłę?

Ponieważ wbrew obiegowej opinii wydaje się, że Chińczycy niewiele mogą Polakom zaoferować. Po pierwsze dlatego, że nie chcą lub nie mogą. Po drugie polski rynek nie wykorzystałby szans stworzonych przez umowy polityczne zawarte na pułapie międzyrządowym. Bądź to z braku potencjału lub też z braku chęci.

 

Gospodarcze relacje polsko-chińskie

Powołując się na dane z bardzo ciekawego  raportu Adriana Brony warto zaznaczyć,  że – od czasu podpisania w 2011 deklaracji polsko-chińskiej o strategicznym partnerstwie  – wymiana handlowa między krajami wciąż pozostaje na bardzo niskim poziomie. W 2011 roku polski eksport do Chin stanowił zaledwie 1% całego krajowego eksportu. Do 2019 roku poziom ten wzrósł do zaledwie do 1,1%. Znacznie bardziej zyskali na tym Chińczycy ponieważ import z Państwa Środka stanowił w 2011 roku 8,7% całego polskiego importu, natomiast w 2019 roku było to już 12,3%. W liczbach bezwzględnych nasz ujemny bilans handlowy wciąż się powiększał i zeszłym roku wyniósł blisko 30 miliardów dolarów. Tak więc pod względem czysto biznesowym, Polska nie zyskała wiele mimo przystąpienia do:

  1. formatu 17+1 w 2012 roku (wówczas to był 16+1),
  2. Inicjatywy Pasa i Szlaku w 2015 roku,
  3. Azjatyckiego Banku Inwestycji Infrastrukturalnych (AIIB) w 2016 roku.

 

Mało tego, autor wyżej linkowanego raportu wskazał, że niespecjalnie na współpracy zyskali polscy rolnicy. Mimo znacznego proporcjonalnego wzrostu eksportu polskich produktów spożywczych w latach 2011-2019 (z 35 do 211 milionów dolarów) eksport ten stanowi i tak zaledwie 0,7% łącznej wartości polskiego eksportu żywności. Wynika to z wielu czynników, ale tym chyba najistotniejszym jest odległość od chińskiego rynku. Transport morski trwa długo, a lądowy jest drogi i nieopłacalny w przypadku tanich towarów wymagających znacznej ilości miejsca w kontenerach.

Raport Adriana Brony wskazał ponadto na coś, co dla zainteresowanych było wiedzą oczywistą. Chińskie inwestycje nie polegają na budowaniu zakładów produkcyjnych, a na przejmowaniu już istniejących. Cele są proste. Przejmowanie zachodnich technologii i know-how oraz ekspansja na zewnętrznych rynkach. Wykupowanie ewentualnej konkurencji często kończy się także przenoszeniem produkcji do Chin i pozostawianiem szczątkowej struktury w kraju macierzystym. Państwa UE zaczęły się przed tym bronić poprzez wprowadzanie do umów sprzedaży zakładów regulacji wymuszających utrzymanie zatrudnienia a czasem nawet produkcji na dotychczasowym poziomie. Jednak zanim tak się stało, wiele np. greckich a nawet francuskich firm padło ofiarą rzeczywistej likwidacji, przeniesienia produkcji i przejęcia firm czy dobrze sprzedającego się loga.

Nie oznacza to jednak, że z Chińczykami nie da się zrobić dobrego biznesu. Niemniej, by doprowadzić do podpisania dobrej umowy należy zdawać sobie sprawę z tego, że partner z Pekinu wykorzysta wszystkie słabości tej umowy na naszą niekorzyść. I jeśli umowa będzie słaba – to wyciśnie nas jak cytrynę. Bez żadnych sentymentów związanych z tym, że Polska jest „bramą” do Europy na drodze Nowego Jedwabnego Szlaku (a konkretnie jednej z jego nitek i to tej przechodzącej również przez Rosję).

 

Polska nieodpowiedzialnym partnerem w oczach Chin? Doświadczenia z współpracy

Istnieje narracja zgodnie z którą, Chińczycy sparzyli się na inwestycjach w Polsce w 2011 roku, kiedy to mieli zbudować polską autostradę A2. Niektórzy z komentatorów nie mogli zrozumieć, jak polski rząd mógł pozwolić, by polscy przedsiębiorcy zawyżali ceny materiałów i maszyn, które chcieli nabyć lub wynająć wykonujący kontrakt Chińczycy. Miało to w oczach władz z Pekinu pokazać, że Polska nie jest krajem poważnym ponieważ nie potrafi zdyscyplinować swoich przedsiębiorców i sektora budowlanego. Nie sposób się z tą narracją jednak zgodzić.

W mojej ocenie polskie firmy zachowały się zupełnie racjonalnie broniąc własnego rynku. Chińczycy zaoferowali dumpingowe ceny w celu wygrania przetargu przy dużym niedoszacowaniu kosztów budowy. Chcieli wykonać zlecenie korzystając z własnej taniej siły roboczej oraz tanich materiałów dostępnych na miejscu. Sukces takiego przedsięwzięcia oznaczałby wyłamanie drzwi do polskiego rynku. W krótkim czasie chińscy wykonawcy przejęliby rynek przetargów publicznych i doprowadzili rodzime polskie firmy do bankructwa. Polskie firmy narzucając wysokie ceny materiałów i ewentualnego wykonawstwa dla Chińczyków zwyczajnie broniły się przed obcą ekspansją. Gdyby nie to efektywne działanie, być może dzisiaj nie mielibyśmy już rodzimych dużych firm budowlanych ani nawet technologii do budowy podstawowej infrastruktury. Zastanówmy się dlaczego polski sektor tak zdecydowanie odpowiedział na próbę akurat chińskiej ekspansji. Przecież na nasz rynek budowlany z powodzeniem weszły firmy z zachodu – zwłaszcza niemieckie. Fakt, że z każdego jednego euro dotacji unijnej udzielanej Polsce aż ok. 85% centów wraca do Niemiec wziął się m.in. z tego to niemieckie firmy wygrywały w Polsce przetargi publiczne. Więc czemu polski rynek nie walczył tak skutecznie i zaciekle również w tym przypadku?

Różnice między firmami z zachodu i wschodu są dość istotne. Niemiecki wykonawca wykonywał zlecenie głównie lub przede wszystkim polskimi wykonawcami. Ci korzystali z mniejszych polskich podwykonawców a wszyscy zaopatrywali się w polskich hurtowniach z materiałami. Materiałami w dużej części produkowanymi na miejscu. Każdy w tym łańcuchu dostaw mógł zarobić. Nawet te 15 centrów z każdego dotacyjnego euro dawało w miarę szybkie warunki rozwoju. Podobnie jak fakt, że polskie firmy pracując pod niemieckimi wykonawcami nabywały nowe kompetencje. Uczyły się budować skomplikowanych obiektów infrastrukturalnych, co z kolei dawało w przyszłości szansę na zdolność samodzielnego wygrania przetargu publicznego.

Chińczycy mieli zupełnie inny model biznesowy. Oparty na chciwości i eksploatowaniu klienta, jeśli ten pozwalał się eksploatować. Do cna. Chińczycy nie chcieli dzielić się technologiami, a infrastrukturę zamierzali budować w jak największym stopniu własnymi – tańszymi – pracownikami. Jednak to do czego nie mieli dostępu to surowce. Ściąganie maszyn, piasku, cementu i innych surowców z Chin nie wchodziło w grę. Byłoby to zbyt drogie i czasochłonne. I dzięki tej zależności polski rynek budowlany zdołał się obronić. O co niektórzy zdaje się mają pretensje.

 

Kolonizacja gospodarcza

Jeśli sprawa budowy CPK (lotniska i kolei w Polsce) miała w wizji chińskiej wyglądać podobnie jak budowa autostrady A2, to należy się cieszyć, że Chińczycy nie otrzymali tego kontraktu. A już kuriozalnym pomysłem byłby taki, w którym polskie przedsiębiorstwa budowlane zostałyby odsunięte od intratnego kontraktu na budowę lub choćby podwykonawstwo CPK, a w zamian za to otrzymałyby propozycję stania się chińskimi podwykonawcami w Afryce… Zastanówmy się chwilę nad bilansem zysków i strat takiego ewentualnego porozumienia, gdyby wyglądało w ten sposób, że:

  1. Chińczycy otrzymaliby udział własności w strategicznej inwestycji w Polsce, która mogłaby służyć np. do przyjmowania wojskowych samolotów transportowych NATO,
  2. Chińczycy otrzymaliby dobre, niezwykle intratne kontrakty w Polsce, które wykonaliby niemal całkowicie swoimi firmami i pracownikami z Chin,
  3. W zamian Polska otrzymałaby średnio-opłacalne kredyty na inwestycję (bo chyba nie łudzimy się, że ktoś by nam coś wybudował za darmo), które po wybudowaniu CPK należałoby spłacić,
  4. Polskie firmy zostałyby z niczym na własnym rynku, ich pozycja by mocno spadła a przyszłość byłaby zagrożona, ale za to w ramach rekompensaty mogłyby przejść na znacznie gorzej płatny i opłacalny afrykański rynek i to tylko jako podwykonawcy chińskich firm.

Jeśli tak wyglądałby deal, to trudno nie oprzeć się wrażeniu że zgodzilibyśmy się dobrowolnie na chińską kolonizację polskiego sektora budowlanego. Przy okazji dając Chińczykom w praktyce dożywotnie prawo własności do części newralgicznej infrastruktury krajowej (no chyba, że postanowiliby to prawo sprzedać). Jeśli to miałoby zmienić łańcuchy dostaw w Polsce, to zmiana taka byłaby katastrofalna dla naszego rynku.

Warto w tym miejscu przypomnieć o książce Johna Perkinsa pt.: „Hitman. Wyznania ekonomisty od brudnej roboty”, gdzie autor wskazał, jak Amerykanie kolonizowali Amerykę Południową. Co zresztą było modelem dla późniejszej ekspansji Niemiec w Europie Środkowej oraz Chin na wszelkich interesujących je kierunkach (w tym w Afryce). Mechanizm uzależniania państw polega m.in. na tym, że państwo kolonizujące udziela „pomocy” w formie kredytu lub pożyczki. Przy czym warunkiem tego jest wydanie pieniędzy z niej pochodzących na budowę infrastruktury. Oczywiście kontrakty na przedmiotowe inwestycje muszą zostać wykonane przez firmy z państwa udzielającego kredytu lub pożyczki. W ten sposób pieniądze z pożyczki wracają na powrót do kraju skąd zostały wytransferowane. Powstaje oczywiście infrastruktura, ale ta w całości lub częściowo należy do firm z kraju pożyczkodawcy. Natomiast ofiara tego rodzaju pomocy musi jeszcze spłacić odsetki. Tego rodzaju metody były narzucane siłą i w sposób polityczny przez USA krajom Ameryki Środkowej i Południowej. Ten mechanizm zastosowano np. w Iraku po jego zajęciu. To dlatego polskie firmy niewiele tam zarobiły – bo polski rząd nie wyłożył kasy na odbudowę Iraku, a amerykanie nie chcieli się dzielić z Polakami własnymi dolarami.

Mając na uwadze powyższe doświadczenia innych, powinniśmy wystrzegać się dobrowolnej zgody na kolonizację – choćby początkowo miała dotyczyć tylko jednego sektora gospodarczego. I to w momencie gdy polski sektor budowlany – wraz np. z transportowym i rolniczym – stał się główną siłą napędową naszej gospodarki. Nasze firmy przez ostatnie dwie dekady rozrosły się na tyle, by walczyć na własnym polskim rynku z tymi z zachodu. Oferowanie im podwykonawstwa i to jeszcze na egzotycznym, dalekim i nisko dochodowym rynku to oczywista degradacja. Można napisać mocniej. Wykluczanie polskich firm z budowy CPK w zamian uzyskanie dla nich podwykonawstwa w Afryce to tak jakby powiedzieć: „tutaj już się dorobiliście, teraz spieprzajcie do Afryki pracować na Chińczyków”. Oczywistym jest, że nikt dobrowolnie na taki interes życia by się nie zgodził.

Rynek potrafi o siebie zadbać – bez pomocy polityków ale byleby nie przeszkadzali

Biznes sam potrafi o siebie zadbać. Przedsiębiorcy wykorzystują szanse, okazje i atuty jakimi dysponujemy lepiej niż ktokolwiek inny. Lepiej niż politycy, geopolitycy czy różnej maści naukowcy – choćby z tytułami profesora. Rolą rządów jest oczywiście otwieranie drzwi, poprzez podpisywanie umów międzynarodowych. Jednak gdy już takie istnieją (a polsko-chińskie istnieją), to biznes samodzielnie powinien decydować o tym, czy ze stworzonych warunków skorzysta czy nie. To przedstawiciele firm wiedzą lepiej jak dysponować swoimi zasobami by te przynosiły największe stopy zwrotu. A największe stopy zwrotu dla polskich firm budowlanych i eksporterów są te w Unii Europejskiej. Po pierwsze dlatego, że Polska sąsiaduje z gospodarczym sercem Europy w postaci Niemiec. To tam są największe pieniądze do wyciągnięcia. Po drugie Polska znajduje się w unii handlowej w ramach UE. Ta zniosła wszelkie cła i taryfy co pozwoliło łatwo podbić polski rynek zagranicznym koncernom, ale i ułatwia to polski eksport. Z czego skorzystał sektor transportu drogowego, który podbił unijny rynek oferując niższe ceny (co notabene spotkało się z reakcją Francji i Niemiec oraz wprowadzeniem tzw. pakietu mobilności). Po trzecie rynek Unii Europejskiej to jeden najbardziej chłonnych rynków konsumenckich na świecie. I Chiny marzyłyby o tym, by zamienić się z Polską miejscami w celu zwiększenia handlu z Europą Zachodnią. Cały chiński wysiłek infrastrukturalny nastawiony jest na to, by zbudować trwałe i bezpieczne szlaki handlowe z Chin do Europy. Hasło Nowego Jedwabnego Szlaku nie schodzi z ust polskich geopolityków. Chińczycy chcą być dokładnie tu gdzie my. Chcą mieć dostęp do bogatego rynku zbytu. Tymczasem w Polsce pojawiają się głosy, że Polskie firmy powinny zarabiać w biednej Afryce jako chińscy podwykonawcy. Zamiast budować w Polsce: mosty, wiadukty czy lotniska, mieliby zarabiać na usypywaniu dróg szutrowych pośrodku dżungli (to skrót myślowy, ale obrazuje rzeczywistość). Gdzie tu jest rozwój?

Daliśmy sobie wmówić, że trzeba podbijać, daleki ale za to ogromny chiński rynek, który dysponuje miliardową populacją. Problem w tym, że chińskie władze nie dopuszczają zagranicznych firm na swój rynek. Chińczycy nie jeżdżą BMW czy Mercedesami tylko chińskimi podróbkami, które przypominają polskie marki z lat 90-tych typu: „Adonis” czy „Adidos”. Różnica polega na tym, że u nas noszenie butów z czterema paskami było obciachem, a władze ChRL robią wszystko by to chińskie marki dominowały w Chinach. Bo to Pekin ma kolonizować, a nie być kolonizowanym.

Nowy Jedwabny Szlak nie jest budowany przez Europejczyków w celu dotarcia do rynku chińskiego tylko przez Chiny by dotrzeć do europejskiego konsumenta. Bo tutaj można zarobić najwięcej (obok USA). Skoro tak, to nie powinno dziwić, że Polska gospodarka żyje z handlu z Unią Europejską. Polskie firmy nie muszą wysyłać pracowników i towarów tysiące kilometrów dalej do Azji i Afryki, ponieważ lepszą cenę uzyskają w pobliskich Niemczech. Gdzie transport jest szybki i tani – bo jest blisko. Mało tego, nawet gdy polskie firmy budowlane nie mogły konkurować z niemieckimi na ich własnym rynku w zakresie przetargów publicznych to wymyśliły jak to ograniczenie obejść. Powstały setki polskich firm, które wysyłały polskich a następnie ukraińskich budowlańców do Niemiec w ramach delegacji. Polacy budują i remontują niemiecką infrastrukturę nie uczestnicząc formalnie w strukturze wykonawców i podwykonawców. Zwyczajnie wynajmują pracowników. A euro z niemieckich kontraktów płynie do Polski. Dla polskiej gospodarki najbardziej korzystnym scenariuszem jest taki, w którym polskie firmy dorobią się jak najwięcej w możliwie najkrótszym czasie. I takie warunki gwarantuje region, a nie dalekie: Azja czy Afryka. Stoczyliśmy na ten temat arcyciekawą całodniową dyskusję na TT, którą podsumował i w zasadzie zakończył były prezes Polskiej Agencji Informacji i Inwestycji Zagranicznych z lat 2009-2016:

Biznes zawsze wybiera najmniej ryzykowny i najbardziej dochodowy model rozwoju. Sięga po łatwy kapitał, chyba że jego zasoby pozwalają poszerzyć działalność i podjąć większe ryzyko. Tymczasem sektor budowlany przed pandemią był kompletnie przeciążony. Na rynku brakowało pracowników i fachowców (bo większość wyjechała na zachód), a zleceń było na rok, dwa do przodu. Efekt był taki, ze skoczyły ceny, a mimo to firmy budowlane musiały wybierać zlecenia odrzucając te mniej atrakcyjne. Popyt znacznie przewyższał podaż. Sama Polska dawała bardzo dobrze zarobić z uwagi na rozwijaną infrastrukturę. Polski sektor budowlany od lat zbiera tłuste euro i złotówki z regionalnego rynku, problem jest tylko taki, że brakuje rąk by robić to szybciej i wykorzystać wszystkie nadarzające się okazje. Polskie firmy weszły na poziom, na którym mogą konkurować z zachodnimi na rodzimym rynku. Próbują też prowadzić ekspansję w bliskiej zagranicy. Problemem polskich firm budowlanych nie był brak zleceń, a brak potencjału by je wszystkie obsłużyć. W takich warunkach tej branży załatwienie kilku polskim firmom chińskich kontraktów w Afryce nie należy odczytywać jako szansę czy potencjał do zmiany łańcucha dostaw na lepsze. Te firmy pojechałyby, zarobiłyby (albo i nie) po czym przerzuciłyby wszystkie zasoby z powrotem na unijny rynek. W debacie pojawił się argument, że w przypadku rozmowy z Chińczykami o CPK polskie firmy zostały niejako zastraszone przez co straciły zainteresowanie chińską ofertą. Nie jest to wcale dowód na to, że została zaprzepaszczona jakaś ogromna szansa. Świadczy to jedynie o tym, że chińska oferta była za mało atrakcyjna  by ryzykować dla niej utratę intratnych zamówień publicznych w kraju. Z jakiegoś przecież powodu polskie firmy budowlane wybierają zlecenia krajowe lub regionalne i nie pchają się daleko do Azji czy Afryki. Tym powodem są interesy. Powtórzmy. Największe stopy zwrotu dla polskich przedsiębiorców są w Unii Europejskiej.

 

Pieniądze to nie wszystko

Praca i handel w UE jest ponadto bezpieczny. Funkcjonuje Europejski Trybunał Sprawiedliwości. Sądownictwa krajowe można oceniać różnie, ale nie jest tak, że polski przedsiębiorca nie może wygrać w sprawie przed francuskim czy niemieckim sądem. Tymczasem wyobraźmy sobie sytuację, w której polski podwykonawca budowlany podejmując zlecenie w Afryce nie otrzymałby wynagrodzenia od chińskiego wykonawcy. Sądownictwo w państwach afrykańskich nie może budzić większego zaufania zwłaszcza w sytuacji, gdy Chińczycy słyną z korumpowania władz, sądów i administracji poszczególnych kolonizowanych krajów. Tak więc ryzyko biznesowe jest pod tym względem znacznie większe. Trudno jest też oczekiwać, by polskie firmy wolały wysyłać i kwaterować pracowników tysiące kilometrów od domu, skoro mogą delegować ich znacznie bliżej i często bez potrzeby kwaterowania. Koszty wykonywania zleceń np. w Niemczech są w tym względzie znacznie niższe niż w Afryce czy Azji.

I tu dochodzimy do sedna sprawy. Polskie firmy zapewne chętniej wybrałyby się na egzotyczne rynki gdyby to one miały być wykonawcami i zatrudniać tańsze lokalne firmy podwykonawcze. Transfer pracowników jest bowiem opłacalny tylko w jedną stronę. Gdy słabiej opłacani pracownicy są delegowani na rynek lepiej płatny. To dlatego Polacy delegują pracowników do Niemiec, a Niemcy nie przyjeżdżają do Polski ze swoimi ludźmi tylko zatrudniają lokalnych – tańszych – podwykonawców. Z perspektywy polskiego sektora budowlanego jadąc na wschód lub do Afryki należy robić dokładnie to co robią Niemcy u nas. Wygrywać przetargi przy pomocy kompetencji i szukać zysku na zatrudnianiu lokalnych firm i taniej siły roboczej. Rozumiejąc to, chińska propozycja podwykonawstwa dla polskich firm (o ile to była ich propozycja, a nie – o zgrozo – nasz pomysł) musi budzić podejrzenia. Chińczycy na rynku budowlanym słyną z niskich i dumpingowych cen, które mogą dawać z uwagi na tanich pracowników, którzy nie pracują według norm BHP i w ośmiogodzinnym czasie pracy. Afryka nie słynie ponadto z wysokich cen w przetargach. Tymczasem chiński wykonawca musiałby podnająć polską firmę, która płaci swoim pracownikom znacznie więcej. I nie pracują oni 16 godzin dziennie tylko 8 z przerwami.  Trudno nie oprzeć się wrażeniu, że ta kuriozalna konstrukcja mogła opierać się o założenie: „teraz się na to zgodzimy bo chcemy budować CPK, a później jakoś się tych polskich podwykonawców z budowy wywali”. Co byłoby całkiem proste. Każdy, kto miał do czynienia z omawianą branżą wie, że nie ma budowy, na której nie pojawiłyby się jakieś spory w zakresie jakości lub czasu wykonania. Sektor budowlany jest jednym z tych, w których zaufanie między firmami jest niezwykle ważne. I nie chodzi tu tylko o zaufanie wykonawcy do podwykonawcy (że ten dobrze wykona zlecenie) ale również podwykonawcy do wykonawcy (że ten drugi będzie potrafił polubownie załatwić sprawę ewentualnych mało istotnych nieprawidłowości).  Innymi słowy. Wykonawca na budowie ma znacznie silniejszą pozycję i łatwo może ją wykorzystać doszukując się wad prawdziwych lub nawet rzekomych. Kończąc na tej podstawie współpracę i nie wypłacając wynagrodzenia. Dlatego podwykonawcy w polskiej i europejskiej legislacji podlegają pewnego rodzaju ochronie prawnej. Jak by to wyglądało w warunkach afrykańskich, gdzie Chińczycy mają silne wpływy?

Warto również poruszyć kwestię bezpieczeństwa samego portu lotniczego CPK, który miałby zostać zbudowany przez Chińczyków. Bowiem Ci zdając sobie sprawę z tego, że to inwestycja strategiczna mogąca posłużyć również w celach militarnych, mogliby się nie powstrzymać przed zainstalowaniem w budynku polskiego hubu lotniczego odpowiedniej elektroniki. Tak jak to zrobili przy okazji budowania siedziby dla Unii Afrykańskiej…

Co Chińczycy mogą zaoferować Polsce?

Nie wchodząc zbytnio w szczegóły odpowiedzią na powyższe pytanie nie są:

  1. Bezpieczeństwo – co pokazał przykład Białorusi, a co jest logiczne ponieważ Chińczycy nie mają nawet jak wysłać do Polski swojej pomocy wojskowej bez zgody US Navy, nawet gdyby chcieli pomóc (a pamiętajmy, że Chiny z Rosją robią interesy większe niż z Polską).
  2. Handel – ponieważ Polski rynek nie ma nawet czym podbić chińskiego i nawet przy pełnym otwarciu tego drugiego, Polacy wybieraliby bliższy rynek unijny, bo nie byliby w stanie konkurować ceną i być może nawet technologią na rynku chińskim (a na europejskim możemy konkurować cenowo), natomiast temat negocjacji handlowych staje się nieaktualny w kontekście ramowej umowy UE – Chiny,
  3. Azjatyckie i Afrykańskie rynki – korzyść wątpliwa, gdyby się nam to opłacało, już byśmy na tych rynkach zarabiali. To Polska jest podłączona do najlepszego rynku na świecie i to Polska może go udostępniać Chińczykom poprzez swoje terytorium.
  4. Inwestycje – bowiem nie potrzebujemy wcale chińskich pożyczek, możemy otrzymać na tych samych albo lepszych warunkach pieniądze z zachodnich instytucji, a nawet dofinansowanie z UE,
  5. Technologie – Chińczycy nie są skłonni dzielić się własnymi technologiami, chcą natomiast sprzedawać towary na niej oparte, Warszawa nie ma szans ugrać z Pekinem umów na dostęp do know-how bowiem dla Chin to są zasoby strategiczne, a my jesteśmy postrzegani jako sojusznik przeciwnika, a więc przekazana wiedza mogłaby trafić do Waszyngtonu,
  6. Sprzęt militarny – Chińczycy nie chcą też sprzedawać swoich najnowszych i najlepszych systemów uzbrojenia z ww. powodu (tajemnica i bezpieczeństwo kraju), a i tak jest wysoce wątpliwe by te systemy były podobnej jakości jak zachodnie,
  7. Wsparcie polityczne – tak w UE jak i w rywalizacji z Rosją, wręcz przeciwnie, partnerstwo z Chinami postrzegane byłoby w UE jako wroga, rozbijająca jedność Unii inicjatywa, natomiast Chińczycy mają większe interesy z Rosją niż z Polską, a bez terytorium rosyjskiego nie mieliby nawet kontaktu lądowego z Warszawą – więc nie przedkładaliby interesów z małą Polską nad interesy z sąsiednim atomowym mocarstwem. Chińczycy nie pomogliby też w uzyskiwaniu asertywnej postawy wobec Niemiec, bowiem z Niemcami Chiny mają ogromną wymianę handlową i są zainteresowane współpracą zwłaszcza na gruncie technologicznym.

Tak oto drogą eliminacji wykluczyliśmy wszystkie istotne dla nas płaszczyzny, w których chcielibyśmy uzyskać wsparcie. Czy naprawdę nie ma takiej rzeczy, jaką Chińczycy mogliby zaoferować w zamian za swoje wpływy w Polsce? (Zakładając, że chcemy dać wpływy w naszym kraju kolejnemu graczowi, który będzie je rozgrywał niekoniecznie zgodnie z naszym interesem). Ja dostrzegam pewne potencjalne korzyści. Jednak nie chodzi o pomaganie polskiemu rynkowi na siłę, tylko o realne – gwarantowane przez chińskie państwo – zamówienia. Pytanie jest tylko na co? Dobrym pomysłem byłoby chińskie rządowe zamówienie na polskie elektryczne autobusy marki Solaris. Chińczycy przechodzą na zieloną energię w komunikacji, a chińskie wielomilionowe metropolie z pewnością byłyby świetnym klientem dla producenta elektrycznych autobusów. Problemem jest to, że Solaris został  w 2018 roku sprzedany Hiszpanom… Trudno jest znaleźć inny polski produkt, który mógłby samodzielnie zarobić na dużym, rządowym kontrakcie. Niemniej jeszcze w 2017 roku Solaris należał do Polaków. W zamian za udział Skarbu Państwa w firmie, rząd mógłby zagwarantować olbrzymi kontrakt z Chińczykami na dostawę Solarisów. To rzeczywiście mogłoby podnieść polską motoryzację na wyższy poziom (duży kontrakt = duże zyski = inwestycja w linię produkcyjną, nowe technologie i poszerzenie oferty). Być może to Solaris budowałby teraz polskie auta elektryczne w ramach zapowiedzi premiera Morawieckiego? Do czego warto nawiązać. Bo o ile temat Solarisów przepadł, o tyle mamy jeszcze w zanadrzu polskie auto elektryczne, które niewątpliwie okaże się technologicznym sukcesem 😉 Tylko czy przedstawiciele chińskiej administracji chcieliby jeździć w polskich elektrykach? Bo musimy myśleć tylko i wyłącznie o konkretnych zamówieniach – najlepiej publicznych – a nie o tym, czy Chińczycy dopuszczą nasze auta do konkurencji z własnymi producentami. Bo choć życzę polskim elektrykom samych sukcesów to myślę, że mogłyby mieć problem z ekspansją na chińskim rynku w ramach wolnej konkurencji.

Innymi słowy. Jeśli chcielibyśmy robić z Pekinem interesy, to tylko za realną gotówkę a nie w zamian za barter w postaci jakiś „możliwości”. Bo możliwości to my mamy na własnym i europejskim rynku i to takie, o które Chińczycy zabiegają. Więc cytując polskiego trenera reprezentacyjnego: „Kasa misiu, kasa.”. I na sam koniec stawiam otwarte pytanie. Czy za czysty zysk warto jest wpuszczać cudze wpływy na własne podwórko czy też lepiej odpuścić parę groszy i skupić się na wartościach strategicznych?

Być może w przyszłości Chiny zyskają potencjał do stania się strategicznym partnerem Polski, jednak na tą chwilę tego potencjału nie ma. Mało tego, by zawrzeć dobrze umowy z Pekinem, również Warszawa musiałaby być dla Chin strategicznie ważną stolicą. Tymczasem – o czym pisałem wielokrotnie – dla Chin jest ważne polskie terytorium a nie Polska i jej interesy. Bo interesy Pekin robi z Berlinem, Paryżem a nawet z Moskwą. I w najbliższej przyszłości nie widać szansy, byśmy stali się ważniejszym partnerem niż te stolice. Co za tym idzie, Chińczycy będą przedkładać interesy niemieckie i rosyjskie nad te z Polakami. Niestety.

Krzysztof Wojczal

geopolityka, polityka, gospodarka, prawo , podatki – blog

85 komentarzy

  1. @PawełW – ja też jestem przekonany, że trzeba działać jak najszybciej. Dlatego ZAWCZASU „wystawiłem” konstruktywną ścieżkę skontrowania zwodniczej „oferty” AKK – przez ominięcie omotanego „ideami” Białego Domu – pod stołem via resorty siłowe i via Pentagon. To w tej chwili jedyna SKUTECZNA ścieżka – możliwa do realizacji przez mocodawców mających w ręku konkretne zasoby geopolityczne – zasoby siłowe. Natomiast to nie zwalnia nas od planu długofalowego – w tym także na wypadek niepowodzenia „szybkiej ścieżki” lub zwyczajnej nadmiernej bierności specsłużb i resortów siłowych Polski i USA [i Chin]. A ta bierność może nastąpić np. z tytułu wyczekiwania specsłużb i resortów na wyklarowanie się sytuacji. No i jest kwestia zasadnicza – tu nie chodzi tylko o bieżące [TYMCZASOWE] działania ratunkowo-kontrujące w ramach starego modelu ekonomiczno-społeczno-finansowo-politycznego – tylko o wypracowanie i wdrożenie nowego modelu – skutecznego w nowych czasach. W tym sensie ludzie rozumiejący Bartosiaka, S&F itd – mogą tylko obecnie zadziałać w bieżącym modelu akcyjnie – czyli „ratunkowo-kontrująco” [kontrując przewidywaną głupotę Białego Domu na zwodniczą „ofertę” AKK]. Natomiast wdrożenie nowego długofalowego skutecznego modelu na nowe ciężkie czasy – o! – to zupełnie inna historia – tu dopiero jesteśmy na etapie podrapania się po głowie i diagnozy: „jest źle – i będzie gorzej – obecny model się wyczerpał, jest coraz mniej skuteczny i idzie do rozpadu – trzeba opracować nowy model”. Czyli – ten nowy model trzeba dopiero opracować – a dopiero w kolejnym etapie wdrożyć – i to w odpowiednim „okienku czasowym”, które poprzednio opisałem. To jest „meta-projekt” nr 1 – dopiero do opracowania – pewnie przez parę lat. Dlatego już opisywałem i „oswajałem” na łamach tego bloga – jako „ucieczkę do przodu” – różne proponowane systemy ekonomiczne/technologiczne/zastępujące obecny system finansowy – czy opisujące sieciocentryczną rozproszoną infrastrukturę [i edukację] – epoki post-Covid. Rok temu nikt by nie przypuszczał – jak bardzo lockdown zmieni gospodarkę czy edukację. A jeżeli my sami nie zbudujemy nowego modelu – to inni [Wielcy Bracia] nam go przymusowo „zafundują” i wdrożą odgórnie w perspektywie do 2030. Oczywiście przy narzuconym obcym modelu, zamiast sporo zyskać – tylko stracimy na rzecz innych.

    1. Aż mi się łezka w oku kręci jak spoglądam na Węgry…

      https://kresy.pl/wydarzenia/gospodarka/wegry-wpisuja-sie-w-nowy-jedwabny-szlak-zbuduja-najwiekszy-terminal-intermodalny/

      Polska nie jest bramą do Europy zachodniej- Ukraina jest. Polska musiałaby przejąć od Ukrainy obwody Lwowskie i Zakarpacie, żeby razem z Rumunią kontrolować przepływ towarów na przesmyku bałtycko-czarnomorskim.

      https://pl.wikipedia.org/wiki/Podzia%C5%82_administracyjny_Ukrainy#/media/Plik:Ukraina_map_polish.png

      Dlatego Chiny skupią się na Ukrainie, a Polska… z ręką w nocniku

      1. Hmm – tylko Polska oferuje interiorem lądowym [bez wąskich gardeł: czyli przechodzenia tunelami – jak Bosfor – czy górami – Karpatami] nieograniczoną liczbę linii szybkiej kolei czy hyperloop z Chin do Europy Zachodniej. Tu Ukraina nie jest potrzebna – linie mogą iść np. przez Białoruś. Ale to sprawa, która wyjdzie dopiero po zwycięstwie Chin – gdy będą miały ustabilizowana sytuację – i zaczną budować naraz dziesiątki, może setki nitek szybkiej kolei i hyperloop. A i Węgry na teraz mają jedynie ograniczone możliwości skomunikowania ze Wschodem. Ujście Dunaju kontroluje Rumunia, a trasy z Turcji – ograniczone i kosztowne – bo przez góry. Ale – powtarzam – Jedwabny Szlak to w obecnym etapie [przed zwycięstwem Chin] jedynie narzędzie mamienia marchewką inwestycji na 1,5 biliona dolarów – dla obracania krajów Eurazji na Chiny. W rzeczywistości beneficjentem są Chiny – chińskie firmy. A dane kraje „dostają” owszem – ale tylko kredyty – na wyższym oprocentowaniu, niż na rynkach finansowych Zachodu. Dlatego ta „marchewka” to w istocie pułapka „debt diplomacy”. Chiny chcą wydrenować Ukrainę – wykupić Motor Sicz do Chin [i Antonowa] – i wykupić maksymalną ilość gruntów rolnych czarnoziemu za grosze. Z Ukraińcami co najwyżej w roli parobków. Dziękuję za takie „zainteresowanie”. Generalnie – podkreślam jeszcze raz – ekonomicznie dla Polski [i regionu] Jedwabny Szlak i Chiny to żadna oferta ekonomiczna. To tylko maskirowka rzeczywistego zaangażowania Chin – ale zaangażowania GEOSTRATEGICZNEGO. Które jest w zasadniczo skupione na Polsce – jako „okupującej” kluczowy pomost bałtycko-karpacki, czyli bufor uniemożliwiający powstanie supermocarstwa Lizbona-Władywostok. I to jest jedyny realny lewar na Chiny – w ręku Polski – JEŻELI udowodni Pekinowi, że jest jedynym dysponentem pomostu bałtycko-karpackiego. To bardzo silny lewar – dzięki któremu możemy np. pozyskać głowice asymetrycznego odstraszania jądrowego dla zapewnienia zbrojnej suwerenności Polski względem Kremla czy Berlina. A także inne bonusy [także technologiczne czy finansowe – BEZZWROTNE] , stosownie do potrzeb – by Polska jako silny gracz oparła się naporowi Kremla i Berlina. No, ale nasi sternicy, by zasiąść do stołu z Pekinem [i osobno z USA], muszą najpierw zrozumieć wreszcie geopolitykę i wykonywać geostrategiczne ruchy z Pekinem [pod stołem]. Rozmawiając o interesach i zasobach – czyli wg real-politik…. a nie symulując politykę zastępczą fasadą naszpikowaną „wartościami”, „ideami” i mówieniem o „przyjaźni”. Niestety – obecna ekipa jest do geostrategii i real-politik całkowicie niezdolna.

      2. Ukraina nie jest w UE, a Polska, Rumunia, czy Węgry owszem są. I to one, a nie Ukraina pobierają opłaty i cła za wwóz towarów na teren UE ( z których 1/4 zostaje w tych krajach ). Dlatego np. Niemcy testowały załadunek pociągów na statki w Rosji i transport tych pociągów statkami do Niemiec.
        To są te pieniądze pozwalające opłacić wysokie wydatki z budżetów zachodnich państw.
        Przez Dunaj prowadzi taki wodny szlak aż do Niemiec. Ale towar wpływa najpierw do Rumunii i to tam powinien zostać oclony.
        Natomiast ciekaw jestem zdania Georealisty, na ile według niego rządy krajów grupy V4 zdawały sobie sprawę z geopolitycznej gry Niemiec i Francji, a na ile był to przypadek spowodowany napływem nielegalnych imigrantów do Europy.
        Orban widać, że balansuje i to z dobrym na razie skutkiem.
        Slowacja nawet przyjęła Euro, czego pewnie obecnie żałuje, a w kazdym razie ich rząd musiał tłumaczyć ( podobnie jak w rządy karjów bałtyckich ) dlaczego muszą pomóc bogatszej od nich Grecji ( przynajmniej jeśli chodzi o poziom płac ).
        Z kolei Czechy są już chyba „przyspawane” do Niemiec, chociaż mają również jakiś wpływ na stanowisko Austrii w róznych sprawach na forum unijnym.
        Litwa widać, że rozumie o co chodzi, ale również póki co bardziej polega na Niemcach.

        1. V4 używa Polski jako lewara na Berlin. Wystawiają nas jako chłopca do bicia – a my skwapliwie wychodzimy przed szereg i obrywamy za cudze interesy. Po czym narracja rządowych mediów opiewa „przywódczą rolę” Polski w V4. Litwa balansuje Berlinem Polskę. A Polaków na Litwie traktuje jako zakładników wobec Warszawy. To wynika z zupełnego oddania od 30 lat polityki wschodniej w ręce Zachodu. A piłka winna być prosta: komunikat do Bałtów „bez nas nie istniejecie, a Berlin nie będzie za was umierał [a właściwie dogada się waszym kosztem z Kremlem] – my geostrategicznie i militarnie decydujemy o waszym bycie – dlatego w każdej sprawie unijnej i generalnie międzynarodowej popieracie Polskę – ZWŁASZCZA względem Berlina – ale i Waszyngtonu itd”. Co dałoby taki efekt, że mówienie o izolacji Polski w UE na dzień dobry by traciło sens. I pozycja Węgier jako „sojusznika” przeciw Berlinowi – już by nie była „bezalternatywna”. Tak samo obrócenie Bałtów na Polskę by zaskutkowało zupełnie innymi relacjami Warszawa-Kijów. A militarnie – po dogadaniu Polski z Bałtami – powstała by baza do sojuszu z NORDEFCO – z podziałem zadań [Bałtyk i zwłaszcza Zatoka Fińska – to zadanie NORDEFCO, zaś na „kontynencie” – siły lądowe to Polska] i z interoperacyjnością [zwłaszcza lotnictwa i parasoli antyrakietowych – ale i baz morskich].

        2. (…)Orban widać, że balansuje i to z dobrym na razie skutkiem.(…)
          Ostatnio oślizgnęła się mu noga… wyleciał z EPL, a przyjęte regulacje dotyczące ochrony interesów ekonomicznych UE uderzają w niego nawet, gdy będą stosowane tylko zgodnie z literą przyjętego traktatu, bo na Węgrzech jest ponadprzeciętny poziom przekrętów na dotacjach.

  2. Panie Krzysztofie, widzę coraz większy rozjazd pomiędzy jakością Pana artykułów o komentarzami pod nimi. Nawet Pan ***Georealista odleciał (którego cenię za bardzo przemyślane i trafne komentarze), nie wspominając już o propozycji prowadzenia „mądrych pogadanek geostrategicznych” przez niemiecką agenturę:) Zastanawiam się, czy w tym drugim przypadku, wynika to z niewiedzy, czy też Pana blog stał się na tyle warty uwagi, że należałoby już prowadzić na nim działania dezinformacyjne.
    Mam dwie uwagi. Panie ***Georealista, w pierwszej kolejności potrzebni są wytrawni politycy. Bez nich managerowie z harmonogramem w ręku pójdą do piachu. Piłsudski był politykiem i wytrawnym strategiem, jego oponenci, Ci działający w dobrej wierze dla Polski, pogrzebali by ją razem z armią wykształconych i pracowitych ludzi. Ci z kolei są bardzo potrzebni, ale ktoś musi im powiedzieć, co i kiedy mają robić. Taka jest kolejność skutecznie prowadzonych działań. I druga rzecz, wyborcy Konfederacji rozpychają się mocno i głośno krzyczą, jak to wszyscy dookoła są głupi, nie znają się na polityce i należy uruchomić opcję „zerową”. Ich poczynania i liderów Konfederacji widziałem w czerwcu ubiegłego roku podczas wyborów prezydenckich. Mistrzowie strategii zostali rozegrani jak dzieci. I tacy chcą uczyć innych polityki.

    1. Podzielam w pewnym stopniu opinię @Largo. Bez mądrego przywództwa i konsolidacji społeczeństwa wokół uznania własnego języka, kultury, historii, tradycji za warte zachowania i obrony, każde działanie może być skazane na niepowodzenie.
      Załóżmy, że wojskowi się dogadają, że jakimś cudem, kosztem wyrzeczeń i wielkiego wysiłku zbudujemy sprawną armię i szczelny system A2/AD. A nawet, że pozyskamy pod stołem broń A ze środkami przenoszenia. To samo z siebie nie gwarantuje, że wskutek porozumienia zewnętrznych mocarstw nie zostaniemy przehandlowani albo, że nasze terytorium nie zostanie przeznaczone do rozegrania wojny zastępczej. Przypomnijmy sobie co zrobiono z Czechami w układzie Monachijskim. Czechy dysponowały przecież sprawną, dobrze uzbrojoną armią i własnym, nowoczesnym przemysłem zbrojeniowym oraz umocnioną linią obrony wykorzystująca trudny, górzysty teren. Te atuty okazały się bezwartościowe.
      Musimy budować narzędzia pozwalające zachować suwerenność. Preferować swoich przedsiębiorców, stworzyć swój internet. Tak żeby nie padła gospodarka, gdy z uwagi na próbę realizacji cudzych interesów, zostaniemy odcięci od usług internetowych, bankowych czy krytycznych dostaw. Musimy mieć swoją „narodową” chmurę niezależną od obcych korporacji, aktywnie budować łańcuchy dostaw i partnerskie porozumienia regionalne. Musimy być aktywni w każdym miejscu, gdzie decydują się nasze losy. Warto kształtować modę na mądry patriotyzm i przebudować system edukacji. Dopiero wtedy będziemy traktowani podmiotowo. Również przez Chiny.
      Państwa mające rządy zinfiltrowane przez agenturę, skorumpowane, wewnętrznie skonfliktowane lub głupie, zawsze będą narażone na próby bezwzględnego podporządkowania interesom głównych graczy. Bo to się im najbardziej opłaca. Wskaźnik koszt/efekt będzie optymalny oraz ryzyko nieprzewidywalnych zdarzeń najmniejsze. Pozwala wykorzystać lokalne zasoby dla budowania swojej potęgi bez liczenia się z tubylcami. Popatrzmy jak całkowicie wpisaliśmy się w politykę gospodarczą Niemiec. Jak wiernopoddańczo realizujemy zakupy uzbrojenia w USA, które nie dają nam żadnej niezależności ich użycia (w zasadzie wspomogliśmy gospodarczo USA i kupiliśmy im lewar na Polskę licząc na wdzięczność).
      Świat przyspiesza i może nasi decydenci w końcu, choćby w trosce o osobisty los, nauczeni ostatnimi wydarzeniami, że każdego polityka można zbanować i strącić z piedestału z dowolnego powodu i w dowolnym momencie, zaczną odróżniać stan realny od życzeniowego. Można jeszcze liczyć, że splot wydarzeń będzie dla nas wyjątkowo łaskawy. W tym akurat ja pokładam nadzieję 🙂

      1. Niestety – prawdopodobieństwo łaskawego dla nas splotu wypadków jest niewielkie. A nasze sfery polityczne [unikam słowa „elity” – bo jest w tym przypadku skrajnie nietrafne] tkwią w pewnym układzie – który zamyka ich i niejako tresuje ich i wymusza ściśle określone ograniczone reakcje jak we flipperze. Od „czerwonego alarmu” w lutym 2014 [Krym] – powinna nastąpić nowa faza – uzdrawiania i sceny politycznej i sprawności funkcjonowania państwa. Tymczasem jest właściwie odwrotny trend – i zamiast mobilizacji wewnętrznej, zamiast zwarcia szeregów i polityki zagranicznej nastawionej na polską rację stanu – jest narastający teatr absurdu rozkładowego „postępu” importowanego przez opozycję – z jej podbijaniem bębna przez wdrażanie „ulica i zagranica”. A obecny obóz władzy działa jakby na przeczekanie wg wpojonej zasady „nasza chata skraja – jesteśmy mało ważni – nie mamy żadnych lewarów – może jak będziemy grzeczni i usłużni, to nas nie ruszą” – czyli w praktyce ulegając temu, kto aktualnie mocno naciśnie – a co do podniesienia sprawności funkcjonowania państwa – obóz władzy od 2015 zadowala się podejściem „wystarczy nie kraść”. Niestety – struktury obecnego obozu władzy skostniały i idą siłą wytworzonych interesów w błędnym kierunku – odpowiadającym ich „going concern” – trwale usadowionym i kontynuowanym zbiorowo w powstałych układach – z pozycji zajętych stołków. Oczywiście – może stać się cud – jakieś zbiorowe otrzeźwienie. Ale to bardzo mało prawdopodobne. Pozostają realistyczne scenariusze – w tym oknie czasowym, jakie jeszcze mamy. Fajnie by było mieć czas na wychowanie nowego pokolenia – ale już brak na to czasu. Dlatego raczej wyjdą nam [jeżeli już] – bardzo niewygodne warianty „ostrej kuracji” przez uruchomienie „bezpieczników” siłowych – z ewentualnym akcyjnym „pospolitym ruszeniem”. Oczywiście – JEZELI nasi sternicy wreszcie [i to już teraz – nie za lata] „załapią” geostrategię i zrozumieją wagę Polski na pomoście bałtycko-karpackim, zrozumieja do końca, że mamy potężny geostrategiczny lewar w garści względem OBU supermocarstw – i bardzo asertywne pole manewru – oraz JEŻELI będą mieli wolę i determinację do konsekwentnego długofalowego wykorzystania tego lewara – i JEŻELI będa to robili wg „nowych” [w Polsce] zasad real-politik – czyli „nietypowo” i „wbrew tradycji” patrząc tylko na interesy i siłę – wtedy owszem – wariant utrzymania relatywnie miękkiej władzy cywilnej zostanie zrealizowany. Nie stanie się tak – to pozostaje autorytaryzm – właściwie dyktatura. Której naprawdę nie jestem fanem. Niestety – gra idzie o PRZETRWANIE – co ludzie poczują i zaczną sobie uświadamiać – gdy ze wszystkich stron będzie zacznie dotykać nas nóż na gardle, gdy stoczymy się [wg obecnego kursu] na skraj rozpadu działania państwa i społeczeństwa. A to przy przedłużającej się nieudolności wewnętrznej i zewnętrznej naszych sterników, doprowadzi do takiego chaosu i zapaści w coraz bardziej niesprzyjającym nam otoczeniu – że niestety w krytycznym momencie większość przyjmie dyktaturę jak zbawienie – bez względu, czy nam się to podoba, czy nie. Cóż – „tonący brzytwy się chwyta”…a w chwilach zagrożenia panuje tzw. „logika tłumu”…. Naprawdę bardzo chciałbym się mylić – może ktoś ma jakiś pomysł innej lepszej i mniej „chropawej” drogi?. Realistyczny – nie życzeniowy… WIEM – to wszystko, co teraz piszę, wygląda [mówiąc młodzieżowo] na tzw. „ostre przegięcie” – a obronna reakcja wyparcia każe kwalifikować powyższy scenariusz jako „odlot” [jak to nader zwięźle ujął @Largo]. Ale za 5-6 lat – przy obecnym kursie rządów i biegu spraw w Polsce [i narastającym pogarszaniu sytuacji międzynarodowej i przy wzrastającej presji z zewnątrz] – to będzie przyjmowane już jako scenariusz „ostatecznie dopuszczalny” – a za ca 10-11 lat – jako „nieunikniona przykra konieczność”… Gdyby 10 lat temu pokazywać, co się wyprawiało w ramach „ruchu” BLM i potem na wyborach w USA i całą towarzyszącą im narrację – oraz finałowe dni prezydentury w styczniu AD2021 [nie mówiąc o gigantycznej zapaści PKB i zadłużeniu przekraczającym wyobraźnię [i rozsądek] „zwykłego człowieka” – nie mówiąc o ekonomistach] oraz o otoczce komentarzy międzynarodowych – właściwie każdy 10 lat temu uznałby to zapewne za „totalny odlot s-f do kwadratu” i „oczywistą niemożliwość”… Ameryka JUŻ „zaliczyła” w świadomości świata „Cuszimę” – a nasi sternicy dalej niezmiennie zapatrzeni z nabożnym podziwem w wyobrażony i utrwalony w czasach młodości OBRAZ wielkiej, silnej, niezwyciężonej, nowoczesnej i przodującej światu i tak bogatej Ameryki – niczym Kargul i Pawlak w latach 70-tych…

        1. Zresztą – biję się w piersi – bo obrażam Kargula i Pawlaka – oni w tej Ameryce zachowali zdrowy chłopski rozum i własne racjonalne myślenie, wartościowanie i dystans. A nasze „elity” polityczne….ze względów kulturalnych i przez chrześcijańskie miłosierdzie powstrzymam się od szczegółowego rozwinięcia oceny.

        2. @Georealista
          O i tu, po tych wypowiedziach (13 stycznia, 2021 o 10:24 pm / 14 stycznia, 2021 o 9:41 am / oraz 13 stycznia, 2021 o 9:53 am) mogę powiedzieć, że jesteśmy na tej samej stronie. Mam podobną ocenę sytuacji bieżącej i prawdopodobieństwa zajścia korzystnych scenariuszy.
          Ładne, piękne wizje przyjemnie się słucha… ale trzymając się rzeczywistości, trzeba wychodzić z założeń i scenariuszy WORST CASE i na ich podstawie dalej planować, działać i pracować.

          WORST CASE w moich oczach jest taki, że za parę lat możemy być polem małej proxy wojny, coś jak Donbas.

          MILD CASE w moich oczach jest taki, że że obecne kierownictwo nie zainicjuje ŻADNYCH działań naprawczych i wszystko w ciągu najbliższych 10-15 lat pójdzie w kierunku kolapsu. A potem najsilniejszy hegemon – ewentualnie do spółki z naszymi resortami siłowymi – narzuci coś co mu się przyda. Nie będzie żadnego rozwoju high-tech w oparciu o zasoby skarbca, co najwyżej jego drenowanie w celu obcych interesów. Będzie pokój, ale poziom życia spadnie. I sytuacja zakonserwuje się na jakieś kolejne 30-40 lat.

          I teraz brutalne pytanie. Jak nasze środowisko – nie mając w ręku narzędzi państwa, sprawnych koncernów, itp – może coś z tym zrobić?
          Jak uniknąć WORST CASE i co zrobić, żeby jednak było lepiej niż w MILD CASE?

          Bo na chwilę obecną w mojej percepcji sytuacja wygląda tak, nadchodzi tsunami. Na sąsiednich plażach to już wiedzą i ostro działają. A nasza plaża pełna ludzi, którzy się dobrze bawią i nie rozumieją znaków ostrzegawczych. A ratownik – zamiast krzyczeć na alarm – obłapia atrakcyjną blondynkę i zlewa zagrożenia.

        3. A może właśnie wygrana J. Bidena i kilka klapsów od demokratów dla obecnej władzy da im do myślenia i pojawia się próby samodzielnego działania myślenia nie nakierowanego na USA?

  3. @Largo – realnie biorąc – przy przejęciu władzy przez resorty siłowe – to one dadzą sprawną strukturę organizacyjno-wykonawczą. Natomiast do „managerów z harmonogrami” – a dokładniej – do praktyków z doświadczeniem w danej działce – należy analiza i przygotowanie działań z zasobami. Merytokracja przygotowuje CO ROBIĆ – natomiast struktury resortów siłowych – JAK TO SPRAWNIE WDROŻYĆ. Przejęcie władzy w tym scenariuszu nastąpi w fazie chaosu i zagrożenia istnienia państwa. Agentura niemiecka, rosyjska itp – będzie podsycała rozkład i chaos. W takim układzie lider resortów siłowych nie tylko obejmie władzę i przywróci stabilizację i funkcjonalność państwa – ale właśnie w momencie przygotowania do objęcia władzy – będzie musiał siłowo zdławić działalność wrogich antypolskich agentur. I oczyścić własne struktury z kretów itd. A jego działania będą musiały być z definicji nakierowane na polską rację stanu i polski interes narodowy [inaczej palcem by nie kiwnął – a raczej by dołączył do obcych specsłużb demontujących Polskę] – inaczej nie zyska „muru poparcia” jako swej większościowej bazy dla władzy. „Wytrawnych polityków” potrzeba na czas pokoju i ładu konstruktywistycznego. W okresie chaosu i konfrontacji – liczą się twarde zasoby i real-politik oparta o interesy i siłę. I geostrategiczne lewary. A wtedy – nie potrzeba wytrawności – bo wszystko się mówi [przeważnie pod stołem] twardo, asertywnie i bez owijania w bawełnę. Dla tradycyjnych cywilnych polityków WTEDY miejsca już nie ma. Stąd rozważania o „wytrawnych politykach” nie mają racji bytu. To stary model [w istocie konstruktywistyczny] – który jest już nieskuteczny. To realne zasoby w nowych czasach stanowią real-politik – w nowym modelu. A co do Konfederacji – do bólu już ich skrytykowałem za błędy strategiczne i taktyczne, więc wyważanie otwartych drzwi jest mało konstruktywne…. Notabene przykład Piłsudskiego najlepiej udowadnia mój model. I sądzę, że ewentualna dyktatura będzie się właśnie odwoływała do historycznych postaci dyktatorów [i do sytuacji „stanu wyższej konieczności” – tj. potrzeby ratowania państwa – w jakiej obejmowali władzę owi dyktatorzy] jako naczelników państwa: Kościuszki, Traugutta i Piłsudskiego. Być może [dla uzyskania poparcia dużej części „lewicowego” społeczeństwa] – będzie się odwoływała także do…Jaruzelskiego. WIEM – brzmi to TERAZ absurdalnie – ale proszę popatrzeć na to od strony przyszłej krytycznej sytuacji – i konkretnie od strony owego dyktatora, który będzie chciał [i musiał] zmontować wspólną powszechną i długofalową bazę poparcia dla jego nowej władzy. Do takiego modelu władzy – wobec nieskuteczności obecnego modelu i WSZYSTKICH cywilnych ugrupowań politycznych – niestety zmierzamy. To nie jest tak, że ja chcę dyktatury/rządów autorytarnych – ale patrząc i kalkulując chłodno – innej opcji dla PRZETRWANIA Polski i Polaków nie widzę – bo zmarnowano 5 lat na zasadniczą zmianę kursu i na przebudowę państwa – i obecne „going concern” strukturalnie i systemowo idzie w złym kierunku – i tego nie zmieni nawet nagłe obudzenie się teraz JK i jego ewentualne rozpaczliwe próby zmiany kursu. Władza i struktury okrzepły i jadą twardo w siodle swych interesów i powiązań – i w razie prób zmian/przebudowy całego układu przez JK – zwyczajnie odizolują i odstawią na boczny tor JK. Wygląda na to [wg stanu AD2021], że w strefie zgniotu w krytycznym okresie nie mamy już alternatywy dla twardej władzy autorytarnej – właściwie – nazywając rzecz po imieniu – dla dyktatury. Co rzecz jasna niesie ze sobą koszty, słabości i zagrożenia wynikające z tego typu władzy – które widać było w II Rzeczypospolitej. Z drugiej strony – przykłady Tajwanu czy Korei Południowej czy Singapuru – gdzie nastąpiło przejście od rządów wojskowych/autorytarnych do demokracji [ale jednak innej, niż na Zachodzie – nie tyle populistycznej jak na Zachodzie – ile bardziej republikańskiej – właśnie z większym udziałem owych „managerów z harmonogramami” – tj. merytokracji] – te przykłady dają nadzieję do powrotu do umownej republiki [właśnie jak w tych państwach Azji] – ale dopiero po okresie chaosu i konfrontacji. Powtarzam – w coraz cięższych czasach [i szczególnie w strefie zgniotu] albo władza twardnieje – albo państwo znika. Balansem dla odgórnej twardej władzy winien być [i to promowałem i promuję] silny powszechny uświadomiony ruch oddolny – zbudowany z pracy u podstaw – z internetem jako medium. Niestety – na to oddolne zbalansowanie realnie się nie zanosi [na chwilę obecną ludzi „ogarniętych”, rozumiejących geopolityke i real-politik opartą o siły i interesy – jest może ze 100 tys – a potrzeba „masy krytycznej” rzędu 10 mln] – a czasu już za mało na taki długofalowy projekt – więc pewnie będziemy mieli coś na kształt II Rzeczypospolitej po przewrocie majowym 1926 – oby nie twardszy model władzy. Bo środki cyber-kontroli mocno wykroczyły poza przewidywania Orwella z „1984”… Jeszcze uwaga – gdy ów przewidywany dyktator będzie przejmował władzę – będzie zupełnie inaczej, niż teraz. Czyli dużo gorzej – praktycznie pod każdym względem – a władze będą nieskuteczne i pozbawione poparcia [właśnie przez ich nieskuteczność]. Ludzie będą chcieli stabilizacji, bezpieczeństwa – i podstawy piramidy Maslowa. Obecny konsumpcyjny model zniknie jak rosa na słońcu. Zresztą – system finansowy upadnie – będą się liczyły tylko dobra realne. Stąd pisałem o sieciocentrycznym rozproszonym systemie rozliczeniowym- blockchainie barteru towarów i usług. A zamiast emerytury – własne dzieci jako polisa na starość. Dlatego proszę nie popełniać trywialnego błędu – i nie przykładać dzisiejszych „standardów” i „oczywistości” do stanu i dynamiki państwa i społeczeństwa w okresie przyszłego krytycznego przesilenia. To co dzisiaj „absolutnie niemożliwe” i „absurdalne” – za X lat będzie właśnie funkcjonującym realem… Jeszcze jedno – to adresuję do tych – co to „sprytnie” myślą sobie: „do licha z ta Polska, po co się szarpać, łożyć na armię i narażać, niech nas Niemcy zagarną i będziemy sobie dobrze żyli bez Polski” – NIC BARDZIEJ MYLNEGO. Jak nie łożysz na swoja armię – to łożysz 3 razy tyle na cudzą. A bez ochrony państwa polskiego – najbardziej prawdopodobny model „funkcjonowania” utylizowanych maksymalnie i „optymalnie” ex-Polaków w imperium Berlina czy w supermocarstwie Lizbona-Władywostok – to będzie wielki totalitarnie zarządzany cyber-obóz koncentracyjny [czy cyber-łagier – w zależności od przydziału owej darmowej siły roboczej]. Będziemy wtedy skrajnie napiętnowanymi „faszystami”, „ohydnymi nazistami” i „sprawcami II wojny światowej” itd – realnie podludźmi najniższej kategorii. To kieruję do tych, co to obecne cnotliwe frazesy Berlina w przybraniu Brukseli mają naiwnie za rzeczywiste cele imperium Berlina czy supermocarstwa Lizbona-Władywostok. I WTEDY żadnego ratunkowego Wuja Sama już nie będzie – ani nawet namiastek narracji o „prawach człowieka” itd… zresztą ów „człowiek” i tak z definicji nie będzie obejmował „polskich nazistów/faszystów”…

    1. (…)I sądzę, że ewentualna dyktatura będzie się właśnie odwoływała do historycznych postaci dyktatorów [i do sytuacji “stanu wyższej konieczności” – tj. potrzeby ratowania państwa – w jakiej obejmowali władzę owi dyktatorzy] jako naczelników państwa: Kościuszki, Traugutta i Piłsudskiego. Być może [dla uzyskania poparcia dużej części “lewicowego” społeczeństwa] – będzie się odwoływała także do…Jaruzelskiego. WIEM – brzmi to TERAZ absurdalnie – ale proszę popatrzeć na to od strony przyszłej krytycznej sytuacji – i konkretnie od strony owego dyktatora, który będzie chciał [i musiał] zmontować wspólną powszechną i długofalową bazę poparcia dla jego nowej władzy.(…)
      Żeby coś takiego przeprowadzić to trzeba być niezłym Goebbelsem…

    2. (…)Władza i struktury okrzepły i jadą twardo w siodle swych interesów i powiązań – i w razie prób zmian/przebudowy całego układu przez JK – zwyczajnie odizolują i odstawią na boczny tor JK.(…)
      Być może to już nastąpiło… po akcji premier Obajtek ktoś wrzucił do szamba taki granat, że tylko ostatni naiwni wierzą, że DobraZmiana to dobra zmiana… materiału było na ponad 2 miesiące, a trzeci dopełniono jeszcze Układem Wrocławskim, gdzie ujawniono takie rzeczy, że bez maski przeciwgazowej nie podchodź.

  4. @Jacek – jak najbardziej chcę nowych prawdziwych elit z nowym myśleniem – opartym o geostrategię i real-politik opartym wyłącznie o interes i siłę. Ale to wymaga wyrwania z letargu i z samozadowolenia wszystkich sterników na górze – i totalnej mobilizacji pod znakiem „czerwonego alarmu”. Dla nadrobienia 5 straconych lat – i ZASADNICZEJ [a nie kosmetycznej i głownie „gadanej”] zmiany kursu nawy państwowej – i jej głębokiej przebudowy. Nawet funkcjonowanie Sejmu/Senatu, rządu, prezydenta. wszystkich resortów, mediów, GO+NGO-sów – powinno być w trybie „czerwonego alarmu” i ciągłej czujnej dyspozycyjności – jak na OIOM-ie w szpitalu – albo jak na wieży kontroli lotów – albo jak na mostku nawigacyjnym na trudnych i wrogich wodach z niesprawnym okrętem. Czyli we wszystkich instytucjach światła powinny się palić 24/7/365 – a każdy decydent [i cały ciąg organizacyjno-wykonawczy] winien mieć przynajmniej 3 zastępców do pracy zmianowej non-stop. Analiza, diagnoza i decyzje i wykonanie – muszą być podejmowane w czasie rzeczywistym – bez podejścia typu „no to zajmiemy się tym na kolejnym zebraniu”… Na dodatek – stery wszelkich instytucji muszą objąć ludzie MERYTORYCZNI – a nie „bierni, mierni, ale wierni” – czyli lizusy i „zasłużeni” musieliby zostać zastąpieni przez ludzi sprawnych, wykształconych wszechstronnie, wydajnych, zdolnych do maksymalnie efektywnej pracy zespołowej, umiejących pracować [jak w IT i projektach high-tech] w warunkach stresu – z nakierowaniem na zadaniowość, priorytetyzację zasobów i „deadline”. A co do PMT – jest taka potwierdzona gorzka praktyką zasada w prowadzeniu projektów – że projekt chybiony należy natychmiast bezwzględnie porzucić – bez względu na stopień zaawansowania i stopień poniesionych dotychczas kosztów. 90% programów PMT jest chybiona, albo namiastkowa, albo „nie tak jak trzeba – nie to co trzeba”. Tu w zmianę na dobre uwierzę po owocach – gdy zostanie zbudowana strategiczna całokrajowa saturacyjna sieciocentryczna A2/AD Tarcza i Miecz Polski – łączącą real-time wszystkie domeny w jedną – z obronnym parasolem saturacyjnym nieba zdolnym do wyłapania saturacyjnego [ale REALNEGO co do liczby] uderzenia Rosji – zdolnym także [wraz z WRE] do uzyskania absolutnej przewagi na niebie w strefie buforowej na 250-300 km od granic Polski – tworząc dynamiczną buforową „głębię strategiczną” – więcej – nasza A2/AD musi zasadniczo rozproszyć jednocześnie ofensywnymi efektorami precyzyjnymi rosyjska obronę prak/plot na dystansie 1500-3000 km od Polski – jednocześnie wymuszając dużo mniej wygodny model przerzutów logistycznych i pracy całej infrastruktury Rosji. Na A2/Ad Tarcze i Miecz Polski potrzeba ok 200 mld zł z tych 524 mld zł planowanych na PMT. DROGO – ale inaczej mowy nie ma o skutecznej strategicznej suwerennej [bez „łaski” sojuszników z USA na czele] obronie Polski – oraz o likwidacji A2/AD Kaliningradu i przyszłego rosyjskiego A2/AD na Białorusi – który to bastion powstanie na 100% po anschlussie Białorusi i pełnym wejściu Armii Czerwonej. I jak zamiast 800 Wilków za 60 mld zl będziemy mieli dziesiątki tysięcy dronów bojowych przenoszących pozahoryzontalne kppanc czy Pioruny czy MHTK – dopiero wtedy – jak niewierny Tomasz – uwierzę w REALNE i ADEKWATNE do potrzeb zmiany WP. Zamiast drogich Patriotów – koreański L-SAM – z pełnym transferem technologi i produkcji – i wspólnym rozwojem. Zamiast 32 F-35A [absurd w strefie dominacji rosyjskiej A2/AD] – liczne MBDA Remote Carrier – zaprojektowane od podstaw na strefę zgniotu i zasięgu wrogiej A2/AD – czy liczne Kratos Valkyrie – „przełamujące” drony bojowe stealth o zasięgu ca 5,5 tys km – maksymalnie w „jedna stronę”. Bez lotnisk – operując cały czas z mobilnych wyrzutni, lądując na spadochronie – i wyłącznie z efektorami precyzyjnymi najwyższej klasy – i w wielozadaniowych rojach – z własnym przykryciem na innych dronach. Nie ciężar głowicy a la Homar – a liczność efektorów i ich precyzja. I saturacja ataku – rojami dronów [mających – prócz precyzyjnych różnych efektorów precyzyjnych także własny „mobilny” parasol Piorunów i MHTK – oraz środki WRE – oraz liczne sensory i pozycjonery celów]. L-SAM potrzebujemy ok. 4 tys efektorów – Kratos Valkyrie przynajmniej 600 – a dronów od klasy piko po mini – dziesiątków, nawet setek tysięcy. I jeszcze jedno – całkowita zmiana strategi i taktyki – aż po poziom pojedyńczego żołnierza. Właściwie – ze względu na skalowalną [piko do makro] dronizację powiązaną sieciocentrycznie – tego pojedyńczego żołnierza na polu walki JUŻ TERAZ zastępuje cały ekosystem sieciocentryczny sensorów, „procesorów” analizy sytuacyjnej i efektorów wykonawczych – jeżeli tylko KONSEKWENTNIE wdroży się zasadę sieciocentryczności „każdy nosiciel – każdy sensor – każdy transmiter/odbiornik – każdy procesor – każdy efektor”. W warunkach, gdy już jest amunicja kierowana precyzyjnie do… zwykłego granatnika ręcznego 40 mm [Pike – zasięg 1,5 km] – posyłanie żołnierza na saturacyjne pełnoskalowe pole walki [na „pierwsza linię”] to zwyczajne samobójstwo na własne życzenie. Ten granatnik powinien być z amunicją precyzyjną zamontowany – ale na dronie – a te drony winny w roju [oczywiście pod „parasolem” i dopiero po przełamaniu przez silniejsze roje dronów do likwidacji aktywów sprzętowych] likwidować czy rozbijać już pozbawioną sprzętu i łączności siłę żywą nieprzyjaciela – nieporównanie skuteczniej od żołnierzy – nieporównanie szybciej – i bez strat własnych w sile żywej. Dlaczego drony i efektory precyzyjne są TERAZ drogie? – bo są produkowane w ilościach homeopatycznych. Dlatego [dokładnie to przegryzłem z Leonardo z ciekawości] same operacyjne koszty produkcji dronów i efektorów precyzyjnych stanowią ca 5% ich ceny jednostkowej – a resztę stanowią narzutowe koszty opracowania prototypu, budowy linii produkcyjnej – i trzymania jej w gotowości razem z resztą kosztów stałych [przeważnie bezproduktywnie]. Dokładnie odwrotnie byłoby przy NAPRAWDĘ masowych zamówieniach – gdy linie produkcyjne by pracowały non-stop 24/7/365. Dlaczego brak takich zamówień? – bo te byłyby możliwe jedynie po głębokiej strukturalnej reorganizacji WP od podstaw – gdzie większość starej kadry oficerskiej [ale i sporo tzw. „szeregowych bagnetów”] – już by nie miała miejsca dla siebie. A etaty to podstawa utrzymania stołka i ścieżki kariery. No i bez tej „przeklętej” dronizacji i automatyzacji [a jeszcze AI na horyzoncie – tfu! tfu! tfu!] – stare kadry mają „święty spokój” – czyli stare regulaminy, dobrze znane „wojowanie” a la zimna wojna [czy a la „misje” ekspedycyjne – w WOT] – nie trzeba się uczyć, zdawać egzaminów i wysilać. No i jeżeli jest „stara dobra” amunicja niekierowana – no to koledzy ze służb logistycznych mają co robić i wozić i magazynować – bo w przeciwnym wypadku [o zgrozo] 1 pocisk precyzyjny zastępuje w skuteczności 50 niekierowanych. A czołgi i ciężki sprzęt – od razu koledzy z logistyki/serwisu/transportu/środków przeprawowych/baz logistycznych/ośrodków szkoleniowych [wyszkolenie załogi czołgu to niemal 2 lata] – mają pracę po pachy. I tak dalej… I cały „silnik” organizacyjny WP pracuje i krząta się „aż miło” – chociaż z punktu widzenia budowania realnej sprawności bojowej na nowoczesnym polu walki w strefie zgniotu – praca owego „silnika” jest głównie…na biegu jałowym. Dla naszej kadry oficerskiej wrogiem numer 1 nie jest Armia Czerwona – tylko automatyzacja, dronizacja, C5ISR z AI, sieciocentryczność, efektory precyzyjne, całe spięcie przez RMA w jedna domenę – generalnie wrogiem jest prawdziwa modernizacja konieczna do potrzeb skutecznego wojowania w strefie zgniotu z pełnoskalowym przeciwnikiem z najwyższej półki. A że Polska „leży” militarnie i strategicznie? – że WP co do realnej wartości ma charakter symboliczno-defiladowy? – ich tylko obchodzą bieżące apanaże, układy „konieczne” w pracowitym wspinaniu się na drabinie awansów – i przyszła emerytura. Po nas choćby potop… Jeszcze jedno – ktoś powie: produkcja dronów i efektorów precyzyjnych 24/7/365 to absurd – szybko się nasycimy. NIE – bo jednocześnie cały czas trzeba – i to w skali całego WP spiętęgo w jedna domenę – ćwiczyć i wypracowywać strategie i taktykę na każdym szczeblu – z ostrą amunicją – w trybie bojowym. I ze zniszczeniowym użyciem sprzętu – testując i dopracowując każdy poziom działania. Realizując przy tym twardą zbrojną siłową sygnalizacje strategiczną – podwyższając maksymalnie agresorowi poprzeczkę odstraszania strategicznego i poprzeczkę koszt/efekt. I cały czas dokonując non-stop kolejnych modyfikacji i wprowadzania nowych modernizacji i generacji – tak by agresor miał świadomość, że ewentualnie wypracowane przez niego remedia na nasz zbiorczy system oparty o sieciocentryczny kompleks RMA – i tak będą przestarzałe wobec naszych nowych generacji. Nie mówiąc o tym, że „schodzące” środki starej generacji [z oprogramowaniem na eksport] – to i tak będzie chwytliwy towar – wysoko przetworzony i o wysokiej marzy – dla innych graczy. A ten popyt będzie tylko wzrastał…. Powtarzam – potrzebujemy INWESTYCJI we własne suwerenne high-tech – TAK należy widzieć i przeprowadzić PMT [jako taran na pułapkę średniego rozwoju i na strukturalną pozycję podwykonawcy] – nie tylko dla osiągnięcia strategicznej zbrojnej suwerenności – ale dla ZYSKU – eksportowanych produktów [i kompleksowych systemów] high-tech wysokiej marży.. Gdzie w wariancie maksymalnym – produktem byłaby cała A2/AD z „tarczą”, „mieczem”, spięciem C5ISR/WRE. Oczywiście poprzedniej generacji – ale wobec regionalnego agresora – dająca kupującemu średniemu państwu [lub sojuszowi regionalnemu] nieporównany skok bezpieczeństwa….

  5. Dam prosty przykład kompletnego „odlotu” – pani Mosbacher za swoje „wyczyny” wobec Polski została [i to już PO upadku Trumpa i jego „akcji” politycznych] – odznaczona Krzyżem Wielkim Orderu Zasługi Rzeczpospolitej Polskiej. Czyli podlizanie się Trumpowi [który notabene podpisał „nóż w plecy” Polski – czyli bat 447 – taki to „przyjaciel”]. Skoro podlizanie się Trumpowi – to od razu będziemy na starcie od 20 stycznia na cenzurowanym w Białym Domu. I to nawet wśród Republikanów – którzy od Trumpa się odcięli. Tylko pogratulować takiej „polityki”. W skali od zera do 10 daję…minus 10. Cofam moje słowa [po letniej wizycie Dudy u Trumpa], że prezydent Duda może stać się liderem interesu europejskiego Polski i Wschodniej Flanki. A i reszta – z JK i MM na czele – jakby żyli na innej planecie i zajmowali się hodowlą ogórków – a nie polityką i polską racją stanu. Gdyby mieli choć szczyptę chłopskiego rozumu – choćby 5% Kargula i Pawlaka – to by [dokładnie po upadku Trumpa] – uznali panią Mosbacher za „persona non grata” – i odcięli kupony polityczne tego aktu „anty-Trumpowego” w Białym Domu. Z odkuciem się w tle za 447 – jako sygnałem do Białego Domu. Także jako sygnałem presji na zwiększenie suwerenności Polski – wobec SŁABNIĘCIA USA. A media „postępowe”, dominujące na w USA i na Zachodzie [na czele z Berlinem i Paryżem] – raczej musiałyby taki akt [niechętnie i pewnie pod niejakim przymusem – ale jednak] pochwalić jako „postępowy” i w ramach „obrony demokracji”. Inaczej to my byśmy w „pełnej chwale”- czyli wg maksymalnej hipokryzji politycznej – stygmatyzowali za brak „postępowości”…i wielkim głosem domagali się oklasków za ten „pełen odwagi akt wyboru właściwej strony historii”. Niestety – nasi „politycy” nie rozumieją prostych zagrywek taktycznych – a biorą się za sprawy o trzy kalibry poważniejsze… Nie rozumieją, że poświęcać [i to bez kwitowania] należy tylko puste słowa i gesty bez znaczenia, a często – jak tylko można – obracać je przeciw innym graczom…by obrywali od własnej „broni”…

    1. (…)I to nawet wśród Republikanów – którzy od Trumpa się odcięli.(…)
      Tylko pytanie na ile to odcięcie się było szczere… z odpowiedzią na to pytanie poczekałbym to rozkręcenia się prawyborów.

    2. (…)Cofam moje słowa [po letniej wizycie Dudy u Trumpa], że prezydent Duda może stać się liderem interesu europejskiego Polski i Wschodniej Flanki.(…)
      To na szczęście jego ostatnia kadencja i to raczej skrócony… po tym jak rząd wszedł w koleiny AWS 2.0 to za jakieś 3 lata* czeka go cała masa postępowań karnych i nie uratuje się ułaskawieniem, bo najpierw zostanie postawiony przed Trybunałem Stanu.

      * Koalicjanci też to wiedzą i dlatego żaden nie odważy się rzucić teczką… chyba, że to będzie bunt dołów, ale to jest mało prawdopodobne.

  6. Chcę podkreślić kilka spraw zasadniczych – jest REALNA [finansowo i technologicznie – np. z Koreą Płd] pełna saturacyjna SUWERENNA całokrajowa obrona antyrakietowa/plot Polski na REALNY co do liczby saturacyjny atak Rosji. Proszę pamiętać – w Rosji ca 90% arsenału strategicznego jest związana przez innych graczy mocarstwowych [zwłaszcza z atomem], a z arsenału „taktycznego” – ca 80%. I wobec strategicznych [i „taktycznych”] ambicji Chin, Pakistanu i Indii i wzrostu ich arsenałów – ten wskaźnik będzie rósł. W tym sensie czas pracuje dla nas. Co z tego, że Rosja wg siły nabywczej ma 8 razy większy budżet MON – skoro terytorium ma 56 razy większe – zatem „nasycenie” środkami militarnymi ma już na starcie 7 razy mniejsze. Ponadto pod względem strategicznym jest wyraźna asymetria – Rosja jako agresor przegrywa, jeżeli nie wygrywa z Polską – a Polska wygrywa już wtedy – jeżeli obroni swoje terytorium. Dlatego budowanie armii symetrycznej do rosyjskiej jest tragicznym błędem strategicznym na starcie. A tak właśnie robimy – zresztą z wielką niekonsekwentną dziurą w owej, pożal się Panie Boże, niby „strategii” – bo bez DYSPONOWANYCH REALNIE sił jądrowych – ba, nawet nie staramy się o słaby ersatz w postaci NATO Nuclear Sharing. Zresztą – ta obecna „strategia” jest 100% przepisem na klęskę – ponieważ przez symetryczność wymusza budowanie lustrzanych odpowiedników [prócz jądrowych] sił zbrojnych Armii Czerwonej. Czyli – oni czołgi – to my też czołgi, oni lotnictwo – to my też lotnictwo itd. W ten sposób sami skazujemy się na budowanie symetrycznych – i przez to rachitycznych – odpowiedników sił zbrojnych Armii Czerwonej. Dokładnie ta sama „strategia” doprowadziła II Rzeczypospolita do klęski 1939. Teraz to samo bezmyślnie małpujemy – no bo przecież każdy rodzaj sił zbrojnych chce rozrostu etatów i nowego sprzętu – by wojować po staremu a la zimna wojna czy właściwie w pewnych sprawach nawet II w.św.. W praktyce o owej bezmyślnie realizowanej „strategii” decyduje „going concern” interesów kariery starych lobby poszczególnych starych sił zbrojnych WP. Każde lobby ciągnie w swoją stronę – pancerniacy za 800 Wilkami za 60 mld złotych [z całą oprawą], sam program Borsuk 30-35 mld zł, już się mówi o produkowaniu ciężkiego Rosomaka XP [nie pływa – masa zwiększona do 32] na już kupionej licencji od Patrii. Czyli powiedzmy min 100 mld zł [bez kosztów „ludzkich”] na nosiciele z efektorami do ognia bezpośredniego – gdy już teraz rewolucja sieciocentryczna, dronowa, pozahoryzontalnych kppanc i innych efektorów – całkowicie ten rodzaj wojowania „bezpośredniego” – odstawia do lamusa. Tak samo deklasuje siły ciężkie i zmechanizowane amunicja rakietowa i lufowa dalekiego zasięgu – pozycjonowana sieciocentrycznie. I tak samo jest z resztą sił zbrojnych RP – każdy ciągnie w swoją stronę – zero budowania jednej, zarządzanej sieciocentrycznie „wszechdomeny” – jest tylko rozpraszanie środków na przestarzałe systemy – i klasyczna suboptymalizacja. Np. admiralicja wielkim głosem domaga się Orek – chociaż w ciasnej i płytkiej śródlądowej zatoce, jaką jest naprawdę Bałtyk – wystarczą drony linii dozorowych blokujących Petersburg i Bałtijsk [mamy takie – Deep Guard firmy Spartaqs – oczywiście ignorowane] i ewentualnie drony bojowe – np amerykańskie, własnie produkowane …Orca [po 11 mln dolarów sztuka – z bronią torpedową i inteligentnymi „minami mobilnymi”]. Bez porównania tańsze, skuteczniejsze, gwarantujące brak strat i podwyższenie [przez brak narażania załogi] maksymalnej poprzeczki ryzyka misji [i przez to zagrożenia przeciwnika] – oferujące dyspozycyjność operacyjną min 90% [a nie 30% jak załogowe OP] – i właśnie to jest „absolutnie nieakceptowalne” przez naszą admiralicję – bo przy sieciocentrycznej dronizacji BRAK ETATÓW. Jest jeszcze „lepiej” – rozmawiałem w 2014 z pewnym oficerem naszej marynarki – i zasugerowałem, że dla blokady morskiej Bałtijska i Petersburga – oraz do ochronnej [dla transportu przez Sund] linii blokadowej Kołobrzeg-Bornholm – wystarczą same ciężkie torpedy Atlas Elektronik Sea Hake MK4-ER odpalane z lądu – o zasięgu 140 km, z naprowadzaniem światłowodowym. Ów oficer mi odpowiedział po chwili, że „byłoby to wbrew obowiązującej strategii morskiej” oraz dodał, że… „tradycja z drugiej wojny światowej zobowiązuje” [sic, sic, sic]. W 2018 spotkałem się ponownie z tym oficerem. Przypomniałem mu propozycję z 2014 [w międzyczasie zasię torped Sea Hake z tytułu bardziej wydajnych baterii wzrósł do 160 km] i poinformowałem go, że ta idea została wdrożona przez…ZEA dla blokady cieśniny Ormuz – i do atakowania jednostek Irańskich nawet w portach. Reakcja była tak, że milczał przez chwilę, próbował zmienić temat, a gdy wracałem do tej propozycji – po prostu się pożegnał i odszedł. Nie chcieć – to dużo, dużo gorzej, niż nie móc. A „patriotyzm” naszej [przynajmniej tej wyższej] kadry oficerskiej polega na skwapliwym pilnowaniu stołka, kariery i sutej emerytury. Wracając do poziomu strategicznego – ponieważ obecnie rozpraszamy środki PMT na modernizację „każdy sobie” – wg niezbornej suboptymalizacji – więc nie ma tych ca 200 mld zł na budowę całokrajowej saturacyjnej Tarczy i Miecza Polski. Jak nie ma A2/AD Tarczy i Miecza Polski – to rosyjskie A2/AD Kaliningradu i na Biłorusi [po jej anschlussie] – od razu osiągną pełne panowanie w powietrzu w ciągu pierwszych kilku minut – a na ziemi w ciągu pierwszego dnia. Wybijając sieciocentrycznymi efektorami S-500 [w strefie o zasięgu 600 km] nasze F-35A i F-16 C/D w powietrzu – co do jednego – a te na ziemi – precyzyjnymi efektorami przeciwpowierzchniowymi „hit-to-kill”. I wtedy żadne łatanie lotnisk nie pomoże – bo nie będzie dla czego łatać. A wycofanie do Ramstein [czy bardziej realistycznie – do UK] naszych F-35A i F-16 C/D – oznacza, że w ogóle nie będą operować nad Polską – bo przecież tak silnego bąbla rosyjskich A2/AD nie sforsują. No chyba, że misje kamikadze – w jedną stronę… Po naszej klęsce – te nasze F-35A i F-16C/D zostaną przejęte – jak nasze Łosie przez Rumunów w 1939…A z tych 800 Wilków na front dojedzie [wobec „hulania” lotnictwa rosyjskiego” – i dronów – już budują odpowiedniki TB2] może 10%, góra 20% – a i te w większości zostaną zniszczone w strefie przyfrontowej przez pozahoryzontalną projekcję siły artylerii lufowej i rakietowej Armii Czerwonej. Co do załogowych Orek – będzie z nich tyle pożytku, co z naszych OP w 1939. Albo i mniej. A załogowe jednostki – od wymarzonych fregat, korwet po „opłacalne” [jako cele] Kormorany II itp – zostaną wybite do nogi rakietami z Kaliningradu – niezależnie od ich pozycji na Bałtyku. Dokładnie odwrotny scenariusz byłby przy zbudowaniu nowoczesnej całokrajowej A2/AD Tarczy i Miecza Polski [opisywałem tu przy różnych artykułach i na d24 jako „Dalej patrzący”] – no, ale trzeba mieć chociaż trochę zrozumienia RMA – a nie klepać bezmyślnie po staremu. I zrozumieć elementarny układ strategiczny – skoro dla nas wygraną jest strategiczna pełna obrona Polski – to na strategicznej pełnej obronie Polski winniśmy się skoncentrować. Tworząc jedną wszechdomenę zarządzana sieciocentrycznie real-time przez nasze suwerenne C5ISR [obejmujące WRE i cyberprzestrzeń i ewentualnie kosmos – aczkolwiek ta domena by tylko uzupełniała sensory [i efektory i retransmitery] na aerostatach HALE [20/40 km]]. Konsekwentne sieciocentryczne spięcie wszystkich zasobów – „każdy sensor – każdy „procesor” – każdy nosiciel – każdy efektor [precyzyjny]” – i wtedy następuje skok realnych zdolności strategicznej obrony Polski – do poziomu pełnej odporności na saturacyjny [REALNY] atak FR. Ale to wymaga strategicznej bardzo głębokiej przebudowy starego PMT – i koncentracji nowego PMT dla realizacji PRAWDZIWEJ [a nie symulowanej] pełnej obrony Polski – czyli koncentracji na programie strategicznym nr 1 – na A2/AD Tarczy i Mieczu Polski. Tylko wtedy – pod szczelnym „parasolem nieba” – oraz przy dominacji na tym niebie w strefie buforowej Polski [co daje nam „dynamiczną” głębię strategiczną] – tylko wtedy nasze precyzyjne środki ofensywne – jak najdalszego zasięgu [zwłaszcza via drony stealth – jak Kratos Valkyrie – czy nawet z użyciem dronów klasy TB2 i wdrażanych Anka – zawsze z efektorami precyzyjnymi] – maksymalnie rozproszą rosyjską obronę prak/plot – czyli w ten sposób maksymalnie wyzyskamy strategiczną asymetrię zwartości i koncentracji naszej obrony – i rozległość terytorium Rosji – nie do obrony. Zwłaszcza rozpraszając parasol prak/plot „bastionów” A2/AD Kaliningradu i Rosji. W tej chwili strategia wojowania na Polskim Teatrze Wojny [powietrze, ląd, morze] polega na pokonaniu wrogich A2/AD – przez naszą SILNIEJSZĄ i NOWOCZEŚNIEJSZĄ A2/AD – do czego mamy [przy priorytetowej koncentracji środków] i pieniądze – i możność zassania najlepszej technologii [od razu w Przemyśle 4.0 i w najnowszej elektronice i w technologii materiałowej] – od Korei Płd, Japonii, koncernów europejskich, nawet Izraela [pod stołem]- a także – przy takiej konkurencji – także od USA. Rosja tej bazy technologicznej do zassania nie ma – więc wystarczy przeskoczyć obecny poziom rosyjskiej techniki opartej o odrywanie kuponów z lepszych czasów – i mamy swoje zwycięstwo strategiczne zrealizowane. Oczywiście z własnymi głowicami asymetrycznego odstraszania jądrowego – co wyrówna pole gry na wyższych szczeblach drabiny eskalacyjnej. Z NATO Nuclear Sharing jako oficjalnym listkiem figowym. A wszelkie ciężkie dywizje, manewrowe boje pancerno-zmechanizowane itd… – to JUŻ są „białe słonie” w epoce RMA powiedzmy AD2030 [nawet AD2025]. Ważne jest ustanowienie szczelnego parasola kontroli nieba [wliczam w owo „niebo” także koniecznie WRE i cyberprzestrzeń] – także w strefach buforowych. Reszta to już domino rolowania podstawy operacyjnej przeciwnika – co do jednostki sprzętowej – i rozbijanie zdezorganizowanych sił żywych efektorami precyzyjnymi małej mocy [np. Pike] z dronów mini – wspomaganych w rozpoznaniu sytuacyjnym/pozycjonowaniu „lokalnie” przez drony piko do mikro. A nasze siły lądowe – to w razie decyzji o zajmowaniu i kontroli bezpośredniej terytorium – jako detaszowane siły – de facto siły policyjne. Tu też czołgi niepotrzebne – chyba, że symbolicznie. Jeszcze tak gwoli „nie chcieć to gorzej niż nie móc” – jesienią 2017 uczestniczyłem w pewnej konferencji innowacyjno-technologicznej na UZ w Zielonej Górze. Razem z pewnym znajomym profesorem z UZ [od IT i Przemysłu 4.0] słuchaliśmy panelu nt innowacji w działce militarnej. Po panelu podeszliśmy do prelegenta – i wspólnie zaproponowaliśmy, by pociski kppanc typu „wystrzel i zapomnij” zamontować na dronach – i tak samo na dronach zamontować Gromy/Pioruny. Co rzecz jasna by mocno podnosiło poprzeczkę ryzyka misji i skuteczności [bez strat w ludziach] i dawało olbrzymią mobilność dysponowania projekcją siły – rozumianą i defensywnie – ale i ofensywnie – szczególnie w rojach dronów. Zwłaszcza, że jak sobie wyliczyliśmy – i to zaznaczyliśmy – pułap przechwycenia i realny zasięg Gromów/Piorunów – praktycznie by spełnił [znacznie taniej] przy dronach średniego/wysokiego pułapu – wymagania na system Narew. Przy jednoczesnej większej elastyczności i dyspozycyjności. Prelegentem i naszym rozmówca był dość młody [jak na stopień] pułkownik wojsk OPL – przedstawiony na początku panelu i w wydrukowanym folderze – jako człowiek dobrze wykształcony technicznie i z innowacyjnym podejściem. Co więcej – mieliśmy przygotowaną „prywatnie” wystawkę dronów zrobionych na UZ – które by można traktować przynajmniej jako demonstratory technologii. A także dogadaliśmy zawczasu do pokazania drony [czy też „dronoidy”] wystawione obok przez Spartaqs. Myślicie, że jak ów „innowacyjnie nastawiony” pułkownik usłyszał o tańszej i skuteczniejszej Narwi na dronach – i skutecznych niszczycielach czołgów i sił zmechanizowanych – a także o intruderskich rojach ofensywnych z własnym przykryciem – myślicie, że zapłonął entuzjazmem? – że z ożywieniem domagał się szczegółów techniczno-taktycznych, spotkania z konstruktorami/właścicielami dronów? Najpierw jakby zdrętwiał – a po chwili UCIEKŁ wymawiając się, że jest „głodny” i że „musi do restauracji” – chociaż o metr był wystawiony szwedzki stół – co prawda z ciastkami, bułeczkami, cukierkami, herbata, kawa itd – zostawiając nas z „buziami do podłogi” – i w pełnym szoku. Gdyby chciał – to by nas zaprosił do tej restauracji przynajmniej do towarzystwa do obgadania tematów – ale nie chcieć to gorzej, niż nie móc. Najciekawsze – że UZ urządził u siebie obiad dla prelegentów i zaproszonych uczestników – ale ten był za godzinę.Nie mógł pułkownik wytrzymać na bułkach i herbacie? – szczerze wątpię… Takie są realia – liczą się tylko stołki i układy – i żeby komuś tam „świni nie podłożyć” – czy na „odcisk nie nadepnąć”. Owe „świnie” to programy i systemy RMA – które zabierają kadry i drabinę awansów – osiąganą rutyną klepania w starym stylu i odrywania kuponów – przy minimalnym wysiłku. A „naciskanie na odcisk” – czyli anulowanie już przyklepanych programów obecnego PMT – też jest bardzo , bardzo niemile widziane. Tak właśnie wygląda polskie piekiełko bagna układów – w praktyce.

    1. Chciałbym tylko napomknąć, że niegrzecznym jest pisanie komentarzy do artykułu, dłuższych niż sam artykuł 😉 To wprawia autora bloga w pewną konfuzję. 🙂

      Polemicznie. W 1939 roku polska armia nie szła w ilość czołgów i symetrycznego gonienia przeciwnika. Mieliśmy całkiem nowoczesną armię dostosowaną do warunków panujących na naszym terytorium. Była mobilna i elastyczna w działaniu. Także powiela Pan trochę mity. W 39′ przegraliśmy z uwagi na 1) efekt zaskoczenia a raczej efekt odwołania mobilizacji i nie zdążenia z rozlokowaniem części wojsk (np. Armii Prusy) 2) olbrzymią przewagą liczebną 3) tragiczne uwarunkowania strategiczne z uwagi na możliwość ataku aż z 3 stron, pomimo tego Wojsko Polskie nie dało się okrążyć oraz wykonało nałożone zadania przez NW (wycofanie się), jeszcze w dniu 17 września w Wojsku Polskim walczyło bodaj 900 tys. żołnierzy i dopiero inwazja ZSRR sprawiła, że przestaliśmy wykonywać narzucony przez dowództwo plan strategiczny (przedmioście Rumuńskie).

      Tak więc przy mocno niekorzystnych warunkach wytrzymaliśmy – jako sterowana centralnie siła bojowa – dwa tygodnie, a wytrzymalibyśmy zapewne znacznie dłużej. Przewaga Niemiec była oczywiście bezdyskusyjna ale wynikała ona zwyczajnie z przewagi tego państwa jako ośrodka przemysłowego , który został wsparcy ogromną ilością czeskiego sprzętu.

      W zakresie atutów dronów-ppanc. To są to mrzonki.
      Naziemny dron wyposażony w rakiety ppanc musi być ochraniany przez wojska lądowe-głównie piechotę. Bowiem ppanc walczy na odległości zaledwie kilku kilometrów więc musi być niemalże w kontakcie z wrogiem. Tak więc bez osłony piechoty, byle pędrak z granatem wysłany na zwiad mógły takiego drona unieszkodliwić. Koszt efekt – dron kilka milionów, granat kilkaset złotych.

      Skoro trzeba by było drony osłaniać piechotą – więc należałoby tą piechotę jakoś przewieźć na miejsce działania. Jak przewozimy piechotę? BWP lub KTO. No więc jaki jest sens budowania i wysyłania w pole osobnego drona, skoro możemy zestaw PPANC umieścić od razu na BWP i KTO i mamy w jednym pojeździe transport dla piechoty oraz systemy zwalczania wozów bojowych?

      Tylko drony lotnicze lub działające w środowisku wodnym mają obecnie jakiś sens. Przy czym w środowisku wodnym, drony również mają ograniczony zasięg. Jestem ciekawy, jak chciałby Pan rozwiązać kwestię przysyłania danych do drona znajdującego się pod wodą, tak – by nie zostało to usłyszane przez wroga? Ten mógłby łatwo namierzyć drona i go unieszkodliwić lub zagłuszyć sygnał. Więc drony podwodne działające daleko od własnych systemów sterowania również są problematyczne. Można by stworzyć drona autonomicznego z zamysłem, ze ma si znaleźć w takim i takim miejscu i niszczyć wszystko co mu wejdzie w sonar. Działać zupełnie niezależnie i niszczyć cele bez wgłębiania się czy to swój czy wróg. To jest bardzo wąskie zastosowanie, trzeba by ograniczyć dronowi pole działania by nie zatapiał przypadkowo okrętów sojuszniczych lub neutralnych. A jakby dron taki działał na małej przestrzeni, to go łatwo namierzyć i zniszczyć…

      Pozostają drony lotnicze. Te również mają swoje słabości (można zagłuszyć, lub zestrzelić artylerią lufową lub tanimi rakietami bardzo krótkiego zasięgu). Niemniej odpowiednio zastosowane rzeczywiście mogą dać przewagę. Jednak samymi dronami lotniczymi ani nie opanuje się morza, ani lądu ani również powietrza. Więc póki co, drony będą na polu bitwy pełniły role pomocnicze a nie decydujące. Dlatego potrzebujemy BWP, KTO, czołgów i wszelkiego innego typu uzbrojenia , by mieć pełne spektrum możliwości na polu bitwy. To nie jest gra komputerowa, że kupujemy tylko najlepszy typ jednotki i tą jedną jednostką gromimy wszystko i wszystkich.

      pozdrawiam 🙂
      KW

      1. Myślę, że przy okazji innego artykułu – może właśnie na ten temat [do czego zachęcam] – odniosę się do kwestii MILITARNYCH przyczyn klęski 1939. Gdzie – zaznaczam – chodzi mi o inne uszykowanie profilu wszystkich sił zbrojnych – w tym priorytetów i sprzętu [wg zupełnie innych wymagań] – i kwestii ich użycia na każdym poziomie. Temat szczegółowy, który mnie męczył na poważnie od liceum, który dość długo gryzłem merytorycznie i ekonomiczno-finansowo z kilkoma osobami. Przy czym w tej sprawie w ogóle nie odnoszę się do OSOBNEJ kwestii niekorzystnego otoczenia Polski z trzech stron od 1 września – na to nie mieliśmy wpływu – za wyjątkiem Śląska Cieszyńskiego. W zasadzie – po odmowie UK i Francji względem propozycji Piłsudskiego – wspólnego koalicyjnego „ataku wyprzedzającego” dla militarnego zduszenia świeżo powstałej III Rzeszy i Hitlera – dla przywrócenia demilitaryzacji Niemiec wg Traktatu Wersalskiego – od 1934 winniśmy budować „pełną parą” wszystkie rodzaje SZ WP w zupełnie inny sposób – i w trybie „czerwonego alarmu” – i z sojusznikami tylko jako ewentualnym wsparciem. Z podstawowym założeniem, że musi być obrona nieba z prawdziwego zdarzenia [budowana na lotnictwie myśliwskim – które winno działać…ofensywnie i saturacyjnie] – żeby powstrzymać wroga na ziemi – zaś Bałtyk [dzięki Rumunii] – trzeba odpuścić. To wszystko było możliwie technicznie, ekonomicznie i finansowo. Ale – to innym razem. Jak słusznie Pan zauważył – nakładłem do tego artykułu komentarzy aż nadto.

  7. Polska nie jest partnerem strategicznym dla Chin. Jako pozbawiona własnego przemysłu, kluczowych technologii do pozyskania czy strategicznych surowców niemożliwych do pozyskania na wolnym rynku, jest tylko przestrzenią do ulokowania Chińskich produktów i ewentualnie „pomocy” wciągającej nas w Chiński system finansowy. Polska jest tak dalece słabsza, że nie ma co liczyć na lukratywne kontrakty. Zwłaszcza, że ponad 60% naszego eksportu odbywa się w systemie dostaw do produkcji zachodnich firm. Do tego dochodzi słabość naszej dyplomacji i brak decyzyjności. Jeżeli Chiny będą potrzebowały naszego terytorium do prowadzenia NJS, to sobie go załatwią w ramach umów z Rosją i UE, czyli Niemcami. Póki co jesteśmy krajem peryferyjnym UE, stąd kluczowe decyzje dotyczące nas nie zapadają w Warszawie.
    Korzyści z dostępu do rynku Chińskiego są iluzoryczne a zagrożenia wysysania przemysłu i kapitału realne.
    Co do poczucia zagrożenia Chin przez ideę UE od Lizbony do Władywostoku, to myślę, że nie jest realnie odczuwane. Zarówno Niemcy jak i Chiny widzą Rosję jako zaplecze surowcowe i przestrzeń do zdominowania przez własne interesy gospodarcze. Zachód myśli perspektywą kolejnych wyborów i udzielania absolutorium zarządom spółek przez zgromadzenie wspólników – czyli wykazanie zysków do podziału w formie dywidendy lub wzrostu wartości spółek. Chińska perspektywa jest wyrażana przez plany wieloletnie i planowanie życia każdemu obywatelowi. Rosja to system militarno-oligarchiczny. Inne modele jednak istnieje tu możliwość porozumienia UE-Rosja-Chiny na płaszczyźnie potencjału do zarabiania. Zwłaszcza przy słabnących USA, które w takim przełomowym momencie zafundowały sobie wewnętrzną wojnę ideologiczną.

    1. Panie Krzysztofie – MUSZĘ odpowiedzieć Panu Jackowi do jego postu: – sam podkreślam – EKONOMICZNIE nic nie znaczymy dla Chin. Nawet od strony logistyki lądowego Nowego Jedwabnego Szlaku – staniemy się „lądowym Singapurem Eurazji” – na styku Heartlandu i Rimlandu Eurazji – dopiero po okresie wielkiego chaosu i wielkiej konfrontacji. Dopiero wtedy Chiny zaczną prowadzić dziesiątki, nawet setki nitek szerokich torów szybkiej kolei i rur hyperloop. A i to tylko wtedy staniemy się owym Singapurem – gdy będziemy kontrolowali nasze terytorium – czyli gdy będziemy suwerenni. W obecnym okresie narastania chaosu – Nowy Jedwabny Szlak służy jako marchewka 1,5 biliona dolarów inwestycji – do złaszenia i obracania na Chiny graczy w Eurazji [i w Afryce]. A także do budowania ramowej infrastruktury komunikacyjnej – która przyda się do wspierania w proxy wars czy do bezpośredniego udziału w regionalnych konfliktach. Nie mówiąc o kwestii nieuniknionej moim zdaniem wojny – a raczej podboju a la Blietzkrieg – przynajmniej Syberii – i przez to Arktyki. Przepływy towarowe lądem to tylko maskirowka owych działań – przecież wolumen obrotów w żaden sposób nie dorówna transportowi morskiemu – dopóki Chiny nie zrobią gigantycznych inwestycji komunikacyjno-infrastrukturalnych na setki linii. A nie zrobią – póki nie narzucą [zapewne za wyjątkiem Indii] pax sinica – przynajmniej w Heartlandzie Eurazji. Zresztą Kreml czuje pismo nosem – i jak piskorz wije się i stara odwlekać odpowiedź np. co do poprowadzenia tras szybkiej kolei z Chin do Leny – zbudowania wielkiego portu rzecznego, spławiania rzeką do wybudowanego wielkiego portu morskiego w ujściu – i dalej do Europy [z ominięciem „dylematu Cieśniny Beringa” – no i z zasadniczym skróceniem trasy i czasu dostaw Arktycznym Jedwabnym Szlakiem]. Kreml rozumie aspekt militarny [geostrategiczny] ukryty za ekonomicznym – wymuszona zgoda oznacza przecież rozcięcie Syberii na pół. Widzą i rozumieją, jak już parę lat temu Chiny ćwiczyły przewóz szybką koleją 2 dywizji na 3 tys km w 12 godzin [do Szincziangu]. Polska nie ma znaczenia ekonomicznego dla Chin – a znaczenia logistycznego jako brama do Europy – nabierze dopiero po wygranej Chin – przynajmniej jako numeru 1 na Wyspie Świata. Czy też hegemona/lidera – jak zwał tak zwał. A to moim zdaniem się ustabilizuje dopiero po 2050. Natomiast TERAZ – a właściwie od 2011 nieprzerwanie – nasz GEOSTRATEGICZNY lewar na Chiny [i USA – tak samo] – to bycie BEZPIECZNIKIEM [jako bufor między Kremlem a Berlinem – na kluczowym pomoście bałtycko-karpackim] zabezpieczającym przed katastrofą geostrategiczną powstania supermocarstwa Lizbona -Władywostok. Traktat o strategicznej współpracy Chiny-Polska podpisany 20 grudnia 2011 w Pekinie, od 2012 wzajemne narady sztabowe polskiej i chińskiej generalicji [w tym w Qingdao – pod wodzą gen. Packa] , ogłoszenie 16+1 w Warszawie – to były ostrzegawcze sygnały strategiczne do Kremla i Berlina. W 2013 dopięto w Astanie „projekcję wpływu” Chin na ten region – ogłaszając Nowy Jedwabny Szlak – w chińskich grafikach z Polską jako hubem nr 1. Więcej – w 2013 sięgnięto do asertywnego i bezceremonialnego [jak na azjatyckie standardy dyplomatyczne] komunikatu strategicznego – gdy powiązana z Pekinem prorządowa gazeta „Wenweipo” opublikowała 8 lipca artykuł pt „6 wojen, w których Chiny powinny uczestniczyć w nadchodzących 50 latach”. – Wojna szósta miałaby odbyć się w latach 2055-2060 i sprowadzać się do odebrania Rosji starych chińskich ziem o powierzchni 1,6 mln km kw. Taki materiał nie mógłby ukazać się bez aprobaty najwyższych chińskich czynników.I Od 2011 wspólne ćwiczenia Chin z Rosjanami zaczynają się od rozłożenia mapy sztabowej – a tam ZAWSZE owe 1,6 mln km2 jest osobno odznaczone i cyrylicą opisane jako „ziemie rdzennie chińskie pod tymczasową administracją rosyjską”. To samo niezmiennie uczy się w chińskich szkołach dzieci na lekcjach odpowiadających naszej historii i geografii. Swoją droga prof. Góralczyk ani słowem się na ten temat nie zająknie w mowie i piśmie – choć tyle mówi i pisze o Tajwanie. Cóż – owe 1,6 mln km2 – to z jednej strony „pies pogrzebany”/”temat tabu” [bo KLUCZOWY dla relacji długofalowych] – z drugiej idealny pretekst dla „wyzwolenia” całej Syberii z Arktyką – przez Chińską Armię Ludowo-Wyzwoleńczą – pod starym hasłem „Azja dla Azjatów” – z likwidacją ostatniego imperium kolonialnego i wyzwoleniem ostatniej wielkiej kolonii białego człowieka w Azji. Ze zmyciem z nawiązką NAJWIĘKSZEGO upokorzenia „wieku hańby” – jakim było zabranie tych 1,6 mln km2 tzw. Konwencją/Traktatem Pekińskim 1860. No – ale żeby tego dokonać – Chiny muszą uniemożliwić powstanie konkurencyjnego supermocarstwa Lizbona-Władywostok. I w tym geostrategicznym zadaniu – pozycja Polski jest nieoceniona – dosłownie. JEŻELI wreszcie zaczniemy rozmawiać pod stołem z Pekinem właśnie mówiąc wprost o naszej wadze geostrategicznej w tej sprawie – dostaniemy wszystko, by się wzmocnić i utrzymać jako suwerenny bufor – poczynając od głowic via Pakistan. Ale to wymaga nowego myślenia sterników w Warszawie – no i zdecydowanej woli do podjęcia takiej gry. Zresztą i z Białym Domem [a na pewno w Pentagonie] można i trzeba zacząć rozmawiać od strony naszej bezalternatywnej pozycji geostrategicznej. Oczywiście kończąc ze ślepą polityką służalczego wiszenia na cudzym pasku – na rzecz suwerenności i Z TEGO TYYUŁU – brania wsparcia – najlepiej od obu [balansowanych pod stołem] supermocarstw. Casus 1940 – gdy JEDNOCZESNIE Rosja stalinowska, Niemcy hitlerowskie – i UK i USA – WSPÓLNIE [mimo wrogości obu bloków] wspierali Chiny – by Japonia nie stała się na kontynencie konkurencyjnym mocarstwem [nawet supermocarstwem] – ten casus do Polski [i asertywnych rozmów pod stołem] pasuje idealnie. Na Pacyfiku USA i Chiny są w śmiertelnym zwarciu – natomiast TUTAJ na pomoście bałtycko-karpackim – OBA supermocarstwa ZGODNIE wspierają Polskę – na tym polega geostrategia – i nie jest to żaden paradoks – tylko rzecz do wdrożenia. Pod dwoma warunkami – konieczna z naszej strony twarda demonstracja, że jesteśmy gospodarzami między Bałtykiem a Karpatami, oraz pod stołem w rozmowach z danym supermocarstwem asertywny przekaz, że rozumiemy w 100% naszą wagę i geostrategiczne kluczowe położenie – z przedstawieniem listy zasobów i wszelkich aktywów , potrzebnych dla utrzymania się Polski miedzy Kremlem, a Berlinem – zaznaczając „brak robienia nam łaski” – bo działając w EGOISTYCZNYM prymarnym interesie narodowym i gardłowej [dosłownie] racji stanu danego supermocarstwa przy rozmowach z delikwentem- pod stołem. Oczywiście jest też kwestia [z pomocą Pentagonu} wyrwania Białego Domu z różowo-tęczowych obłoczków „wishful thinking” na twardą ziemię – względem śmiertelnego zagrożenia geostrategicznego dla USA płynącego z naiwnej ślepej realizacji „wspaniałej” oferty AKK . Bo Chin uświadamiać nie trzeba – Pekin wyprzedza Waszyngton w rozumieniu realu przynajmniej o kilka lat. Dlatego zresztą wygrywa – z wyprzedzeniem planując i realizując swe ruchy. Chiny są proaktywne w konsekwentnej realizacji planów – a USA reaktywne – i wiecznie spóźnione i pogubione.

      1. Dopinając kluczowy geostrategicznie temat: oczywiście od „zwrotu na Azję” Kremla w 2014 – Rosja i Chiny to „przyjaciele”. Ale tylko taktycznie [i medialnie] – i zasadniczo tylko z jednostronną korzyścią Pekinu [technologiczną, surowcową, militarną, finansową]. Tak samo Niemcy – są przyciągane przez Pekin marchewką „współpracy” handlowej, otwartego rynku itd. Z punktu widzenia Pekinu, antyamerykańskość Kremla i Berlina jest bardzo pożyteczna – zwłaszcza w roli darmowych „pożytecznych idiotów” – i kupuje Pekinowi bezcenny czas na rozwój i wzmocnienie. Strategicznie [i geostrategicznie] – mimo taktycznych zakrętów – nic się nie zmienia od 2009. Czyli długofalowo Rosja to konkurent za miedzą – do wygryzienia z Azji – a Niemcy – to długofalowo konkurent technologiczno-handlowy – czyli z obu graczami Pekin ma na pieńku. Z Rosją – ze względu na jej ambicje fundowane na sile militarnej – w sferze siły militarnej – a z Niemcami – w sferze technologiczno-handlowej. Z punktu widzenia Pekinu niebezpieczeństwo supermocarstwem Lizbona-Władywostok jest nawet większe, niż w okresie pierwszego resetu. Bo w nowym rozdaniu może się okazać, że Biały Dom pójdzie naiwnie na ofertę AKK – powstanie supermocarstwo Lizbona-Władywostok – a ponieważ w międzyczasie USA zesłabną mocno pod „wspaniałymi” rządami Bidena&Harris: WTEDY zajdzie odwrócony manewr Brzezińskiego [manewr otoczenia Chin przez USA – opisany oficjalnie w 2011 w „strategicznej Wizji” – a realizowanej od resetu w 2009] – to supermocarstwo Lizbona-Władywostok dogada się z USA przeciw Chinom. Co dla rewolucjonistów z Białego Domu będzie darem nieba – ponieważ będą mogli wykonać ucieczkę do przodu z chaosu i osłabienia, jaki zafundują Ameryce. W ideologicznym zapale i przy aplauzie mediów – ogłoszą „wspaniałe zwycięstwo połączonej demokracji Zachodu nad Chinami” – rzecz jasna w tym przekazie nie będzie zaznaczony drobiazg, że za ich „wspaniałych” rządów to USA stały się junior-partnerem supermocarstwa Lizbona-Władywostok. Dla Chin zadaniem strategicznym jest niedopuszczenie do powstania supermocarstwa Lizbona- Władywostok. To ono jest wrogiem nr 1 – i dlatego ani słowa o nim w Pekinie, w jego polityce – i w chińskich mediach – niezmiennie cały czas. Temat najważniejszy – temat omawiany wyłącznie za zamkniętymi drzwiami w Pekinie. Kluczem jest Polska rozdzielająca Berlin od Kremla. Bezalternatywnym – dlatego mamy z góry otwarte konto „bez limitu” – na środki konieczne do utrzymania się jako suwerenny gracz względem Berlina i Kremla. Nie żeby nas kochali – tylko dlatego, że nie mają innego realnego sposobu na powstrzymanie budowy supermocarstwa Lizbona-Władywostok. Zdają sobie sprawę z rosnącej determinacji Kremla – dociskanego do ściany – oraz z rosnących ambicji Berlina, które chcą stworzyć swoje mocarstwo [teraz już także militarne] – by stworzyć z Kremlem supermocarstwo – jak równy z równym. I Kreml i Berlin wyciągnęły wnioski z klęski pierwszego resetu – gdy były zbyt niezdecydowane i działały zbyt powoli „kiwając” USA na rzecz niedokończonego projektu wymarzonego wspólnego supermocarstwa. Teraz już nie popełnią tego błędu i z maksymalnym pośpiechem wykorzystają drugą szansę [czyli głupotę nowej ekipy Białego Domu] z całą determinacją i „po trupach” [zwłaszcza po trupie Polski] – przy tak korzystnym zesłabnięciu siły i sterowania USA – i przy tak groźnym wzroście Chin. Stawka gry globalnej poszła do góry – determinacja graczy też [za wyjątkiem USA – bo tam już bujają w obłokach rzeczywistości wydumanej i upajają się oczekiwanymi zwycięstwami rewolucyjnymi]. Pekin o tym wie doskonale – czas, by Polska to wykorzystała na bazie posiadanego geostrategicznego, bezalternatywnego lewara – śmiało i bez krępacji wybierając środki z otwartego „konta bez limitu”. Grzecznie – lecz śmiało artykułując świadomość swej geostrategicznej wagi pod stołem w Pekinie. W strefie zgniotu Polska będzie albo wielka – albo nie będzie jej wcale. Co oznacza, że u steru Polski nie ma racji bytu polityka na „aby, aby” czy „jakoś to będzie” czy „wystarczy nie kraść”. Trzeba dużo, dużo więcej – śmiało, zdecydowanie, długofalowo, konsekwentnie. I polegając tylko na własnym rozumie i woli. Jeżeli nie – to Polski nie będzie. A Chiny zrobią wszystko – powtarzam WSZYSTKO – by uniemożliwić supermocarstwo Lizbona-Władywostok i domino katastrofalnych konsekwencji. A jednocześnie Chiny chcą we względnym spokoju osiągnąć przewagę technologiczną nad USA – co Xi naznaczył na 2035 [a co może nastąpić wcześniej]. WTEDY – po wykonaniu skoku generacyjnego systemów RMA i uzyskaniu skutecznej całokrajowej obrony na saturacyjny atak rakietowy/hipersoniczny Rosji – Chiny będą miały całkowicie wolną rękę w Azji – i zrobią „porządek” z Rosją – wzmacniając się jej kosztem – tworząc podwójny bufor Syberia-Arktyka – i uzyskując przewagę w Strefie Seversky’ego. Z bonusem bogactw surowcowych dla gospodarki Chin [przestawionej na masową produkcję wojenną w Przemyśle 4.0 czy raczej 5.0] – i z portami-bazami Arktyki dla nowych chińskich boomerów i szturmowców 095 i 096 – których produkcję seryjną w rozbudowywanych krytych stoczniach właśnie się przygotowuje – w skali masowej [jak na te klasy okrętów]. Tak, by chińska „propozycja” abdykacji USA jako hegemona – była w zasadzie formalnością wobec dysproporcji sił i pozycji geostrategicznej. Jest jednak pewne „tylko” w planach Pekinu – nie może powstać supermocarstwo Lizbona-Władywostok. Bez względu na koszty – jakie musi ponieść Pekin.

        1. Mam pytanie odnośnie interesu Chin, w zapobieżeniu powstania paktu Berlin – Moskwa ( Lizbona – Władywostok – taki pakt Ribentropp – Mołotow II ).
          Skoro Chiny mają w tym interes, to nie wchodząc na obszar NATO mogły wesprzeć Ukrainę i Białoruś, nawet zrobić jakieś manewry na szceblu kilku dywizji.
          Wówczas Rosja by nie pisnęła, bo to przecież sojusznik,a NATO nie byłoby nic do tego, bo Białoruś i Ukraina nie są w NATO. Niczego takiego jednak nie widać.
          Czy powodem tego jest to, iż Chiny uważają, że gdyby zbyt szybko skonfliktowały się z Rosją, to w naturalny sposób spowodowałoby szybsze wejście Rosji w sojusz z USA? I dlatego nie stanęły po stronie Ukrainy i Białorusi?
          Skoro to wspólny interes USA i Chin, a przy okazji działanie przyspieszające przejście Rosji na stronę Anglosasów, to dlaczego nie widać żadnych ruchów ze strony USA, by nakłonić Chiny, do powstrzymania w ten sposób Rosji?
          Natomiast, gdyby Chinom zależało na wzmocnieniu siły Polski to skoro nie może faworyzować Polski, jako państwa na ich rynku, bo i tak większość przemysłu w Polsce należy do Niemiec i Francji, to nie powinny dopuścić naszego państwowego przemysłu do swojego rynku?
          Zostaje zbrojeniówka, energetyka, górnictwo, produkcja autobusów, tramwajów, specjalistycznych wagonów kolejowych, nawozów, produktów chemicznych, kosmetyków, PZU, PKO BP – te polskie zakłady mogłyby zostać dopuszczone do chińskiego rynku na preferencyjnych zasadach, bo to byłaby decyzja Chin i KE nie miałaby w tej sprawie nic do powiedzenia.
          To wymagałoby wizyt w Chinach naszych urzędników i pzedstawicieli panstwowego biznesu i w chwili obecnej taka wizyta z pewnością byłaby też lewarem wskazującym na możliwości dywersyfikacji rynku zbytu w stosunku do Niemiec.

          1. Panie Krzysztofie – przepraszam. Znowu jestem wywołany do tablicy – widocznie nie wyjaśniłem dostatecznie do końca….: – @Legion XX – Co do Białorusi i Ukrainy: Chiny śmiertelnie boją się „wpadki wizerunkowej”, jakiegoś upokorzenia, plamy na świetlanej wizerunkowej drodze do niepowstrzymanej potęgi globalnej Nie zaryzykują w świetle reflektorów swego wizerunku wzrastającego przyszłego hegemona. No i takie działanie a la „kilka dywizji ćwiczących na Białorusi czy Ukrainie” – [pomijając logistykę i „otoczkę” wykonawczą] – o! to na pewno by nie „przeszło” ani w Rosji ani na Zachodzie. Chyba nic tak by nie wystraszyło Europy, jak kilka dywizji chińskich na Ukrainie czy Białorusi. Reakcja [w tym reakcja opinii publicznej – dająca sternikom „wolne pole” dla zupełnie nowego otwarcia – byłaby nieprzewidywalna – paradoksalnie [ale tylko pozornie] – w skrajnym przypadku mogłaby scalić USA-Europę-Rosję wg pierwotnej Strategicznej Wizji Brzezińskiego, realizowanej od 2009. Dlatego Chiny niezwykle ostrożnie ukazują swoją militarną obecność w regionie – a to jakaś kompania ćwiczy na Białorusi, a to wspólne ćwiczenia morskie na Bałtyku z Rosją [ale – co ciekawe – z zaproszeniem…Polski]. a to jakieś wspólne ćwiczenia w Niemczech – też na poziomie użytej kompanii – jako „ćwiczenia pomocy w katastrofie humanitarnej”. No i Ukraina ani Białoruś to nie jest Polska – kluczowy bufor na przesmyku bałtycko-karpackim. Białoruś i Ukraina to „tylko” [i aż] osłonowe strefy przyległe do tego kluczowego przesmyku lądowego. Pekin bez wahania i bez oglądania się na koszty pomoże Polsce na wystarczającą skalę – do suwerennego utrzymania się jako bufora niezależnego od Berlina i Kremla. Ale – POD STOŁEM. Białoruś i Ukraina wg przyjętego konsensusu Pekinu z Kremlem – to „oficjalnie” strefa rosyjska [poza NATO – poza UE]. Zupełnie odwrotnie Polska. Pekin nie będzie się rozpraszał na przegraną sprawę z Białorusią [bo wszelkie działania Pekinu miały i mają tylko odwlec nieuchronny pełny anschluss – dając nam czas] . Pekin nie będzie też bez sensu wchodził na Ukrainę – gdzie już rękę trzyma Wuj Sam. Wuj Sam pilnuje Ukrainy i osłabia Rosję – więc po co tam Chiny z dywizjami? By dać pretekst Kremlowi [ze wsparciem, wręcz żądaniem społeczeństwa Rosji] do obrotu na USA? By wystraszyć UE? A może, by wejść w niepotrzebny, rozpraszający konflikt z USA na terenie Ukrainy? Wojna nie jest celem Pekinu – który potrzebuje pokoju i czasu do restrukturyzacji wewnętrznej [wg wizerunku na świecie – Chin jako państwa pokojowego] – i czasu do wygranej w wyścigu technologicznym. Sytuacja i waga Polski jest w optyce Pekinu zupełnie SKRAJNIE inna, niż Białorusi czy Ukrainy. Dopiero zagrożenie anschlussem Polski to próg wyzwalający zdecydowaną reakcję Pekinu – ale i tak POD STOŁEM. To trzeba rozumieć – bo [pomijając na pewno asertywne rozmowy Pekinu z Kremlem pod stołem] oficjalnie Pekin by się ograniczył tylko do noty protestacyjnej ze stwierdzeniem, że problemy należy rozwiązywać dyplomatycznie w rozmowach, a nie siłowo. W sumie kluczem jest lewar geostrategiczny decydującego bufora uniemożliwiającego powstanie supermocarstwa Lizbona-Władywostok – a nie sprawy ekonomiczne czy nawet logistyczne a la Nowy Jedwabny Szlak. I nie pomoc oficjalna w świetle reflektorów – a wyłącznie pod stołem. Załóżmy, że nierozgarnięty Biały Dom zgodzi się skrajnie naiwnie na ofertę AKK, Polska zacznie być sekowana, a Berlin zbuduje w dużym stopniu supermocarstwo IV Rzeszy Paneuropejskiej. Czy to koniec Polski? Nie – wtedy na pewno na 100% – i to w trybie ekspresowym, otrzymamy pod stołem wszelkie aktywa potrzebne do utrzymania się suwerennej Polski. Oczywiście warto zwrócić się do Pekinu pod stołem WCZEŚNIEJ – a nie dopiero, jak sytuacja staje się gardłowa… Tak czy inaczej – trzeba „tylko” świadomie pod stołem „bez owijania w bawełnę” porozumieć się na gruncie geostrategii [i tylko geostrategii] z Pekinem. Ale musimy wreszcie zrozumieć naszą sytuację GEOSTRATEGICZNIE – i w planie gry możliwych układów supermocarstw istniejących – i tego możliwego konkurenta. Tylko geostrategicznie – i tylko w planie układów supermocarstw i budowy supermocarstw jesteśmy ważni – jako styk Rimlandu i Heartlandu Eurazji. Jesteśmy nie tyle „osią” – ile raczej „przełącznikiem” do różnych dróg dla istniejących i potencjalnych supermocarstw. Waga Polski – ta „handlowo-ekonomiczno-logistyczna” [nie mówiąc o „przyjaźni” czy „wartościach”] – jest drugorzędna, wręcz niemal pomijalna wobec wagi geostrategicznego „przełącznika” jakim jesteśmy – tamte sprawy jako zupełnie podrzędne [a więc „podprogowe”] w planie strategicznym – w praktyce nie wywołają żadnej reakcji Pekinu. Co jest też i plusem – bo jak powiemy -„potrzebujemy się wzmocnić, by się utrzymać – dajcie nam koncesje, rynek, preferencyjne zasady handlu itd. – bo Niemcy nas zgniotą w UE, a USA zgłupiało” – to Pekin będzie się krzywił, ale pragmatycznie po chłodnej analizie SWOT pójdzie na to. My nie musimy walczyć z Rosją ani z Niemcami – nam wystarczy twarda obrona suwerenności naszego terytorium i państwa – i mądre wykorzystanie lewara geostrategicznego. I sygnalizacja pod stołem geostrategicznej wagi tego terytorium. Proszę od razu nie mylić tego z bierną postawą reaktywną – gdy np. proponuję budowę całokrajowej A2/AD Traczy I Miecza Polski – to ów precyzyjny „miecz” winien mieć zasięg daleko za Ural – by maksymalnie rozproszyć obronę Rosji [najlepiej kosztem „parasola” prak/plot A2/AD Kaliningradu i przyszłego A2/AD na Białorusi]. Nie chodzi o wojowanie, tylko o taki potencjał i tak wysoko podniesioną poprzeczkę koszt/efekt [wliczając głowice asymetrycznego odstraszania] – oraz o taką sygnalizację strategiczną naszego potencjału i determinacji – by Rosja zaniechała agresji w fazie planowania. Zaś co do Niemiec i ich imperialnego planu – czyli w naszym przypadku działań przełożonych na „karne” zduszenie ekonomicznie i finansowe Polski – tu też remedium są Chiny – [paradoksalnie – przez odpowiednie wykorzystanie CAI przez Pekin] – tyle, że oficjalnie – przez [de facto] handel preferencyjny i rynek otwarty dla Polski. I ewentualnie przez transfery finansowe – w razie problemów z uderzeniami finansowymi w Polskę – dla zachowania „płynności finansowej” państwa. Nie jako kredyty – tylko jako KONIECZNY KOSZT scedowany na Pekin – ICH WŁASNEJ polityki [zderzenia ich działań taktycznych z działaniem na planie strategicznym] – czyli z jednej strony taktycznego odciągania Europy od USA – z drugiej w skutkach tej taktyki – polityka budująca przez to mocarstwo niemieckie – czyli opcję śmiertelnego zagrożenia supermocarstwem Lizbona-Władywostok – w planie strategicznym. I tak wyjdzie to Pekinowi dużo taniej, niż wojna – łaski nam nie robią – płacą własne rachunki własnych działań – w tym taktycznego ściągania niemieckich piorunów na naszą głowę. To trzeba wiedzieć, rozumieć do końca – i komunikować rzeczowo pod stołem. Chłodno, spokojnie, racjonalnie – i nie uginając się ani o włos. Bo Pekin na pewno by chciał „optymalizując” zmniejszyć koszty swojej polityki i przerzucić je na nas [jak to robi USA – a my się „dajemy” jak małe dzieci].. Musimy bardzo grzecznie odpowiadać, że jesteśmy zbyt małym państwem, zagrożenia są wielkie i wzrastające, musimy mieć jak największy zapas siły – a bycie bezpiecznikiem i przełącznikiem najważniejszego strategicznego globalnego interesu Chin [co Kreml i Berlin szybko „wyczują”] – musi mocarne i bogate Chiny kosztować. Szczególnie tak daleko od Chin – w obcej strefie ekonomicznej i militarnej. Kij Pekinu wobec Polski to samobójstwo geostrategiczne Chin na własne życzenie – Pekinowi pozostaje jedynie marchewka. Z musu. Żeby komuś się nie pomyliło z „przyjaźnią” i takie tam…

          2. @Georealista
            Pytanie do wpisu z 17 stycznia, 2021 o 9:31 pm

            Jaką gwarancję miały by mieć Chiny, że tak wzmocniona Polska (będąca już w stanie wytrzymać napór zarówno Rosji jak i Niemiec) nie wpadnie na pomysł, aby jednak zostać współzałożycielem mocarstwa Lizbona-Władywostok, ale teraz już na swoich warunkach?

          3. @PawełW – bardzo dobre pytanie. Polska z chińskim wsparciem technologicznym buduje A2/AD Tarczę i Miecz Polski i dostaje głowice – czy opłaca jej się obrót na tworzenie supermocarstwa od Lizbony do Władywostoku? Czyli wrogość reszty regionu – oraz Chin i Waszyngtonu? Jeżeli staniemy się sercem osobnego regionu Flanki – Rosja nie zrobi z nas „atomowej pustyni” – bo [pomijając katastrofalną dla Kremla reakcję świata] tym sposobem…sama by stworzyła bufor wobec Berlina – tylko ze radioaktywny. Natomiast polska [czyli styk Rimlandu i Heartlandu Eurazji] to 100% cel nr 1 do rozbicia supermocarstwa Lizbona-Władywostok. Przez atomowe uderzenia i Chin i USA. Bo w sytuacji powstania supermocrstwa Lizbona-Władywostok – to Pekin pierwszy by wyciągnął rekę do zszokowanego Waszyngtonu. przeciw wspólnemu wrogowi [choćby proponując USA bycie numerem 2 w miejsce kollapsu]…nie takie rzeczy działy się w historii. Zresztą – przystępujemy do supermocarstwa Lizbona-Władywostok – i Berlin i Paryż ze wszystkich sił wspierają i inwestują w Rosję – i realizują koncepcję ronda – dając pewne bonusy wrogim nam sąsiadom na północy i południu. Inny scenariusz: Polska tworzy dość suwerenny blok Flanki – razem kolektywnie stajemy się bramą dla Chin do Europy – możemy wreszcie odwrócić dualizm na Łabie. Czy Waszyngton – który nie ma sił dociskać w Europie Rosję [ani środków na wsparcie Trójmorza/Międzymorza] – będzie protestował i robił wstręty? Raczej nie…Czy Pekin – który sam założył 16+1 – będzie protestował i dokuczał? Tez chyba nie…
            Dla obu graczy taki podział Europy jest bez porównania lepszy – niż tylko niemiecka Europa. No i co do Rosji – Kreml liczy, ze któreś z supermocarstw się złamie i pójdzie na partnerski deal przeciw drugiemu – dając Rosji światowe koncesje i udziały. Pekin chce zhołdowania i połknięcia Rosji [przynajmniej Syberii i Arktyki] – zaś Waszyngton idzie na przetrzymanie Kremla – by ten ze strachu przed coraz mocarniejszym smokiem – sam przyczołgał się na kolanach prosząc o deal – na warunkach Waszyngtonu. Oba supermocarstwa potrzebują do tej gry silnej Flanki z silną Polską w centrum – by do swoich oczekiwanych celów – dociskać Rosję… I nam – i obu supermocartswom – taki układ najbardziej pasuje. A nam – nie tylko daje przetrwanie – ale i rozwój i liderowanie w regionie – i odwrócenie dualizmu na Łabie. Bo postęp technologii tak czy inaczej sprawi – że nawet przegrane Chiny [i Indie – i ASEAN] pewnie zrobią superszybkie koleje i hyperloop do Europy – a najtaniej i najkrócej – przez Polskę. Oczywiście to plan długofalowy – po chaosie i konfrontacji – ale w sumie w takim układzie pewny. A tylko plany długofalowe stanowią o długim trwaniu – i rozwoju.

  8. Panie Krzysztofie – bardzo Pana przepraszam – ale ten temat TRZEBA dokończyć. Gdybym miał najkrócej określić możliwe wsparcie Chin KONIECZNE dla utrzymania się Polski – wsparcie, jakie winniśmy mieć z góry przemyślane – i sprecyzowane – z gotową listą jako załącznikiem do rozmów pod stołem – by tę listę [z merytorycznym profesjonalnym uzasadnieniem „co-jak-i po co?”] bez skrępowania na chłodno i w pragmatycznej rozmowie przedstawić i uzasadnić poufnie w Pekinie – na pewno byłyby to: – głowice asymetrycznego odstraszania, technologie AI, technologie komputerów kubitowych, bezpiecznej łączności natychmiastowej na splataniu kwantowym, laserów/emiterów wiązek skierowanych dużej mocy. JASNE, że nie dostaniemy najnowszej generacji [raczej technologicznie będzie to „zastrzyk” sporo w tyle WZGLĘDEM najnowszego poziomu Chin] – ale ten pakiet wsparcia [czy chcą – czy nie] i tak będzie musiał być przez sam Pekin skalkulowany i przygotowany dla Polski pod wyraźne REALNE WZGLĘDNE zdeklasowanie techniczno-jakościowe Rosji przez Polskę. A Rosja [za wyjątkiem głowic] w tych ww systemach high-tech nie błyszczy – de facto zasadniczo odcina podliftowane technologiczne kupony posowieckie. Dlatego taki transfer technologii chińskich do Polski jest i możliwy [i DOPUSZCZALNY z punktu widzenia gardłowych interesów Pekinu] – i sensowny geostrategicznie [gwarantujący utrzymanie się Polski jako suwerennego bufora – i wykonalny od strony organizacyjnej. Z niezbędną „maskirowką” stopniowego [stopniowego, częściowego i kontrolowanego] ujawniania własnego potencjału – przy okazji demonstracji sygnałów strategicznych do Kremla – w postaci legendy np. „sukcesów polskich” – np. Sieci Łukasiewicz – przypisywanych współpracy z ESA, NASA, koncernami zachodnimi, zachodnimi ośrodkami akademickimi/B+R. I w świetle osiągnięć naszych speców od IT, robotyki itd – nie będzie to wyglądało nawet podejrzanie – przy dobrym „sprzedaniu” i „timingu”…i przy wcześniejszej mobilizacji nowego kursu Polski. Co do spraw zassania innych technologii i zbudowania suwerenności gwarantowanej zbrojnie i z rdzeniem pełnych łańcuchów wartości produktów high-tech, te możemy pozyskać i rozwijać z Koreą Płd, Japonią, koncernami europejskimi, z Izraelem pod stołem [najlepiej izolując w negocjacjach poszczególne firmy]. W pakiecie chińskim nie wymieniam 5G/6G – bo tu widzę konieczność oparcia się [z pełną strategiczną poufnością zabezpieczenia naszej tajemnicy wojskowej – minimum dla budowy strategicznego polskiego C5ISR/WRE i dla cyberwojny – liczonej na razie „tradycyjnie” w milisekundach] – na łączności natychmiastowej na splątaniu kwantowym. Ta ostatnia technologia już przeszło na skalę komercyjną do „cywila” w Chinach – polecam https://forsal.pl/lifestyle/technologie/artykuly/8064372,w-chinach-powstala-najwieksza-kwantowa-siec-komunikacyjna-informacji-biegnacych-przez-te-lacza-nie-da-sie-przechwycic.html – co oznacza, że chińska armia ma już opanowaną i wdrożoną następną generację. Wracając do „maskirowki” technologicznego rozwoju – nic nowego pod słońcem – np. pod szyldem cywilnym Niemcy [Republika Weimarska] rozwijali swój przemysł lotniczy i ROZWÓJ TECHNOLOGII w Szwajcarii, Szwecji, ba – w Rosji stalinowskiej. W ten sposób zabezpieczając rozwój klucza – czyli technologii – jakże łatwej do militaryzacji. Pierwsze nowoczesne średnie bombowce III Rzeszy – Do-17 i He-111 – były wprowadzane jako zbudowane rzekomo do potrzeb na…szybkie cywilne samoloty pocztowe… Kończąc ten ultraważny temat wsparcia Chin dla utrzymania się Polski jako geostrategicznego bufora-bezpiecznika: myślę, że popełniamy błąd, przyjmując, że Chiny chcą się stać hegemonem na wzór USA [jako militarnym władcą przepływów strategicznych, szefem instytucji międzynarodowych, ustanowieniem nowego Bretton Woods]. Bycie hegemonem oznacza koszty transakcyjne utrzymania systemu, który się zbudowało. Tymczasem Chiny do tych kosztów ani się nie kwapią. Model amerykański oznaczał propagowanie amerykańskiego „stylu życia” jako wzorca cywilizacyjno-kulturowego [głównie konsumpcyjnego z otoczką tzw. „szerzenia wolnego rynku i demokracji liberalnej”], czyli był to model, którzy inni chcieli [a przynajmniej powinni chcieć] naśladować, wręcz kopiować. Tymczasem cywilizacja chińska jest tylko dla Chin – co dość zgodnie podkreśla i sam Pekin – i inni gracze. Oczywiście od Davos 2017 Chiny „wskoczyły w buty” USA jako lider globalizacji. Ale to moim zdaniem nie jest cel – tylko tymczasowy środek dla realizacji koniecznych etapów wzmacniania się, budowania koniecznej koalicji „zainteresowanych globalizacją” – środek powstrzymujący budowę antychińskiej koalicji – więcej: [in plus] pozwalający na budowę własnej „sfery poparcia” [sfery ekonomicznej – co owocuje w CAI i RCEP]. Docelowo – po wielkim chaosie i konfrontacji – czyli realnie raczej tak po 2050+…. – Chiny zamierzają być hegemonem nie przez narzucony instytucjonalnie ład konstruktywistyczny – ale przez „zwykłe” bycie pierwsza fabryką i eksporterem świata i absolutnym liderem technologii – no i siły wojskowej. Zapewne przejmą brytyjski „two power standard” [może nawet dla bezpieczeństwa będą się kierowały zasadą „three/four/five power standard” – ale zasada będzie liczoną właśnie we wszystkich tych kluczowych wskaźnikach cywilno-wojskowych]. Czyli nie zamierzają popełniać błędu – jaki zrobiły USA po 1945 [gdy WTEDY USA dawało ponad 50% światowego PKB i miało przodujące, najnowocześniejsze technologicznie i najsilniejsze „aktywa realne” w ręku] – które to USA zeszły [w procesie chciwego SAMOOSZUKIWANIA i „chodzenia na łatwiznę/na skróty”] ze ścieżki realnego rozwoju, produkcji, technologii – i które na końcu tej złej drogi stają się zasadniczo „słoniem na cienkim lodzie” – czyli wirtualną wydmuszką finansową Wall Street. Chiny jako globalny hegemon – moim zdaniem nie będą się wiązały ani długofalowymi sojuszami, ani „trwałymi” instytucjami, ani byciem „żandarmem świata”, ani nie będą marnowały sił na narzucanie jakiegoś ładu konstruktywistycznego. Będą po prostu osobną cywilizacją – dokładnie od tysiącleci tradycyjnie pojmowanym najsilniejszym Państwem Środka – z podrzędną resztą świata wg koncepcji Wallersteina. A hegemonia Chin będzie REALNA – przez pilnowanie jak oka w głowie , by chiński PKB [czy inny wskaźnik REALNEJ siły] ZAWSZE był ODPOWIEDNO BEZPIECZNIE ponad 50%, by Chiny były zawsze absolutnym liderem technologicznym znacznie wyprzedzającym „resztę peletonu”. Czyli twarde chodzenie po ziemi i działanie wg realnie dysponowanych twardych zasobów jako lewarów twardej polityki – plus unowocześniony Konfucjusz – plus unowocześniony, zawsze czujny Sun Tzy. Jest to realne – ponieważ odwieczne przekleństwo Chin, które powodowało
    cykliczne rozpady imperium – czyli regionalizacja i słabość ośrodka centralnego [„góry wysokie – cesarz daleko”] – zostało trwale przełamane dzięki technologiom transportu/telekomunikacji/kontroli. Oby nie „przedobrzyli” w druga stronę – bo tak łatwo [i będzie coraz łatwiej] o świat totalnej inwigilacji – docelowo nawet „prywatnego” myślenia. Już dawno technologicznie przeskoczyliśmy „1984” Orwell’a….a AI niespodziewanie staje się kandydatem idealnym [i zawsze wiernym] do złamania [czy raczej ominięcia] „odwiecznego” [rzymskiego] dylematu, który zwykle w końcu wykolejał daną władzę – czyli: „a kto będzie kontrolował kontrolujących?”. AI – bez moralności – to idealna oprycznina – czyli: 'wykonamy każdy rozkaz – bez chwili zawahania”…

  9. Proszę zrozumieć – teraz Niemcy i Rosja to mocarstwa – ale nie globalne supermocarstwa. Co oznacza, że w planie długofalowym – musimy grać i wybrać ostatecznie między USA, a Chinami. A dokładniej – obrócić się na zwycięzcę. W supermocarstwie Lizbona-Władywostok – tak jak teraz w UE – bylibyśmy „tępionym” graczem – ekonomicznie i finnasowo przez Berlin, z militarnym pressingiem przez Rosję – a politycznie – tępionym przez obu. W utrzymaniu się Polski jako samodzielnego gracza – w opozycji do Kremla i Berlina, zainteresowany jest Pekin i jest [był? – póki nie zgłupiał] Waszyngton [a na pewno trzeźwy Pentagon]. Przypomnę nasze położenie w strefie zgniotu – stąd wynika „Polska będzie albo wielka – albo nie będzie jej wcale”. Czyli w ostatecznym rozrachunku – wobec globalnego chaosu i konfrontacji – będzie „All or nothing” – bez stanów pośrednich. Dlatego musimy się maksymalnie zmobilizować, ZAINWESTOWAĆ W PRZYSZŁOŚĆ, musimy mieć w strefie zgniotu remedium na ten zgniatający nacisk – czyli całokrajową saturacyjną A2/AD Tarczę i Miecz Polski – musimy mieć głowice asymetrycznego odstraszania – i musimy wzmacniać się sojuszem w regionie szerokiej Flanki. Decyduje siła – czyli najpierw nasza siła, potem [dzięki zbudowaniu własnej siły – przystąpieniu jako poważny gracz do koalicji Flanki] – liczy się siła koalicji Flanki, a w tle siła USA [i pod stołem – pośrednio – Chin]. Nasza strategia przetrwania to wykorzystanie wspólnego, identycznego interesu geostrategicznego Chin i USA – by Polska jako bufor stykowy Rimlandu i Heartlansdu – nie dopuściła do powstania supermocarstwa Lizbona-Władywostok. Zbudowanie własnej siły to podstawa wejścia do sojuszu regionalnego. A sojusz regionalny [i osobna strefa gospodarcza] wzmocni nas na tyle – by coraz bardziej balansować oba supermocarstwa – by finalnie możliwie „bezboleśnie” obrócić się na zwycięzcę. Co jest również w interesie reszty graczy Flanki – wiec nie będzie rozjazdu interesów i woli. Zaś zbudowanie własnej siły to priorytetowo edukacja protechnologiczna, rozwijanie B+R, produkcji „high-tech”, maksymalne zasysanie technologii i jej rozwój – zwłaszcza odcinając rozwojowe kupony w technice wojskowe, budowanie pełnych suwerennych łańcuchów wartości produktów i usług wysoko przetworzonych, wykorzystanie Skarbca Suwalskiego i maksymalnie geotermii HTR. I maksymalna współpraca z Flanką – i w świecie z dostawcami technologii [Korea, Japonia, koncerny europejskie i izraelskie – z tymi ostatnimi – pod stołem]. Gdy obrócimy się z Flanką na zwycięzcę globalnego – to dzięki położeniu w strefie peryferyjnej do głównej konfrontacji – i dzięki stabilizacji i małym stratom z tytułu siły Wschodniej Flanki [siły wystarczającej dla odstraszenia/skutecznego przeciwstawienia się Rosji – i Niemcom – bo i tego nie wykluczam] – to będziemy w takim regionalnym sojuszu poważnym graczem [koalicyjnym] – nawet dla zwycięzcy. Tak z grubsza w planie strategicznym [z lewarem geostrategicznym] widzę optymalna drogę na przyszłe umowne 30+ lat dla Polski i regionu. Jako najbezpieczniejszą ścieżkę na przetrwanie – i na rozwój w nowym świecie. Myślenie elit decyzyjnych Kremla i Berlina jest utrwalone i zasadniczo niezmienne – nie przewiduje Polski jako gracza, ani profitów dla Polski. Wręcz odwrotnie – rozumienie swoich „going concern” obu stolic względem Polski – zasadniczo przewiduje wzmocnienie się kosztem Polski – i dogadanie współpracy nad jej trupem. Niestety – to jest podejście strategiczne utrwalone w obu stolicach przynajmniej od Wojny Północnej – a właściwie od Potopu Szwedzkiego – i pierwszej próby rozbioru Polski [gdy elektor brandenburski uniezależnił Prusy]. Nic, absolutnie nic nie wskazuje na jakakolwiek zmianę tej strategii. Tak to wygląda w real-politik, a geostrategia tylko potwierdza, że pomost bałtycko-karpacki to łakomy kąsek dla naszych sąsiadów..

    1. Nie widzę Polski jako kluczowego regionu dla Chin. Co innego gdybyśmy byli regionalnym mocarstwem, bez wiedzy i akceptacji którego, nic nie może wydarzyć się w regionie. Ponieważ tak nie jest, Chiny ułożą swoją relacje z dominującym partnerem, aby ich interesy były obsługiwane.
      Zadajmy sobie pytanie co łączy niemiecką UE, Rosję i Chiny? Otóż moim zdaniem chęć wyparcia USA z Europy. Dopóki Amerykanie mają moc sprawczą, może dojść do różnych koalicji. Amerykanie są więc tym elementem, który nikomu nie pozwala czuć się komfortowo. A kto bezwzględnie, jednostronnie i bezrefleksyjnie zgodził się reprezentować w Europie interesy USA? Chyba niezbyt trudne.
      Tak więc Chiny nie mają interesu jakiegoś szczególnego popierania regionu. Są tu, rozpatrują rożne opcje bo działają wielotorowo aby w razie zatkania się jakiegoś kanału, pozostałe były drożne.
      Porozumienie Niemcy-Rosja-Chiny zdecydowanie byłoby możliwe. Niemcy uzyskaliby rynki zbytu i zagłębie surowcowe, Chiny konsekwentnie wspierałyby rozwój Syberii tak, aby dawała im profity bez potrzeby jej zajmowania, jednocześnie uzależniając gospodarczo Niemcy od swojego rynku wewnętrznego. A Rosja zdolna do kontroli swojej przestrzeni i obsługująca surowcowo obie strony mogłaby przetrwać a nawet się wzbogacić. Mógłby powstać wspólny rynek w Eurazji z centrum finansowym w Pekinie. Jestem w stanie łatwiej wyobrazić sobie taki rozwój wydarzeń niż powstanie spójnego imperium Lizbona-Władywostok z jednolitym przywództwem, rzucającego wyzwanie Chinom i dążącego do podporządkowania sobie Pekinu. Jaki ośrodek władzy mógłby tego dokonać?

      1. Oczywiście, że bez odzyskania samosterowności i prowadzenia własnej suwerennej polityki – nie jesteśmy graczem – nie tylko dla Chin, ale w ogóle – dla nikogo. Suwerenność, samosterowność – to warunek sine qua non wszelkich rozmów – by być graczem przy stole [lub pod stołem]. Podpisanie traktatu Chiny-Polska 20 grudnia 2011 i zaliczenie Polski do jednego z 7 państw na świecie o znaczeniu strategicznym dla Polski, w 2012 narady sztabowe polskiej i chińskiej generalicji, w 2012 ogłoszenie 16+1 w Warszawie z domyślnym regionalnym przywództwem Polski po stronie Europy [tej 16-tki], dopięcie „projekcji wpływu” ogłoszeniem w Astanie Pasa i Szlaku w 2013 – to były zasadniczo ruchy coraz silniejszej sygnalizacji strategicznej, dokładniej – geostrategicznej. W 2016 zmarnowaliśmy tę ścieżkę – wystarczyło jedno tupnięcie ambasadora USA po wizycie Dudy w Chinach. Ale układ geostrategiczny i przyczyna wsparcia Chin dla Polski [i zapewne zastępczego załatwiania per procura na Kremlu pod stołem 99% „naszej” polityki wobec Rosji] – tu nic się nie zmieniło. Dalej mamy 100% otwarte konto w Pekinie na wsparcie Polski jako suwerennego bufora – jak TRZEBA – bez limitów. No, ale jest JEDEN ZASADNICZY warunek absolutnie konieczny – odzyskanie samosterowności i udowodnienie własnego suwerennego kursu. Co w tej chwili jest jakby na „skrajnym minusie” – właściwie wszystko trzeba odwrócić w Warszawie o 180 stopni. Dla Kremla układ z Berlinem [początkowo partnerski i ekonomiczno-technologiczny] to korzyść – bo w ostateczności zagarnie wszystko – i [pozornie paradoksalnie] w docelowym etapie [po wzmocnieniu się technologicznie – i po zdławieniu/zneutralizowaniu z Berlinem Flanki – w tym Polski] w nowej narracji wystąpi w odpowiednim momencie [czyli narastania buntu w UE pod dominacją niemiecką] np. [w świeżo zmodyfikowanym scenariuszu – do oferty AKK] np. w błękitnych hełmach „mirotworców” jako „wyzwoliciel narodów spod jarzma IV Rzeszy Paneuropejskiej zaprzedanej USA” – znów pozornie paradoksalnie jako ikona „nosiciela wartości” i dla prawicowych konserwatystów – i dla lewicowych aktywistów, łaknących „walki z faszystami”. Obrócenie narracji w odpowiednim momencie – i jednoczesne uprzednie przygotowanie wulkanu niezadowolenia wobec Berlina – na pewno jest na stole w planach ewentualnościowych. Dlaczego? Bo to maksymalna pula wygranej dla Kremla – przy minimalnych kosztach – decyduje kalkulacja koszt/efekt. Układ Kremla z Pekinem i Berlinem zmienia wszystko – na niekorzyść Kremla – który będzie w tym układzie zdominowany ekonomicznie i finansowo i technologicznie – jako przyszły tort do podziału między Pekin i berlin, gdy Rosja zesłabnie militarnie [generacyjny skok RMA] ca w połowie lat 30-tych. Ten układ absolutnie nie opłaca się Kremlowi – który przecież wg tej narracji „współpracy” i „korzyści” winien pierwszy napierać na zbudowanie wielkiego korytarza komunikacyjnego szybkich kolei z Chin do Leny, tam wielkiego portu rzecznego i hubu przeładunkowego, spławiania Leną, wielkiego portu morskiego i hubu przeładunkowego na statki Arktycznego Jedwabnego Szlaku. Tymczasem od 2014 Kreml wije się jak piskorz i „udaje głuchego” na te propozycje Pekinu. Kreml doskonale zdaje sobie sprawę, że w tym triumwiracie będzie pariasem skazanym na marginalizację i wchłonięcie – przez Pekin i częściowo Berlin. Zupełnie inne pole działania i zupełnie inna perspektywa docelowa [strategiczna – długofalowa] dla Kremla jest przy sojuszu z Berlinem, a zupełnie co innego – właściwie pod każdym względem in minus – w triumwiracie z Pekinem i Berlinem. Oczywiście – w tym i drugim scenariuszu zakładam, że najpierw Berlin buduje mocarstwo z UE [wg oferty AKK]. Proszę zauważyć – po zbudowaniu mocarstwa europejskiego [takiego Nowego Nieświętego Cesarstwa Berlińskiego Wyimaginowanego Narodu Pseudo-europejskiego] będzie przynajmniej kilku graczy niezadowolonych – na czele z Paryżem. Którzy pierwsi pod stołem się dogadają i zapewne razem [pod stołem] sami namówią Kreml na „działania oswobodzicielskie” – z deklaracja „biletu prawnego” dla tych działań. Co oznacza dla Kremla, że Berlin, który w ramach budowania swego mocarstwa zmarginalizuje „krnąbrną” Flankę [z Polską i Mitteleuropa na czele] – sam właściwie otworzy drogę „wyzwolicielom” – i to niedługo po traktacie zakładającym supermocarstwo Lizbona-Władywostok [pod szyldem „Nowej Unii Euroazjatyckiej” – bo tak Berlin z Kremlem sprzedają to supermocarstwo po Deauville 2010]. Natomiast w triumwiracie z Pekinem i Berlinem – Kreml od razu jest „zagipsowany” jako ubogi krewny – i skazany na zwiędnięcie jako de facto wyzyskiwana kolonia surowcowa – coraz bardziej infiltrowana przez obcy kapitał i OBCE przepływy strategiczne – i przez otwarte granice – otwarty dla ekspansji demograficznej. Sam by podpisał wyrok śmierci na imperium rosyjskie. Z docelowym „trzy klęknięcia i dziewięć pokłonów” w Pekinie. I zapewne od razu z „dobrowolnym” zwrotem 1,6 mln km2 „ziem rdzennie chińskich pod tymczasową administracją rosyjską”. Chiny od razu by zrobiły narrację „Azja dla Azjatów” i „politykę wstydu” [i to pewnie z „postępowym” Berlinem] wobec „niesprawiedliwego imperialistycznego przeżytku ostatniego białego imperializmu kolonialnego” – czyli wobec piętnowanych Rosjan – mianując się agentem interesów rdzennych mieszkańców Syberii. Tu jestem absolutnie „niewiernym Tomaszem” wobec triumwiratu Pekin-Moskwa-Berlin. Uwierzę, jak Pekin oficjalnie zrezygnuje z jakichkolwiek roszczeń do tych 1,6 mln km2 ziem zabranych w 1860 w „wieku hańby” [tylko jak Pekin odkręci cała narrację wtłaczaną od małego w szkołach od Ussuri 1969? – na temat „absolutnej konieczności dziejowej zwrotu zagrabionych ziem chińskich”?] – oraz jak zostaną zrealizowane i uruchomione wielkie inwestycje infrastrukturalne Chin [i Berlina] na Syberii. Nominalne ogłoszenie takiego supermocarstwa Triady – to jedno – natomiast jeżeli przy ogłoszeniu dalej Kreml z Pekinem nie rozwiążą problemu tych 1,6 mln km2 – [czyli obszar 45 razy większy od „zbuntowanego” Tajwanu] – i kwestia będzie dalej „wisiała” niezałatwiona – oraz jeżeli nie pójdą wielkie otwarte realizacje infrastrukturalne PRZEZ Syberię – to taki TYMCZASOWY stan rzeczy nominalnego sojuszu – pęknie nieuchronnie – zapewne Blietzkriegiem Chin – po wdrożeniu generacyjnego skoku systemów RMA [ca 2035] – gdy przegonią militarnie USA – bo WTEDY w Pekinie będą mieli wolne ręce do „uporządkowania” Azji. Jeszcze jedno – po instalacji ideologicznych ślepców w Białym Domu [Biden już zapowiada min. 90% koncentracji uwagi na sprawy wewnętrzne USA] – łatwo będzie sprzedać NAMIASTKĘ „podporządkowania się” USA nie tylko mocarstwa Berlina [wg oferty AKK] – ale także „nowej, lepszej Unii Euroazjatyckiej od Lizbony do Władywostoku”. W TAKIM układzie nastąpiłaby oficjalnie realizacja planu Wielkiej Wizji Brzezińskiego – ale FAKTYCZNIE realizacja byłaby właściwie na odwrót – bo to owo supermocarstwo euroazjatyckie by wykorzystało USA jako darmowego „pożytecznego idiotę” do koalicyjnego zduszenia ambicji i perspektyw rozwojowych Pekinu. Patrząc z drugiej strony – gdyby ci trzej umowni twórcy Triady byli równi w sile, zasobach, poziomie technologii, w tempie wzrostu – to TAK – to by się udało. Ale długofalowo mocarstwo Berlina to technologiczno-ekonomiczno-handlowy rywal Chin, a dominująca siła militarna Rosji – OBECNA – zwiędnie za kilkanaście lat – bo Rosja z braku pieniędzy i technologi, nie dokona skoku generacyjnego [wielkiej sieciocentrycznej „wszechdomeny” RMA – o zasięgu globalnym] – wiec dobrowolnie wchodząc w Triadę zgodziła by się de facto na zamrożenie i zmarnowanie swego jedynego lewara, który daje jej wpływy. Nierówności i sprzeczności strukturalne owej Triady są głębokie – i wzrastające w planie strategicznym. To rozedrze ten – nawet nominalnie ogłoszony twór – nieuchronnie jak papier.

        1. Jeśli Niemcy zostaną sojusznikiem Chin ( chociaż gospodarczo to przecież konkurenci ) to Rosja w naturalny sposób stanie się sojusznikiem USA. Pytanie, gdzie my będziemy wówczas w tym układzie? Z USA i z Rosją? Z Niemcami i z Chinami? Nie pozwolą nam na neutralność.
          Jeśli Niemcy, Rosja i Chiny wejdą w sojusz, to nie będziemy mieli nic do gadania, dopóki ten sojusz się nie posypie.
          Ciekawe, na ile w USA orientują się, co się kroi poza USA jeśli chodzi o sojusze. Po wyborach powinni tupnąć nogą na Europę, Japonię, Koreę Płd i Australię, ale czy mają jeszcze tyle siły? Że też Amerykanie nie mogą sobie wybrać na prezydenta 40-latka.

Leave a Reply

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.