Czy Chiny mają cokolwiek do zaoferowania Polsce?

W ostatnim czasie w przestrzeni publicznej na nowo wybrzmiała dyskusja na temat tego ile Polska mogłaby zyskać na współpracy z Chinami. I ile straciła, nie podejmując tej współpracy trzy lata temu.

Dyskusja dra Jacka Bartosiaka z reprezentantem Klubu Jagiellońskiego – Adrianem Broną oraz analitykiem Ośrodka Studiów Wschodnich – Jakubem Jakóbowskim moderowaną przez Andrzeja Kohuta zainspirowała mnie do próby odpowiedzi na pytanie, czego Polska oczekiwałaby od strony chińskiej by opłacało się jej wpuścić wpływy Państwa Środka nad Wisłę?

Ponieważ wbrew obiegowej opinii wydaje się, że Chińczycy niewiele mogą Polakom zaoferować. Po pierwsze dlatego, że nie chcą lub nie mogą. Po drugie polski rynek nie wykorzystałby szans stworzonych przez umowy polityczne zawarte na pułapie międzyrządowym. Bądź to z braku potencjału lub też z braku chęci.

 

Gospodarcze relacje polsko-chińskie

Powołując się na dane z bardzo ciekawego  raportu Adriana Brony warto zaznaczyć,  że – od czasu podpisania w 2011 deklaracji polsko-chińskiej o strategicznym partnerstwie  – wymiana handlowa między krajami wciąż pozostaje na bardzo niskim poziomie. W 2011 roku polski eksport do Chin stanowił zaledwie 1% całego krajowego eksportu. Do 2019 roku poziom ten wzrósł do zaledwie do 1,1%. Znacznie bardziej zyskali na tym Chińczycy ponieważ import z Państwa Środka stanowił w 2011 roku 8,7% całego polskiego importu, natomiast w 2019 roku było to już 12,3%. W liczbach bezwzględnych nasz ujemny bilans handlowy wciąż się powiększał i zeszłym roku wyniósł blisko 30 miliardów dolarów. Tak więc pod względem czysto biznesowym, Polska nie zyskała wiele mimo przystąpienia do:

  1. formatu 17+1 w 2012 roku (wówczas to był 16+1),
  2. Inicjatywy Pasa i Szlaku w 2015 roku,
  3. Azjatyckiego Banku Inwestycji Infrastrukturalnych (AIIB) w 2016 roku.

 

Mało tego, autor wyżej linkowanego raportu wskazał, że niespecjalnie na współpracy zyskali polscy rolnicy. Mimo znacznego proporcjonalnego wzrostu eksportu polskich produktów spożywczych w latach 2011-2019 (z 35 do 211 milionów dolarów) eksport ten stanowi i tak zaledwie 0,7% łącznej wartości polskiego eksportu żywności. Wynika to z wielu czynników, ale tym chyba najistotniejszym jest odległość od chińskiego rynku. Transport morski trwa długo, a lądowy jest drogi i nieopłacalny w przypadku tanich towarów wymagających znacznej ilości miejsca w kontenerach.

Raport Adriana Brony wskazał ponadto na coś, co dla zainteresowanych było wiedzą oczywistą. Chińskie inwestycje nie polegają na budowaniu zakładów produkcyjnych, a na przejmowaniu już istniejących. Cele są proste. Przejmowanie zachodnich technologii i know-how oraz ekspansja na zewnętrznych rynkach. Wykupowanie ewentualnej konkurencji często kończy się także przenoszeniem produkcji do Chin i pozostawianiem szczątkowej struktury w kraju macierzystym. Państwa UE zaczęły się przed tym bronić poprzez wprowadzanie do umów sprzedaży zakładów regulacji wymuszających utrzymanie zatrudnienia a czasem nawet produkcji na dotychczasowym poziomie. Jednak zanim tak się stało, wiele np. greckich a nawet francuskich firm padło ofiarą rzeczywistej likwidacji, przeniesienia produkcji i przejęcia firm czy dobrze sprzedającego się loga.

Nie oznacza to jednak, że z Chińczykami nie da się zrobić dobrego biznesu. Niemniej, by doprowadzić do podpisania dobrej umowy należy zdawać sobie sprawę z tego, że partner z Pekinu wykorzysta wszystkie słabości tej umowy na naszą niekorzyść. I jeśli umowa będzie słaba – to wyciśnie nas jak cytrynę. Bez żadnych sentymentów związanych z tym, że Polska jest „bramą” do Europy na drodze Nowego Jedwabnego Szlaku (a konkretnie jednej z jego nitek i to tej przechodzącej również przez Rosję).

 

Polska nieodpowiedzialnym partnerem w oczach Chin? Doświadczenia z współpracy

Istnieje narracja zgodnie z którą, Chińczycy sparzyli się na inwestycjach w Polsce w 2011 roku, kiedy to mieli zbudować polską autostradę A2. Niektórzy z komentatorów nie mogli zrozumieć, jak polski rząd mógł pozwolić, by polscy przedsiębiorcy zawyżali ceny materiałów i maszyn, które chcieli nabyć lub wynająć wykonujący kontrakt Chińczycy. Miało to w oczach władz z Pekinu pokazać, że Polska nie jest krajem poważnym ponieważ nie potrafi zdyscyplinować swoich przedsiębiorców i sektora budowlanego. Nie sposób się z tą narracją jednak zgodzić.

W mojej ocenie polskie firmy zachowały się zupełnie racjonalnie broniąc własnego rynku. Chińczycy zaoferowali dumpingowe ceny w celu wygrania przetargu przy dużym niedoszacowaniu kosztów budowy. Chcieli wykonać zlecenie korzystając z własnej taniej siły roboczej oraz tanich materiałów dostępnych na miejscu. Sukces takiego przedsięwzięcia oznaczałby wyłamanie drzwi do polskiego rynku. W krótkim czasie chińscy wykonawcy przejęliby rynek przetargów publicznych i doprowadzili rodzime polskie firmy do bankructwa. Polskie firmy narzucając wysokie ceny materiałów i ewentualnego wykonawstwa dla Chińczyków zwyczajnie broniły się przed obcą ekspansją. Gdyby nie to efektywne działanie, być może dzisiaj nie mielibyśmy już rodzimych dużych firm budowlanych ani nawet technologii do budowy podstawowej infrastruktury. Zastanówmy się dlaczego polski sektor tak zdecydowanie odpowiedział na próbę akurat chińskiej ekspansji. Przecież na nasz rynek budowlany z powodzeniem weszły firmy z zachodu – zwłaszcza niemieckie. Fakt, że z każdego jednego euro dotacji unijnej udzielanej Polsce aż ok. 85% centów wraca do Niemiec wziął się m.in. z tego to niemieckie firmy wygrywały w Polsce przetargi publiczne. Więc czemu polski rynek nie walczył tak skutecznie i zaciekle również w tym przypadku?

Różnice między firmami z zachodu i wschodu są dość istotne. Niemiecki wykonawca wykonywał zlecenie głównie lub przede wszystkim polskimi wykonawcami. Ci korzystali z mniejszych polskich podwykonawców a wszyscy zaopatrywali się w polskich hurtowniach z materiałami. Materiałami w dużej części produkowanymi na miejscu. Każdy w tym łańcuchu dostaw mógł zarobić. Nawet te 15 centrów z każdego dotacyjnego euro dawało w miarę szybkie warunki rozwoju. Podobnie jak fakt, że polskie firmy pracując pod niemieckimi wykonawcami nabywały nowe kompetencje. Uczyły się budować skomplikowanych obiektów infrastrukturalnych, co z kolei dawało w przyszłości szansę na zdolność samodzielnego wygrania przetargu publicznego.

Chińczycy mieli zupełnie inny model biznesowy. Oparty na chciwości i eksploatowaniu klienta, jeśli ten pozwalał się eksploatować. Do cna. Chińczycy nie chcieli dzielić się technologiami, a infrastrukturę zamierzali budować w jak największym stopniu własnymi – tańszymi – pracownikami. Jednak to do czego nie mieli dostępu to surowce. Ściąganie maszyn, piasku, cementu i innych surowców z Chin nie wchodziło w grę. Byłoby to zbyt drogie i czasochłonne. I dzięki tej zależności polski rynek budowlany zdołał się obronić. O co niektórzy zdaje się mają pretensje.

 

Kolonizacja gospodarcza

Jeśli sprawa budowy CPK (lotniska i kolei w Polsce) miała w wizji chińskiej wyglądać podobnie jak budowa autostrady A2, to należy się cieszyć, że Chińczycy nie otrzymali tego kontraktu. A już kuriozalnym pomysłem byłby taki, w którym polskie przedsiębiorstwa budowlane zostałyby odsunięte od intratnego kontraktu na budowę lub choćby podwykonawstwo CPK, a w zamian za to otrzymałyby propozycję stania się chińskimi podwykonawcami w Afryce… Zastanówmy się chwilę nad bilansem zysków i strat takiego ewentualnego porozumienia, gdyby wyglądało w ten sposób, że:

  1. Chińczycy otrzymaliby udział własności w strategicznej inwestycji w Polsce, która mogłaby służyć np. do przyjmowania wojskowych samolotów transportowych NATO,
  2. Chińczycy otrzymaliby dobre, niezwykle intratne kontrakty w Polsce, które wykonaliby niemal całkowicie swoimi firmami i pracownikami z Chin,
  3. W zamian Polska otrzymałaby średnio-opłacalne kredyty na inwestycję (bo chyba nie łudzimy się, że ktoś by nam coś wybudował za darmo), które po wybudowaniu CPK należałoby spłacić,
  4. Polskie firmy zostałyby z niczym na własnym rynku, ich pozycja by mocno spadła a przyszłość byłaby zagrożona, ale za to w ramach rekompensaty mogłyby przejść na znacznie gorzej płatny i opłacalny afrykański rynek i to tylko jako podwykonawcy chińskich firm.

Jeśli tak wyglądałby deal, to trudno nie oprzeć się wrażeniu że zgodzilibyśmy się dobrowolnie na chińską kolonizację polskiego sektora budowlanego. Przy okazji dając Chińczykom w praktyce dożywotnie prawo własności do części newralgicznej infrastruktury krajowej (no chyba, że postanowiliby to prawo sprzedać). Jeśli to miałoby zmienić łańcuchy dostaw w Polsce, to zmiana taka byłaby katastrofalna dla naszego rynku.

Warto w tym miejscu przypomnieć o książce Johna Perkinsa pt.: „Hitman. Wyznania ekonomisty od brudnej roboty”, gdzie autor wskazał, jak Amerykanie kolonizowali Amerykę Południową. Co zresztą było modelem dla późniejszej ekspansji Niemiec w Europie Środkowej oraz Chin na wszelkich interesujących je kierunkach (w tym w Afryce). Mechanizm uzależniania państw polega m.in. na tym, że państwo kolonizujące udziela „pomocy” w formie kredytu lub pożyczki. Przy czym warunkiem tego jest wydanie pieniędzy z niej pochodzących na budowę infrastruktury. Oczywiście kontrakty na przedmiotowe inwestycje muszą zostać wykonane przez firmy z państwa udzielającego kredytu lub pożyczki. W ten sposób pieniądze z pożyczki wracają na powrót do kraju skąd zostały wytransferowane. Powstaje oczywiście infrastruktura, ale ta w całości lub częściowo należy do firm z kraju pożyczkodawcy. Natomiast ofiara tego rodzaju pomocy musi jeszcze spłacić odsetki. Tego rodzaju metody były narzucane siłą i w sposób polityczny przez USA krajom Ameryki Środkowej i Południowej. Ten mechanizm zastosowano np. w Iraku po jego zajęciu. To dlatego polskie firmy niewiele tam zarobiły – bo polski rząd nie wyłożył kasy na odbudowę Iraku, a amerykanie nie chcieli się dzielić z Polakami własnymi dolarami.

Mając na uwadze powyższe doświadczenia innych, powinniśmy wystrzegać się dobrowolnej zgody na kolonizację – choćby początkowo miała dotyczyć tylko jednego sektora gospodarczego. I to w momencie gdy polski sektor budowlany – wraz np. z transportowym i rolniczym – stał się główną siłą napędową naszej gospodarki. Nasze firmy przez ostatnie dwie dekady rozrosły się na tyle, by walczyć na własnym polskim rynku z tymi z zachodu. Oferowanie im podwykonawstwa i to jeszcze na egzotycznym, dalekim i nisko dochodowym rynku to oczywista degradacja. Można napisać mocniej. Wykluczanie polskich firm z budowy CPK w zamian uzyskanie dla nich podwykonawstwa w Afryce to tak jakby powiedzieć: „tutaj już się dorobiliście, teraz spieprzajcie do Afryki pracować na Chińczyków”. Oczywistym jest, że nikt dobrowolnie na taki interes życia by się nie zgodził.

Rynek potrafi o siebie zadbać – bez pomocy polityków ale byleby nie przeszkadzali

Biznes sam potrafi o siebie zadbać. Przedsiębiorcy wykorzystują szanse, okazje i atuty jakimi dysponujemy lepiej niż ktokolwiek inny. Lepiej niż politycy, geopolitycy czy różnej maści naukowcy – choćby z tytułami profesora. Rolą rządów jest oczywiście otwieranie drzwi, poprzez podpisywanie umów międzynarodowych. Jednak gdy już takie istnieją (a polsko-chińskie istnieją), to biznes samodzielnie powinien decydować o tym, czy ze stworzonych warunków skorzysta czy nie. To przedstawiciele firm wiedzą lepiej jak dysponować swoimi zasobami by te przynosiły największe stopy zwrotu. A największe stopy zwrotu dla polskich firm budowlanych i eksporterów są te w Unii Europejskiej. Po pierwsze dlatego, że Polska sąsiaduje z gospodarczym sercem Europy w postaci Niemiec. To tam są największe pieniądze do wyciągnięcia. Po drugie Polska znajduje się w unii handlowej w ramach UE. Ta zniosła wszelkie cła i taryfy co pozwoliło łatwo podbić polski rynek zagranicznym koncernom, ale i ułatwia to polski eksport. Z czego skorzystał sektor transportu drogowego, który podbił unijny rynek oferując niższe ceny (co notabene spotkało się z reakcją Francji i Niemiec oraz wprowadzeniem tzw. pakietu mobilności). Po trzecie rynek Unii Europejskiej to jeden najbardziej chłonnych rynków konsumenckich na świecie. I Chiny marzyłyby o tym, by zamienić się z Polską miejscami w celu zwiększenia handlu z Europą Zachodnią. Cały chiński wysiłek infrastrukturalny nastawiony jest na to, by zbudować trwałe i bezpieczne szlaki handlowe z Chin do Europy. Hasło Nowego Jedwabnego Szlaku nie schodzi z ust polskich geopolityków. Chińczycy chcą być dokładnie tu gdzie my. Chcą mieć dostęp do bogatego rynku zbytu. Tymczasem w Polsce pojawiają się głosy, że Polskie firmy powinny zarabiać w biednej Afryce jako chińscy podwykonawcy. Zamiast budować w Polsce: mosty, wiadukty czy lotniska, mieliby zarabiać na usypywaniu dróg szutrowych pośrodku dżungli (to skrót myślowy, ale obrazuje rzeczywistość). Gdzie tu jest rozwój?

Daliśmy sobie wmówić, że trzeba podbijać, daleki ale za to ogromny chiński rynek, który dysponuje miliardową populacją. Problem w tym, że chińskie władze nie dopuszczają zagranicznych firm na swój rynek. Chińczycy nie jeżdżą BMW czy Mercedesami tylko chińskimi podróbkami, które przypominają polskie marki z lat 90-tych typu: „Adonis” czy „Adidos”. Różnica polega na tym, że u nas noszenie butów z czterema paskami było obciachem, a władze ChRL robią wszystko by to chińskie marki dominowały w Chinach. Bo to Pekin ma kolonizować, a nie być kolonizowanym.

Nowy Jedwabny Szlak nie jest budowany przez Europejczyków w celu dotarcia do rynku chińskiego tylko przez Chiny by dotrzeć do europejskiego konsumenta. Bo tutaj można zarobić najwięcej (obok USA). Skoro tak, to nie powinno dziwić, że Polska gospodarka żyje z handlu z Unią Europejską. Polskie firmy nie muszą wysyłać pracowników i towarów tysiące kilometrów dalej do Azji i Afryki, ponieważ lepszą cenę uzyskają w pobliskich Niemczech. Gdzie transport jest szybki i tani – bo jest blisko. Mało tego, nawet gdy polskie firmy budowlane nie mogły konkurować z niemieckimi na ich własnym rynku w zakresie przetargów publicznych to wymyśliły jak to ograniczenie obejść. Powstały setki polskich firm, które wysyłały polskich a następnie ukraińskich budowlańców do Niemiec w ramach delegacji. Polacy budują i remontują niemiecką infrastrukturę nie uczestnicząc formalnie w strukturze wykonawców i podwykonawców. Zwyczajnie wynajmują pracowników. A euro z niemieckich kontraktów płynie do Polski. Dla polskiej gospodarki najbardziej korzystnym scenariuszem jest taki, w którym polskie firmy dorobią się jak najwięcej w możliwie najkrótszym czasie. I takie warunki gwarantuje region, a nie dalekie: Azja czy Afryka. Stoczyliśmy na ten temat arcyciekawą całodniową dyskusję na TT, którą podsumował i w zasadzie zakończył były prezes Polskiej Agencji Informacji i Inwestycji Zagranicznych z lat 2009-2016:

Biznes zawsze wybiera najmniej ryzykowny i najbardziej dochodowy model rozwoju. Sięga po łatwy kapitał, chyba że jego zasoby pozwalają poszerzyć działalność i podjąć większe ryzyko. Tymczasem sektor budowlany przed pandemią był kompletnie przeciążony. Na rynku brakowało pracowników i fachowców (bo większość wyjechała na zachód), a zleceń było na rok, dwa do przodu. Efekt był taki, ze skoczyły ceny, a mimo to firmy budowlane musiały wybierać zlecenia odrzucając te mniej atrakcyjne. Popyt znacznie przewyższał podaż. Sama Polska dawała bardzo dobrze zarobić z uwagi na rozwijaną infrastrukturę. Polski sektor budowlany od lat zbiera tłuste euro i złotówki z regionalnego rynku, problem jest tylko taki, że brakuje rąk by robić to szybciej i wykorzystać wszystkie nadarzające się okazje. Polskie firmy weszły na poziom, na którym mogą konkurować z zachodnimi na rodzimym rynku. Próbują też prowadzić ekspansję w bliskiej zagranicy. Problemem polskich firm budowlanych nie był brak zleceń, a brak potencjału by je wszystkie obsłużyć. W takich warunkach tej branży załatwienie kilku polskim firmom chińskich kontraktów w Afryce nie należy odczytywać jako szansę czy potencjał do zmiany łańcucha dostaw na lepsze. Te firmy pojechałyby, zarobiłyby (albo i nie) po czym przerzuciłyby wszystkie zasoby z powrotem na unijny rynek. W debacie pojawił się argument, że w przypadku rozmowy z Chińczykami o CPK polskie firmy zostały niejako zastraszone przez co straciły zainteresowanie chińską ofertą. Nie jest to wcale dowód na to, że została zaprzepaszczona jakaś ogromna szansa. Świadczy to jedynie o tym, że chińska oferta była za mało atrakcyjna  by ryzykować dla niej utratę intratnych zamówień publicznych w kraju. Z jakiegoś przecież powodu polskie firmy budowlane wybierają zlecenia krajowe lub regionalne i nie pchają się daleko do Azji czy Afryki. Tym powodem są interesy. Powtórzmy. Największe stopy zwrotu dla polskich przedsiębiorców są w Unii Europejskiej.

 

Pieniądze to nie wszystko

Praca i handel w UE jest ponadto bezpieczny. Funkcjonuje Europejski Trybunał Sprawiedliwości. Sądownictwa krajowe można oceniać różnie, ale nie jest tak, że polski przedsiębiorca nie może wygrać w sprawie przed francuskim czy niemieckim sądem. Tymczasem wyobraźmy sobie sytuację, w której polski podwykonawca budowlany podejmując zlecenie w Afryce nie otrzymałby wynagrodzenia od chińskiego wykonawcy. Sądownictwo w państwach afrykańskich nie może budzić większego zaufania zwłaszcza w sytuacji, gdy Chińczycy słyną z korumpowania władz, sądów i administracji poszczególnych kolonizowanych krajów. Tak więc ryzyko biznesowe jest pod tym względem znacznie większe. Trudno jest też oczekiwać, by polskie firmy wolały wysyłać i kwaterować pracowników tysiące kilometrów od domu, skoro mogą delegować ich znacznie bliżej i często bez potrzeby kwaterowania. Koszty wykonywania zleceń np. w Niemczech są w tym względzie znacznie niższe niż w Afryce czy Azji.

I tu dochodzimy do sedna sprawy. Polskie firmy zapewne chętniej wybrałyby się na egzotyczne rynki gdyby to one miały być wykonawcami i zatrudniać tańsze lokalne firmy podwykonawcze. Transfer pracowników jest bowiem opłacalny tylko w jedną stronę. Gdy słabiej opłacani pracownicy są delegowani na rynek lepiej płatny. To dlatego Polacy delegują pracowników do Niemiec, a Niemcy nie przyjeżdżają do Polski ze swoimi ludźmi tylko zatrudniają lokalnych – tańszych – podwykonawców. Z perspektywy polskiego sektora budowlanego jadąc na wschód lub do Afryki należy robić dokładnie to co robią Niemcy u nas. Wygrywać przetargi przy pomocy kompetencji i szukać zysku na zatrudnianiu lokalnych firm i taniej siły roboczej. Rozumiejąc to, chińska propozycja podwykonawstwa dla polskich firm (o ile to była ich propozycja, a nie – o zgrozo – nasz pomysł) musi budzić podejrzenia. Chińczycy na rynku budowlanym słyną z niskich i dumpingowych cen, które mogą dawać z uwagi na tanich pracowników, którzy nie pracują według norm BHP i w ośmiogodzinnym czasie pracy. Afryka nie słynie ponadto z wysokich cen w przetargach. Tymczasem chiński wykonawca musiałby podnająć polską firmę, która płaci swoim pracownikom znacznie więcej. I nie pracują oni 16 godzin dziennie tylko 8 z przerwami.  Trudno nie oprzeć się wrażeniu, że ta kuriozalna konstrukcja mogła opierać się o założenie: „teraz się na to zgodzimy bo chcemy budować CPK, a później jakoś się tych polskich podwykonawców z budowy wywali”. Co byłoby całkiem proste. Każdy, kto miał do czynienia z omawianą branżą wie, że nie ma budowy, na której nie pojawiłyby się jakieś spory w zakresie jakości lub czasu wykonania. Sektor budowlany jest jednym z tych, w których zaufanie między firmami jest niezwykle ważne. I nie chodzi tu tylko o zaufanie wykonawcy do podwykonawcy (że ten dobrze wykona zlecenie) ale również podwykonawcy do wykonawcy (że ten drugi będzie potrafił polubownie załatwić sprawę ewentualnych mało istotnych nieprawidłowości).  Innymi słowy. Wykonawca na budowie ma znacznie silniejszą pozycję i łatwo może ją wykorzystać doszukując się wad prawdziwych lub nawet rzekomych. Kończąc na tej podstawie współpracę i nie wypłacając wynagrodzenia. Dlatego podwykonawcy w polskiej i europejskiej legislacji podlegają pewnego rodzaju ochronie prawnej. Jak by to wyglądało w warunkach afrykańskich, gdzie Chińczycy mają silne wpływy?

Warto również poruszyć kwestię bezpieczeństwa samego portu lotniczego CPK, który miałby zostać zbudowany przez Chińczyków. Bowiem Ci zdając sobie sprawę z tego, że to inwestycja strategiczna mogąca posłużyć również w celach militarnych, mogliby się nie powstrzymać przed zainstalowaniem w budynku polskiego hubu lotniczego odpowiedniej elektroniki. Tak jak to zrobili przy okazji budowania siedziby dla Unii Afrykańskiej…

Co Chińczycy mogą zaoferować Polsce?

Nie wchodząc zbytnio w szczegóły odpowiedzią na powyższe pytanie nie są:

  1. Bezpieczeństwo – co pokazał przykład Białorusi, a co jest logiczne ponieważ Chińczycy nie mają nawet jak wysłać do Polski swojej pomocy wojskowej bez zgody US Navy, nawet gdyby chcieli pomóc (a pamiętajmy, że Chiny z Rosją robią interesy większe niż z Polską).
  2. Handel – ponieważ Polski rynek nie ma nawet czym podbić chińskiego i nawet przy pełnym otwarciu tego drugiego, Polacy wybieraliby bliższy rynek unijny, bo nie byliby w stanie konkurować ceną i być może nawet technologią na rynku chińskim (a na europejskim możemy konkurować cenowo), natomiast temat negocjacji handlowych staje się nieaktualny w kontekście ramowej umowy UE – Chiny,
  3. Azjatyckie i Afrykańskie rynki – korzyść wątpliwa, gdyby się nam to opłacało, już byśmy na tych rynkach zarabiali. To Polska jest podłączona do najlepszego rynku na świecie i to Polska może go udostępniać Chińczykom poprzez swoje terytorium.
  4. Inwestycje – bowiem nie potrzebujemy wcale chińskich pożyczek, możemy otrzymać na tych samych albo lepszych warunkach pieniądze z zachodnich instytucji, a nawet dofinansowanie z UE,
  5. Technologie – Chińczycy nie są skłonni dzielić się własnymi technologiami, chcą natomiast sprzedawać towary na niej oparte, Warszawa nie ma szans ugrać z Pekinem umów na dostęp do know-how bowiem dla Chin to są zasoby strategiczne, a my jesteśmy postrzegani jako sojusznik przeciwnika, a więc przekazana wiedza mogłaby trafić do Waszyngtonu,
  6. Sprzęt militarny – Chińczycy nie chcą też sprzedawać swoich najnowszych i najlepszych systemów uzbrojenia z ww. powodu (tajemnica i bezpieczeństwo kraju), a i tak jest wysoce wątpliwe by te systemy były podobnej jakości jak zachodnie,
  7. Wsparcie polityczne – tak w UE jak i w rywalizacji z Rosją, wręcz przeciwnie, partnerstwo z Chinami postrzegane byłoby w UE jako wroga, rozbijająca jedność Unii inicjatywa, natomiast Chińczycy mają większe interesy z Rosją niż z Polską, a bez terytorium rosyjskiego nie mieliby nawet kontaktu lądowego z Warszawą – więc nie przedkładaliby interesów z małą Polską nad interesy z sąsiednim atomowym mocarstwem. Chińczycy nie pomogliby też w uzyskiwaniu asertywnej postawy wobec Niemiec, bowiem z Niemcami Chiny mają ogromną wymianę handlową i są zainteresowane współpracą zwłaszcza na gruncie technologicznym.

Tak oto drogą eliminacji wykluczyliśmy wszystkie istotne dla nas płaszczyzny, w których chcielibyśmy uzyskać wsparcie. Czy naprawdę nie ma takiej rzeczy, jaką Chińczycy mogliby zaoferować w zamian za swoje wpływy w Polsce? (Zakładając, że chcemy dać wpływy w naszym kraju kolejnemu graczowi, który będzie je rozgrywał niekoniecznie zgodnie z naszym interesem). Ja dostrzegam pewne potencjalne korzyści. Jednak nie chodzi o pomaganie polskiemu rynkowi na siłę, tylko o realne – gwarantowane przez chińskie państwo – zamówienia. Pytanie jest tylko na co? Dobrym pomysłem byłoby chińskie rządowe zamówienie na polskie elektryczne autobusy marki Solaris. Chińczycy przechodzą na zieloną energię w komunikacji, a chińskie wielomilionowe metropolie z pewnością byłyby świetnym klientem dla producenta elektrycznych autobusów. Problemem jest to, że Solaris został  w 2018 roku sprzedany Hiszpanom… Trudno jest znaleźć inny polski produkt, który mógłby samodzielnie zarobić na dużym, rządowym kontrakcie. Niemniej jeszcze w 2017 roku Solaris należał do Polaków. W zamian za udział Skarbu Państwa w firmie, rząd mógłby zagwarantować olbrzymi kontrakt z Chińczykami na dostawę Solarisów. To rzeczywiście mogłoby podnieść polską motoryzację na wyższy poziom (duży kontrakt = duże zyski = inwestycja w linię produkcyjną, nowe technologie i poszerzenie oferty). Być może to Solaris budowałby teraz polskie auta elektryczne w ramach zapowiedzi premiera Morawieckiego? Do czego warto nawiązać. Bo o ile temat Solarisów przepadł, o tyle mamy jeszcze w zanadrzu polskie auto elektryczne, które niewątpliwie okaże się technologicznym sukcesem 😉 Tylko czy przedstawiciele chińskiej administracji chcieliby jeździć w polskich elektrykach? Bo musimy myśleć tylko i wyłącznie o konkretnych zamówieniach – najlepiej publicznych – a nie o tym, czy Chińczycy dopuszczą nasze auta do konkurencji z własnymi producentami. Bo choć życzę polskim elektrykom samych sukcesów to myślę, że mogłyby mieć problem z ekspansją na chińskim rynku w ramach wolnej konkurencji.

Innymi słowy. Jeśli chcielibyśmy robić z Pekinem interesy, to tylko za realną gotówkę a nie w zamian za barter w postaci jakiś „możliwości”. Bo możliwości to my mamy na własnym i europejskim rynku i to takie, o które Chińczycy zabiegają. Więc cytując polskiego trenera reprezentacyjnego: „Kasa misiu, kasa.”. I na sam koniec stawiam otwarte pytanie. Czy za czysty zysk warto jest wpuszczać cudze wpływy na własne podwórko czy też lepiej odpuścić parę groszy i skupić się na wartościach strategicznych?

Być może w przyszłości Chiny zyskają potencjał do stania się strategicznym partnerem Polski, jednak na tą chwilę tego potencjału nie ma. Mało tego, by zawrzeć dobrze umowy z Pekinem, również Warszawa musiałaby być dla Chin strategicznie ważną stolicą. Tymczasem – o czym pisałem wielokrotnie – dla Chin jest ważne polskie terytorium a nie Polska i jej interesy. Bo interesy Pekin robi z Berlinem, Paryżem a nawet z Moskwą. I w najbliższej przyszłości nie widać szansy, byśmy stali się ważniejszym partnerem niż te stolice. Co za tym idzie, Chińczycy będą przedkładać interesy niemieckie i rosyjskie nad te z Polakami. Niestety.

Krzysztof Wojczal

geopolityka, polityka, gospodarka, prawo , podatki – blog

85 komentarzy

  1. Jak zwykle bardzo dobry, przemyślany i oparty na faktach artykuł, a nie bajania i sny w chińsko – amerykańskich chmurach.

      1. Niech się uporają z koleją metropolitarną, a dokładniej pobudują czwarte tory na LK obsługujące polskie metropolie… bez nich cała reszta jest bez sensu.

        Jakby ktoś nadal wierzył w twierdzenia Georealisty, że lokalne przepływy cywilne sobie, a przepływy strategiczne sobie to odsyłam do koncepcji Węzła Logistycznego Bydgoszcz… https://www.kujawsko-pomorskie.pl/pliki/2020/wspolpraca/20201229_combine/koncepcja_wezel.pdf
        (…)Wciąż nierozwiązanym, narastającym problemem jest brak wystarczającej liczby torów
        szlakowych na najbardziej obciążonych odcinkach w aglomeracjach, gdzie występują największe obciążenia ruchem pasażerskim. Brak dostatecznej liczby torów, pozwalającej na separację ruchu pasażerskiego (a zwłaszcza aglomeracyjnego) i towarowego powoduje bardzo poważne perturbacje związane z trudnościami z konstruowaniem rozkładów jazdy pociągów, przede wszystkim towarowych. Problem ten dotyczy odcinków linii kolejowych w obrębie i wyprowadzających ruch praktycznie ze wszystkich największych polskich aglomeracji.(…) Str. 98
        Felerowi temu, a także niewydolności infrastruktury przygranicznej przypisuje się inwestycje kolejowe omijające Polskę takie jak:
        Budowa linii szerokotorowej Koszyce-Bratysława-Wiedeń
        (…)Z drugiej strony inne państwa realizują lub planują
        realizację infrastrukturę kolejową i terminalową, które mogą w znaczący sposób umniejszyć rolę Polski jako państwa tranzytowego.Taką inwestycją jest np. budowa toru szerokotorowego do Wiednia, która ma być przedłużeniem istniejącej linii szerokotorowej Širokorozchodná Trať (ŠRT) pomiędzy granicą słowacko-ukraińską w Użhorodzie i Koszycami. ŠRT jest połączona z siecią Kolei Ukraińskich (UZ). Od wielu lat rządy Słowacji i Austrii zapowiadają przedłużenie ŠRT, liczącej 88 km, o kolejne ok. 400 km, do Wiednia. Inwestycja ma zostać zrealizowana przy współudziale strony rosyjskiej: za budowę odpowiedzialna będzie spółka Breitspur Planungsgesellschaft GMBH z siedzibą w Wiedniu, której udziałowcami są spółki zarządzające infrastrukturą kolejową w Rosji (RŻD), Słowacji (ŽSR), Austrii
        (OBB) i na Ukrainie (UZ).(…) Str. 100
        a utworzenie bałtyckiej linii tranzytu pociągów na linii Kaliningrad-Hamburg
        (…)Własne projekty intermodalne rozwija również, w Obwodzie Kaliningradzkim, Federacja Rosyjska. Porty morskie w Kaliningradzie i Bałtijsku, posiadają rozbudowaną infrastrukturę przeładunkową pomiędzy statkami pełnomorskimi i transportem kolejowym. W związku z tym, Niemcy i Rosja zacieśniły współpracę w zakresie przewozów towarowych z wykorzystaniem infrastruktury Obwodu Kaliningradzkiego. W 2018 r. podpisana została umowa pomiędzy przewoźnikami towarowymi – RŻD Logistics oraz DB Cargo ws. uruchomienia multimodalnej usługi przewozu kontenerów pomiędzy Chinami i Europą Zachodnią, z pominięciem Polski.(…) Str. 100

        1. A cóż to za bzdury przyprawia mi Pan Jacek Strzemieczny? – że niby przepływy cywilne sobie, a militarne sobie? Dokładnie odwrotnie – cały czas podkreślam powiązanie całej infrastruktury jako systemu podwójnego zastosowania. Od przepływów informacyjnych, po towarowe, komunikacyjne, usługowe. Np. CPK powinien być traktowany głównie jako lotnisko wielkiego hubu obsługi transportu towarowego – handlowego w czasie pokoju, militarnego w razie zagrożenia [dla szybkiego przerzutu np. sił z USA i z UK – zwłaszcza obrony przeciwrakietowej] – a niemal całkowicie militarnego w trakcie wojny. I stale podkreślam, że na najbardziej podstawowym poziomie badania naukowe i rozwojowe są w istocie nakierowane na budowanie nowych systemów i kompetencji podwójnego zastosowania. Więcej – podkreślam stale – możemy wyjść spod kontroli KE, która głównie w interesie Berlina chce nas utrzymać w marginalnej roli podwykonawcy Niemiec [w pułapce średniego rozwoju], przez koncentrację działań B+R i wdrażania najnowszych technologii – pod przykryciem strategicznej poufności militarnej nadrzędnego interesu bezpieczeństwa Polski. Trudno o większa bzdurę, niż przyklejanie mi gęby przez Pana Strzemiecznego. Ignorancja – albo świadoma zła wola.

          1. (…)Np. CPK powinien być traktowany głównie jako lotnisko wielkiego hubu obsługi transportu towarowego – handlowego w czasie pokoju, militarnego w razie zagrożenia [dla szybkiego przerzutu np. sił z USA i z UK – zwłaszcza obrony przeciwrakietowej] – a niemal całkowicie militarnego w trakcie wojny.(…)
            Swoją tezę biorę z twierdzeń, że obecna ślamazarność (4 albo lata albo i lepiej opóźnienia) w budowaniu CPK wynika z tego, że Baranów nie jest jego właściwa lokalizacja i że właściwa lokalizacja (zgaduję, że za moją sugestią region Legionowo-Nowy Dwór), a wtedy robota pójcie rach ciach.

  2. Zgodzie sie z opnia iz Pekin nie ma zbyt wiele do zaoferowania Polsce(poza kasa za pewne projekty)i bylby to zwyczajnie sojusz ekstremalnie egzotyczny ale….

    1.Kasa o jednak jest cos-i choc nie mozna przeceniac jej znaczenia ani oddawac za nia istotnych aktywow(jak oddalismy zachodowi i to za grosze)to jednak na pewno nieco wiecje biznesu daloby sie zrobic i zarobic.
    2.O ile uwazam iz opowiedzenie sie Polski za USA w nowej zimnej wojnie jest wyborem slusznym(i w sumie nieuniknionym)o tyle zostalo dokonane za szybko i praktycznie za bezdurno.
    Z Chin nie daloby sie za wiele wycisna-to fakt- ale uwazam ze daloby sie wiecej wycisnac z USA(a byc moze i UE)straszac ich opcja chinska.Przykladowo fakt iz w srodku nowej zimnej wojny admistracja USA popiera 447 pownien natychmiast spowodowac podpisanie przez Polske paru umow z Chinami-takich niezbyt waznych ale dajacych Amerykanom do myslenia.Chiny byly potrzebne Polsce jako straszak i pozycja wokol ktorej mozna lawirowac-nie wykorzystano tej opcji wcale.Ameryka nasz „sojusznik” nas regularnie kopie w tylek a my nawet nie probujemy stworzyc wrazenia ze mamy jakies inne opcje aby sile owych kopniakow chocby zlagodzic-dlatego Ameryka nas wkrotce znowu sprzeda(prawdopodbnie Niemcom) w ramach kolejnego resetu…bo i czemu nie?-przeciez WIEDZA ze moga nas sprzedac a potem wziac z powrotem jakby co i jeszcze bedziemy ich po rekach calowac.Tak sie konczy polityka w ktorej nawet nie probuje sie tworzyc wrazenia iz ma sie jakies inne opcje.

    Piotr34

  3. Niemcy już wchodzą Chińczykom bez wazeliny. Teraz zmuszą nas do kłaniania sie Chińczykom ale na ich warunkach i płacąc jeszcze IM marżę.
    Obym się mylił..

  4. Kolejny artykuł w punkt. Jak się mogą skończyć egzotyczne kierunki pokazuje historia Polskiego sławnego producenta ciągników.

    JB robi kapitalną pracę u podstaw jeśli chodzi o słownik, mental, kruszenie betonu i sposób myślenia w Polsce ale IMHO od jakiegoś czasu za bardzo się rozdrabnia na zbyt wielu tematach i zaczyna błądzić. Nie da się ogarniać wszystkiego szczególnie w warstwie prozy materii i twardych technikaliów jak np. nowe technologie czy realne zdolności uzbrojenia.

    Od kilkudziesięciu lat wszystkie decyzje strategiczne Polskiego establishmentu finalnie okazały się dobre i tym razem mieli na tyle refleksu by nie wychodzić naiwnie przed szereg w zamian z błyskotki. Na zachodzie siła jest narzędziem a umowa wartością, na wschodzie jest odwrotnie to siła jest wartością a umowa narzędziem. Co do Polskich firm budujących drogi i nie tylko w Afryce czy nawet w -stanach to mogli by tam pojechać chyba tylko po to by pokazać jak się je robi, bo robią je na światowym poziomie co przyznają nawet Niemcy. Przestrzenią dla Polskich firm jest zachód a za chwilę wschód ale ten za miedzą na Ukrainie, Białorusi i w 3S.

    Jedyne co teraz globalnie interesuje Chiny to dostęp do surowców, rynków i agresywny drenaż wszystkiego co się da, tam nawet zdjęcia zrobione przez turystów trafiają jako podkład do CADa, każde rozwiązanie które pojawi się na zachodzie ma po kilku miesiącach klon wystawiony na Ali. Choć póki co ciągle sporo im brakuje, technologicznie jadą na rozwiązaniach przejętych z zachodu choć robią przy tym dużo szumu marketingowego, 5G de facto opracował im Turek, przemysłowo to ciągle jest manufaktura z tym że na ogromną skalę i coraz bardziej samodzielna, wojskowo to w większości klony rozwiązań sowieckich gorsze od Rosyjskich, o soft power nie ma co pisać zdjęli maskę o 10 lat za wcześnie.

    Zachód ma wszystkie zasoby by dalej być dominującym samodzielnym blokiem potrzebuje tylko kolejnej ucieczki do przodu w Nowy Ład ideowo-społeczno-gospodarczy, niczym z „Ziemi Obiecanej”. Dotychczasowy został mocno osłabiony przez neoliberalizm i ślepą globalizację które zaorały realną wytwórczość, przedsiębiorczość i konkurencję, wyrosła cała generacja która nie może utrzymać statusu społeczno-ekonomicznego metodami poprzedników więc zaczyna szukać innych, cześć u populistów którzy finalnie prowadzą ich na parlament.

    Polska jest państwem średnim, dobrze położonym, z rentą zapóźnienia i z niezłym kapitałem ludzkim, trzeba tylko w końcu przestać siać defetyzm i przestać porównywać się gospodarczo do Niemiec a militarnie do Rosji.

    W Rosji załamuje się model gospodarczy, nastroje społeczne są coraz gorsze, telewizor zaczyna przegrywać z lodówką a byłe republiki chcą przemian. Mimo tego wojskowo to ciągle jest stara szkoła która z jakiegoś powodu od 2012 masowo remontuje i poprawia większość postsowieckiego uzbrojenia, ma realne zdolności i struktury które ćwiczą realnie i które może bez problemu napełnić zmobilizowanym sołdatem. Słabością jest dowodzenie z tego powodu nie dali rady przejść na zachodni system brygada-samodzielny batalion i wrócili do pułków. Nad WP ma ciągle wystarczającą przewagę nie tylko ilościową ale dzięki temu jak wygląda wola polityczna, kropelkowe tempo modernizacji WP i wykonanie PMT, także sprzętową. Nie zmieni się tego teorią i samymi nowinkami, potrzeba mozolnego wypracowania realnych zdolności, z armią jak z piłką nożną potrzeba dobrych zawodników na wszystkich pozycjach w odpowiednim miejscu i czasie inaczej przeciwnik wykorzysta lukę. Długofalowo Rosja może być partnerem zachodu albo kolonią Chin, na ewentualnym starciu Rosji z NATO zyskały by tylko Chiny.

    Niemcy to jest państwo rządzone przez Deutschland AG, czołowy eksporter świata, więc wypowiedzi AKK, Fischera i chęć akceptacji CAI po ustępstwach Chin nie powinny dziwić. Ciągle są filarem zachodu i NATO i IMO za dużo mają do stracenia więc skończy się nowym TTIP. Polska musi maksymalnie wykorzystywać fakt bycia z nimi w unii gospodarczej, dla własnej modernizacji.

    Recepta na dalszy rozwój jest prosta: nie pchać się przed szereg pokorne ciele Imperium Europejskie…, gospodarka, developmental state, infrastruktura, inter modalne connectivity, kultura, państwo oparte o struktury i procedury, 200tys dobrego wojska co już wiadomo od czasów IRP.

  5. Nowy Jedwabny Szlak na obecnym etapie nie ma na celu zastąpienie handlu morskiego. Za mały wolumen obrotów i zbyt niestabilne geopolitycznie trasy. I wyższe koszty frachtu. Natomiast celem jest stworzenie wizji inwestycji chińskich na 1,5 biliona dolarów – celem obrotu państw Eurazji na Chiny. Drugi cel – to przygotowanie infrastruktury komunikacyjnej – dla chińskiej armii – dla interwencji poza Chinami w okresie Wielkiego Chaosu [pułapka Kindlebergera] i dla rozwinięcia pełnoskalowej wojny w Wielkiej Konfrontacji [pułapka Tukidydesa]. W ramach proxy wars Wielkiego Chaosu Chiny będą mogły wspierać „swoich” graczy sprzętem i „doradcami” i pewnie specjalsami. Natomiast w wojnie pełnoskalowej – Chiny będą mogły od razu zagrozić strefie rdzeniowej Rosji [dorzecza i ujścia Wołgi] – oczywiście po obrocie Azji Środkowej na Chiny i po wybudowaniu tam infrastruktury komunikacyjnej. Podobnie z Mongolią – no i taki jest też wymiar wojskowy samego korytarza komunkacyjnego z Chin do Leny – jaki chcą zrobić Chiny [z wielkim portem rzecznym – i z wielkim portem morskim]. Owszem – po wygranej i po ustabilizowaniu Chiny jako twardy hegemon przynajmniej Eurazji – wybudują wielkie i szybkie korytarze komunikacyjne – pociągi o prędkościach 400+ km/h, czy wielkie linie hyperloop – o prędkościach 1-3 tys km/h. Dla Polski Chiny nie są ani atrakcyjne jako rynek zbytu [zresztą maksymalizuja zyski – co widać po naszym deficycie obrotów z Chinami]. Ogłoszenie w Warszawie inicjatywy 16+1, ogłoszenie Nowego Jedwabnego szlaku z głównym hubem europejskim w Polsce – było tylko MASKĄ ekonomiczną – dla sygnalizacji strategicznej wobec Kremla i Berlina – że Pekin doskonale rozumie geostrategiczną [buforową] pozycję Polski. W zasadzie 99% polityki na rzecz utrzymania się Polski – w okresie 2009/13 – to wykonywał Pekin – i to zapewne asertywnie pod stołem – zwłaszcza na Kremlu. Pekin sam podkreślił nasze strategiczne znaczenie dla Chin traktatem polsko-chińskim o strategicznej współpracy z 20 grudnia 2011 – zaliczając Polskę do jednego z 7 krajów o strategicznym znaczeniu dla Chin. A dokładniej – o znaczeniu GEOSTRATEGICZNYM – czyli Polski jako kluczowego bufora na przesmyku bałtycko-karpackim, który uniemożliwia zbudowanie konkurencyjnego względem Chin supermocarstwa od Lizbony do Władywostoku. To – i tylko to – jest jedynym elementem wielkiej wagi Polski dla Chin. I to nadal – NIEZMIENNIE. To oznacza, że możemy np. w sytuacji gardłowego zagrożenia dla Polski – zwrócić się pod stołem i otrzymać głowice asymetrycznego strategicznego odstraszania jądrowego. Ale – warunek zasadniczy – musimy „tylko” udowodnić, że jesteśmy autonomicznym samosterownym graczem. Dopiero wtedy byśmy takie głowice otrzymali [pewnie i inny sprzęt – nawet najnowsze systemy WRE/C5ISR przeciwrakietowe – a same głowice zapewne via Pakistan – dzięki czemu Chiny nawet w razie „zdemaskowania” sprawy, miały by oficjalnie „czyste ręce”]]. Owo „tylko”[czyli udowodnienie bycia autonomicznym graczem] jest jednak na razie problematyczne – bo nasi sternicy nie są sternikami – tylko kompradorami a to Moskwy, a to Waszyngtonu, a to Berlina itd. Nie jesteśmy samosterownym homeostatem – nie jesteśmy podmiotem – więc sami tym blokujemy Chiny z ich wsparciem – a USA dzięki temu mają wszystko za darmo. To jest problem nr 1 dla Polski i Polaków. Działania Chin na Kremlu , na Białorusi, na Ukrainie – w dużym stopniu zastępowały polską politykę wschodnią – bo ta ze strony Warszawy nie istniała [i nie istnieje]. Względem Polski Chiny traktowały wsparcie NASZYCH buforów wschodnich – jako działania osłonowo-opóźniające główną presję militarna Rosji na Polskę. Oczywiście – nie za wszelką cenę – bo Pekin jak ognia boi się jednego błędu w polityce zagranicznej – który by pokazał np. słabość Chin w kontrze do siły Rosji. Co do Polski – tu sprawa jest zasadnicza – ale też nie możemy liczyć na strategiczne wsparcie Chin [pod stołem] – DOPÓKI nie udowodnimy naszej samosterowności – czyli kontroli naszego własnego obszaru. Podkreślę – patrzenie na stosunki Chiny-Polska przez oficjalną maskirowkę narracji ekonomicznej – nie ma sensu. Sens ma tylko rozpatrywanie scenariuszy ze względu na kluczową rolę Polski jako gracza, który nie dopuści do powstania supermocarstwa Lizbona-Władywostok. Chiny wesprą Polskę nie ze względu na przyjaźń, nawet nie ze względu na zabezpieczenie przyszłego najtańszego i najbardziej efektywnego korytarza Jedwabnego Szlaku – ale dla swojej egoistycznej geostrategicznej racji stanu w Eurazji. I co istotne – w razie rozmów pod stołem – trzeba to jasno komunikować samym Chińczykom. Raz, że pokażemy im, że rozumiemy prawdziwe zasady wielkiej gry – i że jesteśmy wiarygodni jako gracz. A dwa – że wtedy na dzień dobry obetniemy wszelkie ewentualne żądania koncesji ekonomiczno-prawnych Chin w Polsce – bo na pewno tego też będą próbowali przy ugraniu deal’u. Odpowiedź musi być niezwykle asertywna – „łaski nam nie robicie – wsparcie strategiczne dajecie w swoim własnym WIĘKSZYM geostrategicznym interesie – jak chcecie grozić nam zerwaniem rozmów – to w beznadziejnej sytuacji nam samym będzie najlepiej zrobić z musu cnotę – i zamiast twardego bufora zdeterminowanego do walki – sami staniemy się elementem założycielskim konkurencyjnego, silniejszego od Chin , supermocarstwa Lizbona-Władywostok. I jeszcze jedno – nawet otrzymując strategiczne twarde aktywa [w tym nawet technologiczne], to my ryzykujemy wszystko – w waszym geostrategicznym interesie – jesteśmy FIRMĄ UBEZPIECZENIOWĄ dla Chin – zabezpieczeniem przed absolutną katastrofą dla Waszej przyszłości – a to jest warte NAPRAWDĘ WIELE – dla was samych. I jest to dużo tańsze rozwiązanie, niż byście mogli osiągnąć innymi środkami – np. kosztowna wojną”. Taka powinna być maksymalnie asertywna i świadoma gra naszych negocjatorów z Chińczykami pod stołem – tylko i wyłącznie oparta o rachunek interesów – koszty alternatywne – i z wykonawczym nakierowaniem deal’u na WYMAGANE [i bezdyskusyjne] aktywa siłowe wsparcia dla Polski – jak trzeba – to i wsparcie finansowe – ale bezzwrotne – jako „wliczone w koszty” polityki Chin. Co więcej – te budowanie naszej suwerenności i odporności na wszelkie presje – musimy wykorzystywać także przeciw samym Chinom – w kwestiach….ekonomicznych. Np. wymuszając zrównoważenie bilansu obrotów handlu z Chinami. I Chiny na to pójdą na 100% – po chłodnym pragamatycznym rachunku „za i przeciw”.

    1. Sumując – w stosunkach ekonomicznych z Pekinem [i nie tylko] należy stosować maksymalny konsensus….pekiński – czyli całą siłę państwa dla ochrony i maksymalnie preferencyjnego pola gry ekonomicznej. Polska ma lewar zasadniczy na Chiny [na USA TEŻ] – jest to lewar GEOSTRATEGII. A nasi sternicy wszystkich opcji geostrategii nie rozumieją kompletnie – i na dodatek ślepo niezmiennie od 1991 trzymają się strategicznie Waszyngtonu [wszystkie opcje – bez wyjątku] – jedynie dodając do tego różne komplikujące sytuację rozkroki ekonomiczne w Berlinie [w rękawiczkach Brukseli] czy na Kremlu [węglowodory]. Suma sumarum – kompletnie błędny SWOT na poziomie wielkiej strategii długofalowej. Niestety – zero refleksji w Warszawie [a co dopiero mówić o świadomej i konsekwentnie realizowanej linii polityki], dlaczego „nie wiadomo dlaczego” Chiny w 2011 podpisały traktat o strategicznej współpracy z Polską – po 55 martwych politycznie latach. I tak samo absolutny brak zrozumienia kolejnego wyraźnego komunikatu strategicznego – jaki wszyscy [prócz sterników Polski] odczytali – jakim były od 2012 narady polskiej generalicji w Chinach z chińskimi kolegami. Trochę jak z tym gościem, co to nie wierzył w zwierzę z szyją na 3 metry – a jak mu pokazali w ZOO żyrafę – on na to: „a ja dalej nie wierzę”… Całkowicie ideologiczne podejście [a la romantyczna czy postępowa „wiara w ideały” jako istota pojmowania polityki] – dokładna odwrotność real-politik opartej o interesy i siły – i brak rozumienia geostrategii, która owe interesy graczy kształtuje w największym stopniu. Całe to ideologiczne podejście [każdej opcji w Polsce] już na starcie blokuje prawdziwą politykę – i realizacje interesu i racji stanu Polski. Jesteśmy jak skulone dziecko we mgle – z zamkniętymi oczami i zatykające sobie uszy – które zwyczajnie odcina się od faktów i buja w życzeniowych obłokach „poświęcania się w imię [aktualnie wyznawanego] świata ideałów” – takich czy innych – ale zawsze „świata ideałów” – właśnie z nieodłącznym „poświęcaniem się” na rzecz innych [których mamy za naszych „przyjaciół” – a którzy skwapliwie od razu mają dzięki temu rozgrywanie nas z pozycji Wielkiego Brata]. To wyjątkowa cecha naszych „elit” – nieważne czy romantyczne, czy postępowo-rewolucyjne – zawsze chodzi o „poświęcanie się” – czyli oddawanie za darmo wszystkich naszych interesów w imię owej tak cudacznie pojmowanej „polityki”… Obie główne strony w Polsce idą w tym identycznym podejściu w zaparte łeb w łeb – wg zasady „jeżeli fakty przeczą ideologicznej teorii – tym gorzej dla faktów”. Ideologia [taka czy wręcz przeciwna] jest traktowana jak sacrum na ołtarzu – przed ideologią należy leżeć plackiem i „poświęcać się” jej realizacji… Stąd to lustrzane podobieństwo schematów działania i funkcjonowania obu głównych sił w Polsce – tj. PO i PiS. No i brak rozumienia wszystkich „elit” i nominalnych sterników w Polsce, że twarda polityka realna, a konkretnie geopolityka, to nawet nie tyle starsza siostra, ile bezwzględna, „tyrańska” macocha ekonomii. Jesteśmy chyba jedynym państwem na świecie, którego „elity” święcie wierzą w prymat ideałów w polityce – i nie rozumieją, że dla całej reszty graczy jest to jedynie „pijarowa” gadanina „pod publiczkę”, stosowana na zasadzie listka figowego – pokrywającego pięknymi deklaracjami [bez pokrycia] brutalną walkę o własne egoistyczne interesy – za pomocą siły. Dlatego właśnie, mimo, że mieliśmy nawet lepszy start w 1989 od porównywalnej wtedy Korei Południowej – i mimo naszych bogactw surowcowych, naszej roli tranzytowej – dzisiaj do pięt nie dorastamy Korei Płd w polityce, ekonomii, technologii, postępie modernizacyjnym i w sile militarnej – i generalnie w REALNEJ suwerenności.

      1. Geostrategicznie co kazdy rozumie Chiny beda a moze juz nawet sa przeciwnikiem Rosji wiec Polska moze ich „uzyc” do straszenia Rosji od strony Azji(i odciagania ich uwagi i srodkow w tamta strone)-i o ile niekoniecznie wrog mojego wroga jest zaraz moim przyjacielem to jednak przeciwnik mojego przeciwnika moze byc uzytecznym semisojusznikiem.
        Ja zawsze twierdzilem ze Chin mozna „uzyc”(czy moze po prostu uzyc)do naciskania na zarowno sojusznikow jak i wrogow-naciskania ktore mogloby nam dac nieco wieksze pole manewru w kontaktach z innymi graczami.
        Tylko….ze tu wracmy do poprzednio dyskutowanego problemu kadr-KTO ma to robic?KTO ma z polskiej strony prowadzic te GRE?Przeciez establishment w Polsce czy to wzgledow ideologicznych czy glupoty czy ze strachu(a pewnie wszystko po trosze)nawet nie probuje takiej gry-oni jak sam napsales to wszystko kompradorzy obych sil.Dlatego uwazam ze dyskusje o polskiej geopolityce sa na wpol jalowe-najpierw trzeba porozmawiac o wykopaniu obecnego establishmentu i zastapieniu go ludzmi ktorzy na nie robia pod siebie na mysl o telefonie z Waszyngotnu/Berlina/Moskwy itp.Polityka wewnetrzna blokuje nam geopolityke i dlatego to polityka wewnetrzna powinna obecnie miec pierwszenstwo przed geopolityka.

      2. @Georealista
        Chciałbym zwrócić uwagę, że diagnozę, którą Pan wystawia elitom można w dużym stopniu rozciągnąć na ogół społeczeństwa, który te elity wybiera… bo ile osób faktycznie się w PL geopolityką interesuje i coś z niej rozumie?

        Dodatkowo, większość Polaków nie czyta zagranicznej prasy, a jedynie konsumuje polską, która w większości ich w tej postawie niezrozumienia geopolityki i świata realnych przewag utwierdza.

        Zasadnym dlaczego wydaje się pytanie, czy te elity są na tyle głupie czy takie głupie w zaparte grają?

        P.S. Z Pańskiej poprzedniej odpowiedzi na moje pytania wywnioskowałem, że w chwili obecnej NIE MA NIKOGO, kto by wydeptywał ścieżki do polskiego SG, polskich i amerykańskich think-tanków czy do NORDEFCO. Zatem wizje, które Pan tutaj prezentuje interpretuję jako wołanie, żeby się ktoś tym zajął… tylko kto i jak?

  6. @Georealista

    „(…)
    Jesteśmy chyba jedynym państwem na świecie, którego “elity” święcie wierzą w prymat ideałów w polityce – i nie rozumieją, że dla całej reszty graczy jest to jedynie “pijarowa” gadanina “pod publiczkę”, stosowana na zasadzie listka figowego – pokrywającego pięknymi deklaracjami [bez pokrycia] brutalną walkę o własne egoistyczne interesy – za pomocą siły.
    (…)”

    Naprawdę ciężko uwierzyć, że oni są tak głupi, żeby w przeciwieństwie do reszty świata w coś takiego wierzyć. Przykro to przyznawać, ale cisną się na usta teorie spiskowe.

    „(…)
    Dlatego właśnie, mimo, że mieliśmy nawet lepszy start w 1989 od porównywalnej wtedy Korei Południowej – i mimo naszych bogactw surowcowych, naszej roli tranzytowej – dzisiaj do pięt nie dorastamy Korei Płd w polityce, ekonomii, technologii, postępie modernizacyjnym i w sile militarnej – i generalnie w REALNEJ suwerenności.
    (…)”

    Właśnie takie owoce – bo po owocach ich poznacie – sugerują następujące możliwości
    – albo totalne zidiocenie i/lub indolencję
    – albo zdradę
    – albo ktoś ma na nich taką tęgą lagę, że się boją podskoczyć

  7. @PawełW i @Piotr34 – To rozjazd między wymaganiami polityki w coraz bardziej „wilczym” świecie, a bujaniem w obłokach naszych elit, doprowadzi do przekroczenia punktu krytycznego wprowadzenia zasadniczych zmian i nowej kadry politycznej. Nie będą to ludzie z Konfederacji, bo na razie w kupie trzyma ich wspólny front przeciw „POPIS-owi”, ale faktycznie są w ostrym wewnętrznym rozkroku – między narodowcami – dla których państwo i naród są na świeczniku, a liberałami, którzy chcą jak najmniej państwa, a właściwie to „najlepiej” jego likwidacji. Zresztą ludzie Konfederacji nadal myślą w kategoriach „poświęcania się” dla „idei” – i nadal toną w polskim bagienku wojny w piaskownicy i okładania się łopatkami z „argumentacją” ad hominem. Presja sytuacji wymusi zmiany – więc o „wykopanie obecnego establishmentu” bym się nie martwił – nastąpi nieuchronnie. Natomiast 99% udanej modernizacji generacyjnej elit – to PRZYGOTOWANIE ZAWCZASU i wychowanie tych nowych elit tak, żeby od początku – jako merytokracja – myślały proceduralnie [a nie deklaratywnie wg obiecanek i chciejstwa] – w oparciu o zasoby realnie dysponowane – w analizie SWOT. Nie dla „poświęcania się” dla „idei” – ale dla MIERZALNYCH celów polskiego interesu i naszej racji stanu. Bez żadnego „poświęcania się za miliony” – bez wykrwawiania „za wolność Waszą i Naszą” [czyli w praktyce za cudze interesy]. I bez bufonady hasełkowej typu wiecowania o „Wielkiej Polsce” i bez gardłowania z pochodniami i z łzami wzruszenia w oczach na gromadnych seansach snów o potędze. Do bólu trzeba przypominać, że czeka nas długa, ciężka, pełna pracy droga – której celem jest fizyczne PRZETRWANIE Polaków – a do tego potrzeba suwerenności strategicznej, siły militarnej opartej o własny przemysł, autonomiczność Polski w podstawie piramidy Maslowa. Zaś zamiast wydumasów snów o potędze, czy „odrodzonego imperium lechickiego” – potrzebna jest nowa struktura [także regionalna] – sieciowej współpracy realnego win-win, opartego o wspólny worek „reaktora rozwojowego”. Czyli bazą ma być nowa ekonomia sieciocentryczna real-time [z jądrem autonomii koniecznej dla PRZETRWANIA] , postawienie na technologie i Przemysł 4.0 – i nowy model organizacji współdziałania w regionie – z graczami, którzy w sprawach bezpieczeństwa naprawdę fizycznie jadą z nami na jednym wózku – i z którymi umacniamy się wzajemnie przez wymianę i współpracę ekonomiczną i technologiczną. JEŻELI [podkreślam warunkowość] to będzie świadomie i długofalowo konsekwentnie realizowane przez nowych, merytokratycznych i interdyscyplinarnych sterników [czyli maksymalna synergia i synchronizacja działań] – to dopiero przyszłe pokolenie naszych dzieci będzie miało z tego otwarte pole rozwoju i prosperity. I żeby było jasne – Polskę uważam za jeden z krajów, które mają największe szanse przetrwać najbliższe 30-40 lat przy możliwie małych stratach własnych. Inne nie będą miały tego szczęścia. Emigrację odradzam – Nowa Zelandia [jako praktycznie jedyna „green zone”] już zaklepana „z górką”, a nawet Antarktyda [pomijając wątpliwe warunki do życia] nie będzie miejscem poza strefą konfrontacji. Wracając do tematu przyszłych elit – potrzebujemy sprawnych MANAGERÓW zorientowanych zadaniowo i pracujących z harmonogramem w ręku. Nie charyzmatyków – a sprawnych, technicznie wykształconych organizatorów-managerów „konsorcjum-Polska”. Czyli nie wiecznych bajarzy-teoretyków od obiecanek wg „wishful thinking” – jak jest teraz – tylko rozliczanych praktyków – np. mających prawdziwe sukcesy w dużych projektach technicznych i organizacyjnych. A po 30 latach twardej transformacji ustrojowej – mamy takie kadry ludzi, którzy twardo chodzą po ziemi. A takiej merytokracji nie trzeba np. tłumaczyć korzyści z uproszczenia prawa i likwidacji biurokracji, czy korzyści z inwestycji w technologię i w budowę własnych pełnych łańcuchów produktowych.

    1. Bardzo cenię Pana analizy Pana Wojczala i z przyjemnoscią czytam komentarze Georealisty, ale pięknie opisując rzeczywistość, lub ją pięknie interpretując, abstrahują od rzeczywistości. A rzeczywistość jest taka, że nie ma siły, siły powtarzam, której zależałoby na budowie suwerenności i sprawczości Polski. Bo kto to niby miałby być? Czy jest jakaś wpływowa grupa biznesowa, oligarchia Polski? Nie ma czegoś takiego. Świadoma grupa klasy średniej, zorganizowana i zmotywowana? Nie ma nikogo takiego. Są grupy interesów, które grają grupami wpływu. Interesu obcego. Każdy to widzi. Są jednostki, jak doktor Bartosiak, które ewangelizują, są jednostki jak Krzysztof Wojczal, które analizują. Tylko, że nic z tego nie wynika. Jedyne, co wynika, to komentarze pod filmikami S@F – „o jakie to mądre”, i zasakakująco trzeźwe komentarze na blogu Pana Wojczala. Paru osób. Prawda jest taka, że ewangelizacja doktora Bartosiaka i analizy Pana Wojczala to program na lata. Nie mamy tego czasu. I zostaniemy skasowani, jestem teraz tego całkiem pewien.

    2. No to jak wytworzyć grupę przywódców. Świadomych? To jest podstawowe pytanie. Nie mamy elit, a są nam niezbędne. Jak stworzyć elity, będąc Plebsem. Poważnie pytam. Potrzebny jest pomysł.

  8. @Georeslita
    Pańską odpowiedź odczytuję następująco:

    – potrzebujemy sprawnych elit/sterników (status z mojego punktu widzenia: nie mamy i żadnych na horyzoncie nie widać)
    – potrzebujemy świadomego społeczeństwa, które te elity wybierze (status z mojego punktu widzenia: nie mamy, buja w obłokach i tańcach z gwiazdami, albo chce 500+, lub ostatnio bezrefleksyjnie ***** ***)
    – potrzebujemy sprawnych MANAGERÓW zorientowanych zadaniowo i pracujących z harmonogramem w ręku (status z mojego punktu widzenia: nie mamy, a jak jacyś są to pracują za granicą w zagranicznych korporacjach i nie bardzo mają do czego wracać (sam jestem takim smutnym przykładem))

    I Pańska wypowiedź JEŻELI to będzie świadomie i długofalowo konsekwentnie realizowane przez nowych, merytokratycznych i interdyscyplinarnych sterników – to dopiero przyszłe pokolenie naszych dzieci będzie miało z tego otwarte pole rozwoju i prosperity.

    Czyli to co Pan tu wypisuje to są pobożne życzenia, bo gdyby „babcia miała wąsy, to by była dziadkiem”. Albowiem na pytanie zadawane nie tylko przez ze mnie, ale przez wiele innych osób, a mianowicie – KTO TO ROBI albo KTO MA ROBIĆ – nie udzielił Pan nigdy odpowiedzi… zawsze wymijająco mówiąc, że sytuacja wymusi powstanie z niczego takich sił, które coś zaczną robić…

    Żeby te procesy zaszły, to ktoś je musi inicjować… tak samo, jak przez CAŁE STULECIE trwała praca u podstaw mająca doprowadzić do odzyskania przez Polskę niepodległości.
    Nic takiego teraz nie ma miejsca.

    Jak na razie poza niewielkim (kilkadziesiąt tysięcy) gronem śledzącym Bartosiaka czy Gospodarza, niewiele ludzi się tematyką interesuje.

    1. Jak bardzo potrzebne są lokalne struktury, którym ZALEŻY na istnieniu państwa pokazuje przykład Ukrainy. Wg mnie, Ukraina istnieje, ponieważ dba o to lokalna oligarchia, a ta prosperuje tylko dlatego, że nie jest podporządkowana oligarchii wielkoruskiej. I zupełnie nie ma znaczenia, że ta ukraińska oligarchia, to oligarchia żydowska. Jest MIEJSCOWA. Kto ma niby zająć jej miejsce w Polsce? Wszystkie istotne siły są w Polsce uzależnione od potęg zewnętrznych. Gdzie jest, gdzie może być, wewnętrzne źródło polskiej siły? Podstawowe bartosiakowe pytanie: czy jesteśmy obszarem rdzeniowym zmodyfikowałbym, bo z pewnością nie jesteśmy. I nigdy nie byliśmy. Czy możemy być obszarem rdzeniowym – oto jest pytanie. I co jest nam do tego niezbędne.

      1. Oprócz Jacka Bartosiaka, Leszka Sykulskiego i prof. Bogdana Goralczyka to za bardzo nie ma ludzi, których dziennikarze mogliby zaprosić w celu wymiany poglądów na jakiś temat. Z polityków, obeznanych z tematyką w obszarze międzynarodowym, również są to pojedyńcze osoby, licząc na palcach jednej ręki.
        Żeby upowszechnić dyskusję na te tematy, musiałby się znaleźć jeden chociaż dziennikarz, który to i owo rozumie na ten temat i jakaś stacja telewizyjna, która uznałaby, że warto poświęcić na takie rozmowy i wywiady czas antenowy stacji.
        Może dzienikarze Polsatu? Ale trzebaby Polsatowi zaproponować, by był to cykl wywiadów i reportaży i nie na jakimś alternatywnym Polsat 2, czy Polsat Świat, tylko na Polsacie. Na TVN jakoś zabardzo nie liczę, choć ostatnią debatę o dziwo poprowadził red. Bartosz Weglarczyk, który w ramach Horyzontu mógłby poprowadzić cały cykl programów na tematy geopolityczne. Niechby i na TVN Biznes i Świat. Zostają jedynie YT i niektóre stacje radiowe.
        Większość społeczeństwa ogląda Zenka Martyniuka, czy jakichś złomiarzy, albo programy o talentach muzycznych.

        1. Jakich dziennikarzy? Wstrząsająca dla mnie osobiście była dyskusja Jacka Bartosiaka z tzw. Dziennikarzami, dotycząca sytuacji w USA, po zamieszkach na Kapitolu. Przecież, o ile można uznać działania J. Bartosiaka za ewangelizację, to to, co się działo w tej audycji przypominało misję wśród dzikich. Przecież Ci niby specjaliści od stosunków międzynarodowych, objawili się jako czciciele antytrumpa, prymitywy i propagandyści. I takie typy w Polsce kształtują opinię. Żałość i żenada.

          1. @Janusz Studnicki

            Więc zasadną staje się jakaś akcja mailowa ze strony PT czytelników niniejszego bloga w kierunku Rymanowskiego i Polsatu, aby zaprosił/li Bartosiaka, Sykulskiego i/albo Góralczyka do programu… najlepiej pod tytułem wyzwania następnej dekady.
            A najlepiej, żeby – właśnie jak @Legion XXX-ty Ulpia Victrix wyżej zasugerował – była to cała seria spotkań poruszających całe spektrum informacji.

            @wszyscy
            Mamy jakieś narzędzia, aby taką masową akcję wymuszającą w kierunku mediów przeprowadzić?

  9. Oczywiście – można uznać, że „nie będzie niczego”, że walka na starcie przegrana itd. Jednak jeżeli Bartosiaka i debaty NK itp ogląda na YT dziesiątki tysięcy, to na pewno ziarno kiełkuje. Moim zdaniem od 2008 narasta kryzys intelektualny, bo i tradycyjne nauki ekonomiczne zawiodły i zawodzą dalej, no i stary świat polityczny [Zachodu] jest wyraźnie w kryzysie. A w strefie zgniotu te zjawiska wystąpią szybciej i ostrzej. Zmiatając stare struktury. Na pewno utrzymaniem się Polski – jako gracza suwerennego i silnego wobec Kremla i Berlina – zainteresowany jest Pekin. Oraz Pentagon – który siłą rzeczy wobec ideologicznej głupoty, która właśnie wprowadza się do Białego Domu – będzie musiał tym bardziej pilnować interesu USA. Paradoksalnie – nasza wartość jako bufora geostrategicznego uniemożliwiającego powstanie supermocarstwa Lizbona-Władywostok – właśnie mocno wzrosły. Wzrosły do deal’ów pod stołem – i to via resorty siłowe. Pentagon po Brexicie, a także po CAI, widzi apetyty Berlina – już otwarcie mocarstwowe – a krnąbrność wobec USA [omijanie sankcji na NS2] – wyraźnie pokazuje, że Berlin będzie grał na siebie – najpierw budując mocarstwo – a potem supermocarstwo. Właśnie dlatego, że Biały Dom najprawdopodobniej za dobrą monetę weźmie zwodniczą „ofertę” AKK – dlatego właśnie Pentagon i specsłużby już układają scenariusze kontrujących działań pod stołem, działania geopolityczne pod szyldem militarnym. Pomijając patriotyzm itp. sprawy – zwyczajnie egoistycznie i pragmatycznie muszą dbać o własne stołki – czyli w praktyce o pozycję USA. Im bardziej Berlin prze do mocarstwa i supermocarstwa – tym bardziej po Brexicie wzrasta bezalternatywna GEOSTRATEGICZNA pozycja Polski. Im bardziej zawodzi współpraca na linii Biały Dom-cywilny rząd w Warszawie – tym bardziej siłą rzeczy rośnie waga kanałów specsłużb i militarnych. A i dla Pekinu ambicje Berlina są nader niepokojące. Przecież tam nikt nie da się nabrać na rzekomy „rozbrat” Berlina z Kremlem, rzekomo z powodu dętej „spawy” Nawalnego. Nikt tam też nie wierzy w szczerość „oferty” AKK. CAI jest tymczasową marchewką odciągającą Berlin – ale tylko do czasu zbudowania IV Rzeszy Paneuropejskiej. A etap budowy supermocarstwa Lizbona-Władywostok jest dla Pekinu katastrofa geopolityczną – wiec Pekin będzie maksymalnie zdeterminowany zastosować wszelkie potrzebne kroki. Na czele ze wzmocnieniem Polski jako kluczowego „bezpiecznika” przed ta katastrofą. To nie nasze elity polityczne będą grały pierwsze skrzypce, na pewno tez od nich nie wyjdzie inicjatywa do wykorzystania okna wielkiej szansy dla Polski. To będzie zrobione pod stołem z naszymi specsłużbami i wojskiem z inicjatywy Pentagonu i specsłużb USA – i tak samo zrobi Pekin. Obie strony zrobią to SKUTECZNIE. W imię własnej gardłowej – i akurat tutaj – identycznej zgodnej racji stanu. Nie sądzę, by tracili czas na jakieś sondowanie czy JK, czy rządu, czy Belwederu [bo z nimi nie ma przecież rozmowy na gruncie geopolityki – i polityki realnej opartej o siły i interesy] – od razu zaczną pod stołem z resortami siłowymi. Więcej – ten rodzaj kontaktów pod stołem – nasili się jeszcze bardziej w razie zmiany władzy w Polsce na proniemiecką. Chyba nie muszę tłumaczyć dlaczego… Niebezpieczeństwo jest takie, że po okresie chaosu władzy cywilnej władzy politycznej w Polsce – władzę obejmie armia ze specsłużbami. Co może się zrealizować na zasadzie odgórnego scentralizowanego zamordyzmu – a może też i zostać zrealizowane z pewnym mandatem poparcia społecznego i przyjęte z niejaką ulgą [przynajmniej na początku] przez zmęczone społeczeństwo – jako gwarancja długofalowej stabilizacji i bezpieczeństwa na poziomie państwa. W pustkę nieskuteczności władz cywilnych i narastającego chaosu – wejdą sprawne i sprawcze resorty siłowe – z ich twardym, siłowo i bezwzględnie egzekwowanym nowym porządkiem. Nie tylko w strefie zgniotu [w Polsce]. Moim zdaniem szaleństwa ekipy Bidena doprowadzą USA do sytuacji krytycznej [masowy dodruk dolara spowoduje w końcu niekontrolowany spadek wartości i popytu na dolara] – a nieskuteczność przywrócenia wzrostu i stabilizacji – doprowadzą finalnie [po okresie różnych prób i programów ozdrowieńczych] do nowej wojny domowej. Krwawej wojny domowej o ochłapy – bo w USA więcej jest broni w rękach prywatnych, niż wszystkich mieszkańców. Ruch BLM jest dżinem wypuszczonym z butelki – najprawdopodobniej ruchy mu podobne w latach 30-tcyh doprowadzą w końcu do wewnętrznego kollapsu USA. Dla nas lekcja prosta – czas zacząć przyjmować PONOWNIE inicjatywy z Pekinu pod stołem – wcale przy tym nie paląc mostów [zwłaszcza tych pod stołem] względem inicjatyw resortów siłowych z USA. Bacznie obserwując bieg spraw – z nowym zasadniczym scenariuszem bazowym – czyli obstawiając Chiny jako nowego „nr 1” świata. I rozmawiając z pozycji geostrategicznej wagi Polski – żądając bez najmniejszego skrępowania listy zasobów i koncesji koniecznych do utrzymania się Polski jako niezależnego geostrategicznego bufora. Zanim nastąpił atak na Pearl Harbor – i alianci zachodni i hitlerowskie Niemcy i stalinowska Rosja zgodnie „po jednej stronie” podtrzymywały dostawami i instruktorami opór Chin przeciw Japonii. By nie powstało trzecie konkurencyjne wobec nich supermocarstwo Japonii. Teraz jest w sumie identycznie – aczkolwiek budowa trzeciego supermocarstwa jest kamuflowana przez Berlin i Kreml. Na tyle nieudolnie kamuflowane [no i „spalone” po pierwszym „resecie” 2009-13], że i Pentagon i Pekin doskonale rozumieją, jakie śmiertelne konkurencyjne zagrożenie im się kroi.

    1. Dlaczego uważa Pan, że utrzymaniem Polski zainteresowany jest Pekin? Czemu Polski, a nie Ukrainy? Ukraina bez Polski może istnieć, a Polska bez Ukrainy raczej nie. Poważnie pytam, jaka jest różnica między Polską a Ukrainą dla Pekinu. Mnie się wydaje, że ważniejsza jest Ukraina. Polska to tylko część niemieckiej Mitteleuropy, a Ukraina , póki co, ciągle jest w grze. Ja osobiście na miejscu Chin stawiałbym na Ukrainę, a nie na żałosną prowincję Niemiec.

    2. @Georealista

      „W pustkę nieskuteczności władz cywilnych i narastającego chaosu – wejdą sprawne i sprawcze resorty siłowe ”

      I tu mnie wlasnie watpliwosci dopadaja-obserwuje te resorty silowe w PL od lat i wiele mozna o nich powiedziec ale na penow nie to ze sa sprawne.Resorty silowe trawi ta sama choroba co resze budzetowy-kolesiostwo,ukladziki,korupcja i obca agenturalnosc-wystarczy popatrzec na wielkie afery ostatnich lat z ktorych to zadna tak naprawda nie zostala rozwiazana do konca(a za wieloma jak wskazuja poszlaki staly wlasnie sluzby)i zaden bedacy jawnym zdrajca polityk „nie poszedl w odstawke”.
      Z Twoich wypowiedzi pozwalam sobie wnioskowac iz masz jakas insiderska wiedze o sluzbach ale oglad zewnetrzny resportow silowych daje zupelny inny obraz-i patrzac na niemoc panstwa polskiego w niemal kazdej dziedznie wydaje mi sie to obraz bardziej realistyczny i blizszy prawdzie.Sumujac:na sluzby nie ma co liczyc:w wiekszosci to aferzysci,obca agentura i wspolnicy w agencjach towarzyskich i NIC wiecej.

      Mam wrazenie iz jestes nadmiernym optymista ktory uwaza iz Polska z jakis „metafizycznych” powodow MUSI przetrwac wiec….JAKOS tam przetrwa-brutalna prawda jest taka ze NIE MUSI(przetrwac)-nie przetrawalo panstwo Hetytow,Asyria,Mitanni,Burgudnia czy Rzym to i nie musi Polska.Wiem,wiem straszliwy pesymiz tu prezentue ale nie jest to pesymiz nawolujacy do nicnierobienia tylko pesymiz wolajacy o WLASCIWY plan naprawczy dla Polski,wlasciwy a nie oparty o wiare iz istnieja jeszcze w Polsce jakies „sprawne struktury”-nie istnieja-wlasciwa diagnoza to podstawa.

      Od razu odpowiem iz osobiscie w tak beznadziejnej sytucji zaden plan naprawczy nie przychodzi mi to glowy-Polska MOZE i nawet przetrwa najblizsze dekady bo jak SLUSZNIE napisales czy to USA czy CHRL ZALEZY na zablokowaniu powstania nowego euroazjatyckiego mocarstwa ale bedzie to tylko przetrwanie-nic wiecej.Przetrwanie jako ZNOWU perfyferie mocarstwa tego czy innego mocarstwa i baza taniej sily roboczej-co zreszta moze nie jest takim najgorszym scenariuszem poniewaz najwieksze zagrozenie dla Polski to sasiedzi i to oni wycieli nam tak teraz brakujace elity-wiec byc moze nawet i warto zostac satelita na te pare dekad czy to USA czy CHRL w OBECNYM rozdaniu tylko po to aby skolapsowac Moskwe i Berlin i miec znacznie lepsza pozycje w rozdaniu NASTEPNYM(tak za 50 lat?)-wtedy i czas bylby na edukacje i budowe struktur czy gromadzenie kapitalow(USA i CHRL sa daleko i ich uscisk bedzie znacznie mniej szczelny).

      @Janusz Studnicki

      „Jak bardzo potrzebne są lokalne struktury, którym ZALEŻY na istnieniu państwa pokazuje przyklad Ukrainy”.

      Dokladnie i zgodze sie w Twoja opinia iz w Polsce takich struktur nie ma.Nie ma takze pieniedzy na ich powstanie ani czasu na wyedukowanie-obecna gra toczy sie szybko i brutalnie i za najdalej 5-10 lat sie rozstrzygnie.
      Dlatego nie widze w OBECNYM rozdaniu szans dla Polski-zbyt duzo czasu zmarnowano przez ostatnie 30 lat aby to sie dalo teraz nadrobic w pare lat-moza sie „rzucac” i przegrac albo co czego wymaga nasz ODWIECZNY geopolityczny interes ustawic sie przeciw Niemcom czy Rosji(ktore i tak zdaja sie przegrywac wiec ryzyko niewielkie)przy boku jednego z supermocarstw aby dostrwac do NASTEPNEGO rozdania za pare dekad ktore po pognebieniu Moskwy I Berlina powinno byc dla nas latwiejsze.

      I juz bym prawie napisal iz w zwiazku z tym „wiernopoddancza” polityka PISu wobec USA ma sens ale jakos nie moge sie zmusic gdyz jest zbyt chaotyczna i zbytnio oparta na wierze w amerykanskie ZAPEWNIENIA a NIE w realnie inwestowany pieniadz i pomoc WSZELKIEGO rodzaju.Wiara w zapewnienia i deklaracje w okresie zimnej(a wkrotce byc moze i goracej)wojny to droga do narodowego SAMOBOJSTWA.
      Dlatego ja wolam czasem(na puszczy jak widac)o pewne „lawirowanie” aby „wycisnac” z Ameryki(a moze i UE czy nawet Chin)co WIECEJ niz tylko zapewnienia i deklaracje.
      Akurat lawirowanie i krecenie to „naszym” politykom niezle wychodzi….TYLKO i wylacznie w stosunku do wlasnego spoleczenstwa jak na razie niestety.Uwazam ze przy sporym nacisku spolecznym to akurat tego „skilla” udalo by sie im zaimplementowac takze na arenie miedyznarodowej-dlatego edukowanie lemingow(nie wiem czy mozliwe)oraz „pelikanow”(raczej mozliwe)to PODSTAWA-jak ONI beda naciskac na swych wybrancow to ci nawet cos tam zrobia(czytaj beda krecic i lawirowac bo nic innego nie umieja)w interesie….naciskajacych.Obecny problem jest taki ze to nie Polacy naciskaja na polskich politykow tlyko Niemcy,Rosjanie,Ameryanie itp-i to jest wlasnie to co musi sie zmienic-jak juz napisalem powyzej:to polityka wewnetrzna blokuje na geopolityke wiec to polityke wewnetrzna trzeba naprawic aby uprawiac geopolityke-jak te polityke wewnetrzna „naprawi nam” ktos inny(jak zdaje sie pare lat temu USA)to nadal bedzie ona uprawiana w interesie….wlasnie tego kogos innego.

      Reasumujac:chocby ogolne wyedukowanie kilkunastu procent spoelczenstwa w sprawach geopolitycznych i geoekonomicznych powinno poskutkowac pewnym naciskiem spolecznym na establishment ktory w zwiazu z tym W KONCU wdrozy te JEDNA JEDYNA umiejetnosc ktora posiada czyli KRETACTWO na arenie miedzynarodowej-to na obecne rozdanie powinno(?)wystarczyc-i to jest wlasnie wartosc takich blogow jak ten czy dzialalnosic Bartosiaka.NIE oszukujmy sie-ZADNA z tu omawianych strategii(chocby nie wiem jak genialna)nie zostanie wdrozona w zycie przez polski zidiocialy,agenturalny establishment-JEDYNE co moze zostac na nich WYMUSZONE to uzycie ich „aferalnego skilla” na arenie miedzynarodowej aby podczepic sie pod wygrywajace supermocarstwo wzglednie malym kosztem,we wlasciwym czasie i za pol darmo(a nie jak teraz ZA szybko i po gigantycznych kosztach).
      Naszym „zasobem” sa kretacze i lawiranci i wlasnie tego zasobu trzeba uzyc poniewaz….innego nie mamy i w TYM rozdaniu miec NIE bedziemy.

    3. @Georealista

      Dziękuję za odpowiedź.

      Mój problem, który w tym wszystkim mam, w Pańskim opisie, że zarówno Pentagon jak i Pekin będzie musiał być inicjatorem działań w kierunku naszych specsłużb i militarnych, jest taki:
      Taka informacja działa usypiająco… znowu inni zrobią coś za nas, my nie musimy nic!

      Ja natomiast jestem przekonany, że trzeba zacząć z tym co mamy – kilkadziesiąt tysięcy czytelników i widzów Bartosiaka/Sykulskiego/Wojczała/Góralczyka powinno zacząć wywierać nieprzerwaną presję wszelkimi dostępnymi środkami na kanały informacyjne, aby tam zaczęły pojawiać się informacje z zakresu naszej sytuacji geopolitycznej i niezbędnych działań.
      Bo tylko zmieniając glebę można zacząć zmieniać to co się z niej urodzi.

  10. Tak sumując sytuację – na szeroko rozumianym Zachodzie i w Polsce – wyczerpuje się model polityczny, ekonomiczny, finansowy i społeczny. Nie liczmy, że rządowe think-tanki i instytucje dadzą nowe modele. Za bardzo wiszą na rządowych pieniądzach czy na „sponsoringu” starych grup wpływu – czyli na wymaganym odgórnie starym myśleniu. Wschodnia Flanka [w tym Polska] z tytułu presji w strefie zgniotu, została wyrwana z letargu od przełomu 2013/14. A 2020 uważam za rok przełomu mentalnego – świadomości społecznej, że świat się zmienia. Kolejne lata zdusza nadzieje, że „będzie jak dawniej”. Co oznacza narastanie poszukiwania nowych dróg – i tu jest okno możliwości do propagowania nowych modelów. Przez osoby i instytucje pozarządowe – bo tamte będą się do ostatka trzymały taktyki zakrywania rany starym plasterkiem i pudrowaniem. W Polsce czeka nas w tej kadencji albo mobilizacja u steru ze strony obecnego obozu władzy [co szacuję na 20-30% max] – albo destabilizacja i „zjedzenie” przez „ulicę i zagranicę” i przejęcie władzy przez obóz proberliński, Co bynajmniej nie spowoduje jakiejś stabilizacji – wręcz przeciwnie – po pierwszych antypolskich „ukazach” skwapliwie wykonywanych przez kompradorów proberlińskich – będzie „nieoczekiwana” aktywizacja dotychczas „spokojnej” części społeczeństwa. Oczywiście te protesty będą stygmatyzowane i pacyfikowane jako „faszyzm” itd. – co tylko nakręci spiralę konfrontacji wewnętrznej. A i wielu z popierających obecną opozycję nagle obudzi się z ręka w nocniku [jak im ta nowa władza dopiecze w ich życiowym „biznesie”] – i też zacznie dokładać do pieca. Czyli czeka nas okres rosnącego chaosu wewnętrznego. Który zakończy się albo zewnętrznym podporządkowaniem Polski jako całkowicie marionetkowego tworu w stanie rozbiórki i likwidacji – albo przejęciem władzy przez resorty siłowe. Rzecz w tym, że jeżeli będzie przygotowany nowy model [i to proceduralny – do wykonania w „realu”, a nie deklaratywny – czyli życzeniowy] – nowy model ekonomiczno-społeczno-polityczno-finansowy – to taka zmiana – ale zmiana na rzecz stabilizacji przez autorytarną władzę, może odbyć się relatywnie spokojnie – i z pewnym udziałem społeczeństwa i z większościowa aprobatą – właśnie ze względu na stabilizację. Udziałem opartym o realizację racjonalnych wymagań do funkcjonowania w nowych czasach – co władza przyjmie, bo to zapewni stabilizację – czyli także stabilność samej władzy. Obecny obóz zmarnował swoje okno szansy – w zasadzie ograniczył się do programów socjalnych i do ogólnego „wystarczy nie kraść”. To było relatywnie sporo względem poprzedniej ekipy – ale dużo za mało względem narastających wymagań w obliczu ciągłych zmian na świecie – i w naszej strefie zgniotu. Zakładając realistycznie najbardziej prawdopodobny model – czyli przejęcie władzy autorytarnej po wypaleniu się i nieskuteczności dotychczasowej władzy „cywilnej” – powstaje zasadnicze pytanie dla nowej władzy – I CO DALEJ ROBIĆ? – oraz drugie, równie ważne – JAK TO ZROBIĆ? I na ten moment trzeba przygotować pełen proceduralny, spójny i domknięty pakiet działania na nowe czasy. Z dwoma priorytetami – bezpieczeństwa długofalowego strategicznego Polski i Polaków – i zabezpieczeniem podstawy piramidy Maslowa. Proszę pamiętać – gdy nieskuteczność ekipy proberlińskiej i chaos wewnętrzny wzrośnie do pewnego poziomu – zarówno dla Berlina jak i dla Kremla będzie to znakomity pretekst do siłowego zaprowadzenia „porządku”. Co AKK już otwarcie zadeklarowała, a Kreml zapewne by to chciał zrobić w rękawiczkach tzw. „błekitnych hełmów” udających siły ONZ – czyli poprzez inwazję „mirotworców”. A wtedy tylko nasze resorty siłowe na czele z wojskiem – będą w stanie to skontrować – zarówno przejęciem władzy, jak i zapewne powszechną mobilizacją kraju. Trzeba się przygotować na ten niestety najbardziej realny scenariusz zdarzeń – i zawczasu wypracować [poza strukturami rządowymi] spójny dopracowany domknięty całościowy proceduralny model na nowe ciężkie czasy: CO ROBIĆ? i JAK TO ZROBIĆ? Podkreślam: bardzo bym chciał oddolnego świadomego balansu społeczeństwa przeciw coraz twardszej władzy. Bo w coraz cięższych czasach albo władza twardnieje [na zewnątrz – ale zazwyczaj to odbija się także na twardości wewnętrznej z tytułu koniecznej wyższej skuteczności egzekwowania działań]- albo państwo znika. Jeżeli nie wytworzymy powszechnego oddolnego balansu wewnętrznego – czeka nas odgórna dyktatura, a w każdym razie władza autorytarna. Ale i tak – nawet w takiej sytuacji – wiele [może najwięcej] będzie zależało od realnie wdrażanego długofalowego nowego całościowego modelu funkcjonowania – tworzącego w istocie nowy kontrakt społeczny z nowym „going concern”. I to jest zadanie konkretne – dla wszystkich zainteresowanych – którzy nie wiszą na pasku władzy czy różnych lobby. W tym względzie jestem optymistą – nasz oddolny pzarządowy pogardzany i lekceważony „intelektualny wolontariat” jest w stanie dać nowy model na nowe czasy. W tym przypadku nie idzie o ilość i o „masy społeczne” – tylko o jakość myślenia i tworzenia pragmatycznych konceptów do przeanalizowanych i wyodrębnionych wymagań – chodzi o kilkanaście tęgich głów, które taki całościowy model zbudują jako przemyślany, krytycznie przetrawiony „gotowiec”… I to jest konkretne zadanie na następne kilka lat. Stąd rwanie włosów na głowie i wszelkie biadanie nad rozlanym mlekiem [tudzież ekstrapolowane z tegoż biadania generalizacje typu: „czeka nas całkowita katastrofa – wszystko skończone – nie ma nadziei”] mam za bezproduktywną stratę czasu. Chaos i zmarnowane możliwości przez kilka lat przyszłej dekady [może nawet przez całą dekadę] trzeba z góry „spisać na straty” jako nieuniknione koszty przesilenia starego modelu dla wdrożenia nowego. Trzeba od teraz zakasać rękawy i myśleć maksymalnie swobodnie z pełną otwartością na każdy wariant i każde rozwiązanie – nie oglądając się na dotychczasowe nieskuteczne schematy, „jedynie słuszne wzorce” i „święte dogmaty”. Od razu skreślając typowe kalki zachowawcze – trzymania się starego modelu „bo inni to robią”, „bo to dotychczas jakoś działało”, a idąc w nowe – bez przekreślania z góry „to się nie uda, bo tego przed nami nikt nie wymyślił – nikt tego nie robił”. Generować pomysły – choćby na pierwszy rzut oka szalone – szlifować i modyfikować i łączyć z innymi – aż do akceptacji lub zredagowania w ramach „planu B” „planu C” „planu D” – albo do zasadniczego odrzucenia – ale wszystko dopiero po całościowym przepracowaniu. Kluczem jest synergia systemowa – pozbieranie przetestowanych w praktyce klocków – i złożenie ich w zupełnie nową jakościowo i systemowo i funkcjonalnie machinę. Tak mówiąc obrazowo – skoro stary zaprzęg konny jest przestarzały – to czas odjąć dyszel, odciąć łoże dyszla, zamontować ramę z silnikiem, bak z paliwem, przeniesienie mocy, sprzęgło, hamulec, kierownicę i dużo lepszą latarnię [dla lepszej świadomości sytuacyjnej] – dać przygotowaną instrukcje obsługi i jazdy i przeszkolić kierowcę i mechanika – i ruszyć do wyścigu [globalnego i regionalnego – o PRZETRWANIE – a potem o rozwój i nową lepszą pozycję] – nowym wehikułem – odpowiadającym surowym wymaganiom narzuconym przez twardą grę zawodników…bo to owa gra tworzy „regulamin” wyścigu…

Leave a Reply

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.