USA vs CHINY – będzie wojna czy sojusz?

Czyli o tym, czy Donald Trump powtórzy sukces Richarda Nixona i doprowadzi do taktycznego odwrócenia Chin?

Postawienie takiej tezy może się wydawać niektórym dość szalone. Zwłaszcza w świetle ostatnich wydarzeń, kiedy to USA wprowadziło kolejne zaporowe cła na chińskie towary (10 maja), Pekin zapowiedział nałożenie ceł odwetowych (od 1 czerwca), co poskutkowało uderzeniem Amerykanów (poprzez Googla, ale i japońskie firmy tj. jak Panasonic) w chińskiego producenta smartfonów Huawei. Jednocześnie Korea Północna, będąca niejako narzędziem w rękach Chińskiej Republiki Ludowej, wróciła do testów rakiet zdolnych do przenoszenia broni jądrowej. Napięcie na linii Waszyngton – Pekin rośnie, ale z pewnością nie jest to jeszcze apogeum tej rywalizacji. W zasadzie w ciemno można obstawiać, że to dopiero początek wojny handlowo-gospodarczej między największymi gigantami świata.

Każdy proces ma jednak nie tylko swój początek, ale i koniec. I tu należy wybiec myślami w przyszłość. Przewidzieć kolejny ruch na globalnej szachownicy. Czy końcem procesu narastania napięcia między Chinami, a USA będzie wybuch wojny? Takiej, która mogłaby przerodzić się w wojnę światową, a nawet atomową? Jak widać, z tej perspektywy przewidywanie zawarcia dealu Xi-Trump (choć równie dobrze, mogą to być inni przywódcy) nie wydaje się już tak oderwane od rzeczywistości. W zasadzie śmiało można stwierdzić, że mając taki wybór (wojna, albo deal) obie strony na 99% zdecydują się na zawarcie porozumienia. Oczywiście istnieje jeszcze trzecia droga. Wieloletnia wojna gospodarczo-handlowo-polityczna na wyczerpanie przeciwnika. Czyli brak jednoznacznego rozstrzygnięcia. Taki scenariusz oceniam jednak na mało prawdopodobny. Dlaczego? Amerykanie mentalnie należą do kultury europejskiej. Grają w szachy. Nie w Go. Będą szukali rozstrzygnięcia w zdecydowanych, szybkich ruchach, zwłaszcza, że czas działa na ich niekorzyść. Muszą działać, póki posiadają jeszcze przewagi na decydujących płaszczyznach (m.in. możliwość blokady handlu morskiego, który póki co odgrywa najważniejszą rolę dla gospodarki Chin).

W tym miejscu należy wziąć pod rozwagę, dlaczego wybuch wojny lub długotrwałe zmagania na linii Waszyngton-Pekin są mniej prawdopodobne niż opcja dealu. Do dzieła.

Czy wybuchnie wojna chińsko – amerykańska?

Temat ten poruszałem już przy okazji artykułu pt.: III Wojna Światowa nie wybuchnie. Na razie„. Wojna światowa raczej nie zacznie się od konfliktu dwóch największych graczy na świecie. Czyli Chin i USA. Pisząc w dużym skrócie, powody są dość prozaiczne. Wojna osłabia strony walczące i umacnia tych, którzy nie wezmą w niej udziału. Wojna dwóch najpotężniejszych mocarstw światowych może skończyć się tak, że stracą one wszelkie swoje przewagi nad resztą globu i w efekcie utracą już zajęte przez siebie dogodne pozycje. Jednocześnie wchodzenie do konfliktu w pierwszym szeregu walczących oznacza, że prawdopodobnie dane państwo odniesie największe straty. Stany Zjednoczone doskonale rozegrały scenariusze I i II Wojny Światowej. Podczas gdy Eurazja była pochłonięta wojną, USA wyczekiwało. Na to, by w kluczowym momencie wejść do konfliktu, przeważyć szalę na jedną ze stron, zwyciężyć i jako najsilniejszy przy stole gracz narzucić własne warunki zwycięstwa. Innymi słowy. Wybuch nowej, trzeciej globalnej wojny może być rozpatrywany w kategoriach korzyści, jeśli chodzi o USA. Ale tylko wówczas, gdy hegemon pozostanie w pierwszej fazie starcia nieaktywny. Na co pozwala Amerykanom ich wspaniałe położenie geograficzne.

Posiadając tak ogromny handicap głupotą byłoby z niego rezygnować. I wikłać się w starcie militarne z symetrycznym przeciwnikiem, położonym za największym oceanem na Ziemi.

Z punktu widzenia Chin, wojna również byłaby najgorszym możliwym rozwiązaniem. Póki jest pokój, a Chiny mogą handlować – czas gra na korzyść Pekinu. Na ten moment Chińczycy są słabsi niż Amerykanie. Jednak trwający jeszcze stary ład światowy pomaga im w szybkim tempie skracać dystans do USA. Natomiast Chiny wciąż nie posiadają równorzędnej floty, nie są zdolne zagwarantować bezpieczeństwa szlakom morskim, ich gospodarka jest uzależniona od handlu i to handlu morskiego (NJS/OBOR dopiero przecież powstaje i miną jeszcze lata by przepustowość szlaków lądowych choć trochę rekompensowała ewentualną utratę możliwości wysyłania towarów drogą morską).

Nie należy ponadto zapominać o trzecim wielkim graczu. Konflikt Chiny vs USA z pewnością ucieszyłby Rosję, która mogłaby pełnić rolę rozjemcy. Podczas gdy Waszyngton i Pekin wymieniałyby się ciosami, Moskwa wespół z Berlinem mogłyby stworzyć Eurazjatycki blok, który przywróciłby europejską dominację na świecie. Z tych oczywistych względów bezpośrednia wojna Chin i USA jest niezwykle mało prawdopodobna (a jeśli już wybuchnie, to będzie raczej efektem trwającego już, globalnego konfliktu). Zwłaszcza, że dla Chin największym rywalem i zagrożeniem nie są wcale odległe Stany Zjednoczone. Chińczykom wystarczy samo wyparcie amerykańskich wpływów z przybrzeżnej strefy bezpieczeństwa i zabezpieczenie sobie komunikacji z Europą, Afryką i resztą Azji. Prawdziwym rywalem Chin, którego Pekin często się obawiał była Rosja (z uwagi na sąsiedztwo i potęgę atomową). W tej chwili Chińczycy muszą ponadto również kontrolować potęgę Indii (również sąsiad, dysponujący bronią jądrową).

Mając na uwadze powyższe, czy wobec tego nie jest możliwy chociażby konflikt zastępczy? Np. wojna chińsko-amerykańska, ale na terytorium państwa trzeciego? Korei Północnej, Korei Południowej, a może i Tajwanu?

W mojej ocenie, wbrew pozorom, Amerykanie są do takiej wojny znacznie lepiej przygotowani niż Chińczycy. Nawet pomimo tego, że ewentualne miejsca starcia znajdują się blisko granic Chin i bardzo daleko od Waszyngtonu. I wcale nie chodzi mi tutaj o przewagi militarne. Tylko handlowo-gospodarcze. Jeśli Chińczycy zaatakowaliby Tajwan lub wparli Koreę Północną przy ataku na południowego sąsiada, wówczas Pekin zostałby potępiony niemal przez całą społeczność międzynarodową. To oznaczałoby sankcje, cła, i blokadę handlową. Jednocześnie USA i ich sojusznicy zablokowaliby Cieśninę Malakka, Zatokę Perską i Kanał Sueski. Chiny stałyby się zakładnikiem mas lądowych, a ich gospodarka zaliczyłaby upadek. Z wielkiej wysokości.

Dlatego też, Chińczycy wciąż nie podejmują żadnych agresywnych ruchów w stosunku do państw trzecich. Są zbyt słabi politycznie, by móc wojować z całym światem lub przekonać go do swoich racji. Bądź co bądź, ład światowy zbudowany jest o demokratyczne wartości i żadne państwo będące militarnym agresorem nie może liczyć, że sprawę uda się jakoś załagodzić (chyba, że jest to hegemon 😉 lub wszystko dzieje się za jego zgodą). Dobrym przykładem jest tu Rosja, która znajduje się w izolacji pomimo faktu, że główni europejscy gracze (Niemcy, Francja, Włochy) najchętniej współpracowaliby z Moskwą bez żadnych ograniczeń.

Zimna Wojna na Dalekim Wschodzie

Ten scenariusz może wydawać się najbardziej prawdopodobny, ale tylko pozornie. Chinom opłaca się prowadzić z USA wymianę ciosów gospodarczo-polityczno-handlowych tak długo, jak długo będą mogły handlować (za pomocą szlaków morskich) z Europą i Bliskim Wschodem. Innymi słowy. Jak tylko Waszyngton zdecyduje się na podjęcie najbardziej rygorystycznych kroków wobec Pekinu (blokada morska, sankcje), Chińczycy utracą zdolność do utrzymania wzrostu gospodarczego, transformacji społecznej (budowa klasy średniej), jak również do budowy armii i floty (do czego potrzebny jest przemysł i kapitał). Na chiński PKB największy wpływ mają inwestycje, a w drugiej kolejności handel. Przy czym inwestycje są dokonywane z kapitału pozyskiwanego z eksportu… Dla Chin, o czym często pisałem, brak handlu = brak eksportu = brak kapitału = brak inwestycji = tąpnięcie gospodarki (PKB) = obniżenie produkcji = zwiększenie bezrobocia = zubożenie rynku wewnętrznego = dalsza utrata zbytu i załamanie produkcji = dalsza redukcja przemysłu i zatrudnienia, etc.etc. etc. Jest tak ponieważ w dalszym ciągu rynek wewnętrzny Chin nie jest w stanie zastąpić popytu zewnętrznego.

Chiny są niezwykle podatne na czynniki zewnętrzne (w przeciwieństwie do USA), a to ze względu na uzależnienie od eksportu swoich towarów (z uwagi na wciąż słabo rozwinięty rynek wewnętrzny – brak klasy średniej w odpowiedniej proporcji, spora część populacji jest zwyczajnie uboga) oraz importu surowców energetycznych. Oczywiście Chińczycy próbują przezwyciężyć te słabości, ale na razie są w tych kwestiach raczej bliżej początku, niż końca (ewentualnie w połowie, w każdym razie wiele jeszcze przed nimi).

By dokonać transformacji społeczno-gospodarczej, Pekin potrzebuje tylko jednego. Czasu. Czasu pokoju, handlu i prosperity. Dlatego Chińczycy nie będą skłonni do prowadzenia długotrwałej wojny handlowo-gospodarczej z USA. Będą woleli kupić sobie kilka lat względnego spokoju. Za wszelką cenę.

Wszystko po to, by osiągnąć względną równowagę gospodarczą, uniezależnić się od wpływów zewnętrznych, nabrać sił i stać się graczem zdolnym oddziaływać na zewnątrz nie tylko poprzez kapitał, ale i potęgę militarną. Chińczycy, by móc stawić czoła USA, potrzebują co najmniej dekady spokoju.

Odwrócenie Chin.

O tego rodzaju rozwiązaniu pisałem już ponad rok temu, przy okazji wydarzeń związanych z Koreą Północną w artykule: „Zjednoczenie Korei? Kapitulacja Kim Dzong Una?(…)„. W pierwszej kolejności należy wyjaśnić, czemu taki deal miałby służyć. Co chciałyby osiągnąć strony godząc się na układ?

Należy w tym miejscu wrócić do nieco szerszego kontekstu globalnej sytuacji na arenie międzynarodowej. I do strategii jaką obrały Stany Zjednoczone w celu utrzymania hegemonii, którą opisywałem szerzej w tekście: „Polska – kluczem do strategii USA?„.

W ogromnym skrócie, USA mierzy się w tej chwili z powstającymi blokami państw: Berlin – Moskwa, Moskwa-Pekin i szerzej: Berlin-Moskwa-Pekin. Berlin i Moskwę Amerykanie rozdzielają dzięki Polsce oraz Międzymorzu/Trójmorzu (to nie to samo). Natomiast Moskwa współpracuje w tej chwili z Pekinem, pomimo tego, iż Chiny są dla Rosji najgroźniejszym rywalem. Strategia USA,w mojej opinii, polega na graniu na rozdźwięki interesów w w/w blokach. Na próbie rozerwania więzi, izolowania poszczególnych graczy (UE, Rosja, Chiny), by następnie rozprawić się z nimi pojedynczo. Ta „rozprawa” ma na celu służyć podporządkowaniu konkretnych sił własnej woli. Począwszy od najsłabszego gracza – Rosji. Podporządkowując lub wykluczając Moskwę z gry, Amerykanie automatycznie odzyskaliby kontrolę nad Berlinem i Europą (tuta UE zwyczajnie by musiała skapitulować). To z kolei pozwoliłoby amerykańskiej administracji wrócić do walki z Chinami. Ze wsparciem całego „Zachodu” jako monolitu.

By osiągnąć ten cel, Donald Trump prowadzi, obrazowo rzecz ujmując, dyplomację kija i marchewki. Gdy negocjacje z Chinami zmierzają w dobrą stronę, Amerykanie dociskają Moskwę. Gdy na linii Waszyngton – Pekin iskrzy, wówczas dyplomaci z Waszyngtonu jeżdżą na Kreml (vide ostatnie spotkanie Mike’a Pompeo z Siergiejem Ławrowem 14 maja w Soczi). Można było to obserwować już od kilku lat. Metoda okładania kijem na przemian z oferowaniem marchewki poszczególnym rywalom ma zmusić któregoś z nich do pęknięcia i wyłamania się.

Wielu analityków i geopolityków wskazuje, że wszystko to zmierza do tzw. Drugiej Jałty, czyli porozumienia Waszyngtonu z Moskwą (na równych warunkach). Wskazują oni, że dla Rosji, Chiny są głównym rywalem i właśnie dlatego Kreml zdecyduje się na wspólną z USA walkę przeciwko chińskiemu smokowi. W jednym z ostatnich tekstów zatytułowanym: USA zamierza pobić Rosję. Nie będzie resetu wyszczególniłem argumenty za tym, dlaczego tak się jednak nie stanie.

Znów, skracają znacznie wątek (bowiem nie on jest tematem niniejszego tekstu), Rosja dąży do wielobiegunowego układu sił, w którym mogłaby zachować neutralność i zbudować blok Berlin-Moskwa. Dla USA, co wytłumaczyłem w w/w tekście, taki stan rzeczy jest nie do zaakceptowania (ani wielobiegunowość, ani oś Berlin-Moskwa).

To dlatego walka na linii USA – Rosja wciąż przybiera na sile. Amerykanie chcą złamać wolę Kremla, tymczasem Putin ani myśli o podporządkowaniu się woli USA i samobójczej dla Rosji walce przeciwko Chinom. Stawiając kropkę. Kreml nie pozwoli się odwrócić. Z wielu względów. Putin walczy o całkowitą niezależność i pozycję jednego z biegunów w wielobiegunowym układzie sił na świecie. Jednocześnie Rosja, jako jedno z nielicznych państw na globie, ma zdolność do długotrwałego opierania się wpływom i sile morskiego hegemona. Jako państwo heartlandowe, będące odporne na blokady morskie, wojnę handlową i izolację polityczną, może pozwolić sobie na grę na zwłokę. Co pokazało nam ostatnie 5 lat (począwszy od 2014r.). Oczywiście to wszystko przy zastrzeżeniu, że Rosja będzie eksportować wydobywane przez siebie surowce energetyczne. W przypadku odcięcia jej od europejskiego rynku zbytu (a przypomnijmy, że Polska już się uniezależnia w tym zakresie od Moskwy i buduje własną sieć, która może wesprzeć innych regionalnych graczy tj. choćby Ukraina), Federacja Rosyjska może wpaść w olbrzymie kłopoty. Ratunkiem jest tutaj inwestycja w sieci przesyłowe do Chin, które mogą przyjąć znaczne ilości gazu i ropy.

Zupełnie inaczej sprawy wyglądają w przypadku Chin. Chińska gospodarka jest jedną z tych najbardziej uzależnionych od świata morskiego. Władze z Pekinu są zdeterminowane by to zmienić, jednak póki co się to jeszcze nie udało. W przypadku twardej gry Amerykanów, Chińska Republika Ludowa będzie na każdym etapie zmagań kalkulować bilans zysków i strat dla każdego wariantu (wojna/zimna wojna/deal). Innymi słowy, Waszyngton, przy dostatecznie ostrej grze, jest w stanie zmusić Pekin do taktycznego dealu, który polegałby m.in. na tym, iż Chińczycy zrzekliby się wsparcia dla Rosjan. W zamian za nieskrępowany dostęp do morskich szlaków handlowych i rynków europejskich, bliskowschodnich, czy nawet afrykańskich. Jak taki deal miałby dokładnie wyglądać (co obejmować), o tym napiszę jeszcze w dalszej części artykułu.

Niemniej, reasumując. Rozważając grę między USA, UE, Rosją, a Chinami, niewątpliwie Rosja jest zawodnikiem najłatwiejszym do pokonania metodami pokojowymi. Rosjanie już otrzymali bolesne ciosy, natomiast w przyszłej perspektywie muszą liczyć się z możliwością spadku eksportu gazu ziemnego i ropy naftowej do Europy. Jak również ze spadkiem cen surowców, czy dalszymi sankcjami i izolacją. Gdyby Chińczycy zostali odwróceni, odcięli Moskwę od kredytów i kapitału oraz zaprzestali inwestować w import rosyjskich gazu i ropy, Rosja zostałaby pobita gospodarczo. Z kolei jak tylko Moskwa zostałaby wyłączona z gry jako samodzielny i niezależny zawodnik, Unia Europejska wróciłaby pod skrzydła Waszyngtonu (z wielu różnych względów). Na rozkaz.

Jednak o ile Rosja dla Amerykanów nie stanowi wyzwania (poza płaszczyzną militarną, co Kreml skrzętnie wykorzystuje), o tyle jest najbardziej odporna na amerykańskie naciski i perswazję. Odwrotnie jest z Chinami, które są potężne gospodarczo (choć mają wiele słabości), ale jednocześnie znacznie bardziej podatne na czynniki zewnętrzne. Stąd w mojej ocenie, prędzej dojdzie do odwrócenia Chin (jak za czasów Nixona i Kissingera), niż do Drugiej Jałty. Natomiast Pekin nie będzie chciał prowadzić wieloletniej dalekowschodniej Zimnej Wojny (blokada morska, wojna handlowa, walka polityczna) ponieważ nie jest na nią jeszcze gotowy.

Teatry zmagań – Korea Północna jako narzędzie Chin i potencjalny cel USA

Pomimo ogromnej gospodarki i kapitału jakimi dysponuje Pekin, w gospodarczym starciu z USA te argumenty nie wystarczą. Z jednej prostej przyczyny. Amerykańska gospodarka jest w dużej mierze samowystarczalna, niezależna od podmiotów zewnętrznych, a US Navy kontroluje najważniejsze morskie szlaki handlowe świata. Które służą w głównej mierze innym, np. Niemcom czy Chinom. Chińczycy nie są w stanie zaatakować ekonomicznie Amerykanów, bez narażenia się na olbrzymie straty. Miecz, którym mogą uderzyć (grożą sprzedażą amerykańskich obligacji) jest obosieczny. Chiny z jednej strony są wierzycielem USA, a drugiej obligacje i dolary stanowią sporą część chińskich rezerw. Jednocześnie z uwagi na deficyt handlowy z USA, na cłach i wojnie handlowej Chińczycy stracą znacznie więcej niż Amerykanie (dlatego to Waszyngton używa akurat tej formy nacisku). To dlatego Pekin nie kierował w stosunku do USA żadnych bezpośrednich gróźb czy nacisków. W starciu ze Stanami Zjednoczonym, najlepszą metodą walki dla Chin okazała się ta siłowa (czyli taktyka Rosjan). Nie chodzi tutaj jednak o rozmieszczanie wojsk, przeprowadzanie manewrów czy inwazję na sąsiadów. Pekin w tym celu wykorzystywał od wielu lat Pjongjang. Ilekroć Chińczycy chcieli Amerykanom sprawić problemy, wciskali przycisk z napisem: „Szalony Kim Dzon Un”. Gdy tylko USA było zaangażowane na innych frontach (Europa, Bliski Wschód), Korea Północna rozpoczynała swoje rakietowe demonstracje zmuszając Waszyngton do reagowania. Dla zajętych innymi sprawami Amerykanów, znacznie łatwiej było powierzyć sprawę „uspokojenia Kima” władzom z Pekinu (oczywiście nie za darmo). Stąd takie głośne apele Donalda Trumpa (2017 rok) skłaniające do tego, by to Chiny rozwiązały ten problem. Co oczywiście nie nastąpiło, dlatego amerykański prezydent podjął próbę odwrócenia Korei Północnej i wyciągnięcia jej z chińskiej sakwy. Utrąciłoby to Pekinowi ten jakże niewygodny dla Amerykanów lewar (Koreańska broń atomowa nie tyle zagraża terytorium USA, co bierze na zakładnika amerykańskich sojuszników tj. Korea Południowa czy Japonia). Dziś już wiemy, że po dwóch spotkaniach z D. Trumpa z Kim Dzong Unem, próba ta zakończyła się fiaskiem.

Na jakich płaszczyznach będą się więc rozgrywać „negocjacje” przyszłego dealu? (Ponieważ tak to można postrzegać – jako negocjacje). USA będzie nadal podwyższać stawkę na gruncie gospodarczo-handlowym. Chińczycy posłużą się Koreą Północną w celu wywołania gróźb i wzięcia na zakładników pobliskich sojuszników Waszyngtonu. Dlatego to Korea Północna stanie się odpowiednikiem Ukrainy w rywalizacji na linii USA – Rosja. Tylko tutaj, to Amerykanie będą grozić inwazją.

Prawdopodobny scenariusz na najbliższe miesiące – lata

Co nas czeka? W mojej opinii dojdzie do drugiego ostrego spięcia USA z Koreą Północną. Pierwsze obserwowaliśmy pod koniec 2017 roku, kiedy to w listopadzie Amerykanie zgromadzili w pobliżu koreańskiego półwyspu aż 3 lotniskowce wraz z grupami bojowymi wsparte przez flotę japońską. Pomimo tego Kim Dzong Un przeprowadził kolejne testy balistyczne rakiet, na skutek czego Amerykanie wespół z Koreą Południową przeprowadzili ogromne manewry lotnicze, w których symulowano uderzenia na cele Korei Północnej. USA zgromadziło wówczas w regionie ok. 200 samolotów bojowych, w tym F-22 raptor , F-35 czy bombowce B-1B. Następnie rozpoczęto manewry armii lądowych w których udział wzięło kilkanaście tysięcy żołnierzy Amerykańskich i armia Korei Południowej. Celem ćwiczeń była symulacja przejęcia broni masowego rażenia. Już wówczas sprawa wojny wisiała na włosku, choć w mediach temat ten nie był tak kategorycznie podnoszony. Jednak wszyscy chyba pamiętamy wymianę zdań D. Trumpa i Kim Dzong Una dotyczącą tego, kto dysponuje większym guzikiem jądrowym. Dopiero na skutek zabiegów dyplomatycznych przerażonych sytuacją Koreańczyków z południa, Amerykanie zgodzili się podjąć mediacje które w efekcie doprowadziły do odwilży i dwóch spotkań Kima z Trumpem.

Dziś jesteśmy w takim miejscu, w którym można z dużą dozą pewności stwierdzić, że prawdopodobnie czeka nas podobny scenariusz do tego jaki miał miejsce pod koniec 2017 roku. Tylko, że tym razem Kim Dzong Un nie będzie mógł już liczyć na drugą szansę zawarcia pokoju z Donaldem Trumpem. Byłby to bowiem afront dla amerykańskiego prezydenta, który został już de facto przez Kima upokorzony (poprzez kolejne testy rakiet, które miały miejsce 11 maja). Tym razem sprawa Korei Północnej rozstrzygnie się pomiędzy Xi a Trumpem. Kim Dzong Un stracił swoją szansę na bycie traktowanym jako odrębny, niezależny gracz i partner do dwustronnej umowy.

Negocjacje” na linii Pekin – Waszyngton mogą doprowadzić do sytuacji, w której oficjalnie będzie się mówić o groźbie wybuchu wojny (oczywiście z Koreą Płn. nie z Chinami). Nawet atomowej, ponieważ Korea Północna taką dysponuje. Pamiętać przy tym należy, że Amerykanie w czasie kryzysu pod koniec 2017 roku przećwiczyli dobrze ewentualne uderzenie na Koreę Północną. Tym razem będą dobrze przygotowani do takiego czarnego scenariusza, więc ich groźby ataku będą brzmieć bardzo realnie.

Chińczycy mogą oczywiście przeciwdziałać, poprzez rozmieszczenie wojsk na granicy chińsko-koreańskiej co już raz powstrzymało Amerykanów przed opanowaniem całego półwyspu (w 1950 roku, armia Mc Arthura mimo sukcesów militarnych musiała powstrzymać ofensywę). Jednak raczej nie będzie to miało wpływu na realność zagrożenia wykonania uderzenia z powietrza na wybrane obiekty przy pomocy samolotów z technologią stealth.

Jednocześnie należy pamiętać, że Chiny będą unikać otwartego demonstrowania siły zbrojnej przeciwko siłom USA, ponieważ będą się bały blokady handlowej na szlakach morskich. Pekin będzie raczej działał na zasadzie reagowania, a nie kreowania. To Korea Północna, jako narzędzie Chin, będzie ogrywać rolę ostrza – tymczasem Chińska Republika Ludowa będzie chciała sprawiać wizerunek ochronnej tarczy.

O ile te militarne manewry i zmagania wokół półwyspu koreańskiego będą z pewnością najbardziej dostrzegalne i nagłaśniane, o tyle w tle będzie toczyć się wojna handlowo-gospodarcza. I to ona może zaważyć na postawie Chińczyków.

Co nie zmienia faktu, iż wojna w Korei Płn. nie będzie leżeć ani w interesie Chin, ani USA. Choć to Stany Zjednoczone będą zdeterminowane by raz na zawsze pozbyć się tematu Korei Północnej i jej arsenału jądrowego. Amerykanie nie ustąpią w tej kwestii, bowiem pozostawienie tego chińskiego lewara powoduje dla nich spore komplikacje. Od strony strategiczno-wojskowej, ewentualne uderzenie Amerykanów na Koreę Północną i pobicie jej, byłoby dla Chin olbrzymim zagrożeniem. Pomijając możliwość wywołania katastrofy ekologicznej (ew. niekontrolowane detonacje arsenału jądrowego), amerykańskie wpływy mogłyby jeszcze bliżej przesunąć się w stronę Pekinu. Być może nawet aż do koreańsko-chińskiej granicy.

Oczywiście od strony technicznej, atak na Koreę Północną (choćby tylko lotniczy) byłby ogromnym ryzykiem. Ale przecież Amerykanom nie będzie chodzić o wywołanie kolejnej wojny, w którą będą musieli się zaangażować (i ponosić straty), a o przekonanie rywala (Chin), że są gotowi i zdolni do przeprowadzenia takiej inwazji. A kto nadaje się do rzucania gróźb lepiej, jak sam „nieodpowiedzialny i impulsywny” Donald Trump?

Xi- Trump deal. Możliwe warunki układu

By przewidzieć możliwe postanowienia ewentualnego dealu, należy ustalić w pierwszej kolejności priorytety dla stron porozumienia. Dla Chin, priorytetem będzie zyskanie czasu spokoju, dostęp do rynków europejskich (eksport towarów) i bliskowschodnich (import surowców). Dla USA priorytetem będzie odwrócenie Chin od Rosji oraz pozbycie się problemu Korei Północnej (czasowe zamknięcie frontu dalekowschodniego). Jeśli Chiny dostaną gwarancję dostępu do bliskowschodnich gazu ziemnego i ropy naftowej, spokojnie będą mogły zrezygnować z rosyjskich surowców. Pekin bardzo poważnie będzie rozważać „sprzedanie” Rosji w zamian za gwarancję dostępu do europejskiego rynku zbytu oraz możliwość dalszego rozwoju gospodarczego. Biznes jest biznes. Jednak dochodzą do tego aspekty geostrategiczne. Gdy Rosja zostanie osamotniona i dostanie się pod amerykański pręgierz, wówczas Chiny stracą taktycznego sojusznika. Oczywiście, jeśli celem Amerykanów będzie rozbicie Moskwy i doprowadzenie do drugiej smuty, wówczas Chińczycy będą mogli na tym zyskać (osłabienie sąsiada, zwiększenie wpływów na Syberii). Co jednak, jeśli Rosja z braku alternatyw postanowi jednak przyłączyć się do USA (jest to wątpliwe, bowiem Rosjanie wciąż będą liczyć na oś Berlin-Moskwa)? Jest to bardzo istotny aspekt negocjacji, dlatego uważam, że w zamian za „sprzedanie” Rosji, Chińczycy będą chcieli czegoś „ekstra”. Do tego zaraz wrócimy.

Administracja z Waszyngtonu będzie chciała przeprowadzić denuklearyzację Korei Północnej. Jak to przeprowadzić? Amerykanie będą musieli zyskać kontrolę (choćby pośrednią) nad tym co dzieje się w Pjongjangu. Nie uwierzą zapewnieniom ani Kim Dzong Una (lub innego, nowego lidera K.Płn), ani w gwarancje Chin. Dlatego najprostszym rozwiązaniem byłoby Zjednoczenie Korei. Posiadający ogromne wpływy w Korei Południowej Amerykanie mogliby, poprzez południowo-koreańską administrację, sprawować nadzór nad procesem denuklearyzacji i upewnić się, że Korea Północna nigdy już nie będzie stanowić zagrożenia. Zresztą przymiarki do zjednoczenia półwyspu były robione przez cały 2018 rok, a sami Koreańczycy przyjęliby to z ulgą i radością. Pozostaje kwestia co w zamian?

O ile Korea Północna z jej arsenałem jądrowym i rakietowym stanowi zagrożenie dla USA i jego interesów (a bezpośrednio dla sojuszników tj. Japonia i Korea Południowa), o tyle dla Chin zagrożeniem są bazy wojskowe w Korei Południowej. Z Seulu do Pekinu nie jest wcale daleko (teoretycznie można wykonać atak lotniczy), natomiast położenie Korei Południowej umożliwia kontrolę wyjścia z Morza Żółtego nad którym znajdują się główne porty obsługujące Pekin. Innymi słowy, Chińska Republika Ludowa może zażądać całkowitej demilitaryzacji półwyspu koreańskiego. Zjednoczona Korea jako zdemilitaryzowana, neutralna, strefa buforowa. Tak to może wyglądać w przyszłości.

Na koniec pozostaje nam jeszcze kwestia ceny, za opuszczenie Rosji. Jak pisałem, pieniądz to nie wszystko, a Chiny będą żądać czegoś ekstra. Czegoś, co ukoronowałoby politykę Jednych Chin, a co zawsze stanowiło dla Pekinu obiekt pożądania, ale i świadectwo ich historycznego upokorzenia. Tajwanu. Z pewnością ta karta będzie dla Pekinu niezwykle istotna. W zasadzie poza gwarancją wolnego handlu morskiego, Chińczycy niczego innego od Amerykanów nie potrzebują. Problemem jest jednak to, iż Tajwan znajduje się w tzw. Pierwszym Łańcuchu Wysp, który izoluje Chińską Republikę Ludową od Pacyfiku. Oddanie Pekinowi Tajwanu, byłoby uchyleniem bramy na Ocean Spokojny. Bramy, przez którą chińska flota mogłaby wychodzić na Morze Filipińskie, w stronę amerykańskiej bazy i portu na wyspie Guam.

Oczywiście chińska flota nie jest zdolna w tej chwili do nawiązania równorzędnej konfrontacji z US Navy na pełnym morzu. I jeszcze długo tej zdolności nie uzyska. Jeśli Amerykanie stwierdzą, że zanim Chińczycy będą zdolni zagrozić im na oceanie, zostaną wcześniej pobici (w jakikolwiek sposób), wówczas kto wie, jak potoczą się losy Formozy...

Korzyści

Na tego rodzaju dealu skorzystaliby wszyscy… Za wyjątkiem Rosjan. No i ewentualnie Tajwanu. Chińczycy kupiliby sobie czas, pozbyli się zagrożenia z Korei Północnej (z perspektywą na dalsze wyparcie wpływów Amerykańskich z półwyspu) i może nawet zyskaliby Tajwan. Koreańczycy wreszcie odetchnęliby z ulgą. Zagrożenie wyniszczającej wojny na ich półwyspie zostałoby zażegnane. Północ mogłaby wreszcie stanąć na nogi gospodarczo. Japonia również poczułaby się znacznie bezpieczniej i pewniej. Amerykanie z kolei mogliby skupić się na Europie i Rosji, wracając do realizacji swojej strategii. Daleki Wschód stałby się oazą spokoju. Na jakiś czas.

Oczywiście pozostają jeszcze kwestie prestiżowe. O ile Zjednoczenie Korei i demilitaryzacja całego półwyspu wyglądałaby na rozsądny kompromis, o tyle gdyby np. Amerykańska zdrada Tajwanu wyszła na jaw… USA straciłoby całkowicie wiarygodność jako sojusznik i gwarant NATO. To mogłoby rozsypać cały układ sojuszy i powiązań światowych Waszyngtonu, które są i będę niezbędne do realizacji amerykańskiej strategii utrzymania hegemonii (a której jednym z etapów jest, co ciekawe, podważanie istniejącego ładu światowego przez samych Amerykanów).

Podobnie sprawa wygląda z odwróceniem Chiny. Decydenci z Pekinu z pewnością nie chcieliby ujawnić przed kolegami z Moskwy, że sprzedali ich za kilka srebrników i odrobinę czasu. Poświęcili, by w dalszym ciągu mieć możliwość budowania własnej potęgi. Dlatego też w w.w zakresach , zapisy Xi-Trump dealu musiałyby pozostać tajne. Tym samym ewentualne przejęcie Tajwanu przez Chiny nie odbyłoby się z dnia na dzień, a wyglądałoby zapewne podobnie do procesu asymilacji i aneksji Hong-Kongu.

Zresztą proces jednoczenia Korei również wymagałby rozciągnięcia w czasie (z uwagi na jego złożoność). To wszystko sprawia, że dla przeciętnego obserwatora areny międzynarodowej, wdrażanie w życie Xi-Trump dealu mogłoby być słabo zauważalne. A jego widoczne skutki mogłyby nastąpić wówczas, gdy nie byłyby już tak istotne dla stron porozumienia.

Oczywiście niniejszy tekst należy traktować z odpowiednim dystansem, z uwagi na fakt, iż próba tak precyzyjnej prognozy co do przyszłego rozwiązania sporu na linii Waszyngton – Pekin z pewnością zostanie zweryfikowana przez rzeczywistość. Jednak w mojej ocenie przedstawiony scenariusz zawarcia ugody amerykańsko-chińskiej i odwrócenie Chin jest bardzo prawdopodobny. To jak ten deal może wyglądać, jest sprawą do dyskusji, a przedstawiony obraz jest pewnego rodzaju spekulacją. 🙂 Którą zresztą przedstawiałem już niemal rok temu również tutaj na blogu.

Krzysztof Wojczal

geopolityka, polityka, gospodarka, prawo, podatki – blog

Wartościowe? Pomóż rozwijać bloga
Twitter
Visit Us
Follow Me
RSS
YOUTUBE
YOUTUBE

82 komentarze

  1. Pan Georealista gdzieś publikuje, czy tylko komentuje? Z dużą przyjemnością zapoznałbym się z jego przemyśleniami w szerszym zakresie. Jeśli nie publikuje, to mógłbym prosić o polecane pozycje (spoza zakresu Bartosiak – Sykulski – Targalski – Góralczyk)? Byłbym bardzo wdzięczny za nazwiska i ewentualne tropy. Bardzo pozdrawiam.

  2. @colonelturnip – nie publikuję, tylko komentuję. Co do autorów – radzę czytać Roberta Kaplana i Hugh White’a. Warto też przeczytać Brzezińskiego i Georga Friedmana, no i Kissingera – ale tych tylko i wyłącznie z włączonym dekodowaniem WŁAŚCIWEGO przekazu – gdzie nieraz najbardziej znaczące nie jest to, co napisali, tylko to, co przemilczeli, albo „załatwili” półprawdą. I radziłbym przeczytać Metacybernetykę ś.p. Kosseckiego – bo daje „twarde” mierniki siły państw w grze. I daje też progi relatywnych proporcji siły między graczami, dla których ilość tych zasobów i przewaga [albo słabość] danego gracza zamienia się w nową jakość jego możliwości – albo ograniczeń. A to ważne – bo codziennie trzeba wyceniać graczy i z tym jest wielka bieda [i łatwość błędu w ocenie], jeżeli mierniki nie są obiektywne. Z polskich autorów warto przeczytać także Michalkiewicza i Gadowskiego, ale także Brauna i Grygucia. Oczywiście Pan Targalski to jakby do nich drugi biegun [zwłaszcza względem 447] – ale nawet on dość krytycznie wypowiada się o „wstawaniu z kolan przez padanie na twarz” – i dość dobrze na swoim kanale „Geopolityczny tygiel” omawia np. Bałkany. Najlepiej zbierać i konfrontować dane i oceny z wielu źródeł o różnym podejściu – wtedy „pole poznawcze” dla „kontroli krzyżowej” jest wystarczająco szerokie, by wyrobić sobie poglądy. Ba – także publikacje Stanisława Krajskiego – mimo pozornie „religijnego” charakteru nt. masonerii – są w wielu sprawach nader twardo i racjonalnie sięgające do zakrytej istoty wielu „niezrozumiałych” procesów, forsowanych odgórnie. Proponowałbym też przeczytać wszystkie tomy „Wojny o pieniądz” Honbing Song, książki Patricka Buchanana, czy np. niedawno zmarłego Jurgena Rotha, ale także Daniela Estulina, choć ten ostatni opisuje raczej tylko ciemne sprawki Zachodu – a potrzebny jest symetryczny, tak samo skalowany „jedną miarką” obraz wszystkich graczy. Na pewno warto przeczytać „Wojny przyszłości” Marka Wrzoska, czy „Wojna przyszłości. W obliczu nowego globalnego pola bitwy” Roberta Latiff’a, czy „Technologia i wojna przyszłości. Wokół nuklearnej i informacyjnej rewolucji w sprawach wojskowych” albo „Nowy wspaniały żołnierz” Łukasza Kamieńskiego. Co do Chin – np. „Nieuchronny podbój świata po chińsku ” Juana Cardenala i Araujo Heriberto – kontynuacja „Podboju świata po chińsku”.

    1. Jedno nazwisko bym wykreślił z w.w zestawienia, chyba, że ktoś chce w celach poznawczych zapoznać się z kremlowską propagandą i narracją. Ale to już lepiej zacząć przeglądać choćby Russia Today. Może dlatego, że zwyczajnie nie znoszę manipulacji historią i przedstawianiem w złym świetle polskich decydentów (w sposób kompletnie kłamliwy i nieodpowiedzialny) oraz wychwalaniem geniuszu oczywistych szaleńców i ludobójców (którzy byli często lekkomyślni lub głupi, ale mieli fart). Do powyższej listy, osób wartych słuchania/czytania dodałbym Petera Zeihana, Stephena Kotkina i oczywiście Kevina Rudda. Również Grahama Allisona. To akurat wszystko amerykańscy przedstawiciele (za wyjątkiem Rudda- Australijczyka), więc również trzeba brać poprawkę na prowadzenie stosownej narracji. Z rosyjskiej strony warto wspomnieć o Duginie. Można posłuchać jego niedawnych wywiadów, w których świetnie widać na co akcentowany jest nacisk, jeśli chodzi o rosyjską propagandę. Z rodzimego podwórka poleciłbym jeszcze historyków: Marka Kornata czy Andrzeja Nowaka. Obaj mają sporą świadomość geopolityczną. Nie zapomnę, jak MK zagiął w jednym z paneli Jacka Bartosiaka w zakresie krytyki polskiej polityki zagranicznej lat 90-tych wgz. Białorusi. Nie można zapomnieć o Rafale Brzeskim.
      No i oczywiście nie sposób nie wspomnieć o kapitalnej książce Perkinsa: „Ekonomista od czarnej roboty”. Pokazuje tam mechanizmy przejmowania kontroli nad całymi państwami. Oczywiście od strony amerykańskiej, ale podobne metody stosują i Rosjanie i Chińczycy. Co obserwujemy do dziś.

      Najważniejszym w tym wszystkim to złapać balans i równowagę, które pozwolą oddzielać propagandę od stanu rzeczywistego. Ja osobiście, słuchając/czytając danego mateeriału skupiam się na tym CZY i CO proponuje dana osoba jako alternatywę do stanu istniejącego. Krytyków spotkać można na każdym kroku, ale np. propagandziści pro-rosyjscy świetnie operują faktami by zbudować spiskowy, pejoratywny obraz USA i „zachodu” , natomiast nie posiadają logicznych alternatyw i porad (bo automatycznie musieliby przyznać, że alternatywą jest nastawianie pro-rosyjskie, co automatycznie demaskowałoby ich działalność — wolą by odbiorca narracji niejako sam na ten pomysł wpadł). Amerykańska propaganda jest z kolei dość naiwna i przeciwstawia mainstream i dośc proste postrzeganie świata (dobro-zło, demokracja-autokracja) przeciwko spiskowym teoriom kremla.

      pozdrawiam
      KW

      1. Oczywiście – w przedstawionej przeze mnie palecie WIELU autorów się „gryzie”. Trzeba porównywać, weryfikować, odsiewać, filtrować. Ktoś mówi 95% rzeczy bardzo dobrych, a 5% to szum informacyjny, złe wyskalowanie czy poukładanie „co do czego” albo po prostu nieprawda – i też trzeba filtrować, nie przyjmować wszystkiego bezkrytycznie. A ktoś inny daje nawet 90% szumu informacyjnego, wręcz manipulacji, ale pozostałe 10% informacji czy nawet samego podejścia do tematu jest na wagę złota – bo tego nie pisze i nie da nikt inny. Tak z innej beczki, przykład by nie sadzić po etykietkach i nie „potępiać w czambuł” – przecież np. poseł PIS Janusz Szewczak „popełnił” TAKĄ absolutnie „niepoprawną politycznie” książkę, jak „Banksterzy. Kulisy globalnej zmowy”. A propos świata finansów – warto przeczytać „Finansowy potwór z Jekyll Island” Griffina [o Rezerwie Federalnej – czyli ani rezerwie, ani federalnej – prywatnej zmowie emisji dolara na poczet zadłużania państwa – czyli obywateli], czy klasyczne „Wojny walutowe” Rickardsa, czy jego „Śmierć pieniądza. Nadchodzący upadek międzynarodowego systemu walutowego” – ta ostatnia skupiona generalnie na zagrożeniach dla dolara – z dokładną analizą, jak bardzo zmienia się [na minus] sytuacja dolara wobec jego statusu „chronionej waluty Zachodu” z czasów zimnej wojny… Moim zdaniem decydującym czynnikiem upadku dolara będzie wyścig technologiczny – bo ten spowoduje, że USA nie będą w stanie utrzymać supremacji i „cywilnej” i militarnej. Zdecydują realne zasoby – kto będzie je produkował i dystrybuował – i twarde aktywa militarne – kto pierwszy wejdzie na poziom globalnej projekcji siły sieciocentrycznej na bazie systemów nowej generacji [RMA]. Pierwszy etap to sukces [imponujący lub taki sobie] „make in China 2025” – a kolejny etap – przegonienia militarnie USA w technologiach – Xi naznaczył na 2035. Moim zdaniem NIC nie pójdzie NIKOMU jak sobie pierwotnie zaplanował. Bo żaden z graczy nie jest na to wystarczająco silny – za to każdy z graczy ma oponentów wystarczająco silnych, by co mu pokrzyżowali plany. Wypadkowa gra i jej wynik będzie więc zupełnie inna w przebiegu, niżby planowali sobie poszczególni gracze. Choć i tak stawiam długofalowo 80% na Chiny i 20% na USA w tej rozgrywce G2 o hegemonię globalną. Czyli – do owego magicznego „stulecia powstania ChRL” – do 2049 najpóźniej. Moim zdaniem USA są już za słabe na Chiny w potencjale generowania wzrostu technologicznego – USA musiałyby włączyć [pozornie „altruistycznie” i „bezinteresownie”] – i to partnersko – z wielkim transferem technologii – swoich sojuszników, może nawet Indie, by zrównoważyć TEMPO WZROSTU technologicznego Chin. W tym sensie polityka Trumpa [płaćcie za wszystko] jest na krótka i średnią metę „dobra” – przyniesie nawet wymierne korzyści – ale kosztem długofalowego wzrostu – jaki będzie zmarnowany, a jaki by uzyskał „proamerykański Zachód”, gdyby USA „wielkodusznie” dokonały transferu technologii na sojuszników – i uruchomiły „wspólny reaktor wzrostu technologicznego”. USA – zamiast stać się liderem „nowej fali wzrostu” – zamiast myśleć szerzej – przypominają chciwca, który uważa, że zmaksymalizuje zysk – bez żadnych konsekwencji….. i bez żadnego inwestowania długofalowego w swoją strefę wpływów… Przypomnę – na początku 2018 Chiny miały 220 „profesjonalnych” laboratoriów i ośrodków badawczo-rozwojowych. A na koniec 2020 ma być „na chodzie ” w Chinach ok. 700 laboratoriów i ośrodków badawczo-rozwojowych. Zresztą – przykład 5G Huawei – na co USA odpowiada nie swoim LEPSZYM systemem , a…administracyjnym, nakazowym… zabranianiem wdrażania chińskiej technologii – to mówi samo za siebie… Kłania się możność podejmowania wielkoskalowych decyzji zasadniczych przez Wielkiego Sternika w Pekinie, oraz koncentracji i przekierowania wielkich środków z państwowej kasy na takie projekty – z długim czasem inwestowania, bez patrzenia na bieżący „komercyjny” rachunek zysków i strat. Tym bardziej, że w Chinach także tzw. „biznes prywatny” mocno słucha „wskazówek” Pekinu… Postęp w USA jest oparty o koncerny prywatne, owszem wielkie – ale tylko takie, które patrzą na zyski krótko i średniookresowe, a udział państwa jest tu ograniczony – stąd USA są tu w gorszej sytuacji systemowej do wyścigu technologicznego i [w ślad za nim] produkcyjnego. No i brak synergii przepływu i rozpowszechniania wiedzy, jaki może dokonać [czy wymusić] Pekin między podmiotami w Chinach – a przecież w samym USA taki Lockheed-Martin nie dokona [za nic – no way – liczy się tylko zysk – i tylko korporacyjny „patriotyzm”] transferu kluczowych technologii na rzecz np. Boeinga…tam każdy sobie rzepkę skrobie…i dlatego w sumie przez brak synergii i wymiany technologicznej i na poziomie wewnątrz USA i na poziomie „świata wpływów – USA przegrają na 80% – wg oceny „na teraz”. Oczywiście jakiś „czarny łabędź” [a pewnie potrzebne byłoby ich całe stado] może to zmienić – za rok, dekadę lub dwie – ale moim zdaniem USA musiałoby zmienić zasadniczo swój model funkcjonowania – wewnątrz i na zewnątrz – a na razie widzę jakby odwrotność – twarde kostnienie modelu krótkowzrocznego „skrajnego egoizmu”…

        1. Wielkie dzięki. Mnogość nazwisk i opinii służy filtrom poznawczym. O to właśnie mi chodziło – o różne nazwiska, różne aspekty i poglądy. Brakuje miejsca, gdzie mogą się spotkać i podyskutować ludzie o poglądach i filtrach różnych, ale podobnych zainteresowaniach.Jakby to ująć – raczej nikt nie przekonałby mnie do sięgnięcia po produkcje pana Gadowskiego, a Panu Georealiście się udało. I o to właśnie może chodzi – o te parę procent esencji, które warto poznać i przekazać dalej. Dzięki raz jeszcze i pozdrawiam obu Panów.

  3. Jeszcze taka uwaga: USA są w rozkroku, bo od 2003 [od momentu obniżenia podatku od zysków giełdowych z 35 do 15%] straszliwie umocniły sferę finansów. W prawidłowej bankowości i obrocie giełdowym, sfera finansowa ma za zadanie prawidłową alokację środków finansowych dla sfery realnej – gdzie realny zysk [wartość dodana] realnej sfery produkcji i przypiętych do niej usług – pokrywa z NADMIAREM zysk sfery finansowej – jest większy niż oprocentowanie kapitału inwestycyjnego. Dlatego m.in. kredyt inwestycyjny zawsze powinien być droższy w % od oprocentowania lokat. Od 2003 sfera finansowa – w sposób absolutnie chory – była bardziej dochodowa, więc wszelkie pieniądze [wytworzone i w sferze finansowej i realnej] bardziej opłacało się „włożyć” w bardziej dochodową [przez sztuczne manipulacje podatkowe] sferę finansową, niż realną. Efekt? – z jednej strony potężna nadpłynność środków [„produkowanych” przez sferę finansową] – ale środków ponownie wpychanych w obrót sfery finansowej – a z drugiej strony – potężny NIEDOBÓR środków dla sfery realnej produkcji i usług. I różne specyficzne chore zjawiska towarzyszące – np. puchnięcie tzw. rajów podatkowych – gdzie włożyć pieniądze było bardzo łatwo – natomiast wyciągnąć – o! – tu można było stracić [im szybsze wybranie pieniążków tym większa strata] nawet 85% włożonej kwoty. Po co? – ano po to by przyhamować owe zjawisko nadpłynności – niby zjeść ciastko i mieć ciastko. Tyle, że w OSTATECZNYM rozrachunku decydują „aktywa realne” dane z produkcji i usług [nie tylko militarne – chodzi mi o całą sferę realną ekonomii – technologiczną]. To technologia, realne zasoby są zastawem REALNYM dla pokrycia wartości nabywczej pieniądza. Brak wartości realnych – i banknotami możemy co najwyżej palić w piecu lub przeznaczyć do celów toaletowych, a monety używać na podkładki, oddać na złom – lub zrobić z nich wisiorki. W USA „niekończąca się wojna z terrorem” od 2011 wraz z pomocniczym mechanizmem totalnego pompowania giełdy i sfery finansowej od 2003 – miały zapewnić volumen finansowy wystarczający na „wykupienie” [długiem kontrolowanym po wojnach walutowych] całego świata i ustanowienie „wymarzonej” władzy globalnej NWO. Tyle, że chciwość i brak dyscypliny banksterów, spowodowały bańkę i zapaść 2008. A Chiny – jedyny naprawdę i silny i niezależny gracz – wykorzystały tę szansę – rolując system amerykański oparty na pompowaniu sfery finansowej. Więcej – to stworzyło wielka dziurę w całym systemie opartym o produkcję pieniądza. A USA juz nie były w stanie powtórzyć pokazowego upokorzenia na twardo Chin – jak w 1996, gdy lotniskowce amerykańskie tam i sam w Cieśninie Tajwańskiej demonstrowały całemu światu „porządek dziobania”. Bo okazało się od 2009, że chińska strefa A2/AD, chińskie środki rozpoznania i projekcji siły – są w stanie lotniskowce [i duże okręty nawodne] wykryć, kontrolować ich pozycję real-time na Pacyfiku – i zniszczyć rakietami dalekiego zasięgu. Czyli – Chiny skrupulatnie odrobiły lekcje po upokorzeniu 1996. Na dodatek, w odpowiedzi na agresywne plany Pentagonu – Chiny ujawniły świadomie w reportażach istnienie Wielkiego Podziemnego Muru – wyrywając tym US Navy i USAF dywanik spod nóg – bo nagle się okazało, ze wszelkie plany ataku można włożyć do kosza w NOWEJ sytuacji. Plus wzmocnienie przekazu przez podniesienie wtedy cen surowców strategicznych – i USA poczuły nogę na gardle swoich planów – a wszystko rozegrało się w gambicie 2009-2012 na bazie ZASOBÓW REALNYCH. Od tego czasu banksterzy w USA dalej są u władzy i nie chcą odejść na bok [no bo kto sam oddaje władze i wpływy?], nie chcą oddać steru na rzecz sfery REALNEJ – tej wzrostowej, opartej o badania, rozwój, technologie, produkcję i powiązanie z nimi na twardo usługi [nie chodzi np. o usługi typu robienie tipsów – chodzi np. o transport, telekomunikację, logistykę]. I ta „pusta ekonomia” i brak zasobów realnych dla rozwoju – najbardziej dobijają USA – dlatego właśnie Chiny od 2014, widząc ten rozkrok i systemową słabość USA – dały „cała naprzód” na wzrost technologiczny. A drugi rozkrok USA jest w polityce międzynarodowej – elity władzy USA jako całość nie rozumieją, a raczej nie chcą przyjąć do wiadomości, że same USA w tym wyścigu technologicznym już teraz są za słabe na Chiny. Najprostszy sposób na to – to powiększyć bazę badawczo-rozwojową przez transfer technologii na sojuszników USA – w ramach wspólnego aliansu. W ten sposób USA by przy okazji podniosły POZYTYWNIE i INKLUZYWNIE i SYNERGICZNIE dysproporcję „marchewka/kij” na korzyść USA względem oferty Chin. Zamiast kijem naganiać do „amerykańskiego świata”, dużo łatwiej i szybciej i szerzej USA by tego dokonały marchewką „darmowego” transferu technologii – oczywiście z warunkami umowy, późniejszym „wyrównaniem wkładu” itd.- ale generalnie byłaby to prawdziwa ucieczka do przodu – prawdziwe działanie na globalna skalę. USA robią odwrotnie – strachem i kijem chcą pokarać nieposłusznych, a przymusowo „zwerbowanych” siłą sojuszników – chcą dalej trzymać na uwięzi i w uzależnieniu od amerykańskiej technologii, którą USA ani myślą się dzielić z sojusznikami [albo sprzedają produkty „prosto z półki” – ale z dużym udziałem kluczowych „czarnych skrzynek” i „zdalnych guzików” i z nieproporcjonalna przebitką cenowa – np. za manewrujące rakiety uskrzydlone JASSM/JASSM-ER zapłaciliśmy z ok. 10 krotną przebitką względem cen dla USAF.] Na krótką i średnią metę taka „strategia” przyniesie KADENCYJNE korzyści, ale długofalowo to samobójstwo dla USA – i dla szeroko rozumianego Zachodu. A taki ruch „upowszechnienia technologii” w gronie „wspólnego WIELKIEGO reaktora rozwojowego”, który generowałby wykładniczy rozwój technologii – to moim zdaniem jedyny SZYBKI, REALNY i SKUTECZNY sposób na rosnące tempo wzrostu technologicznego Chin. Bo operacyjnie – transfer terabajtów danych i prawne „uwolnienie” na rzecz „wspólnego reaktora technologiczno-produkcyjnego proamerykańskiego świata” – to akurat byłby groszowy koszt – a efekt od razu skokowy w wycenie tego sojuszu – i w jego ATRAKCYJNOŚCI. Ale – nie chcieć, to gorzej niż nie moc… – typowe, gdy podejmuje się decyzje krótkowzrocznie…czego „najlepszym” obrazem „twitterowa dyplomacja” Trumpa i biznesowe przechwalanie się z tablicą w ręku w TV, jakie to wielkie kontrakty zawarł przy kolejnych wizytach…

  4. Errata: nie „W USA “niekończąca się wojna z terrorem” od 2011” a winno być: „W USA “niekończąca się wojna z terrorem” od 2001”. Te wieczne wojny z terrorem i jako pretekstem do likwidacji swobód obywatelskich i do karania i łamania niepokornych na poziomie państwowym – dały też konkretny efekt w silach USA. Rozbudowano komponent wojny asymetrycznej, przeciwpartyzanckiej – kosztem uwiądu zdolności do prowadzenia działań z pełnoskalowym przeciwnikiem. Zaniechano modernizacji – zwłaszcza US Army – i stąd np. hegemon jest w stanie „na kredyt” wyrywać z USA tylko jedną brygadę pancerną na całą Wschodnią Flankę – a przy wizycie Dudy zrobiono „wielkie halo” z…przesunięcia do 2 tys ludzi [niekoniecznie żołnierzy liniowych – głównie ludzi od logistyki] z….Niemiec. Taki chocholi taniec hegemona – czyli kreatywnego żonglowania siłami w warunkach krótkiej kołdry – i udawania przed sojusznikami Wschodniej Flanki, że „daje” wzmocnienie…w istocie nie dając dodatkowych zasobów [przynajmniej w ramach Europy]. Potencjał USA do prowadzenia wojen skurczył się tak, że są w stanie wygrać 1 lokalną wojnę, a w drugiej tylko powstrzymywać. Faktycznie zaś gros koncentracji sił USA idzie na Pacyfik przeciw Chinom, a sojusznicy „w razie czego” mogą liczyć na raczej mierne wsparcie USA, które nie chcą się wiązać, a wolą zepchnąć sprawę na sojuszników – ich kosztem i krwią. Co rzecz jasna jest ważkim ostrzeżeniem dla Polski przed wplataniem się w Ukrainę lub obronę Bałtów – ale także oznacza wzrost wyceny sojuszników – czego decydenci w Warszawie nie chcą w żaden sposób zauważyć – ani wykorzystać na rzecz polskiej racji stanu. Wracając do USA – w USAF średni wiek samolotu taktycznego to 29 lat, zaś w siłach strategicznych 39 lat. US Navy jest najsłabsza ilościowo i w strukturze wiekowej od 1917. Taki to skutek „odcinania kuponów” „jednobiegunowej chwili” po „linii najmniejszego oporu” [czytaj – chciwości i braku myślenia długofalowego i i braku kontroli sytuacji i graczy na świecie – braku kontroli REALNEGO układu sił – dzięki czemu wyrosły Chiny] – ale także zasadniczy głębszy skutek koncentracji USA na sferze finansowej – i niedopilnowaniu sfery realnej. Bo „już, już” się wydawało, że nastąpił „koniec historii” – i że przyszedł etap na utrwalenie za pomocą USA jednej, na zawsze trwałej, władzy globalnej NWO. Tylko, że Chiny zburzyły całe to planowanie… Siła finansowa Wall Street – zbudowana po 2003 do wykupywania świata generowanym spekulacyjnie „na całego” dolarem – okazała się w starciu z Chinami słabością sfery realnej – zwłaszcza tej „twardej”…. Nawet prasa „niemilitarna” i to nawet w obiegu mainstreamu – zaczyna dawać sygnały słabości militarnej USA: polecam przykładowo do przeczytania [z ODFILTROWANIEM i ze zrozumieniem „drugiego dna”] artykuł na Forsalu: https://forsal.pl/swiat/usa/artykuly/1417894,wielka-zmiana-strategii-usa-ameryka-nie-moze-prowadzic-dwoch-wojen-jednoczesnie.html

  5. Errata: nie „Siła finansowa Wall Street – zbudowana po 2003 do wykupywania świata generowanym spekulacyjnie “na całego” dolarem – okazała się w starciu z Chinami słabością sfery realnej – zwłaszcza tej “twardej” ” – tylko winno być „Siła finansowa Wall Street – zbudowana po 2003 do wykupywania świata generowanym spekulacyjnie “na całego” dolarem – okazała się w starciu z Chinami słabością WZGLĘDEM sfery realnej CHIN – zwłaszcza tej “twardej” „

  6. Tak uzupełniając listę ludzi i publikacji/kanałów wartych poznania dla rozszerzenia „pola poznawczego” do analizy i „kontroli krzyżowej” informacji napływających ze świata – dodałbym książki, a zwłaszcza wykłady na youtube autorstwa ś.p. Józefa Kosseckiego [obowiązkowo moim zdaniem do przeczytania jego Metacybernetyka] i materiały i wykłady Henryka Brzeskiego także na youtube. Od Chin jest także Waldemar Dziak [też na youtube] choć mam wrażenie, że w swym gawędziarskim stylu dla laików nieco pewne sprawy upraszcza. Od Korei i okolic jest Oskar Pietrewicz, od Indii Sebastian Domżalski i Marcin Kamiński. Ten ostatni dobrze rozumie styk Indie-Chiny i ich rywalizację w Azji Środkowej [co powoli wypycha sumarycznie z regionu i USA i słabnącą Rosję]. No i ś.p. Bogusław Wolniewicz – jego Głos Racjonalny na youtube, co poniekąd kontynuuje po nim w jakiś sposób Krzysztof Karoń. Godny polecenia Wojciech Roszkowski i jego „Rozbite lustro. Upadek cywilizacji zachodniej”. Warto przeczytać też Ian’a Morris’a „Dlaczego Zachód rządzi – na razie”. Antony C.Sutton – opisuje – jak Wall Street najpierw zainwestowało w bolszewików, a potem – w Hitlera. Czy w jaki sposób USA pompowało technologie [najchętniej za złoto z gułagów Kołymy] do Rosji sowieckiej. Co do Rosji – polecam wyważone publikacje Andrzeja Nowaka [w tym o pierwszej zdradzie Polski przez Zachód w 1920]. Jako rodzynek polecam „36 forteli” – o strategii chińskiej Piotra Plebaniaka – obudowane wokół tematyki „Sztuki wojny” Sun-Tzu [zresztą w Polsce też to dzieło Sun-Tzu dostępne – notabene: stosowane po „uaktualnieniu do kontekstu” np. w negocjacyjnych strategiach biznesowych w „cywilu”].

  7. Errata: nie ” Wojciech Roszkowski i jego “Rozbite lustro. Upadek cywilizacji zachodniej”” a ” Wojciech Roszkowski i jego “ROZTRZASKANE lustro. Upadek cywilizacji zachodniej”. Pisałem z pamięci. Co do wykładów na Youtube – prowadzi je w dość „populistycznej” formie np. Wojciech Dylewski. Bogato ilustrowane wykresami i tabelami – ale trzeba wszystko brać bardzo, bardzo ostrożnie. A już zwłaszcza wnioski – nieraz straszliwie poprzeinaczane i „wmuszane” na poziomie geostrategicznym.

  8. Bardzo dobry artykuł Roberta Kaplana – po polsku streszczony na https://kresy.pl/wydarzenia/regiony/bliski-wschod/robert-d-kaplan-w-konflikcie-z-iranem-chodzi-o-zwalczanie-chin/ Rozpętanie wielkiej wojny na Bliskim Wschodzie – obejmującej szereg państw [nie tylko Iran] to moim zdaniem będzie decydujący krok, który sprawi, że w Pekinie wpiszą Rosję na „czarną listę” państw „do likwidacji”. Oczywiście drugim wpisanym będzie Izrael, który tak usilnie prze do tej wojny, gdzie pod przykrywką [nawet ideologiczno-religijną] kryje się chęć złamania pretendentów i uzyskania głębi strategicznej. Co do Rosji – Kreml prowadzi grę o sumie zerowej – czyli im bardziej zostanie zniszczony Bliski Wschód – i jako dostawca ropy i gazu i jako główna nitka Jedwabnego Szlaku – tym bardziej wzrośnie rola Rosji. Rosji – jako dostawcy węglowodorów i jako „koniecznej” trasy Jedwabnego Szlaku. Co Rosja na pewno skwapliwie wykorzysta i uzyska duże bonusy krótko i średniofalowe – natomiast długofalowo podpisze na siebie [wraz z Izraelem] wyrok śmierci w Pekinie. Pekin odbuduje Bliski Wschód – zarówno dostawy węglowodorów [i to zapewne rurociagami prosto do Chin – omijając transport morski] i lądową GŁÓWNĄ NITKĘ Jedwabnego Szlaku [główną – bo komunikującą Chiny z portami „sznura pereł” Oceanu Indyjskiego – i jako niezależny od Rosji szlak komunikacyjny]. Paradoksalnie ta wielka wojna Izraela [z Rosją w tle – która nie oprze się „urokowi” wielkich ilości ropy i gazu sprzedawanych po 120-150 dolarów za baryłkę – i która skwapliwie pozwoli Izraelowi i USA na wojnę przeciw Iranowi i reszcie – i skwapliwie będzie sprzedawała DROGO przy okazji uzbrojenie walczącym państwom islamskim [„komu się da”] – i będzie metodą faktów dokonanych przy okazji umacniać swoją pozycję na Zakaukaziu i w Azji Środkowej] – w istocie ta wielka wojna zniszczy cały obecny patowy układ wzajemnego szachowania się państw sunnickich i szyickich – i generalnie zniesie PAŃSTWOWE instytucje – i bariery. W nowej sytuacji – gdy świat islamski będzie „w dołku” [gospodarczo i społecznie – ale i religijnie i ideologicznie] – WTEDY Chiny uruchomią Kontr-Plan Strategiczny [Wielką Reakcję] – namaszczą Pakistan na „Wielkiego Wyzwoliciela” świata islamskiego. Tutaj Talibowie będą zasłoną ideologiczno-religijną dla na zimno skalkulowanego [w Pekinie] planu geostrategicznej przebudowy całego regionu – w tym także odzyskania wpływów w Azji Środkowej. Atomowy Pakistan uzyska od Chin wsparcie,a mając swój atom pójdzie bezkarny pochodem na zachód aż do Morza Śródziemnego i dalej [wlewając się do Afryki – przynajmniej Afryki Północnej] – mając wschód zabezpieczony przez Pekin przed Indiami. TEGO pochodu Izrael nie powstrzyma – a USA nie zaryzykuje klęski. A jeżeli zaryzykuje – to pewnie „niezidentyfikowane siły” odpalą atomówkę i spowodują paniczna ewakuację sił USA – na wzór, jako to było kiedyś w Libanie… W rezultacie Chiny stworzą sobie i strategicznego sojusznika, który zupełnie zmieni szalę rachunku geostrategicznego i militarnego, jak również odtworzą najważniejszą nitkę lądowego Jedwabnego Szlaku – z jednoczesnym przechyleniem szali względem Oceanu Indyjskiego [przez porty-bazy]. Czyli świat islamski – sojusznik Chin – jako lącznik” dla Chin do Europy i Afryki – czyli uzyskanie wpływu i trwałej instalacji także militarnej na Wyspie Świata. Plus ten nowy Kalifat stanie się preferencyjnym rynkiem zbytu produkcji Chin [redukując wrażliwość Chin na eksport do szeroko rozumianego świata Zachodu] – przy jednoczesnym zagwarantowaniu rurociągami lądowymi [ale i transportem morskim – w zupełnie nowej sytuacji geostrategicznej na Oceanie Indyjskim] dostaw węglowodorów/surowców – i przy okazji dostaw z Afryki [i eksportu do Afryki]. Ta zmiana geostrategiczna wywoła też obrót islamskiej Indonezji na nowy Kalifat – i na strategicznie sprzymierzone Chiny. Co wywoła odcięcie i zmarginalizowanie Australii względem Indopacyfiku – i stworzenie „wielkiej dziury” w blokadzie pierwszego łańcucha wysp. Ale także – wisienka na torcie – spowoduje obrót Singapuru na wielki chińsko-islamski sojusz. Gambit całej akcji-reakcji moim zdaniem przynajmniej na dekadę – ale raczej nieuchronny. Geostrategiczna gwałtowna siłowa akcja wywoła SILNIEJSZĄ geostrategiczną reakcję – i całkowite odwrócenie skutków pierwszej wojny Izraela i USA [z Rosją jako cichym sprzymierzeńcem Izraela i USA, gdzie dla korzyści Kreml REALNIE opuści i zdradzi Iran i resztę państw – ograniczając się do medialnej maskirowki].

      1. Chiny dążą do uzyskania takiej przewagi, aby konfrontacja militarna nie miała sensu – chcą, by USA „złożyło broń” i uznało hegemonię globalną Chin. Stworzenie sobie strategicznego wielkiego sojusznika z 1,5 mld [ogółem] świata islamu jest dla Chin najsensowniejsze – z handlowo-ekonomicznego, geostrategicznego i militarnego punktu widzenia. Tym bardziej, że po [DE FACTO] przegranej mega-kosztownej wojnie w Iraku i Afganistanie [i Syrii] USA nie mają ochoty na powtórkę z takiej wojny – bez nadziei zwycięstwa. A na pewno byłoby to bardzo niepopularne w społeczeństwie USA. I nie tylko – na pewno elity już na to nie pójdą. Ponadto taka długotrwała wojna odciągałaby uwagę i wysiłki i zasoby USA od Chin i Pacyfiku. Stąd kalkulacja koszt-efekt Pekinu idzie za uruchomieniem Pakistanu pod przykryciem ideologiczno-religijnym Talibów – jako wyzwolicieli świata islamskiego przekształcanego w Nowy Atomowy [więc nietykalny] Kalifat. Oczywiście różnice między sunnitami, a szyitami są potężne, Iran teraz silny, taki wielki strategiczny projekt Pekinu via Pakistan uda się więc tylko wtedy, gdy kraje na zachód od Pakistanu – na czele z Iranem – będą złamane wielka wojną Izraela, prowadzoną rękami USA. Ta wojna będzie w zamierzeniu szybka, ale w rezultacie wymiecie drogę pochodowi sił Talibów z Pakistanu – począwszy od Afganistanu. I szeroko rozumiany Zachód [i Indie i ASEAN też] nie będzie w stanie nic poradzić na budowanie się nowego gracza geostrategicznego i dumwiratu Chiny-Kalifat. To nastąpi stopniowo [i dopiero PO złamaniu Iranu i krajów sprzymierzonych] – zajmie najmniej z dekadę. Natomiast gwałtownym przechyleniem szali będzie szybkie zajęcie Syberii i Arktyki [czyli geostrategicznej Strefy Severskyego] przez Chiny. To całkowicie zmieni obrachunek globalny w układzie USA-Chiny – zwłaszcza na Wyspie Świata – zdecydowanie na korzyść Chin. I ten ruch ma doprowadzić do tak drastycznej dysproporcji geostrategicznej wyceny, że USA – postawione wobec faktów dokonanych – będą musiały zaakceptować faktyczny zdecydowany prymat Chin. Jeżeli USA nie zaakceptują – pozostaje niestety III w.św.

        1. Z Iranem to nie tak prosto… ostatnio znowu było przedstawienie pod tytułem (…)Donald Nic Nie Mogę Trump(…)… https://www.bankier.pl/wiadomosc/NYT-Trump-zgodzil-sie-na-atak-na-Iran-ale-potem-go-odwolal-7693564.html
          A poprzednimi naciskami zyskał tylko tyle, że Iran wznowił wzbogacanie uranu… http://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/7,114881,24971538,iran-wlasnie-oglosil-rozpoczynamy-wzbogacanie-uranu-izrael.html
          Powstanie irańskiej bomby mogą powstrzymać tylko izraelskie naloty tylko, że Iran ma solidne możliwości uderzenia np. z Libanu, a z kolei blokada Ormuz wymusi rychłą reakcję Zachodu, aby powstrzymać Peak Oil. A do tego ma przyjść Kalifat…
          Zachód do spółki z Rosją i Iranem musieliby stracić instynkt samozachowawczy… dlaczego jego miejsca nie miałyby zająć instynkty samobójcze?

          1. Niestety – cała sytuacja z Iranem ma charakter eskalacyjny. Zagrywka z odwołaniem ataku na Iran daje USA pole działania – i zdejmuje z USA widmo stygmatyzacji jako „krwiożerczego supermocarstwa”. Czas działa na niekorzyść Iranu. Europa zaczyna się odgradzać od Iranu. A szczyt w Jerozolimie z udziałem Rosji to najgorszy możliwy sygnał dla Iranu. Zdrada Iranu już zapewne dogadana, pytanie KTO [i CO?] będzie sprzedany Rosji za tę przysługę? Poniekąd widać, że niewygodna Polska może być na liście – przynajmniej do „przygaszenia” – stąd pozornie dziwne ostatnie zamilknięcie Warszawy w kwestii „obsmarowywania” Moskwy, a także „niezrozumiałe” wejście Rosji do struktur Europy. Zaś sam Iran stara się działać metodą przedstawienia NIEAKCEPTOWALNYCH kosztów wojny dla Izraela i USA – czyli podnosi poprzeczkę koszt-efekt celem strategicznego obronnego odstraszania. Tylko, że w ten sposób – ZWŁASZCZA sprawą przekroczenia limitów „średnio” wzbogaconego uranu i zapowiedzią przejścia do „wysokiego” wzbogacania – daje na dłuższą metę „paliwo medialne” dla „usprawiedliwienia” uderzenia Izraela, a właściwie głównie USA. Uderzenia, które na pewno jest teraz opracowywane pod kątem Blietzkriegu, który ma złamać „symetryczne” i „duże” aktywa militarne i ekonomiczne Iranu. Lotnictwo, marynarkę, komponent rakietowy, ośrodki jądrowe, przemysł petrochemiczny, porty, zakłady, elektrownie… Uderzenia maksymalnie krótkiego – bo nikt w USA, ale i w Izraelu nie chce długiej i kosztownej wojny asymetrycznej na wyczerpanie. Poniekąd uderzenie rakietowe wiosną zeszłego roku na Syrię z morza było takim testowym poligonem – choć wobec Iranu nie wykluczam pełnoskalowych uderzeń lotnictwa [prócz rakiet]. Strategia będzie zapewne taka, że w dogodnej chwili uderzą, mocno i dotkliwie, a zaraz potem ogłoszą, że nie chcą wojny – ale w „razie działań odwetowych Iranu” [oczywiście stygmatyzowanych z góry jako „terrorystyczne”] to ponownie uderzą na Iran.. Co spowoduje, że wszelki odwet Iranu po pierwsze narazi Iran na kolejne dolegliwe uderzenia w infrastrukturę militarną i ekonomiczną [a to w kalkulacji Teheranu może okazać się czynnikiem temperującym odwet i opóźni lub nawet wycofa decyzję o wojnie długotrwałej, asymetrycznej, „partyzanckiej”]. Jeżeli Iran zdecyduje się na odwet – tu zapewne reakcja USA-Izrael [i prawdopodobnie UK] będzie oparta raczej o „odczekanie” [i pokazywanie „dobrych chęci”] i ponowne uderzenie w infrastrukturę i „grube” aktywa Iranu. Gdzie medialnie będzie to kolejne uderzenie sprzedawane jako „nie chcę, ale muszę”. Z takim skutkiem, aby centrum władzy w Iranie zaczęło się obawiać [przy kolejnych uderzeniach] rozpadu państwa, nawet buntu Irańczyków [a na pewno Kurdów itp]. Na pewno karta Kurdów jest w tych kalkulacjach – może nawet już im obiecano „dostaniecie tyle ziemi, ile sami wywalczycie z naszą pomocą pod stołem, a wtedy my uznamy niepodległy Kurdystan”… Oczywiście – to także kwestia Turcji – no i reszty Bliskiego Wschodu. Kurdowie – to taki klin/taran na stary status quo… Rezultat: zapewne efekt spaghettii – czy raczej naczyń połączonych – rozlanie konfliktu. Izrael na pewno kombinuje, aby obiecując Blitzkrieg, wciągnąć maksymalnie Amerykanów w wymiecenie Bliskiego Wschodu – dla interesu Izraela – minimum złamania pretendentów i uzyskania głębi strategicznej. I maksymalnego pozyskania złóż i ważkich geostrategicznie terenów buforowych – albo przynajmniej REALNEJ kontroli.

          2. Iran jest spychany w ślepa uliczke eskalacyjną. Co z tego, że ataki na tankowce nawet Bloomberg uznał za false flag? Tu już nie chodzi o sama blokadę SWIFT, jak w poprzedniej konfrontacji z Iranem. To Iran by jeszcze ominął, przepinając się na chiński system CISPA. Tu chodzi już o fizyczne aresztowanie tankowców, co zrobili Brytyjczycy, pokazując przy okazji, że UK dołącza do USA. Czyli Royal Navy z US Navy. Iran bez pieniędzy z ropy i gazu padnie – jest zmuszony do odpowiedzi – choćby przed swoim narodem. I na to czeka Izrael – główny sternik całej operacji do przeprowadzenia rękami głównie USA i UK [oby nie Polski]. Izrael sprzedaje Waszyngtonowi całą operację jako poligon doświadczalny do ustanowienia kontroli „na twardo” przez US Navy i sojuszników nad całym ropo- i gazonośnym regionem Zatoki – czyli dla morskiej blokady surowcowej względem Chin. Co jest też tylko wstępem „poligonowym” do pełnej blokady morskiej Chin. Oczywiście – to są plany – natomiast ich wykonanie i kontrakcja Chin – to już wyjdzie w praniu. Obecnie żaden gracz nie ma dość sił, by przeprowadzić swój plan w 100% – bo inni mają dość siły, by je pokrzyżować – więc wypadkowa w realu zawsze będzie inna od pierwotnych planów. Chiny moim zdaniem na zniszczenie Iranu i jego sprzymierzeńców odpowiedzą namaszczeniem i zabezpieczeniem [przed Indiami] Pakistanu do marszu na zachód – pod sztandarem Talibów – którzy już teraz są postrzegani w Afganistanie względem wpychających się tam resztek ISIS jako „siła stabilizująca” i „mniej radykalna”. Przynajmniej tak to jest sprzedawane… A do blokady w pierwszym łańcuchu wysp Chiny nie dopuszczą przez rozwój bąbla antydostępowego A2/AD z kontynentu i przez rozwój floty [i lotnictwa] i przez militaryzację sztucznych wysp [zwłaszcza instalacje rakiet i radarów pozahoryzontalnych i lotnictwa]. W tej chwili na pochylniach jest przynajmniej 17 jednostek w chińskich stoczniach klasy od fregaty w górę – w stoczniach pracujących non-stop na 3 zmiany… A sama marynarka chińska jest liczebnie silniejsza o kilkanaście jednostek od US Navy – choć nadal US Navy ma zdecydowaną przewagę w klasach ciężkich okrętów i w globalnej wyporności i w sumarycznej projekcji siły [zwłaszcza rakiet i samolotów pokładowych]. No i kwestia przewagi dekad wyszkolenia i doświadczenia bojowego… Tyle, że chińska marynarka może operować pod bąblem parasola A2/AD z kontynentu [i sztucznych wysp], operować na bardzo krótkich liniach mórz przybrzeżnych – a US Navy musi detaszować swoje okręty z rozciągniętą logistyką przez Pacyfik… Wojny „pełnoskalowej” na otwartych wodach Pacyfiku z US Navy to Chińczycy by nie wygrali – ale zajęcie obronnych stanowisk flotą pod bezpośrednim przykryciem rakiet i lotnictwa i bąbla A2/AD – w TAKIEJ sytuacji US Navy z sojusznikami nie będzie moim zdaniem w stanie zbudować realnej blokady w pierwszym łańcuchu wysp.

          3. Żeby po tych nalotach doszło do wielkiej na BW wystarczy, że reżim ajatollah dojdzie stoi przed śmietelnym zagrożeniem (dla jego funkcjonariuszy w sensie dosłownym)…
            Po historii Saddama Husseina to jest możliwe… Bomby nie robił, a zawisł.

  9. Jeszcze taka uwaga co do samego tytułu i sedna artykułu: USA nie odwrócą Chin przeciw Rosji, jak to było w 1972 [Nixon-Mao]. Wtedy odwrócenie miało charakter strategiczny i długofalowy – no i Chiny de facto zgodziły się na rolę junior-partnera wobec USA – choć jednocześnie odebrały za to nieproporcjonalnie wiele bonusów. To już wtedy Mao układem z Nixonem de facto dał podwaliny dla późniejszej KONTYNUACYJNEJ doktrynie Deng Xiaopinga, aby „wzrastać w cieniu” i „nie rzucać wyzwania USA” – co skończył dopiero po 40 latach Xi. Teraz może dojść do odwrócenia jedynie taktycznego i przejściowego – wg umowy pod stołem dwóch równych graczy. Bo dla obu supermocarstw Rosja jest graczem kłopotliwym, niewygodnym, awanturniczym [bo główny argument Rosji to – prócz węglowodorów – siła militarna], graczem zakłócającym plany i kalkulację strategiczną – a przede wszystkim graczem zdradliwym, zawsze gotowym do obrotu, a jednocześnie skwapliwie szukającym okazji wg zasady „gdzie dwóch się bije, tam trzeci korzysta”. „Przyduszenie” Rosji i pokazanie jej miejsca w szeregu „porządku dziobania” jest akurat wspólnym interesem USA i Chin. Ale to jest tylko sprawa taktyczna – taki wstęp do uporządkowania azjatyckiego pola gry dla supermocarstw G2. Na poziomie geostrategicznym globalna konfrontacja hegemonalna USA-Chiny ma charakter trwały i strukturalny. Na pewno gdy dojdzie do rozmów o zjednoczeniu Korei [a w końcu dojdzie – bo po dłuższych występach Kima i wypełnieniu jego roli „absorbenta uwagi USA”, Chiny zechcą wystąpić w roli „stabilizatora regionu” i ocieplić swój wizerunek, a dla USA zakończenie tego teatru Kima będzie korzystne wizerunkowo – zwłaszcza wobec azjatyckich sprzymierzeńców – na czele z Japonią] – WTEDY USA i Chiny zrobię wszystko, by z rozmów wykluczyć Rosję – by pokazać, kto naprawdę liczy się i rozdaje karty w Azji.

    1. Zaraz, zaraz… twierdzicie, że BW podpalają USA, a awanturnikiem nazywacie kraj, który używa siły militarnej tylko w swojej strefie wpływów i to nie całej (mało powiedziane), zresztą… tylko w odpowiedzi na amerykańskie prowokacje.
      Panowie! Gdzie tu logika?

  10. @jsc – dla USA i dla Chin Rosja to państwo awanturnicze, bo wychodzi mocno przed szereg i miesza obu supermocarstwom w polityce. To jest chłodny kalkulacyjny punkt widzenia i Waszyngtonu i Pekinu. Czyli teoria gier – żadna tam moralna ocena. Z ich perspektywy Rosja to duża niepewność co do układów, wysoko postawiona poprzeczka apetytu Kremla na podział światowego tortu, a za to zagrożenie obrotem i zdradą. Czyli mały PEWNY zysk, za to duże zagrożenie. Taki to gracz z Rosji. No i układ 3 wielkich graczy jest niestabilny – obaj gracze chcą ustabilizować sytuację, tak, by nie wisieć na grze Kremla. A Kreml szykował wszystko z Programem Modernizacji Technicznej 2010-2020, by wojować w pierwszej połowie lat 20-tych. Kreml postawił wszystko na jedną kartę – na kartę militarną – bo ekonomicznie nie ma szans. Zaczęło się od 17 IX 2009, gdy Rosja podpisała z USA Jałtę [dając obietnicę zwrotu przeciw Chinom] – Jałtę kosztem Europy Środkowej. Rosjanie zażądali też w 2009 wycofania ciężkich sił US Army z Europy – Amerykanie to zrobili co do jednego Abramsa w 2011. Rosjanie zażądali rozwiązania II Floty US Navy i zaprzestania blokady GIUK – Amerykanie wykonali i to i to w 2011. Po czym Putin z Merkel w 2011…. ogłosili budowę „nowej, lepszej Unii Euroazjatyckiej od Lizbony do Władywostoku”. Chińczycy od razu połapali się że Kreml z Berlinem chcą wykiwać i USA i Chiny – i stworzyć supermocarstwo SILNIEJSZE i od USA i od Chin. Właśnie dlatego Pekin od razu skontrował i 20 grudnia [po sporym napieraniu na Warszawę], podpisał z Polską traktat o strategicznym partnerstwie, a Polska została zaliczona do 7 państw o statusie strategicznym dla Chin. To był wyraźny sygnał strategiczny Pekinu do Kremla i Berlina „mamy oko na kluczowym buforze”. Jak to nie pomogło – to w Warszawie w 2012 Chiny stworzyły grupę 16+1 [teraz 17+1] – wzmacniając sygnał strategiczny – i od 2012 nasi generałowie latali na narady sztabowe do Quingdao. Amerykanie dopiero w 2013 zorientowali się [po korepetycjach od naszych generałów z narad w Quingdao po ich rozmowach kuluarowych z chińskimi generałami – taki przeciek kontrolowany Pekinu] – jak Putin z Merkel próbuje wykiwać USA. Tak naprawdę dopiero upokorzenie w Syriii sprawiło, że Amerykanom spadły łuski z oczu i zeszli z obłoków myślenia życzeniowego na ziemię. Od tego momentu Rosja jest na celowniku i Waszyngtonu i Pekinu jako nader zdradliwy gracz, któremu za grosz nie można ufać, a który zrobi to, czego od niego się chce, dopiero jak nie będzie miał wyjścia. USA dociskają Rosję, by ta na kolanach przyczołgała się do Waszyngtonu z bezwarunkową zgoda na deal przeciw Chinom – na warunkach USA. Zwrot Rosji na Chiny w 2014 teoretycznie jest krokiem dobrym dla pokrzyżowania tej strategii USA. Tylko że to krok dobry krótkofalowo – długofalowo to samobójstwo i wchodzenie na własne życzenie w paszczę chińskiego smoka, który z każdym rokiem nieproporcjonalnie wzrasta ekonomicznie i technologicznie. Rosja postawiła na rozgrywkę „na twardo” w ciągu pierwszej połowy lat 20-tych, tymczasem konfrontacja [ale wielowektorowa, niekinetyczna] raz, że zaczęła się, nim Rosja dokończyła modernizację techniczną [faktycznie wiele podstawowych programów modernizacji Armii Czerwonej uległo redukcji lub anulowaniu] – a dwa, że okazało się, że konfrontacja USA-Chiny to znacznie dłuższa sprawa, rozegra się najpewniej po połowie lat 30-tych, gdy oba supermocarstwa wejdą generacyjnie w skok globalnego RMA [Revolution in Military Affairs]. Stąd miotanie się Rosji, która czuje nóż na gardle i chudą kiesę – i stąd tak rozpaczliwy sojusz pod stołem z Izraelem [który też czuje nóż na gardle od momentu „pacific pivot” – vide „przepowiednia” Kissingera z 2012] – bo grają razem na odkucie się „ile się da” przy okazji wielkiej wojny rozpętanej przez Izrael. Rosjanie zgodzą się na wszystko, byle tylko przechwycić wolumeny dostaw węglowodorów w zastępstwie zniszczonych państw Zatoki, i to jeszcze sprzedając po 120-150 dolarów za baryłkę. Finał w postaci kontrakcji Chin i stworzenia sobie strategicznego sojusznika ze świata islamu już opisywałem. W sumie ten gambit skończy się bardzo marnie i dla Izraela i Rosji – mimo przejściowego brylowania i przejściowych sukcesów. Rosja i Izrael powinny spasować – ale wolą podbijać stawkę i stawiają na miecz – niestety, kto mieczem wojuje, od silniejszego miecza ginie.

    1. Dalej nie widzę tu logiki… USA wojnami na BW torpeduje NJS, a Rosja po początku wojny na Ukrainie jest na Chiny skazana. Ponadto Chiny gdyby chciały faktycznie złamać Rosję to powinne zająć Syberię (wariant najkorzystniejszy) albo przynajmniej ją zasmucić (wystarczy eksplozja lokalnych separatyzmów), a to jest rzecz, której Amerykanie nie są stać… prędzej Polacy, tylko po co?

      Z kolei co do ropy… Jak Araby zaczęły się bawić w OPEC to energetyka nuklearna weszła w fazę rozkwitu, a teraz na okazję czeka nowa technologia. Jest nią samochody elektryczne, a benzyna to frakcja będącą ok. połowę produktów rafinacji! Zatem załamanie się popytu tylko, nie mówiliśmy jeszcze o dieslu, na to paliwo doprowadzi do zawalenia całej branży, a przez to do kolejnego Wielkiego Kryzysu (nawiązuję do tego z 1929… dalej nie ma co przewidywać, bo to już Wola Nieba.

Leave a Reply

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *