USA vs CHINY – będzie wojna czy sojusz?

Czyli o tym, czy Donald Trump powtórzy sukces Richarda Nixona i doprowadzi do taktycznego odwrócenia Chin?

Postawienie takiej tezy może się wydawać niektórym dość szalone. Zwłaszcza w świetle ostatnich wydarzeń, kiedy to USA wprowadziło kolejne zaporowe cła na chińskie towary (10 maja), Pekin zapowiedział nałożenie ceł odwetowych (od 1 czerwca), co poskutkowało uderzeniem Amerykanów (poprzez Googla, ale i japońskie firmy tj. jak Panasonic) w chińskiego producenta smartfonów Huawei. Jednocześnie Korea Północna, będąca niejako narzędziem w rękach Chińskiej Republiki Ludowej, wróciła do testów rakiet zdolnych do przenoszenia broni jądrowej. Napięcie na linii Waszyngton – Pekin rośnie, ale z pewnością nie jest to jeszcze apogeum tej rywalizacji. W zasadzie w ciemno można obstawiać, że to dopiero początek wojny handlowo-gospodarczej między największymi gigantami świata.

Każdy proces ma jednak nie tylko swój początek, ale i koniec. I tu należy wybiec myślami w przyszłość. Przewidzieć kolejny ruch na globalnej szachownicy. Czy końcem procesu narastania napięcia między Chinami, a USA będzie wybuch wojny? Takiej, która mogłaby przerodzić się w wojnę światową, a nawet atomową? Jak widać, z tej perspektywy przewidywanie zawarcia dealu Xi-Trump (choć równie dobrze, mogą to być inni przywódcy) nie wydaje się już tak oderwane od rzeczywistości. W zasadzie śmiało można stwierdzić, że mając taki wybór (wojna, albo deal) obie strony na 99% zdecydują się na zawarcie porozumienia. Oczywiście istnieje jeszcze trzecia droga. Wieloletnia wojna gospodarczo-handlowo-polityczna na wyczerpanie przeciwnika. Czyli brak jednoznacznego rozstrzygnięcia. Taki scenariusz oceniam jednak na mało prawdopodobny. Dlaczego? Amerykanie mentalnie należą do kultury europejskiej. Grają w szachy. Nie w Go. Będą szukali rozstrzygnięcia w zdecydowanych, szybkich ruchach, zwłaszcza, że czas działa na ich niekorzyść. Muszą działać, póki posiadają jeszcze przewagi na decydujących płaszczyznach (m.in. możliwość blokady handlu morskiego, który póki co odgrywa najważniejszą rolę dla gospodarki Chin).

W tym miejscu należy wziąć pod rozwagę, dlaczego wybuch wojny lub długotrwałe zmagania na linii Waszyngton-Pekin są mniej prawdopodobne niż opcja dealu. Do dzieła.

Czy wybuchnie wojna chińsko – amerykańska?

Temat ten poruszałem już przy okazji artykułu pt.: III Wojna Światowa nie wybuchnie. Na razie„. Wojna światowa raczej nie zacznie się od konfliktu dwóch największych graczy na świecie. Czyli Chin i USA. Pisząc w dużym skrócie, powody są dość prozaiczne. Wojna osłabia strony walczące i umacnia tych, którzy nie wezmą w niej udziału. Wojna dwóch najpotężniejszych mocarstw światowych może skończyć się tak, że stracą one wszelkie swoje przewagi nad resztą globu i w efekcie utracą już zajęte przez siebie dogodne pozycje. Jednocześnie wchodzenie do konfliktu w pierwszym szeregu walczących oznacza, że prawdopodobnie dane państwo odniesie największe straty. Stany Zjednoczone doskonale rozegrały scenariusze I i II Wojny Światowej. Podczas gdy Eurazja była pochłonięta wojną, USA wyczekiwało. Na to, by w kluczowym momencie wejść do konfliktu, przeważyć szalę na jedną ze stron, zwyciężyć i jako najsilniejszy przy stole gracz narzucić własne warunki zwycięstwa. Innymi słowy. Wybuch nowej, trzeciej globalnej wojny może być rozpatrywany w kategoriach korzyści, jeśli chodzi o USA. Ale tylko wówczas, gdy hegemon pozostanie w pierwszej fazie starcia nieaktywny. Na co pozwala Amerykanom ich wspaniałe położenie geograficzne.

Posiadając tak ogromny handicap głupotą byłoby z niego rezygnować. I wikłać się w starcie militarne z symetrycznym przeciwnikiem, położonym za największym oceanem na Ziemi.

Z punktu widzenia Chin, wojna również byłaby najgorszym możliwym rozwiązaniem. Póki jest pokój, a Chiny mogą handlować – czas gra na korzyść Pekinu. Na ten moment Chińczycy są słabsi niż Amerykanie. Jednak trwający jeszcze stary ład światowy pomaga im w szybkim tempie skracać dystans do USA. Natomiast Chiny wciąż nie posiadają równorzędnej floty, nie są zdolne zagwarantować bezpieczeństwa szlakom morskim, ich gospodarka jest uzależniona od handlu i to handlu morskiego (NJS/OBOR dopiero przecież powstaje i miną jeszcze lata by przepustowość szlaków lądowych choć trochę rekompensowała ewentualną utratę możliwości wysyłania towarów drogą morską).

Nie należy ponadto zapominać o trzecim wielkim graczu. Konflikt Chiny vs USA z pewnością ucieszyłby Rosję, która mogłaby pełnić rolę rozjemcy. Podczas gdy Waszyngton i Pekin wymieniałyby się ciosami, Moskwa wespół z Berlinem mogłyby stworzyć Eurazjatycki blok, który przywróciłby europejską dominację na świecie. Z tych oczywistych względów bezpośrednia wojna Chin i USA jest niezwykle mało prawdopodobna (a jeśli już wybuchnie, to będzie raczej efektem trwającego już, globalnego konfliktu). Zwłaszcza, że dla Chin największym rywalem i zagrożeniem nie są wcale odległe Stany Zjednoczone. Chińczykom wystarczy samo wyparcie amerykańskich wpływów z przybrzeżnej strefy bezpieczeństwa i zabezpieczenie sobie komunikacji z Europą, Afryką i resztą Azji. Prawdziwym rywalem Chin, którego Pekin często się obawiał była Rosja (z uwagi na sąsiedztwo i potęgę atomową). W tej chwili Chińczycy muszą ponadto również kontrolować potęgę Indii (również sąsiad, dysponujący bronią jądrową).

Mając na uwadze powyższe, czy wobec tego nie jest możliwy chociażby konflikt zastępczy? Np. wojna chińsko-amerykańska, ale na terytorium państwa trzeciego? Korei Północnej, Korei Południowej, a może i Tajwanu?

W mojej ocenie, wbrew pozorom, Amerykanie są do takiej wojny znacznie lepiej przygotowani niż Chińczycy. Nawet pomimo tego, że ewentualne miejsca starcia znajdują się blisko granic Chin i bardzo daleko od Waszyngtonu. I wcale nie chodzi mi tutaj o przewagi militarne. Tylko handlowo-gospodarcze. Jeśli Chińczycy zaatakowaliby Tajwan lub wparli Koreę Północną przy ataku na południowego sąsiada, wówczas Pekin zostałby potępiony niemal przez całą społeczność międzynarodową. To oznaczałoby sankcje, cła, i blokadę handlową. Jednocześnie USA i ich sojusznicy zablokowaliby Cieśninę Malakka, Zatokę Perską i Kanał Sueski. Chiny stałyby się zakładnikiem mas lądowych, a ich gospodarka zaliczyłaby upadek. Z wielkiej wysokości.

Dlatego też, Chińczycy wciąż nie podejmują żadnych agresywnych ruchów w stosunku do państw trzecich. Są zbyt słabi politycznie, by móc wojować z całym światem lub przekonać go do swoich racji. Bądź co bądź, ład światowy zbudowany jest o demokratyczne wartości i żadne państwo będące militarnym agresorem nie może liczyć, że sprawę uda się jakoś załagodzić (chyba, że jest to hegemon 😉 lub wszystko dzieje się za jego zgodą). Dobrym przykładem jest tu Rosja, która znajduje się w izolacji pomimo faktu, że główni europejscy gracze (Niemcy, Francja, Włochy) najchętniej współpracowaliby z Moskwą bez żadnych ograniczeń.

Zimna Wojna na Dalekim Wschodzie

Ten scenariusz może wydawać się najbardziej prawdopodobny, ale tylko pozornie. Chinom opłaca się prowadzić z USA wymianę ciosów gospodarczo-polityczno-handlowych tak długo, jak długo będą mogły handlować (za pomocą szlaków morskich) z Europą i Bliskim Wschodem. Innymi słowy. Jak tylko Waszyngton zdecyduje się na podjęcie najbardziej rygorystycznych kroków wobec Pekinu (blokada morska, sankcje), Chińczycy utracą zdolność do utrzymania wzrostu gospodarczego, transformacji społecznej (budowa klasy średniej), jak również do budowy armii i floty (do czego potrzebny jest przemysł i kapitał). Na chiński PKB największy wpływ mają inwestycje, a w drugiej kolejności handel. Przy czym inwestycje są dokonywane z kapitału pozyskiwanego z eksportu… Dla Chin, o czym często pisałem, brak handlu = brak eksportu = brak kapitału = brak inwestycji = tąpnięcie gospodarki (PKB) = obniżenie produkcji = zwiększenie bezrobocia = zubożenie rynku wewnętrznego = dalsza utrata zbytu i załamanie produkcji = dalsza redukcja przemysłu i zatrudnienia, etc.etc. etc. Jest tak ponieważ w dalszym ciągu rynek wewnętrzny Chin nie jest w stanie zastąpić popytu zewnętrznego.

Chiny są niezwykle podatne na czynniki zewnętrzne (w przeciwieństwie do USA), a to ze względu na uzależnienie od eksportu swoich towarów (z uwagi na wciąż słabo rozwinięty rynek wewnętrzny – brak klasy średniej w odpowiedniej proporcji, spora część populacji jest zwyczajnie uboga) oraz importu surowców energetycznych. Oczywiście Chińczycy próbują przezwyciężyć te słabości, ale na razie są w tych kwestiach raczej bliżej początku, niż końca (ewentualnie w połowie, w każdym razie wiele jeszcze przed nimi).

By dokonać transformacji społeczno-gospodarczej, Pekin potrzebuje tylko jednego. Czasu. Czasu pokoju, handlu i prosperity. Dlatego Chińczycy nie będą skłonni do prowadzenia długotrwałej wojny handlowo-gospodarczej z USA. Będą woleli kupić sobie kilka lat względnego spokoju. Za wszelką cenę.

Wszystko po to, by osiągnąć względną równowagę gospodarczą, uniezależnić się od wpływów zewnętrznych, nabrać sił i stać się graczem zdolnym oddziaływać na zewnątrz nie tylko poprzez kapitał, ale i potęgę militarną. Chińczycy, by móc stawić czoła USA, potrzebują co najmniej dekady spokoju.

Odwrócenie Chin.

O tego rodzaju rozwiązaniu pisałem już ponad rok temu, przy okazji wydarzeń związanych z Koreą Północną w artykule: „Zjednoczenie Korei? Kapitulacja Kim Dzong Una?(…)„. W pierwszej kolejności należy wyjaśnić, czemu taki deal miałby służyć. Co chciałyby osiągnąć strony godząc się na układ?

Należy w tym miejscu wrócić do nieco szerszego kontekstu globalnej sytuacji na arenie międzynarodowej. I do strategii jaką obrały Stany Zjednoczone w celu utrzymania hegemonii, którą opisywałem szerzej w tekście: „Polska – kluczem do strategii USA?„.

W ogromnym skrócie, USA mierzy się w tej chwili z powstającymi blokami państw: Berlin – Moskwa, Moskwa-Pekin i szerzej: Berlin-Moskwa-Pekin. Berlin i Moskwę Amerykanie rozdzielają dzięki Polsce oraz Międzymorzu/Trójmorzu (to nie to samo). Natomiast Moskwa współpracuje w tej chwili z Pekinem, pomimo tego, iż Chiny są dla Rosji najgroźniejszym rywalem. Strategia USA,w mojej opinii, polega na graniu na rozdźwięki interesów w w/w blokach. Na próbie rozerwania więzi, izolowania poszczególnych graczy (UE, Rosja, Chiny), by następnie rozprawić się z nimi pojedynczo. Ta „rozprawa” ma na celu służyć podporządkowaniu konkretnych sił własnej woli. Począwszy od najsłabszego gracza – Rosji. Podporządkowując lub wykluczając Moskwę z gry, Amerykanie automatycznie odzyskaliby kontrolę nad Berlinem i Europą (tuta UE zwyczajnie by musiała skapitulować). To z kolei pozwoliłoby amerykańskiej administracji wrócić do walki z Chinami. Ze wsparciem całego „Zachodu” jako monolitu.

By osiągnąć ten cel, Donald Trump prowadzi, obrazowo rzecz ujmując, dyplomację kija i marchewki. Gdy negocjacje z Chinami zmierzają w dobrą stronę, Amerykanie dociskają Moskwę. Gdy na linii Waszyngton – Pekin iskrzy, wówczas dyplomaci z Waszyngtonu jeżdżą na Kreml (vide ostatnie spotkanie Mike’a Pompeo z Siergiejem Ławrowem 14 maja w Soczi). Można było to obserwować już od kilku lat. Metoda okładania kijem na przemian z oferowaniem marchewki poszczególnym rywalom ma zmusić któregoś z nich do pęknięcia i wyłamania się.

Wielu analityków i geopolityków wskazuje, że wszystko to zmierza do tzw. Drugiej Jałty, czyli porozumienia Waszyngtonu z Moskwą (na równych warunkach). Wskazują oni, że dla Rosji, Chiny są głównym rywalem i właśnie dlatego Kreml zdecyduje się na wspólną z USA walkę przeciwko chińskiemu smokowi. W jednym z ostatnich tekstów zatytułowanym: USA zamierza pobić Rosję. Nie będzie resetu wyszczególniłem argumenty za tym, dlaczego tak się jednak nie stanie.

Znów, skracają znacznie wątek (bowiem nie on jest tematem niniejszego tekstu), Rosja dąży do wielobiegunowego układu sił, w którym mogłaby zachować neutralność i zbudować blok Berlin-Moskwa. Dla USA, co wytłumaczyłem w w/w tekście, taki stan rzeczy jest nie do zaakceptowania (ani wielobiegunowość, ani oś Berlin-Moskwa).

To dlatego walka na linii USA – Rosja wciąż przybiera na sile. Amerykanie chcą złamać wolę Kremla, tymczasem Putin ani myśli o podporządkowaniu się woli USA i samobójczej dla Rosji walce przeciwko Chinom. Stawiając kropkę. Kreml nie pozwoli się odwrócić. Z wielu względów. Putin walczy o całkowitą niezależność i pozycję jednego z biegunów w wielobiegunowym układzie sił na świecie. Jednocześnie Rosja, jako jedno z nielicznych państw na globie, ma zdolność do długotrwałego opierania się wpływom i sile morskiego hegemona. Jako państwo heartlandowe, będące odporne na blokady morskie, wojnę handlową i izolację polityczną, może pozwolić sobie na grę na zwłokę. Co pokazało nam ostatnie 5 lat (począwszy od 2014r.). Oczywiście to wszystko przy zastrzeżeniu, że Rosja będzie eksportować wydobywane przez siebie surowce energetyczne. W przypadku odcięcia jej od europejskiego rynku zbytu (a przypomnijmy, że Polska już się uniezależnia w tym zakresie od Moskwy i buduje własną sieć, która może wesprzeć innych regionalnych graczy tj. choćby Ukraina), Federacja Rosyjska może wpaść w olbrzymie kłopoty. Ratunkiem jest tutaj inwestycja w sieci przesyłowe do Chin, które mogą przyjąć znaczne ilości gazu i ropy.

Zupełnie inaczej sprawy wyglądają w przypadku Chin. Chińska gospodarka jest jedną z tych najbardziej uzależnionych od świata morskiego. Władze z Pekinu są zdeterminowane by to zmienić, jednak póki co się to jeszcze nie udało. W przypadku twardej gry Amerykanów, Chińska Republika Ludowa będzie na każdym etapie zmagań kalkulować bilans zysków i strat dla każdego wariantu (wojna/zimna wojna/deal). Innymi słowy, Waszyngton, przy dostatecznie ostrej grze, jest w stanie zmusić Pekin do taktycznego dealu, który polegałby m.in. na tym, iż Chińczycy zrzekliby się wsparcia dla Rosjan. W zamian za nieskrępowany dostęp do morskich szlaków handlowych i rynków europejskich, bliskowschodnich, czy nawet afrykańskich. Jak taki deal miałby dokładnie wyglądać (co obejmować), o tym napiszę jeszcze w dalszej części artykułu.

Niemniej, reasumując. Rozważając grę między USA, UE, Rosją, a Chinami, niewątpliwie Rosja jest zawodnikiem najłatwiejszym do pokonania metodami pokojowymi. Rosjanie już otrzymali bolesne ciosy, natomiast w przyszłej perspektywie muszą liczyć się z możliwością spadku eksportu gazu ziemnego i ropy naftowej do Europy. Jak również ze spadkiem cen surowców, czy dalszymi sankcjami i izolacją. Gdyby Chińczycy zostali odwróceni, odcięli Moskwę od kredytów i kapitału oraz zaprzestali inwestować w import rosyjskich gazu i ropy, Rosja zostałaby pobita gospodarczo. Z kolei jak tylko Moskwa zostałaby wyłączona z gry jako samodzielny i niezależny zawodnik, Unia Europejska wróciłaby pod skrzydła Waszyngtonu (z wielu różnych względów). Na rozkaz.

Jednak o ile Rosja dla Amerykanów nie stanowi wyzwania (poza płaszczyzną militarną, co Kreml skrzętnie wykorzystuje), o tyle jest najbardziej odporna na amerykańskie naciski i perswazję. Odwrotnie jest z Chinami, które są potężne gospodarczo (choć mają wiele słabości), ale jednocześnie znacznie bardziej podatne na czynniki zewnętrzne. Stąd w mojej ocenie, prędzej dojdzie do odwrócenia Chin (jak za czasów Nixona i Kissingera), niż do Drugiej Jałty. Natomiast Pekin nie będzie chciał prowadzić wieloletniej dalekowschodniej Zimnej Wojny (blokada morska, wojna handlowa, walka polityczna) ponieważ nie jest na nią jeszcze gotowy.

Teatry zmagań – Korea Północna jako narzędzie Chin i potencjalny cel USA

Pomimo ogromnej gospodarki i kapitału jakimi dysponuje Pekin, w gospodarczym starciu z USA te argumenty nie wystarczą. Z jednej prostej przyczyny. Amerykańska gospodarka jest w dużej mierze samowystarczalna, niezależna od podmiotów zewnętrznych, a US Navy kontroluje najważniejsze morskie szlaki handlowe świata. Które służą w głównej mierze innym, np. Niemcom czy Chinom. Chińczycy nie są w stanie zaatakować ekonomicznie Amerykanów, bez narażenia się na olbrzymie straty. Miecz, którym mogą uderzyć (grożą sprzedażą amerykańskich obligacji) jest obosieczny. Chiny z jednej strony są wierzycielem USA, a drugiej obligacje i dolary stanowią sporą część chińskich rezerw. Jednocześnie z uwagi na deficyt handlowy z USA, na cłach i wojnie handlowej Chińczycy stracą znacznie więcej niż Amerykanie (dlatego to Waszyngton używa akurat tej formy nacisku). To dlatego Pekin nie kierował w stosunku do USA żadnych bezpośrednich gróźb czy nacisków. W starciu ze Stanami Zjednoczonym, najlepszą metodą walki dla Chin okazała się ta siłowa (czyli taktyka Rosjan). Nie chodzi tutaj jednak o rozmieszczanie wojsk, przeprowadzanie manewrów czy inwazję na sąsiadów. Pekin w tym celu wykorzystywał od wielu lat Pjongjang. Ilekroć Chińczycy chcieli Amerykanom sprawić problemy, wciskali przycisk z napisem: „Szalony Kim Dzon Un”. Gdy tylko USA było zaangażowane na innych frontach (Europa, Bliski Wschód), Korea Północna rozpoczynała swoje rakietowe demonstracje zmuszając Waszyngton do reagowania. Dla zajętych innymi sprawami Amerykanów, znacznie łatwiej było powierzyć sprawę „uspokojenia Kima” władzom z Pekinu (oczywiście nie za darmo). Stąd takie głośne apele Donalda Trumpa (2017 rok) skłaniające do tego, by to Chiny rozwiązały ten problem. Co oczywiście nie nastąpiło, dlatego amerykański prezydent podjął próbę odwrócenia Korei Północnej i wyciągnięcia jej z chińskiej sakwy. Utrąciłoby to Pekinowi ten jakże niewygodny dla Amerykanów lewar (Koreańska broń atomowa nie tyle zagraża terytorium USA, co bierze na zakładnika amerykańskich sojuszników tj. Korea Południowa czy Japonia). Dziś już wiemy, że po dwóch spotkaniach z D. Trumpa z Kim Dzong Unem, próba ta zakończyła się fiaskiem.

Na jakich płaszczyznach będą się więc rozgrywać „negocjacje” przyszłego dealu? (Ponieważ tak to można postrzegać – jako negocjacje). USA będzie nadal podwyższać stawkę na gruncie gospodarczo-handlowym. Chińczycy posłużą się Koreą Północną w celu wywołania gróźb i wzięcia na zakładników pobliskich sojuszników Waszyngtonu. Dlatego to Korea Północna stanie się odpowiednikiem Ukrainy w rywalizacji na linii USA – Rosja. Tylko tutaj, to Amerykanie będą grozić inwazją.

Prawdopodobny scenariusz na najbliższe miesiące – lata

Co nas czeka? W mojej opinii dojdzie do drugiego ostrego spięcia USA z Koreą Północną. Pierwsze obserwowaliśmy pod koniec 2017 roku, kiedy to w listopadzie Amerykanie zgromadzili w pobliżu koreańskiego półwyspu aż 3 lotniskowce wraz z grupami bojowymi wsparte przez flotę japońską. Pomimo tego Kim Dzong Un przeprowadził kolejne testy balistyczne rakiet, na skutek czego Amerykanie wespół z Koreą Południową przeprowadzili ogromne manewry lotnicze, w których symulowano uderzenia na cele Korei Północnej. USA zgromadziło wówczas w regionie ok. 200 samolotów bojowych, w tym F-22 raptor , F-35 czy bombowce B-1B. Następnie rozpoczęto manewry armii lądowych w których udział wzięło kilkanaście tysięcy żołnierzy Amerykańskich i armia Korei Południowej. Celem ćwiczeń była symulacja przejęcia broni masowego rażenia. Już wówczas sprawa wojny wisiała na włosku, choć w mediach temat ten nie był tak kategorycznie podnoszony. Jednak wszyscy chyba pamiętamy wymianę zdań D. Trumpa i Kim Dzong Una dotyczącą tego, kto dysponuje większym guzikiem jądrowym. Dopiero na skutek zabiegów dyplomatycznych przerażonych sytuacją Koreańczyków z południa, Amerykanie zgodzili się podjąć mediacje które w efekcie doprowadziły do odwilży i dwóch spotkań Kima z Trumpem.

Dziś jesteśmy w takim miejscu, w którym można z dużą dozą pewności stwierdzić, że prawdopodobnie czeka nas podobny scenariusz do tego jaki miał miejsce pod koniec 2017 roku. Tylko, że tym razem Kim Dzong Un nie będzie mógł już liczyć na drugą szansę zawarcia pokoju z Donaldem Trumpem. Byłby to bowiem afront dla amerykańskiego prezydenta, który został już de facto przez Kima upokorzony (poprzez kolejne testy rakiet, które miały miejsce 11 maja). Tym razem sprawa Korei Północnej rozstrzygnie się pomiędzy Xi a Trumpem. Kim Dzong Un stracił swoją szansę na bycie traktowanym jako odrębny, niezależny gracz i partner do dwustronnej umowy.

Negocjacje” na linii Pekin – Waszyngton mogą doprowadzić do sytuacji, w której oficjalnie będzie się mówić o groźbie wybuchu wojny (oczywiście z Koreą Płn. nie z Chinami). Nawet atomowej, ponieważ Korea Północna taką dysponuje. Pamiętać przy tym należy, że Amerykanie w czasie kryzysu pod koniec 2017 roku przećwiczyli dobrze ewentualne uderzenie na Koreę Północną. Tym razem będą dobrze przygotowani do takiego czarnego scenariusza, więc ich groźby ataku będą brzmieć bardzo realnie.

Chińczycy mogą oczywiście przeciwdziałać, poprzez rozmieszczenie wojsk na granicy chińsko-koreańskiej co już raz powstrzymało Amerykanów przed opanowaniem całego półwyspu (w 1950 roku, armia Mc Arthura mimo sukcesów militarnych musiała powstrzymać ofensywę). Jednak raczej nie będzie to miało wpływu na realność zagrożenia wykonania uderzenia z powietrza na wybrane obiekty przy pomocy samolotów z technologią stealth.

Jednocześnie należy pamiętać, że Chiny będą unikać otwartego demonstrowania siły zbrojnej przeciwko siłom USA, ponieważ będą się bały blokady handlowej na szlakach morskich. Pekin będzie raczej działał na zasadzie reagowania, a nie kreowania. To Korea Północna, jako narzędzie Chin, będzie ogrywać rolę ostrza – tymczasem Chińska Republika Ludowa będzie chciała sprawiać wizerunek ochronnej tarczy.

O ile te militarne manewry i zmagania wokół półwyspu koreańskiego będą z pewnością najbardziej dostrzegalne i nagłaśniane, o tyle w tle będzie toczyć się wojna handlowo-gospodarcza. I to ona może zaważyć na postawie Chińczyków.

Co nie zmienia faktu, iż wojna w Korei Płn. nie będzie leżeć ani w interesie Chin, ani USA. Choć to Stany Zjednoczone będą zdeterminowane by raz na zawsze pozbyć się tematu Korei Północnej i jej arsenału jądrowego. Amerykanie nie ustąpią w tej kwestii, bowiem pozostawienie tego chińskiego lewara powoduje dla nich spore komplikacje. Od strony strategiczno-wojskowej, ewentualne uderzenie Amerykanów na Koreę Północną i pobicie jej, byłoby dla Chin olbrzymim zagrożeniem. Pomijając możliwość wywołania katastrofy ekologicznej (ew. niekontrolowane detonacje arsenału jądrowego), amerykańskie wpływy mogłyby jeszcze bliżej przesunąć się w stronę Pekinu. Być może nawet aż do koreańsko-chińskiej granicy.

Oczywiście od strony technicznej, atak na Koreę Północną (choćby tylko lotniczy) byłby ogromnym ryzykiem. Ale przecież Amerykanom nie będzie chodzić o wywołanie kolejnej wojny, w którą będą musieli się zaangażować (i ponosić straty), a o przekonanie rywala (Chin), że są gotowi i zdolni do przeprowadzenia takiej inwazji. A kto nadaje się do rzucania gróźb lepiej, jak sam „nieodpowiedzialny i impulsywny” Donald Trump?

Xi- Trump deal. Możliwe warunki układu

By przewidzieć możliwe postanowienia ewentualnego dealu, należy ustalić w pierwszej kolejności priorytety dla stron porozumienia. Dla Chin, priorytetem będzie zyskanie czasu spokoju, dostęp do rynków europejskich (eksport towarów) i bliskowschodnich (import surowców). Dla USA priorytetem będzie odwrócenie Chin od Rosji oraz pozbycie się problemu Korei Północnej (czasowe zamknięcie frontu dalekowschodniego). Jeśli Chiny dostaną gwarancję dostępu do bliskowschodnich gazu ziemnego i ropy naftowej, spokojnie będą mogły zrezygnować z rosyjskich surowców. Pekin bardzo poważnie będzie rozważać „sprzedanie” Rosji w zamian za gwarancję dostępu do europejskiego rynku zbytu oraz możliwość dalszego rozwoju gospodarczego. Biznes jest biznes. Jednak dochodzą do tego aspekty geostrategiczne. Gdy Rosja zostanie osamotniona i dostanie się pod amerykański pręgierz, wówczas Chiny stracą taktycznego sojusznika. Oczywiście, jeśli celem Amerykanów będzie rozbicie Moskwy i doprowadzenie do drugiej smuty, wówczas Chińczycy będą mogli na tym zyskać (osłabienie sąsiada, zwiększenie wpływów na Syberii). Co jednak, jeśli Rosja z braku alternatyw postanowi jednak przyłączyć się do USA (jest to wątpliwe, bowiem Rosjanie wciąż będą liczyć na oś Berlin-Moskwa)? Jest to bardzo istotny aspekt negocjacji, dlatego uważam, że w zamian za „sprzedanie” Rosji, Chińczycy będą chcieli czegoś „ekstra”. Do tego zaraz wrócimy.

Administracja z Waszyngtonu będzie chciała przeprowadzić denuklearyzację Korei Północnej. Jak to przeprowadzić? Amerykanie będą musieli zyskać kontrolę (choćby pośrednią) nad tym co dzieje się w Pjongjangu. Nie uwierzą zapewnieniom ani Kim Dzong Una (lub innego, nowego lidera K.Płn), ani w gwarancje Chin. Dlatego najprostszym rozwiązaniem byłoby Zjednoczenie Korei. Posiadający ogromne wpływy w Korei Południowej Amerykanie mogliby, poprzez południowo-koreańską administrację, sprawować nadzór nad procesem denuklearyzacji i upewnić się, że Korea Północna nigdy już nie będzie stanowić zagrożenia. Zresztą przymiarki do zjednoczenia półwyspu były robione przez cały 2018 rok, a sami Koreańczycy przyjęliby to z ulgą i radością. Pozostaje kwestia co w zamian?

O ile Korea Północna z jej arsenałem jądrowym i rakietowym stanowi zagrożenie dla USA i jego interesów (a bezpośrednio dla sojuszników tj. Japonia i Korea Południowa), o tyle dla Chin zagrożeniem są bazy wojskowe w Korei Południowej. Z Seulu do Pekinu nie jest wcale daleko (teoretycznie można wykonać atak lotniczy), natomiast położenie Korei Południowej umożliwia kontrolę wyjścia z Morza Żółtego nad którym znajdują się główne porty obsługujące Pekin. Innymi słowy, Chińska Republika Ludowa może zażądać całkowitej demilitaryzacji półwyspu koreańskiego. Zjednoczona Korea jako zdemilitaryzowana, neutralna, strefa buforowa. Tak to może wyglądać w przyszłości.

Na koniec pozostaje nam jeszcze kwestia ceny, za opuszczenie Rosji. Jak pisałem, pieniądz to nie wszystko, a Chiny będą żądać czegoś ekstra. Czegoś, co ukoronowałoby politykę Jednych Chin, a co zawsze stanowiło dla Pekinu obiekt pożądania, ale i świadectwo ich historycznego upokorzenia. Tajwanu. Z pewnością ta karta będzie dla Pekinu niezwykle istotna. W zasadzie poza gwarancją wolnego handlu morskiego, Chińczycy niczego innego od Amerykanów nie potrzebują. Problemem jest jednak to, iż Tajwan znajduje się w tzw. Pierwszym Łańcuchu Wysp, który izoluje Chińską Republikę Ludową od Pacyfiku. Oddanie Pekinowi Tajwanu, byłoby uchyleniem bramy na Ocean Spokojny. Bramy, przez którą chińska flota mogłaby wychodzić na Morze Filipińskie, w stronę amerykańskiej bazy i portu na wyspie Guam.

Oczywiście chińska flota nie jest zdolna w tej chwili do nawiązania równorzędnej konfrontacji z US Navy na pełnym morzu. I jeszcze długo tej zdolności nie uzyska. Jeśli Amerykanie stwierdzą, że zanim Chińczycy będą zdolni zagrozić im na oceanie, zostaną wcześniej pobici (w jakikolwiek sposób), wówczas kto wie, jak potoczą się losy Formozy...

Korzyści

Na tego rodzaju dealu skorzystaliby wszyscy… Za wyjątkiem Rosjan. No i ewentualnie Tajwanu. Chińczycy kupiliby sobie czas, pozbyli się zagrożenia z Korei Północnej (z perspektywą na dalsze wyparcie wpływów Amerykańskich z półwyspu) i może nawet zyskaliby Tajwan. Koreańczycy wreszcie odetchnęliby z ulgą. Zagrożenie wyniszczającej wojny na ich półwyspie zostałoby zażegnane. Północ mogłaby wreszcie stanąć na nogi gospodarczo. Japonia również poczułaby się znacznie bezpieczniej i pewniej. Amerykanie z kolei mogliby skupić się na Europie i Rosji, wracając do realizacji swojej strategii. Daleki Wschód stałby się oazą spokoju. Na jakiś czas.

Oczywiście pozostają jeszcze kwestie prestiżowe. O ile Zjednoczenie Korei i demilitaryzacja całego półwyspu wyglądałaby na rozsądny kompromis, o tyle gdyby np. Amerykańska zdrada Tajwanu wyszła na jaw… USA straciłoby całkowicie wiarygodność jako sojusznik i gwarant NATO. To mogłoby rozsypać cały układ sojuszy i powiązań światowych Waszyngtonu, które są i będę niezbędne do realizacji amerykańskiej strategii utrzymania hegemonii (a której jednym z etapów jest, co ciekawe, podważanie istniejącego ładu światowego przez samych Amerykanów).

Podobnie sprawa wygląda z odwróceniem Chiny. Decydenci z Pekinu z pewnością nie chcieliby ujawnić przed kolegami z Moskwy, że sprzedali ich za kilka srebrników i odrobinę czasu. Poświęcili, by w dalszym ciągu mieć możliwość budowania własnej potęgi. Dlatego też w w.w zakresach , zapisy Xi-Trump dealu musiałyby pozostać tajne. Tym samym ewentualne przejęcie Tajwanu przez Chiny nie odbyłoby się z dnia na dzień, a wyglądałoby zapewne podobnie do procesu asymilacji i aneksji Hong-Kongu.

Zresztą proces jednoczenia Korei również wymagałby rozciągnięcia w czasie (z uwagi na jego złożoność). To wszystko sprawia, że dla przeciętnego obserwatora areny międzynarodowej, wdrażanie w życie Xi-Trump dealu mogłoby być słabo zauważalne. A jego widoczne skutki mogłyby nastąpić wówczas, gdy nie byłyby już tak istotne dla stron porozumienia.

Oczywiście niniejszy tekst należy traktować z odpowiednim dystansem, z uwagi na fakt, iż próba tak precyzyjnej prognozy co do przyszłego rozwiązania sporu na linii Waszyngton – Pekin z pewnością zostanie zweryfikowana przez rzeczywistość. Jednak w mojej ocenie przedstawiony scenariusz zawarcia ugody amerykańsko-chińskiej i odwrócenie Chin jest bardzo prawdopodobny. To jak ten deal może wyglądać, jest sprawą do dyskusji, a przedstawiony obraz jest pewnego rodzaju spekulacją. 🙂 Którą zresztą przedstawiałem już niemal rok temu również tutaj na blogu.

Krzysztof Wojczal

geopolityka, polityka, gospodarka, prawo, podatki – blog

82 komentarze

  1. @jsc – Chiny wykorzystały zwrot Rosji na Chiny. W 2014, wraz ze zwrotem Kremla na Chiny, Pekin otrzymał darmowego „pożytecznego idiotę” [to nie wyzwisko – tylko politologiczne określenie autorstwa…Lenina], który za darmo na własny koszt jest harcownikiem i taranem na porządek Bretton Woods, na porządek jednobiegunowy USA. Rosja angażuje USA – daje czas Pekinowi. A czas gra na korzyść Chin. Chiny tak długo będą korzystały z umizgów Kremla, jak długo będzie im to na rękę. Ale absolutnie nie zamierzają traktować Rosji partnersko. Wręcz przeciwnie – non-stop niezmiennie podtrzymują żądania zwrotu 1,6 mln km2 – które Rosja zagarnęła po 1860 roku Traktatem Pekińskim. KAŻDE chińskie dziecko w szkole jest uczone na geografii i historii [przecież to największe upokorzenie i strata Chin w „wieku hańby”], że te 1,6 mln km2 to „ziemie rdzennie chińskie pod TYMCZASOWĄ administracja rosyjską”. Nawet na mapach sztabowych chińskich generałów, którzy od 2011 urządzają wspólne ćwiczenia z Rosjanami – tam tak samo po chińsku i cyrylica są opisane te ziemie. A Rosyjscy generałowie wg „prikazu” Kremla, udają, że tego nie widzą… TERAZ Rosja silna z rakietowo-atomowym młotem – więc Pekin absolutnie nic oficjalnie na arenie międzynarodowej nie ma przeciw umizgom Kremla. Uściski i wspólne fotografie i ogólniki polityczne nic Xi nie kosztują – a chiński biznes i chińskie banki maja wymarzone warunki negocjacyjne… Czas pracuje dla Chin – także przeciw Rosji. A może nawet najbardziej przeciw Rosji – która jest za miedzą – więc sytuacja jest systemowo DŁUGOFALOWO konfrontacyjna – i nieunikniona. Dopiero, gdy w połowie lata 30-tych [Xi naznaczył 2035] Chiny przegonią technologicznie USA w technologiach wojskowych nowej generacji RMA – WTEDY przestana się obawiać militarnie USA – i dopiero WTEDY – po tym punkcie przełomowym – Chiny „zrobią porządek” na swoim azjatyckim podwórku – zajmując błyskawicznie Syberię i Arktykę. Południowa Nitka Jedwabnego Szlaku przez Bliski Wschód już funkcjonuje mimo ograniczonych”niedogodności” z tytułu wojen lokalnych. Paradoksalnie największe utrudnienie sprawia Syria i okolice – wspierane przez Rosję. Ale dopiero wielka wojna Izraela [z konieczną zdradą Iranu i sojuszników przez Rosję] zablokuje strategiczną nitkę południową Jedwabnego Szlaku przez BW. Zwłaszcza, jak wg kalkulacji pod stołem Izraela [z którą nie afiszuje się w Waszyngtonie – mówiąc tam coś wręcz przeciwnego], ta wojna się rozleje daleko poza Iran.

      1. Może z pewną ironią, pół żartem, pól serio – zostaje olej rzepakowy do Diesli. Ale elektronika silnika musiałaby być przesterowana, żeby łyknęła to paliwo. W dawnych Dieslach nie było problemu [silniki były proste] – rolnicy kupowali hurtem 20 L bańki oleju rzepakowego i lali wprost do zbiorników „Ciapków” i jechali na tym – przy czym o ironio wydłużało to resurs silnika i obniżało koszty paliwa [bez akcyzy]. Potem to ukrócili [z uwagi na straty zysków z akcyzy], no i weszły „nowe, lepsze” silniki z elektroniką nader czułą na „dozwolone” parametry paliwa. Zostają silniki na tzw. gaz generatorowy [Holzgas] albo elektryki [przynajmniej rower elektryczny z wózkiem albo Melex albo coś wyżej] – ale zasilane fotowoltaiką [najlepiej na nieużytkach]. W ostateczności silniki Stirlinga lub parowe [nowoczesne silniki parowe mają sprawność 22% – dawne parowozy miały 10%] – opalane węglem, drewnem i czym się da. Zresztą – 120 nawet 150 dolarów za baryłkę to cena jeszcze do „przeżycia”, gorzej, jak sięgnie 180-200 dolarów, co też możliwe przy panice giełdowej, a teraz jest to oczywiście cena kosmiczna i niewyobrażalna. Inna rzecz, że największym beneficjentem tej zwyżki cen węglowodorów – prócz Rosji – będzie USA z jego węglowodorami z łupków. I tak to pewnie jest przedstawiane przez Izrael w Waszyngtonie. Dla Rosji będzie to odkucie się w budżecie, przełamanie izolacji i sankcji, wtedy będzie wręcz uniżone przyjmowanie Rosji na czerwonych dywanach. I przejściowa zmiana Kremla z roli junior-partnera do równego partnera względem Chin [a nawet podejście z pozycji senior-partnera] – bo to wola Kremla będzie dyktowała ratunkowe dostawy ropy i gazu dla Chin. Przy chełpliwości Kremla – Pekin będzie przełykał upokorzenia i się uśmiechał – ale pod stołem będzie gotował długofalową kontrakcję, która „przywróci właściwe relacje”. To właśnie TEN okres spowoduje nieodwołalne wpisanie Rosji na czarna listę [prócz innych, wcześniej wyłożonych powodów]. Chiny absolutnie nie ścierpią tej zmiany ról w Azji, na swoim podwórku i puszenia się Rosji – finalna zasadnicza reakcja na twardo względem Rosji całkowicie „zlikwiduje ten problem”. Po prostu – Chiny nie będą hegemonem świata nim przedtem nie zostaną hegemonem Azji. Taka jest twarda logika geostrategii i sztuki wojennej – nie tylko chińskiej. Tym bardziej, że błyskawiczne przejęcie Syberii i Arktyki spowoduje gwałtowne przechylenie szali potencjału Chin względem USA. Dlatego aspiracje Kremla i podbijanie przez niego poprzeczki i brak zgody na status wasala Chin i próba narzucenia zmiany statusu na korzystny dla Kremla – to będzie złamane na twardo. Oczywiście po cierpliwej pracy u podstaw i po uzyskaniu odpowiedniej przewagi generacyjnej RMA – i po nabyciu takiego potencjału militarnego tarczy i miecza, że USA nie ośmieli się wtrącać w „porządki” Chin na azjatyckim podwórku. Czyli po ca 2035 każdy rok pokoju będzie rokiem darowanym Rosji. A Chińczycy są cierpliwi i konsekwentni – planują na dekady…

        1. ….a kontynuując wątek pół żartem, pół serio – dla benzyniaków zostaje metanol [i etanol] zamiast benzyny. Też oczywiście z koniecznym przesterowaniem [najlepiej wyłączeniem] elektroniki [zbyt] „mądrych” czujników składu paliwa… Notabene wtrysk metanolu z wodą [Niemcy, Brytowie] lub samej wody [USA] był stosowana powszechnie w II w.św. dla zwiększenia [ale raczej krótkotrwale] mocy silnika – zwłaszcza w lotnictwie. Polecam artykuł nt osiągnieć Frakna Walkera w P&W – http://www.enginehistory.org/Biography/FrankWalkerWeb1.pdf U nas dekadę temu rozwinął temat patent Gulaka – oparty o parę wodną uzyskiwaną z odzysku ciepła z układu wydechowego. Ten akurat patent pozwala także zmniejszyć zużycie „normalnego” paliwa przynajmniej o 1/3. W tym Diesli też – nawet o 60%. Co sam sprawdzałem. Ale – żaden wielki dystrybutor paliwa nie jest zainteresowany w takich wynalazkach. Wiadomo – sprzedaż mniejsza, więc i zyski mniejsze…- no bo ile kosztuje woda, a ile benzyna czy olej napędowy? Polityka to pieniądze i zyski wielkich – czyli suboptymalizacja interesu wielkich koncernów kosztem szarego konsumenta… Zresztą – to samo dotyczy zderzacza Łągiewki – WIELOKROTNIE sprawdzonego w testach empirycznych. Nawet na zderzeniach składów kolejowych to testowano, jakieś złote medale w Brukseli były itd… Działa – TAK! DZIAŁA! – I co? – ano nikomu z wielkich podmiotów wynalazek Łągiewki nie pasuje…więc temat schowany pod sukno umiera w ciszy medialnej – bez wsparcia wdrożeniowo-komercyjnego – bo nikomu jakoś nie opłaca się w ten wynalazek inwestować…

          1. Nawet USA ma swojego Łagiewkę… Prestona Tuckera.

            Bardziej mnie zdumiewa historia związana z Zegarem Pulsarowym… relatywnie tanie urządzenie, które jest o rzędy wielkości dokładniejszy od wzorca w Sevres, a sygnału czasu nie ma nawet dla Gdańska!

  2. Tak całkowicie na poważnie – najprościej to warto mieć zapas benzyny lub oleju napędowego do swojego pojazdu. Na najgorszy okres [powiedzmy 2 miesiące], gdy paliwa przejściowo nie będzie, albo będą ostre niedobory, nawet reglamentacje itp. historie. Czyli przynajmniej ca 50 L [100 L] w bańkach po 5-10 L. Ale uwaga – to paliwo trzeba stale zużywać od najstarszych zapasów i rolować uzupełnienie. Paliwo na długo nie utrzyma swoich parametrów – stąd stałe rolowanie potrzebne. Zresztą tak samo radzę z zapasami żywności i wody – 2 miesiące to minimum, a na pewno im dłuższy bufor zapasów – tym lepiej. Człowiek śpi spokojnie, mentalnie przygotowany na różne zwroty sytuacji – i nie biega z włosem zjeżonym od sklepu do sklepu – a w takich razach panika wymiata półki…więc działanie reakcyjne post factum jest spóźnionym i niepomiernie kosztownym kopaniem studni do pożaru. Żeby była jasność – nie twierdzę, że wielka wojna Izraela i zniszczenie Iranu i sojuszników nastąpi już koniecznie w 2019. Osłabione USA nie kwapią się do obciążenia się wojną lokalną, jak mają Chiny i Pacyfik jako priorytet. Ale Izrael na pewno w końcu [nawet po latach drążenia tematu] „przekona” w Waszyngtonie kogo trzeba…

  3. Wiadomości o spadku populacji Chin w ubiegłym roku
    https://www.rp.pl/Spoleczenstwo/210429377-Chiny-Pierwszy-od-pieciu-dekad-spadek-liczby-mieszkancow.html
    potwierdzają jako żywo opinię, że ubiegłoroczne informacje o zniknięciu ponad 20 mln abonentów sieci komórkowych
    https://fakenews.pl/technologia/nie-w-chinach-nie-zniknely-22-miliony-uzytkownikow-telefonow/
    były tylko i wyłącznie fakenewsem 😄
    Wszelka próba powiązania tych dwóch fakenewsów z COVID-19 jest ewidentnym dowodem na oszołomstwo autora takiej opinii 😎

Leave a Reply

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *