Rok 2021 – kierunki w polityce międzynarodowej.  Joe Biden jako gamechanger?

Dotychczasowa trafność przewidywań zachęciła mnie do kontynuacji corocznej gry intelektualnej polegającej na próbie wskazania istniejących tendencji w polityce międzynarodowej oraz przewidzenia, do czego mogą one doprowadzić. Wprawdzie tekst sprzed roku pt.: „UE zostanie wasalem USA – co nas czeka po roku wyborczym 2020?” wcale nie stracił na aktualności i w dużej mierze dotyczył właśnie okresu po wyborach prezydenckich w USA, jednak część zaobserwowanych lub przewidywanych zjawisk już się potwierdziła.  Warto więc dokonać małej aktualizacji, zwłaszcza, że doszło do zmiany w Białym Domu. Co było dla mnie zresztą dużym zaskoczeniem. Niemniej – niezależnie od osoby u steru – amerykański okręt musi utrzymać kurs, by nie utknąć na pobliskich rafach. Możliwe są pewne korekty, jednak wątpliwym jest by nowy kapitał zawrócił okręt do portu macierzystego. Rezygnując z rywalizacji na pełnym morzu oraz u brzegów superkontynentu.

Wpis należy oczywiście traktować z pewnym dystansem, choć warto przypomnieć, że czasami – prezentowana na tym blogu – ocena szlaków jakimi podąża rzeczywistość okazywała się trafna.

Oczekiwania a rzeczywistość

W zeszłorocznym tekście podnosiłem, że Stany Zjednoczone podpiszą umowę handlową z Wielką Brytanią oraz będą wywierać presję na Unię Europejską w celu podporządkowania jej polityki zagranicznej względem Federacji Rosyjskiej oraz Chińskiej Republiki Ludowej. Z uwagi na posiadane i silne lewary gospodarczo-ekonomiczne, Amerykanie będą w tym zakresie skuteczni, co prawdopodobnie doprowadzi do powrotu i podpisania umowy handlowej USA-UE (TTIP). To co do tej pory zaobserwowaliśmy skłania do przekonania, że ten tok rozumowania – z punktu widzenia interesów geopolitycznych – był właściwy. Brytyjczycy podpisali już przejściową umowę handlową z Kanadą, a także umowy z Japonią, Turcją oraz przede wszystkim z UE. Jeśli Waszyngton chce mieć Londyn po swojej, to będzie musiał zaproponować Brytyjczykom dobre warunki. Jednak nie jest to przesądzone i z perspektywy czasu oceniam, że sprawy mogą pójść w nieprzewidzianą przeze mnie stronę. Czy demokratyczny Joe Biden odłoży na bok światopoglądowe sentymenty i doprowadzi do porozumienia z konserwatywnym Borisem Johnsonem? Dawniej to pytanie należałoby potraktować jako retoryczne, jednak w dobie ideologicznej wojny (bo tak już to należy nazwać) dawni stronnicy lub przyjaciele Donalda Trumpa nie będą mogli liczyć na ulgowe traktowanie. Teoretycznie nie mam wątpliwości, jak administracja prezydenta Joe Bidena powinna postąpić, jednak wciąż nie wiadomo do końca jak nowy prezydent odnajdzie się w dotychczasowej układance i układzie sił. Jak bardzo będzie zdeterminowany by kosztem interesów państwowych, osiągać cele światopoglądowe.

W kwestii amerykańskiej presji na UE, już w październiku 2020 – jeszcze przed wyborami w USA – władze Niemiec puściły w stronę Joe Bidena sondę próbną. Ta pozostała bez odpowiedzi, a Berlin z Paryżem wynegocjowały umowę z Pekinem. Wciąż trwają dyskusje w sprawie Nord Stream II. To wszystko należy traktować jako wstęp do właściwej gry pomiędzy USA a Unią Europejską. Wydaje się, że w tej chwili administracja Joe Bidena jest w trakcie organizacji oraz analizy aktualnego stanu rzeczy, a także dostępnych opcji. Amerykański prezydent po kolei rozmawia ze światowymi przywódcami oraz bada ich nastawienie do jego wizji w polityce międzynarodowej. Dopiero po uzyskaniu pełnego feedbacku, będą podejmowane decyzje.

Obie kwestie – brytyjska i unijna – są jeszcze przedmiotem przyszłości. Natomiast to, co już stało się faktem to ubezwłasnowolnienie Aleksandra Łukaszenki przez Władimira Putina. I dokładnie ten kierunek wydarzeń udało mi się przewidzieć, choć stan obecny uważam wciąż za przejściowy. Celem Federacji Rosyjskiej jest możliwość rozmieszczenia stałych baz wojskowych na terenie Białorusi oraz dalsza integracja tego kraju. Jeśli Łukaszenko będzie się temu opierał, władze z Kremla będą gotowe do dalszych – bardziej stanowczych – działań. Oczywiście ktoś może zarzucić, że przewidzenie tego, co się stało na Białorusi nie było możliwe. Ponieważ wybuchły tam spontaniczne protesty, które zmieniły nieco obraz polityki wewnętrznej i to one miały wpływ na zacieśnienie relacji Łukaszenki z Putinem. Tak więc okazuje się, że zeszłoroczna prognoza ziściła się jedynie z uwagi na zbieg okoliczności. Sam przyjmuję jednak, że o ile same protesty są rzeczywiście szczere i spontaniczne, to jednak moment ich wywołania okazał się dla Białorusinów fatalny. Protesty zniweczyły kompletnie wysiłki Stanów Zjednoczonych dotyczące uniezależnienia Aleksandra Łukaszenki od Rosji. W wyniku porozumień, zaczęto dostarczać na Białoruś gaz przez Litwę. Planowano dostawy surowców energetycznych z Polski. Wyglądało na to, że zachód daje Łukaszence narzędzia pozwalające na asertywną postawę względem Putina. Na opieranie się presji w zakresie dalszej integracji. Z punktu widzenia USA a także Polski, sprawy wydawały się iść w bardzo dobrym kierunku. Do momentu, gdy wybuchły protesty, a przerażony Łukaszenko musiał pokłonić się przed carem. Należy się wobec tego zastanowić, czy Rosjanie celowo nie rzucili iskry na rozsypany proch. Jeśli tak było, to z pewnością efekt musiał przerosnąć ich oczekiwania, bowiem protesty wybuchły z nadspodziewaną siłą i trwają do dziś. Co w długiej perspektywie już nie musi być tak korzystne. Temat ten tłumaczyłem nieco szerzej w wywiadzie dla portalu BitHub, który został opublikowany jako tekst pt.: „Białoruś jest skazana na Putina”.

Ostatnim tematem jaki poruszyłem w zeszłorocznym tekście, było wzrost napięcia na linii Korea Północna – Stany Zjednoczone. To się dopiero rozwinie, ale nie było to takie oczywiste rok temu. Dziś już jest. Na styczniowym zjeździe partyjnym Kim Dzong Un zapowiedział dalsze zbrojenia nuklearne oraz rozwój technologii w tym zakresie. Nie przekreślił porozumienia z USA, jednak stwierdził, że to Amerykanie powinni jako pierwsi ustąpić w zakresie sankcji oraz restrykcji wobec Korei Północnej. Jest to jednak mało prawdopodobne. Nie godził się na „wielki przyjaciel” Donald Trump, tym bardziej nie zgodzi się Joe Biden, który swego czasu nazwał Kim Dzong Una bandytą. I krytykował pobłażliwą politykę poprzednika względem północnokoreańskiego dyktatora. Wobec tego, wzrost napięcia na linii Pjongjang – Waszyngton staje się jeszcze bardziej prawdopodobne.

 

Joe Biden – nowe otwarcie?

Nowy-stary prezydent Stanów Zjednoczonych ma tak diametralnie różne poglądy od Donalda Trumpa, że niektórzy zapowiadają kompletnie odejście od dotychczasowej polityki zewnętrznej. Pogląd ten wydaje się być jednak nad wyrost. Donald Trump w 2016 roku był przedstawiany nie tylko jako przyjaciel Putina, ale nawet jako osoba opłacana przez Rosjan. Życie pokazało, że mimo dość przyjaznych słów i gestów, poprzedni prezydent USA okazał się – w decyzjach – najbardziej antyrosyjskim od czasów Ronalda Reagana. Trump nie zmienił również priorytetu jakim jest rywalizacja z Chinami. Na tym polu wręcz pobudził Stany Zjednoczone do przeprowadzenia polityczno-gospodarczej szarży. O ile Barack Obama mówił o piwocie na Pacyfik, o tyle jego następca rzeczywiście go wykonał. Tak więc w sprawach natury strategicznego interesu, polityka Stanów Zjednoczonych prowadzona jest dość stabilnie. Długofalowo. To co uległo zmianie – w latach 2017-2020 – dotyczyło kierunków pobocznych. Nie stanowiących dla USA żywotnego interesu. Donald Trump kompletnie przeorientował politykę Stanów Zjednoczonych na Bliskim Wschodzie. Wrócił do bliskich relacji z Izraelem, zerwał umowę z Iranem oraz był zdeterminowany by szybko rozprawić się z ISIS oraz wycofać amerykańskie wojska tak z Bliskiego Wschodu jak i z Afganistanu.

Jeśli spojrzeć na kwestię ciągłości w polityce zagranicznej USA, to powyższe okoliczności nakłaniają do następującej refleksji.

Rosja

Joe Biden – jako były wiceprezydent w administracji Baracka Obamy – doskonale pamięta reset z Federacją Rosyjską oraz jego następstwa. Porażka pierwszego resetu kosztowała Stany Zjednoczone utratę Drugie Floty, która operowała na Północnym Atlantyku a jej głównym zadaniem było kontrolowanie rosyjskiej Floty Północnej z bazami nad Morzem Barentsa. Amerykanie zwinęli Drugą Flotę w 2011 roku tylko po to, by dowiedzieć się, że Federacja Rosyjska skrycie wspiera Syrię i transportuje broń dla Assada, co zostało odkryte w czasie inspekcji rosyjskiego statku opływającego wybrzeża Szkocji w 2012 roku. Od tego momentu Rosjanie otwarcie zaczęli grać na Bliskim Wschodzie przeciwko interesom USA. Mimo wcześniejszych uzgodnień ze szczytu G8 w Deauville z 2011 roku. Wobec czego amerykańskie nadzieje na wspólną walkę z nabierającymi masy Chinami stały się nieaktualne. Warto pamiętać, że zaostrzenie relacji z Rosją zapoczątkował jeszcze Barack Obama, czego efektem były protesty na kijowskim majdanie, a następnie nałożenie sankcji na Federacje Rosyjską po przeprowadzeniu przez Kreml aneksji Krymu i wkroczeniu do Donbasu. Mając to wszystko na uwadze,  bardzo mało prawdopodobnym jest, by Amerykanie dążyli do drugiego resetu z Rosją bez jakichkolwiek twardych gwarancji. Tych nijak nie widać na horyzoncie, bo wzięcie córki Putina na zakładnika raczej nie wchodzi w grę. Porozumienie Waszyngton-Moskwa byłoby możliwe, gdyby Amerykanie uzyskali kluczowy lewar na Rosjan pozwalający im wymuszać lojalność oraz gwarantować, że Moskwa nie odwróci się od Waszyngtonu w najbardziej newralgicznym momencie. Dlatego na rękę Stanom Zjednoczonym jest fakt, że transport rosyjskich ropy i gazu odbywa się na zachód Europy poprzez terytoria Polski i Ukrainy. Problemem jest jednak gazociągi Nord Stream oraz budowany Nord Stream II, które po dnie Bałtyku prowadzą bezpośrednio do Niemiec. Dlatego administracja Joe Bidena powinna utrzymać presję i sankcje względem inwestycji Gazpromu. Joe Biden pokazał w kampanii wyborczej dość antyrosyjskie oblicze, co nie zmienia faktu, że – jak wobec każdego nowego prezydenta USA – Rosjanie i inny gracze na arenie międzynarodowej spróbują zaoferować „nowe otwarcie”.  Jednak chwilowy okres odprężenia nie powinien przynieść żadnych odwracających istniejące tendencje zmian w relacjach USA-Rosja. To z kolei będzie przyczyną zwiększania presji Putina na Białoruś, Ukrainę a może i nawet na Bałtów. W mojej ocenie, władze z Kremla będą zdeterminowane do zintegrowania Białorusi, rozmieszczenia na jej terytorium własnych stałych baz wojskowych. Aleksandr Łukaszenko będzie to musiał zaakceptować, albo może spotkać się z rosyjskimi działaniami mającymi na celu pozbawienie go władzy.

Chińska Republika Ludowa i Korea Północna

Mało oczekiwanych zwrotów akcji spodziewam się natomiast w relacjach na linii Waszyngton-Pekin. Po przejściowym okresie odwilży – spowodowanym nowym rozdaniem oraz badaniem nastawienia drugiej strony – rywalizacja amerykańsko-chińska powinna narastać. Jednak punktem kulminacyjnym tej eskalacji nie będzie wojna – na co wskazywałem wiele razy – a test determinacji w sprawie północnokoreańskiej oraz tajwańskiej. Podtrzymuję w tym zakresie zeszłoroczne przewidywania.

Władze Komunistycznej Partii Chin coraz bardzie otwarcie grożą siłowym podbojem Tajwanu. Testując w ten sposób amerykańskie gwarancje bezpieczeństwa w tym zakresie. Jednocześnie Chińczycy wykorzystują północnokoreańskiego dyktatora jako narzędzie do zwiększania presji na USA i ich regionalnych sojuszników tj. Korea Południowa i Japonia. Sam Kim Dzong Un już wraca na drogę rozwoju broni atomowej oraz rakietowej i ponownie będzie próbował wymusić na Stanach Zjednoczonych zniesienie duszących północnokoreańską gospodarkę blokad ekonomiczno-gospodarczych.

Wszystko to doprowadzi do sytuacji, w której decydenci z Waszyngtonu będą musieli podjąć bardzo zdecydowane kroki oraz udowodnić swoją determinację w zakresie wiarygodności gwarancji bezpieczeństwa na Dalekim Wschodzie. Obrona Tajwanu jest zadaniem trudnym z perspektywy odległych geograficznie Stanów Zjednoczonych. Zagrożenie atakiem na Chiny – z przyczyn politycznych, militarnych i ekonomicznych – byłoby mało wiarygodne i w zasadzie bez pokrycia. Dlatego Amerykanie – chcąc odpowiedzieć symetrycznie na groźby względem Tajwanu – obiorą na cel ten jedyny możliwy do sięgnięcia, czyli Koreę Północną. W jej okolicach Stany Zjednoczone mogą skoncentrować olbrzymie siły militarne co pokazały ćwiczenia z przełomu 2017 i 2018 roku. W pobliżu Japonii i Korei Południowej US Navy może czuć się relatywnie bezpiecznie, a Morze Japońskie jest poza zasięgiem działania chińskiej floty. Problemem mogą być północnokoreańskie okręty podwodne, jednak Korea Północna musi dzielić morskie siły na dwie części. Okręty operujące na Morzu Żółtym nie są w stanie przebić się przez Cieśninę Koreańską, a więc nie mogłyby brać udziału w zmaganiach na Morzu Japońskim. Jednocześnie amerykańskie lotnictwo ma możliwość skorzystania z licznych południowokoreańskich oraz japońskich lotnisk. Nie bez znaczenia jest również potencjał obu sojuszników w zakresie obrony przeciwlotniczej i przeciwrakietowej. W samej Korei Południowej stacjonuje silny komponent amerykańskich sił lądowych. To wszystko sprawia, że jeśli Amerykanie chcieli dokonać ponownej demonstracji siły, to zrobiliby to właśnie w tym miejscu.

Tak więc eskalacja relacji chińsko-amerykańskich znajdzie swój punkt zwrotny na płaszczyźnie demonstracji militarnych. Chińczycy nie są w stanie bić się z USA na płaszczyźnie gospodarczej, bowiem z uwagi na ogromny eksport, będą zawsze tracić więcej na wojnie handlowej. Pekin stara się zrównoważyć wpływy polityczne USA poprzez porozumienia z Unią Europejską. Jednak w momencie gdy Amerykanie podporządkują sobie Europę Zachodnią – co wydaje się wręcz pewne – Chińczykom pozostanie jedynie wojskowe wywieranie presji. To będzie widoczne na Morzu Południowochińskim, w przypadku Tajwanu, a także Korei Południowej i Japonii (zagrożenie północnokoreańskie).

Stany Zjednoczone nie będą mogły sobie pozwolić na chwilę słabości oraz utratę twarzy wobec sojuszników. Co zmusi Waszyngton do wyrażenia możliwie najbardziej wiarygodnej groźby użycia sił militarnych w miejscu, w którym uderzyłoby to w interesy Chin i dawałoby spore szanse na wygranie realnego konfliktu zbrojnego.

Czy taki punkt kulminacyjny w relacjach nastąpi już w 2021? O ile wskazywanie pewnego rodzaju kierunków można opierać o poczynione obserwacje wydarzeń, o tyle dynamika procesów dyplomatycznych jest nie do przewidzenia.

Natomiast dla mnie oczywistym jest – o czym pisałem w tekście z maja 2019 roku pt.: „USA vs Chiny – będzie wojna czy sojusz?” – że żadna ze zmagających się stron nie zdecyduje się na wojnę. Konflikt zbrojny osłabia walczących. Chińczycy natomiast rosną w czasie pokoju i póki tak jest, póty nie będą chcieli rezygnować z zysków. Z kolei Amerykanie już dwukrotnie w XX wieku udowodnili, że ich grand strategy opiera się na wygrywaniu pokoju, a nie prowadzeniu zwycięskich wojen. Do obu światowych konfliktów Amerykanie przystąpili później, przeważając szalę, ponosząc niskie straty i wychodząc z wojen potężniejsi. Wszczynanie wojny z równorzędnym przeciwnikiem nie jest metodą na jego pokonanie, a raczej drogą do pogrążenia i siebie i jego.

 Bliski Wschód/Afganistan

To co moim zdaniem z pewnością zmieni się w polityce zagranicznej Stanów Zjednoczonych to nastawienie względem spraw na Bliskim Wschodzie i w Afganistanie. Amerykanie wcale nie muszą być obecni w tych miejscach. Rozumiał to dobrze Donald Trump. Jednak mogą. Bo mają do tego potencjał i siły militarne. Znacznie gorzej wyglądają w tej kwestii finanse, ale kto drukującemu zabroni? Tak jak Donald Trump wywrócił stół na bliskowschodniej szachownicy, tak Joe Biden zapewne powróci do polityki za czasów Baracka Obamy. Zwiastuje to fakt, że do tej pory amerykański prezydent nie rozmówił się jeszcze z izraelskim premierem.

Izrael czeka trudny okres samodzielności strategicznej w otaczającym go chaosie. Niepokój powinien czuć również Assad, bowiem o ile Trump udawał, że syryjski dyktator wyparował, o tyle Joe Biden może być zdeterminowany do rozbicia Syrii. To może oznaczać ponowne odkręcenie kurków z gotówką dla wszelkiej maści bojowników, którzy zgodzą się destabilizować państwo od środka. To może rodzić poważne konsekwencje dla całego Bliskiego Wschodu.

Relacje z Iranem raczej pozostaną chłodne, bowiem:

  1. Trump miał rację podnosząc, że USA płaciły Iranowi oraz mu pomagały w sytuacji, gdy władze z Teheranu działały przeciwko interesom USA na Bliskim Wschodzie, tak więc deal Obamy był zwyczajnie interesem chybionym,
  2. Ajatollahowie nie będą robić sobie powtórnie nadziei na cokolwiek tylko po to, by po następnych wyborach w USA znowu dostać policzek,
  3. Zerwanie umowy przez Trumpa kompletnie zdewastowało ewentualną możliwość drugiego porozumienia. USA straciło zwyczajnie w Teheranie swoją wiarygodność.

 

Mieszanie w ustabilizowanym już bliskowschodnim kotle może doprowadzić do odtworzenia radykalnych ugrupowań islamistycznych. Wywołanie ponownego chaosu w regionie, będzie miało na celu rozbicie rosyjskich sojuszników (Syria) i podniesienie kosztów rosyjskiej obecności. Nie jest natomiast w interesie USA trzymanie na Bliskim Wschodzie znacznych sił. Co może jednak okazać się konieczne, gdyby amerykańska kontrola Iraku – lub to co z niej pozostało – została zagrożona. Tak więc prawdopodobnym jest, że prezydent Joe Biden – wierzący bardziej w siłę drukowanego dolara niż w realną gospodarkę  – zdecyduje się na kosztowną obecność USA na Bliskim Wschodzie. W przekonaniu, że trzeba realizować interesy wszędzie i z użyciem całego potencjału, a za wszystko zapłaci się kartą… FED-u.

Podobne podejście może towarzyszyć sprawom w Afganistanie. O ile Donald Trump był w stanie rozmawiać nawet z samym diabłem, tylko po to by wycofać żołnierzy z tego przeklętego kraju, o tyle Joe Biden raczej nie wróci do dialogu z talibami. To może kosztować wznowienie wojny domowej na pełną skalę, co ostatecznie doprowadzi do sytuacji, w której albo Waszyngton przyzna się do klęski i wycofa wojska, albo śladem sowieckiego trupa będzie walczył w przegranej wojnie aż do upadku Stanów Zjednoczonych… Co może trochę potrwać J Oceniając poczynania poprzedniej administracji demokratów, w której Joe Biden był drugą głową w państwie, nie znajdzie się człowiek, który byłby gotów podać talibowi rękę lub przyznać, ze został przez niego pokonany. Co może skłaniać do przekonania, że w tej kwestii nie zostaną podjęte żadne racjonalne decyzje.

 

Unia Europejska

Dla osób oczekujących nowego otwarcia w relacjach transatlantyckich nie mam dobrych informacji. Interesy Stanów Zjednoczonych są bezwzględne w tym temacie, a wyczekujące i neutralne stanowisko UE oraz Niemiec będzie odbierane w Waszyngtonie jako działania przeciwko USA. Światopogląd – światopoglądem, narracja – narracją. Za dobrotliwym uśmiechem Joe Bidena kryje się cała potężna machina administracyjna Stanów Zjednoczonych. Podporządkowanie Europy Zachodniej to dla USA warunek sine qua non do tego, by następnie móc przydusić Rosję oraz Chiny. Tak więc wraz z nową administracją w Białym Domu sytuacja zmieniła się w sposób następujący. Wujek Joe z serdecznym uśmiechem na ustach oraz wyciągniętą w geście zgody dłonią zaoferuje doskonałą umowę współpracy, którą Unia Europejska dobrowolnie przyjmie. Fakt, że w drugiej dłoni Biden będzie trzymał odbezpieczony pistolet zostanie pominięty w przekazach prasowych.

 

Trójmorze wiele nie może

I pozostaje do rozstrzygnięcia kwestia Polski oraz Europy Środkowej. Zapowiada się bardzo ciekawie, bowiem z jednej strony – z uwagi na podtrzymanie wyżej wymienionych priorytetów – Amerykanie będą potrzebowali Polski i Trójmorza. Z drugiej, rząd PiS nie jest postrzegany przez administrację Joe Bidena jako partner, którego można oficjalnie wspierać. Być może dlatego nowy prezydent nie kontaktował się jeszcze z przedstawicielami władz w Warszawie, a informacje dyplomatyczne zostały wymienione na niższym szczeblu. Bez wielkiego hałasu. Wydaje się, że demokraci mają poważny orzech do zgryzienia. Nie mogą Polski zwyczajnie wykopać z lokalu, bo tak się składa, że rozgrywka z Rosją i UE toczy się w naszym małym, skromnym kasynie. Sęk w tym, że zarządzający przybytkiem jest szczerbaty, śmierdzi czosnkiem, kłóci się z wszystkimi wkoło oraz domaga się zapłaty za pobyt. Nijak pasuje do prasowego zdjęcia z uściskiem dłoni i z nagłówkiem: „wspólnie ogramy Putina”. Nowa administracja USA najchętniej pomogłaby wprowadzić do kasyna nowego zarządcę, a jeśli byłoby to niemożliwe, to ma zamiar przyjąć taktykę pobłażliwego tolerowania z oficjalnym wydźwiękiem: „nie znamy gościa, ale jesteśmy wyrozumiali i tolerujemy, że mówi do nas po imieniu”.  Temat relacji polsko-amerykańskich pozostawiam jednak sobie na odrębny wpis. 🙂

 

Krzysztof Wojczal

Geopolityka, polityka, gospodarka, prawo, podatki – blog

33 komentarze

  1. Nadchodzi SPRAWDZAM dla możliwości jeszcze obecnego hegemona – program NGAD myśliwca stealth 6 generacji – JUŻ OBLATANEGO w 2020 – utknął na etapie…żebrania o fundusze. Polecam: https://www.defence24.pl/amerykanski-supermysliwiec-ngad–czas-decyzji
    Mój komentarz: supermocarstwo dostało zadyszki – wyraźnie widać krótką kołdrę. Już samo to, że się dyskutuje o wdrożeniu NGAD [przy czym nie ma zastrzeżeń co do skoku wartości bojowej tegoż systemu – i uzyskania przewagi w powietrzu] – dyskutuje się od strony finansowej – i to mimo potrzeby ucieczki do przodu względem J-20, J-31 czy Su-57 – bo F-35 coraz bardziej traci swój czar “supermyśliwca” dającego przewagę – ba rozważa się rozszerzenie produkcji nowego F-15 czy nawet F-16 – czyli generacji ca “4,5”. Za każdym razem idzie o pieniądze – nie tylko na zakup – ale zwłaszcza na cały cykl życia. Bo wszelkie raporty dla Kongresu jednym głosem mówią o podcinaniu bazy podatkowej [budżetowej] – co miało być po 2026 – a COVID-19 to mocno przyśpieszył.Żeby dopełnić obrazu – na początku zeszłej dekady rozważano wznowienie produkcji F-22 Lighting II – ale wyszło za drogo. Tak samo nie wypalił już na etapie kalkulacji finansowych plan oparcia się w “odsadzeniu konkurencji” o zmodernizowany YF-23 Black Widow II – który był wielkim przegranym względem F-22. Przegranym – bo lepszym dzięki większemu zaawansowaniu technicznemu – ale przez to był droższy – więc “gorszy”. Zresztą i dla “uboższego” F-22 zmniejszono produkcję z planowanych ca 500 do nieco ponad 200 sztuk – teraz stratedzy Pentagonu i Białego Domu plują sobie w brodę za tę krótkowzroczność. A finansowanie pełnej serii F-22 – czy nawet F-23 – byłoby możliwe w zamian za koszta jednego roku bezsensownej wojny w Iraku czy w Afganistanie…tak się mści “oszczędzanie” i krótkowzroczność…

  2. Być może zmiana “ideologicznego wiatru” skłoni obecnych sterników do bardziej rozważnej oceny USA jako “jedynego i bezalternatywnego sojusznika”. Chociażby na rzecz budowania własnej – suwerennej siły. I jako silny gracz – SAMOSTEROWNY – do wejścia w sojusz regionalny pasa państw zagrożonych i mających na pieńku z Rosją. Rzecz wyłożyłem [jako Georealista] w komentarzach do artykułu Jacka Bartosiaka na https://instytutbirm.pl/pl/polityka-jagiellonska-w-xxi-wieku/ Czego nie napisałem? – Tego, że od Chin – i to właśnie w krytycznym momencie wyjścia USA z Europy na Pacyfik – pozornie paradoksalnie WŁAŚNIE WTEDY możemy się spodziewać największej pomocy realnej [od głowic via Pakistan – po transfery technologiczne, finansowe czy inne wsparcie – “dokładające” razem dokładnie tyle zasobów [wg oceny Pekinu] – by Polska [i Flanka] mogły się obronić w tym krytycznym okresie. I to nie przed wojną podprogową [która już się toczy i będzie się toczyła w falach eskalacji/deeskalacji aż do krytycznego wyjścia USA z Europy] – ale WTEDY będziemy musieli być gotowi najgorszy scenariusz. Bo WTEDY możemy się spodziewać tylko zasadniczych i rozstrzygających kroków Kremla, w tym pełnoskalowej wojny, ponieważ wtedy kalkulacja Kremla będzie prosta “lepszej okazji do realizacji najlepszej dla nas opcji – czyli do ustanowienia supermocarstwa Lizbona-Władywostok – już nie będzie, a skoro pozostała nam tylko siła – wykorzystajmy ja, póki jeszcze ją mamy”. Czyli będzie to kalkulacja “nie mamy nic do stracenia – a wszystko do zyskania”. I na ten NIEUCHRONNY moment musimy się przygotować w suwerennej strategicznej aktywnej obronie i odstraszaniu realnym – wraz z regionalnym sojuszem. WTEDY – USA z definicji nie będzie – a Chiny JESZCZE nie zwiążą Kremla. Choć pewnie pierwsze czarne chmury w stosunkach Pekin-Kreml już nastąpią [w końcu to nieuchronne wobec rosnącej dysproporcji sił coraz bardziej ambitnego smoka do FR] – ale to poczucie “noża na gardle” tylko podetnie batem cały Kreml do zdecydowanych działań względem Europy – na czele z Ukrainą, Polską i Flanką… Przetrwanie tego “okna krytycznego” winno być dokładnie zdefiniowanym, priorytetowym celem całej polityki wewnętrznej i zagranicznej Polski [i Flanki] – celem całej naszej mobilizacji państwa – oraz zupełnie nowego PMT…[po wyrzuceniu tych “liftingów” PMT2013 do kosza]. Sądzę, że ten okres krytyczny nastąpi orientacyjnie od końca lat 20-tych [ewentualnie od początku lat 30-tych – to zależy od globalnego “timingu” spraw z Iranem, Tajwanem, Koreą] – do ca “2035 plus 2-3 lata. Czyli do umownej daty “2035” [naznaczonej przez Xi] – od przegonienia w technologiach i sile militarnej USA przez Chiny – do “wyjścia smoka w pole” – co pewnie zajmie z 2-3 lata. Temat sojuszu regionalnego nieśmiało kiełkuje – aczkolwiek na razie w okrojonej postaci. Dla mnie oczywiste, że musi to być sojusz silny – od GIUK, przez NORDEFCO – aż po Turcję i Gruzję: Polecam: https://www.defence24.pl/gen-skrzypczak-przymierze-baltyckie-moze-byc-szansa-opinia
    Dałem tam jako “Dalej patrzący” propozycję rozszerzenia sojuszu “bałtyckiego”[który zaproponował Skrzypczak] – w szerszym formacie – i w strategicznym głębszym współdziałaniu w rozpraszaniu i angażowaniu siły Rosji – na całej Flance. Cóż – siać trzeba – mimo opornej gleby – w końcu coś wykiełkuje – oby nie za późno…

    1. A jaką gwarancję mamy, że nie ma racji Golicyn i całe te wachnięcia w stosunkach między ChRL i Rosją nie są zaledwie maskirówką mającą robić wszystkim nadzieję, że da się tych dwóch aktorów ze sobą rozgrywać.
      Przecież nawet ogłoszenie nowego tworu Lizbona-Władywostok a później zaproszenie polskich generałów do Chin oraz puszczenie im cynku, który dalej poszedł do Ameryki mogłoby rownie dobrze być obliczone na opóźnienie działań USA na pacyfiku.

      1. Sprawa jest prosta – tu nie chodzi o żadne zagrywki, za którymi nic nie stoi – tylko o REALNE trzecie supermocarstwo, którego powstania boi się Pekin od 2010 [od szczytu Deauville 2010] , a Waszyngton zorientował się, jak jest “robiony na szaro” przez Kreml z Berlinem i Paryżem – dopiero w 2013. Bo przedtem naiwnie stratedzy Waszyngtonu uważali tę konsolidację i budowę euroazjatyckiego supermocarstwa za realizację ich “Strategicznej Wizji” Brzezińskiego [opublikowanej oficjalnie w 2011 – faktycznie realizowanej przynajmniej od 17.09.2009]. Decyduje real, a nie nasze “uważanie”… Co do Chin i Rosji – właśnie twarda geostrategia i jej reguły [dane z praktyki – nie z teorii] decydują, że miedzy Rosją, a Chinami [jako sąsiadami] jest rywalizacja geostrategiczna w grze o sumie zerowej – o Azję, szerzej o Eurazję. No chyba, że na Kremlu pogodzili się z rolą lennika, coraz bardziej spychanego w margines, oraz z przejściem od obecnej kolonii surowcowej – do pełnego przejęcia Syberii i Arktyki. Gdzie – tu już rozwijam – docelowo Chiny by wymusiły “eksterytorialny korytarza” dla głównej części Jedwabnego Szlaku – przecinający ujście Wołgi – czyli obszar rdzeniowy Rosji. Po to, by przez Białoruś lub Ukrainę – i potem przez Polskę – uzyskać najkrótszą, kontrolowaną jak najdalej, najbardziej wydajną nitkę Jedwabnego Szlaku. Co by oznaczało de facto odcięcie Rosji od Morza Kaspijskiego i Morza Czarnego [i Śródziemnego]. Biorąc pod uwagę, że Chińczycy będą chcieli zdominować Arktyczny Jedwabny Szlak, nie byłbym zdziwiony, gdyby przejęli kontrolę nad Murmańskiem-Siewierodwińskiem-Archangielskiem. Patrząc dalej – nasza rola i nasza WYGRANA w wielkiej grze – to obronienie się. Z grubsza – w aspekcie czysto wojskowym: saturacyjna asymetryczna całokrajowa A2/AD Tarcza i Miecz Polski integrująca wszystkie domeny, plus masowa operacyjna uniwersalna projekcja siły [głownie roje dronów jako “dynamiczne/mobilne/zadaniowo-operacyjne” A2/AD] plus głowice asymetrycznego odstraszania]. O naszej głębi strategicznej nie decyduje wcale usadowienie tych czy innych wojsk lądowych [i sił pancerno-zmechanizowanych] w strefie buforowej [Bałtowie, Białoruś, Ukraina] tylko zdobycie przewagi i dalekiej kontroli przez kompleks C5ISR/EW – czyli oślepienie i ogłuszenie przeciwnika, przy jednoczesnym własnym dalekim widzeniu w real-time. Roje dronów, efektory precyzyjne, artyleria dalekiego zasięgu [lufowa i rakietowa – oczywiście precyzyjna] ] itp. środki projekcji siły – to tylko udowodnienie, że w razie konfliktu kinetycznego – to my zlikwidujemy aktywa operacyjne i zrolujemy całą podstawę operacyjną Rosji – i zagrozimy dalszemu zapleczu. Co jest wykonalne – przy nowym PMT. Ale nie chodzi o to by wojować i odprawiać triumfy i przestawiać granice – tylko, by mieć taki potencjał w gotowości non-stop [wsparty głowicami asymetrycznego jądrowego odstraszania] – by Kreml zaniechał ataku na Polskę już w fazie planowania. A najlepiej, by po pewnym czasie, stale utrzymywana nasza absolutna przewaga i kontrola wymusiła wycofanie na dalszy perymetr sił Armii Czerwonej. Przykład: wystarczyło zakupić dwa dywizjony NSM – i Kreml wycofał z Bałtijska [Kaliningradu] duże okręty nawodne. Coroczne ćwiczenia desantu prowadzone w Obwodzie Kaliningradzkim przez siły rosyjskiej piechoty morskiej, mają w tym układzie charakter FIKCYJNY, tylko demonstracyjny dla laików. Mówiąc nieco cynicznie – nie potrzebujemy wojny z Moskwą, nawet absolutnie – nam strategicznie wystarczy utrzymanie się – i brak wojny wymuszony przez naszą przewagę. Patrzmy na Rosję jako zasób i bufor – do przyszłego kolektywnego powstrzymywania Chin – w następnym etapie Wielkiej Gry. Gdy Rosja dostanie po kościach i zostanie pozbawiona Syberii i Arktyki i części przywołżańskiej – w naturalny sposób zwróci się do szeroko rozumianej Flanki – jako uczestnik sojuszu. I to może być sojusz trwały. Jak Polski z Litwą od XIV w. do rozbiorów. Wtedy Litwa potrzebowała Polski jako wsparcia i głębi strategicznej długofalowo przeciw Moskwie [i oczywiście przeciw umownym Krzyżakom – choć to bardziej skomplikowane w układach politycznych – bo tam było w grze także ewentualne wykorzystanie Krzyżaków przez Koronę do powstrzymywania Złotej Ordy – vide choćby bitwa pod Worsklą] . Za ca 20 góra 30 lat to Kreml będzie potrzebował w swej “gardłowej” strefie rdzeniowej wsparcia i głębi strategicznej we Flance – do oparcia się przeciw Chinom. Wiem, że teraz to brzmi jak czysta s-f, ale nie takie rzeczy działy się w historii…i były realizowane – z powodów PRAGMATYCZNYCH… Przecież do czasu unii w Krewie [Jagiełlo-Jadwiga 1385], Litwini byli realnie naszymi wrogami, dokonującymi zagonów i grabieży wschodniej części Korony. Obecnie dla Rosjan [i dla nas też] taki przyszły, kreślony przeze mnie scenariusz jest mentalnie niewyobrażalny – ale Wielka Zmiana Geopolityczna wywołana przez Chiny – stworzy zupełnie nowe pole gry i nowy układ sił – na pewno najdrastyczniej w Eurazji. W tym sensie proponowane przeze mnie budowanie siły i sojuszu Polski i Flanki – to tylko etap przejściowy dla wyższego sojuszu – z Moskwą – która odarta z sił, zasobów [i z pychy] będzie zupełnie innym partnerem do rozmów… Pod względem PKB i ludności [i potencjału rozwojowego] już teraz ta szeroko rozumiana Flanka jest wg mnie nieco silniejsza od FR. Gdy FR we władzy Kremla zostanie zredukowany przez Chiny do stanu wyjściowego Wielkiego Księstwa Moskiewskiego – ta proporcja stanie się zdecydowanie jednoznaczna na naszą korzyść – co od razu ustawi pokorne PROŚBY Moskwy o ratunkowy sojusz – w pozycji petenta idącego na ustępstwa… No – ale najpierw trzeba zaplanować długofalowo naszą [i tylko naszą] drogę i konieczne strategiczne działania – poczynając od oderwania się od spodni Wuja Sama, stanięcia w myśleniu, w decyzyjności i w konsekwentnym działaniu na “własnych nogach”, w realnym budowaniu własnej siły i sojuszu regionalnego. Tu nie chodzi o zbudowanie kolejnego monstrum geopolitycznego – tylko raczej o zbudowanie partnerskiego “reaktora rozwojowego” – który jest samowystarczalny przynajmniej w podstawie piramidy Maslowa dla zabezpieczenia własnej ludności [a to jest podstawa długofalowej stabilności i kontraktu społecznego na ciężkie czasy] – i zabezpiecza “w pełnych cyklach życia” wszystkie aktywa strategiczne konieczne dla utrzymania zbrojnie suwerenności i lokalnej przewagi. Po to, by w modelu Wallersteina, zwycięskie Chiny musiały się z nami liczyć, traktując bardziej partnersko – biorąc też pod uwagę nasze szersze sojusze – np. z Indiami czy w Afryce. Nie mówiąc o Zachodniej Europie – która też będzie zupełnie innym tworem niż obecnie – moim zdanie znacznie słabszym – i bardziej zdanym na nasz sojusz. Europa Zachodnia na razie korzysta z preferencyjnego statusu ustawionego instytucjami prawno-finansowymi – ale to DO CZASU.

        1. Errata: nie “– nie potrzebujemy wojny z Moskwą, nawet absolutnie –” tylko winno być pełne zdanie: “– nie potrzebujemy wojny z Moskwą, nawet absolutnie zwycięskiej –”. Wojna – zwłaszcza ta kinetyczna i pełnoskalowa, to w istocie klęska polityczna wg Sun Tzu [nawet jeżeli wojna jest wygrana – to i tak ponosi się koszty [w tym koszty społeczne, koszty samej mobilizacji, koszty “gorsetu” ograniczenia przepływów strategicznych – swoistego “lockdown’u wojennego”] i ponosi się ryzyko i poniekąd “spalenie mostów” całego drzewa opcji w polityce międzynarodowej] – bo prawdziwe zwycięstwo to uderzenie w samą strategię przeciwnika, zrolowanie jej sensu u podstaw, ba, wykorzystanie wewnętrznych sił przeciwnika i innych jego wrogów zewnętrznych – by narzucić mu swoją wolę – właśnie najlepiej bez walki. Nie chodzi o to, by mając armię nowej generacji [RMA] zapewniającą zdolności strategicznej obrony [ale i zdolną do głębokiej projekcji precyzyjnej siły – rozpraszającą obronę i środki przeciwnika – zwłaszcza środkami powietrznego napadu, choć wliczam tu także środki EW] – żeby, mając taka “super-armię”, w te pędy zaraz rwać się do wojny. Odwrotnie – już sam pokój i brak zaangażowania wojennego – gdy wokół chaos i wojna – jest sam w sobie zwycięstwem. Potencjał militarny jest ważny INSTRUMENTALNIE dla nadrzędnych celów – bo prócz wolności i pola manewru w sprawach bezpieczeństwa – daje silną pozycję negocjacyjną przy budowaniu sojuszy, wymiany handlowej, współpracy/wymiany technologicznej. Wyścig zbrojeń jest wtórny wobec wyścigu technologicznego – zaś ten jest oparty o edukację i cały prorozwojowy “ekosytstem” budowania pełnych suwerennych łańcuchów wartości dodanej – zwłaszcza high-tech, gdzie zastosowanie czy cywilne czy wojskowe jest w istocie oparte na jednej bazie B+R i przemysłu. Po to mamy się zbroić, by móc się rozwijać w… pokoju. To jest moim zdaniem rozwinięte na nasze czasy sedno rzymskiego: “Si vis pacem – para bellum”. A szybka wymiana sprzętu i systemów wojskowych – stale najnowocześniejszych – ma utrzymać ten proces rozwoju całego państwa i społeczeństwa – zwłaszcza mierzony technologicznie, ale i społecznie – poczuciem bezpieczeństwa, stabilności, możliwości wzrostu i prosperity. Gdzie starszy [wycofywany] sprzęt wojskowy, winien być traktowany jako produkt sprzedawany mniej zaawansowanym państwom. Czyli jako kolejny środek świadomej polityki. I też – nie po to, by kupiec sprzętu mógł rozpoczynać wojnę – tylko po to , by ten sprzęt zabezpieczał i stabilizował dany region.

          1. W pełni się zgadzam i sobie też tego życzę. Niemniej smutno mi, że sam pewnie tego nie dożyję, bo opisywane zmiany w Polskim społeczeństwie wymagają… kolejnych pokoleń.

Leave a Reply

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *