Rok 2021 – kierunki w polityce międzynarodowej.  Joe Biden jako gamechanger?

Dotychczasowa trafność przewidywań zachęciła mnie do kontynuacji corocznej gry intelektualnej polegającej na próbie wskazania istniejących tendencji w polityce międzynarodowej oraz przewidzenia, do czego mogą one doprowadzić. Wprawdzie tekst sprzed roku pt.: „UE zostanie wasalem USA – co nas czeka po roku wyborczym 2020?” wcale nie stracił na aktualności i w dużej mierze dotyczył właśnie okresu po wyborach prezydenckich w USA, jednak część zaobserwowanych lub przewidywanych zjawisk już się potwierdziła.  Warto więc dokonać małej aktualizacji, zwłaszcza, że doszło do zmiany w Białym Domu. Co było dla mnie zresztą dużym zaskoczeniem. Niemniej – niezależnie od osoby u steru – amerykański okręt musi utrzymać kurs, by nie utknąć na pobliskich rafach. Możliwe są pewne korekty, jednak wątpliwym jest by nowy kapitał zawrócił okręt do portu macierzystego. Rezygnując z rywalizacji na pełnym morzu oraz u brzegów superkontynentu.

Wpis należy oczywiście traktować z pewnym dystansem, choć warto przypomnieć, że czasami – prezentowana na tym blogu – ocena szlaków jakimi podąża rzeczywistość okazywała się trafna.

Oczekiwania a rzeczywistość

W zeszłorocznym tekście podnosiłem, że Stany Zjednoczone podpiszą umowę handlową z Wielką Brytanią oraz będą wywierać presję na Unię Europejską w celu podporządkowania jej polityki zagranicznej względem Federacji Rosyjskiej oraz Chińskiej Republiki Ludowej. Z uwagi na posiadane i silne lewary gospodarczo-ekonomiczne, Amerykanie będą w tym zakresie skuteczni, co prawdopodobnie doprowadzi do powrotu i podpisania umowy handlowej USA-UE (TTIP). To co do tej pory zaobserwowaliśmy skłania do przekonania, że ten tok rozumowania – z punktu widzenia interesów geopolitycznych – był właściwy. Brytyjczycy podpisali już przejściową umowę handlową z Kanadą, a także umowy z Japonią, Turcją oraz przede wszystkim z UE. Jeśli Waszyngton chce mieć Londyn po swojej, to będzie musiał zaproponować Brytyjczykom dobre warunki. Jednak nie jest to przesądzone i z perspektywy czasu oceniam, że sprawy mogą pójść w nieprzewidzianą przeze mnie stronę. Czy demokratyczny Joe Biden odłoży na bok światopoglądowe sentymenty i doprowadzi do porozumienia z konserwatywnym Borisem Johnsonem? Dawniej to pytanie należałoby potraktować jako retoryczne, jednak w dobie ideologicznej wojny (bo tak już to należy nazwać) dawni stronnicy lub przyjaciele Donalda Trumpa nie będą mogli liczyć na ulgowe traktowanie. Teoretycznie nie mam wątpliwości, jak administracja prezydenta Joe Bidena powinna postąpić, jednak wciąż nie wiadomo do końca jak nowy prezydent odnajdzie się w dotychczasowej układance i układzie sił. Jak bardzo będzie zdeterminowany by kosztem interesów państwowych, osiągać cele światopoglądowe.

W kwestii amerykańskiej presji na UE, już w październiku 2020 – jeszcze przed wyborami w USA – władze Niemiec puściły w stronę Joe Bidena sondę próbną. Ta pozostała bez odpowiedzi, a Berlin z Paryżem wynegocjowały umowę z Pekinem. Wciąż trwają dyskusje w sprawie Nord Stream II. To wszystko należy traktować jako wstęp do właściwej gry pomiędzy USA a Unią Europejską. Wydaje się, że w tej chwili administracja Joe Bidena jest w trakcie organizacji oraz analizy aktualnego stanu rzeczy, a także dostępnych opcji. Amerykański prezydent po kolei rozmawia ze światowymi przywódcami oraz bada ich nastawienie do jego wizji w polityce międzynarodowej. Dopiero po uzyskaniu pełnego feedbacku, będą podejmowane decyzje.

Obie kwestie – brytyjska i unijna – są jeszcze przedmiotem przyszłości. Natomiast to, co już stało się faktem to ubezwłasnowolnienie Aleksandra Łukaszenki przez Władimira Putina. I dokładnie ten kierunek wydarzeń udało mi się przewidzieć, choć stan obecny uważam wciąż za przejściowy. Celem Federacji Rosyjskiej jest możliwość rozmieszczenia stałych baz wojskowych na terenie Białorusi oraz dalsza integracja tego kraju. Jeśli Łukaszenko będzie się temu opierał, władze z Kremla będą gotowe do dalszych – bardziej stanowczych – działań. Oczywiście ktoś może zarzucić, że przewidzenie tego, co się stało na Białorusi nie było możliwe. Ponieważ wybuchły tam spontaniczne protesty, które zmieniły nieco obraz polityki wewnętrznej i to one miały wpływ na zacieśnienie relacji Łukaszenki z Putinem. Tak więc okazuje się, że zeszłoroczna prognoza ziściła się jedynie z uwagi na zbieg okoliczności. Sam przyjmuję jednak, że o ile same protesty są rzeczywiście szczere i spontaniczne, to jednak moment ich wywołania okazał się dla Białorusinów fatalny. Protesty zniweczyły kompletnie wysiłki Stanów Zjednoczonych dotyczące uniezależnienia Aleksandra Łukaszenki od Rosji. W wyniku porozumień, zaczęto dostarczać na Białoruś gaz przez Litwę. Planowano dostawy surowców energetycznych z Polski. Wyglądało na to, że zachód daje Łukaszence narzędzia pozwalające na asertywną postawę względem Putina. Na opieranie się presji w zakresie dalszej integracji. Z punktu widzenia USA a także Polski, sprawy wydawały się iść w bardzo dobrym kierunku. Do momentu, gdy wybuchły protesty, a przerażony Łukaszenko musiał pokłonić się przed carem. Należy się wobec tego zastanowić, czy Rosjanie celowo nie rzucili iskry na rozsypany proch. Jeśli tak było, to z pewnością efekt musiał przerosnąć ich oczekiwania, bowiem protesty wybuchły z nadspodziewaną siłą i trwają do dziś. Co w długiej perspektywie już nie musi być tak korzystne. Temat ten tłumaczyłem nieco szerzej w wywiadzie dla portalu BitHub, który został opublikowany jako tekst pt.: „Białoruś jest skazana na Putina”.

Ostatnim tematem jaki poruszyłem w zeszłorocznym tekście, było wzrost napięcia na linii Korea Północna – Stany Zjednoczone. To się dopiero rozwinie, ale nie było to takie oczywiste rok temu. Dziś już jest. Na styczniowym zjeździe partyjnym Kim Dzong Un zapowiedział dalsze zbrojenia nuklearne oraz rozwój technologii w tym zakresie. Nie przekreślił porozumienia z USA, jednak stwierdził, że to Amerykanie powinni jako pierwsi ustąpić w zakresie sankcji oraz restrykcji wobec Korei Północnej. Jest to jednak mało prawdopodobne. Nie godził się na „wielki przyjaciel” Donald Trump, tym bardziej nie zgodzi się Joe Biden, który swego czasu nazwał Kim Dzong Una bandytą. I krytykował pobłażliwą politykę poprzednika względem północnokoreańskiego dyktatora. Wobec tego, wzrost napięcia na linii Pjongjang – Waszyngton staje się jeszcze bardziej prawdopodobne.

 

Joe Biden – nowe otwarcie?

Nowy-stary prezydent Stanów Zjednoczonych ma tak diametralnie różne poglądy od Donalda Trumpa, że niektórzy zapowiadają kompletnie odejście od dotychczasowej polityki zewnętrznej. Pogląd ten wydaje się być jednak nad wyrost. Donald Trump w 2016 roku był przedstawiany nie tylko jako przyjaciel Putina, ale nawet jako osoba opłacana przez Rosjan. Życie pokazało, że mimo dość przyjaznych słów i gestów, poprzedni prezydent USA okazał się – w decyzjach – najbardziej antyrosyjskim od czasów Ronalda Reagana. Trump nie zmienił również priorytetu jakim jest rywalizacja z Chinami. Na tym polu wręcz pobudził Stany Zjednoczone do przeprowadzenia polityczno-gospodarczej szarży. O ile Barack Obama mówił o piwocie na Pacyfik, o tyle jego następca rzeczywiście go wykonał. Tak więc w sprawach natury strategicznego interesu, polityka Stanów Zjednoczonych prowadzona jest dość stabilnie. Długofalowo. To co uległo zmianie – w latach 2017-2020 – dotyczyło kierunków pobocznych. Nie stanowiących dla USA żywotnego interesu. Donald Trump kompletnie przeorientował politykę Stanów Zjednoczonych na Bliskim Wschodzie. Wrócił do bliskich relacji z Izraelem, zerwał umowę z Iranem oraz był zdeterminowany by szybko rozprawić się z ISIS oraz wycofać amerykańskie wojska tak z Bliskiego Wschodu jak i z Afganistanu.

Jeśli spojrzeć na kwestię ciągłości w polityce zagranicznej USA, to powyższe okoliczności nakłaniają do następującej refleksji.

Rosja

Joe Biden – jako były wiceprezydent w administracji Baracka Obamy – doskonale pamięta reset z Federacją Rosyjską oraz jego następstwa. Porażka pierwszego resetu kosztowała Stany Zjednoczone utratę Drugie Floty, która operowała na Północnym Atlantyku a jej głównym zadaniem było kontrolowanie rosyjskiej Floty Północnej z bazami nad Morzem Barentsa. Amerykanie zwinęli Drugą Flotę w 2011 roku tylko po to, by dowiedzieć się, że Federacja Rosyjska skrycie wspiera Syrię i transportuje broń dla Assada, co zostało odkryte w czasie inspekcji rosyjskiego statku opływającego wybrzeża Szkocji w 2012 roku. Od tego momentu Rosjanie otwarcie zaczęli grać na Bliskim Wschodzie przeciwko interesom USA. Mimo wcześniejszych uzgodnień ze szczytu G8 w Deauville z 2011 roku. Wobec czego amerykańskie nadzieje na wspólną walkę z nabierającymi masy Chinami stały się nieaktualne. Warto pamiętać, że zaostrzenie relacji z Rosją zapoczątkował jeszcze Barack Obama, czego efektem były protesty na kijowskim majdanie, a następnie nałożenie sankcji na Federacje Rosyjską po przeprowadzeniu przez Kreml aneksji Krymu i wkroczeniu do Donbasu. Mając to wszystko na uwadze,  bardzo mało prawdopodobnym jest, by Amerykanie dążyli do drugiego resetu z Rosją bez jakichkolwiek twardych gwarancji. Tych nijak nie widać na horyzoncie, bo wzięcie córki Putina na zakładnika raczej nie wchodzi w grę. Porozumienie Waszyngton-Moskwa byłoby możliwe, gdyby Amerykanie uzyskali kluczowy lewar na Rosjan pozwalający im wymuszać lojalność oraz gwarantować, że Moskwa nie odwróci się od Waszyngtonu w najbardziej newralgicznym momencie. Dlatego na rękę Stanom Zjednoczonym jest fakt, że transport rosyjskich ropy i gazu odbywa się na zachód Europy poprzez terytoria Polski i Ukrainy. Problemem jest jednak gazociągi Nord Stream oraz budowany Nord Stream II, które po dnie Bałtyku prowadzą bezpośrednio do Niemiec. Dlatego administracja Joe Bidena powinna utrzymać presję i sankcje względem inwestycji Gazpromu. Joe Biden pokazał w kampanii wyborczej dość antyrosyjskie oblicze, co nie zmienia faktu, że – jak wobec każdego nowego prezydenta USA – Rosjanie i inny gracze na arenie międzynarodowej spróbują zaoferować „nowe otwarcie”.  Jednak chwilowy okres odprężenia nie powinien przynieść żadnych odwracających istniejące tendencje zmian w relacjach USA-Rosja. To z kolei będzie przyczyną zwiększania presji Putina na Białoruś, Ukrainę a może i nawet na Bałtów. W mojej ocenie, władze z Kremla będą zdeterminowane do zintegrowania Białorusi, rozmieszczenia na jej terytorium własnych stałych baz wojskowych. Aleksandr Łukaszenko będzie to musiał zaakceptować, albo może spotkać się z rosyjskimi działaniami mającymi na celu pozbawienie go władzy.

Chińska Republika Ludowa i Korea Północna

Mało oczekiwanych zwrotów akcji spodziewam się natomiast w relacjach na linii Waszyngton-Pekin. Po przejściowym okresie odwilży – spowodowanym nowym rozdaniem oraz badaniem nastawienia drugiej strony – rywalizacja amerykańsko-chińska powinna narastać. Jednak punktem kulminacyjnym tej eskalacji nie będzie wojna – na co wskazywałem wiele razy – a test determinacji w sprawie północnokoreańskiej oraz tajwańskiej. Podtrzymuję w tym zakresie zeszłoroczne przewidywania.

Władze Komunistycznej Partii Chin coraz bardzie otwarcie grożą siłowym podbojem Tajwanu. Testując w ten sposób amerykańskie gwarancje bezpieczeństwa w tym zakresie. Jednocześnie Chińczycy wykorzystują północnokoreańskiego dyktatora jako narzędzie do zwiększania presji na USA i ich regionalnych sojuszników tj. Korea Południowa i Japonia. Sam Kim Dzong Un już wraca na drogę rozwoju broni atomowej oraz rakietowej i ponownie będzie próbował wymusić na Stanach Zjednoczonych zniesienie duszących północnokoreańską gospodarkę blokad ekonomiczno-gospodarczych.

Wszystko to doprowadzi do sytuacji, w której decydenci z Waszyngtonu będą musieli podjąć bardzo zdecydowane kroki oraz udowodnić swoją determinację w zakresie wiarygodności gwarancji bezpieczeństwa na Dalekim Wschodzie. Obrona Tajwanu jest zadaniem trudnym z perspektywy odległych geograficznie Stanów Zjednoczonych. Zagrożenie atakiem na Chiny – z przyczyn politycznych, militarnych i ekonomicznych – byłoby mało wiarygodne i w zasadzie bez pokrycia. Dlatego Amerykanie – chcąc odpowiedzieć symetrycznie na groźby względem Tajwanu – obiorą na cel ten jedyny możliwy do sięgnięcia, czyli Koreę Północną. W jej okolicach Stany Zjednoczone mogą skoncentrować olbrzymie siły militarne co pokazały ćwiczenia z przełomu 2017 i 2018 roku. W pobliżu Japonii i Korei Południowej US Navy może czuć się relatywnie bezpiecznie, a Morze Japońskie jest poza zasięgiem działania chińskiej floty. Problemem mogą być północnokoreańskie okręty podwodne, jednak Korea Północna musi dzielić morskie siły na dwie części. Okręty operujące na Morzu Żółtym nie są w stanie przebić się przez Cieśninę Koreańską, a więc nie mogłyby brać udziału w zmaganiach na Morzu Japońskim. Jednocześnie amerykańskie lotnictwo ma możliwość skorzystania z licznych południowokoreańskich oraz japońskich lotnisk. Nie bez znaczenia jest również potencjał obu sojuszników w zakresie obrony przeciwlotniczej i przeciwrakietowej. W samej Korei Południowej stacjonuje silny komponent amerykańskich sił lądowych. To wszystko sprawia, że jeśli Amerykanie chcieli dokonać ponownej demonstracji siły, to zrobiliby to właśnie w tym miejscu.

Tak więc eskalacja relacji chińsko-amerykańskich znajdzie swój punkt zwrotny na płaszczyźnie demonstracji militarnych. Chińczycy nie są w stanie bić się z USA na płaszczyźnie gospodarczej, bowiem z uwagi na ogromny eksport, będą zawsze tracić więcej na wojnie handlowej. Pekin stara się zrównoważyć wpływy polityczne USA poprzez porozumienia z Unią Europejską. Jednak w momencie gdy Amerykanie podporządkują sobie Europę Zachodnią – co wydaje się wręcz pewne – Chińczykom pozostanie jedynie wojskowe wywieranie presji. To będzie widoczne na Morzu Południowochińskim, w przypadku Tajwanu, a także Korei Południowej i Japonii (zagrożenie północnokoreańskie).

Stany Zjednoczone nie będą mogły sobie pozwolić na chwilę słabości oraz utratę twarzy wobec sojuszników. Co zmusi Waszyngton do wyrażenia możliwie najbardziej wiarygodnej groźby użycia sił militarnych w miejscu, w którym uderzyłoby to w interesy Chin i dawałoby spore szanse na wygranie realnego konfliktu zbrojnego.

Czy taki punkt kulminacyjny w relacjach nastąpi już w 2021? O ile wskazywanie pewnego rodzaju kierunków można opierać o poczynione obserwacje wydarzeń, o tyle dynamika procesów dyplomatycznych jest nie do przewidzenia.

Natomiast dla mnie oczywistym jest – o czym pisałem w tekście z maja 2019 roku pt.: „USA vs Chiny – będzie wojna czy sojusz?” – że żadna ze zmagających się stron nie zdecyduje się na wojnę. Konflikt zbrojny osłabia walczących. Chińczycy natomiast rosną w czasie pokoju i póki tak jest, póty nie będą chcieli rezygnować z zysków. Z kolei Amerykanie już dwukrotnie w XX wieku udowodnili, że ich grand strategy opiera się na wygrywaniu pokoju, a nie prowadzeniu zwycięskich wojen. Do obu światowych konfliktów Amerykanie przystąpili później, przeważając szalę, ponosząc niskie straty i wychodząc z wojen potężniejsi. Wszczynanie wojny z równorzędnym przeciwnikiem nie jest metodą na jego pokonanie, a raczej drogą do pogrążenia i siebie i jego.

 Bliski Wschód/Afganistan

To co moim zdaniem z pewnością zmieni się w polityce zagranicznej Stanów Zjednoczonych to nastawienie względem spraw na Bliskim Wschodzie i w Afganistanie. Amerykanie wcale nie muszą być obecni w tych miejscach. Rozumiał to dobrze Donald Trump. Jednak mogą. Bo mają do tego potencjał i siły militarne. Znacznie gorzej wyglądają w tej kwestii finanse, ale kto drukującemu zabroni? Tak jak Donald Trump wywrócił stół na bliskowschodniej szachownicy, tak Joe Biden zapewne powróci do polityki za czasów Baracka Obamy. Zwiastuje to fakt, że do tej pory amerykański prezydent nie rozmówił się jeszcze z izraelskim premierem.

Izrael czeka trudny okres samodzielności strategicznej w otaczającym go chaosie. Niepokój powinien czuć również Assad, bowiem o ile Trump udawał, że syryjski dyktator wyparował, o tyle Joe Biden może być zdeterminowany do rozbicia Syrii. To może oznaczać ponowne odkręcenie kurków z gotówką dla wszelkiej maści bojowników, którzy zgodzą się destabilizować państwo od środka. To może rodzić poważne konsekwencje dla całego Bliskiego Wschodu.

Relacje z Iranem raczej pozostaną chłodne, bowiem:

  1. Trump miał rację podnosząc, że USA płaciły Iranowi oraz mu pomagały w sytuacji, gdy władze z Teheranu działały przeciwko interesom USA na Bliskim Wschodzie, tak więc deal Obamy był zwyczajnie interesem chybionym,
  2. Ajatollahowie nie będą robić sobie powtórnie nadziei na cokolwiek tylko po to, by po następnych wyborach w USA znowu dostać policzek,
  3. Zerwanie umowy przez Trumpa kompletnie zdewastowało ewentualną możliwość drugiego porozumienia. USA straciło zwyczajnie w Teheranie swoją wiarygodność.

 

Mieszanie w ustabilizowanym już bliskowschodnim kotle może doprowadzić do odtworzenia radykalnych ugrupowań islamistycznych. Wywołanie ponownego chaosu w regionie, będzie miało na celu rozbicie rosyjskich sojuszników (Syria) i podniesienie kosztów rosyjskiej obecności. Nie jest natomiast w interesie USA trzymanie na Bliskim Wschodzie znacznych sił. Co może jednak okazać się konieczne, gdyby amerykańska kontrola Iraku – lub to co z niej pozostało – została zagrożona. Tak więc prawdopodobnym jest, że prezydent Joe Biden – wierzący bardziej w siłę drukowanego dolara niż w realną gospodarkę  – zdecyduje się na kosztowną obecność USA na Bliskim Wschodzie. W przekonaniu, że trzeba realizować interesy wszędzie i z użyciem całego potencjału, a za wszystko zapłaci się kartą… FED-u.

Podobne podejście może towarzyszyć sprawom w Afganistanie. O ile Donald Trump był w stanie rozmawiać nawet z samym diabłem, tylko po to by wycofać żołnierzy z tego przeklętego kraju, o tyle Joe Biden raczej nie wróci do dialogu z talibami. To może kosztować wznowienie wojny domowej na pełną skalę, co ostatecznie doprowadzi do sytuacji, w której albo Waszyngton przyzna się do klęski i wycofa wojska, albo śladem sowieckiego trupa będzie walczył w przegranej wojnie aż do upadku Stanów Zjednoczonych… Co może trochę potrwać J Oceniając poczynania poprzedniej administracji demokratów, w której Joe Biden był drugą głową w państwie, nie znajdzie się człowiek, który byłby gotów podać talibowi rękę lub przyznać, ze został przez niego pokonany. Co może skłaniać do przekonania, że w tej kwestii nie zostaną podjęte żadne racjonalne decyzje.

 

Unia Europejska

Dla osób oczekujących nowego otwarcia w relacjach transatlantyckich nie mam dobrych informacji. Interesy Stanów Zjednoczonych są bezwzględne w tym temacie, a wyczekujące i neutralne stanowisko UE oraz Niemiec będzie odbierane w Waszyngtonie jako działania przeciwko USA. Światopogląd – światopoglądem, narracja – narracją. Za dobrotliwym uśmiechem Joe Bidena kryje się cała potężna machina administracyjna Stanów Zjednoczonych. Podporządkowanie Europy Zachodniej to dla USA warunek sine qua non do tego, by następnie móc przydusić Rosję oraz Chiny. Tak więc wraz z nową administracją w Białym Domu sytuacja zmieniła się w sposób następujący. Wujek Joe z serdecznym uśmiechem na ustach oraz wyciągniętą w geście zgody dłonią zaoferuje doskonałą umowę współpracy, którą Unia Europejska dobrowolnie przyjmie. Fakt, że w drugiej dłoni Biden będzie trzymał odbezpieczony pistolet zostanie pominięty w przekazach prasowych.

 

Trójmorze wiele nie może

I pozostaje do rozstrzygnięcia kwestia Polski oraz Europy Środkowej. Zapowiada się bardzo ciekawie, bowiem z jednej strony – z uwagi na podtrzymanie wyżej wymienionych priorytetów – Amerykanie będą potrzebowali Polski i Trójmorza. Z drugiej, rząd PiS nie jest postrzegany przez administrację Joe Bidena jako partner, którego można oficjalnie wspierać. Być może dlatego nowy prezydent nie kontaktował się jeszcze z przedstawicielami władz w Warszawie, a informacje dyplomatyczne zostały wymienione na niższym szczeblu. Bez wielkiego hałasu. Wydaje się, że demokraci mają poważny orzech do zgryzienia. Nie mogą Polski zwyczajnie wykopać z lokalu, bo tak się składa, że rozgrywka z Rosją i UE toczy się w naszym małym, skromnym kasynie. Sęk w tym, że zarządzający przybytkiem jest szczerbaty, śmierdzi czosnkiem, kłóci się z wszystkimi wkoło oraz domaga się zapłaty za pobyt. Nijak pasuje do prasowego zdjęcia z uściskiem dłoni i z nagłówkiem: „wspólnie ogramy Putina”. Nowa administracja USA najchętniej pomogłaby wprowadzić do kasyna nowego zarządcę, a jeśli byłoby to niemożliwe, to ma zamiar przyjąć taktykę pobłażliwego tolerowania z oficjalnym wydźwiękiem: „nie znamy gościa, ale jesteśmy wyrozumiali i tolerujemy, że mówi do nas po imieniu”.  Temat relacji polsko-amerykańskich pozostawiam jednak sobie na odrębny wpis. 🙂

 

Krzysztof Wojczal

Geopolityka, polityka, gospodarka, prawo, podatki – blog

24 komentarze

  1. Pan Bartosiak jest jednak innego zdania. Wojna z Chinami do roku 2030. Na debacie w jakiej brał udział inny specjalista stwierdził on ” jesteśmy przed dzień wielkiej wojny na bliskim wschodzie ” Myślę że tak. Chiny trzeba odciąć od ropy z Iranu. Izrael nigdy nie zaśnie spokojnie jak nie zrobi porządku z sąsiadem , który niebawem będzie mu groził bronią jądrową. To niebawem

    1. Zniszczenie Iranu to nie wojna bezpośrednia z Chinami – tylko pokazowa [medialnie] proxy war – z konkretnymi antychińskimi celami geostrategicznymi: przerwania najważniejszej nitki południowej Jedwabnego Szlaku, odwrócenia “sznura pereł”, przerwania lądowego przesyłu surowców, odwrócenie tendencji obracania świata islamu na Pekin, wreszcie łamanie docelowej budowy ciągłego pasa chińskich stref przybrzeżnych A2/AD na Oceanie Indyjskim w oparciu o “sznur pereł” u kaptowanych prochińskich satelitów. Atak na Iran będzie wszystkimi konsekwencjami dalszymi [długofalowymi – strategicznymi] – czyli moim zdaniem, po zniszczeniu Iranu, Pekin da gwarancje Pakistanowi od wschodu względem Indii, a Pakistan [w szacie Talibów] pod ponadpaństwowym, jednoczącym ummę świata islam sztandarem budowy Atomowego Kalifatu – pójdzie na zachód – poczynając od Afganistanu i Iranu – czyli w świeżo powstałą [o ironio – rękami USA i Izraela] próżnię geostrategiczną. Zresztą odsyłam do wcześniejszych szczegółowych artykułów na blogu i komentarzy. – A i do tej proxy war dla pokonania Iranu to USA muszą się przygotować bardzo solidnie [choćby osiągnąć zadowalającą gotowość operacyjną i liczność F-35 B/C, Super Hornetów, nowych lotniskowców, w tym lekkich, grup operacyjnych, ogólnie wyraźnego skoku generacyjnego RMA nowych systemów rozpoznania, łączności, broni precyzyjnych – i to w odpowiedniej skali – zwłaszcza tyczy to sieciocentryczności i kompleksu C5ISR/WRE] – ja oceniam najwcześniej gotowość sił USA do ataku od 2023. Pewnie – szybciej też atak możliwy – jeżeli Izrael naciśnie naprawdę wszystkie sprężyny w Waszyngtonie. Iran czuje pismo nosem i stara się podnieść maksymalnie asymetrycznie poprzeczkę kosztową w aktywnej obronie: https://www.defence24.pl/drony-teheranu-bitwa-powietrzno-ladowa-po-iransku Jeżeli Waszyngton podejdzie do sprawy “na zimno” i w sposób skalkulowany – to opóźni zniszczenie Iranu nie tylko do momentu solidnego przygotowania militarnego – ale także do momentu, gdy Chiny sporo już zainwestują w Iran – by jak najbardziej uderzyć i ekonomiczno-finansowo i wizerunkowo w Chiny.

  2. To będzie wielki test SUWERENNOŚCI i REALIZMU politycznego dla naszych sterników w Warszawie – jacy by nie byli. Tym bardziej, że nam od stycznia nie tylko z USA “nie po drodze z ideałami”, ale i z Berlinem idącym w nowej fazie do budowy mocarstwa europejskiego – po naszym trupie. Dotychczasowe koncentrowanie się na “polityce” pojmowanej infantylnie – czyli na tak łatwym i zajmującym wzajemnym przedszkolackim dogryzaniu w grajdołku krajowym i oddawaniu en bloc polityki zagranicznej [i naszego interesu i racji stanu] na rzecz USA [i tego, kto tam bardziej w danym momencie naciskał] – MUSI zostać zastąpione twardą konsekwentną real-politik opartą wyłącznie o siły i interesy. I to jest ostatni moment na zrozumienie geostrategicznej roli Polski w wielkiej grze globalnej – i na wykorzystanie do końca tego lewara. Grając ze wszystkimi – wg własnego interesu i własnej oceny sytuacji. Zaś “wartości” i “ideały” – powinny mieć twardy wymiar naszej agentury wpływu – zasilanej strumieniami pieniędzmi do kolportowania obrazu Polski całkowicie łamiącego obcą narrację – nie tylko w polityce historycznej – ale w sytuacji “teraz” – i w nadchodzącej przyszłości. Na pewno gnioty filmowe typu “Dywizjon 303” nie zaliczają się do tej SKUTECZNEJ narracji – tu trzeba dużych pieniędzy i profesjonalistów, złożonego, wielopoziomego, dojrzałego przekazu psychologicznego a la Kieślowski – ale ze sztafażem instrumentalnym akcji na najwyższym poziomie. Tak, by nie tylko wywrzeć pożądane efekty – ale zarobić na tym wielkie pieniądze. Co możliwe – bo Hollywood wdrażając politpoprawne “ideały postępu” w produkcji filmowej – siłą rzeczy zejdzie na psy. I potrzeba zrozumienia, że adresacja przekazu [także, a może zwłaszcza w internecie] – rozumiana pod wyniki na przyszłość – to musi iść do całego świata, we wszelkich językach – i to przede wszystkim do Azji i generalnie do świata Nie-Zachodniego. W wojnie informacyjnej musimy przejść od biernej i przez to zawsze przegranej polityki reaktywnej – do działań proaktywnych. Pytanie, czy obecny “team” podoła ww wymaganiom? Szanse oceniam na 40% max. Na razie MSZ i reszta Warszawy bezmyślnie pochwalili zawarcie New Start wbrew polskiej racji stanu – zamiast twardo skrytykować obie strony za brak ustaleń co redukcji i stworzenia balansu i ścisłej kontroli broni niestrategicznej. W taki sposób Polska nie stanie się rdzeniem Wschodniej Flanki – autonomicznego sojuszu regionalnego. Nie stanie się też nawet partnerem równorzędnym dla Ukrainy – dla sojuszu pomostu bałtycko-czarnomorskiego. Dlatego Ukraina gra na Turcję, a generalnie – z kim może – właściwie poza Polską. A wracając do naszych sterników – od teraz kryterium bycia takim czy innym decydentem – powinno być oparte na instrumentalnej sprawności i kompetencjach jak w biznesie – a nie wg dotychczasowego kryterium partyjnego a la Kurski “mierny, bierny, ale wierny”. Czas chowania głowy w piasek się skończył. Wszelkie dotychczasowe wygodne zaniechania samodzielnego myślenia i działania i kontynuacja dotychczasowej symulowania “linii polityki” pod znakiem “jakoś to będzie” – będą dla nas rujnujące.

      1. Na razie Berlin idzie na całego z federalizacją dla budowy swej IV Rzeszy Paneuropejskiej. USA nie może dać się złapać na lep “ideowej wspólnoty” – musi działać [minimum pod stołem] presją brutalnej siły łamiącej i wasalizującej Niemcy. Biden musi zebrać wesoła gromadkę szefostwa Niemiec i powiedzieć im wprost w zamkniętym gronie – niejako prafarazując Aleksandra I – “Żadnych złudzeń Panie i Panowie”. Nie gadanie, nie negocjowanie “po dobremu” z Berlinem – tylko branie wszystkiego wprost gołą siłą [z oparciem siłowym o szeroko rozumianą Wschodnia Flankę – od GIUK i NORDEFCO po Morze Czarne i Bałkany – z bezpośrednim naciskiem Polski w gotowości do “zaprowadzenia demokracji”] – i zero ustępstw – tylko taka ścieżka zapewni USA odzyskanie hegemonii w Europie – i dociśnięcie Rosji do ściany. I to zanim USA uderzą w Iran. Bo inaczej zbyt wiele będą musieli “zapłacić” i Niemcom i Rosji. W tym sensie propozycja Warszawy dla Waszyngtonu winna się skupiać na ofercie szerokiej pomocy w złamaniu Niemiec i odseparowaniu i izolacji Rosji – dla postawienia obu tych graczy w beznadziejnej sytuacji wobec planów USA. Z naszym przekazem dla Waszyngtonu: “wtedy i tylko wtedy – pod bezwzględnym i bezalternatywnym przymusem – Berlin będzie posłusznie wykonywał rozkazy Waszyngtonu – a i Kreml tylko wtedy przyczołga się na kolanach do Białego Domu – z bezwarunkowym sojuszem przeciw Chinom – za samo przetrwanie Rosji wobec apetytów coraz silniejszego smoka”. Czyli zamiast kopać się z koniem – tj. zamiast wchodzić w ideologiczne walki z Bidenem i Harris – winniśmy zadeklarować pełną pomoc w realizacji amerykańskich interesów – ale w pewnych konkretnych działaniach. Bo sukces takiego planu – z Polską i Wschodnia Flanką jako “oddziałem zaporowym” – spowoduje minimalizację bonusów Rosji [zwłaszcza naszym kosztem] – gdy USA będzie uderzał w Iran za zgoda Rosji. Przy takim scenariuszu nie zostaniemy sprzedani Rosji ani Izraelowi – a Rosja będzie musiała zadowolić się zgoda Waszyngtonu na uderzenie w Turcję – oraz bonusami finansowymi przejęcia wolumenów dostaw ropy i gazu – w miejsce wykoszonej w Zatoce konkurencji – po cenach 150-180 dolarów za przeliczeniową baryłkę.A co do ideowej kwestii – powinniśmy długo i szeroko rozwodzić się nad tradycjami tolerancji seksualnej, religijnej, rasowej w Polsce…stawiając siebie jako wzór dla Zachodu Europy i USA [co zresztą jest prawdą – więc tym łatwiej będzie to kolportować] – ba – możemy kłuć w oczy np. bohaterem Konfederacji Barskiej – czyli Pułaskim – bohaterem obu narodów [jak się okazało ostatnio – Pułaski był hermafrodyta – więc “człowiekiem idealnie wzorcowym” z punktu widzenia “ideałów” Białego Domu]. Czyli w warstwie “ideowo-wirtualno-narracyjnej” – pewne pozorne ustępstwa [w istocie żadne ustępstwa – po prostu przyklepywanie i eksponowanie najlepiej historycznego stanu rzeczy i Polski jako “lidera postępu” i “wzorca dla Zachodu”] – natomiast w polityce realnej – twarde wymierne bonusy dla Polski ze strony USA – kosztem Niemiec i Rosji. No – ale to wymaga prawdziwej dojrzałej realnej polityki ze strony sterników w Warszawie, dojrzałej merytorycznie narracji pod stołem – przemyślanej narracji oficjalnej – i zrozumienia do końca geostrategicznej wagi i roli Polski w globalnej grze…

        1. USA nawet nie zadzwonił do Prezydenta Dudy. Chyba na nas nie stawiają.? Czytałem że w Rosji są strajki bo Rosjanie widzą ze Rosja dominowana i wchłaniana jest przez Chiny.. USA jak narazie szuka sojuszników. Samo nic nie zdziała. Tylko sojusznicy nie kwapią się. Dobrze im jest z Chinami

        2. Biden to dziadek z demencją a Kamala to po prostu “świnka” taki lepszy model z serialu “figurantka”. 0 złudzeń…

  3. Dopóki rządził Trump – można było zakładać twardą linię wobec UE. Dla Bidena równie ważna jest ideologia. Niemcy wybiorą na kanclerza/prezydenta jakiegoś zadeklarowanego geja, wprowadzą w UE jeszcze większą tęczową propagandę i będą przybijać żółwiki z obecną administracją USA. UE już zdążyła podpisać umowę handlową z CPR, Niemcy i Rosja powoli kończą już NS2, a USA milczy. Z tą proxy-war z Iranem to też raczej kwestia już historyczna. Obecna administracja prędzej obniży wydatki zbrojeniowe niż je podwyższy – zwłaszcza w dobie lizania ran po COVID-19. Nie pomoże drukowanie pustego USD i obligacji – świat – czy raczej duet Rosja-CPR może powiedzieć “sprawdzam”. Na koniec rządów Bidena CPR będzie już za twardym orzechem do zgryzienia i USA będą musiały się pogodzić z utratą roli jedynego globalnego hegemona.

  4. “Iranowi na pomoc pójdzie Rosja” – absolutnie nie. To Kremlowi najbardziej zależy na wielkiej wojnie w Zatoce, która wykosi konkurencję w ropie i gazie. Wtedy Kreml odkuje się budżetowo przy cenach przeliczeniowej baryłki ca 150-180 dolarów. I przełamie izolację polityczna i ekonomiczna i technologiczną i będzie przyjmowany na salonach Zachodu na czerwonych dywanach jako “energetyczny zbawca”. Oczywiście w narracji oficjalnej Kreml będzie “przeciw zbrodniczej agresji” i będzie odcinał wszelkie kupony jako “obrońca Iranu” – ale tylko w słowach – bo faktycznie palcem nie kiwnie na rzecz Iranu [prócz lukratywnej sprzedaży broni]. Więcej – USA via Izrael musi otrzymać przed atakiem na Iran gwarancje neutralności Kremla. Co Kreml też kalkuluje w przyszłych bonusach do uzyskania. Konkretnie za zgodę Kremla na atak USA na Iran – Kreml uzyska m.in. “umycie rąk” Waszyngtonu wobec ataku Rosji na Turcję – która zbytnio podgryza Rosję od południa i groźnie organizuje “turański świat” Azji Środkowej [co grozi infiltracją wpływów i w długim planie nawet obrotem Dagestanu, Inguszetii, Czeczenii i Tatarstanu na Turcję] . Oczywiście Waszyngton pozwoli na złamanie Turcji tylko do pewnego stopnia [w końcu nie może pozwolić na przechwycenie Bosforu i wejście głęboko Rosji w Bliski Wschód] – mianowicie do momentu, w którym Ankara na kolanach zgodzi się na wszelkie warunki Waszyngtonu – dopiero wtedy USA wkroczy i odbierze Kremlowi owoce zwycięstwa – przywracając terytorialny status quo. A Turcja będzie pokazowym “synem marnotrawnym NATO” wobec świata i szczególnie wobec wahających się sojuszników USA – Turcja wróci pokornie na łono Wuja Sama. W obu tych dealach jest interes Izraela – który chce zniszczyć Iran i zdławić ambitną Turcję, która zbytnio wyrasta na hegemona lokalnego. Stąd była ta nagonka na Iran w lutym 2018 [i na Polskę też] – a potem nóż w plecy Polsce – czyli 447 podpisany 9 maja [przez “przyjaciela Polski” Trumpa] – gdy jednocześnie Netanjahu z Putinem na Placu Czerwonym oficjalnie blatowali swój sojusz. Gdzie głównym przegranym i zdradzonym był Iran – zaś Polska została sprzedana dodatkowo jako wspólny bonus i dla Kremla [geostrategiczny] i dla Izraela [finansowy – z tytułu kosmicznie wyliczanych bezprawnych zwrotów mienia bezspadkowego]. Można powiedzieć, że Iran i Polska jada w tej powiązanej sprawie na jednym wózku… Cała ta szarada była naprzód forsowana przez Izrael i Kreml – ale Trump chciał generalnie wyjścia z nie-chińskich frontów i skupienia na Chinach. Iran – wobec zdrady Rosji – porzucił w 2019 sojusz z Kremlem – i obrócił się na Chiny – które zadeklarowały 400 mld dolarów inwestycji w ropociągi i infrastrukturę wydobywczą. To oznacza przesył lądowy poza zasięgiem US Navy surowców strategicznych do Chin [i w druga stronę towarów z Chin] – via Pakistan. To także wielki cios w Indie [i w Quad], które inwestowały w Iran i w irańską ropę – teraz zostali “wyrolowani” i odcięci strategicznie od “kurka z ropą” – na którym rękę położył Pekin. Właśnie ten akt obrotu Iranu na Chiny wymusza na USA nieuchronne uderzenie i zniszczenie Iranu [jako pokaz “co spotyka tych, co obracają się na Chiny”] – jako zniszczenie chińskiego alianta i dostawcy surowców strategicznych dla Chin – oraz dla przerwania niezależnej od Rosji – geostrategicznie najważniejszej nitki południowej Jedwabnego Szlaku – łączącej docelowo “sznur pereł” Oceanu Indyjskiego – dla budowy ciągłego pasa przybrzeżnych chińskich A2/AD. I USA to uderzenie zrobią – ale nie chcą tej wojny “pokierowanej” i “ustawionej” przez Izrael [np. prowokacją – a było już ich kilka] – chcą ją rozegrać na swoich warunkach. I chcą maksymalnie wykorzystać Izrael. Dlatego właśnie nowa ekipa Bidena przeciąga linę z Izraelem. Bo Izrael wolałby zniszczyć Iran cudzymi rękami [Wuja Sama] – natomiast sam “w tle” chce zrobić swój Blietzkrieg w Syrii i Iraku i Libanie – dla wymiecenia przedpola i uzyskania głębi strategicznej. Dla Izraela idealnie byłoby, gdyby uderzenie USA w Iran było zsynchronizowane z uderzeniem Rosji w Turcję. Ale to bardzo, bardzo trudna sprawa w “timingu”..Nie muszę tłumaczyć, że atak na Iran [z koniecznymi koncesjami USA na rzecz Kremla – naszym kosztem] – to sprawa ważka dla Polski. Kolejny twardy sprawdzian dla naszych sterników z real-politik [niestety – tego egzaminu nie zdali ani w lutym 2018 na konferencji w Warszawie – ani wobec 447 Trumpa i paktu Putin-Netanjahu 9 maja 2018]. Mogę tylko powtórzyć – w Waszyngtonie winniśmy pokazywać się jako twardy i zdeterminowany gracz z jasnym oglądem i oceną sytuacji – więcej – jako rdzeń Wschodniej Flanki – jako gracz ABSOLUTNIE KONIECZNY dla USA dla uniknięcia powtórki z klęski z pierwszego resetu – czyli dla uniemożliwienia budowy konkurencyjnego supermocarstwa Lizbona-Władywostok. Czyli – jeżeli USA mają uderzyć w Iran i tam się zaangażować – to Polska TYM BARDZIEJ powinna zostać profilaktycznie wzmocniona zawczasu [twardymi aktywami – w tym powinniśmy napierać o transfery technologiczne, donacje sprzętowe i finansowe – oraz o NATO Nuclear Sharing] – jako gwarant dla Waszyngtonu, że Rosja będzie pod kontrolą w ramach “kordonu sanitarnego” Wschodniej Flanki – z Polską jako graczem nr 1. Tu jest potrzebne odcięcie kuponu od doświadczeń z pierwszego resetu – i na tym budować maksymalnie asertywny przekaz w rozmowach w cztery oczy z Białym Domem. Oparty o real-politik siły i interesów – wg kluczowej roli Polski jako “pivotu” Rimlandu i Heartlandu Eurazji. A zastępcze gadanie o “wspólnych wartościach” można sobie darować – co najwyżej rozpływać się z szerokim uśmiechem i ściskaniem rąk przy fleszach o “odwiecznej przyjaźni od Kościuszki i Pułaskiego” i takie tam ogólniki… Mówiąc krótko – zamiast wchodzić bez sensu w “ideowe spory” – trzeba lać kubły zimnej wody MERYTORYCZNEJ real-politik i geostrategii na głowy w Białym Domu…by zaczęli patrzeć przez pryzmat twardych interesów… Myślę, że nic tak by nie otrzeźwiło Białego Domu i sprowadziło szokowo z różowych obłoków na ziemię – jak nasi sternicy, którzy zamiast tonąc w dotychczasowej ZASTĘPCZEJ pseudopolitycznej narracji “ideałów” i “przyjaźni” – pokazaliby się jako trzeźwi i instrumentalnie kalkulujący pragmatycy – w oparciu wyłącznie o siły i interesy… Zobaczymy…szanse na taki zwrot zasadniczy naszych sterników ku real-politik i geostrategii oceniam do 40%…choć, co niektórzy znajomi zarzucają mi zbytni optymizm… Alternatywą dla Polski będzie niestety “pospolite ruszenie” i kopanie studni do pożaru – niestety z jednoczesnym gwałtownym stwardnieniem władzy – i wymuszoną [dla PRZETRWANIA] akceptacją rządów autorytarnych…czyli dużo, dużo wyższe koszty i ryzyko – pod każdym względem…Do 2023 naprawdę sporo się zdecyduje dla Polski – a nasi sternicy muszą całkowicie przestawić swoje myślenie i działanie z idealistycznego na realistyczne…stanąć na własnych nogach – twardo – konsekwentnie – i bez taryfy ulgowej… Cóż – gdyby nie Bartosiak i potem S&F – szanse na takie otrzeźwienie i zwrot oceniałbym na ca 5%…to jest moim zdaniem miara jego cierpliwej pracy u podstaw wykonanej od 2013…

    1. Atak Rosji na Turcję = atak na NATO. Jakoś nie widzę tu możliwości dealu USA-FR. Brak natychmiastowej reakcji głównej siły NATO = rozpad lokalnych sojuszy z USA przez to że USA straci twarz jako nierzetelny sojusznik.

      1. Turcja od “puczu” 2016 jest w NATO zasadniczo nominalnie [do balansowania i Moskwy i Pekinu], a uruchomienie art.5 o kolektywnej obronie wymaga akceptacji wszystkich członków NATO. Co w przypadku wojen błyskawicznych jest aż nadto łatwe do wykorzystania w celowym opóźnianiu proceduralnym przez USA, UK itd. Zresztą – czy Niemcy poprą interwencję w obronie Turcji? Albo Francja? Albo Grecja? Stąd USA może nawet markować “dobrą wolę” [w obstawionej roli “dobrego gliny”], bo stojących okoniem wobec Turcji członków NATO nie brakuje. Zresztą – tak naprawdę militarnie [z determinacją do REALNEGO działania przeciw Rosji] w NATO liczą się gracze Wschodniej Flanki złączeni wspólnym interesem powstrzymywania Rosji, UK z “łaciatym” NORDEFCO – a globalnie poza Europą – tylko USA. “Dumna” Francja “wymięka” wobec Turcji – to nie Afryka i nie walka z przeciwnikami z Kałachami… – A Ankara doskonale rozumie, że w razie kłopotów zasadniczych z Kremlem – REALNIE musi dogadać się z USA – jako graczem, który wstrzyma Rosję. Oczywiście Turcja dąży do zbudowania “turańskiego paktu” aż do Chin – dla zbudowania także strategicznej łączności militarnej i z Pakistanem i z Chinami – ale Chiny są i długo będą ostrożne w otwartych interwencjach militarnych poza Chinami. Wyjdą w pole dopiero, gdy będą miały aż nadto nadmiarową przewagę – bez ryzyka porażki. Do tego czasu – owszem – wsparcie per procura, dostawy, silna presja pod stołem na rzecz zagrożonych strategicznych sojuszników – ale nie “pełnoskalowy” żołnierz chiński “w świetle reflektorów” poza granicami Chin. Głównie będą to ograniczone w czasie, przestrzeni i liczbie – i okryte dezinformacją – i ściśle zdefiniowane w celach i w drabinie eskalacyjnej – akcje specjalsów i multidomenowej piechoty morskiej i jednostki “blackops” a la Wagnerowcy – bardzo intensywnie do tych celów szkolone i rozbudowywane.

        1. Turcja jest poza zasięgiem FR. Owszem FR mogłaby złamać Turcję ale wymagałoby to naprawdę dużej i bardzo kosztownej materialnie i politycznie wojny.

      1. Co z tego, że piszę, jak czytelnik nie rozumie – Izrael może wykonać udane prowokacje [np. na terenie USA – pod maską “terrorystów irańskich”] i wciągnąć USA szybciej do ataku na Iran – nawet przed 2023. Natomiast jeżeli USA zachowa swoją skalkulowaną na zimno linię geostrategicznego celowego działania [do czego Biden na razie zdecydowanie dąży – i stąd takie odstawianie Izraela na przeznaczone mu w amerykańskich planach miejsce w szeregu]- to moim zdaniem INSTRUMENTALNA gotowość do ataku [z akceptowalną minimalizacją kosztów i strat i z maksymalizacją efektu – zwłaszcza politycznego] zostanie do tych wymagań uzyskana najszybciej w 2023 – albo i później [bo teraz sprzęt i systemy uzyskują całymi latami gotowość operacyjną – od inicjalnej aż po pełną – i opóźnienia o lata to “normalka”]. Przy sensownej polityce [z punktu widzenia amerykańskiej, nie izraelskiej, racji stanu] – USA poczeka, aż Iran zaangażuje się w program nuklearny, aż stanie się izolowany politycznie na świecie [przynajmniej na Zachodzie], oraz poczeka na uzyskanie odpowiednich kompetencji marynarki i lotnictwa [w tym sieciocentrycznych systemów RMA]. Wróżką ani prorokiem nie jestem – dnia ani godziny ani nawet roku nie znam – a w tej chwili to nawet stratedzy w Pentagonie i w Białym Domu nie znają z grubsza skonkretyzowanej daty pełnoskalowego ataku [nie mówię o incydentalnych militarnych aktach bieżących]. Atak USA ma sens POLITYCZNIE przynajmniej po izolacji politycznej Iranu [wytworzeniu i okrzepnięciu na świecie obrazu atomowego zagrożenia z Iranu] – oraz po uzyskaniu odpowiednich instrumentalnych kompetencji sił USA – co wymaga wdrożenia i uzyskania operacyjności całych kompleksów systemów zbrojnych i wyposażenia – z C5ISR/WRE na czele. Więcej – muszę to powtórzyć – w GEOSTRATEGICZNYM interesie USA jest “pokazówka” względem świata i Chin – na poziomie rywalizacji hegemonalnej – czyli zaczekanie, aż Chiny sporo zainwestują w Iran – i dopiero wtedy zniszczenie Iranu – i chińskich inwestycji. Czyli przy chłodnej kalkulacji – stratedzy Waszyngtonu mogą opóźnić atak na Iran po 2025 – nawet niemal do końca dekady. Aczkolwiek właśnie 2030 przyjmuję za datę graniczną [bo Iran mógłby zbytnio się wzmocnić]. Gdybym miał prognozować – to za najbardziej prawdopodobny okres czasu widzę 2025-27. USA potrzebują odbudowy wizerunkowej hegemona światowego – a program “made in China 2025” na pewno w mniejszym lub większym stopniu uderzy w wizerunek USA – więc Waszyngton będzie potrzebował pokazowego choćby takiego zwycięstwa dla odrobienia strat w ogólnym bilansie. Co innego regionalne taktyczne gaszenie pożaru – co innego gra geostrategiczna w szerszym planie. Co innego sprawność instrumentalno-wykonawcza, a co innego ustawienie sprzyjającego układu politycznego do militarnych działań bezpośrednich, a jeszcze co innego realizacja wyznaczonych celów politycznych. Marynarka i lotnictwo podliczy straty własne i przeciwnika, przeanalizuje doświadczenia i wnioski pod kątem pełnoskalowej wojny ery RMA – aż po poziom konfrontacji z Chinami. Natomiast politycy będą liczyli koszty polityczne przylepiania im przez chińską i rosyjską itp. agenturę “gęby” “zbrodniarzy” itd – i będą liczyli bonusy polityczne względem różnych graczy – od poziomu regionalnego po sojusze aż po poziom globalny – w różnych horyzontach czasowych – w planie bieżącym, w planie średnim – i w długofalowym. Ten ostatni plan [geostrategiczny – długofalowy] będzie moim zdaniem katastrofalny dla USA – bo Pekin przymuszony klęska “polityki małych kroków” wejdzie na nowy poziom ZASADNICZEGO działania – zneutralizuje Indie i da koncesję zabezpieczonemu strategicznie od wschodu Pakistanowi do wielkiego marszu na zachód – pod sztandarem Talibów – dla budowy swojego geostrategicznego sojusznika z połączonego świata islamu [i zbudowania sobie preferencyjnego rynku zbytu chińskich towarów- i dostaw surowców do Chin – lądem] – czyli Atomowego Kalifatu – który pewnie nie zatrzyma się na Bliskim Wschodzie. A tego pochodu już USA nie powstrzymają. Wracając do PROCESÓW politycznych – te są dynamiczne – planowanie na papierze to jedno – a realizacja to drugie. Jest mgła niepewności co do własnych możliwości i możliwości innych graczy – nawet jeżeli gracze są zimni jak lód i racjonalni jak automaty. A są ludźmi z krwi i kości – którzy nawet w swoim “zespole” rywalizują i kopią się po kostkach. No i układ gry i natura świata generalnie jest taka, że łatwiej komuś podłożyć nogę w cudzym realizowanym planie – niż samemu zrealizować dany plan w 100%. W zasadzie – zawsze są nieprzewidziane czynniki – i kontrakcje już w trakcie realizacji planu. To nie jest siadanie przed telewizorem i oczekiwanie na zawczasu przygotowane i nagrane pozycje w programie – tylko taki “reality show” bez reżysera i scenariusza [i z przypadkowymi “wycinkowymi” kamerzystami] – sterowany siłą i interesami – ale i “czarnymi łabędziami” – czy to niespodziewanych ruchów danych graczy – czy przełomów technologicznych – czy np. pandemią. Ba – wystarczy, że w Zatoce będzie akurat bardzo zła nielotna pogoda akurat w naznaczonym na atak terminie – i już może się zmienić układ – bo np. Chiny – korzystając z opóźnienia – zdążą i zdecydować i fizycznie “zorganizować” i podesłać “w trybie nadzwyczajnym” ileś baterii prak/plot do Iranu. Sumując – apeluję o rozróżnianie planu bieżącego, średniego, długofalowego [często mogą być nawet pozornie sprzeczne – np. z tytułu maskirowki] – ale także o rozróżnianie zasięgu od planu regionalnego po globalny – a także rozróżnianie planu politycznego od instrumentalnego. Nie mówiąc o rozróżnianiu narracji medialnej [w tym historycznej] – od realnego skrytego planu gołych interesów i i sił. Ludzie zwykle wszystko powyższe wrzucają do jednego worka, zwykle przy tym opatrznie oceniają wg “wartości”, “przyjaźni” czy wg nieaktualnych klisz – i stąd takie łatwe pole do popisu dla mediów i wszelkich agentur wpływu – dla urabiania ludzi. Można dużo przewidzieć – jak się patrzy na siły i interesy – po odarciu z zasłonek. Ale zasadniczo – na bazie trendów – które przypominają pęczniejący wrzód – który w końcu musi pęknąć. Albo narastanie sprzeczności i nierównowag – musi doprowadzić do załamania status quo – jak coraz grubszy słoń na coraz cieńszym lodzie – czy jak dwie lokomotywy na tym samym torze – idące na zderzenie. Dokładnie i szczegółowo nie da się przewidzieć – natomiast powiązania i sekwencje działań w planie [zwłaszcza] geostrategicznym – tak.

  5. Mam pytanie do szacownego autora. Czy słowo “czosnek” znalazło się przypadkowo w poniższej frazie? Tak pytam, ponieważ użycie tego słowa może wskazywać niebezpośrednio pewną przynależność religijną.

    “Sęk w tym, że zarządzający przybytkiem jest szczerbaty, śmierdzi czosnkiem, kłóci się z wszystkimi wkoło oraz domaga się zapłaty za pobyt.”

    1. Przypadkowo. Nie ma tu ukrytych podtekstów. Miałem na celu obrazowo opisać, jak niewygodnym partnerem do rozmów dla administracji Bidena jest rząd z Warszawy. Być może wyszło niefortunnie. 🙂

  6. @sceptyk – Ja patrzę na sytuację przynajmniej w średnim planie- czyli już zaplanowanej modernizacji Armii Czerwonej. Sporo się zmieni po wprowadzeniu [po raz pierwszy w Armii Czerwonej] systemów sieciocentrycznych S-500 [ca 2023 – REALNY zasięg OPERACYJNY ca 600 km – na każdym pułapie]], nowych wersji Kalibrów, Iskanderów, Cyrkonów, po rozbudowie A2/AD Krymu, a także po wprowadzeniu szeregu klas dronów bojowych. Tu nie chodzi o klasyczne zajmowanie terytorium – ale o błyskawiczne obezwładnienie przeciwnika w zniszczeniu jego “punktowych” najcenniejszych aktywów bojowych – samolotów, wyrzutni rakiet, okrętów, kompleksu C5ISR/WRE – by postawić przeciwnika w sytuacji “bycia nagim i bezbronnym na ciosy”. A to można uzyskać zasadniczo w jeden dzień – uderzeniami efektorów precyzyjnych – przy rozległym sieciocentrycznym [real-time] rozpoznaniu i pozycjonowaniu celów. Rosjanie już wyciągnęli wnioski z wojny w Syrii, Libii i o Karabach – i intensywnie postawili na drony [ https://www.defence24.pl/rosja-stawia-na-roje-i-drony-uderzeniowe-komentarz ], ale i zakłócanie dronów [ https://www.defence24.pl/rosyjska-tarcza-antydronowa-w-obwodzie-kaliningradzkim-odpowiedz-na-reapery-w-estonii-analiza ] zbudowali tzw. antydrony Wołk-18 [ https://www.altair.com.pl/news/view?news_id=32753 ], stawiają na efektory precyzyjne [ https://www.defence24.pl/czy-grom-pobiedy-uzbroi-rosyjskie-drony ] – w tym na uniwersalne efektory kppanc nowej generacji – z funkcją zwalczania dronów [https://www.defence24.pl/rosjanie-buduja-pocisk-przeciwpancerno-antydronowy ] . Rosja od 2018 buduje formacje “Burza” zdalnie sterowanych czołgów -robotów na bazie T-72B3 [https://www.defence24.pl/rosyjska-burza-formacja-czolgow-robotow] – a najnowszy autonomiczny robot bojowy Udar [zautonomizowany BMP-3] ma współdziałać z dronami [https://www.defence24.pl/rosja-autonomiczny-bmp-3-bedzie-wspoldzialal-z-dronami ]. Notabene – głównym nieszczęściem naszego MON, IU, SG – jest to, że patrzą na przeszły [rzekomo “aktualny”] stan Armii Czerwonej – a nie patrzą na jej możliwości – jakie uzyska w krótkim i średnim horyzoncie czasowym – co dopiero mówić o planie długofalowym. Dlatego – pomijając kompletnie zły strukturalnie PMT [de facto to dalej jest klon przywiezionego w teczce z Waszyngtonu PMT2013] – jest to główna przyczyna nieskuteczności WP. Wracając do Armii Czerwonej – nie będzie zdolna do wielkiego globalnego skoku generacyjnego systemów RMA [de facto zbudowania jednej multidomeny globalnej] – na co stać Chiny i USA -i co dokona się w latach 30-tch. Ale Kreml bardzo intensywnie buduje wg swych mozliwości regionalne systemy oparte o RMA – i o regionalną sieciocentryczność – do uzyskania przewagi regionalnej. I stawia na dronizację i na efektory precyzyjne – co w połączeniu z sieciocentrycznością [i masowym użyciem] – jest zabójczo skuteczne – nawet w skali strategicznej. Taki Blietzkrieg wobec Turcji na pewno jest na stole na Kremlu – i stale rozwijany i modyfikowany. Z dokładnie zdefiniowanym celem politycznym – dla przystąpienia do rozmów zaraz po obezwładniającym szokowym ataku – i z komunikatem na starcie rozmów: “zgadzacie się na nasze warunki – czy mamy kontynuować grę do jednej bramki?”. Czyli z pełną kontrolą drabiny eskalacyjnej [i z uderzeniem “deeskalacyjnym” jako MOŻLIWOŚCIĄ – w tle] – podkreślę: drabiny “skalibrowanej” pod ściśle zdefiniowane cele polityczne. Taki układ stawia dane zaatakowane przywództwo polityczne pod presją nie do zniesienia – bycia przegranym. W przypadku Turcji – bycia także izolowanym. I dokładnie ten moment – to jest okienko możliwości politycznych dla USA – oczywiście, jak Ankara przyczołga się na kolanach do Waszyngtonu – już jako posłuszny “syn marnotrawny” Wuja Sama – w ramach NATO. Wracając do Polski – nasza strategia winna pójść w budowanie autonomicznej, asymetrycznie kosztowo uszykowanej aktywnej pełnej obrony strategicznej – i na budowanie sojuszu regionalnego szeroko rozumianej Wschodniej Flanki z wszystkimi graczami poddanymi presji Rosji. W ramach sojuszu Wschodniej Flanki – zbudowanie połączonego systemu sieciocentrycznego – połączonego pasa A2/AD – oraz połączonej, bardzo mobilnej projekcji siły. Tu akurat widzę w tej roli roje dronów z systemami C5ISR/WRE, pozycjonowania celów, z efektorami ofensywnymi, ale także prak/plot. Po co? – by w razie koncentracji sił Kremla na danym odcinku Wschodniej Flanki – SZYBCIEJ [względem tej koncentracji] koalicyjnie wesprzeć zagrożony odcinek. Coś jak w II wojnie światowej – gdy Niemcy dostawali rozkazy do ataku sił pancernych – a dzięki Enigmie alianci już Z WYPRZEDZENIEM koncentrowali przeciwuderzenie powietrzne dywizjonów Typhoon’ów z rakietami ppanc i uzyskiwali gotowość do ataku – zanim Niemcy ześrodkowali siły do ataku. Kluczem jest szybkość – i koncentracja takiej ruchomej “dynamicznej” A2/AD – projekcji siły tarczy i miecza. A USA [i UK] – to w tle – dla kontroli atomowej drabiny eskalacyjnej. Czyli w sumie dla Wschodniej Flanki rozwiązaniem jest sieciocentryczna interoperacyjność – i dynamika wsparcia.Dronizacja jest zaś kluczem do maksymalnego podniesienia poprzeczki koszt/efekt przeciwnikowi – która w przypadku systemów załogowych jest mocno limitowana. Zaś efektory precyzyjne – przekładają się na “wydajność” skuteczności – ilości DOKŁADNIE WYBRANYCH i zniszczonych/zneutralizowanych celów w jednostce czasu – czyli w dynamice działań wojennych. Szczególnie ważne jest to dla Finlandii, Polski i Ukrainy [i dla Bałtów – choć tam jest bardzo specyficzna sytuacja – nie utrzymają się bez działań balansujących na Flance]. Gdy Białoruś zostanie wchłonięta – czołgi 1 Gwardyjskiej Armii Czerwonej będą używane do typowej gry w “eskalację/deeskalację” – będą wychodziły z koszar i poligonów – bezpośrednio pod granicę – dla wywierania presji – potem będą wracały do koszar i na poligony i tak w kółko. Żebyśmy nie byli w asymetrycznie niekorzystnej i spóźnionej [reaktywnej] sytuacji – reakcja [z zapasem siły] musi być SZYBSZA od koncentracji rosyjskiej. A to może dać nie dywizja Leo 2 – tylko roje dronów – tworzących dynamiczną ruchomą operacyjną A2/AD z tarczą i mieczem wystarczającym aż nadto do powstrzymania ataku. Po to by z naszej strony szedł komunikat strategiczny; “z czym na nas idziecie Panowie? – chcecie kłopotów?”. Z oczywistych względów konieczna jest więc koncentracja PMT na budowie całokrajowej A2/AD Tarczy i Miecza Polski – ale także na budowie ruchomej, dynamicznej, operacyjnej A2/AD – głównie opartej o roje dronów niosących “wysuniętą” C5ISR/WRE – i ofensywne i defensywne efektory precyzyjne. Czyli budując taki układ, w którym w razie agresji Armia Czerwona nie tylko “dostanie łomot” sił ofensywnych – ale także utraci kontrolę nad swoim obszarem – zagrożonym przez wniknięcie naszych rojów dronów. Mając obie A2/AD – stajemy się cennym graczem i liderem [i wzorem] dla sojuszu Wschodniej Flanki – gdzie pas “krajowych” A2/AD całej flanki zostanie wzmocniony o dodatkową, dysponowaną koalicyjnie, “ekspedycyjną” A2/AD dla szybkiego reagowania na całej flance – szybszego od Rosji.

    1. Chciałbym szczególnie zwrócić uwagę na nową jakość wojowania na każdym szczeblu [nie tylko operacyjnym] – jakie daje dynamiczne rozciąganie sieciocentrycznej projekcji C5ISR/WRE w autonomizowanych ]AI] rojach dronów z sensorami, retransmisją, efektorami precyzyjnymi. To nie jest jakaś “gorsza” i “pomocnicza” podrzędna gałąź służebna systemom załogowym [tak np. pojmuje się teraz programy a la Loyal Wingman]. To jest nowy rodzaj systemów sieciocentrycznych – o bardzo skalowalnej i profilowanej charakterystyce łączącej zdolności ofensywne z defensywnymi – we wszystkich domenach. Docelowo – w jednej połączonej domenie w ramach militarnego Internetu Rzeczy. Co więcej – drony jako nosiciele zapewniają i sensorom i efektorom precyzyjnym znacznie lepsze warunki efektywności użycia i “przeżywalności”. Kluczem skalowania, sprofilowania jest rój dronów. Rozproszenie zapewnia, że nie ma “wąskich gardeł” i dylematu poprzeczki ryzyka utraty zbyt drogiego “kombajnu zintegrowanego” a la zimna wojna. Najlepszym przykładem takiego “kombajnu” jest duża bojowa jednostka nawodna, np. fregata czy niszczyciel. Jest bardzo kosztowna – więc od razu stoi po przegranej stronie w kalkulacji koszt efekt względem ataku saturacyjnego. Jedna rakieta czy torpeda wystarczy, by jednostka stała się nieoperacyjna lub stracona. Jak zatonie – walcząc np. przeciw danemu zagrożeniu – np. przeciw okrętowi podwodnemu – to na dno idą wszystkie systemy bojowe – i załoga. Gdy walczy rój dronów – trzeba zlikwidować niemal wszystkie – co kosztuje przeciwnika dużą liczbę efektorów precyzyjnych. Przy czym nie ma skokowej utraty zdolności po jednym trafieniu – jak w przypadku “kombajnu zintegrowanego”. Tracimy tylko jeden dron ze stu – i jeden efektor czy sensor. “Kombajn” jest posyłany do boju w sztywnej konfiguracji wszystkich systemów – natomiast rój dronów można sprofilować do misji – ba, wzmocnić/przeprofilować posiłkami w trakcie misji. Rój dronów może podjąć każde ryzyko – włącznie z misją w “jedną stronę” – jeżeli tylko kalkulacja koszt/efekt dla misji jest zdecydowanie po stronie dronów. W przypadku systemów załogowych – ryzyko śmierci ostro obniża poprzeczkę możliwych do realizacji misji. Człowiek wymaga dodatkowych systemów podtrzymywania życia – na dodatek fizycznie ogranicza zdolności danego systemu. Co najjaskrawiej widać w przypadku lotnictwa – właściwie w sposób krytyczny od zeszłej dekady. Bo człowiek w walce powietrznej [nawet wspomagany skafandrem antyprzeciążeniowym, tlenem itd] wytrzyma jakieś plus 9G i minus 4G – a rakiety klasy ziemia-powietrze i powietrze-powietrze [wdrożone dekadę temu] mają już manewrowość rzędu 20-40G. Przy czym samolot można zaprojektować, by miał przeciążalność 20+ G – ale co z tego, skoro to by zabiło człowieka. Człowiek – zbyt kruchy, zbyt potrzebujący balastu systemów podtrzymywania życia – zbyt wolny w reakcjach i w przetwarzaniu informacji – jest już najsłabszym ogniwem na samym polu walki. W przypadku dronów – zwłaszcza mniejszych od samolotów bojowych – to ograniczenie manewrowości nie istnieje. Więcej – można zaprojektować dron, którego manewrowość będzie WIĘKSZA od manewrowości rakiet przeciw samolotom załogowym. Np. 60 G. A to oznacza możliwość zrolowania skuteczności obecnych systemów plot. Właśnie dlatego jestem zdecydowanym przeciwnikiem Narwi – za skupienie się na antyrakietach z funkcją plot – bo te mają manewrowość rzędu 100+ G. Nawet jeżeli antyrakieta się zestarzeje – to nadal będzie wartościowym pociskiem plot. Zwracam uwagę – że chodzi o całe zeskalowane spektrum antyrakiet – od bardzo tanich C-RAM jak LM MHTK [ca 15 tys dolarów sztuka] po te kosztujące słono. I odpalanie nie z ziemi – czyli z samego dna studni grawitacyjnej [co kosztuje i czas reakcji i prędkość i zasięg i pułap przechwycenia] – tylko z różnego typu dronów na pułapie i z prędkością dająca dynamiczny zasięg operacyjny. Także z aerostatami HALE pułapu 20-40+ km z dyspozycyjnością operacyjną min 98% – absolutnie niedosiężną dla płatowców. Wreszcie przy skali komplikacji “kombajnów załogowych” – szkolenie załogi i osiąganie kolejnych faz gotowości operacyjnej [począwszy od tzw. inicjalnej – aż po pełną] – to trwa latami. To absurd w wyścigu technologicznym – i militarnym. Skupiając się na dronach – mamy generację za generacją w krótkim czasie – i pełna zdolność bojowa po załadowaniu oprogramowania. Wreszcie sama dokładność drona jako nosiciela, który może podjąć większe ryzyko np. zbliżenia do celu – skutkuje większymi zdolnościami i sensorów i precyzji pozycjonowania dla efektora precyzyjnego. Stara definicja efektora precyzyjnego to dokładność trafienia odpowiadająca wielkości celu. Czyli teraz broń jest precyzyjna wg zgrubnego kryterium “byle trafić w cel – nieważne GDZIE KONKRETNIE”. Moim zdaniem nowa generacja broni precyzyjnych – zwłaszcza przy sieciocentrycznym roju dronów – będzie nakierowana na wrażliwe strefy i elementy celu – np. lufę czołgu, celowniki/system obserwacji/SKO, “chwyt” powietrza do silnika, sterowanie ASOP itd. Dzięki czemu nie potrzeba drogiego efektora i ciężkiej głowicy z przebijalnością np. 600 mm RHA – tylko wystarczy przebijalność np. max… 30 mm RHA [proszę sprawdzić np. grubość lufy]. A to przekłada się na potanienie całego efektora – zwykle o rząd wielkości. To zaś skutkuje [przy masowej “hurtowej” i taniej produkcji] możliwością saturacji przełamującej precyzyjnego skoordynowanego ataku jednoczesnego – czyli postawieniem przeciwnika w beznadziejnej sytuacji w kalkulacji koszt/efekt. To nie tylko dotyczy sprzętu – ale i żołnierzy przeciwnika. Gdzie stopień precyzji będzie umożliwiał [właściwie – technicznie JUŻ umożliwia] neutralizację pojedyńczego żołnierza. Np. bardzo małym ładunkiem termobarycznym – np. w pocisku Pike 40 mm [zasięg 1,5 km] – wystrzeliwanym ze zwykłego granatnika podwieszanego. Oczywiście – w zdronizowanym środowisku sieciocentryczny, które rozpozna i spozycjonuje cel. Proszę zauważyć – świadomie użyta precyzja może zaskutkować skokiem zmniejszenia śmiertelności po stronie przeciwnika. Załoga czołgu przeżyje i się podda – skoro czołg zostanie unieruchomiony, armata stanie się bezużyteczna, a SKO oślepiony i nawet km zneutralizowany. Tak samo ów pojedyńczy żołnierz – wcale nie trzeba go zabijać – ładunek termobaryczny [czy inny] może być tak mały i tak dobrany i tak precyzyjny – by żołnierz przeciwnika doznał “wystarczającej” dla uzyskanie jego nieoperacyjności kontuzji/zranienia/utraty przytomności – ale by przeżył. To bardzo ważne – bo w razie np. ataku Armii Czerwonej – będzie można pokazać medialnie wszelkimi kanałami [wliczając “dark net”] multum zdobytego sprzętu [dosyć “całego”] – i wielkie tłumy jeńców w wieloszeregach – uszykowanych wg jednostek jak na defiladzie – z podpisami – kto/z jakiej jednostki – zszokowanych i część w temblakach – ale generalnie całych. Z przekazem do rodzin żołnierzy i generalnie Rosjan – “są cali i zdrowi – weźcie naciśnijcie na Kreml, żeby nie fikał” – łamiąc przy tym od razu ewentualną narrację Kremla podbijania bębenka o “potrzebie zemsty za zabitych” – czyli DEESKALUJĄC – a już sami Rosjanie – widząc w swoich synach zakładników bezsensownej i właściwie zbrodniczej polityki Kremla – obrócą się przeciw Kremlowi względem kontynuacji agresji. Wymuszając, by Kreml usiadł do stolika rozmów na naszych warunkach.

  7. Marzenie o resecie z Rosją jest leitmotivem pierwszej kadencji każdego nowego prezydenta USA. Dotyczyło to Obamy, Trumpa i dotyczy Bidena. Nie jest przypadkiem, że pierwszy telefon Biden nie wykonał do jakiegoś ważnego sojusznika tylko do Putina. Jest jakaś potrzeba wiary w Amerykanach w to, że Rosja za uznanie, potraktowanie za równego i miłe słowa zdecyduje się ginąć w wojnie z Chinami w imię dobrego zwrotu z amerykańskiego kapitału i ich dalszej dominacji nad światem. Wdzięczności oczekują od Europy (Niemiec), z tym, że tu już nikt ginąć nie musi i jeszcze przymkną oko na dokończenie NS2 oraz pozwolą Niemcom na rozbudzenie własnych ambicji.
    Póki co nie wiadomo o co tak naprawdę Amerykanom chodzi, co zamierzają zrobić oprócz dania do zrozumienia, że świat powinien uczynić Amerykę wielką bo Ameryka broni wartości. A świat widząc ich brak siły, woli, możliwości i zdecydowania zaczyna sobie radzić po swojemu. Już sprawdza co są warte słowa Bidena i jego ekipy.
    Zobaczymy ile czasu zajmie Ameryce aby ponownie sparzyła się na Rosji i dostrzegła, że niemiecka Europa mimo podobnie tęczowych dekoracji odjeżdża. Niestety dla nas, wchodzimy w okres niestabilności nieprzygotowani. Bez przetrenowanych wariantów A, B, C czy D, w fazie wewnętrznej wojny i elitami, które plan działania mają opracowany w okresach od sondażu do sondażu. A do tego interes żadnego z głównych graczy nie jest naszym interesem.

  8. Te male kasyno z naszego terytorium moze sie przesunac w strone Ukrainy. Niezapomnijmy o prywatnych biznesach rodzinki Bidena w Kijowie.

    1. Bez dogadania się z FR na Ukrainie będzie tylko nędza. Może młody Biden lubi Ukrainki ale kasa to kasa..i ryzyko musi być akceptowalne.

Leave a Reply