Polska lobbuje za „no fly zone” nad Ukrainą? – Bo powinna

W przeddzień szczytu NATO w Waszyngtonie – tj. 8 lipca 2024 roku – prezydent Wołodymyr Zełeński wizytował w Warszawie, gdzie odbył spotkanie z premierem Donaldem Tuskiem. Obaj parafowali umowę polsko-ukraińską w zakresie współpracy na płaszczyźnie bezpieczeństwa i energetyki. Na wspólnej konferencji zapowiedziano m.in.:

  1. Utworzenie ukraińskiego legionu szkolonego i wyposażanego na terytorium Polski,
  2. Stworzenie mostu energetycznego z Polski na Ukrainę.
  3. Pracę na rzecz opcji strącania rosyjskich pocisków rakietowych lecących w kierunku Polski jeszcze nad terytorium ukraińskim – co miałoby zostać zorganizowane w ramach szerszej koalicji państw NATO.

Jednocześnie polski premier potwierdził kontynuację wsparcia Ukrainy na drodze do dołączenia do NATO i Unii Europejskiej. Zapytany o przekazanie kolejnych polskich Mig-ów 29 na Ukrainę, stwierdził, że jest to opcja pożądana, jednak na ten moment niemożliwa. Z uwagi na to, że Polska musi także dbać o własne bezpieczeństwo, a Migi pełnią ważną rolę w obronie powietrznej. Nie wykluczył jednak ich przekazania, gdyby Polska otrzymała w to miejsce wsparcie w postaci zachodnich maszyn.

Wreszcie, polski premier zaprezentował wyrozumiałe stanowisko dla strony ukraińskiej w kwestiach historycznych. Oznajmił, że Kijów jest gotów te sprawy poruszyć i rozwiązać, ale dopiero po konflikcie. Na co strona polska jest gotowa poczekać. To ostatnia deklaracja wydaje się być dyplomatycznym błędem, bowiem należy podkreślić, że wojna na Ukrainie trwa już trzeci rok. I zapewne potrwa jeszcze długo, a ukraińska administracja miała dużo czasu na załatwienie symbolicznych, ale jakże ważnych kwestii dla Polski i Polaków związanych z Rzezią Wołyńską. Strona polska nie powinna w tym zakresie sugerować, że temat nie leży aktualnie na stole. On powinien być dla Ukrainy widoczny i jak najbardziej uwierać po to, by same władze z Kijowa chciały rozwiązać problem jak najszybciej. Jeśli Ukraina nie jest gotowa na zrobienie tego teraz – gdy stoi przecież pod ścianą – to liczenie na to, że władze z Kijowa pójdą Polsce na rękę gdy wojna skończy się już po ich myśli, wydaje się być ułudą. Wątek ten jest jednak pobocznym w stosunku do całej konferencji i celu, jakiemu miała ona służyć. Niemniej należało o tym wspomnieć.

Utworzenie ukraińskiego legionu – chciałoby się rzec: wreszcie – jest pomysłem jak najbardziej pozytywnym. Podobnie jak ten, by za unijne pieniądze wydobywać polski węgiel i przetwarzać ją na energię wysyłaną Ukrainie, gdyby ta miała w okresie zimowym problemy z niedoborami na skutek rosyjskich działań. Tego rodzaju rozwiązanie jest win-win dla obu stron. Polskie górnictwo otrzymałoby bowiem zamówienie, które byłoby opłacane ze środków unijnych. Energia wyprodukowana z polskiego węgla nie byłaby objęta dodatkowymi opłatami związanymi z Zielonym Ładem, a Ukraina zabezpieczyłaby się na płaszczyźnie energetycznej.

Najwięcej kontrowersji w komentariacie wywołał pomysł zestrzeliwania rosyjskich rakiet w ukraińskiej przestrzeni powietrznej w celu ochrony polskiego terytorium. Tego rodzaju inicjatywę wielu określiło jako ryzykowną – mimo, że nie znamy dokładnego pomysłu, jak to technicznie miałoby wyglądać – a wobec tego niewartą podnoszenia. Wielu też wręcz odetchnęło z ulgą, gdy dzień później John Kirby – amerykański rzecznik Biura Bezpieczeństwa Narodowego – stwierdził publicznie, że tego rodzaju inicjatywa podnosiłaby ryzyko eskalacji. Sugerując, że Stany Zjednoczone dystansują się od tego rodzaju pomysłów. Tego rodzaju reakcja ze strony polskich publicystów, a nawet ekspertów jest kompletnie niezrozumiała.

 

Polska zyskała po 2022 roku na sprawczości

Po pierwsze, należy podkreślić, że John Kirby nie jest ani przedstawicielem polskich władz, ani nawet nie należy do decydentów w Waszyngtonie. Jest rzecznikiem. Innymi słowy, to nie on prowadzi negocjacje w imieniu USA i to nie z nim polska dyplomacja winna dyskutować. To, że rzecznik państwa trzeciego coś oświadcza nie oznacza, że takie są realia, a tym bardziej nie powinno decydować o tym, jak państwo polskie prowadzi swoją politykę zagraniczną oraz jakie cele w tej polityce sobie wyznacza. Należy przy tym zdawać sobie sprawę z faktu, że publiczne komunikaty rzeczników służą określonym celom politycznym, a nawet negocjacyjnym. Są zwykłym narzędziem, a nie żadnym wyznacznikiem prawdy objawionej. Polska racja stanu – w zakresie wojny na Ukrainie – wykracza poza amerykańską perspektywę. Wiedząc to, polskie władze nie tylko powinny, ale wręcz mają obowiązek realizowania polskich celów i interesów nie oglądając się na obawy i rozterki decydentów państw trzecich.

Tak, polska nie jest mocarstwem i posiada ograniczenia w zakresie kreowania i modyfikowania sytuacji międzynarodowej. Jednak nie oznacza to, że nie posiada żadnego wpływu. Wręcz przeciwnie, polskie władze od 2022 roku udowadniają, że ośrodek władzy w Warszawie zyskał na sprawczości. Nie powinna nas więc interesować np. aktualna narracja panująca w Waszyngtonie. Pamiętajmy, że w roku 2022 Amerykanie mówili „nie” dla tzw. broni „ofensywnej”, ciężkiego sprzętu (czołgów, artylerii), samolotów czy pocisków dalekiego zasięgu dla Ukrainy. W roku 2024 wszystkie te systemy uzbrojenia znajdują się już w dyspozycji ukraińskiej armii. To dowód na to, że linia polityczna i narracja zmieniają się w czasie. Często na skutek działań państw mniejszych, tj. jak Polska.

To polski rząd jako pierwszy podjął polityczną decyzję o przekazaniu Ukrainie: czołgów (T-72 i PT-91), bwpów (BWP-1), habicoarmat (Krab, Goździk) czy samolotów samolotów (Mig-29). Decyzje polityczne państw zachodnich były podejmowane w tym zakresie później. To Polska działała na rzecz „koalicji czołgów” w ramach której wywarła presję na rząd w Berlinie, a ten z kolei uzależnił swoją decyzję od przekazania czołgów przez Amerykanów. W efekcie na Ukrainę trafiły Leopardy 2, Challengery a także Abramsy. To polski prezydent ciężko pracował jeżdżąc po wszystkich zachodnich stolicach w czasie, gdy Wołodymyr Zełeński siedział w kijowskim bunkrze pogrążony w planowaniu obrony kraju. Powyższe dowodzi, że Polska potrafiła niedawno zmieniać zachodnie „nie” w „tak”. Z korzyścią dla siebie i Ukrainy. Nauczmy się wreszcie doceniania własnych atutów, bo nie da się już czytać i słuchać narracji „niedasizmu”.

„No fly zone” nad Ukrainą to nasz cel polityczny

W tym miejscu należy zupełnie analitycznie podejść do ogłoszonego – w przeddzień szczytu NATO – pomysłu o zestrzeliwaniu rosyjskich pocisków kierujących się w stronę Polski jeszcze nad Ukrainą. Jest to inicjatywa, która ponownie wykracza poza amerykańską strefę komfortu strategicznego. Jednak nas ten komfort nie powinien zupełnie obchodzić, bo w grę wchodzi nasze własne bezpieczeństwo. Lobbowanie za tego rodzaju rozwiązaniem jest jak najbardziej w polskiej racji stanu. Zwłaszcza, że nie posiadamy odpowiedniej liczby własnych systemów przeciwrakietowych, a dodatkowo jesteśmy uzależnieni od dostaw pocisków do nich od strony amerykańskiej. Nie ma więc innego wyjścia, należy zrobić wszystko by namówić sojuszników do stworzenia – przynajmniej nad zachodnią częścią Ukrainy – fizyczną „no fly zone”.

Tego rodzaju rozwiązanie budowałoby nasze bezpieczeństwo, jednocześnie podnosiło bezpieczeństwo Ukrainy i krępowało Rosjanom ręce. Przy czym liczy się efekt, a nie forma jaką przybierze inicjatywa. Oficjalne i głośne działanie na rzecz zestrzeliwania rosyjskich rakiet nad Ukrainą jest niewygodne dla Amerykanów. I bardzo dobrze. Łatwo w takich warunkach przedstawić alternatywę w postaci propozycji wysłania na Ukrainę dodatkowych systemów Patriot (lub innych) – oprócz tych już zadeklarowanych – które miałyby służyć stworzeniu parasola ochronnego w odległości np. 80-100 km od polskiej granicy. Innymi słowy, to niekoniecznie Polska czy NATO muszą zestrzeliwać rosyjskie pociski w takiej strefie. Mogliby to robić sami Ukraińcy dysponujący odpowiednim sprzętem. Wydzierżawionym w tym konkretnym celu.

Zaakceptowanie już tylko tego rodzaju okrojonego pomysłu, choćby tylko dlatego, by Polacy nie mówili już o strzelaniu do rosyjskich pocisków przez systemy obsługiwane przez żołnierzy NATO, byłoby dla nas i dla Ukraińców olbrzymią korzyścią. Wpisującą się w priorytet, o jakim mówił Prezydent Zełeński w Warszawie i w Waszyngtonie. Czyli stworzenia odpowiednio szczelnej obrony przeciwlotniczej i przeciwrakietowej. Pamiętać bowiem należy, że jeśli Ukraińcy stworzą taką kopułę, to nie przepuszczą pocisków lecących nad Polskę. Problem rozstanie rozwiązany.

Niemniej, absolutnie nie należy przekreślać też opcji, w której to systemy NATO-wskie – w celu obrony własnej przestrzeni powietrznej – zestrzeliwałyby pociski zmierzające w kierunku Polski czy np. Rumunii. I nie, nie oznaczałoby to automatyczne wejście do wojny, jak twierdzą niektórzy. W 2019 roku Iran zestrzelił amerykańskiego bezzałogowca MQ-4C Triton. Pro-irańskie bojówki – na rozkaz Teheranu – wielokrotnie atakowały amerykańskie bazy wojskowe w Iraku. Żadne z tych działań nie doprowadziło do wojny, mimo, że USA są znacznie silniejsze niż Iran. W 2015 roku Turcja zestrzeliła rosyjski samolot Su-24 powodując śmierć pilota. Rosja nie dokonała odwetu.

Oczywiście, że Moskwa może potraktować zestrzeliwanie jej pocisków jako casus belli. Tak samo jak Polska może potraktować jako powód do wojny naruszenie swojej przestrzeni powietrznej przez rosyjskie pociski. Czy Polska zaatakuje z tego powodu Rosję? Nie. Czy Rosja zaatakuje całe NATO z powodu neutralizowania jej pocisków? Odpowiedź musi być tożsama. Pamiętać też należy o tym, że jeśli władze z Moskwy będą chciały kiedykolwiek zaatakować Polskę lub NATO, to nie będą potrzebowały do tego żadnego prawdziwego casus belli. To sobie stworzą sami, jeśli zajdzie taka potrzeba.

Pomysł zestrzeliwania rosyjskich pocisków zmierzających w kierunku Polski – zauważmy jak duże pole manewru i interpretacji daje takie sformułowanie – jest pewnego rodzaju wyłomem. Pierwszym krokiem do rzeczywistego ustalenia strefy „no fly zone” dla Rosjan. Bowiem już teraz nad Ukrainą latają jedynie rosyjskie pociski lub bezzałogowce. Nic więcej. Więc zestrzeliwanie tego rodzaju środków bojowych oznaczałoby – bez politycznego ogłaszania i prawnych regulacji – rzeczywiste ustanowienie bezpiecznej strefy powietrznej nad częścią Ukrainy.

Gdyby NATO ustanowiło teraz – metodą faktów dokonanych – „no fly zone” nad zachodnią częścią Ukrainy, to Rosjanie w tym względzie nie mogliby zrobić nic. Skoro ich samoloty już teraz tam nie wlatują, więc tym bardziej nie wlatywałyby po objęciu ww. strefy dodatkową obroną powietrzną. W tym wszystkim najważniejsze jest zrozumienie, że niemal cały konwencjonalny potencjał armii Federacji Rosyjskiej jest zaangażowany przeciwko Ukraińcom. Rosja jest znacznie słabsza od NATO. To właśnie teraz jest najmniejsze ryzyko wojny pomiędzy NATO a Rosją. Ta druga ma skrępowane ręce i jest podatna na działania z zewnątrz. Azerbejdżan zajął cały Górski Karabach przy bierności Rosjan, a pamiętajmy, że Azerowie nie są żadną potęgą i nie uczestniczą w żadnym sojuszu, który gwarantowałby im bezpieczeństwo przez Rosją. JEŚLI NATO I POLSKA CHCĄ DZIAŁAŃ I AKTYWNIE POWSTRZYMAĆ ROSJĘ TO JEST TEN MOMENT NA DZIAŁANIE.  

Tym bardziej rozczarowującą jest postawa obecnej administracji z Waszyngtonu, która od 2022 roku prezentuje stanowisko dość zachowawcze. W ramach którego USA podejmują niezbędne minimum w zakresie pomocy Ukrainie, ale jednocześnie działają zbyt opieszale. Z opóźnieniem decydując się na przekazywanie kolejnych rodzajów sprzętu wojskowego. Samoograniczając się w tym zakresie i wyznaczając bezsensowne czerwone linie, po przekroczeniu których Rosjanie i tak nie reagują.

Przy tego rodzaju dystansie prezentowanym przez Waszyngton, Polska musi prowadzić bardziej aktywną, sprawczą politykę zagraniczną, w której będzie przejawiać się ogromną determinacją. Tak jak to było do tej pory. Amerykańskim prawem jest nie branie udziału w różnego rodzaju inicjatywach. Polskim prawem jest z kolei inicjowanie i lobbowanie za rozwiązaniami, które są korzystne z punktu widzenia polskiej racji stanu.

W tym zakresie publiczne wrzucenie na tapet – tuż przed szczytem NATO w Waszyngtonie –  kwestii zestrzeliwania rosyjskich pocisków nad Ukrainą należy oceniać jako bardzo dobrą decyzję. Musimy działać w tego rodzaju sprawach z wyobraźnią, odwagą i bez żadnych kompleksów. Bo nikt inni za nas tego nie zrobi.

 

Krzysztof Wojczal

geopolityka, polityka, gospodarka, prawo, podatki – blog

Wartościowe? Pomóż rozwijać bloga
Twitter
Visit Us
Follow Me
RSS
YOUTUBE
YOUTUBE

71 komentarzy

  1. Z wielką satysfakcją i przyjemnością chwalę herr Wojczala za jego ostatnie dwa podcasty o wynikach polityki POTUS Trumpa. I grzeczne i mądre i prawdziwe o co najtrudniej wśród tej azjatyckiej brodatej hołoty która zaśmieca internet. Analizy herr Wojczala 100/100 i nie ma jak się pokłócić.
    1/I najważniejsze po 30 kwietnia. Od roku i Pan i ja dobrze odczytywaliśmy politykę US wobec Rosji. Najpierw grzecznie pamiętając o własnych interesach, potem czyli teraz będzie kij basebolowy generała Pattona. Kolonialna umowa podpisana, czekam na jej efekty tj dymisję Żeleńskiego oraz wprowadzenie przez Radę Najwyższą wojskowego rządu tymczasowego generałów Budanowa i Załużnego, bo inaczej UKR powieli los Republiki Weimarskiej tj będzie Liban na sterydach. Na co obecnie grają ruskie paradoksalnie wspierając Żeleńskiego i jego politykę wsparcia Niemiec i UE a sabotażu US i pośrednio Międzymorza tj federacyjnej IV RP. Stąd ten irytujący trzymiesięczny chocholi taniec wokół tej umowy surowcowej i piski ukraińskich a niemieckich polityków że nie chcą być amerykańską kolonią czy faktorią. Lepiej by było jak było tj sowiecka szara strefa wpływów. Stąd obecna gra ruskich na scenariusz gruziński skoro NIE podejmują ostatecznego ryzyka wojskowego podbicia UKR.
    2/I tu najważniejsze. Prawdziwy dylemat strategiczny US. Czy dalej wspierać UKR, skoro obecna ekipa NIE gwarantuje lojalności wobec US co oznacza, że za rok czy dwa cały ten wojskowy sprzęt może zostać przejęty przez nowy prorosyjski rząd, który jak wszystkie wcześniejsze od Krawczuka po Żeleńskiego gospodarczo ułoży się z amerykańskimi koncernami ale politycznie będzie sabotować współpracę z yankesami. Dlatego koncepcja łże dr Bartosiaka i Macrona o utrzymywaniu przez UE rejestru kozackiego jest błędna i groźna, bo może spowodować odwrócenie sojuszów i wykorzystanie tych wojsk przeciwko Polsce. Nie przeciwko Berlinowi i Paryżowi lecz w imię partykularnego interesu UKR i tych stolic do federalizacji tj centralizacji UE tj pacyfikacji atlantyckiej Polski tego bękarta Traktatu Wersalskiego, państwa sezonowego zasiedlonego przez Irokezów, tej hieny Europy, psa łańcuchowego Ameryki. Tym bardziej że jak pisałem umowa surowcowa przede wszystkim będzie narzędziem do odcięcia ruskich czyli ukraińskich oligarchów od pieniędzy czyli ukraińskiej z sceny politycznej.
    3/Musi polać się krew oligarchów aby odciąć się od zgubnej polityki kordonu sanitarnego, która również u nas DALEJ pokutuje zamiast kolonizatorskiej koncepcji federacyjnej IV RP, która de facto i de iure zagwarantuje nam granicę na wzgórzach Wałdaju i łuku rzeki Don tj głębię strategiczną i polityczny potencjał wobec okrojonej Rosji, Niemiec i UE. Powtórzę, jedyna skuteczna droga UKR do US i NATO wiedzie PRZEZ Warszawę, tj jako część konfederacyjnej RP. Wspólny prezydent, polityka zagraniczna i wojsko plus krajowe rządy i legislatury. Albo federacja IV RP sześciu wolnych narodów albo znowu ruski mir i szwabska agentura. Tylko tak obronimy potencjalną agresję na Bałtów, tylko tak wzmocnimy NATO i uwolnimy zasoby US do pilnowania tej niespokojnej a kluczowej części świata. I ten projekt jest póki co spójny z polityką naszego ukochanego przywódcy POTUS Trumpa redukcji kosztów hegemona i utrzymania prymatu. Tutaj MUSI na stałe 24h stacjonować 500 000 armia lądowa wsparta siłami powietrznymi i morskimi NATO, ale to musi być armia sojusznicza i lojalna wobec US a nie Berlina czyli Moskwy.
    4/Czekają nas wstrząsy tektoniczne w Rosji, która tę wojnę strategicznie przegrała, co oznacza upadek gospodarki i zmiany elit, kształtu i struktur FR. W ciągu dekady upadek Rosji pogłębi trend niskich cen ropy i gazu w wyniku ich nadprodukcji oraz odchodzenia na rzecz elektryków w transporcie masowym i towarowym. Model gospodarczy Rosji boleśnie się skończył zaś Rosjanie bez ich kolonizacji poprzez faktorie NIE zmienią się mentalnie ani cywilizacyjnie co oznacza ryzyka wojny i bandytyzmu. Zamiast odbudowy kraju będą zbrojenia, zamiast wydatków na szpitale lub szkoły budowa rakiet, zamiast pracy korupcja, podbój i okradanie sąsiadów, bo tylko taka postawa od 500lat gwarantowała przeciętnemu Rosjaninowi egzystencjalne przetrwanie. Od Iwana IV Groźnego przyjęto model oparty o wyzysk, kłamstwo i agresję jako sposobu życia, a nie model kapitalistyczny oparty o wolność, prawa obywatelskie i własność. Temu turańskiemu modelowi hordy sprzyja pogłębiające się uzależnienie od komunistycznych Chin, które z czasem wywoła między nimi wojnę pograniczną skutkującą odzyskaniem przez Pekin Chin Północnych tj 1,5MLN km2 od Bajkału po Góry Stanowe i rzekę Uda. Ten ruski kryzys spotęguje także rozwój Turcji i jej projektu przywrócenia sułtanatu osmańskiego od Tatarstanu po Bułgarię i Serbię w Europie z wchłonięciem cywilizacyjnym i gospodarczym regionu Kaspijskiego po Ałtaj. To wymusi albo konflikt albo współpracę z Chińczykami, obstawiam to pierwsze z uwagi na religię, etnos i rywalizację Turcji z szyickim Iranem.Upadająca Rosja będzie coraz bardziej uzależniona od Pekinu, co przy kolonizacyjnej metodzie chińskiej polityki będzie powodem europeizacji przyszłych rosyjskich elit. I to będzie ostatecznie nasza polska szansa na liberalizację, cywilizacyjną kolonizację tej rosyjskiej upadliny. Więc z tych wielu powodów Rosja upadnie w ciągu dekady a my musimy być na konsekwencje tego upadku przygotowani.

Leave a Reply

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *