Polska Armia 2030 – cz. I [Analiza]

ZAMÓW W PRZEDSPRZEDAŻY:

TRZECIA DEKADA. Świat dziś i za 10 lat

Niniejszy tekst powstał z dwóch powodów. Chodziło o usystematyzowanie wiedzy z tematyki, a jednocześnie celem było rozwianie kilku – szkodliwych w mojej opinii – mitów z zakrętu wojskowości. Mitów, które rozprzestrzeniły się i żyją swoim życiem zwłaszcza w środowisku osób zainteresowanych geopolityką. Jednocześnie zastrzegam, że tekst zgłębia kwestie modernizacji Sił Zbrojnych RP  oraz wiedzę z zakresu taktyki i użytkowania danego uzbrojenia w takim zakresie, w jakim mnie osobiście to interesowało. Niemniej, dla zainteresowanych polecam obserwować wypowiedzi specjalistów i zawodowców z dziedziny, tj. (alfabetycznie): Mariusz Cielma, Tomasz Dmitruk, Bartłomiej Kucharski, Damian Ratka (kanał YT: Broń Pancerna Świata), Jarosław Wolski, Piotr Zbies, a także tych zajmujących się stricte Marynarką Wojenną tj.: Wojciech Budziłło, Dawid Kamizela czy Michał Piekarski. Tego rodzaju osób jest oczywiście znacznie więcej, natomiast wymieniłem te, po których pracę sięgam najczęściej. W tym miejscu podziękowania należą się Bartłomiejowi Kucharskiemu, Marcinowi Niedbale, Damianowi Ratce, Jarosławowi Wolskiemu, oraz Przemkowi z grupy Obrona Pro, jak również wszystkim innym, którzy przeczytali tekst i udzielili uwag zwrotnych.

W ostatnich miesiącach temat obronności Polski stał się szczególnie eksponowany w środowisku osób zajmujących się polityką międzynarodową. Zaczęły pojawiać się ponadto opinie, że Wojsko Polskie powinno się przygotowywać do tzw. wojny nowej generacji. Sugeruje się przy tym szczególny nacisk na jeden scenariusz tj. obronę terytorium III RP przed agresją rosyjską prowadzoną z kierunków Obwodu Kaliningradzkiego oraz Białorusi. Zdaniem niektórych pod taki właśnie wariant wydarzeń powinna zostać stworzona armia nowego wzoru, pozbawiona tzw. „białych słoni” czyli drogich systemów uzbrojenia. Pojawiła się opinia, że Polska powinna przyjąć pierwsze uderzenie (nawet rakietowe) na tzw. „klatę”. Zminimalizować przy tym straty poprzez rozproszenie sił i środków (a jak rozproszyć infrastrukturę strategiczną jak np. port LNG czy przyłącze Baltic Pipe?). Zakwestionowano również użyteczność Marynarki Wojennej, a zwłaszcza „dużych” okrętów klasy fregata (która de facto jest okrętem średniej lub małej wielkości, mniejszym niż niszczyciel, krążownik, okręt desantowy czy lotniskowiec). Zdaniem niektórych zadania obrony wybrzeża i Bałtyku mogą z powodzeniem przejąć lądowe systemy uzbrojenia (rakiety ziemia-woda oraz ziemia-powietrze) oraz mniejsze i tańsze jednostki nawodne.

Z tego rodzaju tezami nie sposób się zgodzić. Narracja wg której armia powinna przygotowywać się na jakiś z góry określony scenariusz nie wytrzymuje prostej krytyki. Nie chodzi bowiem o to, by przygotować się na jakiś (nawet najbardziej prawdopodobny) scenariusz. Siły zbrojne powinny mieć potencjał do reagowania w możliwie jak najszerszym spektrum zagrożeń (w tym hybrydowe lub nawet tylko na wrogie ruchy sugerujące zdolność do wykonania jakiegoś działania) . Oczywiście wojsko powinno ćwiczyć poszczególne warianty i prowadzić gry wojenne, jednak siły zbrojne – jako takie – winny być budowane z myślą o ogólnym potencjale i odporności na wszelkiego rodzaju zagrożenia. A nie tylko te wybrane. Bowiem przeciwnik może nie być tak uprzejmy i nie wcielić się w przypisaną mu wcześniej w czasie gier rolę, a zadziałać w sposób nieoczekiwany. I osiągnąć inne cele, niż te które mu teoretycznie obraliśmy. Dlatego powtórzmy. Siły Zbrojne buduje się jako potencjał. Natomiast rolą wojskowych jest ćwiczenie różnych wariantów jego użycia oraz przygotowanie się na możliwie jak największą ilość zagrożeń. W tym kontekście rezygnacja z wybranych systemów uzbrojenia jest zwyczajną rezygnacją z potencjału defensywno-ofensywnego w wybranych sferach.

W tym miejscu warto użyć pewnego porównania. Gdy zabezpieczamy dom przed włamaniem, to nie kupujemy psa oszczędzając na zamkach. Jeśli chcemy ochronić coś wartościowego, inwestujemy w każdy rodzaj zabezpieczeń, z których każde pełni inną rolę. Stawiamy ogrodzenie, wstawiamy okna i drzwi antywłamaniowe, instalujemy system kamer, kupujemy psa lub kota, w nadziei że włamywacz będzie miał uczulenie na sierściucha. Ewentualnie wynajmujemy ochronę 24h/dobę i jeszcze wykupujemy ubezpieczenie. Bo nie ma systemów nie do złamania. Niemniej, budujemy wielowarstwowy system ochronny, którego poszczególne elementy – w połączeniu z innymi – budują całość znacznie bardziej odporną na złamanie, niż suma poszczególnych jego składników. I tak właśnie powinno się budować siły zbrojne. Jako jeden wielki, kompleksowy system obronny dysponujący szeregiem urządzeń i narzędzi, którymi można odpowiedzieć na różne zagrożenia.

Rezygnacja z jednej sfery obronnej stanowi zachętę dla agresora, by powstałą słabość wykorzystać. Nie można więc zrezygnować z uzbrojenia przeciwlotniczego średniego zasięgu, które ma swoje miejsce i zadania w całym zintegrowanym systemie obrony powietrznej. Nie można rezygnować z fregat wielozadaniowych, z uwagi na ułatwienie ataku na newralgiczne obiekty infrastruktury strategicznej znajdujące się przy brzegu (jak np. terminal LNG). Nie można zrezygnować z ciężkich i dobrze wyposażonych czołgów w sytuacji, gdy na współczesnym polu bitwy jest to broń najlepsza w użyciu do flankowania lub przełamywania sił przeciwnika. Rezygnacja z posiadania na polu walki jakiegoś rodzaju uzbrojenia będzie narażać całą obronę na zniszczenie poprzez wykorzystanie przez przeciwnika istniejących braków. To tak, jakby w szachach stwierdzić, że zamiast dwóch wież i dwóch gońców, lepiej wystawić na początku partii cztery wieże. Tymczasem nie wiadomo przecież jak zostaną rozstawione piony i czy przypadkiem gońce nie okażą się właśnie czynnikiem decydującym o losie rozgrywki. W przestrzeni publicznej bardzo modnym stało się również przeliczanie kosztów jednego typu uzbrojenia na koszty innego. Np., że za X miliardów wydanych na system A, moglibyśmy kupić Y systemów B. I dlatego dany zakup jest bezsensowny. Jest to często nadużywany i zupełnie bezsensowny argument. To tak jakby stwierdzić, że w cenie systemu monitoringu, można by było ogrodzić działkę wokół domu aż 3 razy. Czy to by się wiązało z trzykrotnym zwiększeniem potencjału ochrony?

Modernizacja Sił Zbrojnych RP jest realizowana od wielu lat, a debata wokół tego jest tak długa jak czas trwania III RP. I mimo, że na przestrzeni tego czasu można postawić wiele zarzutów co do jej formy i przebiegu, to jednak dość łatwo jest określić finalny produkt jakim ma być nowoczesna armia Wojska Polskiego. Wystarczy prześledzić programy modernizacyjne oraz zadać sobie pytanie, jak ma wg planów wyglądać potencjał obronny III RP za kilka lat? Okazuje się, że budowany model WP jest nowoczesny i dość kompleksowy. Z pewnością będzie kosztowny i czeka nas wiele newralgicznie ważnych zadań do wykonania. Niemniej, projekt nowoczesnej armii jest realizowany już od bardzo dawna. Ze zmiennych szczęściem i efektami, ale jednak. I osobiście mam nadzieję, że w przeciągu kilku lat, może dekady, zostaną zrealizowane najważniejsze punkty. Opisane w poniższym opracowaniu. Zapraszam.

 

CZĘŚĆ I – ROZSTRZYGNIĘCIE NA LĄDZIE

Nie od dziś wiadomo, że wojenne losy Polski zależały od starć lądowych. Pomimo, że zyskaliśmy po roku 1945 znacznie szerszy dostęp do morza, to jednak wciąż zmagania na lądzie wydają się być tymi, które będą decydować o powodzeniu całej kampanii. Dlatego też Siły lądowe oraz powietrzne są priorytetami, jeśli chodzi o konstrukcję budżetu MON. Zupełnie słusznie. I widać to po potencjale przemysłowym jak również kierunkach jego rozwoju, a także po priorytetach przezbrajania Wojsk Lądowych.

Indywidualny System Walki Tytan

Broń strzelecka

Polski program żołnierza przyszłości – choć zwrot ten został już chyba zapomniany – ma się dobrze i jest realizowany. Przypomnimy, że powstała rodzina karabinków MSBS „GROT” (5,56 mm choć możliwa jest zmiana kalibru), która jest już produkowana i dostarczana do Wojska Polskiego. Żołnierze i instruktorzy WOT testują broń, w wyniku czego ta doczekała się już kilku ulepszeń i modyfikacji. Dzięki temu stała się bardziej niezawodna i lepiej dostosowana do potrzeb polskiego żołnierza. Broń jest oceniana jak bardzo nowoczesna i funkcjonalna. Jest przeznaczona zarówno dla osób lewo jak i praworęcznych, co znaczne ułatwia obsługę oraz szkolenie żołnierzy (zwłaszcza leworęcznych, którzy wcześniej musieli przyzwyczajać się do pewnych niedogodności).

Karabinek GROT (program MSBS) w dwóch wersjach

Udostępnienie GROTów w pierwszej kolejności żołnierzom WOT należy ocenić jako dobry pomysł. Po pierwsze dlatego, że WOT nie dotyczą regulacje związane z przetargami i wymogami co znacznie wydłużyłoby proces zakupu. Armia zawodowa musi dysponować sprawdzonym w boju i niezawodnym sprzętem (takim okazały się Beryle). Tymczasem GROT-y są jeszcze dopracowywane (proces ten zapewne będzie towarzyszył niemal przez cały okres użytkowania karabinków, niemniej GROT-y były do niedawna dotknięte wadami wieku dziecięcego). Nie zmienia to faktu, że MON zamówił już 68 tys. sztuk GROTÓW, a najwcześniej dostarczone karabinki (w pierwszej wersji) są aktualnie modernizowane przez fabrykę „Łucznik” z Radomia do najnowszego standardu. Na stan z lutego 2021 roku, fabryka dostarczyła użytkownikowi blisko 44 tysiące sztuk. Nietrudno dostrzec, że magazyny WOT-u będą niebawem w stanie wyposażyć w Groty planowaną ilość żołnierzy, bowiem formacja Wojsk Obrony Terytorialnej ma liczyć sobie ok. 53 tys. żołnierzy. Oznacza to, że niebawem MON powinien myśleć już o nowym zamówieniu na karabinki, tym razem z przeznaczeniem dla żołnierzy służby zawodowej. Ci dostaną sprzęt już od razu w najnowszej wersji. Pozbawiony wielu wad. Warto w tym miejscu poświęcić kilka zdań odnośnie niedawnej krytyki GROTÓW. Odnosiła się ona do pierwszych wersji karabinka. Z pewnością dobrze, że wybrzmiała (co z pewnością zmobilizowało producenta), niemniej wskazać należy, że Grot przeszedł szereg modyfikacji, które powinny wyeliminować zgłaszane przez żołnierzy problemy (które występowały stosunkowo rzadko, licząc odsetek zgłoszeń). Jednocześnie nie ulega wątpliwości, że sama konstrukcja jest nowoczesna, funkcjonalna i ma szansę z powodzeniem stać się podstawową bronią strzelecką w Wojsku Polskim. Zwłaszcza, że karabinek ma charakter modułowy, a więc można – na bazie tej samej konstrukcji – uzyskać broń strzelecką o różnych właściwościach. Możliwym jest również łatwa zmiana kalibru z 5,56 mm x 45 NATO na 7,62 mm x51 NATO.

Oprócz karabinków, Fabryka Broni „Łucznik” w Radomiu opracowała pistolet samopowtarzalny VIS 100 kal. 9 x 19 mm. W 2018 roku podpisano umowę na dostawę 20 tys. pistoletów, które trafiają w pierwszej kolejności do sił WOT oraz do 18 Dywizji Zmechanizowanej. Zakończenie dostaw tej partii ma zakończyć się w 2022 roku. Konstrukcja VIS-a 100 (ta wojskowa, a nie cywilna) jest oceniana jako przyzwoita. Co istotne, nowy pistolet jest niezwykle potrzebny w polskiej armii, która dotychczas posługiwała się zabytkami.

VIS 100 – zdj. Fabryka Broni „Łucznik”

Rozwijane są kolejne wersje GROT-a, tj. karabin wyborowy na amunicję 7,62×51 mm. Konstrukcja niebawem powinna zostać ukończona i przy zamówieniu z MON – zacznie trafiać na uzbrojenie Sił Zbrojnych RP.

Propozycja na wyborowego GROTA, może w przyszłości zastąpić już sprawdzone i dobrze oceniane polskie karabiny wyborowe „Bor” (późn. Alex) opracowane w 2005 roku. Do niedawna armia dysponowała ok. 200 sztukami tej broni Borów o kalibrze 7,62 mm NATO, natomiast w 2017 roku MON podpisał kolejny kontrakt na dostawę zmodernizowanych 657 karabinów Alex o zmienionym kalibrze 0.338 Lapua Magnum. Dzięki nowej amunicji karabin znacząco poprawił swoje walory bojowe.

Karabin wyborowy Alex

Polska zbrojeniówka dostarcza armii również powtarzalne wielkokalibrowe karabiny „Tor” kalibru 12,7 x 99mm. Karabin wyprodukowały Zakłady Mechaniczne „Tarnów”, a na wyposażeniu WP znajduje się 40 sztuk tej broni. Może ona razić zarówno siłę żywą jak również lekko opancerzone wozy bojowe.

Wielkokalibrowy karabin wyborowy (WKW) „Tor” kal. 12,7 mm

 

Z kolei Zakłady Mechaniczne „Tarnów” opracowały mniejszego i lżejszego następcę karabinu maszynowego UKM-2000P, w postaci UKM 2020S kal. 7,62 x 51. Karabin znajduje się w fazie testów. Na wyposażeniu Wojska Polskiego znajduje się 3700 ukm-ów w poprzedniej wersji, które są sprawdzoną bronią.

Niezwykle ciekawą i wydaje się użyteczną konstrukcją dla Wojska Polskiego miał okazać się rewolwerowy granatnik RGP-40 na amunicję 40 mm x 46SR produkowany przez Zakłady Mechaniczne w Tarnowie. W 2016 roku została podpisana umowa na 500 sztuk tego rodzaju broni. Do 2017 roku wyprodukowano 200 sztuk, jednak MON nie odebrał sprzętu i anulował umowę. Okazało się, że granatnik słabo współpracuje z polską amunicją marki ZM Dezamet. Ta miała tendencję do zakleszczania się w magazynku, przez co granatnik nie osiągał zakładanej szybkostrzelności. Od tego momentu program stoi w miejscu i nie wiadomo, czy będzie kontynuowany. Mimo, że Dezamet dostosował amunicję, co rozwiązało problem. MON jednak nie wrócił do tematu, szkoda, ponieważ RGP-40 był wysoko oceniany przez specjalistów i mógłby pełnić ważną rolę zwłaszcza w walce na krótszym dystansie, np. w warunkach miejskich. Należy mieć nadzieję, że program zostanie decyzją MON wznowiony.

RGP-40 – zdj. domena publiczna

Wyposażenie

Program Tytan to oczywiście nie tylko uzbrojenie żołnierza przyszłości, ale i wysokiej klasy wyposażenie dające mu przewagi na nowoczesnym polu bitwy, jak również wpinające go w cały system zarządzania polem walki.

Należy nadmienić, że Grupa WB zbudowała nowoczesną radiostację, która jest trudna do wykrycia przez środki rozpoznania elektronicznego. Pozwala jednocześnie przesyłać duże pakiety danych tworząc coś na kształt taktycznej sieci informacyjnej. Na jej bazie stworzono cały system łączności na poziomie batalionu – nazwany roboczo Silent Network.  Radiostacje cechują się niską emisją (trudnowykrywalność), długim czasem pracy (do 48h), relatywnie niską maską (1,5 kg), niezłym zasięgiem do 10 km (transmisja obrazu z kamer) lub do 50 km (łączność o mniejszej przepustowości danych) oraz zdolnością do zmiany częstotliwości nawet 700 razy na sekundę. Ta ostatnia właściwość jest unikatowa na skalę światową i została m.in. opracowana w związku z doświadczeniami Grupy WB z Donbasu, gdzie drony Flyeye musiały się mierzyć z rosyjskimi systemami walki elektronicznej. Oprócz radiostacji, w zestawie dla żołnierza jest urządzenie U-Gate, które pozwala naprowadzać artylerię, lotnictwo lub nawet sterować amunicją krążącą Warmate. Cały system jest obecnie certyfikowany i pozytywnie zakończył badania kwalifikacyjne w programie Tytan. Innymi słowy, niebawem można spodziewać się wdrażania go do armii, co oczywiście będzie wymagało w pierwszej kolejności zamówienia ze strony MON. Niemniej Grupa WB stworzyła powyższy produkt właśnie w ramach porozumienia dotyczącego programu Tytan, także kontrakt wydaje się być kwestią formalną. Niewątpliwie Silent Network będzie jednym z najnowocześniejszych i najlepszych systemów łączności dla piechoty i powinien w sposób znaczący wpłynąć na zdolności oraz potencjał prowadzenia walk przez polskich żołnierzy.

Całkiem nieźle wygląda również sprawa noktowizji oraz termowizji. Od 2016 roku MON zakupiło już ok. 10 tys. zestawów gogli i lornetek noktowizyjnych a także noktowizorów strzeleckich oraz strzeleckich celowników termalnych produkowanych przez polską firmę PCO S.A. W marcu 2021 roku podpisano nowy kontrakt na dostawę kolejnego tysiąca sztuk tego sprzętu, która ma się zakończyć w 2022 roku. W pierwszej kolejności wyposażane są jednostki WOT oraz 18 Dywizja Zmechanizowana, a więc siły które stacjonują bliżej centrum i wschodu kraju.

Podsumowanie – Tytan

Polski przemysł zbrojeniowy posiada wystarczający potencjał do wyposażenia Wojska Polskiego w nowoczesną broń strzelecką, systemy łączności oraz obserwacji (nokto- i termowizja). Sprzęt został już opracowany, w dużej części jest produkowany oraz wdrażany do użytkowania w Siłach Zbrojnych RP. Poza rozwojem poszczególnych wersji karabinka „GROT”, fabryka „Łucznik” może skupić się na realizacji zleceń z MON w sposób niezakłócony. Pozostanie znak zapytania przy granatniku RGP-40, niemniej, produkcja ta pokazuje, że polski przemysł jest zdolny do dostarczenia tego rodzaju specjalistycznej broni. O ile MON wróci do tematu i zdecyduje się na jej zakup (po odpowiednich modyfikacjach). Można założyć, że tego rodzaju system przydałby się zwłaszcza żołnierzom WOT, a także operatorom z jednostek specjalnych (z uwagi na użyteczność w walce na krótszym dystansie). Obie te formacje mogą składać zamówienia oddzielnie od MON, co wydaje się kwestią kluczową pod względem ograniczeń proceduralno-prawnych (wynikłych na skutek braku prawidłowej realizacji umowy przez Tarnów przy pierwszym zamówieniu). Na koniec pozostaje jeszcze kwestia nowoczesnych mundurów, kamizelek kuloodpornych  oraz hełmów piechoty. Prace nad nimi wciąż są prowadzone, jednak wskazać należy, że elementy ubioru stosunkowo łatwo i szybko można wyprodukować w dużej ilości. Z tych względów są to płaszczyzny, które można opracować na samym końcu programu Tytan. Zwłaszcza, że ubiór i hełm winny być dostosowane do uzbrojenia i wyposażenia (a nie na odwrót), tak więc właściwym było w pierwszej kolejności opracowanie systemów bojowych oraz wyposażenia specjalistycznego.

 

Broń przeciwpancerna

Tak jak w przypadku obrony przeciwlotniczej, system obrony przeciwpancernej winien być wielowarstwowy oraz składać się z wielu różnego typu środków bojowych. Zwłaszcza, że samonaprowadzane pociski przeciwpancerne o dużych zasięgu oraz  przebijalności potrafią być drogie (nawet kilkaset tysięcy złotych za sztukę – tj. Spike). W związku z czym, mając na uwadze proporcje koszt/efekt, celowym jest właściwe nasycenie armii wybranymi typami uzbrojenia ppanc. Do niszczenia mniej opancerzonych i łatwiejszych do neutralizacji celów winny służyć tańsze granatniki i wyrzutnie pocisków kierowanych wprowadzane na wyposażenie w ilości masowej. Z kolei do unieszkodliwiania ciężej opancerzonych pojazdów (czołgi) wymagane są drogie, trudniejsze w obsłudze ale bardziej skuteczne pociski kierowane. Należy również zwrócić uwagę na fakt, że lżejsze wyrzutnie są bardziej przydatne na walce w bliskim dystansie a także najczęściej umożliwiają ich użycie wewnątrz pomieszczeń. Mają z kolei ograniczony potencjał jeśli chodzi  o walkę na dystansie. W takich warunkach lepiej sprawdzają się droższe i zazwyczaj cięższe wyrzutnie pocisków kierowanych.

Co do zasady samonaprowadzane pociski przeciwpancerne mają dać przewagę żołnierzowi piechoty nad czołgiem lub wozem opancerzonym dzięki większemu, skutecznemu zasięgowi rażenia. O ile np. armata czołgowa zazwyczaj może prowadzić skuteczny ogień bezpośredni na ok. 2 lub 2,5 km, o tyle pociski kierowane mogą razić cel nawet na dwukrotnie większej odległości. To teoretycznie pozwala piechocie niszczyć cele zanim znajdzie się w zasięgu uzbrojenia danego wozu bojowego. Niemniej armaty czołgowe mogą prowadzić ogień w sposób zbliżony do tych artyleryjskich. Tj. wykorzystać pełną donośność poprzez efekt paraboli lotu pocisku (odłamowo-burzącego). Tak więc, jeśli czołgiści wiedzą o zagrożeniu i przede wszystkim znają jego położenie mogą uprzedzić operatorów PPK. Jednocześnie ci ostatni po oddaniu strzału – jeśli choćby część czołgów pozostanie zdolnych do walki – mogą mieć mało czasu na ucieczkę.

Nie można również zapominać o ograniczeniach tego rodzaju uzbrojenia. Po pierwsze, deklarowane przez producentów parametry pocisków dotyczą idealnych warunków testowych. Tymczasem skuteczność i zasięg pocisku naprowadzanego są mocno zależne np. od warunków pogodowo-atmosferycznych. Tym samym zasięgi skutecznego rażenia są zazwyczaj mniejsze. Podobnie jak procent skuteczności. Mgła, deszcz, noc, unoszące się tumany kurzu, a nawet upał potrafią znacznie wpłynąć na szanse obsługi ppk, jeśli chodzi o skuteczne rażenie celu.

Po drugie, należy pamiętać o tym, że żołnierz piechoty jest na współczesnym polu walki niezwykle podatny na bardziej lub mniej precyzyjne rażenie przez przeciwnika. Dlatego musi jak najdłużej pozostać w ukryciu. Wykrycie pozycji obsługi ppk zazwyczaj prowadzi do ostrzału tego miejsca. Tymczasem często wystrzał ppk wiąże się właśnie z ujawnieniem pozycji strzelca. Co za tym idzie, obsługa ppk powinna – co do zasady – już po oddaniu jednego strzału zmienić pozycję oddalając się od swojego dotychczasowego miejsca pobytu. To sprawia, że trudno byłoby np. powstrzymać większą liczbę dynamicznie nacierających czołgów lub wozów opancerzonych. Zwłaszcza, gdyby wroga artyleria próbowała stosować supresję (np. przy pomocy artylerii) pozycji obronnych w taki sposób, by czołgi i wozy bojowe mogły szybko zbliżyć się do przeciwnika na dystans umożliwiający im skuteczne rażenie. W sytuacji gdyby tak się stało, a piechota stacjonująca na słabo umocnionych pozycjach obronnych znalazłaby się w zasięgu rażenia wrogich armat czołgowych oraz armat mniejszego kalibru, wynik takiego starcia mógłby być tylko jeden. Tak więc piechota z ppk wcale nie stanowi dobrej odpowiedzi na wszystkie scenariusze ataku ze strony silnie opancerzonego przeciwnika. W zasadzie jest zupełnie odwrotnie. Istnieją specyficzne warunki, w których żołnierz z ppk może zyskać przewagę nad czołgiem. Przy czym stosowane taktyki użycia czołgów zazwyczaj nakazują unikanie użycia tych jednostek w tak niekorzystnych okolicznościach.

Wyrzutnia pocisków Spike LR – mesko.com.pl

Polska armia zawodowa dysponuje wciąż dostarczanymi pociskami Spike-LR produkowanymi w polskich zakładach Mesko na licencji udzielonej przez izraelski koncern Rafael. Na stan z końcówki 2020 roku, Polska dysponowała 264 sztukami wyrzutni w wersji z przeznaczeniem dla piechoty (do tego blisko 2,7 tys. rakiet + kolejny tysiąc dostarczany, a zamówiony w 2017 roku). Pocisk ma być ponadto zintegrowany z bezzałogową wieżą ZSSW-30, która będzie montowana na Borsukach,  Rosomakach a także prawdopodobnie na niszczycielach czołgów (program Ottokar Brzoza). Broń jest bardzo dobrze oceniana pod względem jakości i efektywności w zakresie jej przeznaczenia (zwalczanie broni pancernej na zasięgu do 4 km). Pocisk posiada opcję „odpal i zapomnij” i w tym trybie ma maksymalny zasięg 2,5 km a naprowadzany jest kamerami CCD oraz IIR. Niemniej, strzelec może samodzielnie naprowadzić pocisk na cel dzięki światłowodowi, który łączy go z wyrzutnią. Umożliwia to korektę, zmianę celu, czy uderzanie w cel za zasłoną. Niewątpliwie Spiki to świetna i bardzo potrzebna broń w WP. Niestety 264 wyrzutnie to zdecydowanie za mało, jak na nasze potrzeby. MON powinien pomyśleć o kolejnym kontrakcie, choć należy pamiętać, że Mesko ma problem z terminowym wywiązaniem się z kontraktu na 1000 sztuk pocisków zamówionych w 2017 roku, które miały zostać dostarczone do końca 2020. Kontrakt został wydłużony i w latach 2020-2021 ma zostać dostarczonych 600 brakujących sztuk, o ile nie będzie kolejnych opóźnień.

Javelin – domena publiczna

Prawdopodobnie czynnik ten (opóźnienia w dostawach Spików i wyraźnie przeciążenie mocy produkcyjnych Mesko w tym zakresie) był jedną z przyczyn, dla których MON zdecydował się zakupić dla WOT-u inny pocisk. A konkretnie Javelin o zasięgu do 4,7 km (w najnowszej wersji). Pierwsze szkoleniowe wyrzutnie i pociski zostały już dostarczone (początek 2021). Ogółem MON zakupił 60 wyrzutni i 180 pocisków od Amerykanów. Podpisany w 2020 roku kontrakt ma zostać zrealizowany do końca 2021 roku, przy czym jest całkiem możliwe, że MON zwiększy zamówienie. Javeliny są bronią podobnej klasy co Spiki, jednak nie mają możliwości ręcznego naprowadzania na cel – co należy uznać za istotną wadę. Warto odnotować, że i w tym przypadku Polska dysponuje śladową ilością uzbrojenia. Wobec czego, nasze zdolności ppanc – co do ogółu – są mocno ograniczone.

Zakłady Mesko kończą natomiast prace nad nieco lżejszym i tańszym systemem Pirat. Jest to lekki system przeciwpancernych pocisków kierowanych (zasięg do 2,4 km), które mają zdolność rażenia celu zarówno od frontu, jak i z góry (top attack). Pocisk naprowadzany jest na odbitą od celu wiązkę lasera i został opracowany w całości przy pomocy potencjału własnego polskich zakładów. Pirat będzie prawdopodobnie proponowany do programu Pustelnik (na nowy lekkie przeciwpancerne systemy rakietowe). Niezależnie od tego Wojskowy Instytut Techniczny Uzbrojenia opracował prototyp pocisku Moskit LR. Już w tym roku (2021) Moskit ma być gotowy do produkcji oraz zostać zaoferowany w programie Karabela (nowy przeciwpancerny pocisk kierowany).

 

Bardzo źle wygląda natomiast sytuacja, jeśli chodzi o ręczne granatniki piechoty. Zarówno żołnierze zawodowi jak i WOT muszą wciąż polegać w tej materii na wysłużonych, poradzieckich RPG-7. MON ma zamiar zastąpić wysłużoną broń poprzez zakup lekkich jednorazowych granatników przeciwpancernych w programie „Grot”. Niemniej, ostatnia wzmianka o tym programie pochodzi z  2020 roku i brak jest danych nt. tego, kiedy i jakie pociski moglibyśmy nabyć. Warto podkreślić, że tego rodzaju uzbrojenie służy do walk na małej odległości (do ok. 300 metrów) i najlepiej się sprawdza np. w warunkach walki miejskiej. Tymczasem rolą WP będzie powstrzymanie przeciwnika na polu bitwy, a nie walka partyzancka w miastach. Dlatego priorytetem winny być przede wszystkim precyzyjne systemy rażenia przeciwpancernego o znacznej sile rażenia i przebijalności pozwalające neutralizować pancerne uderzenie przeciwnika z odpowiednio dużej odległości. Należy również pamiętać, że ręczne granatniki są bronią stosunkowo prostą w produkcji oraz obsłudze. Co za tym idzie, jeśli MON zdecyduje się już na jakiś zakup, to istniejące braki będzie można w krótkim czasie wypełnić.

 

Podsumowanie – broń przeciwpancerna

Przede wszystkim wskazać należy, że rodzimy przemysł posiada zdolność produkcji nowoczesnych systemów przeciwpancernych w postaci licencjonowanych Spike LR. Potencjał ten powinien zostać podtrzymany, co na chwilę obecną jest realizowane (vide kontrakt na dostawy pocisków, a także przyszła integracja wyrzutni z wieżyczkami BWP oraz KTO). Ponadto prace nad Piratem oraz Moskitem są na ukończeniu. Oba pociski zostały stworzone własnym sumptem przez polskie zakłady zbrojeniowe. Co oznacza, że tego rodzaju systemy uzbrojenia Polska mogłaby produkować samodzielnie. Od MON zależy, czy ten potencjał zostanie utrzymany oraz jak się rozwinie. Istnieją krytyczne oceny w zakresie decyzji o zakupie amerykańskich Javelinów dla WOT. Wskazać jednak należy, że proces przezbrajania WOT w broń przeciwpancerną powinien być prowadzony w szybkim tempie. Mesko nie posiada możliwości niezwłocznej realizacji kolejnego zamówienia na Spiki, a Pirat oraz Moskit nie są jeszcze gotowe. Być może czynnik czasu był dla MON-u decydujący, choć można było zamówić Spiki od innych producentów (np. z Izraela – choć w owym czasie przeszkadzały kwestie polityczne). Co nie zmienia faktu, że ministerstwo powinno wesprzeć rodzimy przemysł zbrojeniowy oraz rozpocząć w niedalekiej przyszłości wdrażanie systemów Pirat oraz Moskit. Martwi z kolei niski poziom nasycenia WP bronią przeciwpancerną, jednak gdyby MON systematycznie dokonywał odpowiednich zamówień, wówczas  obraz może się zmienić w najbliższych latach. Pocieszające z kolei jest to, że niebawem Rosomaki będą wyposażane w wieżę bezzałogową ZSSW-30, która będzie również wyposażona w dwie zintegrowane wyrzutnie Spików. Tak więc piechota zmechanizowana będzie prawdopodobnie dysponowała blisko dwiema setkami KTO wyposażonymi w kierowane pociski przeciwpancerne.

 

Broń przeciwlotnicza

PZR GROM

W kwestii uzbrojenia polskiego żołnierza piechoty w ręczną wyrzutnię rakiet przeciwlotniczych, jest to sfera, w której polski przemysł zbrojeniowy posiada sprawdzone w boju, doskonałe rozwiązanie. Produkowany przez Mesko PPZR Grom (przenośny przeciwlotniczy zestaw rakietowy) składa się z wyrzutni i naprowadzanego podczerwienią pocisku Grom o zasięgu do 5 km, na pułapie do 3,5 km. Wyrzutnie sprawdziły się w czasie konfliktu w Gruzji, a polskie zakłady realizują modernizację do wersji PPZR Piorun. Pocisk Pioruna ma zwiększony zasięg (do 6,5 km na pułapie do 4 km). W 2016 roku MON podpisał umowę na dostawę 420 zmodernizowanych wyrzutni oraz 1300 rakiet. Jednak dopiero od 2019 roku Mesko zaczęło dostarczać pierwsze egzemplarze (opóźnienie wynikło z uwagi na potrzebę rozwiązania problemów z napędem).

Systemy Grom i Piorun są integrowane również z zestawami obrony przeciwlotniczej bardzo krótkiego zasięgu tj. Pilica czy Poprad. Na stan z kwietnia 2021 roku, Wojsko Polskie otrzymało już kilkaset rakiet klasy Piorun.

Niewątpliwie Pioruny to sprzęt z najwyższej półki i stanowić będzie niezwykle groźny dla przeciwnika oręż na bardzo krótkim dystansie. Należy mieć nadzieję, że nasycanie Sił Zbrojnych RP tego rodzaju bronią będzie kontynuowane.

 

Lekkie moździerze piechoty

LMP 2017- lekkie moździerze piechoty

W 2018 roku MON podpisał umowę na dostawę 780 sztuk lekkich moździerzy piechoty kalibru 60 mm w postaci LMP-2017, która jest jak dotąd realizowana w terminie. W 2019 roku WOT otrzymało 150 sztuk, natomiast w 2020 roku Zakłady Mechaniczne „Tarnów” dostarczyły kolejne 204 sztuki moździerzy. Konstrukcja była opracowywana w dość dużym pośpiechu, jednak początkowe problemy zostały – wydaje się – przezwyciężone. Wobec czego WOT może liczyć na lekką, poręczną, łatwą w obsłudze i dobrze wykonaną broń produkcji krajowej. Co również ma znaczenie z uwagi na dostępność uzbrojenia oraz amunicji w warunkach ograniczenia międzynarodowych łańcuchów dostaw. Należy zadać pytanie, czy dostawy powinny zostać kontynuowane również celem wyposażenia w LMP-2017 wojsk zawodowych. Wprawdzie piechota zmechanizowana będzie korzystać ze wsparcia w postaci samobieżnych moździerzy Rak kalibru 120 mm, jednak być może ręczne lekkie moździerze piechoty w pewnych warunkach bojowych również znalazłyby zastosowanie na nowoczesnym polu walki.

 

Pancerna pięść

Czołgi

Szacuje się, że polskie siły zbrojne dysponują pokaźną liczbą ok. 800 czołgów. Co na papierze czyni z Polski pancernego lidera Unii Europejskiej, zwłaszcza, że Polska posiada więcej Leopardów niż same Niemcy, które są ich producentem (choć po wyciągnięciu z rezerwy ok. 70 sztuk, Niemcy będą mieli już 320 tych pojazdów). Oczywiście rzeczywistość nie wygląda już tak dobrze, choć powyższy tytuł może mieć niebawem poparcie w rzeczywistej sile pancernej. Potrzebne jednak będzie włożenie sporej ilości pracy, czasu i pieniędzy, by tak się rzeczywiście stało. I wydaje się, że MON realizuje taki wysiłek.

Leopard 2PL

Główną pancerną pięść Sił Zbrojnych RP stanowią niemieckie Leopardy 2A5 w ilości 104 sztuk, zakupionych w 2013 roku z rezerw Bundeswehry. Oprócz tego odebrano już kilkanaście sztuk zmodernizowanych Leopardów 2PL. Umowa z 2015 roku na modernizację – opiewająca na kwotę 3,29 mld zł – obejmowała zakresem wszystkie 142 sztuki Leopardów 2A4, nabytych w większości jeszcze w 2002 roku za symboliczną kwotę. Modernizacja ta ma planowo zakończyć się (wg aneksu z 2019 r) w 2023 roku, choć dotychczasowe tempo dostaw nie powala i wątpliwym jest, by i ten termin został dotrzymany (z przyczyn leżących zarówno po stronie niemieckiej jak i Bumaru). Leopardy w wersjach 2A5 i 2PL nie stanowią szczytu modernizacyjnego tego pojazdu. Niemcy zmodernizowali większość własnych wozów (których łącznie mają ok. 250 szt.) do wersji A6, a w tej chwili podnoszą ich wersję do standardu A7 (łącznie 205 wozów, połowa do 2023 a połowa do 2026 roku). Różnica pomiędzy wersjami A5 oraz 2PL a A6 i A7 jest istotna, bowiem nowsze niemieckie pojazdy posiadają m.in.. dłuższą i lepszą lufę L55. To znacznie zwiększa siłę rażenia czołgów. Niemniej, przy użyciu odpowiedniej amunicji, polskie Leopardy wyposażone w lufę L44 powinny wystarczyć na zagrożenie w postaci rosyjskich tanków. Zwłaszcza, że co do zasady nasze maszyny są lepiej opancerzone. Choć wskazać należy, że Leopardy posiadają słabość w pancerzu wieży, w miejscu gdzie wersje starsze niż 2A5 miały wycięcie na celownik. Wycięcie to zostało obłożone dodatkowym opancerzeniem w nowszych wersjach, niemniej wciąż jest to słaby punkt czołgu.

PT-91 Twardy

Obok niemieckich Leopardów, polskie siły pancerne dysponują jeszcze 232 sztukami czołgów PT-91 Twardy. Jest to rodzima modernizacja T-72, całkiem zresztą udana. Jednak należy pamiętać, że o ile na moment produkcji Twardych, ich zdolność bojowa była dość wysoka o tyle, od tego czasu minęło ponad 20 lat. W konsekwencji potencjał militarny tego sprzętu powoli zaczyna się wyczerpywać, choć wciąż – przy użyciu odpowiedniej amunicji – czołgi te mogą stanowić zagrożenie dla jednostek przeciwnika.

W lipcu 2019 roku MON zawarł  Zakładami Mechanicznym „BUMAR-ŁABĘDY” oraz Wojskowymi Zakładami Motoryzacyjnymi umowę na remont i modyfikację czołgów T-72. Wartość kontraktu opiewała na blisko 1,75 mld zł, a jego zakres docelowo ma objąć aż 318 maszyn. Choć specjaliści wskazują, że ostatecznie może okazać się, że maszyn nadających się do naprawy może być około dwustu. Proces ma zakończyć się do 2025 roku. Kontrakt jest już realizowany, a WP regularnie odbiera wyremontowane i zmodyfikowane egzemplarze. T-72 w ramach modyfikacji otrzymują nowe przyrządy obserwacyjno-celownicze włącznie z termowizorem polskiej produkcji (PCO) oraz cyfrowe środki łączności zewnętrznej i wewnętrznej produkcji Grupy WB. W kontekście modernizacji Leopardów oraz zakupie Abramsów, może pojawić się pytanie – po co remont starych T-72? Wyjaśnić należy, że decyzja zapadła jeszcze zanim zdecydowano o zakupie amerykańskich czołgów. Jednocześnie przez 4 lata (od 2015r.) nie udało się zmodernizować ani jednej sztuki Leoparda 2A4 pomimo faktu, że część z nich został już przekazana do zakładów – a więc nie mogła służyć w linii. Ponadto na ówczesnym etapie bliżej realizacji była koncepcja realizacji programu „Wilk” (np. jako K2PL), a to oznaczało, że nowe czołgi miały pojawić się w Siłach Zbrojnych RP dopiero po 2030 roku. To z kolei prowadziło do konstatacji, że przez kolejnych 10 lat, Polska będzie musiała polegać tylko na Leopardach (i to nie wiadomo czy wszystkich z uwagi na stagnację w modernizacji wer. 2A4) oraz PT-91. Prawdopodobnie rozważano więc jako opcję awaryjną głęboką modernizację T-72 do którejś z nowych propozycji polskiego przemysłu. By taką – w razie potrzeby – szybko przeprowadzić, należało mieć już gotowe, wyremontowane pojazdy. Niemniej, pomimo decyzji o zakupie Abramsów, kontynuowanie powyższego kontraktu wciąż wydaje się mieć sens. Po pierwsze dlatego, że SZ RP potrzebują sprawnych wozów jako odwodu. Po drugie, rozważana jest rozbudowa armii a więc niewykluczone, że zaistnieje potrzeba wyposażenia kolejnych jednostek liniowych. Wówczas T-72 można by zmodernizować lub używać ich jako wozów wsparcia ogniowego. Po trzecie wciąż nie wiadomo kiedy zakończy się modernizacja Leopardów 2A4, które w tej chwili są praktycznie uziemione. Wreszcie, gdyby okazało się, że wysłużone T-72 nie są nam jednak potrzebne – będzie można je odsprzedać. Tamtejsza armia wciąż korzysta z tego rodzaju sprzętu, a przemysł zbrojeniowy jest rozgrzany jeśli chodzi o modernizację post-sowieckich czołgów.

Co nowego?

Problemy z ciągnącą się modernizacją Leopardów – przez które połowa wozów jest w zasadzie niezdolna do walki – a także fakt, że rodzimy przemysł nie opracował dotąd własnego czołgu, skłoniły MON do poszukania rozwiązań alternatywnych. Dobrym pomysłem wydawała się współpraca z Koreańczykami z południa, którzy proponowali polonizację swojego K2. Koncepcja K2PL wydawała się świetna, choć istnieją głosy, że w rzeczywistości koreańska propozycja nie była aż tak atrakcyjna jak z początku się wydawała. Jednak nawet, gdyby była, to wspólna budowa czołgu zajęłaby kolejne dziesięciolecie. W efekcie na nowe czołgi – przy dobrych wiatrach – moglibyśmy liczyć dopiero po 2030 roku. Do tego czasu musielibyśmy polegać na 250 Leopardach (a aktualnie jedynie połowie tego) oraz wysłużonych 232 PT-91. Byłby to potencjał – zarówno pod względem ilości jak i jakości – dalece niewystarczający w kontekście potencjalnego zagrożenia ze strony Federacji Rosyjskiej. Jednocześnie przykład modernizacji Leopardów 2A4 pokazał, że nie można liczyć na  zakłady Bumar-Łabędy w kontekście szybkiej i sprawnej modernizacji co najmniej 300 sztuk T-72 do standardu odpowiadającego tym rosyjskim wersjom (choć potencjał technologiczny do tego istnieje). Zresztą ewentualne koszty głębokiej modernizacji tych wozów nakazują kwestionować ten pomysł, zwłaszcza, że utraciliśmy część potencjału w zakresie produkcji części, a w szczególności silników. Tak więc inwestowanie miliardów w głęboką modernizację starego sprzętu, do którego nie posiadamy silników mijałoby się z celem (to byłby może dobry pomysł, ale 10 lat temu).

Dlatego zdecydowano się poszukać na rynku już dostępnego rozwiązania. Tych nie było wiele. Brytyjczycy (Challenger 2), Francuzi (Leclerc), a także Niemcy (Leopard 2) rozebrali linie produkcyjne swoich czołgów lub ich części. Niemcy mogą jedynie modernizować wozy, ponieważ skorupy wież do Leopardów 2 produkowane są już tylko w Grecji przez jeden zakład. I to w iście południowym tempie. Grecy zamówienie z 2018 roku na 44 nowe skorupy do węgierskich Leopardów będą realizować do roku 2023. Strach pomyśleć, jaki byłby termin realizacji, gdyby w kolejce ustawiła się Polska z zamówieniem na 250 nowych wozów. Tak więc z już dostępnych na rynku rozwiązań pozostawał wcześniej wspomniany południowokoreański K2, Abrams, a także japoński Type 10 oraz izraelska Merkava. Tych dwóch ostatnich nikt nam jednak nie proponował. Przy czym K2 w wersji niezmienionej jest czołgiem średnio nadającym się na polski teatr działań. Projektowany był z myślą o walce w górach, gdzie trudno jest flankować. Tym samym posiada przyzwoicie opancerzony front oraz słabo (jak na europejskie standardy) opancerzone burty. Ponadto K2 byłby trudny dla funkcjonowania dla polskich załóg z uwagi na ciasnotę wnętrza.

M1A2 SEPv3 Abrams

W tym kontekście zakup 250 Abramsów w najnowszej wersji SEPv3 wydawał się jedynym dostępnym rozwiązaniem. Zwłaszcza, że obłożone dotąd zamówieniami amerykańskie zakłady produkcyjne, właśnie zyskały nieco na mocach przerobowych. Dzięki temu, że Amerykanie nie tylko mogą produkować nowe czołgi, ale i posiadają olbrzymie zasoby magazynowe (liczone w tysiącach sztuk), jak również aktualną możliwość wzięcia dodatkowych zamówień, Polska może otrzymać pierwsze czołgi zmodernizowane do najnowszej wersji już w roku 2022. To tak, jakbyśmy w zasadzie kupowali sprzęt leżący na półce. Tego rodzaju historie zdarzają się niezwykle rzadko zwłaszcza w kontekście zamówień tak skomplikowanego i ciężkiego sprzętu. Niewątpliwie więc pojawiła się okazja akurat w momencie, w którym okazało się, że Polska potrzebuje nowego sprzętu w krótkiej perspektywie czasowej.

Warto dodać, że czołgi M1A2 Abrams SEPv3 są niewątpliwie najlepszym sprzętem jaki moglibyśmy nabyć (oprócz tego, że w zasadzie to była jedyna opcja). W kwestii bezpieczeństwa załogi M1 są bezkonkurencyjne (również z uwagi na sposób przechowywania amunicji). Pancerz – nawet ten eksportowy – należy do ścisłej czołówki. Należy wspomnieć o systemie aktywnej obrony (hard-kill) przed pociskami przeciwpancernymi w postaci izraelskiego Trophy. Słabością pojazdu jest jego lufa (L44 ta sama co w polskich Leopardach). Amerykanie nie widzieli potrzeby jej wymiany z uwagi na stosowanie pocisków ze zubożonym uranem. Amunicja ta została niedawno zaproponowana Brytyjczykom, więc jest szansa, że Amerykanie odejdą od dotychczasowej praktyki i będzie można kupić od nich tego rodzaju pocisk. Co należałoby zrobić. Niemniej mimo jej braku, czołg wciąż zachowa zdolność do przebicia pancerza każdego rosyjskiego czołgu za pomocą amunicji tradycyjnej. Słabością jednostki jest jej paliwożerność, choć dzięki dużemu zbiornikowi paliwa Abrams posiada większy zasięg operacyjny niż Leopard. Z drugiej strony turbina gazowa stanowiąca napęd Abramsa jest w stanie spalić każdy rodzaj paliwa. I mitem jest, że czołg M1 należy tankować paliwem lotniczym, ponieważ turbina była projektowana pod diesel. Natomiast paliwo lotnicze amerykanie stosują z przyczyn logistycznych (mogą nim tankować nie tylko czołgi, ale i śmigłowce oraz inne pojazdy – dieslem by już nie mogli). Co doskonale wyjaśnił w jednym z nagrań Damian Ratka. Wskazuje się ponadto na fakt, że Abramsy nie posiadają możliwości tak głębokiego brodzenia jak Leopardy czy czołgi rodziny T-72. Niemniej pamiętać należy, że planowane rozmieszczenie tychże pojazdów (18 dyw. broniąca ściany wschodniej) sprawi, że M1 będą operowały na wschód od największych polskich rzek. Innymi słowy, przeprawianie ich po głębokim dnie nie będzie zwyczajnie potrzebne. Niemniej, Abramsy mogą rzeczywiście się przeprawiać w ten sposób przy użyciu specjalistycznego wyposażenia.

Problemem nie będzie z kolei masa czołgu. Waga M1A2 Abrams SEPv3 (66,6 tony metryczne) jest porównywalna do masy Leoparda 2A7V (67,5 tony metryczne). Innymi słowy, nawet gdybyśmy mieli możliwość zakupu nowych Leopardów lub modernizacji już posiadanych, ich waga nie odbiegałaby znacznie od wagi Abramsa SEPv3. Tego rodzaju masa nie stanowi problemu dla naszej infrastruktury (kolejny mit, rozwiany w wywiadach z Damianem Ratką a także Jarosławem Wolskim), a w zakresie składu kolejowego i zbyt wąskich wagonów – Polska i tak musi wreszcie dostosować się w tym zakresie do nowych wymagań. Choćby ze względu na sojuszników. Innym mitem jest ten, jakoby czołgi te były za ciężkie na warunki polskiego pola bitwy. Tego rodzaju głosy nie dotarły jednak ani do producentów Leclerców (62 t.) ani Leopardów (64 t.). Tymczasem ani francuskie, ani niemieckie warunki nie różnie się wiele od tych w Polsce. Oczywiście, że duża masa może w pewnych warunkach ograniczać możliwości użycia czołgów. To naturalne. Jednak, nie ma dymu bez ognia. Trzeba się decydować albo na cięższy pancerz i lepszą ochronę wozu oraz załogi, albo na większą mobilność w trudnym terenie. Polska dysponuje i tym (Leopardy i w przyszłości Abramsy) i tym (PT-91, T-72).

Z pewnością natomiast problem z masą polskich czołgów (wynikającą m.in. z grubego opancerzenia) będą mieli z pewnością Rosjanie, których najcięższy i najnowszy T-14 Armata waży ok. 55 ton (vide słabo opancerzona wieża bezzałogowa). Niemniej czołg ten jest dopiero wprowadzany w ilościach symbolicznych na uzbrojenie, a główną siłą uderzeniową Federacji Rosyjskiej są różne modernizacje wozów T-72 (jak np. T-90) oraz T-80. Skąd wynika ten rosyjski nacisk na mniejszą masę czołgów? Sprawa ta jest dobrze znana od czasów II Wojny Światowej, a w zasadzie od zawsze. Białoruskie, a zwłaszcza ukraińskie bezdroża – z uwagi na klimat i uwarunkowania – charakteryzują się długim okresem roztopów. Występuje tam charakterystyczna „błotna pora roku”. W takich warunkach, ciężkie czołgi mają znacznie utrudnione warunki do działania. Dla Polski to nie problem, ponieważ raczej nie zamierzamy atakować Moskwy, tymczasem Rosjanie muszą być zdolni do operowania wojskami pancernymi na własnym terytorium lub w najbliższej okolicy. Dlatego nie mogą stawiać na ciężkie wozy i w miejsce pancerzy wielowarstwowych (nawet gdyby potrafili robić takie jak na zachodzie) stawiają na pancerze reaktywne. Tak więc wjeżdżając na bardziej suche przestrzenie muszą liczyć się z tym, że natrafią na znacznie ciężej opancerzonego przeciwnika. Dlatego właśnie Polska może pozwolić sobie na czołg o masie powyżej 60 ton, a Rosjanie niekoniecznie. Zwłaszcza, że nie mogliby go używać np. na bezdrożach centralnej części kraju lub na Dalekim Wschodzie przy granicy z Chinami – gdzie dróg w zasadzie nie ma (a „pora błotna” również jest niezwykle długa). To tłumaczy tak duże zaangażowanie rosyjskich trolli w polskiej przestrzeni internetowej, które w kółko twierdzą, że Polska nie powinna mieć tak ciężkich czołgów. Powinna. I miejmy nadzieję, będzie miała. J

 

Podsumowanie – czołgi

Niewątpliwie – pomimo papierowego potencjału – aktualna siła pancerna Polski została znacznie osłabiona. W linii funkcjonuje w zasadzie setka Leopardów 2A5 oraz 232 PT-Twardy. Teoretycznie korzystamy jeszcze z czołgów T-72, niemniej je należy traktować bardziej jako wóz wsparcia a nie pancerną pięść. Jednak już za 3-4 lata sprawa może wyglądać zupełnie inaczej. Przy zrealizowaniu zamówienia na 250 Abramsów, ukończeniu modernizacji 142 Leopardów do wersji 2PL oraz wyremontowaniu 318 T-72, Polska będzie posiadać pół tysiąca nowoczesnych czołgów, wspieranych przez kolejne pół tysiąca PT-91 i T-72 (o ile nie zostaną zmodernizowane lub sprzedane). Niewątpliwie będzie to siła, z którą Rosjanie będą musieli się liczyć (1 Gwardyjska Armia Pancerna dysponuje ok. pół tysiącem czołgów z rodziny T-72 i T-80). W zasadzie strona rosyjska w bezpośrednim pancernym starciu (nie uwzględniając innych systemów uzbrojenia) miałaby ogromny problem z przebiciem się przez polską zaporę. Oczywiście po naszej stronie pojawia się problem logistyki (3 różne rodziny wozów). Niemniej warto wskazać, że docelowo wszystkie Leopardy mają wrócić do 11 Lubuskiej Dywizji Kawalerii Pancernej. Wszystkie Abramsy wejdą na wyposażenie 18 Dywizji Zmechanizowanej. Natomiast dwie pozostałe dywizje będą operować na PT-91 i T72. Innymi słowy, każda dywizja będzie dysponowała jednolitym sprzętem, a więc logistycy każdej z nich będą się martwili tylko o części do jednego typu maszyn. Podobnie jak serwisanci będą obsługiwać również jeden typ maszyn. Oczywiście problemem będzie brak możliwości dzielenia się częściami pomiędzy dywizjami, a także korzystania z innego zaplecza serwisowego niż to własne.

W ramach podsumowania pozostaje jeszcze odpowiedzieć na jedno pytanie. Czy cięższy czołg podstawowy jest potrzebny na współczesnym lub przyszłym polu walki? Pojawiły się bowiem głosy, że tego rodzaju ciężkie i bardzo drogie wozy powinny wyjść z użycia. Z uwagi na łatwość ich zniszczenia za pomocą tanich efektorów tj. pociski przeciwpancerne, artyleryjskie, bomby lotniczy czy wreszcie – koronny argument – latające drony. Warto jednak pamiętać, że tego rodzaju dyskusja trwa niemalże od czasu, gdy czołgi powstały (I Wojna Światowa). Ponieważ natychmiast pojawiły się środki ich niszczenia. Nijak nie zmieniło to realiów, a w II Wojnie Światowej czołgi pełniły one decydującą rolę. Olbrzymim błędem byłoby uznanie czołgów za tzw. „białe słonie” i zrezygnowanie z nich w sytuacji, gdyby nieprzyjaciel (jak Rosja) dysponował niezliczoną flotą tego typu pojazdów.

W tym miejscu pojawia się zwykle argument, że Polska powinna inwestować w drony i inne tanie środki likwidowania czołgów. Problemem jednak jest to, że latające drony są niezwykle wrażliwe na zniszczenie lub zagłuszenie. Tak więc co by się stało, gdybyśmy Polska postawiła wszystko na jedną kartę i okazało się, że ta metoda nie wypaliła? Że przeciwnik przygotował się i zadbał o odpowiednia osłonę lub taktykę użycia czołgów? Czym zatrzymalibyśmy pędzący do przodu zagon pancerny, gdyby nie można było go zlikwidować z powietrza? Wracając do początku artykułu. Siły Zbrojne buduje się jako potencjał. Wojsko Polskie musi posiadać drony, artylerię, lub broni przeciwpancerną, ale musi również posiadać potencjał do zatrzymania przeciwnika tym samym środkiem. Czołgiem. Chodzi o to, by mieć przygotowane różne opcje przeciwko danemu zagrożeniu, by móc zaskoczyć przeciwnika. Tak by wróg nie mógł przewidzieć i całkowicie zabezpieczyć się przed naszą reakcja na atak.

Ponadto zadziwiające jest to, że czasami te same osoby/środowiska, które twierdzą , że Wojsko Polskie powinno być mobilne, potrafią wskazać na czołg jako przestarzały i niepotrzebny środek walki. Czołg = manewr. Trzeba mieć daleko idący brak zrozumienia dla spraw wojskowo-militarnych by twierdzić, że wojsko powinno być mobilne i walczyć w manewrze, nie posiadając jednocześnie czołgów. Wykonanie uderzenia na wrogie zagony pancerne (osłaniane przez OPL neutralizującą zagrożenie z powietrzna – w tym dronów) za pomocą np. piechoty zmechanizowanej byłoby czystym samobójstwem. Podobnie jak próba wykonania uderzenia na bronione pozycje w celu ich przełamania. To czołg – z uwagi na swoje ciężkie opancerzenie a także siłę ognia oraz mobilność – daje potencjał do wykonania manewru. Flankowania lub przełamywania sił przeciwnika, a także dokonanie kontruderzenia. Doświadczenia i badania US Army z wojny w Iraku pokazują, że amerykańscy czołgiści aż 2/3 ze wszystkich trafień uzyskiwali w burty irackich czołgów. Nikogo to nie zdziwiło, bowiem Abramsy dążyły do flankowania przeciwnika na pustynnych płaszczyznach. Dzięki temu uderzano w słabe punkty przeciwnika z łatwością niszcząc jego wozy. Polskie równiny są doskonałe do stosowania tego rodzaju taktyki. Taktyki, do której najlepiej nadają się czołgi. Z wyżej wymienionych powodów żadna światowa potęga nie rezygnuje z czołgów podstawowych. Amerykanie wciąż modernizują kolejne Abramsy do najnowszych wersji i zamierzają zbudować nowy czołg podstawowy. Podobnie jak Francuzi i Niemcy, którzy wspólnie pracują nad EMBT (Europejskim Czołgiem Podstawowym). Również Włosi – pomimo swojej charakterystycznej geografii – także zamierzają pozyskać nowe czołgi podstawowe. Nie wspominając już o największym dla nas zagrożeniu –  Federacji Rosyjskiej, która modernizuje i produkuje nowe maszyny na dużą skalę.

Jak widać nikt nie rezygnuje z czołgów podstawowych ani nawet nie wymienia ich na czołgi lekkie, które – w stosunku do cięższych odpowiedników – nie mają porównywalnej zdolności przełamywania sił przeciwnika. Lekki pancerz oznacza bowiem, że niemal każde trafienie z broni średniego i większego kalibru = zniszczenie pojazdu. Tak więc odparcie ofensywy lub kontrofensywy lekkich czołgów jest zadaniem znacznie łatwiejszym niż oparcie się ciężkiemu uderzeniu dobrze opancerzonych czołgów podstawowych. Czołg podstawowy potrafi bowiem przetrwać wiele. By go zniszczyć trzeba użyć specjalnego uzbrojenia, którego nasycenie w armii jest niższe. Oczywiście trafienia i zniszczenia czołgów są spektakularne. Lubią nagłówki prasowe i często są liczone na współczesnych polach bitew (przykłady zniszczonych tureckich Leopardów 2A4 w Syrii, czy trafienia ormiańskich tanków przez Azerów). Tymczasem mało kto liczy trafienia i zniszczenia opancerzonych wozów bojowych, w których często oprócz załogi ginie transportowana piechota. Piechota, która obecnie jest znacznie bardziej cenna niż w milionowych armiach II Wojny Światowej czy Zimnej Wojny. Są to często operatorzy specjalistycznego sprzętu (ppk, plot, inżynierowie, saperzy etc.). Długo szkoleni żołnierze zawodowi, których znacznie trudniej zastąpić. Świetny przykład dbania o życie żołnierza dają Żydzi, którzy do celów transportowania piechoty dostosowali… czołg Merkawa.

Tak więc przyszłość nie oznacza wcale rezygnacji z tego rodzaju uzbrojenia. Wręcz przeciwnie, zaczną powstawać tanie, wysoce mobilne systemy obrony powietrznej przeznaczone do obrony czołgów podstawowych przed latającymi dronami. Co zresztą nie będzie trudne z uwagi na fakt, że wystarczy choćby powrócić do zarzuconej koncepcji użycia artylerii lufowej małego kalibru, która będzie zestrzeliwała latające drony, a nawet pociski artyleryjskie. Tego rodzaju broń była stosowana od dziesięcioleci np. na okrętach wojennych (system CIWS). Polska, podobnie jak inne kraje, właśnie wdraża tego rodzaju obronę w postaci działek OPL kalibru 23 i 30 mm, a także relatywnie tanich systemów rakietowych b. krótkiego zasięgu – Grom i Piorun. Polski przemysł opracował również systemy zagłuszania, które mają neutralizować sygnały przesyłane do wrogich dronów.

Reasumując, czołg podstawowy daje siłom zbrojnym potencjał m.in. do:

  1. flankowania przeciwnika,
  2. wykonywania uderzeń przełamujących pozycje obronne,
  3. stosowania kontruderzeń,
  4. opóźniania działań agresora,
  5. postawienia szybko ostatniej linii obrony przez wrogim natarciem pancernym w sytuacji, gdyby groziło przełamanie własnej linii obronnej.

Przy czym żaden inny rodzaj uzbrojenia nie nadaje się do tych zadań lepiej, niż właśnie czołg. Uderzenie flankujące wykonane piechotą zmechanizowaną można relatywnie łatwo powstrzymać (a broniące się czołgi dokonałyby masakry wśród atakujących). Wozy opancerzone, nawet te cięższe i droższe, są podatne na zniszczenie wielu typów broni (nawet o mniejszym kalibrze). Natomiast nacierająca piechota to już przeszłość. Żołnierz, który nie jest ukryty przed wzrokiem wroga, umiera na współczesnym polu walki. Natomiast uderzenie pancerne wykonane z zaskoczenia na wrogi, poruszający się konwój może kompletnie zdewastować przeciwnika, przebić się przez niego (i jego linie logistyczne) oraz kontynuować natarcie lub zwyczajnie wykonać odwrót.

Zdolność do wykonania ofensywnego działania jest szalenie istotna, ponieważ musimy być gotowi choćby na taki scenariusz, w którym Rosjanie wchodzą na polską strefę przygraniczną i stają w miejscu. Okopują się i zamrażają konflikt jak w Donbasie – dyktując jednocześnie Warszawie polityczne warunki. By temu przeciwdziałać, Wojsko Polskie musi mieć zdolność do wykonania ciężkiego uderzenia (kontruderzenia) w celu wyparcia wroga z dopiero co zajętych pozycji. Nie należy również rezygnować – co do zasady – z potencjału ofensywnego. Bowiem i taki może się kiedyś przydać.

Amunicja
Pociski: APFSDS-T oraz HE – mesko.com.pl

Warto nadmienić, że niezwykle istotnym elementem składającym się na wartość bojową czołgów jest amunicja. Tą produkuje dla polskich wozów fabryka MESKO. Jeszcze w 2014 roku MON zawarł z MESKO dwa kontrakty na łączną dostawę 27 tysięcy pocisków podkalibrowych APFSDS-T kal. 120 mm, stosowanych do niszczenia celów opancerzonych. Niemniej, od lat krążyły w przestrzeni medialnej informacje, że polska amunicja posiada znacznie gorsze parametry od niemieckich odpowiedników (DM63A1). Pojawiło się wówczas sporo tekstów krytycznych stanowiących, że wydano kilkaset milionów złotych na amunicję, która nie przebije przedniego pancerza rosyjskich czołgów.

Dlatego w 2018 roku MON zakupił znaczne ilości (prawdopodobnie 8 tys. sztuk) nowoczesnej amunicji 120 mm bezpośrednio w firmie Rheinmetall (typu DM63A1). Co zostało ujawnione dopiero w kwietniu 2021 roku.

Z kolei MESKO w 2018 roku ukończyła prace nad modernizacją własnych pocisków kal. 120 mm. Te w wersji odłamkowo-burzącej (HE) są już dostarczane do polskiej armii (zamówiono kilkanaście tysięcy sztuk). Nowa, znacznie lepsza wersja pocisków podkalibrowych czeka na zamówienie i produkcję. MESKO opracowało ponadto nową amunicję do luf kalibru 125 mm (PT-91 oraz T-72) i prawdopodobnie niebawem zostanie podpisana umowa na ich dostawę. Już teraz firma realizuje kontrakt na przerobienie posiadanej – przestarzałem – amunicji 125 mm na wariant szkoleniowy. Można więc przypuszczać, że niebawem polscy czołgiści będą mieli sporo ćwiczeń strzeleckich J

Co istotne, kontrakt na zakup Abramsów ma również dotyczyć jednocześnie sporej ilości amunicji do tych czołgów. Tak więc po zakupach w Rheinmetallu z 2018 roku (DM63A1), w MESKO z 2018 roku (HE i ćwiczebna), a także po dostawie Abramsów wraz z amunicją nie ma zagrożenia, że polskie siły pancerne będą bezzębne w ewentualnym starciu z przeciwnikiem ze wschodu. Pozostaje jedynie nabyć niebawem nową amunicję do PT-91 oraz T-72, bowiem wozy te wciąż korzystają z tej przestarzałej.

Na koniec warto nadmienić, że dzięki inwestycjom w Hucie Stalowa Wola, zakład ten dysponuje obecnie najnowocześniejszą na świecie linią produkcyjną do luf średnich i dużych kalibrów (od 30 do 155 mm). HSW już w tej chwili wytwarza lufy do Krabów (kal. 155 mm) oraz Raków (120 mm), a ponadto lipcu 2021 roku uzyskała licencję na produkcję luf kal. 120 mm do czołgów Leopard. Fabryka jest wpięta przy tym w niemieckie łańcuchy dostaw i może realizować zamówienia zagraniczne (ale i również krajowe bezpośrednio z MON).

 

Wozy bojowe

KTO Rosomak z wieżą Hitfist (armata 30 mm)

Polska piechota zmechanizowana dysponuje blisko dziewięcioma setkami dość nowoczesnych i sprawdzonych w warunkach bojowych KTO (Kołowy Transporter Opancerzony) Rosomak. Podwozie produkowane jest na fińskiej licencji przez Rosomak S.A. (dawniej Wojskowe Zakłady Mechaniczne w Siemianowicach Śląskich). SZ RP dysponują różnymi wersjami tych wozów, w tym blisko 360 sztukami wyposażonymi wieżę załogową kalibru 30 mm HITFIST-30P. Dodatkowo  istnieje możliwość przezbrojenia blisko dwustu Rosomaków w nową wieżę ZSSW-30. Co wydanie wzmocni potencjał bojowy jednostek posługujących się tego rodzaju sprzętem. Bowiem najważniejsza różnica pomiędzy HITFIST-30P a ZSSW-30 jest taka, że ta druga będzie współpracować z wyrzutniami Spike-LR. To może mieć kolosalne znaczenie na polu walki. W tej bowiem chwili Rosomak z Wieżą Hitfist nie może mierzyć się z wrogimi czołgami. Kaliber armaty 30mm jest zbyt niski by zagrozić przednim pancerzom tanków. Tymczasem drużyna wyposażona w Spike-LR, która porusza się Rosomakiem, by być gotowa do walki musi przyjechać na pozycję, wyładować się, rozłożyć zestaw Spike i dopiero wówczas może oddać strzał. Strzał, po którym powinna natychmiast zmienić pozycję, a więc spakować wyrzutnię i użyć nóg lub Rosomaka do oddalenia się z ujawnionego miejsca. Tymczasem Rosomak z wieżą ZSSW-30 będzie mógł w praktyce z marszu odpalić ppk w stronę wrogiego czołgu (z bezpiecznej odległości) a następnie odskoczyć. Co nie tylko zwiększa bezpieczeństwo załogi Rosomaka oraz transportowanej drużyny piechoty, ale i zwiększa siłę bojową KTO.

KTO Rosomak poruszają się na trakcji kołowej 8×8 i są zdolne zabrać do 11 osób na pokład (załoga + 8 żołnierzy desantu, lub też 6 żołnierzy desantu w wersji afgańskiej) i cechuje się tzw. „pływalnością” czyli możliwością brodzenia i pokonywania przeszkód wodnych. Pojazd można w łatwy sposób wyposażyć w dodatkowe opancerzenie, kosztem rezygnacji z pływalności (co zastosowano w warunkach Afganistanu).

BWP-1

Niestety SZ RP wciąż odczuwają braki jeśli chodzi o Bojowe Wozy Piechoty. Formacje pancerne wciąż polegają na zabytkowych, postsowieckich BWP-1 w liczbie ok. 1250 sztuk, których wartość bojowa jest symboliczna (nadają się w zasadzie już tylko do transportu). Pocieszającą informacją jest fakt, że projekt NPBWP (Nowego Pływającego Bojowego Wozu Piechoty) Borsuk jest już na ukończeniu i prawdopodobnie niebawem MON podpisze kontrakt z Hutą Stalowa Wola na dostawę tych pojazdów.

BWP Borsuk z wieżą bezzałogową ZSSW-30

Docelowo na Borsukach ma służyć 10 batalionów zmechanizowanych. Warto odnotować, że Borsuki mają być od początku wyposażane w wieżę bezzałogową ZSSW-30 (zamówienie na wieże obejmuje na razie 340 sztuk z czego pierwsze zapewne będą montowane w Rosomakach). HSW jednocześnie opracowuje dwie wersje pojazdu. Pierwszą standardową posiadającą zdolność pokonywania przeszkód wodnych oraz drugą ciężej opancerzoną bez tzw. pływalności. Borsuk będzie operował na podwoziu gąsienicowym i zabierze na pokład 3 osoby załogi oraz 6 żołnierzy desantu. Produkcja seryjna ma rozpocząć się między 2023 a 2024 rokiem, w związku z czym nie należy spodziewać się zbyt szybko odpowiedniego nasycenia Borsukiem SZ RP oraz całkowitego zastąpienia BWP-1. Właśnie dlatego planuje się modernizację BWP-1 polegającą m.in. na wymianie w tych wozach dotychczas stosowanej i przestarzałej armaty 73 mm na nowoczesne działko 30 mm oraz wyrzutnie Spike LR zamontowane na lżejszym wariancie wieży ZSSW-30. Przy modernizacji innych systemów (łączność, optyka, zawieszenie etc.) wozy mogłyby posłużyć nawet do 2040 roku – jak to przewiduje MON. W ostatnim czasie podjęto działania w celu przygotowania BWP-1 do modernizacji. MON zlecił Wojskowym Zakładom Motoryzacyjnym w Poznaniu remont blisko 40 sztuk tych wozów. Co może potwierdzać przypuszczenie, że w następnym etapie – po remoncie – planuje się modernizację wozów, by mogły one posłużyć do momentu zastąpienia ich Borsukami.

 

Równie zła sytuacja panuje w WP jeśli chodzi o rakietowe niszczyciele czołgów. Obecnie na stanie SZ RP znajdują się jedynie zabytkowe wozy rozpoznawcze BRDM-2 wyposażone w przestarzałe pociski kierowane 9M14P/P1 Maliutka. Wartość użytkowa wozów jest w zasadzie jedynie teoretyczna. Dlatego MON przewiduje realizację programu Ottokar Brzoza. Wciąż trwają jednak prace analityczno-koncepcyjne w tym zakresie, wobec czego nie wiadomo nawet, jakiego rodzaju podwozia oraz uzbrojenia będzie wymagała polska armia. To z kolei nakazuje sądzić, że na polskiego niszczyciela czołgów będziemy musieli jeszcze długo czekać. Pamiętając jednocześnie o niskim nasyceniu bronią ppanc związków piechoty zmechanizowanej, naszą najlepszą bronią w najbliższej przyszłości przeciwko wrogim zagonom pancernym będzie artyleria i własne czołgi. W tym kontekście determinacja rządu dotycząca chęci pozyskania w krótkim czasie dobrych maszyn nie powinna nikogo dziwić. Zwłaszcza, że Program „Wilk” związany z budową nowego polskiego czołgu podstawowego nie ruszył nawet z miejsca.

Wracając do niszczycieli czołgów, wskazać należy, że program posiada dość niski priorytet. I nic dziwnego. Współczesne niszczyciele czołgów są dość słabo opancerzone, a ich głównym wyposażeniem są PPK. Co za tym idzie, wóz nie ma potencjału takiego jak czołg (np. nie może służyć do przełamywania sił przeciwnika). Tego rodzaju pojazd dobrze nadaje się w zakresie taktyki: „uderz i uciekaj”. Z uwagi na większy zasięg rażenia niż armata czołgu, może odpalić pociski a następnie dzięki wysokiej mobilności uciec próbującym skrócić dystans zagonom pancernym przeciwnika. Ewentualnie niszczyciela czołgu można użyć podprowadzając go pod wykryty, defensywnie nastawiony wóz bojowy przeciwnika. Oddać strzał, a następnie zmienić pozycję. Niemniej w otwartej konfrontacji przy dynamicznie nacierającym przeciwniku, niszczyciele czołgów mogą zadać mu dotkliwe straty, jednak z uwagi na potrzebę przeładowania po kilku strzałach, a także z uwagi na niskie opancerzenie wymagające ucieczki ze skutecznego zasięgu ostrzału przeciwnika – mogą okazać się niewystarczające do powstrzymania ofensywy.

W kontekście zdolności polskiego przemysłu, pocieszającym jest natomiast fakt, że posiadamy potencjał do zbudowania własnej jednostki tego typu. Do dyspozycji posiadamy przecież podwozia Rosomaka, K9 (wykorzystanego na potrzeby Krabów) a w ostateczności można nawet w tym celu wykorzystać BWP-1. W przyszłości do dyspozycji będzie również podwozie Borsuka lub zaprezentowane na MSPO2021 zmodyfikowane Lekkie Podwozie Gąsienicowe (LPG). Uzbrojenie także nie powinno być problemem z uwagi na licencyjną produkcję pocisków Spike LR, a także kończonymi pracami nad Moskitem. Polski przemysł prezentował już zresztą demonstratory oparte o powyższe rozwiązania, w tym także wyrzutnie Spików zamontowane na pojeździe rozpoznawczym AZM Bóbr 3.

AZM Bóbr-3

Ten ostatni pojazd został opracowany przez AZM-Kutno jako następca rozpoznawczych BRDM-2 w ramach programu Nowego Lekkiego Opancerzonego Transportera Rozpoznawczego (LOTR) „Kleszcz”. Zakłady z Kutna zbudowały dwa prototypy tegoż pojazdu, który porusza się na trakcji kołowej w układzie 4×4. Polska armia zgłosiła zapotrzebowanie na 244 egzemplarze pojazdów tego typu, tak więc niewykluczone, że kontrakt na dostawy Bobra-3 zostanie podpisany w przeciągu kilkunastu miesięcy.

 

Sprzęt specjalistyczny

Baobab-K

Warto również poruszyć kwestie sprzętu specjalistycznego, który również ma istotny wpływ na potencjał obronny Sił Zbrojnych RP. Tego rodzaju sprzętem jest pojazd minowania narzutowego, nad którym trwają prace w ramach programu Baobab. Chodzi o pojazd, który mógłby w bardzo krótkim czasie postawić zaporę minową przeciwko pojazdom opancerzonym oraz czołgom. Program budowy i wdrożenia do WP tego typu uzbrojenia wlecze się od wielu lat (obecnie jest to czwarty projekt). Wreszcie w 2017 roku unieważniono umowę w tym zakresie. W 2018 roku podpisano nowy kontrakt na budowę prototypu. Efektem jest zaprezentowany na MSPO 2021 przez Hutę Stalowa Wola prototyp PMN Baobab-K w układzie 8×8 wyposażony aż w 6 wyrzutni (poprzednia wersja miała tylko 4 wyrzutnie na 6-kołowcu) min MN-123, z których każda posiada 20 kaset mieszczących po 5 sztuk min. Co łącznie daje pojemność aż 600 min, które można rozmieścić na polu od 30 do 180 metrów szerokości  do 1000 metrów na długości w przeciągu zaledwie 3 minut!

Pojazd minowania narzutowego – Baobab-K

Nowy pojazd – w planowanej ilości do 12 do 15 sztuk – ma zastąpić używane obecnie gąsienicowe pojazdy minowania narzutowego ISM Kroton, przyjętych na uzbrojenie w latach 2004-2006. Kroton może postawić zaporę minową z 400 min o szerokości od 30 do 90 metrów  i długości do 600 metrów w 15 minut. Tego rodzaju system jest przydatny do zatrzymania wrogiego ugrupowania przeciwnika, spowolnienia jego tempa marszu lub zmuszenia do zmiany kierunku natarcia (w celu obejścia pola minowego). Jest to niezwykle przydatne w przypadku obrony, zwłaszcza newralgicznych punktów trudnych do ominięcia. Polska dysponuje 6 tego rodzaju pojazdami.

Pojazd minowania narzutowego – IMS Kroton

 

Mosty samobieżne

Istotnym sprzętem inżynieryjnym umożliwiającym wykorzystywanie potencjału sił pancernych w terenie przeciętnym ciekami wodnymi, są mosty samobieżne. W 2017 roku na wyposażenie Sił Zbrojnych RP weszło 10 sztuk mostów samobieżnych Daglezja, które umożliwiają przerzut czołgów Leopard 2A5 oraz Leopard 2PL. Realizacja zakupu była dość istotna ponieważ dotychczas posiadane mosty Biber (dostarczone wraz z Leopardami 2A4), a także jeszcze starsze postowieckie konstrukcje nie były zdolne do udźwignięcia masy powyższych czołgów. Producentami Daglezji są OBRUM Gliwice oraz BUMAR-ŁABĘDY. Daglezja ma potencjał do pokonywania przeszkód terenowych nieprzekraczających szerokości 20 metrów.

Oprócz tego, MON podpisał w grudniu 2020 roku kontrakt na opracowanie i wykonanie dwóch mobilnych mostów składanych do pokonywania średnich (nie szerszych niż 40 metrów) przeszkód terenowych. Wykonawcami mają być H. Cegielski-Poznań oraz WB Electronics.

 

Artyleria

Niewątpliwie potencjał polskiej artylerii lufowej należy uznać za niewątpliwy atut tak polskiego przemysłu zbrojeniowego jak również Wojska Polskiego jako takiego. Program Krab, pomimo początkowych problemów i opóźnień, jest od lat w trakcie realizacji. Produkowana przez Hutę Stalowa Wola haubicoarmata kalibru 155 mm AHS Krab jest nowoczesna i posłuży w Wojsku Polskim długie lata. Zasięg skutecznego ognia wynosi ponad 40 km (na opracowanej przez Dozamet amunicji) i może być prowadzony z szybkością 6 strzałów na minutę.

samobieżna haubicoarmata – AHS Krab

Podwozie produkowane jest na południowokoreańskiej licencji K9, natomiast wieża oparta jest o brytyjskie rozwiązanie z AS-90. Wszystko to produkowane jest na miejscu w Polsce, w Hucie Stalowa Wola. Kraby wyposażone są w polski, doskonały system kierowania ogniem TOPAZ oraz mogą strzelać amunicją programowalną. Haubicoarmaty regularnie są dostarczane do polskiej armii na mocy kontraktu z 2016 roku. Dostawy przebiegają zgodnie z planem, a do 2022 roku Wojsko Polskie ma dysponować 122 sztukami AHS Krab oraz 90 egz. towarzyszących wozów  specjalnych. Na stan z końca 2020 roku, w Kraby zostały wyposażone już pełne dwa pułki artylerii (w 12 Szczecińskiej Dyw. Zmech. oraz w 16 Pomorskiej dyw. Zmech), a także dwie z trzech baterii 2 dywizjonu artylerii samobieżnej 23 Pułku Artylerii 11 Lubuskiej Dyw. Kawalerii Pancernej. Należy ponadto podkreślić, że MON planuje, że do 2024 roku WP będzie dysponowało pięcioma dywizjonami Krabów. Niezależnie od tego należy pamiętać, że SZ RP dysponują ponad setką starszych haubicoarmat Dana kalibru 152 mm. Pomimo wieku, wciąż posiadają one potencjał wsparcia ogniowego jednostek frontowych, m.in. dlatego Czesi zdecydowali się zmodernizować własne egzemplarze. Swojego czasu polski przemysł zmodernizował te maszyny do standardu Dana-T (85 sztuk) wyposażając je w nowoczesny system kierowania ogniem TOPAZ oraz nowe środki łączności.

W stanie zawieszenia znajduje się natomiast program Kryl, który miał na celu dostarczenie Wojsku Polskiemu haubicoarmaty na podwoziu kołowym (prace rozpoczęto w 2011 roku). Rozwiązanie to znalazło uznanie jeszcze w czasie trwania misji w Afganistanie i Iraku, a wojskowi liczyli na dostarczenie przez polski przemysł artylerii, która mogłaby być transportowana drogą powietrzną. Co za tym idzie, AHS Kryl miał być odpowiednio lekki, a jego gabaryty miały pozwalać na transport samolotami C-130 Herkules. Prototyp został skonstruowany przez Hutę Stalowa Wola w 2014 roku, jednakże armia i MON straciły nim zainteresowanie. Głównie z uwagi na fakt, że WP powoli wychodziło z misji zagranicznych. Wciąż dostrzegano potrzebę budowy Kryla – jako znacznie tańszego zamiennika Krabów dysponującego podobną siłą ognia – niemniej zmodyfikowano wymagania. W związku z tym, prace nad prototypem kontynuowano. Pojawiła się wprawdzie informacja o możliwym rozpoczęciu produkcji jeszcze w roku 2021, to jednak brak szczegółów nakazuje sądzić, że program jeszcze bardziej się opóźni.

prototyp samobieżnej haubicoarmaty na podwoziu kołowym – AHS Kryl

Oprócz haubicoarmaty, Huta Stalowa Wola opracowała dla Wojska Polskiego samobieżny moździerz kalibru 120 mm o nazwie M120 Rak. Moździerz produkowany jest na podwoziu Rosomaka (licencja) choć może również zostać osadzony na wcześniej wspomnianym gąsienicowym podwoziu LPG opracowanym przez HSW. W 2016 roku MON zawarł kontrakt na dostawę 64 moździerzy (+ wozy specj.), których dostawa zakończyła się w 2019 roku. Od tego czasu MON złożył kolejne dwa zamówienia na łącznie 56 sztuk moździerzy (+ wozy specj.). W efekcie do 2024 roku Wojsko Polskie będzie dysponowało 122 sztukami M120K Rak. Planowane są również zakupy moździerza w wersji gąsienicowej. Raki, podobnie jak Kraby, są bardzo nowoczesnym systemem uzbrojenia i również wyposażone zostały w krajowe systemy kierowania ognia TOPAZ oraz system łączności FONET. Skuteczny ogień może być prowadzony na dystansie do ok. 10 km na opracowanej przez firmę Dozamet nowej amunicji.

samobieżny moździerz na podwoziu kołowym – M120 Rak

SZ RP dysponują 75 sztukami wyrzutni WR-40 Langusta. Są to samobieżne, wieloprowadnicowe wyrzutnie rakietowe pocisków kalibru 122,4 mm, będące modernizacją radzieckich BM-21 Grad. W 2019 roku MON zamówiło dla Langust 820 rakiet Feniks produkowanych przez zakłady Mesko. Modernizacja Langust znacznie podwyższyła ich zdolność bojową w stosunku do Gradów, odpalenie całej salwy (40 pocisków rak.) trwa teraz ok. 20 sekund. Wyrzutnia dysponuje systemami FONET i TOPAZ, a także amunicją o zwiększonej donośności. Skuteczny zasięg rażenia wynosi 20 km, a przy użyciu pocisków Feniks-Z (głowica odłamkowo-burząca) nawet do 42 km. Choć wyrzutni jest relatywnie niewiele, to warto pamiętać, że WP dysponuje jeszcze dziewięćdziesięcioma starszymi Gradami, które można zmodernizować do Langust. Co należałoby rozważyć, ponieważ podwojenie liczby Langust stanowiłoby znaczne wzmocnienie potencjału artyleryjskiego WP. Należy nadmienić, że o ile artyleria lufowa służy głównie do precyzyjnego ostrzału, o tyle Langusty i Grady mają potencjał do działania obszarowego. Ich skuteczność może być znacząca, zwłaszcza przy użyciu przeciw stojących w miejscu zgrupowaniom wozów mniej lub bardziej opancerzonych, a także do obezwładniania lub niszczenia skoncentrowanej na danym odcinku siły żywej.

wieloprowadnicowa wyrzutnia rakiet kal. 122,4 mm –  WR40 – Langusta

Znacznie gorzej wygląda sytuacja w WP w kwestii precyzyjnej artylerii rakietowej o większym zasięgu. Armia a także polski przemysł nie dysponują tego rodzaju rozwiązaniami. Stąd pojawiła się potrzeba realizacji programu HOMAR (pierwotnie dotyczył 54 wyrzutni), który jednak stanął w miejscu po zakupie zaledwie jednego dywizjonu HIMARS od Amerykanów za kwotę blisko 2 mld zł (bez opcji tańszego zakupu większej ilości). Dostawy 20 amerykańskich wyrzutni (18 bojowych i 2 szkoleniowe) zostaną zrealizowane do końca 2023 roku. HIMARSy mogą razić cele (w zależności od typu amunicji) do ok. 75 lub nawet 300 km. Polska zakupiła na razie mniejsze pociski GMLRS kalibru 227 mm (zas. 75 km). HIMARS może wystrzelić salwę 6 pocisków równocześnie. Jest to bardzo użyteczna broń mogąca razić przeciwnika na znaczną odległość przy użyciu sporych głowic bojowych, jednak jeden dywizjon to zdecydowanie za mało jak na polskie potrzeby. Podwojenie liczebności HIMAR-sów z pewnością dałoby SZ RP pewnego rodzaju komfort decyzji, a przede wszystkim zwiększyłoby potencjał wykonania skutecznego ataku saturacyjnego na wybrane cele np. w Obwodzie Kaliningradzkim.

Wyrzutnia rakiet – M142 HIMARS

Niewątpliwie wielkim polskim atutem może być program LIWIEC, czyli radiolokacyjne zestawy rozpoznania artyleryjskiego opracowane przez spółkę PIT-RADWAR. Wojsko Polskie dysponuje dziesięcioma takimi zestawami. Radary potrafią wykryć i śledzić na raz wiele pocisków moździerzowych, armatnich i rakietowych. Przy czym ich systemy potrafią sklasyfikować rodzaj i typ wystrzelonych przez wroga pocisków, określić miejsce z którego zostały wystrzelone (ważne dla prowadzenia ognia kontr-bateryjnego), a także wskazać punkt upadku pocisków. Oprócz tego, zestawy mogą wykrywać i śledzić śmigłowce, samoloty i aparaty bezzałogowe oraz nawet pojazdy naziemne. Niewątpliwie zestawy LIWIEC są doskonały sprzętem wykrywania i śledzenia wrogich poczynań, co umożliwia polskiej armii uzyskanie odpowiedniej świadomości sytuacyjnej na polu bitwy. Ponadto radary Liwiec są nieocenione jeśli chodzi o wskazywanie artylerii własnej namiarów w celu zastosowania ognia kontrbateryjnego. Wydaje się, że dostawy tego rodzaju systemów powinny być kontynuowane, by odpowiednio nasycić nimi jednostki artyleryjskie WP, a także by można było zabezpieczyć ważne punkty lub obiekty. Warto przypomnieć, że RZRA Liwiec odbyły chrzest bojowy w Afganistanie, gdzie jeden taki zestaw stacjonował w bazie Ghazni będąc wpięty w system ostrzegania przed ostrzałem przeciwnika.

radiolokacyjny zestaw rozpoznania artyleryjskiego – WLR 100 Liwiec

Wielką nadzieję można wiązać z budową przez Sieć Badawczą Łukasiewicz – Instytut Lotnictwa polskiej rakiety suborbitalnej ILR-33 Bursztyn. Rakieta była już testowana trzykrotnie i choć jej projekt wiąże się z ambicjami wynoszenia ładunków poza tzw. Linię Kármána (ponad 100km) czyli w przestrzeń kosmiczną, to jednak doświadczenia mogą również posłużyć do badań o charakterze militarnym.

Podsumowanie – artyleria

Polskie wojska artyleryjskie stanowią i będą stanowić w najbliższych latach mocną stronę SZ RP. Około 2024 roku WP będzie dysponowało ponad dwustoma sztukami haubicoarmat (Kraby i Dany), 120 sztukami moździerzy Rak, a także ok. 150 sztukami artylerii rakietowej kalibru 122,4 mm (Langusty i jeśli nie zostaną zmodernizowane to Grady). Oprócz tego będziemy mieli na stanie 18 bojowych wyrzutni HIMARS (choć pojawiły się plotki o możliwości zakupu kolejnych dwóch dywizjonów). Wszystko to powinno współgrać z systemem radarowym LIWIEC, dronami rozpoznania (Orlik/Wizjer), a także z lotnictwem oraz jednostkami frontowymi w ramach jednego systemu zarządzania polem walki. Pytaniem jest, czy i kiedy uda się zintegrować amerykański IBCS z polskimi systemami tak, by wszystko działało pod jedną bazą danych. Przypomnijmy bowiem, że w IBSC będą wpięte HIMARSY, ale i także zakupione Patrioty oraz F-16 wraz z F-35. Niedobrze byłoby, gdyby uzbrojenie to działało w oderwaniu od polskich radarów z PIT-RADWAR, systemów artyleryjskich (TOPAZ), dronów oraz innego rodzaju uzbrojenia.

Niemniej, Siły Zbrojne RP posiadają potencjał prowadzenia skutecznego ognia artyleryjskiego. Tak precyzyjnego jak i obszarowego na różnych zasięgach. Nie posiadamy natomiast zdolności wykonania uderzenia rakietowego na zasięgu ponad 40 kilometrów, którą to lukę mają wypełnić HIMARSY.

 

Bezzałogowce

W pierwszej kolejności warto podkreślić, że istnieją różne klasy dronów. Różnią się przede wszystkim wielkością, ale i przeznaczeniem. Zgodnie z planem modernizacji technicznej, MON postanowił pozyskać cztery typy bezzałogowców: Zefir, Gryf, Orlik oraz Wizjer. Zefiry miały być dronami uderzeniowo-rozpoznawczymi klasy MALE, Gryfy miały z kolei operować na nieco krótszym – średnim zasięgu. Orlik i Wizjer to koncepcje dronów rozpoznawczych. Orliki mają operować na krótkim zasięgu, a Wizjery to drony klasy mini.

Wskazać należy, że programy Zefir oraz Gryf były pod koniec roku 2020 na bardzo wczesnym etapie analityczno-koncepcyjnym i należałoby czekać bardzo długo, aż polski przemysł byłby zdolny je dostarczyć. Choć trzeba nadmienić, że 2015 roku prywatna firma WB Electronics podpisała umowę licencyjną z koncernem Thales na budowę bezzałogowca średniego zasięgu do programu Gryf (na bazie Watchkeeper 450). Niemniej, MON zdecydował się na zakup w postaci tureckich Bayraktarów TB2 (24 sztuki – 4 zestawy). Ilość może nie wydawać się imponująca, niemniej, są to maszyny posiadające cechy obu klas, zarówno MALE jak i dronów średniego zasięgu, tak więc są zawieszone w tej klasyfikacji gdzieś pomiędzy. Potrafią oprócz działań rozpoznawczych przenosić rakiety przeciwpancerne. Dzięki umowie z Turcją w ciągu lat 2022-2024 powinniśmy otrzymać uzbrojenie zdolne do zwalczania pojazdów opancerzonych przeciwnika. Przy czym Bayraktary posiadają zdolność pozostawania w powietrzu przez 24 godziny na pułapie ok. 8 km przy masie startowej 650 kg. Zasięg drona (tj. odległość operowania od stacji kontrolnej) wynosi dla różnych wersji do 150 km lub do 300 km. Jak na polskie warunki, wydaje się to być wartością wystarczającą. Warto dodać, że maszyny miały już okazję sprawdzić się w warunkach bojowych w Libii oraz Górskim Karabachu. Polskie zamówienie obejmuje zakup amunicji krążącej MAM-C i MAM-L oraz kierowanych pocisków przeciwpancernych UMTAS. Wydaje się, że 24 sztuki tego rodzaju dronów powinny wystarczyć i zapełnić pewnego rodzaju lukę. Wskazać bowiem należy, że tej klasy drony są dość duże, drogie a jednocześnie łatwe do namierzenia i zestrzelenia nad obszarem bronionym przez OPL przeciwnika. Innymi słowy, Bayraktary mogą w przyszłości posłużyć jako broń „dobijająca” już wcześniej obezwładnionego i pozbawionego ochrony OPL agresora. Mogą również stać się jednym z wielu elementów składających się na potencjał przełamywania wrogiego A2AD. Ewentualnie będą zdolne do wykonania szybkiego rajdu na czołowe zagony wroga, które popełnią błąd i staną się wrażliwe na atak z powietrza. W tym sensie, Bayraktary mogą w pewnym zakresie wyręczać śmigłowce uderzeniowe, w której to sferze SZ RP posiadają znaczne braki.

Bezzałogowy statek powietrzny średniego zasięgu – Bayraktar TB2

Niestety polski program budowy bezzałogowców rozpoznania Orlik o zasięgu do 150 km również został poważnie opóźniony. Wskutek zmiany wymagań, MON unieważnił w 2015 roku postępowanie i dopiero w 2018 roku podpisano umowę z PGZ na dostawę 40 sztuk dronów do 2021 roku. Problem jednak w tym, że przeprojektowanie konstrukcji wymaga czasu, termin okazał się być nierealny. Umowa została aneksowana i opiewa na dostawę 8 zestawów ( po 5 sztuk droga PGZ-19R) w latach 2021-2023. Istnieje ponadto opcja na dostawę kolejnych 4 zestawów. Tak więc polski przemysł jest jak najbardziej zdolny do budowy tego rodzaju maszyny rozpoznania, a prace nad nią znajdują się najwyraźniej na ukończeniu.

Nieco lepiej sytuacja wygląda, jeśli chodzi o zakup małych dronów rozpoznawczych. W 2018 roku zawarto umowę z WB Electronics na dostawę mini dronów typu FlyEye, która została zrealizowana w ilości  12 zestawów po 4 sztuki. Niemniej nasycenie wojska tego rodzaju aparatem rozpoznania wydaje się być symboliczne i niezbędne będą dalsze zakupy. FlyEye zostały dostarczone do Wojsk Obrony Terytorialnej, gdzie odbywają się szkolenia z użycia sprzętu. Są to drony taktyczne przeznaczone do bieżącego wykorzystywania przez żołnierzy-operatorów. Mogą osiągnąć pułap do 5 km, długość lotu wynosi od 2 do 4 godzin. Montaż i demontaż FlyEye trwa ok. 10 minut, a jednostka może startować z ręki operatora.

WOT użytkuje ponadto 100 sztuk (10 zestawów) amunicji krążącej Warmate. Zostały one dostarczone na podstawie umowy z 2017 roku, która zawiera opcję na dostawę kolejnych 900 sztuk. Nie wiadomo jednak kiedy MON zdecyduje się aktywować tą klauzulę. Niewątpliwie nawet 1000 sztuk amunicji tego typu nie wydawałoby się ilością imponującą. Tymczasem obecny stan posiadania należy uznać za symboliczny.

Warto ponadto pamiętać o zakupie pięciu amerykańskich dronów RQ-21A BlackJack dla Wojsk Specjalnych, które miały zastąpić wcześniej używane Scan Eagle. Polscy komandosi zakupili ponadto ważące jedynie 33 gramy nano-konstrukcje typu PD-100 Black Hornet 3.

Niezależnie od tego, na wyposażenie piechoty zamówiono – ramach programu Ważka –  mikro-drony (do 1,5kg) w polskiej firmie Asseco Poland. Jednak zakup z 2020 roku dotyczył jedynie 24 dronów.

Podsumowanie – bezzałogowce

Z powyższego opisu stanu rzeczy wynika, że polski przemysł jest zdolny do dostarczenia SZ RP dronów rozpoznania (Orlik w postaci PGZ-19R i Wizjer w postaci Flyeye), amunicji krążącej (Warmate), a także mikro-dronów dla piechoty (Ważka). Niemniej, zamówienia z MON na tego typu maszyny są jak na razie skromne. Przy czym przede wszystkim należy podkreślić istotę dronów rozpoznania w kontekście zwiększenia potencjału polskiej artylerii. Pod tym względem niezrozumiałe byłyby oszczędności, bowiem relatywnie tanim kosztem można by uzyskać znacznie większą efektywność dywizjonów artylerii.

Wydaje się, że programy Zefir oraz Gryf – na dzień dzisiejszy – przerastają zdolności polskiego przemysłu zbrojeniowego. Nie chodzi tu tylko o skonstruowanie samego płatowca, bowiem to nie powinno stanowić problemu. Natomiast wyzwaniem mogą okazać się napęd, a przede wszystkim pozyskanie odpowiednich pocisków przeciwpancernych, których mogłyby używać latające drony. Jednocześnie wskazać należy, że potrzeby WP w zakresie dużych dronów rozpoznawczo-bojowych nie są wielkie. Co może rodzić pytanie o opłacalność opracowania i skonstruowania drogiego aparatu, który zostałby zakupiony w relatywnie małej ilości. Niewątpliwie zakup Bayraktarów opóźni polskie prace nad tego rodzaju uzbrojeniem, a być może programy zostaną zaniechane do czasu pojawienia się takiej potrzeby.

To co należy podkreślić, bezzałogowe statki powietrzne nie są żadną uniwersalną bronią dobrą na wszystko, która odeśle do lamusa inne typy uzbrojenia tj. np. czołgi. Wbrew powszechnej opinii – która wytworzyła się na skutek doświadczeń bojowych z Górskiego Karabachu oraz Libii – latające drony mają bardzo ograniczone zastosowanie oraz skuteczność. Z racji na gabaryty oraz potrzebę uzyskania niskiej masy, statki tego typu nie są opancerzone, a więc są niezwykle podatne na uszkodzenie i zniszczenie. Choćby odłamkami eksplodującego w pobliżu pocisku p-lot. Ponadto latające drony są łatwe do wykrycia, zwłaszcza nad płaskimi terenami (tj. jak w Polsce). Inaczej nieco jest w górach (jak w Górskim Karabachu), gdzie dron-pocisk może wyłonić się zza przeszkody terenowej i razić cel, zanim ten zdąży przeciwdziałać. Choć dla dobrych systemów VSHORAD ustawionych w trybie gotowości bojowej i to nie powinno stanowić problemu. Dotychczasowe sukcesy na polu walki – jakie notowały latające drony –  wynikają  przede wszystkim z faktu, że systemy te były stosowane przeciwko przeciwnikowi, który nie dysponował odpowiednią obroną powietrzną (lub nie potrafił jej wykorzystać). W związku z powyższym, bezzałogowce mogły bezkarnie wlatywać we wrogą przestrzeń powietrzną, namierzyć cel i pomóc w jego zniszczeniu (lub zniszczyć go samodzielnie). Jednak w starciu z przeciwnikiem posiadającym odpowiednią obroną powietrzną, bezzałogowce są łatwym łupem. Należy pamiętać, że amunicja krążąca jest zwyczajnie znacznie wolniejsza niż pocisk rakietowy, a do tego może przenosić znacznie słabsze ładunki (mały udźwig). Innymi słowy siła uderzeniowa jest mniejsza. Tak więc skoro kierowane pociski rakietowe nie doprowadziły do zaniku na polach bitwy różnego rodzaju uzbrojenia (np. czołgów) to dlaczego właśnie latające drony miałyby tego dokonać? Zwłaszcza, gdy powstały systemy obrony hard-kill, które potrafią zestrzelić nadlatujący w stronę czołgu pocisk lub amunicję krążącą.

Niemniej, ciekawym rozwiązaniem może być stosowanie tzw. roju dronów. Tego rodzaju taktyka może okazać się w niektórych przypadkach skuteczna, gdy setki bezzałogowych kamikaze zaatakowałyby w jednym momencie np. wrogą kolumnę wojskową. Niemniej, to samo zadanie można by wykonać precyzyjnym ostrzałem artyleryjskim lub rakietowym (przy pomocy Krabów lub Langust). Przy czym obrona powietrzna atakowanych miałaby znacznie trudniejsze zadanie w tym drugim przypadku. Tymczasem zastosowanie choćby szybkostrzelnych armat niskiego kalibru (z amunicją programowalną) może być wystarczającym środkiem zaradczym nawet w przypadku dużej ilości nadlatujących dronów.

Reasumując, bezzałogowce dają niewątpliwie nowe, dodatkowe opcje na polu walki. Niemniej, nie będą powodem żadnej wielkiej rewolucji i nie należy ich traktować jako super-broń dobrą, na każdy scenariusz.

 

Śmigłowce

SZ RP wciąż użytkują 30 śmigłowców uderzeniowych Mi-24, które najlepsze lata mają już dawno za sobą. Maszyny te same w sobie są przestarzałe, a do tego brak jest do nich uzbrojenia, które mogłoby stanowić istotny walor na współczesnym polu bitwy. W związku z tym powstał program Kruk, w ramach którego Polska miała pozyskać 32 maszyny nowego typu. Od początku jednak nie można było mieć złudzeń. Śmigłowce (w tym uderzeniowe) to nie jest uzbrojenie znajdujące się wysoko na liście priorytetów. Braki sprzętowe w WP były i wciąż są widoczne na tylu polach, że od razu było wiadomo, że program Kruk będzie realizowany nieprędko. I rzeczywiście zostało to potwierdzone jeszcze w kwietniu 2021 roku, kiedy to wiceszef MON poinformował, że Kruka nie należy się spodziewać przed 2024 rokiem. Niemniej, być może zapowiedź ta okaże się niebawem nieaktualna. Bowiem wicepremier Jarosław Kaczyński zapowiedział utworzenie dodatkowych funduszy, z których będą realizowane programy zbrojeniowe. Przy okazji zakupu Abramsów stwierdził, że jest to pewnego rodzaju program pilotażowy. Nie wykluczone więc, że jeśli rządowi uda się stworzyć specjalny fundusz (oparty o środki z zadłużenia), to zakup śmigłowców uderzeniowych może zostać zrealizowany wcześniej.

Śmigłowiec uderzeniowy – Mi-24

W SZ RP brakuje również nowych śmigłowców wielozadaniowych. Póki co wykorzystywane są polskie W-3 Sokół w różnych wersjach, jak również radzieckie Mi-2. Od czasu unieważnienia kontraktu Caracali, temat programu PERKOZ zamarł. W tym przypadku również program ten nie należy do wysokich priorytetów na liście niezbędnych potrzeb w Wojsku Polskim, niemniej zakup 32 maszyn wielozadaniowych powinien wcześniej czy później zostać zrealizowany. Zwłaszcza, że w tym zakresie można by wesprzeć położone w Polsce (choć będące własnością podmiotów zagranicznych) zakłady produkcyjne tj. PZL-Świdnik (Leonardo Helicopters) czy PZL-Mielec  (Lockheed Martin Helicopter Company). Niezależnie od prawa własności, ww. zakłady zatrudniają tysiące wykwalifikowanych polskich pracowników. Kontrakty z MON pomogłyby utrzymać specjalistyczne stanowiska pracy. Dla formalności warto wyjaśnić, że śmigłowce wielozadaniowe to platformy, które powinny być zdolne do wykonywania szeregu zadań, od bojowych (z wyposażeniem w odpowiednie uzbrojenie), przez transportowe po różnego typu zadania specjalistyczne. W praktyce oznacza to, że te same maszyny – po zdemontowaniu lub zamontowaniu odpowiedniego wyposażenia – mogą zostać użyte do różnych zadań.

Polski śmigłowiec wielozadaniowy w wojskowej wersji W-3PL Głuszec

Na koniec należy wspomnieć o dwóch zakupach z 2019 roku. Pierwszy dotyczył czterech maszyn S-70i Black Hawk dla Wojsk Specjalnych. Zamówienie wykonały zakłady PZL-Mielec, a w 2020 roku dokonano odbioru sprzętu. Black Hawki są oceniane jako jedne z najlepszych (o ile nie najlepsze) śmigłowców wielozadaniowych na świecie. Głównie z uwagi na fakt, że od zarania były projektowane jako maszyna wojskowa do przeznaczenia bojowego. W związku z powyższym budowano ją wg norm wojskowych, co powoduje, że posiada niezwykle dużą odporność w stosunku do konkurencji.

Wielozadaniowy śmigłowiec produkowany w Mielcu – S-70i BlackHawk

Drugi kontrakt został podpisany z firmą Leonardo na wykonanie przez zakłady PZL-Świdnik czterech śmigłowców AW101 dla Marynarki Wojennej. Choć należy pamiętać, że w praktyce montaż śmigłowców odbywa się w Wielkiej Brytanii (Yeovil), a PZL Świdnik odpowiada za realizację umowy oraz dostarcza niektóre komponenty. Śmigłowce będą służyły do walki z okrętami podwodnymi (ZOP) oraz prowadzenia bojowych misji poszukiwawczo-ratowniczych (CSAR). Dostawy mają zakończyć się do 2022 roku.

należący do Włoch śmigłowiec AW 101
Podsumowanie – śmigłowce

Bez wątpienia w sferze śmigłowców, SZ RP wymagają znacznych nakładów finansowych. MON zapowiedział wprawdzie modernizację posiadanych maszyn W-3 Sokół, niemniej konstrukcja ta ma już swoje lata i posiada ograniczony potencjał do ulepszania. Póki co, rząd zakupił kilka sztuk maszyn na potrzeby specjalistyczne. Dodajmy – maszyn nowego typu. Innymi słowy, w kwestii utrzymania floty śmigłowców, logistycy będą mieli nie lada wyzwanie. Jednocześnie posiadane śmigłowce wielozadaniowe nie posłużą już zbyt długo. Ponadto należy mieć poważne wątpliwości co do wartości bojowej Mi-24. Część zadań dla śmigłowców uderzeniowych będą mogły wykonywać zakupione z Turcji drony. Niemniej od programów Perkoz i Kruk nie da się uciekać w nieskończoność.

 

Obrona Przeciwlotnicza (OPL)

Skuteczny system obrony przeciwlotniczej i przeciwrakietowej powinien charakteryzować się wielowarstwowością, a także zróżnicowaniem w środkach  rozpoznania oraz rażenia.

W tym kontekście podstawowa klasyfikacja dzieli systemy OPL na te o bardzo krótkim zasięgu (do 10 km), krótkiego zasięgu (od 10 do 50 km), średniego zasięgu (od 50 do 100 km) oraz dalekiego zasięgu (powyżej 100 km). Oprócz zasięgu (czyli tego, jak daleko jest w stanie dolecieć pocisk i skutecznie razić cel) jest jeszcze jedno ograniczenie w postaci pułapu. Innymi słowy pocisk rakietowy danej klasy może nie być zdolny do zestrzelenia obiektu lecącego zbyt wysoko.

Warto również wskazać na różne rodzaje wykrywania i naprowadzania efektorów. Te mogą podążać na cel, będąc naprowadzanie na fale radarowe odbite od niego – naprowadzanie półaktywne. Możliwe jest również naprowadzanie radarowe aktywne, w którym to radar podaje rakiecie współrzędne obserwowanego obiektu. Problemem jest fakt, że naprowadzanie radarowe wymaga ciągłego opromieniowania celu, choć  nowocześniejsze pociski mogą mieć zdolność do samonaprowadzania w końcowej fazie lotu lub być kierowane za pomocą sygnałów kierujących. Kolejną wadą jest to, że przeciwnik może łatwo wykryć radar oraz spróbować go zagłuszyć środkami walki radioelektronicznej. Wróg może ponadto spróbować zniszczyć radar pociskiem przeciwradarowym (ARM – Anti-Radiation-Missile) w ramach zadań SEAD (Suppression of Enemy Air Defence – tłumienie obrony powietrznej wroga). Tego rodzaju operacja składa się zazwyczaj z dwóch atakujących fal. W pierwszej, samoloty wyposażone w ARM oraz bomby wykonują atak na stacje radarowe i inne obiekty obrony powietrznej przeciwnika. Dopiero druga fala nalotu atakuje główne cele operacji.

Oczywiście można się przed tym chronić, wyłączając radar, a następnie włączając go na powrót, gdy wrogie pociski ARM chybią celu. Niemniej, przez ten czas systemy OPL oparte o radar przestają pełnić swoje funkcje obronne, co może mieć decydujący wpływ na powodzenie wrogiego ataku. Dodatkowo pociski ziemia-powietrze naprowadzane radarem mogą zostać zmylone poprzez wystrzelenie przez statek powietrzny specjalnych dipoli odbijających fale radarowe (ang. chaff), co wytwarza efekt wielu celów pozornych. Jednak nowocześniejsze pociski potrafią odróżnić cele pozorne od tego właściwego. Naprowadzanie radarowe stosuje się głównie w systemach średniego i krótkiego zasięgu. Innym niezwykle istotnym problemem systemów radarowych jest fakt, że słabo sobie radzą na niskich pułapach. Z uwagi na zakrzywienie (kulistość) Ziemi, fale radarowe tworzą coraz większą „martwą strefę” wraz z każdym kilometrem oddalania się od radaru. Dla zobrazowania warto nadmienić, że radar dalekiego zasięgu Woroneż-DM rozmieszczony w Obwodzie Kaliningradzkim ma zasięg aż 6 tys. kilometrów. Co z tego, skoro nie jest w stanie wykryć samolotów lecących nad Warszawą poniżej pułapu 4,5 km. Radar systemu S-400 rozmieszczony w OK nie dostrzeże celów lecących poniżej 10 km nad polską stolicą… Innymi słowy, rysowane przez niektórych „bąble” anty-dostępowe to często tanie efekciarstwo. Oprócz tego radary mają drugą martwą strefę, której obraz można porównać do stożka znajdującego się nad samym radarem. Innymi słowy, operatorzy nie widzą tego, co leci bezpośrednio nad głową. Na tego rodzaju lukę jest już sposób. Rozstawia się tak całą sieć radarową, by jedne radary kryły martwe strefy znajdujące się nad innymi.

Graf ukazujący martwe strefy radiolokacyjne oraz horyzont radaru.

Rakieta może ponadto być naprowadzana na źródło ciepła (naprowadzanie termiczne, na podczerwień). Wcześniej cel musi zostać namierzony i zidentyfikowany, a pocisk musi zostać wystrzelony w jego kierunku. Tak by złapał właściwą sygnaturę cieplną. Tego rodzaju naprowadzanie również może zostać zmylone, choćby przy pomocy gorących flar – choć nowoczesne pociski są w dużej mierze odporne na tego rodzaju przeciwdziałanie. Jednocześnie opisywane rozwiązanie jest mało efektywne w przypadku znacznego oddalenia wyrzutni od celu, dlatego stosuje się je głównie na krótkim zasięgu. Zaletą naprowadzania na podczerwień jest fakt, że pocisk może być odpalony w trybie: „wystrzel i zapomnij”. Innymi słowy, po wystrzeleniu nie istnieje potrzeba śledzenia lub namierzania celu. Rakieta samodzielnie będzie się na niego naprowadzać.

Kolejną metodą, stosowaną głównie na bardzo krótkim zasięgu, jest naprowadzanie wiązką lasera. Operator oznacza wiązką lasera cel, oświetla go w ten sposób i naprowadza pocisk. Wadą tego rozwiązania jest to, że operator musi naprowadzać rakietę na cel przez cały czas jej lotu, chyba że posiada ona właściwość samonaprowadzania w ostatniej fazie przed uderzeniem.

Wreszcie, pocisk kierowany może być naprowadzany za pomocą kamer optycznych.

Powyższe wprowadzenie miało zobrazować, jak różne mogą być systemy obrony powietrznej oraz pokazać wady i zalety konkretnych rozwiązań. Po to by uwypuklić szczególne znaczenie wielowarstwowości budowanego systemu obrony przeciwlotniczej i przeciwrakietowej. Nie ulega wątpliwości, że postawienie tylko na jedno rozwiązanie (np. na radary, lub tylko na podczerwień) stwarza potężną lukę łatwą do wykorzystania przez przeciwnika. Duże radary wraz pociskami o średnim zasięgu – dostrzegające przeciwnika lecącego daleko i na wyższym pułapie – muszą być wspierane przez mniejsze, tańsze radary i systemy rakietowe ustawione bliżej frontu. Tak, by te mogły wykryć wrogi statek powietrzny lecący na niższym pułapie. Z kolei systemy krótkiego zasięgu muszą być uzupełnione o efektory oparte o podczerwień czy wiązkę laserową, tak by w razie ataku SEAD, związek taktyczny nie pozostał bezbronny i mógł zestrzelić nadlatujące na niskim pułapie samoloty/śmigłowce/drony/pociski rakietowe. Pokazuje to, że oprócz wielowarstwowości, do szczelności systemu OPL potrzebna jest głębia. Droższe środki o większym zasięgu powinny znajdować się na tyłach. Tańsze, o krótkim zasięgu winny być rozmieszczane bliżej przeciwnika – osłaniając jednostki frontowe. Oczywiście należy również rozmieszczać poszczególne warstwy OPL przy celach wrażliwych (np. b. krótkiego zasięgu – pełniące rolę ostatniej deski ratunku). Brak jakiejkolwiek „warstwy” stwarza automatycznie lukę, dzięki której wrogie samoloty/drony/rakiety mogą się przedrzeć nad cel i uciec. Wykorzystując – w zależności od braków w OPL – niski lub bardzo wysoki pułap, albo brak głębi, np. poprzez wystrzelenie rakiet/bomb naprowadzanych na cel zanim samolot wejdzie w zasięg obrony przeciwlotniczej.

Należy o tym wszystkim pamiętać, przy okazji czytania dalszej części opracowania dotyczącej polskich programów zbrojeniowych związanych z OPL.

Bardzo krótki zasięg (POPRAD/PILICA)

Polski przemysł od lat pracował nad własnymi systemami bardzo krótkiego zasięgu (ang. VSHORAD – Very Short Range Air Defence ). Efektem jest skonstruowany i produkowany przez spółkę PIT-RADWAR samobieżny przeciwlotniczy zestaw rakietowy – SPZR Poprad. Prace trwały od 2005 roku, natomiast w 2018 rozpoczęto wprowadzanie produkowanych Popradów na wyposażenie SZ RP. Nośnikiem jest AMZ Żubr-P o napędzie kołowym (4×4) produkowany przez AMZ-Kutno. Pojazd został wyposażony początkowo w zestaw 4 wyrzutni pocisków PPZR Grom, natomiast dostępne są już dla niego PPZR Pioruny. Tak więc system ze zmodernizowaną wersją pocisku może skutecznie razić cele od 400 metrów do 6,5 km na pułapie od 10 metrów do 4 km. Poprad może działać samodzielnie lub współdziałać z systemem obrony powietrznej. W ramach baterii Popradów funkcjonuje bowiem mobilna stacja radiolokacyjna ZDPSR „Soła”. Poprady są zdolne razić zarówno samoloty, śmigłowce, jak również bezzałogowe statki powietrzne (drony). Co ma szczególne znaczenie na współczesnym, nowoczesnym polu walki. Choć wskazać należy, że pocisk (z uwagi na koszt/efekt) powinien raczej służyć do zwalczania małych i średnich bezzałogowców. Zwłaszcza, że Poprad posiada jedynie 4 wyrzutnie, a więc po oddaniu 4 strzałów należy je przeładować. Co jest największym mankamentem tego uzbrojenia.

Aktualnie trwa dostawa Popradów do kolejnych jednostek przeciwlotniczych WP. Kontrakt został podpisany w 2015, opiewał na blisko miliard złotych oraz dotyczył dostawy 79 systemów POPRAD. Wszystkie mają zostać dostarczone do końca 2021 roku.

SPZR POPRAD – źródło: MON

Warto poświęcić trochę miejsca na opis radaru posadowionego również na podwoziu Żubra w postaci ZDPSR „Soła”. Skonstruowany przez PIT-RADWAR system jest wyposażony w antenę z pasywnym skanowaniem elektronicznym (PESA). Radar jest bardzo udaną konstrukcją i posiada zdolność nie tylko wykrywania większych obiektów (jak samoloty, śmigłowce czy drony), ale i znacznie mniejszych tj. np. pociski rakietowe czy nawet amunicja moździerzowa. Daje to olbrzymie możliwości jeśli chodzi o precyzję rażenia celu. Niezależnie od radarów zamówionych wraz z Popradami, jeszcze w latach 2014-2015 zakupiono 8 samodzielnych stacji radiolokacyjnych tego typu. PIT-RADWAR na tej konstrukcji jednak nie poprzestał i skonstruował jeszcze bardziej nowoczesną wersję systemu  o nazwie „Bystra”, który już w tej chwili integrowany jest z zakupionym od Amerykanów systemem ICBS dzięki czemu radar będzie mógł pomaga w namierzaniu celów np. na potrzeby wyrzutni Patriot czy systemu NAREW.

Kolejnym systemem VSHORAD dostarczanym już Wojsku Polskiemu, jest przeciwlotniczy system rakietowo-artyleryjski PSR-A Pilica. Jest to podwójna armata przeciwlotnicza kalibru 23 mm ZUR-23-2SP ze skutecznym zasięgiem do ok. 2-3 km doposażona w dwie wyrzutnie pocisków GROM/PIORUN.  Pilica może być obsługiwana zdalnie lub manualnie, w zależności od potrzeby. Co istotne zestaw może być rozłożony na ziemi, ale również prowadzić ogień z ciągnika artyleryjskiego (Jelcz). Innymi słowy, podobnie jak Poprad może stanowić osłonę dla własnych wojsk mobilnych. Niemniej nie są one dedykowane do tego zadania, a nośnik samochodowy ogranicza mobilność oraz możliwość osłony jednostek gąsienicowych. Ponadto wskazać należy, że armata ZUR-23-2SP mimo polskiej modernizacji, posiada wady swojego post-radzieckiego pierwowzoru. Kaliber 23 mm wyklucza użycie amunicji programowalnej. Jednocześnie armata posiada średnio praktyczny system podawania amunicji, co następuje poprzez taśmociągi ułożone w dwóch skrzynkach.  Skrzynki posiadają ograniczoną pojemność (po 150 nabojów każda) przez co ich opróżnienie może nastąpić dość szybko z uwagi na relatywnie sporą szybkostrzelność. Należy więc zadać pytanie, po co inwestowano w Pilicę, skoro już wówczas świat stawiał na kaliber 35 mm oraz amunicję programowalną? Wydaje się, że Pilica miała być tanim rozwiązaniem pomostowym. Zmodernizowanie już istniejących i będących na stanie armat, spięcie ich z systemem cyfrowym oraz istniejącymi i tanimi wyrzutniami pocisków GROM/PIORUN było zadaniem, które można było przeprowadzić bardzo szybko. Dzięki temu już teraz dysponujemy dobrze namierzaną artylerią lufową  PLOT i w miarę spokojnie możemy czekać na wprowadzenie nowoczesnych armat 35 mm, które niedawno opracowano.

PSR-A Pilica – podwójna armata 23 mm wraz dwiema wyrzutniami pocisków GROM/PIORUN

Aneksowany kilkukrotnie kontrakt na Pilicę ostatecznie został podpisany na dostawę 6 zestawów w skład których wchodzi łącznie 36 jednostek ogniowych, w okresie 2019-2022. W grudniu 2020 roku dostarczono pierwszy zestaw (6 jednostek). Pilica może służyć do zwalczania samolotów, śmigłowców, bezzałogowych systemów powietrznych, a także pocisków manewrujących (jako ostatnia linia obrony). Liczba 36 sztuk armat może nie robić wrażenia, jednak należy pamiętać, że Pilica poprzedza system PLOT z armatą 35 mm. Jednocześnie nie wchodzi nie w pustą przestrzeń (jak Poprad) tylko uzupełnia już posiadane systemy Hibneryt. Są to działa w nieco starszej wersji, choć również polskiej modernizacji ZU-23-2KG Jodek montowane na Starach. W ramach modernizacji doposażono je w wyrzutnie pocisków GROM co znacznie podwyższyło ich efektywność. Powstało kilka wersji Hibnerytów, które różnią się między sobą opancerzeniem pojazdów. Jeszcze w kwietniu 2021 roku poinformowano o chęci naprawy i modernizacji niektórych wozów.

Z uwagi na ograniczenia armaty kalibru 23 mm, spółka PIT-RADWAR wespół z zakładami z Tarnowa opracowała – na podstawie licencji z Oerlikon KDA – w ramach programu Noteć armatę przeciwlotniczą 35 mm, która mogłaby korzystać z opracowanej przez polski przemysł amunicji programowalnej. Armata posiada skuteczny zasięg rażenia nawet do 5-6 km (pocisk podkalibrowy) lub do 3,5-4 km (amunicja programowalna). Armata doczekała się swojej wersji morskiej w postaci KDA Trytona, które to działko zostało zamontowane na korwecie ORP Kaszub. Niemniej zostały również zaprezentowane już wersje lądowe. Pierwsze w postaci armaty ciągnionej AG-35 lub A-35. Armata jest sterowana zdalnie za pośrednictwem komputera i może razić cele w postaci: samolotów, śmigłowców, rakiet skrzydlatych i bezpilotowych aparatów lecących na bardzo małych, małych i średnich wysokościach. Armaty mogą zwalczać ponadto cele lekko opancerzone. Lądowe i wodne. Armaty zostały zintegrowane z systemem Pilica, a więc mogą współdziałać na polu walki. Modułowość armaty pozwala również opracować jej wersję samobieżną (do programu Sona). Armata mogłaby z powodzeniem zostać posadowiona na pojeździe Jelcz, lub opancerzonych: Rosomaku (8×8) czy na gąsienicowym K9 oraz współdziałać z radarami Soła lub Bystra.  MON w programie modernizacji technicznej na lata 2019-2022 zgłosił zapotrzebowanie na 24 jednostki ogniowe w programie Noteć. Póki co zamówienie nie zostało jeszcze złożone.

Znacznie ważniejszym z punktu widzenia obronności zgrupowań armii Wojska Polskiego jest program Sona. Czyli zintegrowanego systemu obrony przeciwlotniczej na podwoziu gąsienicowym. Tego rodzaju system miałby za zadanie towarzyszyć jednostkom frontowym oraz uzupełniać wielowarstwowy system obrony powietrznej bardzo krótkiego zasięgu. Wykonawca programu nie został jeszcze wybrany, a w MON trwają jeszcze prace koncepcyjno-analityczne. Niemniej spółka PIT-RADWAR zaprezentowała już pół roku temu swoją propozycję do ww. programu.

 

Warto wskazać, że PIT-RADWAR ma możliwość zintegrowania armaty 35 mm z wyrzutniami pocisków PIORUN (lub PIORUN 2 nad którymi trwają prace), co dodatkowo zwiększyłoby możliwości i siłę rażenia całego systemu. Oparte na polskim przemyśle rozwiązania korzystałyby z tych samych łańcuchów logistycznych co systemy Poprad oraz Pilica.

Dopóki jednak WP nie otrzyma Sony, musi wciąż polegać na wysłużonych ZSU-23-4MP Biała. Są to zmodernizowane przez polski przemysł słynne postowieckie zestawy przeciwlotnicze ZSU-23-4 Szyłka wyposażone w 4 sprzężone armaty kalibru 23 mm. Białe doposażono w nowszą amunicję, a przede wszystkim w 4 wyrzutnie pocisków GROM, co znacznie podwyższyło efektywność systemu i jego zasięg (z 3,5 km dla armat do 5 km dla pocisków GROM). SZ RP posiadają około 20 sztuk tego rodzaju zestawów. W Białych został zmodernizowany m.in. system kierowania ogniem oraz wymontowano stary radar który de facto tylko demaskował pozycję systemu. Pomimo remontów i modernizacji, nośniki są już wysłużone, a armaty przestarzałe. Największą wartością systemu pozostały wyrzutnie GROM.

Samobieżny zestaw przeciwlotniczy na podwoziu gąsienicowym – ZSU-23-4_MP_„BIAŁA” – wyp. w poczwórną sprzężoną armatę 23 mm i 2 wyrzutnie pocisków GROM/PIORUN

Wszystkie wyżej wymienione systemy nadają się do zwalczania bezzałogowych statków powietrznych (BSL), niemniej posiadają swoje ograniczenia. Zwłaszcza w przypadku ewentualnego zastosowania przez przeciwnika tzw. roju dronów (w postaci amunicji krążącej). Wówczas – jako rozwiązanie ostatniej obrony –  sprawdziłoby się działko mniejszego kalibru o wielkiej szybkostrzelności. Wspierane przez odpowiedni system namierzania celu. Taki system stworzyły Zakłady Mechaniczne w Tarnowie, które zaprezentowały na MSPO 2021 wielolufowy karabin maszynowy WLKM kal. 12,7 mm o zasięgu ostrzału do 1000 metrów, szybkostrzelnością do 3600 strzałów/minutę, z radarem śledzącym cele oddalone nawet o 3,5 km wraz ze stanowiskiem operatora (komputer/wyświetlacz/joystick). Działko może działać automatycznie lub być obsługiwane bezpośrednio przez operatora. System potrafi dokonać obliczeń i wskazać strzelcowi z jakim wyprzedzeniem powinien oddać strzał w celu trafienia ruchomego celu. Tego rodzaju precyzyjne namierzanie, wykrywanie oraz szybkostrzelność będą pozwalać na szybką likwidację celów, które przedarłyby się przez obronę postawioną przez Poprad i Pilicę. Niewątpliwie MON powinien zadbać o seryjną produkcję oraz wdrażanie na uzbrojenie SZ RP tego rodzaju system.

Należy ponadto pamiętać o tym, że MON już od jakiegoś czasu jest zainteresowane pozyskaniem dla służb mundurowych (nie tylko WP) urządzeń elektromagnetycznych, które mają zdolność zwalczania bezzałogowych statków powietrznych. Polski przemysł posiada rozwiązania tego typu (jak np. Lanca stworzona przez Wojskowe Zakłady Elektroniczne). Niewykluczone, że tego rodzaju urządzenia zostaną dołączone do Popradów zwiększając ich skuteczność w walce z dronami latającymi.

VSHORAD – podsumowanie

Jak widać, w ramach wielowarstwowej obrony przeciwlotniczej, sama tylko obrona przeciwlotnicza bardzo krótkiego zasięgu musi posiadać również kilka warstw. Na uzbrojenie Sił Zbrojnych RP weszły już systemy samobieżne systemy rakietowe GROM/PIORUN (Poprad) jak również armata kalibru 23 mm dozbrojona w dwie ww. wyrzutnie (Pilica). Przemysł opracował ponadto świetnie systemy w postaci armaty 35 mm (z amunicją programowalną), a także wielolufowego karabinu maszynowego kalibru 12,7 mm – jako broń ostatniego ratunku. Pociski GROM i PIORUN lepiej nadają się do niszczenia samolotów, śmigłowców lub dronów o większych gabarytach. Armaty 35 mm mogłyby służyć do z grubsza tych samych zadań – choć cele mogłyby być niszczone w inny sposób. Armaty Pilicy kalibru 23 mm posiadają już znacznie słabsze parametry i nie nadają się do zwalczania nowoczesnych samolotów, a nawet wysoko latających dronów (stąd doposażenie w wyrzutnie GROM/PIORUN). Brak amunicji  programowalnej nakazuje ponadto liczyć na precyzyjny ogień prowadzący do bezpośredniego trafienia celu. Z tych względów armata ta może służyć do niszczenia śmigłowców czy dronów latających nieco niżej. Ostatnią warstwą powinien być WLKM kalibru 12,7 minimetrów, który mógłby stanowić ostatnią zaporę zwłaszcza przed amunicją krążącą.

Należy mieć wobec tego nadzieję, że MON szybko zdecyduje się na zakup oraz podpisze umowy na dostawę armat w programie Noteć, systemów samobieżnych w programie Sona, a także WLKM-ów posadowionych na różnych nośnikach.

Krótki zasięg (NAREW)

Najbardziej widoczna i bolesna wyrwa w polskiej obronie powietrznej znajduje się, jeśli chodzi o obronę na krótkim zasięgu (SHORAD). Tego rodzaju systemy są bowiem podstawą obrony powietrznej własnych sił lądowych przed napadem z powietrza.

Siły Zbrojne RP dysponują w tym zakresie bardzo wysłużonym i przestarzałym sprzętem post-radzieckim, który mimo polskiej modernizacji posiada wątpliwe walory obronne. Dodatkowo nie jest tego zbyt wiele. Na wyposażeniu znajdują się 64 zestawy zmodernizowanych systemów OSA-AKM z czego 17 sztuk zostało podniesionych do wersji OSA-AKM-P1 Żądło. Osy są bardzo mobilnymi pojazdami przezbrojonymi w 6 wyrzutni pocisków rakietowych o zasięgu do 15 km na pułapie do 12 km. Naprowadza je radar o zasięgu do 30 km. Zmodernizowane „Żądła” posiadają z kolei pasywny system wykrywania i identyfikacji celu oraz system rozpoznania IFF (Friend ore Foe). Osy posiadają znaczny potencjał modernizacyjny, który został wykorzystany przez polski przemysł. Systemy elektroniczne, namierzania, łączności oraz radary zostały wymienione. Problemem jednak pozostały pociski rakietowe, których nie da się zmodernizować przez co ich efektywność jest obecnie relatywnie niska.

AKM Osa

Na początku września 2021 roku, MON zawarło umowę ramową z PGZ na dostawę systemów w ramach programu Narew. Wciąż nie wiadomo jak te systemy będą wyglądać, natomiast już wiadomo, że MON zgłosiło zapotrzebowanie na ok. 400 wyrzutni, na co ma zostać przeznaczone kilkadziesiąt miliardów złotych (szacunki od 30 do 60). Ma to być największy i najbardziej skomplikowany (oraz najdroższy) kontrakt w historii polskich sił zbrojnych. Program ma zostać zrealizowany już w 2026, co jest terminem nie tak wcale odległym patrząc na skalę i rodzaj zamówienia. A także fakt, że nie wybrano jeszcze zagranicznego partnera, który udzieli polskiej stronie licencji na produkcję nowoczesnych pocisków lub sprzeda niezbędną do tego celu technologię.

Niemniej, należy podkreślić, że w końcu zapadły jakieś decyzje polityczne dotyczące tego najbardziej potrzebnego programu modernizacji Sił Zbrojnych RP. Zapowiedzi są bardzo ambitne i mogą cieszyć. Oby w ślad za tym poszła realizacja. Należy temu bardzo kibicować.

 

Średni zasięg (WISŁA)

W ramach obrony powietrznej średniego zasięgu, Polska posiada jeszcze 17 sztuk starych systemów S-125 Newa SC, czyli polskich modernizacji radzieckich New. Systemy te przeszły bardzo udaną modernizacje w latach 90-tych i otrzymały m.in. cyfrową elektronikę oraz podwozie gąsienicowe. Uzbrojone są w 4 rakiety o zasięgu do ok. 25 km oraz pułapu do 18 km. Również w tym przypadku słabością systemu są przestarzałe, niemodernizowane pociski rakietowe. Ponadto po czasach PRL-u ostał się jeszcze jeden zestaw S-200 WEGA-C, który również został zmodernizowany przez polski przemysł.

Wyrzutnia OPL – S-125 Newa-SC

Pocieszającą informacją jest ta, że realizując pierwszą fazę kontraktu z 2018 roku na program Wisła, firma Raytheon zapowiedziała dostawę dwóch baterii Patriot jeszcze przed terminem. Pierwsza bateria ma trafić do Polski najpóźniej na początku 2022 roku, natomiast druga do końca roku. Innymi słowy na koniec przyszłego roku Siły Zbrojne RP powinny posiadać łącznie w dwóch bateriach 16 jednostek ogniowych i 4 radary z amunicją w łącznej ilości 208 nowoczesnych pocisków PAC-3 MSE. Jeden Patriot jest wyposażony w 4 wyrzutnie, zdolne pomieścić kilkanaście (różnie w zależności od typu) pocisków. W przypadku zakupionych PAC-3 MSE jest to 12. System może zwalczać samoloty, śmigłowce, rakiety balistyczne (typu: Iskander-M), rakiety manewrujące (sys. Kalibr) a nawet pociski antyradarowe (UAV). W przypadku stosowania pocisków PAC-3 MSE, Patrioty mogą razić cele na dystansie nawet do 100 km (do 40 km jeśli celem jest rakieta) na pułapie nawet powyżej 30 km. Wyrzutnie przewożone są na platformie samochodowej. Pociski PAC 3 MSE charakteryzują się wysoką manewrowością (przeciążenia do 30G), prędkością (Mach 4.1) oraz radarowym aktywnym naprowadzaniem w ostatniej fazie lotu, co znacznie podnosi ich celność. W początkowej fazie lotu pocisk naprowadzany jest bezwładnościowo. Radar Patriotów może śledzić 100 celów na raz, przy czym posiada system rozpoznawania fałszywych celów. Jest wyposażony w pasywną antenę (PESA) ze skanowaniem elektronicznym, która pracuje w trybie sektorowym o rozpiętości obserwacji 120° w azymucie. Zasięg radaru to prawdopodobnie ok. 200 km. Patrioty zostaną wpięte (podobnie jak NAREW) w IBCS czyli system dowodzenia i kierowania ogniem, który Polska zresztą również nabyła. Dzięki kontraktowi na Patrioty, polska HSW produkuje np. wyrzutnie oraz nośnik w postaci Jelcza. Po polskiej stronie leży ponadto dostarczenie kontenerów na pociski oraz ich doposażenie w niezbędne systemy, a także naczep na których będą zainstalowane wyrzutnie. Polskie firmy zostaną włączone do amerykańskiego łańcucha dostaw (jako poddostawcy), co pozwoli im produkować ww. elementy na eksport.

Druga faza programu Wisły ma polegać na dostarczeniu Polsce kolejnych 6 baterii jednakże konfiguracja baterii ulegnie zmianie. Tak więc nie ma co się spodziewać kolejnych 64 wyrzutni wyposażonych w pociski PAC-3 MSE. Raczej wyrzutni będzie znacznie mniej i mogą korzystać z tańszych pocisków np. Skyceptor. Na podpisanie kontraktu na dostawę trzeba będzie jednak poczekać do momentu, gdy Amerykanie ukończą pracę nad zamówionym przez nas radarem dookólnym (AESA) dla Patriotów, który będzie mógł obserwować przestrzeń w 360°. A więc dostrzeże zagrożenie nadlatujące z każdego kierunku (o ile przeciwnik nie wykorzysta martwych stref).

Podsumowanie – program Wisła

Program Wisła budzi kontrowersje głównie z uwagi na wysoką cenę amerykańskich systemów Patriot. Cena ta zmusiła polską stronę do ograniczonych zakupów. To z kolei prowadzi do konstatacji, że tych 8 baterii ( przy niewiadomej jeszcze docelowej liczbie jednostek ogniowych przypadających na baterię) o skutecznym zasięgu  do ok. 100 km (dla samolotów i 40km dla rakiet) będzie niewystarczające by obronić całe polskie terytorium w sytuacji zmasowanego ataku. Pogląd ten jednak nie uwzględnia kilku istotnych czynników. Pierwszym z nich jest fakt, że Patrioty nie mają zastąpić Narwi (jak wielu przeliczało koszt Wisły na możliwość zakupu większej ilości sys. krótkiego zasięgu). Systemy te mają działać równolegle i się uzupełniać. Jak pokazała umowa ramowa podpisana w czasie MSPO 2021, Polska – pomimo znacznego wydatku na system Wisła – zamierza jeszcze więcej zainwestować w program Narew. Budując wielowarstwową obronę powietrzną.

Po drugie, pociski PAC-3 MSE osiągają prędkość do 4.1 macha, podczas gdy najnowocześniejsze systemy krótkiego zasięgu posiadają znacznie gorsze osiągi w tym zakresie. Brytyjski CAMM może lecieć z prędkością 3 machów, natomiast amerykański AIM-9 Sidewinder osiąga zaledwie  2.5 macha. Dla porównania rosyjski myśliwiec Su-35 może osiągnąć maksymalną prędkość lotu 2.25 macha. Oznacza to, że samolot ten może na krótko wlecieć w zasięg systemów OPL krótkiego zasięgu, odpalić własne rakiety, a następnie stosunkowo łatwo uciec wystrzelonym w jego kierunku pociskom. Ta sztuka będzie o wiele trudniejsza z pociskami lecącymi dwukrotnie szybciej i posiadającymi dwukrotnie większy zasięg. Jednocześnie prędkość pocisków OPL ma niebagatelne znaczenie w kontekście zwalczania rakiet balistycznych. Z uwagi na większy zasięg radaru, a także większe zasięg i prędkość pocisku, system obrony powietrznej średniego zasięgu może być zlokalizowany nieco głębiej na terytorium kraju. Co za tym idzie, będzie mógł np. osłaniać systemy krótkiego zasięgu narażone na atak lotniczy w misjach SEAD, samemu będąc poza zasięgiem wrogich rakiet przeciwradarowych. Nieprzypadkowo Niemcy sami posiadają 12 baterii Patriot (+2 szkolne) choć z pociskami w starszej wersji PAC-3. Już zdecydowano się je zmodernizować tak, by mogły korzystać z nowocześniejszych PAC-3 MSE.

Co na koniec należy podkreślić, że główną rolą systemu Wisła nie jest – jak głosiło część komentatorów – przechwytywanie pocisków balistycznych. To zadanie jest jednym z wielu. Przede wszystkim obrona powietrzna średniego zasięgu ma służyć odstraszaniu wrogiego lotnictwa. W tym kontekście warto pamiętać, że na stan z sierpnia 2021 – gdyby Polska miała bronić się sama – to rosyjskie myśliwce mogłyby wlecieć nad polskie terytorium niemal bezkarnie (jeśli nie uwzględnimy naszego lotnictwa – które musiałoby się mierzyć ze znacznie liczniejszym przeciwnikiem bez wsparcia z lądu). Wystarczy, że rosyjskie Sukhoje i MiGi osiągną odpowiednio wysoki pułap (np. 17 km do czego są zdolne) i znajdą się w praktyce poza zasięgiem polskich systemów bardzo krótkiego zasięgu, a nawet krótkiego (Osy). Tak więc do obrony pozostaną nam systemy S-125 Newa S.C., których mamy zaledwie 17 sztuk, przy czym ich pociski są dość stare i nigdy nie nadawały się do niszczenia celów osiągających prędkość większą niż 2 tys. km/h (ok. 1.6 Macha). Innymi słowy, na tą chwilę Polska nie posiada skutecznego systemu obrony powietrznej.

Jednak sytuacja zmieni się już za rok. 16 wyrzutni, z których każda może mieć do dyspozycji w gotowości bojowej po 12 sztuk pocisków PAC-3 MSE, daje łączną salwę 192 niezwykle precyzyjnie namierzanych pocisków o zasięgu nawet do 100 km i lecących z zawrotną prędkością ponad 4 machów.  Innymi słowy, od przyszłego roku siły powietrzne Federacji Rosyjskiej utracą potencjalnie łatwy dostęp do polskiego nieba. Zwłaszcza, gdy w system IBCS zostaną wpięte polskie nowoczesne systemy bardzo bliskiego zasięgu (radar Soła + Poprady/GROM/PIORUN), zdolne razić cele nadlatujące na niskim pułapie w celu uniknięcia wykrycia przez radary systemów średniego zasięgu. Z takim wsparciem, polskie F-16 oraz MiG-29 będą mogły operować nad polskim niebem bez obawy, że przeciwnik nakryje je czapkami. Innymi słowy, dzięki Patriotom już za rok będziemy zdolni samodzielnie bronić własnego nieba. Dziś jest to praktycznie niemożliwe. Tak szybka realizacja kontraktu na program Wisła pozwoli nam spokojnie czekać na opracowanie i wdrożenie programu Narew, którego pierwsze systemy mają być gotowe dopiero w 2026 (o ile nie będzie opóźnień).

Należy ponadto podkreślić, że dzięki umowie offsetowej, Polska uzyskała kompetencje w zakresie budowy wyrzutni, kontenerów oraz ich osprzętu. W zakresie technologii radarowych, polskie osiągnięcia PIT-RAWDAR w tej dziedzinie śmiało mogą konkurować z tymi amerykańskimi. Polska posiada doskonałe radary każdego typu. Tak więc dzięki umowie na Patrioty, nasz przemysł zyskał możliwość produkcji jednego z niezbędnych komponentów do budowy własnych systemów przeciwlotniczych średniego zasięgu. To tak na wypadek, gdyby kiedyś zostały zerwane łańcuchy dostaw. Oczywiście najistotniejszym elementem zestawu jest sam pocisk. Dlatego oczywistym jest, że Amerykanie nie byli skłonni oddać drogocennych technologii w tym zakresie. Niemniej niewykluczone, że w przyszłości do polskich wyrzutni opartych na Patriot, będziemy sprowadzać inne – tańsze – pociski lub nawet opracujemy wreszcie własne (sami lub z pomocą). Tak więc kontrakt na Patriot z pewnością przysłużył się polskiemu przemysłowi, jego potencjałowi, a przede wszystkim dzięki niemu uruchomiono nowoczesną linię produkcyjną wyrzutni.

Umowa na zakup Patriotów jest jedną z tych, które z uwagi na wartość kontraktu oraz relatywnie niską ilość sprzętu budziły kontrowersje. Jednak gdy systemy te już wejdą do użytku, nie będziemy mogli uwierzyć, jak mogliśmy funkcjonować wcześniej bez nich. Tego rodzaju umową był zakup F-16 (choć mimo wszystko mniej kontrowersyjny) i tego rodzaju umową okaże się ta na zakup F-35 co opiszę w drugiej części.

 

Systemy radarowe

W zakresie systemów wykrywania zagrożeń, polski przemysł – a zwłaszcza firma PIT-RADWAR – znajduje się w ścisłej światowej czołówce. Wskazuje się, że niektóre rozwiązania są wręcz najlepsze na globie. Powyżej zostały już opisane dwa produkty ww. spółki, a tj. radar LIWIEC, a także radar dla systemów VSHORAD oraz SHORAD (krótki zasięg) w postaci SDPSR „Soła” posadowiony na pojeździe Żubr-P (Polska posiada 8 takich urządzeń). PIT-RADWAR opracował już nowszą, wersję „Soły” w postaci nowego mobilnego radaru SDPSR „Bystra”. W 2019 roku MON podpisał kontrakt na dostawę 16 stacji tego typu (wart 635 mln zł), które mają być dostarczone do 2025 roku. Modernizacja zwiększyła maksymalny zasięg radaru  z 60 do 80 km. System może śledzić do 100 celów na raz. Co należy powtórzyć, „Bystra” jest już integrowana z systemem ICBS, a więc będzie mogła wspierać i kierować ogniem nie tylko OPL bardzo krótkiego zasięgu ale również systemów Narew i Wisła. Innymi słowy, dzięki „Bystrej” nasza obrona powietrzna zyska niezbędną „głębię” a rozmieszczone bliżej centrum kraju wyrzutnie Patriot będą mogły razić nisko lecące cele wchodzące dopiero w polską przestrzeń powietrzną.

https://www.youtube.com/watch?v=82N2hDSfsnU

Oprócz tego, PIT-RADWAR opracował trójrzędny mobilny radar średniego zasięgu TRS-15 „Odra” z możliwością zobrazowania celów w 3D. Radar jest posadowiony w starszej wersji na Tatrach (8×8) natomiast nowsze Odry korzystają z ciężarówek Jelcz (8×8). Może wykrywać obiekty powietrzne oddalone do ok. 240 km na pułapie do 30 km. Jednak główną jego cechą wykrywanie celów niskolecących. Te ostatnie mogą zostać dostrzeżone z odległości 50 km. W tym zakresie zadaniem „Odry” jest wypełnianie luk w pokryciu radiolokacyjnym  stacjonarnych radarów dalekiego zasięgu posiadanych przez Polskę tj. NUR-12 i RAT-31DL. Choć radar mógłby przejąć rolę także głównego środka wykrywania celów powietrznych. Odra jest dostostosowana do działania w warunkach zakłócania sygnałowego, potrafi ignorować sygnały wysyłane przez inne radary sojusznicze, a także rozpoznawać cele wrogie od własnych (system IFF).

Polska posiada 15 stacji radarowych tego typu (dwie Marynarka Wojenna i 13 w Siłach Powietrznych). W 2018 roku MON podpisał umowę na dostawę do 2022 roku kolejnych 11 stacji TRS-15M co da łącznie ilość 26 radarów tego typu.

Radary TRS-15 Odra (przed modernizacją)

Oprócz wspomnianych, starszych naziemnych radarów dalekiego zasięgu NUR-12 i RAT-31DL, PIT-RADWAR opracował nowszy system w postaci RDL-45. Zamówienie na dostawę tych systemów zostało złożone w 2017 roku, jednak ilość zakupionych radarów jest informacją niejawną. Wiadomo natomiast, że starsze mobilne radary dalekiego zasięgu NUR-31 i NUR-41 zostaną zastąpione przez nowoczesne opracowane w 2017 roku 17 radarów „Warta” o zasięgu maksymalnym do 470 km oraz pułapie do 30 km. Oprócz tego MON planuje pozyskać 15 nowoczesnych radarów kontroli lotnisk o kryptonimie „Drawa”, a także 4 radary na aerostatach w programie o kr. „Barbara”.

Jednak najciekawszym systemem oferowanym przez PIT-RADWAR jest prototyp mobilnego radaru wstępnego rozpoznania celów dalekiego zasięgu P-18L. To głęboka modernizacja postradzieckiego systemu P-12, a wersja pośrednia P-18 jest używana na potrzeby zestawu S-125 Newa SC. Najnowsza wersja polskiego systemu bardzo dobrze nadaje się do wykrywania obiektów wykonanych z wykorzystaniem technologii stealth (niska skuteczna powierzchnia odbicia radiolokacyjnego). Zasięg radaru wynosi do 450 km.

PIT-RADWAR pracuje ponadto nad prototypem radaru „Sajna” – wielofunkcyjnego radaru kierowania ogniem, który jest opracowywany m.in. dla programu „Narew”

 

 

Podsumowanie CZĘŚĆI I – Wojska Lądowe ANNO DOMINI 2030

Siły Lądowe – stan dotychczasowy:

Mając na uwadze przyszły potencjał Sił Lądowych Wojska Polskiego, warto odnieść się do miejsca, z którego modernizacja „startowała”, nawet nieco dalszego. Bo nawet na dzień dzisiejszy sytuacja w Wojskach Lądowych nie przedstawia się kolorowo. Nasycenie bronią przeciwpancerną wśród piechoty jest dalece niewystarczające. Cieszy z kolei zamówienie na modernizację i dostawy nowych wyrzutni oraz pocisków PLOT – PIORUN. Do niedawna żołnierze mogli liczyć jedynie na zabytkowe, postradzieckie pistolety. Na szczęście 20 tys. nowych Vis 100 trafia już do armii. Dopiero od w 2016 roku zaczęto dostarczać nowoczesne systemy termowizyjne w większych ilościach. Do tej pory żołnierz piechoty był w nocy ślepy. W 2018 roku podpisano kontrakt na nowoczesne lekkie moździerze. Wprawdzie opracowano już nowoczesny system komunikacji radiowej piechoty, jednak na kontrakt trzeba jeszcze poczekać.

Marnie wygląda również sytuacja wojsk pancernych. Połowa Leopardów czeka w zakładach na modernizację. Warto dodać, że do mniej więcej 2019 roku ani Leopardy ani PT-91 nie dysponowały nowoczesną amunicją przeciwpancerną i były raczej bezzębne (PT-91 wciąż są).

W zakresie wozów opancerzonych jedynym w pełni nowoczesnym trybikiem (bo nawet nie wyspą modernizacyjną) był dotychczas KTO Rosomak. Reszta floty to pojazdy zabytkowe (BWP-1, BRDM-2).

Jeszcze do 2015 roku nie mogliśmy się również chwalić artylerią. Na szczęście w roku 2021 kończone są dostawy nowych AHS Krab, a także jesteśmy w środku realizacji dostaw moździerza samobieżnego Rak. To jedyna sfera, w której sprawy poszły wyraźnie do przodu i można spać spokojnie.

W zakresie bezzałogowych statków powietrznych, polska armia do niedawna nie dysponowała niczym. A poczynione już zakupy to ilości śladowe (24 sz. Bayraktarów, 100 szt. Warmate, 48 szt. FlyEye).

Jednostki Kawalerii Powietrznej są tak stare i bezzębne, jak amerykańskie mustangi po przejściu całego szlaku bojowego w czasie wojny secesyjnej.

Na rok 2021 – pomimo dostaw zestawów Poprad i Pilica – nasza obrona powietrzna praktycznie nie istnieje. Nie stanowi żadnej zapory ani wsparcia dla własnego lotnictwa. W zasadzie jest pewnym, że bez wsparcia sojuszniczego, potencjalny przeciwnik przejmie kontrolę nad Polskim niebem już 1 dnia wojny.

Dużym pozytywem są systemy radiolokacyjne oraz nowoczesne radary. Dzięki nim – gdyby wojna wybuchła w czasie ZAPAD21 a sojusznicy nie zdążyli z pomocą – widzielibyśmy bardzo dokładnie kto, skąd i czym nas bombarduje. Przynajmniej przed atakiem pierwszej fali sił powietrznych przeciwnika. Później rzeczywiście pozostałoby ukrywanie się po lasach.

W takim stanie rzeczy widocznym jest, jak zapuszczone zostały Wojska Lądowe Sił Zbrojnych RP, a należy pamiętać, że na siły te przypada zdecydowana większość budżetu MON (o tym jak wygląda np. MW będzie w części II ). Nie powinno więc dziwić, że przywrócenie polskiej armii stanu używalności wymaga tak ogromnych nakładów pieniężnych oraz długiego czasu. Bowiem gdzie nie zajrzeć, tam trupy (sprzętu) wypadają z szafy. Pocieszające jest to, że problem rzeczywiście dostrzeżono i aktualnie przeznacza się na modernizację WP potężne środki (osobna kwestia czy wybierane są optymalne rozwiązania). Drugą dobrą informacją jest to, że jeśli program modernizacji będzie kontynuowany w takim tempie i wykorzysta zaproponowane przez polski przemysł rozwiązania, to za ok. 10 lat Wojska Lądowe Sił Zbrojnych RP będą dysponowały nowoczesnym sprzętem każdego rodzaju. Mniej więcej ok. 2030 roku powinniśmy wówczas osiągnąć szczyt modernizacyjny i technologiczny Wojsk Lądowych, w sytuacji gdy nasz potencjalny przeciwnik po 20 latach modernizacji Armii (polegającej na ulepszaniu starego sprzętu) będzie musiał rozpocząć ją na nowo (wady licznej armii).

Siły Lądowe 2030:

Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, za dekadę powinniśmy mieć wdrożony Program Tytan (nowoczesny żołnierz). Dzięki jego wprowadzeniu, tak żołnierze zawodowi jak i WOT będą mieli ułatwione zadanie radzenia sobie np. z wrogimi siłami specjalnymi (noktowizja, dobra komunikacja wspierająca współdziałanie drużyn piechoty a także potencjał do wykorzystania amunicji krążącej oraz nakierowania ognia artyleryjskiego). Dzięki przewadze technologicznej, słabiej wyszkoleni żołnierze będą mieli większe szanse zneutralizowania elitarnych jednostek wroga. Ponadto piechota będzie mogła szybciej uzyskać skuteczne wsparcie przeciwko opancerzonym siłom przeciwnika. Nie bez znaczenie będzie miało również dostarczenie polskiemu żołnierzowi (w końcu) nowoczesnego munduru oraz hełmu. Tak, żeby nie czuł się jak dziad biegając w stalowym hełmie po poligonie. Tego rodzaju detale potrafią bowiem podkopać morale lub co najmniej opinię o własnych Siłach Zbrojnych co wciąż ma niebagatelne znaczenie na polu walki.

Po zakończeniu modernizacji Leopardów 2A4 do wersji 2PL oraz dostawie 250 Abramsów, siły pancerne III RP będą się już przedstawiać zgoła inaczej. Nie można jednak zaniechać dalszych inwestycji bowiem w 2030 roku polskie PT-91 (nie mówiąc już o T-72) będą powoli szykowały się do roli eksponatów muzeum. Trudno natomiast rozstrzygnąć, w którą stronę pójdzie modernizacja floty czołgów. Czy Polska kupi kolejne M1 czy też zacznie realizować program Wilk? A jeśli to drugie, to będzie oznaczało, że nawet po zastąpieniu dodatkowo Leopardów, Polska wciąż będzie dysponowała dwoma typami czołgów. Jednocześnie Polska powinna mieć już odpowiednie nasycenie obroną powietrzną bardzo krótkiego oraz krótkiego zasięgu, dzięki czemu będziemy w stanie ochraniać zgrupowania sił własnych przed ew. atakiem z powietrza (tak przed wrogim lotnictwem jak i bezzałogowymi statkami powietrznymi i amunicją krążącą). Da to potencjał polskim siłom pancerno-zmechanizowanym do prowadzenia walki manewrowej z wykorzystaniem przewagi odporności pancerza polskich czołgów. Co przy wsparciu nowoczesnej, mobilnej artylerii wykorzystującej amunicję programowalną, a także drony rozpoznawcze oraz radary Liwiec – będzie dawało kompleksową odpowiedź na każdego rodzaju zagrożenie lądowe. Polska artyleria będzie miała bowiem zdolność prowadzenia niezwykle precyzyjnego ognia.

Wojska zmechanizowane będą operować na Rosomakach, Borsukach oraz wychodzących z użycia zmodernizowanych (miejmy nadzieję) BWP-1. Pojazdy te będą wyposażone bądź to w wieżę Hitfist z armatą 30mm lub w ZSSW-30 z dwiema wyrzutniami rakiet Spike-LR. Wsparcie będą stanowić niszczyciele czołgów Ottokar Brzoza, a rozpoznanie powinno posiadać już wozy Pegaz. Być może wymiany na Kraby będą wymagać haubicoarmaty Dana planowana jest ich dalsza modernizacja.

Wciąż nie wiadomo, jak potoczą się losy modernizacji floty śmigłowców. MON zapowiedział, że przed rokiem 2024 nie można się spodziewać ruchów w tym kierunku, jednak niewykluczone, że między 2024-2030 rzeczywiście zostaną poczynione odpowiednie nakłady. Być może dzięki „pilotażowemu” programowi zakupu Abramsów, uda się również w podobny sposób nabyć od Amerykanów stosunkowo niedrogie AH-1 Cobra. Ponadto trzeba będzie zadbać o przynajmniej ok. 30 sztuk śmigłowców wielozadaniowych (może świetne Blackhawki produkowane w Polsce?).

Z uwagi na osiągnięcia polskiego przemysłu w sferze lekkich bezzałogowych statków powietrznych, a także amunicji krążącej – należy spodziewać się kolejnych kontraktów, które nasycą SZ RP odpowiednią ilością BSL. Raczej nie należy się z kolei spodziewać kolejnych kontraktów np. na bezzałogowce klasy MALE, z uwagi na już kupione Bayraktary TB2. I nie wydaje się, byśmy potrzebowali więcej jednostek tego typu.

Istotną kwestią będzie natomiast zwiększenie potencjału w zakresie możliwości wykonywania uderzeń rakietowych na dalszym zasięgu. Skoro kupiliśmy już HIMARS-y w taki sposób w jaki kupiliśmy (czyli z półki, bez negocjowania ceny dla potencjalnie kolejnych dostaw), to należałoby zadbać o zwiększenie ich ilości do co najmniej dwóch dywizjonów (2×18 jednostek ogniowych) a najlepiej nawet czterech (po 1 dla każdej dywizji). Ponadto należy również kupić (o czym MON już myśli) pociski o zwiększonym zasięgu do 150km (GMLRS-ER) lub nawet rakiet taktycznych o zasięgu do 300 km (ATACMS). Dałoby to bowiem większy potencjał w zakresie wykonania ewentualnego ataku saturacyjnego na systemy i instalacje wojskowe w Obwodzie Kaliningradzkim. Dzięki temu Rosjanie musieliby się zastanowić – jeszcze przed ew. konfliktem – czy przypadkiem nie powinni wycofać lotnictwa a może i okrętów wojennych z Kaliningradu. Gdyby tak się stało, to Polska uzyskałaby dodatkową przewagę na Bałtyku, ponieważ rosyjskie lotnictwo musiałoby operować ze znacznie większej odległości. Ponadto sam fakt, że Polska mogłaby wykonać uderzenie niszczące na newralgiczne instalacje Kaliningradu (jak np. Port, bazy lotnicze i wojskowe) – co mogłoby kosztować Rosję sporą stratę prestiżu – byłby dodatkowym czynnikiem odstraszającym.

Natomiast powinniśmy mieć niezwykle komfortową sytuację jeśli chodzi o wielowarstwową, nowoczesną obronę powietrzną wspieraną przez dość gęstą i nowoczesną sieć radarów. Dzięki temu nasze lotnictwo (zwłaszcza po otrzymaniu F-35) powinno mieć przewagę nad polskim niebem. Co zawsze ma niebywałe znaczenie w kontekście prowadzenia działań bojowych w ramach wojny symetrycznej (z przeciwnikiem o porównywalnym potencjale). Ponadto Polska będzie posiadała potencjał – choć ten zawsze jest niewystarczający – do obrony obiektów infrastruktury krytycznej. Co pozwoli choć w pewnym stopniu ograniczyć straty przy ewentualnym uderzeniu rakietowym. Przyjmowanie „na klatę” tego rodzaju zagrożenia byłoby fatalne. Łatwo sobie przecież wyobrazić scenariusz, w którym Rosjanie np. odcinają nam dostawy gazu i ropy naftowej, a następnie niszczą infrastrukturę pozwalającą odbierać je z innych źródeł. Po czym zamiast atakować na ukryte w lasach polskie „lekkie” siły, wystosowują notę do władz z Warszawy czy te mają już dosyć wojowania i ulegną żądaniom politycznym, czy też chcą przyjmować na klatę kolejne uderzenie? Warto o tym pomyśleć.

Dzięki pociskom PAC-3 MSE (a może i innym tańszym – dokupionym w 2 fazie Wisły) do wyrzutni Patriot, Polska będzie dysponowała potencjałem zestrzelenia pocisków balistycznych. Oczywiście, że Rosja wciąż będzie mogła nakryć systemy polskiej OPL czapkami. Ilością wystrzelonych rakiet i pocisków przeciążyć systemy obronne (swoją drogą Rosjanie są w stanie przeciążyć każdą OPL na świecie – również amerykańską, a nikt poważny nie rezygnuje z tego rodzaju obrony).  Niemniej, czym innym jest w warunkach ograniczonego konfliktu wystrzelenie jednej taktycznej głowicy jądrowej w celu zniszczenia jakiegoś zgrupowania wojsk lub punktu infrastruktury krytycznej, a czym innym jest potrzeba wystrzelenia kilku-kilkunastu lub nawet kilkudziesięciu rakiet uzbrojonych w głowice jądrowe w jedno miejsce. Ten drugi scenariusz wyklucza lub znacząco utrudnia wytłumaczenie się z tego opinii międzynarodowej oraz powstrzymanie dalszej eskalacji oraz kontruderzenia. Innymi słowy, posiadając nawet nieliczne wyrzutnie Patriot PAC-3 będziemy zmuszali Rosjan do podjęcia znacznie większego ryzyka politycznego w czasie konfliktu zbrojnego. Co w Moskwie musieliby kalkulować jeszcze przed rozpoczęciem działań ofensywnych. Innymi słowy, Patrioty z pociskami PAC-3 MSE posiadają walor zniechęcający przeciwnika do wszczynania wojny.

W obliczu powyższych analiz można wyciągnąć jeden wniosek. Modernizacją WP winni się zajmować ludzie, którzy całe swoje życie zawodowe (lub jego większość) poświęcili tematyce wojskowości i uzbrojenia. Nie należy się tym samym przejmować opiniami osób, które przygodnie wygłaszają własne luźne opinie w zakresie modernizacji Sił Zbrojnych RP. Fakt, że różni – często internetowi – znawcy widzieliby Siły Lądowe RP bez czołgów podstawowych, bez pocisków PAC-3 MSE i wyrzutni Patriot (które sami już wytwarzamy dzięki offsetowi) lub też bez wyrzutni dalszego zasięgu (jak HIMARS, choć można było również nabyć inne) za to z większą ilością jednostek lekkich i dronów latających nie oznacza, że tego rodzaju kierunek modernizacji byłby właściwy. Wręcz przeciwnie, należy taką koncepcję ocenić jako propozycję fatalną dla Wojska Polskiego, pozbawiającą go – wprawdzie najdroższego – jednak najbardziej wartościowego uzbrojenia, dającego największe pole manewru (potencjał) w szerokiej skali różnego typu zagrożeń. Jednocześnie „lekkie” siły Wojska Polskiego utraciłyby potencjał ofensywny, a więc Rosja i Białoruś mogłyby przeznaczyć wszystkie dostępne na danym odcinku siły na zadania ofensywne. Nie musząc rozpraszać swoich zasobów w celu obrony wybranych kierunków, na których Polska i NATO mogłyby wbić klin. W konsekwencji ewentualny atak na Polskę byłby potężniejszy a tym samym trudniejszy do odparcia. Tego rodzaju porad należy się wystrzegać.

Jednocześnie trzeba mieć nadzieje, że już rozpoczęte programy modernizacyjne a także zapowiedzi będą terminowo realizowane. Niezależnie od opcji rządzącej. Dlatego tak ważny jest polityczny konsensus w zakresie zwiększania potencjału Sił Zbrojnych RP. Polski nie stać bowiem już na kolejne zmiany koncepcji, które kompletne rozbijają program modernizacyjny. Średnio optymalne rozwiązania są lepsze niż te doskonałe wdrożone nigdy.

I w tym miejscu należy zapowiedzieć kontynuację artykułu, którego obszerność przekroczyła jak zwykle planowane ramy. W części drugiej poruszone zostaną jeszcze bardziej kontrowersyjne tematy, bo dotyczące lotnictwa (i zakupi F-35), a także Marynarki Wojennej (oraz programu budowy fregat – Miecznik). Z tą świadomością pozostawiam Was – mam nadzieję – w oczekiwaniu 😉

 

Krzysztof Wojczal

geopolityka, polityka, gospodarka, prawo, podatki – blog

 

TRZECIA DEKADA. Świat dziś i za 10 lat

 

Pozostałe źródła:

https://milmag.pl/granatnikowy-paragraf-22-2/

https://milmag.pl/dostawy-rgp-40-anulowane/

https://www.defence24.pl/kolejna-dostawa-piorunow-do-wojska

https://zbiam.pl/kolejne-zestawy-piorun-trafily-do-wojska/

https://www.defence24.pl/przeciwpancerna-karabela-dla-armii-osmiu-chetnych-na-wyrzutnie-i-pociski

http://dziennikzbrojny.pl/artykuly/art,5,23,11338,wojska-ladowe,wyposazenie,produkcja-ppk-spike-w-polsce-czas-na-zmiany

https://www.defence24.pl/nowe-spike-dla-wojska

https://zbiam.pl/kolejne-mozdzierze-lmp-2017-trafily-do-wot/

https://www.defence24.pl/radio-tytana-baza-dla-rewolucji-w-zarzadzaniu-polem-walki

http://www.polska-zbrojna.pl/home/articleshow/33724?t=Sprzet-noktowizyjny-dla-zolnierzy

https://www.defence24.pl/ponad-70-mln-na-nowy-sprzet-noktowizyjny-dla-wojska

https://www.defence24.pl/kolejne-kraby-zamowione

https://www.defence24.pl/rak-idzie-do-przodu

https://www.defence24.pl/drony-bayraktar-tb2-dla-polski-wyzwania-i-watpliwosci-komentarz

https://zbiam.pl/artykuly/poznanska-propozycja-modernizacji-bwp-1/

https://www.defence24.pl/borsuk-na-dragonie-21

https://www.defence24.pl/modernizacja-bwp-1-z-poznania-analiza

http://www.polska-zbrojna.pl/Mobile/ArticleShow/34080

https://zbiam.pl/co-dalej-z-systemem-orlik-odpowiedz-mon/

https://www.magnum-x.pl/artykul/modernizacja-wojsk-pancernych

https://www.defence24.pl/niemcy-wiekszosc-leopardow-w-najnowszej-wersji-zgoda-bundestagu

https://www.defence24.pl/nowe-otwarcie-systemu-minowania-baobab

https://www.defence24.pl/polska-konfiguracja-systemu-patriot-z-ibcs-analiza

http://dziennikzbrojny.pl/aktualnosci/news,1,11332,aktualnosci-z-polski,postepy-w-opracowaniu-nowych-radarow

90 komentarzy

  1. Teraz, w czasie tych zajść na granicy z Białorusią można pokusić się o ocenę siły polskiego państwa. Jest to wojna hybrydowa i wg mnie wygląda to średnio, ponieważ ciągle migranci próbują przechodzić przez granicę i ciągle ochrona jej jest wzmacniana. Wiadomo, jest mało informacji, ale fakt, że trwa to już miesiąc i nie słabnie, świadczy o tym, że problem nie został rozwiązany. V kolumna też nie zaprzestaje swoich działań. Można sobie teraz wyobrazić, jakby to wyglądało w godzinie próby na gorąco. Część ryje za plecami, służby działają ale boją się kamer i praworządności więc te działania są mało skuteczne, władza zajmuje się propagandą, zachód to olewa, NATO wydaje komunikat. Choć Polacy w większości popierają obronę granic, to jest wielu krzykaczy, którzy to torpedują w kraju i na świecie. Nie jest dobrze Panowie, brakuje jedności w obliczu wroga, a w kupie jest siła!

  2. Żaden z systemów SHORAD czy CIWS nie był testowany na rakiety supersoniczne, a co dopiero na hipersoniki. Rosjanie się zasłaniają, że „nie muszą”, bo Zachód na morzu opiera się o rakiety poddźwiękowe, idące w trybie „sea skimmer”. Piorun – jest dobry do zwalczania poddźwiękowych Kalibrów – sam to zresztą promowałem od 2014, a potem i i d24 [ https://www.defence24.pl/gromy-i-pioruny-przeciwko-kalibrom ]. Być może powstanie jakiś Piorun 2 – ale czy będzie miał zdolności do zwalczania supersoników, nie mówiąc o hipersonikach? Prawdopodobieństwo takiego skoku zdolności oceniam jako śladowe. Co do amunicji krążącej – wystarczy 500 Warmate 1 w roju – za mniej niż 50 mln zł – żeby zlikwidować wszystkie systemy operacyjne dużego okrętu – nie to że fregatę, ale klasy niszczyciela – liczonego no ok. 10 mld zł sztuka. . I co z tego, ze wszystkie systemy obrony zlikwidują [dajmy na to – zupełnie fantastycznie] nawet z 150 dronów – pozostałe 350 zamieni jednostkę we wrak- ślepy i bezbronny i faktycznie nie nadający się do naprawy. To kwestia przekroczenia wielkości progowych ataku saturacyjnego – nic więcej. W tej grze duże jednostki są stroną przegraną. Dlatego US Navy idzie w drony, w rozproszenie modułów zadaniowych na małe jednostki. Zresztą i pod wodą przyszłość to drony – od małych i prymitywnych tzw. „szybowców podwodnych przez oceaniczne Orca – a rosyjski Neptun [atomowa „torpeda” z ładunkiem 100 MT] spowodował prace studialne nad atomowymi bezzałogowymi odpowiednikami, są też prace nad podwodnymi „lotniskowcami” z AI dla rojów dronów. -podwodnych. Tak wracając do dronów amunicji krążącej – MSP myśli nad bojową wersją JET-2A – właśnie jako drona amunicji krążącej. Być może stealth – bo to naturalna tendencja. W locie nurkowym – z przyspieszeniem rakietowym – w ostatniej fazie ataku – łamiąc czasy reakcji systemów obrony – i koncentrując atak czasowo i rozpraszając jednocześnie obronę dla jej przeciążenia. Przewaga jest w tym przypadku przypadku po stronie małych systemów ataku w rojach. Wynika to asymetrycznie z szybkości zmian i niskich kosztów opracowania – gdy tymczasem systemy obrony to zawsze dużo kosztowniejsza i bardziej wymagająca działka. W ostatecznym rozrachunku zawsze zdecyduje całkowita kalkulacja koszt/efekt – oczywiście przy przeciążającym skoncentrowanym czasowo ataku saturacyjnym. Zresztą – sami Rosjanie przyznają [ polecam: https://www.altair.com.pl/news/view?news_id=29293 ], zwłaszcza po doświadczeniach w Syrii, gdy rebelianci atakowali ich bazy lotnicze skrajnie prymitywnymi dronami z przyczepionymi ładunkami, że – cytuję – „zdaniem cytowanego przez rosyjskich ekspertów gen. Władimira Popowa – specjalisty uderzeń z powietrza, nie ma obecnie możliwości zniszczenia wszystkich atakujących bsl w roju 100 maszyn”. I po drugiej stronie – „Jego opinię podziela ostrzegający na łamach Popular Mechanics przed rosyjską koncepcją amerykański analityk – Kyle Mizokami z San Francisco. Amerykanin uważa, że nawet jeśli USA zastosują do obrony swoich baz rozwijany właśnie laserowy układ ich obrony przed masą bsl – ATHENA o mocy 30 kW – 10 % roju przedostanie się do celu i przynajmniej poważnie go uszkodzi ładunkami wybuchowymi o masie 2,5 kg. Mizokami uważa, że za pomocą roju względnie tanich atakujących bsl można wyeliminować bezproblemowo takie cele, jak drogie systemy opl – rodziny Patriot, czy budowane za miliardy bazy myśliwców wielozadaniowych F-35.” A przecież proszę zauważyć – Rosjanie mają bardzo rozbudowane [na lądzie i na morzu] systemy VSHORAD, CIWS – rakietowe i lufowe – i żaden analityk w FR nie widzi możliwości poradzenia sobie z ta skrajną asymetrią koszt/efekt. Jedynym sposobem jest „rozkawałkowanie” takiej wielkiej jednostki na setki małych nosicieli z sensorami lub efektorami – działającymi de facto jako rój spięty sieciocentrycznie. Asymetria kosztów jest teraz przynajmniej o dwa [nie którzy twierdzą że trzy] rzędy wielkości na niekorzyść dużych jednostek [ale i generalnie – systemów skupionych – np. baz lotniczych]. A dokładanie drogich systemów samoobrony tylko pogarsza tę niekorzystną kalkulację. . Na końcu tego „pojedynku” przełamującym rojom dronów wystarczy tylko zwiększyć liczbę ponad poziom krytyczny – przy jednoczesnym dotrzymaniu skupienia bramki czasowej ataku – co przeciąża każdy system obrony. A poziom rozwoju dronizacji przez ostatnia dekadę – ale i sterowania rojami przez AI w systemach wielokanałowych – ale także systemów EW na dronach – jest szybszy, niż tempo uruchamiania projektów, które by miały się im przeciwstawić. Klasyczną ofiarą tempa rozwoju dronizacji – w zwalczaniu systemów zagrożeń podwodnych – są załogowe niszczyciele min klasy Kormoran II – gdzie cała koncepcja użycia stała się przestarzała przez rozwój auronomicznych dronów podwodnych o długim czasie misji [jak Hugin Endurance – o czym pisałem] – nim pierwszy z serii osiągnął sprawność operacyjną…. Zresztą – dotykam jednej z gardłowo ważnych cech wyścigu technologicznego – szybkości opracowania i szybkości modernizacji. Tu duże załogowe „kombajny do wszystkiego” – rodem z zimnej wojny – są zwyczajnie na przegranej pozycji. Samo testowanie i integracja i wzajemne „zgrywanie do kupy” – to zabiera lata. W przypadku Mieczników – te jednostki, które by weszły do służby – najprawdopodobniej w pierwszej połowie lat 30-tych – byłyby WTEDY koncepcyjnie przestarzałe – z przestarzałym wyposażeniem i uzbrojeniem – i całością systemów, które je integrują w ramach Bojowego Centrum Informacyjnego. Bo jednostka jest „combat ready: – gdy wszystkie systemy są „combat ready” – a na dodatek w takim „kombajnie” masę czasu [liczonego w latach] pochłania wyszkolenie i zgranie załogi. Inne wady systemów załogowych już wyliczałem – a są przecież zasadniczymi „kulami u nogi” w REALNYCH zdolnościach koniecznych dla podołania drabinie eskalacyjnej w strefie zgniotu.

    1. Jak pisałem, można mieć super pocisk. Trzeba go jednak naprowadzić. Skutecznie. Poświęciłem temu sporo miejsca w 2 częsci tekstu.

      Co do WARMATE i niszczenia okrętów. Zadam pytanie:

      Jaki skuteczny zasięg lotu ma takie urządzenie? 40 KM? Więc jak Pan operuje z brzegu, to wiele Pan tym nie osiągnie. Jak Pan to zapakuje na jakiś „tani” okręt , który będzie pozbawiony dobrego OPL , to ten okręt zostanie zatopiony szybciej niż wypłynie z portu. Przez Fregatę, która również może korzystać z amunicji krążącej ale będzie przy tym miała systemy obrony. Jak Pan będzie inwestował w zwiększenie zasięgu dronów, to się okażą drogie, duże , łatwe do zestrzelenia, wolne i przede wszystkim DROGIE. Więc bombki strzeli koszt/efekt.

      W czym „roje” dronów są lepsze od „gradu pocisków”? Jeśli chodzi o efektywność niszczącą są gorsze w każdym wskaźniku. Drony są po prostu „tańsze do wystrzelenia”.
      Czy „grad pocisków’ wykluczył z pola bitwy piechotę, wozy opancerzone? Czy pociski ppanc wyeliminowały z pola bitwy czołgi? Czy pociski przeciwokrętowe – wyeliminowały z użycia okręty? Czy pociski rakietowe wyeliminowały samoloty? Czy karabiny przeciwpancerne wyeliminowały czołgi?

      W każdym z tych pytań odpowiedź brzmi – NIE.

      Poza tym ja tu widzę jeden problem. Puszcza Pan wodze wyobraźni w przyszłość. No więc ja też wypuszczę. Pocisk z głowicą EMP.
      Amerykanie testują drony przeciw-dronowe. Tu powinien być Pan zachwycony jako zwolennik teorii koszt efekt. Proszę sobie wyobrazic testowanego już jednego taniego drona, który niszczy kilkanaście-kilkadziesiąt dronów z „roju”. Genialne prawda?

      Dron, oprócz potencjłu zniszczenia danego celu lub obserwacji, nie daje żadnej innej korzyści. Uzbrojenie ciężkie które można gdzieś rozstawić, daje obecność, możliwość blokady, ingerencji , demonstracji , otwiera możliwość „wejścia” na dany obszar i zamyka go dla wroga.

      Dlatego łatwo sobie wyobrazić, że drony nie zastąpią niczego na polu bitwy a będą uzupełnieniem. Dodatkową opcją. Np. powstaną lotniskowce zdolne wypuszczać roje dronów. No więc duży drogi nośnik (lotniskowiec) pozostanie , może będzie mniejszy niż dotychczasowe – ale pozostanie (a może właśnie zostanie zastąpiony przez fragatę?). Podobnie będzie z fregatami . Zostaną wyposażone w skuteczniejsze systemy anty-dronowe i ot cała filozofia.

      Przy czym fregata ma tą przewagę nad mniejszymi jednostkami, że dzięki jej wyporności i dość elastycznemu pokładowi, będzie ją można łatwo dostosować lub doposażyć w takie super anty-dronowe uzbrojenie.

      To jest tak oczywiste i tak wielokrotnie potwarzany scenariusz w historii, że naprawdę ja tutaj nie odkrywam żadnej Ameryki.

      Co do czasochłonności skuteczności operacyjnej fregaty tu się zgadzam. Niemniej to zwyczajnie jest niezbędne i teog się nie da uniknąć.

      Wie Pan przyszedł czas na pancerniki. Później na krążowniki (choć US NAvy a nawet Rosjanie z powodzeniem je używają). Wreszcie niewiele jest już niszczycieli. Z tego można by wysnuć zupełnie błędny wniosek, że duże jednostki odchodzą w zapomnienie. Nie jest to jednak prawdą.

      Zmieniają się tylko zastosowania okrętów i typy. A okręty „puchną”. II Wojenny francuski ciężki krążownik Algerie miał wyporność 10 tys. ton. Dziś niemieckie fregaty mają 7200 ton wyporności… Przy współczesnych fregatach o średniej wyporności ok. 4-5 tysięcy ton, II wojenne niszczyciele (okręt klasę wyżej) były miniaturkami (czasem wyporność poniżej tysiąca ton, lekkie krążowniki zaczynały się już od 1500 ton).

      Więc wbrew pozorom, lotnictwo wcale „nie skończyło” ogromnych platform, tylko wyeliminowało typy dużych drogich okrętów, które nie posiadały zdolności obrony przeciwlotniczej. Chodziło o eliminacje jednostek o określonych cechach, a nie tonażu.

      I teraz wracając do fregat. Ich zaletą jest to, że są to najlepsze okręty w zakresie koszt/efekt by załadować na jak najmniejszą platformę jak najbardziej wszechstronne i śmiercionoście uzbrojenie oraz największe radary.

      Więc osobiście uważam, że znaczenie fregat wręcz wzrośnie. Jako okręty wielozadaniowe mogą zyskać kolejny potencjał: – minilotniskowca dla BSL oraz – niszczyciela BSL.

      pozdrawiam
      KW

      1. Warmate mogą być przenoszone przez drona. Amerykanie, Chińczycy, Rosjanie i Hindusi już budują [albo i ćwiczą] przenoszenie amunicji krążącej przez inne drony. [ polecam: https://milmag.pl/fh-97-chinski-bezzalogowy-lojalny-skrzydlowy/ oraz wskazane tam artykuły powiązane]. Naprowadzanie to sprawa w ramach nadrzędnego rozproszonego kompleksu C5ISR/EW – spinającego wszystkie domeny real-time – i będącego rdzeniem podstawowego systemu obrony i ataku – czyli całokrajowej A2/AD Tarczy i Miecza Polski. Oczywiście – widzę zastosowanie dla rojów satelitów ze względu na korzystny koszt/efekt – natomiast stale nad Polską potrzebujemy systemu zwielokrotnionego i saturacyjnego – dyspozycyjnego non-stop 24/7/365. Na chwilę obecną takim systemem – spinającym się ekonomicznie i realizowalnym technicznie – jest system sensorów i łączności na aerostatach HALE – przynajmniej pułapu 20 km [z zasięgiem bezpośrednim horyzontu radarowego 500 km]. Przykładem aerostat Thales Stratobus [oblot 2023] – a Chiny i USA od 2015 pracują nad aerostatami HALE o pułapie 40+ km [zasięg 950-1200 km]. Dalej – to już sprawa satelitów i radarów pozahoryzontalnych i innych multistacjonarnych sensorów pasywnych. Zresztą samo dokładne rozpoznanie końcowe i identyfikacja i priorytet i pozycjonowanie celów – to kwestia odpowiednich licznych dronów w rojach ofensywnych z sensorami pasywnymi i aktywnymi – ze sterowaniem/pracą na bazie AI. RMA to nie jest jakieś ulepszanie starych systemów [głównie załogowych] – przez obłożenie ich wianuszkiem pomocniczych dronów – tylko zastąpienie systemów anachronicznych – przez zupełnie nowe systemy – całkowicie samodzielne. Generalnie – tu chodzi o spięcie sieciocentryczne rozproszonych na nosiciele sensorów i efektorów – w każdej domenie – i w każdym skalowaniu. Od wielkości komara – po umowną skalę „makro”. Kluczem dla skuteczności AI – dla skuteczności sieciocentryczności – są systemy łączności natychmiastowej – dla natychmiastowego przesyłania informacji – oraz systemy rozproszone sieci komputerów kubitowych. Tylko wtedy taka ilość informacji zostanie przetworzona w sterowanie decyzyjne dla efektorów – w czasie quasi-rzeczywistym – czyli z akceptowalnym czasem reakcji [opóźnienia]. Bo na wszystkie reakcje [np. wykrycie/rozpoznanie/identyfikację i przechwycenie rakiety czy hipersonika] jest bramka czasowa. Z tego właśnie względu winniśmy już patrzeć na kolejną generację efektorów – opartych o bronie skierowane wiązek energetycznych wielkiej mocy. Bo te efektory zapewniają najkrótszy możliwy czas reakcji – i najlepszą kalkulację koszt/efekt. Oczywiście – dojrzałość tych systemów [moc, skala produkcji, poziom ekonomiczności] to 2030+- ale jest to nieuchronne – i już teraz nasz B+R winien nad tym pracować – w doborowym partnerstwie z graczami strefy zgniotu, Koreą Płd, Japonią. O tych wszystkich systemach Pan Błaszczak winien powiedzieć na Defence Day – i to akcentując jako sprawy strategiczne i priorytetowe [oczywiście w ujęciu strategicznym] – a nie powiedział ani słowa….i to jest miara TRAGICZNEGO zacofania naszego MON i kierownictwa państwa.. Za to Pan Błaszczak gorąco oręduje za wzmacnianiem ilościowym kadr – i za zwiększaniem komponentu pancernego [ciężkiego]. Koncepcyjnie – jest to dalej w swym rdzeniu podejście na poziomie strategii AD1970. I modernizacja w stylu armii carskiej [ze wszystkimi patologiami systemowymi] – a faktycznie budowa armii – owszem – ale wiernych wyborców Pana Błaszczaka. Bo po 2025+ wszyscy przystąpią do walki o władzę po Panu Jarku. Dlatego pod kierownictwem Pana Błaszczaka żadne zasadnicze propozycje Pana Bartosiaka nie zostaną – na czele ze zmniejszeniem etatów i przeniesieniem kosztów osobowych w usprzętowienie. I to w NASZE nowoczesne usprzętowienie – z nakładami na własny suwerenny łańcuch produktów B+R, produkcji, rozwoju, eksportu.

        1. Nie czytam dalej niz pierwsze kilka zdań, bo widzę że mocno znów odbiega Pan od tematu o którym dyskutujemy.

          Warmate przenoszony przez większego drona, który jest łatwy do wykrycia i zestrzelenia? Który może zostać zestrzelony przez okręt zanim zdąży „odpalić” swoje Warmate?

          Proszę poczytać o amerykańśkich pracach nad laserowymi ale przede wszystkim mikrofalowymi systemami przeciwdronowymi. Rój przyleci – zostanie usmażony i opadnie do morskiej kipieli. Koniec historii. Za 10 lat jak Mieczniki będą skończone, tego rodzaju systemy będą powsszechne 🙂

          1. Od kiedy to taki Kratos Valkyrie czy inny dron stealth jest „łatwy do wykrycia”? Jego SPO jest o rząd wielkości mniejsze od F-35. A koszt poniżej 3 mln dolarów. To wszystko co piszę – włącznie z budowaniem dalekiego widzenia na dronach płatowych różnej wielkości i na aerostatach HALE – już się dzieje [Thales Stratobus to tylko jeden przykład] – a my śpimy. USMC wycofała Abramsy, a w to miejsce daje marines drony amunicji krążącej. Nowe armatohaubice M109A8 155mm/L58- prócz artylerii precyzyjnej dalekiego zasięgu [100+ do 180 km]będą zarazem obroną prak/plot/C-RAM – na bazie już przetestowanych pocisków BAE HVP i w przyszłości Excalibur. Przy czym połączono M109A8 z programem OMFV [Optionally Manned Fighting Vehicle] i zdecydowano się na pełen automat ładowania [przynajmniej 23 pociski] – by móc używać je także jako drony/zdalnie sterowane w środowisku sieciocentrycznym. I to jest program robiony [dla maksymalizacji synergii] łącznie z USAF i z nowymi siłami kosmicznymi – dającymi w skali makro rozbudowaną rozległą sieciocentryczność nie tylko na polu walki – ale we wszystkich domenach globalnie. Do walki w strefie chińskiej A2/AD – we wszystkich domenach – Amerykanie intensywnie przebudowują wszystkie siły zbrojne – włącznie z marynarką – w oparciu o sieciocentryczność, dronizację, „rozkawałkowanie” sensorów i efektorów na seryjne małe nosiciele. A my śpimy – mimo, że jesteśmy w jeszcze gorszej sytuacji w strefie zgniotu względem rozbudowywanych rosyjskich A2/AD, wobec dronizacji i konsekwentnego wdrażania sieciocentryczności, broni precyzyjnych – ba – Rosja wprowadza taktyczne bronie hipersoniczne dla sił lądowych o zasięgu 100 km [system Hermes – polecam https://www.defence24.pl/rosja-hipersoniczny-pocisk-w-modulowym-systemie-hermes ] a my – zamiast właśnie w trybie nagłej potrzeby operacyjnej zamawiać Kraby i Kryle [minimum dodatkowe 400] z amunicją precyzyjną dalekiego zasięgu [minimum 20 tys sztuk] i roje dronów [min 20 tys sztuk – np. systemu W2MPIR] i budować rozległe środowisko sieciocentryczne z dalekim widzeniem real-time non-stop – kupujemy…Abramsy – systemy koncepcyjnie z lat 70-tych – dobre na pole walki zimnej wojny – ale całkowicie przestarzałe na Polski Teatr Wojny AD2025. Amunicja programowalna – czy do Leo 2 czy Abramsów – to nie jest amunicja kierowana. To jest amunicja o ustawionym tuż przed strzałem „sztywnym” czasie eksplozji. Mowy nie ma, by ją porównywać ze skutecznością amunicji precyzyjnej – i to dalekiego zasięgu – jaka jest dla Krabów i przyszłych Krylów – a której nie kupujemy. Owszem – rozwijamy swój Szczerbiec – ale ten ma zasięg zaledwie 20 km. A potrzebujemy zasięgów rzędu 100+ km – dlatego wszystkie Leo 2 bym przerobił na artylerię samobieżną z systemami wieżowymi M109A8 155mm/L58 – także dla obrony przeciwrakietowej/plot/C-RAM dalekiego zasięgu. Porównywanie zdolności bojowych Abramsa SEPV3 z artylerią precyzyjna dalekiego zasięgu jest miażdżące – wartość bojowa konkretnych zdolności M109A8 czy Krabów jest o dwa rzędy wielkości większa – jeden Krab z APR i pozycjonowaneim real-time – wybije rosyjski batalion Armat w ich podstawie operacyjnej w przeciągu kwadransa np. na dystansie 80 km – a te nawet nie wejdą w strefę walki bezpośredniej. Pocisk 120 mm to ok 17-20 kg, pocisk 155 mm to 45-56 kg – żadne systemy obrony nie uchronią czołgu przed skutkami trafienia pociskiem 155 mm. Nie musi być ppanc – wystarczy HE czy termobaryczny. W najlepszym wypadku załoga ocaleje – ale czołg będzie na pewno nieoperacyjny. Od tych wszystkich „niemiłych” konkretów nasi eksperci z WP i MON i IU uciekają jak od tematów tabu – co wiem z własnego doświadczenia [czasami uciekają…dosłownie] – właśnie dlatego jest konieczny stały nacisk – by wreszcie przełamać „starą gwardię” – i polityków, którzy z nią trzymają ze względu na pielęgnowanie i rozbudowywanie swojego elektoratu – a ta „stara gwardia” dalej – samobójczo dla Polski – idzie w systemy z zimnej wojny – i w ekstensywną rozbudowę etatów.

          2. Odniosę się najpierw jeszcze to kwestii hipersoników. To również nie jest wunderffawe. Napisał Pan, że nie da się ich zestrzelić systemami OPL okrętów – co jest totalną bzdurą. Nowe systemy spokojnie sobie z tym radzą. A pociski hipersoniczne Rosjanie skonstruowali bo nie potrafili zrobić tak nowoczesnych pocisków tradycyjnych jak zachód. Ich pociski tradycyjne zwyczajnie są łatwe do zagłuszenia i uniknięcia. To samo dotyczy hipersoników. Rosjanie mają marny system namierzania i kierowania (choćby warto pamiętać o katastrofie w teście walki Rafale vs Su-35).

            więc skoro nie potrafią dobrze namierzyć i nakierować, to postanowili stworzyć drogie pociski , które będą tak szybkie że będą ograniczać czas obrony zachodnim systemom.

            Problem w tym , że nowe systemy spokojnie zdążają z reakcją. I znów, łatwo zmylić hipersoniki różnego rodzaju pasywnymi systemami obrony okrętu. NIe trzeba go nawet zestrzeliwać – choć można.

            A teraz jeśli chodzi o kolejny wymysł „dron stealth noszący drony – krążącą amunicję.”
            Chyba go Pan na poczekaniu na potrzeby dyskusji , z braku innych argumentów wymyślił? 🙂

            Pisze Pan ciągle o koszt/efekt i nagle twierdzi Pan, że żeby Warmate doleciał do celu (bo wskazałem na krótki zasięg) trzeba go przenosić innym – większym i droższym dronem.

            No chce Pan stworzyć w końcu „rój” 500 WARMATE tak? To żeby wynieś 500 WARMATE w powietrze potrzebuje Pan ilu takich dronów stealh? 100 ? Te Pańskie pomysły zaczynają się robić coraz bardziej absurdalne. Gdzie tutaj koszt efekt? Jaki tutaj sens?

            Zamiast tych „rojów” dronów noszących „roje” amunicji-krążącej (mniejszych dronó) wystarczy wysłać kilkadziesiąt pocisków rakietowych(Znacznie lepszych, skuteczniejszych i zapewne tańszych przy takich wymysłach).

            Pan zwyczajnie tym pomysłem wyważa otwarte drzwi. I chce robić coś koniecznie za pomocą dronów do czego one się nie nadają (ataki na okręty). Za to istnieje sporo lepszych metod na zrobienie tego samego innym systemem (np. pociskiem).

            Zna Pan dużo faktów (np. wycofanie przez MArines Abramsów), ale albo nie sprawdził Pan genezy takiego postępowania, albo celowo nagina fakty związane z innymi przyczynami do swoich teorii.

            Marines wycofują Abramsy z wielu względów. M.in. dlatego, że to były już mocno stare wersje, a nowe (ciężkie) nie nadają do desantu. Poza tym, zmienia się koncepcja walki Marines bo Amerykanie nie zamierzają tym rodzajem sił zbrojnych ładować się gdzieś na plaże i z plaży prowadzić ofensywę w głąb kontynentu. W Rosją mają walczyć siły lądowe, a na Chiny nikt nie ma zamiaru robić desantu. Więc czołg jest Marinesom potrzebny jak butla tlenowa rybie.

            Na resztę nie odpowiadam, bo nie na temat – Armatohaubicą nie będzie Pan bronił polskiego wybrzeża przez napadem powietrznym lub okrętami.

            Odniosę się zdaniem do tego, że Amerykanie mogą a Polska nie. Przypomnę tylko, że wprowadzamy sieciocentryczność IBCS (Wisła, Narew, Poprad, F-35, F-16 i Miecznik).
            Dla artylerii i wojsk lądowych mamy o ile pamiętam własny system produkcji PIT-RADWAR.

            Nie wiem co Pan wymyślił z tym zamówieniem na 500 krabów, ale Kraby są wciąż produkowane i zakłądy na razie realizują aktualne zamówienie. Plus Raki.
            Żeby wyprodukować na jutro 500 krabów trzeba by mieć największe na świecie zakłady produkcyjne. Co byłoby idiotyzmem, bo byśmy w 2-3 lata wprowadzili Kraby, a później całą drogą wielomiliardową inwestycję w tak dużą linię produkcyjną trzeba by było zamknąć. Tego się tak nie robi.

            Linie produkcyjne poszczególnych elementów rozwija się stopniowo z uwarunkowaniami zapotrzebowania, warunków na rynku pracy, potencjału i wielu innych czynników. Pańskim sposobem to Polska wydałaby wszystko na przemysł, nie tarczyłoby na uzbrojenie, a przemysł padłby i tak.

            To do czego należy mieć zastrzeżenia to zbyt wolna dronizacja Armii – która w zasadzie stanęła w miejscu od bodaj 2016/2017 roku.
            Niemniej , proces ma ruszyć ponownie jak zapowiedział MON. Więc cierpliwości, nie od razu Rzym zbudowano.

            Polska Armia w roku 2015 to była jedna wielka zapaść a potrzeb było tyle , że nie wiadomo było od czego zaczynać. Wszędzie trzeba ogromnych nakładów. I na szczęście po kolei kolejne programy są uruchamiane i powoli realizowane. Wstrzymanie dronizacji było błędem – ale chyba wracamy na właściwe tory

            pozdrawiam
            KW

  3. Pisałem, jak Milrem z maleńkiej Estonii wyrasta na potentata w lądowych bezzałogowcach bojowych. Zaczęli z Singapurem, współpracują z Norwegami, od niemieckiego potentata KMW dostali zastrzyk kapitału za akcje mniejszościowe], śmiało z największymi w szeregu idą w konkurs na bezzałogowce bojowe dla US Army, teraz nawiązali współpracę z Otokarem – tureckim głównym potentatem pancernym. I nikt w Estonii nawet nie zająknie się nad „zdradą” NATO – i nad „zdradą USA” – jak u nas była wielka burza w przypadku incydentalnego zakupu tureckich dronów TB-2. Pisałem już o tym, jak człowiek z Milrewmu oszacował koszt zdronizowania naszych T-72 i Twardych na 20 mld dolarów. „Dlaczego tego nie robicie? – przecież macie tyle pieniędzy – szybko wam to sie zwróci w zaoszczędzonych kosztach osobowych i w zwiększeniu zdolności i poprzeczki użycia i dopuszczalnego skalkulowanego ryzyka” – no to mu musiałem wytłumaczyć, na czym polega typowe polskie piekło, gdzie wszelkich innowatorów się tępi, a „stara gwardia” pilnuje starego porządku – by zrozumiał dlaczego ZAOSZCZĘDZENIE etatów [i życia ludzkiego żołnierzy – tak przy okazji] zupełnie jest „be” dla naszej generalicji. Jak mu powiedziałem, że nasza armia ma przerost generalicji i „parcie ” na etaty – nie wierzył. Dopiero jak ro sprawdził, to mi powiedział: „Tadeusz – teraz rozumiem jakie macie bagno z tymi ludźmi”. Dla jasności – w 1939 Wojsko Polskie miało 94 generałów na 1,3 mln zmobilizowanych żołnierzy – plus 3 kontradmirałów [dla 4 niszczycieli, 1 dużego stawiacza min, 5 okrętów podwodnych, plus trałowce itp]. Teraz – dane za sierpień 2021- mamy [dla 10 krotnie mniejszej armii] 102 generałów w służbie czynnej. Zaś w PMW jest oficjalnie 8 admirałów [a mamy 2 fregaty – z tego 1 na „chodzie”, 3 korwety rakietowe klasy Orkan, 1 korwetę ZOP, 1 patrolowiec, 1 OP [Orzeł – w stałym remoncie od 3 lat – i kilkanaście trałowców] – i na dodatek kilkunastu komandorów na etatach uposażeniowych…admirałów [taka polska specyfika – podobnej brak w innych siłach zbrojnych] . Dlatego takie parcie za wszelką cenę na sprzęt załogowy – Abramsy, Mieczniki, utrzymywanie w linii T-72 i PT-91 – i wspólny front przeciw dronizacji i automatyzacji. Mówiąc krótko – generalicja zwiera szeregi – jest zdeterminowana zmienić [pozornie] wszystko – by wszystko pozostało po staremu. A już są silne parcia na awanse generalskie dla WOT – bo pułkownicy chcą być generałami brygad. Dla generalicji takie Abramsy to „ideał” – największy możliwy ogon szkoleniowy, serwisowy, logistyki, transportu, sapersko-przeprawowy – po prostu raj etatów. I raj układów „swoich” ludzi. Zresztą – jeszcze pierwsze F-35A nie są nawet na linii proukcyjnej – a już są przepychanki o etaty i rozrost sił lotniczych. Narew i Wisła mają być oparte o masę sprzętu naziemnego i duża liczbę etatów i rozbudowany serwis i logistykę [mimo, że efektory i sensory naziemne maja najgorszy zasięg, prędkość i czas reakcji] – dlatego właśnie moi rozmówcy uciekają, jak im proponuje by tę „przefilozofowaną” i przekosztowaną Narew zastąpić systemem sieciocentrycznym na dronach płatowych i aerostatach – z Piorunami jako efektorami. Zresztą – to samo można zrobić i z PAC-3 MSE i z sensorami dalekiego zasięgu. Nie – byłoby za szybko, za tanio, za nowocześnie, zbyt duży, skokowy przyrost zdolności operacyjnych – ma być „jedynie słuszne” struganie ołówka młyńskimi kamieniami – bo to daje etaty i struktury dla awansów i kariery. Dronizacja, autmoatyzacja, AI, sieciocoentryczność , postawienie na high-tech i zaawansowane technologie przetwarzania informacji – nie tylko by zahamowało rozrost etatów – ale by wyrwało z etatów 90% obecnej wyższej kadry oficerskiej – zwyczajnie zbyt starej i zbyt ograniczonej i merytorycznie niekompetentnej do sprostania wymogom rewolucji RMA. A już wielodomenowość i jej krytyczne wymagania interoperacyjne – naprawde wymagające myślenia na najwyższym poziomie – toż to czysta zgroza w oczach „starej gwardii” – i wróg nr 1. Stąd takie tarcia między nową, młodą kadrą nastawioną na high-tech i zdolności rewolucji RMA – a starą kadrą dowódczą. Młodzi najpierw się śmieją w oczy na przestarzałe bzdury suflowane im w żywe oczy na siłę w akademiach wojskowych – i w reakcji poddani są presji. W rezultacie najlepsi odchodzą z wojska jako organizacji „niereformowalnej” i pozbawionej perspektyw na rozwój – a reszta zostaje – potulnie tuląc uszy po sobie – po odebraniu lekcji realu od starej kadry. Taka selekcja ujemna – a jednocześnie narasta rozziew między coraz wyższymi wymaganiami koniecznych zdolności – narzucanymi zewnętrznie przez przeciwnika – a wewnętrznym bujaniem w życzeniowych obłokach starych układów. I nie ma z nimi żadnej dyskusji merytorycznej – bo ta „z punktu” jest torpedowana na każdym kroku – z przylepioną gębą „obniżania morale WP” i innych bzdurnych wykrętów np. „rozbijania NATO” [tak – z takimi opiniami tez się spotkałem – ku mojemu osłupieniu na początku – potem to już był dla mnie „stały fragment gry”]. Oczywiście – wszystko to będzie trwało – aż do przekroczenia progu krytycznego tego rozziewu. Wtedy – albo będzie „pospolite ruszenie” i rozpaczliwe kopanie studni do pożaru z olbrzymimi kosztami [ z tytułu obecnych zaniechań i błędnej drogi] – albo Polska realnie zniknie.

    1. Z Cyrkonami? To pocisk typu cruise, a nie przeciwokrętowy.

      Rosjanie je dopiero testują, planowo mają wejść do lotnictwo 2027 rok a pewno będą obsuwy.

      Do tego jest to tak drogi pocisk, że nie będą go używać na okręty i to z pewnością nie na fregaty.

      Hipersoniki na razie to są planowane do używania na ataki na cele nieruchome. Bo jak pisałem – problem z namierzeniem i nakierowaniem.

      1. w jednym z ostatnich numerów Świata Nauki jest artykuł omawiający możliwości, historię rozwoju i ograniczenia pocisków hipersonicznych wynikające z praw fizyki.
        Napisany przez fizyka.
        Gorąco polecam.

  4. Panie Krzysztofie – pociski hipersoniczne 3M22 Cirkon już zostały zamówione na Armia-2021 – do produkcji seryjnej [ polecam: https://www.defence24.pl/rosjanie-zamawiaja-pociski-hipersoniczne ] Spodziewany termin operacyjności – 2023. Zasięg 1000+ km, prędkość 9 Mach. I co najważniejsze – „Rosyjskie okręty będą więc mogły być wyposażane w „Cirkony”, które mają być o tyle wszechstronnym uzbrojeniem, że mogą atakować zarówno cele lądowe, jak i obiekty nawodne.” Co ważniejsze – systemy lądowe na platformach mobilnych z Cyrkonami mogą być operacyjne szybciej niż na okrętach – bo tam dużo mniej zachodu – niż z integracją z systemem zarządzania bojowego okrętu. Być może chodziło Panu o hipersoniczne lotnicze Kindżały? – przenoszone przez MiGi-31K – o zasięgu 2 tys km i prędkości 10 Mach? – te też zostały zamówione do produkcji seryjnej na Armia-2021 – co przełoży się na seryjne operacyjne Kindżały dla MiG-31K w 2023 – oraz na cały pułk lotniczy z Kindżałami w 2024 [ https://www.defence24.pl/rosja-pierwszy-pulk-lotniczy-z-kindzalami-w-2024-roku ]. Co do Kindżałów – te mają być użyte także przeciw celom morskim – z głowica jądrową. Taką projekcję siły przeciw siłom morskim Rosjanie już ćwiczyli [ https://www.defence24.pl/mig-31-z-pociskami-kindzal-projekcja-sily-na-morzu-srodziemnym-komentarz ] – a generalnie Kindżały mają być skoncentrowane najpierw w Zachodnim Okręgu Wojskowym [ https://www.defence24.pl/rosyjskie-pociski-hipersoniczne-w-zachodnim-okregu-wojskowym ] – co z zasięgiem samych Kindżałów i Migów-31K oznacza „obstawienie” projekcją siły całego pasa strefy zgniotu – od Arktyki – przez Bałtyk, Morze Czarne i Kaspijskie – ale i Śródziemne. Istotne jest to, że Rosja na Bałtyku zamierza uzyskać absolutną dominację na powierzchni przez Cyrkony z Obwodu Kaliningradzkiego [na szczeblach wojny niejądrowej] bez używania fregat [którym nie dają szans – po przewidywanym daniu naszym NSM-im dalekiego rozpoznania/pozycjonowania] – dając sobie z góry „fory” na szczeblach jądrowych z Kindżałami [idealny efektor dla „uderzenia deeskalacyjnego”] . Dlatego tak ważne jest z jednej strony zbudowanie realnych zdolności do likwidacji wszystkich aktywów bojowych Obwodu Kaliningradzkiego [także dla likwidacji zagrożeń uderzeń Cyrkonami przeciw celom lądowym w Polsce] – z drugiej – zbudowanie ofensywnej projekcji siły naszych pocisków uskrzydlonych o zasięgu ca 5 tys km – dla rozproszenia rosyjskich A2/AD – ale i dla odsunięcia baz Migów-31K z Kindżałami. No i wobec groźby choćby atomowych Kindżałów [czy Iskanderów – nie z Obwodu Kaliningradzkiego – ale z kierunku wschodniego z przelotem via Białoruś] – konieczne jest zbudowanie własnego skutecznego jądrowego odstraszania strategicznego. Słabszego – asymetrycznego – ale wystarczająco mocno podnoszącego poprzeczkę kosztów i ryzyka Kremlowi – by ten zaniechał działań na poziomie jądrowym – już na etapie planowania. O żadnej z tych spraw zasadniczych Pan Błaszczak ani wspomniał na Defence Day czy innych wystąpieniach – dlatego mam jego ministrowanie generalnie za SYMULOWANIE rozwoju WP dla zapewnienia strategicznej obrony Polski. A faktycznie jego działania – po odwołaniu Pana Antoniego, który chciał zbudować suwerenność strategiczną Polski do 2033 [co było przyczyną presji USA na jego odwołanie – pod zasłonka medialnej nagonki w sprawach czwartorzędnych i nieistotnych strategicznie] – prowadzą konsekwentnie do trzymania Polski na pasku Waszyngtonu i torpedowania budowy realnej suwerenności strategicznej – możliwej finansowo i technicznie [z transferem od innych zagrożonych graczy] – ale niszczonej strategicznie na poziomie decyzji politycznych. Od stycznia 2018 – od dymisji AM i mianowanie spolegliwego Błaszczaka – prowadzona jest polityka kapitulancka wobec USA. Co się objawiło zaraz potem antypolską nagonką podczas „antyirańskiej” konferencji w Warszawie, a potem 9 maja poprzez cios w plecy przez Trumpa [447 Act] z jednoczesnym „przyklepaniem” wrogiego sojuszu Putin-Netanjahu i z eskalacja bandyckich żądań [de facto wrogiego przejęcia Polski] na 350 mld dolarów przez Izrael. Dopóki wszystkie systemy strategiczne nie będą w 100% pod naszą i tylko naszą kontrolą – i dopóki nie będziemy mieli suwerennego jądrowego odstraszania jądrowego – wszelkie „wstawanie z kolan” polega w istocie na „padaniu na twarz” – jak to celnie podsumował ś.p. dr Targalski. A my sami za ciężkie pieniądze nakładamy sobie sznurek na szyję – wprowadzając konia trojańskiego w postaci IBCS [który będzie sieciocentrycznym jądrem dowodzenia dla Wisły, Narwi, Homarów i F-35A i F-16 z JASSM/JASSM-ER]. Jak Waszyngton dogada się z Berlinem i Kremlem co do Jałty 2.0 – nasza strategiczna kontrola nieba i strategiczne zdolności ofensywne – zostaną wyłączone w jednym momencie jednym zdalnym rozkazem „shut-down” do IBCS. Na MSPO 2021 zadawałem proste i oczywiste pytania Amerykanom o kody źródłowe i pełną dokumentację architektury komputerowej IBCS – patrzyli na mnie podejrzliwie jak na Marsjanina „co temu Polakowi chodzi po głowie – żebyśmy stracili nad nimi kontrolę?”. Pytam o to decydentów na Defence Day – UCIEKAJĄ [dosłownie] od odpowiedzi. To o czym tu w ogóle mówić? Chyba właśnie pozostaje ZASTĘPCZO cieszyć się naiwnie Abramsami, F-35A, Himarsem, Patriotem, Narwią i Miecznikami – które albo zostaną [jako systemy strategiczne] wyłączone via IBCS – albo nie mają [jak Abramsy czy Mieczniki] w istocie żadnego znaczenia na poziomie strategicznych realnych zdolności – a co więcej – tylko silnie drenują finansowo budżet PMT. Kupujemy super drogie zabawki od Amerykanów – które w stosownej chwili wyłączą i przejmą Amerykanie – a my im to sfinansujemy. Nawet o jakimś pospolitym ruszeniu obywatelskim ani mowy nie ma – właśnie po to od początku „dobra zmiana” kontynuuje narzucony nam PMT2013 z Waszyngtonu – i nie jest w stanie np. kupić od 6 lat tak podstawowej broni [i dostępnej od ręki – także licencyjnie – jest wielu dostawców i produkcji i licencji] – jak z milion granatników jednorazowych [co by kosztowało raptem z 1 mld złotych max – kwota śmieszna do całego PMT liczonego na 524 mld zł – a nawet wobec 23 mld zł na Abramsy] – choćby wg wyboru operatorów GROMu [testy porównawcze to góra miesiąc – a realnie tydzień – i to szczegółowe] – nie mówiąc o licznych ręcznych granatnikach wielostrzałowych. Bo wtedy odgórna „sprzedaż Polski” nie byłaby już bezproblemowa przy zbiorowym oporze Polaków… Tak samo zamówienie 1300 Piorunów – gdy zakup przynajmniej 5 tys i posadowienie na dronach – zapewniłoby nam kontrolę nieba przed lotnictwem i przed Kalibrami – ale jest to blokowane – tak samo blokowany jest Moskit [MON nie chce dać śmiesznych 20 mln zł na doprowadzenie Moskita do produkcji seryjnej – WITU ciągnie projekt jak może z własnych środków] – i jego posadowienie na dronach. I tak samo blokowany jest dron bojowy Flaris LAR czy wirnikowy ILX-13 – jako nosiciele systemów i efektorów precyzyjnych – co by dawało nam zbyt dużą kontrole nieba i ziemi…. Ba – zamiast tego za 150 mln zł kupiomo Javeliny – gdzie potwierdza się po testach Ukraińców – że Javeliny mają tzw. „blokadę regionalizacji” – czyli zdalny wyłącznik Amerykanów..zresztą zdalna kontrola F-35A została wykryta i potwierdzona przez Norwegów….oficjalnie – i my po tej informacji kupiliśmy F-35A… Może jest inaczej i się mylę [oby] – może to tylko kwestia skrajnej głupoty, niekompetencji i nieudolności przy tzw. „dobrych chęciach” – ale na razie oceniam drzewo po owocach. I szczególnie po teście 2018 – po chowaniu głowy w piasek, wypieraniu realu i wręcz mataczeniu w sprawie antypolskich ataków, nasilenia bandyckich bezprawnych roszczeń firmowanych przez USA z 447 ACT i wobec całej tej zdradzieckiej i bandyckiej ustawki. W tej sprawie trudno znaleźć jakiekolwiek – nawet mierne i symboliczne – usprawiedliwienie.

    1. Szanowny Panie.

      Widzę, że co oficjalna propaganda rosyjska wypuści w eter, to Pan bezrefleksyjnie to po prostu bierze jako fakt. Tak nie jest.

      Su-57 też zamówili i mieli już dawno wprowadzić do służby. Wyrprodukowali seryjnie 4 maszyny ze czego 1 (pierwsza ) się rozbiła. Wciąz nie mają silników docelowych, więc produkują je ze starymi, które niweczą technologię stealh całej maszyny.

      Co do hipersoników i supersoników.
      Onyks posiada zasięg bodaj 300km — realne możliwości jego użycia – ok 70 km. Brak dobrego rozpoznania radarowego z namierzaniem w czasie rzeczywistym i nakierowywaniem pocisku.

      Tak więc jak dla mnie Rosjanie mogą deklarować, że ich Hipersoniki mają zasięg 10 tys. km mogą okrążyć Ziemię dwa razy z prędkością 20 machów. Realnie są w stanie namierzyć cel z ok. 70 km.

      Ponadto nie odróżnia Pan kompletnie zasięgu masymalnego – podawanego przy trajektorii lotu : lo – hi – hi – lo , od tej której byłaby użyta w przypadku wystrzelenie w kierunku okrętu: lo – lo. W tym drugim trybie zasięg pocisku jest WIELOKROTNIE mniejszy.

      Ponadto supersonik zwalnia przed celem. Fizyka + potrzeba namierzenia i korekty kursu.

      W końcu, pociski supersoniczne posiadają ograniczenia w zakresie manewrowania, ponieważ powyżej Mach 5 atmofsera wokół nich tak gęstnieje, że się robi zupa.

      Więc to nie jest żadna wunderwaffe. Mało tego, jak pocisk balistyczny wylatuje poza atmosfere to jest nawet szybszy niż supersonik. Także tego…

      W tym zakresie to moja ostatnia odpowiedź, resztę zagadnień będzie opisana w części II artykułu więc bez sensu bym to tutaj pisał.
      pozdrawiam
      KW

  5. Odróżniam propagandę od twardych danych – np. pozyskanych z obserwacji satelitarnych – bo to jest podstawa dla „wzięcia w widły” parametrów sprzętu nieprzyjaciela. Zasięg, pułap, prędkość, manewrowość. Pańska wizja małej wartości rosyjskich hipersoników jest bardzo optymistyczna – ale w raportach wszystkich wielkich graczy dominuje narracja o potrzebie zdecydowanych działań dla przywrócenia równowagi – zarówno w ataku i obronie. To samo tyczy chińskich hipersoników przenoszonych przez DF-17. Polecam: https://www.defensenews.com/pentagon/2021/09/13/congress-wants-answers-on-how-dod-is-solving-a-hypersonic-weapons-detection-gap/ Zresztą najpoważniejsze anglosaskie portale militarne – i ogólnowojskowe i poświęcone marynarce – rysują scenariusze znacznie gorsze, niż w przypadku 3 Mieczników Polski – bo tam idzie o „klejnoty korony” z lotniskowcami, krążownikami i niszczycielami rakietowymi na czele – z fregatami na dokładkę. Ciekawy czytelnik po wrzuceniu na google kilku słów kluczowych z „hypersonic” „russian” „chinese” „Zirkon” „Tsirkon” „DF-17” sam znajdzie multum artykułów. Nawet na Thediplomat.com hipersoniki mają swoje artykuły przez wpływ na zmianę równowagi – polecam artykuł Hindusa dr. Rajeswari Pillai Rajagopalan – https://thediplomat.com/2021/07/russia-tests-hypersonic-zircon-missile/ Cytuję: „Reacting to Russia’s latest test, NATO in a statement said that it “create[s] a greater risk of escalation and miscalculation.” It added that “Russia’s new hypersonic missiles are highly destabilizing and pose significant risks to security and stability across the Euro-Atlantic area.” The statement also said that the NATO allies remain “committed to respond in measured way to Russia’s growing array of conventional and nuclear-capable missiles,” but clarified that it will not undertake efforts to “mirror what Russia does, but we will maintain credible deterrence and defense, to protect our nations.”

    1. No właśnie. Jest różnica między lotniskowcem o wyporności 100 tyś ton a fregatą o wypornością 3-4 tys. ton prawda? Trochę się inaczej strzela do tych celów i trochę inaczej wychodzi koszt/efekt. W zgrupowanie lotniskowca może i można zaryzykować odpalenie kilkudziesięciu najndroższych rakiet w celu zatopienia, na fregatę się to średnio opłaca. No i duże ryzyko nie trafienia (mała powierzchnia odbicia, duże ryzyko nietrafienia – proszę przczytać II część tekstu).

      Dlatego Amerykanie, Brytyjczcycy i JApończycy się martwią bo mają lotniskowce. Polska chce wystawić okręt o 30x mniejszej wyporności.

      Naukowe artykuły pisane przez naukowców tonują strach /entuzjazm nt hipersoników. Problem z nimi jest jeden, że nie obejmują ich żadne umowy i konwencje, więc ROsjanie będą mogli ich robić ile chcą. Dobre info jest takie, że nie będą mieli na to sił i środków. To cholernie trudna i droga technologia wymagająca specyficznych surowców.

      No i jak pisałem. Pocisk może latać wkoło globu 5 razy z prędkością światła – bez skutecznego namierzenia będzie nieszkodliwy

  6. Fregaty względem niszczycieli wcale nie ustępują „powierzchnią czynną” dla ataku rakiet i hipersoników. A zwykle są od nich wolniejsze o 4-5 węzłów – co przekłada się na gorszą manewrowość unikową. Miecznik – a la MEKO A-300 PL po prezentacjach jakie zobaczyłem – ma mieć ca 5,5 tys ton wyporności. Niemcy inaczej nie widzą możliwości realizacji specjalistycznej fregaty przeciwlotniczej. To nie ma być „standard” a la MEKO-200 – tam istotnie wyporność to 3,5 tys ton… Ja pytałem ludzi z TKMS o możność zwalczania Cyrkonów – odpowiedzieli „będziemy nad tym myśleli”. Czyli „z niemieckiego na nasze” – są w takim samym punkcie, co Amerykanie i ich MDA – dopiero ma się ukształtować koncepcja systemu – na razie nawet nie zdecydowano jakiego. Zapytałem tez speców od TKMS o zwalczanie rakiet supersonicznych – odpowiedzieli mi, że „MON musi się określić co do stopnia obrony antyrakietowej, a głównym zadaniem Mieczników ma być obrona przeciwlotnicza, nie przeciwrakietowa.” Jak przyciskałem – odsyłali mnie do rakiet SM-6 i SM-3, uznali jednak, ze to jest sprawa Polski „poza możliwościami TKMS” jako sprawa bezpośredniej umowy Polski z USA. I wypowiadali się o tym z bardzo mała wiarą na pozyskanie takich efektorów. Na końcu – ciut wbrew sobie – ale chyba po to, by ratować generalnie sama ofertę A-300 PL dla Polski – doradzili dogadanie się z MEADS co do pozyskania Aster 30 Block 2 BMD. Ich zdaniem Aster 30 Block 1 NT [w tym roku Francuzi maja go przyjąć do służby po testach] jest jeszcze zbyt „słaby” w zdolnościach – ów proponowany Aster 2 BMD ma być w prototypie testowany od 2023 – o ile harmonogram się nie przesunie. Być może Francuzom uda się go przyjąć do służby w 2030 – powiedzmy wtedy dla Polski byłoby okno szansy na te Astery – to by załatwiało rakiety supersoniczne. Natomiast hipersoniki jak Cyrkon czy hipersonik na F-17 [Aster 2 BMD zwalcza owszem cele balistyczne – ale o dużo większym SPO i „polu aktywnym” – i pozbawione manewrowości] – na to NIKT w tej chwili na świecie z analityków nie potrafi wskazać remedium z istniejących systemów – ani nawet zaproponować skutecznej i „policzalnej” czasowo i kosztowo modernizacji istniejących systemów antyrakietowych. Jeszcze taka uwaga – amerykańskie lotniskowce floty po doświadczeniach II wojny światowej [szczególnie po atakach kamikadze 1944-45] maja przy swojej wyporności [przecież równej lub większej od pancerników] dość solidne opancerzenie integralne – począwszy od klasy Midway. Notabene – było to pokłosie także odporności brytyjskich lotniskowców floty – mających mniejszą liczbę samolotów – ale za to opancerzonych – skutkiem czego po ataku kamikaze brytyjski lotniskowiec był ponownie operacyjny po 1-2 godzinach – a amerykańskie zwykle czekał remont. Doszło do tego, ze pod Okinawa Amerykanie żądali stałej obecności brytyjskich lotniskowców – jako „gwarantowanych” operacyjnie „pływających lotnisk” dla ciągłości obrony. Superlotniskowce klas Nimitz i Ford na pewno mają solidne opancerzenie – tam dla poważnego uszkodzenia musiałby trafić min. 5-8 Cyrkonów [oczywiście z ładunkiem konwencjonalnym]. Krążowniki i niszczyciele rakietowe mają również pewne opancerzenie krytycznych stref — dość lekkie – zwykle z kevlaru. Natomiast fregaty to klasa pozbawiona opancerzenia – przynajmniej 90% znanych mi klas jest „goła” pod tym względem. Nawet co do fregat Constellation [o wyporności 7200 ton] opancerzenie ma być „elementem niekrytycznym” całego projektu. Bo jednostka musi zachować rezerwę tonażu na modyfikacje systemów wyposażenia i uzbrojenia – a przy fregatach, czyli tych „najmniejszych z dużych”, standardowo rezygnuje się w takim wypadku z opancerzenia na etapie projektowania. Są wyjątki – ale za to się płaci – albo zdolnościami, albo wzrostem kosztów i tonażu.

Leave a Reply

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *