Realpolitik nie dla Polski. Czyli żydowsko – amerykański klaps dla polskiego rządu.

Afera wokół ustawy o IPN dotyczącej „polskich obozów śmierci” to doskonały przykład na to, jak złudne i płonne są nadzieje na prowadzenie polityki realnej przez współczesne polskie władze.

Przypomnijmy chronologię i kontekst niedawnych wydarzeń w w/w temacie:

  1. medialne nagłośnienie tematu 5 (słownie pięciu) neonazistów, którzy na wiosnę 2017 roku zorganizowali leśną ceremonię urodzin Adolfa Hitlera, przy czym:
  • materiał został sporządzony przez „dziennikarza” o wątpliwej reputacji, który głównie zasłynął niegdyś z oszczerczego artykułu przeciwko ówczesnemu ministrowi MON – Romualdowi Szeremietiewowi, co doprowadziło do jego dymisji (warto wspomnieć, że minister wygrał ostatecznie wszystkie procesy z tym związane),
  • materiał został opublikowany po ponad półrocznej zwłoce (czyżby czekano na dobry moment?),
  • materiał wyglądał na nagranie celowej inscenizacji, lub imprezy zorganizowanej przez totalnych idiotów (wrażenia subiektywne),
  • materiał sugerował powszechność zjawiska w Polsce,
  • dodatkowym smaczkiem jest fakt, iż wiedząc o popełnieniu tego rodzaju przestępstwa, dziennikarze i redakcja najwyraźniej nie poinformowali stosownych służb (domniemanie własne), a te prawdopodobnie dowiedziały się o nim z telewizji i dopiero wówczas dokonały aresztowań;

2. procedowanie przez amerykański Senat ustawy 447 w USA dotyczącej prawa wspierania przez USA żydowskich organizacji ubiegających się o odzyskanie majątków żydowskich właścicieli,

3. nagły atak na Polskę w mediach społecznościowych (Twitter – akurat obserwowałem sam początek nagonki) przez polityków Izraela,

4. błyskawiczne podchwycenie tematu przez zagraniczne media (m.in. Reuters),

5. stanowiska wygłoszone przez ambasador Izraela na uroczystości dot. 73 rocznicy wyzwolenia Auschwitz oraz premiera Binjamina Natenjahu,

6. medialne nagłośnienie tematu przedmiotowej ustawy o IPN,

7. „zaniepokojenie” reprezentantów USA przedmiotową ustawą,

8. nieoczekiwane wsparcie dla Polski ze strony Niemiec i Rosji,

9.podpisanie nowelizacji przez prezydenta Andrzeja Dudę i skierowanie jej do TK,

10. oficjalne stanowisko sekretarza stanu USA dot. ustawy o IPN o rozczarowaniu tym, że „polski prezydent podpisał ustawę nakładającą kary za przypisywanie nazistowskich zbrodni państwu polskiemu”.

11. podpięcie się pod spór przez władze Ukrainy (ustawa dotyczy również tzw. banderyzmu).

 

Medialna, a później polityczna nagonka najwyraźniej mocno zaskoczyła nasz rząd (wnoszę po dość późnej reakcji). Błaha sprawa została rozdmuchana na cały świat, a polskie ustawodawstwo znów stało się tematem do debat i powodem nacisków zewnętrznych (zupełnie bezpodstawnie).

Wszędzie w polskich mediach skupiono się na sprawie holokaustu i prawdzie historycznej. Rozemocjonowani Polacy (nie wszyscy) wzięli się za prostowanie historii w mediach społecznościowych. Cała uwaga została skupiona na emocjonalnej sferze sprawy, tymczasem podkreślenia wymaga fakt, że prawda historyczna jest najmniej ważną kwestią w tym sporze. Inaczej. Tutaj nigdy o nią nie chodziło (mam na myśli obecny spór dot. nowelizacji ustawy o IPN – bo oczywiście sam temat holokaustu wymaga dochodzenia i ujawniania prawdy).

Dlatego niezdrowe emocjonowanie się tematem jest bezcelowe. Kwestię holokaustu amerykanie określiliby jednym zdaniem: „It’s nothing personal, it’s just business”. I rzeczywiście naturalną koleją rzeczy jest skojarzenie tego bardzo emocjonalnego, wściekłego wręcz ataku na Polskę, z bardzo wyrachowaną polityką Izraela prowadzącą do uzyskania od Polski odszkodowań za majątki osób zabitych w czasie tzw. holokaustu, które to osoby nie posiadały spadkobierców (lub spadkobiercy nie dożyli dzisiejszych czasów).

 

I na nic tutaj tłumaczenie, że:

  1. obozy były budowane przez Niemców na ówczesnym niemieckim terytorium lub terytorium okupowanym przez Niemców,
  2. w obozach tych pracowali i ginęli również Polacy,
  3. żydzi, którzy zginęli podczas holokaustu, byli w dużej części Polakami (polskie obywatelstwo) wyznania mojżeszowego i to nie ma nic wspólnego z ich narodowością (przecież gdybym od jutra zaczął chodzić do synagogi to nie stałbym się Żydem – nadal byłbym Polakiem),
  4. państwo Izrael powstało dopiero po wojnie, więc nie ma absolutnie żadnego związku z Polakami wyznającymi judaizm, którzy zginęli w czasie holokaustu,
  5. polskie prawo (tak jak niemal każde inne na świecie) pozwala dochodzić swoich roszczeń (odszkodowań lub własności nieruchomości) wszystkim spadkobiercom osób (niezależnie od narodowości), które utraciły majątek na skutek działalności Państwa Polskiego, prawo to jest absolutnie równe dla każdego, niezależnie od narodowości czy wyznania,
  6. polskie prawo stanowi (jak niemal każde inne na świecie), iż po osobach nieposiadających spadkobierców dziedziczy Skarb Państwa.

 

To wszystko, jak i wiele innych argumentów podniesionych w tym sporze jest mało ważne, a zarówno Żydzi jak i Amerykanie (a przynajmniej Ci, którzy wywołali nagonkę – bo społeczeństwa są raczej mało świadome) zdają sobie zapewne z tych faktów sprawę.

Cała ta medialna otoczka to jedynie zasłona dymna dla społeczeństwa i zastępczy temat do roztrząsania. Podczas, gdy większość polskiego społeczeństwa (wliczając w to dziennikarzy i polityków) skupiła się na „uświadamianiu” historycznym, zarówno władze Izraela jak i USA mają to uświadamianie w nosie. Nawet gdybyśmy dysponowali wehikułem czasu i w sposób niezbity udowodnili własne racje, to i tak nagonka by trwała. Ponieważ, co znów podkreślę, nie chodzi dziś o prawdę historyczną.

Oczywiście nie ganię tutaj prawidłowych reakcji prostowania kłamstw historycznych, która wystąpiła na skutek ponownego (który to już raz?) uruchomienia przez mainstream media mechanizmu moralnego kastrowania i biczowania narodu polskiego. Podkreślam jednak fakt, iż jest to kolejna polsko-polska wojna o świadomość, która zupełnie nie ma wpływu na politykę zagraniczną. Dlatego uważam, że należy do tego podchodzić BEZ EMOCJI. Świadomie. Operując faktami i bez wzajemnego zagryzania się, czy też reagowania postawą anty-żydowską. Drugiej strony nie interesuje prawda. Dlatego jej świadectwa winny być kierowane raczej do nieświadomej części społeczeństwa, w formie edukacji, a nie rzucane z wściekłością na odlew w stronę siejących kłamliwą propagandę. Przecież to nie ich powinniśmy przekonywać.

Wracając do tematu. Na chłodno.

 

Dlaczego teraz, dlaczego my?

Jak pisałem wcześniej, Izrael poszukuje prawdopodobnie kolejnej kroplówki finansowej (niemieckie źródełko wyschło za czasów Gerharda Schrödera). Utrzymywanie małego, okrążonego wrogami, pozbawionego surowców naturalnych państwa kosztuje. Koszty te w znacznej mierze ponosi USA (coroczne dofinansowania). Po bardzo nieprzychylnym Izraelowi prezydencie (Barack Obama), Stanami Zjednoczonymi przewodzi teraz mocno pro-izraelski Donald Trump. Administracja Donalda Trumpa nastawiona jest myślenie kategoriami zyski/koszty. Dla Amerykanów wygodniej będzie, jeśli koszty utrzymania Izraela będą pokrywane również przez inne państwa. Np. Polskę (choćby pośrednio). No, ale co w takim razie z sojuszem amerykańsko – polskim? USA miało nas wspierać, a tymczasem naraża Polskę na tego rodzaju straty?

I w tutaj można również dopatrywać się innego rodzaju logiki. Np. takiej, w której Polska pozyskałaby odszkodowanie za straty w II WŚ od Niemiec (przy pomocy ze strony USA i Izraela). Z pieniędzy tych zostałyby następnie pokryte roszczenia żydowskie. Przy okazji III RP zostałoby trochę środków na zakup broni od USA. Wilk syty i owca cała (pozornie).

Nawet, jeśli były tego rodzaju ustalenia z polskim rządem (czego wykluczyć nie można, a co wydaje się być logiczne w kontekście wydarzeń politycznych tj. jak podniesienie kwestii odszkodowania za II WŚ), to dlaczego Polska została tak nagle zaatakowana?

Dominująca w dyskursie teoria (przynajmniej w rozmowach, w których uczestniczyłem) zakłada, że rząd PIS zrobił głupotę, przegłosował ustawę, która budzi kontrowersje, naradził się swoim sojusznikom, a ci postanowili zdyscyplinować nasze władze.

W pierwszej chwili również odniosłem takie wrażenie. Zwróciłem uwagę na przewrotność sytuacji, w której z jednej strony rząd PIS ma przeciwko sobie swoich sojuszników (USA), a z drugiej strony naciskany jest przez społeczeństwo i konserwatywno-narodowy elektorat, który nigdy nie wybaczyłby uległości w tak istotnej sprawie jak walka z „polskimi obozami śmierci”.  Położenie między młotem, a kowadłem.

Ale…

 

Mamo! Ale, za co!

No właśnie. Jaki byłby sens uderzania w pro-amerykański rząd PIS-u bez powodu? Przecież nie chodzi ani o tekst, durnej bądź, co bądź ustawy (która absolutnie nie godzi w interesy Izraela i nie przekreśla kategorycznie jego roszczeń – a szkoda). Takie postępowanie nie ma logicznego uzasadnienia. Do tej pory bowiem rząd PIS szedł dokładnie po linii wyznaczonej przez Waszyngton. Argument, że gra idzie o miliardy USD (odszkodowanie za majątki dla Izraela) również nie do końca mnie przekonuje. Kwestia ta jest poruszana, co najmniej od kilkunastu lat i nie wierzę, by rząd PIS-u odważył się na to, na co nie odważyły się poprzednie rządy – czyli powiedział twardo: NIE. Zwłaszcza, gdy jest mocno uwiązany na smyczy Waszyngtonu.

Zastanawiające jest również nieoczekiwane poparcie ze strony Niemiec i Rosji. Zwłaszcza, iż zarówno jedno jak i drugie państwo mają powody by uderzać w polski rząd z każdego najbardziej błahego powodu – z czego zresztą korzystają.

O ile Berlin mógłby w tej sytuacji wesprzeć Warszawę, jeśli doszłoby do zbieżności interesów (co nastąpiłoby wówczas, gdyby rzeczywiście roszczenia żydowskie miałyby być pokryte z odszkodowań dla Polski), o tyle Kreml już takiej motywacji z pewnością nie posiada. A trudno spodziewać się nagłego przypływu bezinteresowności i przyjaźni ze strony Moskwy.

Jeśli Berlin i Moskwa razem stawiły się w sprawie holokaustu za plecami rządu PIS, to musiał łączyć te dwie stolice wspólny interes. Takim interesem może być próba odwrócenia Polski i ponownego przyłączenia jej do unijnego obozu. Nawrócenie na orbitę interesów reprezentowanych przez linię Paryż – Berlin – Moskwa.

Można w tym dostrzec pewnego rodzaju uchylenie drzwi, lub otwarcie okienka dla polskiego rządu. Pokazanie, że nie wszystkie mosty zostały spalone, a Polska może jeszcze wrócić politycznie do Europy.

 

Realpolitik – Zarezerwowana tylko dla silnych niezależnych państw. Kropka.

 I w tym miejscu dochodzimy do sedna sprawy. W mojej ocenie żadne z w/w powodów nie jest wystarczającą przesłanką do tego, by USA i Izrael miały podstawy do takiego ataku na polski rząd. Niejasne jest również to, dlaczego Niemcy i Rosjanie stanęli po stronie Polski.

Mój wniosek jest następujący. Na linii Warszawa – Berlin musiało dojść do jakiś rozmów lub wstępnego porozumienia. Innymi słowy, J. Kaczyński, po cichu i zapewne wbrew woli Wielkiego Brata, postanowił zagrać na kilku fortepianach.

Świadczy o tym niedawna rekonstrukcja rządu, której nieukrywanym celem jest wygaszenie lub załagodzenie sporów z UE. Oczywiście gra z Berlinem może być prowadzona dla pozoru i w celu uzyskania lepszego wyniku wyborczego w wyborach parlamentarnych.

Taka kolej rzeczy (jakaś forma negocjacji na linii Warszawa – Berlin) tłumaczyłaby załagodzenie sporu pomiędzy prezydentem, a rządem (sprawa ustaw o sądownictwie), rekonstrukcję tegoż rządu (która nieoczekiwanie była bardzo głęboka pomimo świetnych wyników sondażowych gabinetu B. Szydło), ostrą reakcję ze strony Amerykanów i Izraela, a także wsparcie ze strony Berlina i Moskwy.

Tym samym wyjaśnia to praktycznie wszystkie znaki zapytania związane nie tylko z kwestią nagłego wybuchu tematu holokaustu, ale i wcześniejszą rekonstrukcją rządu. Nie ma akcji bez reakcji. By ocenić daną sprawę, warto spojrzeć z szerszej perspektywy czasowej i w moim przekonaniu tak właśnie należało zrobić w omawianej kwestii.

Sprawa ustawy o IPN i cała jej otoczka jest doskonałym przykładem na to, że polskie władze nie mają w kwestiach polityki międzynarodowej, absolutnie żadnej niezależności. Naiwnym jest oczekiwanie od pro-niemieckiego, pro-rosyjskiego lub pro-amerykańskiego rządu, by prowadził pro-polską politykę. Naiwnym jest również myślenie, że obecnie polskie władze (nawet jeśli byłyby pro-polskie i rzeczywiście patriotyczne) reprezentowałyby nasz interes narodowy.

Prowadzenie niezależnej polityki realnej na arenie międzynarodowej jest zarezerwowane dla silnych państw, których siła gwarantuje im niezależność.

Polska takim państwem obecnie nie jest. Za Polskę decyzje podejmują inne państwa.

W 2015 roku Amerykanie wyciągnęli Polskę z plecaka Angeli Merkel, tak samo jak rok wcześniej wyciągnęli Ukrainę z plecaka Władimira Putina. I pozostaniemy w sakwie USA dopóki Biały Dom będzie miał taką wolę, lub dopóki starczy mu sił by nas w niej utrzymać.

Apele i pouczania polskich władz o prowadzenie takiej to, a takiej polityki zagranicznej nie mają najmniejszego sensu. Tak samo jak oczekiwanie od np. pro-amerykańskich władz by reprezentowały nasz interes.

Natomiast nawet, jeśli zakładamy, iż rząd PIS-u reprezentuje interesy państwa polskiego, to również nie ma co się łudzić, że rząd ten będzie postępował zgodnie z tymi interesami. Ponieważ dla polskich władz nie ma miejsca na żadną realpolitik. Polska jest państwem słabym. Zależnym. I każdy przejaw prowadzenia niezależnej polityki będzie się wiązał ze stosowną reakcją „sojuszników”. Taką jak tytułowy klaps ze strony USA i Izraela. Takie są realia. I widać to dziś jak na dłoni. Nie istnieje dzisiaj coś takiego jak polska polityka zagraniczna (w sprawach ważnych na arenie międzynarodowej).

Jesteśmy obecnie w obozie amerykańskiego hegemona, który podpala świat. I fakt ten nie zależał od naszego wyboru. Pisałem już o tym wcześniej.

Obyśmy doczekali takich czasów, że Państwo Polskie będzie gwarantowało polskim władzom możliwość prowadzenia własnej, niezależnej polityki. Gdy to nastąpi, my  – społeczeństwo, musimy być na tyle świadomi, by wybrać w końcu pro-polskie patriotyczne władze. I oby te elity były już przygotowane do pełnienia funkcji liderów.

To jest odpowiedzialność ciążąca na nas wszystkich. Powinniśmy zdobywać wiedzę, poszerzać świadomość i czekać na dobrą okazję (a rozpoznanie jej również wymaga wiedzy). Pamiętając o słowach Peryklesa, że jednostka nie interesująca się życiem państwa jest nie bierna, ale wręcz nieużyteczna (należy pamiętać o kontekście – Ateny były państwem demokratycznym, a demokracja jest tak silna/słaba jak jej najliczniejsza grupa wyborcza).

Wielkopolanie z kolei byli zwolennikami pracy u podstaw. Czekali cierpliwie aż 123 lata na dobrą okazję. Ale ich powstanie się powiodło. Czekanie na odpowiedni moment to nie objaw bierności, a dojrzałości, wiedzy, determinacji i wiary w to, że okazja nadejdzie. Jest to znacznie trudniejsze od wywoływania powstań, czy głośnego protestowania wtedy, kiedy mamy na to ochotę. Jako społeczeństwo powinniśmy brać przykład z udanych inicjatyw (jak Powstanie Wielkopolskie) i zamiast dawać się wplątywać w wojnę polsko-polską prowadzoną przez ugrupowania kierowane z zewnątrz, mądrze w spokoju, wspólnie pracować na naszą przyszłość. Zwłaszcza w zakresie świadomości i wiedzy historyczno-politycznej. Edukujmy się, promujmy wiedzę i dyskutujmy (rzeczowo, bez emocji). Nic tak nie rozwija jak dobra, merytoryczna dyskusja. W domu, ze znajomymi, na forach tematycznych, w mediach społecznościowych. To jest miejsce na argumenty, a ulica daje jedynie możliwość szerzenia krótkich haseł i epitetów.  I tu zapraszam również do polemiki 🙂

 

Krzysztof Wojczal

geopolityka, polityka, gospodarka, prawo, podatki – blog

P.S.

Ostatnio w mediach pojawiła się teoria spiskowa dotycząca tego, jakoby Prezes Jarosław Kaczyński zaplanował cały konflikt z Izraelem, w celu pozyskania narodowego elektoratu na krajowym podwórku… Celowo tą tezę przemilczałem. Z absurdami lepiej nie polemizować 😉

6 komentarzy

  1. Powstanie Wielkopolskie… Piękny przykład z jednym ale… Tak jak odzyskanie niepodległości przez Polskę… Czyż wtedy po prostu nie byliśmy potrzebni hegemonom świata, żeby stanąć na drodze do podboju Europy przez Czerwoną Rosję..? Pozwolono nam utworzyć małe państewko, pozwolono przyłączyć się Wielkopolsce, bo byliśmy potrzebni silniejszym i cwańszym od nas – a że wywiązaliśmy się z zadania aż za dobrze, to tylko taki wypadek… A dzisiaj, komu i do czego jesteśmy potrzebni..?

    PS: Państwo Kurdyjskie też wygląda na to, że powstanie

    1. I na tym właśnie polegało wyczucie chwili. Trzeba wiedzieć, kiedy będzie się potrzebnym na tyle, by ugrać coś dla siebie. Argument, ze Polska powstała, bo tak chciały ówczesne mocarstwa jest prawdziwy. Ale kiedy, jak nie właśnie w takich warunkach politycznych należy podjąć walkę? Umiejętność chwytania wiatru w żagle należy doceniać, a nie wskazywać, że żeglarz okazałby się zręczniejszy gdyby rozpędził łódź w czasie flauty. 🙂

  2. Ruskie poparł tą ustawe dlatego, że uderza także w Ukraine i nasze relacje polsko-ukraińskie. A wiadomo, wszystko co dzieli potencjalnych sojuszników dla ich wspólnego wroga jest dobre.

Dodaj komentarz