PODATKI CELOWE – archaizm, czy przyszłość nowoczesnych społeczeństw?

Czyli o wyższości podatków „NA” nad podatkami „OD”

 

Współczesny człowiek funkcjonuje w systemie podatkowym, którego głównym zadaniem wydaje się być karanie. Płacimy wówczas, gdy pracujemy, kupujemy, dostajemy, posiadamy, przewozimy i w wielu innych przypadkach. Im większą wartość mają wykonywane przez nas ww. czynności tym większa kara. Czyli podatki. Podatek dochodowy, ZUS, podatek od towarów i usług, od nieruchomości, od spadków, darowizn, akcyza, cło itp. Najważniejszą jednak wspólną cechą dla wszystkich wyżej wymienionych podatków jest taka, że są to podatki „od”. Innymi słowy, państwo nie określa ile środków potrzebuje w budżecie, a skupia się na wskazywaniu, jaką część majątku podatnika zamierza zagarnąć (od wynagrodzenia, od majątku, od darowizny etc.etc.). Tym samym społeczeństwo już dawno przestało orientować się w tym, ile państwu potrzeba pieniędzy. Zamiast tego podatnicy i płatnicy dostrzegają (o ile w ogóle) jak wiele muszą płacić. Cała uwaga w systemie podatkowym skupiona jest na osobie podatnika (i ew. płatnika). Tymczasem głównym celem i sensem płacenia podatków powinny być potrzeby państwa. Innymi słowy. Dziś podatki można określić, jako podatki „od”, tymczasem najważniejszą kwestią jaka winna zaprzątać nasze głowy w tej kwestii to, to, na co przeznaczane są te pieniądze.

I tutaj wyraźnie widać zalety podatków celowych. Zupełnie inaczej płaci się „na” jakiś cel (np. na wojsko, na sądy, na parlament), niż „od” jakiejś czynności/majątku. Ponieważ podatek celowy traktujemy bardziej jako wspólną zrzutkę na coś pożytecznego dla ogółu, natomiast podatek „od” kojarzy się z przymusową wypłatą udziału dla państwa od naszej pracy/majątku.

Psychologiczna płaszczyzna problemu nie jest jednak tak istotna jak to, że w przypadku podatków celowych, wiemy dokładnie ile państwo potrzebuje środków, by realizować dany cel. Państwo w pierwszej kolejności ustala potrzeby budżetu by zrealizować dane cele, a następnie określa wysokość podatków celowych (pogłówne) dla obywateli. Jeśli podatki wzrosną, wówczas można oczekiwać konkretnych efektów w danym finansowanym przez państwo sektorze. I tak płacąc podatek „na” państwową straż pożarną, od razu widzielibyśmy czy jest on adekwatny do świadczonych usług. Jednocześnie przy zwiększeniu podatku na straż pożarną, mielibyśmy pewność, że pieniądze trafią tam gdzie trzeba. Krótko. Wiedzielibyśmy, za co i na co płacimy.

Tymczasem w systemie podatków „od”, państwo w pierwszej kolejności ustala, ile chce zabrać w podatkach od obywateli, a następnie gromadzi środki we wspólnym worku i dzieli je wg uznania. Oczywiście wszelkie nadwyżki są natychmiast „przejadane” w związku z czym, gdy w budżecie brakuje pieniędzy (deficyt), rządzący myślą o tym, „od” czego jeszcze nałożyć podatek (lub podwyższyć). Dla podatnika sytuacja wygląda natomiast w ten sposób, że płaci państwu więcej, a nie widzi efektów (nie wie na co de facto przeznaczane są środki z podwyżki podatków).

Gdyby cały system podatkowy zmienić na system podatków celowych (w formie pogłównego), wówczas każdy uczeń szkoły podstawowej, przy pomocy kalkulatora, mógłby obliczyć, czy podatki płacone przez ogół podatników są równe kwocie zebranej w budżecie państwa (pomijając inne wpływy niepodatkowe – jak dywidendy spółek skarbu państwa). Ilość podatników x wysokość podatków = budżet. Weryfikacja założeń budżetowy byłaby dziecinnie prosta.

Ale nie może przecież być tak, by dziecko ze szkoły podstawowej przy użyciu kalkulatora, mogło egzaminować Ministra Finansów. Dlatego właśnie funkcjonują podatki „od”. Przy których weryfikacja faktycznych wpływów podatkowych z kwotą zapisaną w budżecie rocznym jest nie tyle trudna, co nawet niemożliwa (skąd mamy gwarancje, że te wskaźniki/dane statystyczne/etc.etc. są prawdziwe?). Polacy nie wiedzą ile łącznie płacą podatków (tzn. kwota ta jest teoretycznie jawna, ale czy jest rzeczywista?). Ba. Obywatel nie wie, ile podatków państwu płaci osobiście (nikt tak na prawdę nie wie, ile miesięcznie odprowadza do Skarbu Państwa podatków: pośrednio i bezpośrednio).

W tym miejscu dochodzimy do największej przewagi podatków celowych „na”, nad podatkami „od”. Podatek pogłówny przeznaczony na dany cel jest określony kwotowo. Nie obciąża ani pracy, ani majątku. Jest równy dla wszystkich i banalnie prosty w poborze (nie trzeba obliczać). Przy systemie podatkowym opartym o podatki pogłówne – celowe, każdy doskonale wiedziałby ile płaci podatków na państwo. Tymczasem podatki „od” wymagają skomplikowanych zapisów ustawowych, które regulują sposób ich obliczania. Obowiązek określenia wysokości podatku ciąży wówczas na podatniku lub płatniku. Którzy mogą się przecież pomylić (ale wówczas państwo nakłada kolejną karę – w postaci mandatów lub odsetek). I nawet jeśli podatnik podatek zapłaci, to jeśli jest przedsiębiorcą, wysokość tegoż podatku uwzględni przy wycenianiu swojego towaru/usługi. W konsekwencji, w cenie takiego towaru/usługi konsument zapłaci nie tylko VAT, ale koszty ZUS-u pracowników sprzedawcy i koszty podatkowe sprzedawcy (PIT, CIT, akcyza itp). Tym samym, to konsument pośrednio płaci jakąś część tych podatków.  A konsumentem jest każdy z nas.

Najbardziej frapujące jest to, że przeciwnikami podatków pogłównych, celowych są osoby, które najwięcej by na nich zyskały. Czyli pracownicy/konsumenci. Współcześnie, pracownicy na umowach o pracę są najbardziej opodatkowaną grupą w społeczeństwie. I często nawet nie mają tego świadomości.

Pracownikowi z jego pensji pobierane są:

  1. ZUS (nie tylko ten płacony przez pracownika, ale i ten płacony przez pracodawcę, bowiem pracodawca traktuje „swoją” część ZUS-u jako koszt zatrudnienia pracownika, przez co zamiast płacić tą kwotę dla pracownika, przeznacza ją na składkę),
  2. PIT (18, a czasem nawet 32%).

Przykładowo, Pracodawca szuka zatrudnienia na dane stanowisko. Na pensję może przeznaczyć nie więcej jak 3.618,30 zł. Tym samym proponuje nowemu pracownikowi dokładnie 3.000,00 zł brutto miesięcznie (ponieważ 618,30 zł to koszty ZUS-u pracownika leżące po stronie pracodawcy). Pracownik się zgadza. Z tym, że na „rękę” otrzymuje już tylko 2.156,72 zł netto. To jest niecałe 60% kwoty, jaką kosztuje on de facto pracodawcę. 40% jest pochłaniane przez państwo (ZUS+PIT).

Ale to nie wszystko. Ponieważ pracownik nie jest przedsiębiorcą, to wszystko co nabywa, kupuje w cenach brutto z podatkiem VAT. Stawki są różne (5%,8%,23%). Średnia stawka VAT w Polsce to jakieś 17%. Ponieważ z pensji 2.156,72 zł netto niewiele można oszczędzić, załóżmy, że nasz pracownik wydaje miesięcznie 2.000,00 zł (resztę oszczędza, od czego może być np. pobrany podatek Belki, ale to już zostawmy). Zależy wówczas co kupuje, ale załóżmy, że rzeczywiście średnio zapłacił 17% podatku od towarów i usług. Tym samym VAT wyniósł go 340 zł. Innymi słowy, za towar wart 1660 zł pracownik zapłacił dwa tysiące.

Ale część z tej kwoty przeznaczył również na paliwo. A tam wliczona jest również akcyza… (podobnie jak w przypadku alkoholu, papierosów). Ponadto w ceny produktów, za które zapłacił 1.660 zł netto (bez VAT) są nałożone marże sprzedawców powiększone o koszty produkcji/usług. W koszty te wlicza się również np. podatki i ZUSy płacone przez pracodawców za pracowników (czyli de facto pracownik, jako konsument, płaci ZUS-y i podatki za innych pracowników).

Zmiennych jest wiele. My doliczyliśmy się w tym momencie do tego, że pracownik zarabiający nieco ponad 2.100,00 zł na rękę, obciążony jest de facto podatkami w wysokości 1.800 zł (ZUS + PIT + VAT, nie licząc akcyzy, innych podatków i podatków pośrednich). Istnieją różne szacunki, wg niektórych, z pensji pracownika realnie pozostaje ok. 20% tego, co wypracował. Podsumowując, jeśli uznać taki skrajnie niekorzystny dla pracownika scenariusz (który jest dość prawdopodobny), to pracownik korzysta jedynie z 20% wartości swojej pracy. Na powyższym przykładzie, z pensji 3.618,30 zł prawdziwego brutto państwo może mu zabrać nawet 2.894,64 zł. A często pracownicy nie zdają sobie nawet z tego sprawy. Innymi słowy w naszym przykładzie z kwoty 3.618,30 zł na jaką pracownik i pracodawca wspólnie wycenili wykonywaną przez tego pierwszego pracę (na podstawie wzajemnej umowy)  pracownik realnie wykorzystuje tylko 723,66 zł! (do ręki otrzymuje oczywiście więcej, przez co jego samopoczucie jest dużo wyższe, niż jakby dostał gołe 700 zł).

Wróćmy do systemu podatków celowych w formie pogłównego. Jeśli każdy obywatel płaciłby równy podatek pogłówny (czyli określony kwotowo) wówczas podatki te nie tylko byłyby prawdopodobnie niższe, ale i obejmowałyby wszystkich bez wyjątku. A jak wiadomo, część społeczeństwa jest na tyle majętna, by podatków nie płacić wcale…(przy pogłównym by musieli).

Przy szacunkowej liczbie 31 mln Polaków (os. dorosłe), pobór 1000 zł/miesiąc za jednego podatnika podatku pogłównego, mógłby dać 372 mld zł dla Skarbu Państwa (31 mln x 1000 zł x 12 miesięcy). Tymczasem wydatki Skarbu Państwa za 2017 rok wyniosły 376 mld zł (a zauważyć należy, że poza podatkami, Państwo otrzymało jeszcze dochody niepodatkowe w łącznej kwocie 35 mld zł). Dodatkowo koszty ZUS-u (osobny budżet) w 2017 roku określono na kwotę 217 mld zł.  Tym samym w 2017 roku polski podatnik poniósł koszty (wydatki państwa + ZUS)  w wysokości ok. 593 mld zł, a jednocześnie Skarb Państwa uzyskał przychód niepodatkowy w kwocie 35 mld. To daje 558 mld zł  do podziału pomiędzy 31 mln dorosłych obywateli. Gdyby nas wszystkich obciążyć po równo, wówczas każdy z nas zapłaciłby łącznie 1.500 zł podatków (i to powinno starczyć na wszystko, łącznie z ZUS-em).

I teraz wracając do naszego pracownika z przykładu powyżej. Ok. 2.800 zł podatku i 1.500 zł to jest spora różnica. Patrząc z drugiej strony, pracownikowi z jego pensji zostanie w kieszeni 2118,30 zł (przy podatku pogłównym równym 1500zł). Tymczasem dziś realnie dysponuje kwotą pomiędzy 723,66 zł, w porywach do ok . 1.000 zł (z pensji płaconej przez pracodawcę w łącznej kwocie realnego brutto : 3.618,30 zł) Resztę zabiera państwo.

Oczywiście nie każdy z 31 miliona osób dorosłych będzie mógł opłacić 1.500 zł podatków. Mamy spory odsetek osób bezrobotnych, na zasiłkach, a także emerytów i rencistów. ALE. Podatek pogłówny, do którego kiedyś już przekonywałem w innym wpisie, ma tą zaletę, że nie trzeba go obliczać i jest łatwy w poborze. Innymi słowy można by zlikwidować cały ZUS, a także znacznie zmniejszyć zatrudnienie w urzędach skarbowych (bo zamiast tysięcy urzędników, którzy kontrolują firmy i prawidłowość w naliczaniu skomplikowanych podatków, potrzebny byłby system sprawdzający czy każdy obywatel wpłacił swój podatek w danym miesiącu). Koszty bieżące ZUS-u wyniosły w 2017 roku 3,9 mld zł. Odpisy na działalność tej instytucji kolejne 3,6 mld zł. Suma tych dwóch pozycji daje oszczędności rzędu 7,5 mld zł. Do tego doszłyby oszczędności z Urzędów Skarbowych. I zyski ze sprzedaży nieruchomości należących do ZUS-u.

A to tylko zyski z wprowadzenia podatku pogłównego. Tymczasem przy podatkach celowych (płaconych w formie pogłównego), mogłoby się okazać, iż spora część administracji publicznej byłaby zbędna. Jednocześnie zwiększyłaby się zapewne efektywność wydawania środków publicznych.

Korzyści podatków celowych

To wszystko jednak mogłoby się okazać niczym, w porównaniu do spadku cen za towary i usługi. Biorąc pod uwagę sam VAT, średnia wysokość cen spadłaby o 17%. Jednak to nie wszystko. Ponieważ system podatkowy byłby banalnie prosty, to w firmach odpadłyby koszty księgowości (pewnie księgowość pozostałaby, ale tylko w największych firmach i sprowadzałaby się do gromadzenia cennych informacji finansowo-statystycznych dla przedsiębiorcy). Dziś księgowość to zmora każdego przedsiębiorcy, a jej koszty (z uwagi na zmiany w prawie i coraz bardziej skomplikowane regulacje) rosną bardzo szybko ( a i tak są wysokie). Uwzględnijmy do tego brak akcyzy i innych podatków. Czyli tańsze paliwo. Tańsze koszty transportu = jeszcze tańsze towary.  Zakładając bezpiecznie (nie chcę wgłębiać się niepotrzebnie w szczegóły, ale jednak najlepiej obrazować na przykładach), że spadek cen towarów i usług osiągnie pułap ok. 20%. To oznacza, że nasz pracownik nie tylko zarobi na rękę więcej, ale i będzie mógł zakupić za tą samą kwotę o 20% więcej dóbr (a jeśli na rękę otrzyma ponad dwukrotnie więcej – jak obliczyliśmy, to jego komfort życia zwiększy się nawet o 50% w stosunku do obecnego). Siła nabywcza pieniądza wzrośnie, a pracownika będzie stać na wiele więcej.

Niższe podatki, to także rozwój małych i średnich przedsiębiorstw (które również są mocno poszkodowaną grupą podatkową). A to z kolei oznacza wzrost zatrudnienia (dziś jest trudno o pracownika, ale byliby do zagospodarowania pracownicy z ZUS i Urzędów Skarbowych). Niskie podatki to wyższa konkurencyjność polskich produktów i usług na rynkach międzynarodowych. To wzrost produkcji, zwiększenie sprzedaży i mnożenie zysków… Można by tak pisać w nieskończoność. Rzeczywiście polscy emigranci mogliby zacząć wracać do kraju, a dzietność rodzin poszybowałaby w górę (z uwagi na lepsze warunki materialne).

Przy zmianie systemu podatkowego na system podatków celowych płaconych w formie pogłównego, najbardziej poszkodowana podatkowo grupa Polaków płaciłaby mniejsze podatki. Siła nabywcza pieniądza wzrosłaby, koszty życia i utrzymania byłyby mniejsze. Przedsiębiorcy staliby się niezwykle konkurencyjni cenowo względem firm zagranicznych, a Polska zyskałaby licznych inwestorów z uwagi na rajskie warunki podatkowe (podmioty zagraniczne również byłyby opodatkowane podatkami celowymi-pogłównymi, które przecież byłyby niezwykle niskie w porównaniu z dotychczasowymi). Obciążenia administracyjne Państwa byłyby niższe. Odpadłby problem utrzymywania ZUS-u.

Jednocześnie obywatele byliby bardziej świadomi tego, na co wydawane są ich pieniądze. Mieliby większą kontrolę nad władzami.

Ponadto system podatków celowych ma jeszcze jedną zaletę. Umożliwia bezpośrednie finansowanie przez społeczeństwo konkretnych instytucji (np. sądów, które dziś są przecież uzależnione finansowo od władz politycznych ustalających środki dla sądownictwa w ustawie budżetowej). Ale o tym będzie w jednym z kolejnych wpisów.

Oczywiście również całkiem sensowną formą podatków celowych, może być akcyza. Tutaj mamy do czynienia z jeszcze większą sprawiedliwością, jeśli chodzi o pobieranie podatków. Np. akcyza na paliwo, przeznaczana na utrzymanie infrastruktury drogowej – obciążałaby proporcjonalnie tych, którzy samochodami jeżdżą i to w zależności od tego, ile jeżdżą (czyli jak bardzo przyczyniają się do eksploatacji infrastruktury). W pewnym zakresie wszyscy korzystamy z „państwa” równo (np. wojsko, administracja polityczna etc.etc.) – w tych przypadkach lepszym rozwiązaniem jest podatek pogłówny. Wielu innych przypadkach (jak np. drogi, sądy, media publiczne), niektórzy korzystają mniej inni więcej. Tutaj sprawdziłaby się akcyza.

Jednak ten wariant jest bardziej skomplikowany do odpowiedniego rozliczenia (by budżet państwa nam się nagle nie załamał). Tymczasem niniejszy wpis miał jedynie za zadanie ukazanie pewnych mechanizmów, skali opodatkowania, co jest łatwiejsze w odniesieniu do pogłównego policzonego na 1 dorosłego mieszkańca.

Jeśli uważasz, że w w/w wpisie brakuje pewnych danych, czegoś nie uwzględniłem – napisz w komentarzu. Im większej krytyce zostaną poddane tego rodzaju pomysły, tym lepiej będzie można je „ulepszyć”. Cel jest prosty. Wypracowanie jak najlepszego, najbardziej sprawiedliwego systemu podatkowego, który będzie jak najefektywniej spełniał swoją rolę, a nie promowanie danej koncepcji.

 

pozdrawiam serdecznie

Krzysztof Wojczal

geopolityka, polityka, gospodarka, prawo, podatki – blog.

18 komentarzy

  1. Co z turystami, obcokrajowcami itp.
    Będąc w Polsce teraz płacą podatki w VAT, jak wyglądałoby to w systemie celowym, zwłaszcza w warunkach Unii europejskiej gdzie każdy może przenieść się do innego kraju.
    Czy zmiana czasem nie polegałaby po prostu na zmianie na inny podatek „od”, np. podatek od bycia Polakiem albo podatek od wynajmowania mieszkania w Polsce.

    1. Bardzo dobre pytanie. Ale turyści np. jeżdżąc po PL tankowaliby „nasze” paliwo, a więc płaciliby podatki (w formie akcyzy ) w PL. Na autostradzie płaciliby opłatę na bramkach lub winietę jak każdy inny (opłaty). Jednak nie korzystaliby np. z wojska, administracji etc.etc. więc czemu mieliby być obciążeni ich kosztami? Brak ovatowania turystów mniej boli, jeśli mamy świadomość, że nikt nie jest objęty tym podatkiem. Natomiast w zakresie przyjezdnych – sytuacja byłaby podobna z tą różnicą, że jeśli ktoś podejmowałby na terytorium PL pracę zarobkową (nawet jeśli mieszka za granicą, a pracuje w PL) traktowany byłby jako rezydent (w ujęciu prawa podatkowego), a więc musiałby płacić pogłówne. W innych przypadkach partycypacja niepodejmujących w PL pracy zarobkowej obywateli innych państw zamieszkujących na terenie PL byłaby regulowana przez podatki celowe w formie akcyz lub podatków lokalnych (a tu płacą mieszkańcy).
      Gdyby ktoś mieszkanie wynajmował, to pomyślmy, kto płaciłby taki podatek lokalny (celowy). Wynajmujący czy najemca? Oczywiście, że koszty tego podatku (tak samo jak np. koszty mediów, rachunków etc.) spadłyby na najemcę (mechanizm rynkowy).

      Pojęcie podatków „NA” nie ma służyć zmianie optyki od strony podatnika (co nas w końcu obchodzi czy to jest „na” czy „od’ jeśli tu i tu wyjdzie, że płacimy tyle samo). Idea podatków „NA” ma zmienić optykę od strony poborcy podatków. Państwa. Chodzi o to, by przepływ pieniądza był dedykowany na jakiś cel. A nie, że państwo zabiera „NA” armię, ale wydaje np. na administrację… Łatwość podatku = łatwość rozliczenia = łatwość sprawdzenia przepływów pieniężnych = kontrola rządzących i ich gospodarności.

      pozdrawiam
      KW

  2. Dzien dobry Panu – dopiero zaczalem czytac a już musze chwalić . Brawo! Wazna uwaga: Polska ma archaiczna strukturę państwa . Wracam do lektury . Pozdrawiam Pana .

  3. Owszem podatek pogłówny w polaczeniu z federalnym ustrojem państwa uczynilby cud . Poska nie będzie miejscem tego zjawiska .

  4. Przy podatku pogłównym trzeba by ludzi pilnować ktoś by się ukrywał żeby nie płacić ktoś twierdził by że jest za granicą ma inne obywatelstwo itd… Ktoś by nie płacił i co z takim gościem? Z wojska nie korzystamy równo bo jak ktoś nie ma nieruchomości to w razie czego zwieje z Polski a jak ktoś ma nieruchomość to ją straci itd…

    Ja jestem za opodatkowaniem nieruchomości każdy deklaruje swojej nieruchomości wartość i płaci 0,01% kwoty są jawne państwo może odkupić za zdeklarowaną wartość a nie państwo za 200% wartości. Obsługa banalna mapka na serwerze i konto bankowe do wpłat z numerem nieruchomości. Jak ktoś nie płaci to wartość 0zł to zaraz się chętny znajdzie. Jak budujesz drogę wpisujesz w algorytm i zaraz wiadomo którędy wyjdzie najtaniej. Oczywiście musiał by być progresywny żeby ludzie na siłę nie łączyli nieruchomości które nie są od siebie zależne.

    Podatek pogłówny może być za bycie obywatelem Polski jak nie płacisz to 3 miesiące i tracisz obywatelstwo ale w zamian masz np. emeryturę obywatelską, pogotowie ratunkowe, nie podlegasz ekstradycji z Polski jak coś przeskrobałeś za granicą to można cię przed polskim sądem ścigać, konsul pomorze jakby co. Może warto by zrobić różne stawki w zależności co potrzeba od państwa byś płacił na to co uważasz za konieczne np. karetki, topr, wopr, las, jak nie zapłacisz za las to wejście np. 50zł ….

    1. Pięknie Pan odpowiedział sobie na wskazany problem… Dziś również ucieka się od podatków. Z pogłównym jest tyle trudniej, że każdy posiada np. dowód osobisty (równoznaczne z obywatelstwem). Innymi słowy Państwo ma dane podatników i bardzo łatwo jest ich namierzyć. Jeszcze łatwiej byłoby sprawdzić czy zapłacili (wszyscy płacą tyle samo, więc wystarczy sprawdzić rach. bankowy czy wpłynęło – co może robić system informatyczny).

      A to czy ktoś ma podwójnie obywatelstwo, mieszka gdzie indziej etc.etc. Co to państwa interesuje? Korzysta z dowodu/paszportu? Korzysta. 🙂

      Ponadto nie wyobrażam sobie sytuacji w której przy takim systemie podatkowym, ktoś uciekałby z miejscem zamieszkania czy obywatelstwem…. Raczej mielibyśmy problem odwrotny. To obcokrajowcy garnęliby się po obywatelstwo polskie, bo tutaj płaciliby o wiele niższe podatki (dla ludzi zachodu, byłyby wręcz symboliczne).

      To oczywiście jedynie cząstka ew. systemu, ale pozostałe elementy układanki opiszę kiedy indziej.
      pozr
      KW

      1. Czyli obcokrajowiec mieszkający w Polsce nie płacił by podatku pogłównego? Co poza dumom z bycia Polakiem na papierze bym stracił zmieniając obywatelstwo na np. estońskie ? No chyba że zakażemy przebywać na terenie Polski bez obywatelstwa polskiego. ?

        1. Jeśli nie pracowałby w Polsce, nie płaciłby pogłównego. A podatek płaciłby w kraju, w którym by zarabiał.
          Podatek pobierany byłby od rezydentów w ujęciu prawa podatkowego. To akurat uważam jest mały problem.

          Ktoś kto zarabia za granicą, ma obywatelstwo zagraniczne, a mieszka w PL płaciłby tylko akcyzy (np. w paliwie na infrastrukturę z której korzysta).

          1. Czyli jak ktoś w Polsce spędza 5 miesięcy pracując a pozostałe 7 miesięcy na plaży w ciepłym kraju to tam jest rezydentem więc u nas nie płaci podatku ? Tam też nie płaci bo u nas nie ma kontroli skarbowej firm bo i poco więc nic nie wykazuje w miejscu rezydencji albo jakieś grosze. Albo ma dom w Niemczech i pracuje w Polsce 3 dni w tygodniu a 4 siedzi w domu i z tamtą zarządza firmą. Mam firmę z bratem wiec on w Polsce pn,wt,śr ja: cz,pi,sob żona w Niemczech i oszczędzamy na tym z żonami (nie licząc dzieci ) 4×12 000 rocznie. No chyba że Niemcy wprowadzą cła na granicy itp…

            Rozumiem że ludzie nie pracujący w Polsce ale mający rezydencję by płacili ?

            Jak dla mnie najsensowniej np. 40zł/dzień a jak cały miesiąc to promocja 1100zł/miesiąc. A za rok 12000.

            Oczywiście trzeba kontrole na granicach żeby wiedzieć kto jest w Polsce a kogo nie ma.

          2. To są detale, które można w prosty sposób rozwiązać prawnie. Wystarczy, że raz do roku każdy podatnik musiałby się zadeklarować, gdzie płaci podatki (dziś deklaruje się formę opodatkowania). Jeśli zadeklaruje, że w PL, to nie będzie miało znaczenia ile dni tu przebywa. Zwyczajnie ma płacić miesięcznie 100% pogłównego przez cały rok. Trafia na listę i temat załatwiony.

            Ogólnie są to kwestie techniczne – do rozwiązania.
            pozdrawiam
            KW:)

      2. Dzien dobry – reforma Polski trwa lecz pogadać zawsze można . W panskim wywodzie sa bledy logiczne – idea swietna .

  5. Pomysł bardzo dobry, ale co z tego. Kto miałby to wdrożyć? Jaki opór społeczny (bogaty ma płacić tyle samo co biedny)? A zwalniana biurwa? Bajkopisanie….

    1. Dlatego zakładam utrzymanie budżetu w 1 roku po ew. reformie. Tak by nikogo od razu nie zwalniać. 1 – krok obniżenie i UPROSZCZENIE podatków, deregulacja dot. wykonywania dział. gosp. i zawodów etc.etc.
      Dopiero na drugim etapie, gdy mali i średni przedsiębiorcy zaczną się rozwijać, a do kraju ściągnąłby kapitał (niskie podatki), utworzyłyby się miejsca pracy (choć akurat w obecnych warunkach to pracowników ze świecą w ręku szukać – dobrze, że przyjechali Ukraińcy).
      Rozwój sektora prywatnego (i potrzeba pracowników) = wzrost płac. Wzrost płac = konkurencyjność względem posad rządowych (już to obserwujemy). Część ludzi zwyczajnie sama by odeszła z urzędów i ZUSów.
      Robienie odgórnej państwowej czystki byłoby głupotą – jeśli państwo nie będzie ingerować i stworzy odpowiednie warunki, rynek pracy sam się ureguluje.

      Kto miałby wdrożyć? Z tym jest problem 🙂 Ale jak się pojawią na to jakieś szanse, to warto mieć temat dobrze przemyślany. By okazja nie uciekła koło nosa (albo żeby jej nie zmarnować, jak po 89).

      pozdrawiam
      KW

  6. Z pomysłem się zgadzam, plan na wdrożenie też bardzo dobry.
    Jestem po prostu sceptyczny w kwestii prawdopodobieństwa wdrożenia. Trudno mi sobie wyobrazić co by musiało się wydarzyć, żebyśmy dostali szansę (jako kraj i naród). Kraj neokolonialny, z fatalną demografią i z władzami bezpośrednio sterowanymi przez obce siły (począwszy od 45r do teraz). Plus ordynacja wyborcza, która betonuje status quo i podzielone, skłócone społeczeństwo. Bezbronne społeczeństwo (jedna sztuka broni na 100 osób). Może wojna światowa lub globalny kryzys (taki jakiego jeszcze nie było)?
    Mamy się o to modlić?
    P.S.
    I jeszcze które pokolenie miałoby dokonać tak drastycznej zmiany?
    Moje pokolenie (X) jest na to za stare.
    Młodsi w większości mają to gdzieś, byle w misce się zgadzało. Jak będzie im źle to wyjadą.
    P.S.2.
    Czy w 89r naprawdę mieliśmy jakąś szansę?

    1. W mojej opinii w przeciągu 10 lat może dojść w kraju do dyktatury (bardziej/mniej oficjalnej czy formalnej). Zwyczajnie żaden inny system nie będzie wstanie przymusem ściągnąć jeszcze większych podatków w celu udźwignięcia ZUS-u i innych kosztów. Zresztą całe prawodawstwo od wielu lat idzie w kierunku inwigilacji i kontroli obywatela, co znacznie ułatwia później wprowadzenie/funkcjonowanie rządów autorytarnych.

      Taki stan rzeczy nie utrzyma się jednak z pewnością długo. Dyktatury wcześniej czy później upadają i to najczęściej w drodze rewolucji, a nie ewolucji. Także nowe otwarcie w takim scenariuszu nie jest już tak nieprawdopodobne. Być może moje pokolenie tego dożyje, a może będzie tworzyć nowy ład.

      pozdrawiam
      KW

      1. Dzien dobry – w trakcie realizacji jest inny scenariusz dla Polski . Wysoce prawdopodobne iz kolejna generacja Polakow zniszczyla wlasny kraj . Bedzie okazja do powstan .

  7. Wrogosc Polakow do Niemcow oraz Rosjan a dodatkowo niezrozumiale dzialana rzadow polskich doprowadily do marginalizacji naszej Ojczyzny.Wszelkie rozwazania o przyszlosci nalezy zaczac od opisu stanu obecnego . Pozdrawiam Panow.

Dodaj komentarz