Rosyjski Ikar w locie nad międzynarodowym morzem potrzeb – czyli geopolityczna sytuacja Rosji

Władimir Putin oraz Dmitrij Miedwiediew są niczym dwie głowy złotego rosyjskiego orła, który zrzucił kajdany systemu i wzbił się w powietrze pokazując, że potrafi samodzielnie latać. Pytanie, czy przy tak ambitnych przywódcach, Rosja nie wznosi się zbyt wysoko? Jeśli tak, to Federacja Rosyjska może podzielić los mitologicznego Ikara. Tylko w tym przypadku nikt nie zapłacze nad jej martwym ciałem. Wręcz przeciwnie. Może ono stać się pożywką dla krążących wkoło sępów. Czy Rosja jest skazana na klęskę, upadek i rozpad?

Władze z Kremla prowadzą obecnie bardzo asertywną, wobec świata atlantyckiego, politykę międzynarodową. Agresywne ruchy tj. zajęcie Krymu i Donbasu, reforma i zwiększenie potęgi armii, sugestywne manewry wojskowe, zaangażowanie w Syrii, nie powinny nam jednak przesłaniać bardzo istotnego faktu. Federacja Rosyjska gra niemal wyłącznie w defensywie, reagując jedynie na działania hegemona z Ameryki Północnej.

Wprawdzie rosyjski orzeł pręży muskuły i dumnie stroszy połyskujące złotem pióra, to jednak odporna na sankcje gospodarka, silna i nowoczesna armia, a także propagowanie idei silnego rosyjskiego mocarstwa nie wystarczą by móc wznieść się wyżej, niż pozwala na to geografia, gospodarka i polityczne warunki. Ograniczenia, jakie owe czynniki nakładają na władze w Moskwie są bardzo wyraźne. I bezlitośnie obnażają słabości Rosji. Zwłaszcza na tle potencjału konkurentów. Dlaczego więc władze z Kremla obrały tak ryzykowny kierunek polityki?

 

Za wysoki pułap lotu jaki wybór stał przed Rosją i dlaczego padło na Berlin.

Ogólnie, w skrócie i tytułem wstępu do dalszej rozprawy 🙂 Gdy Barack Obama ogłaszał tzw. reset w stosunkach z Rosją, a następnie zapowiedział amerykański pivot na Pacyfik, wydawało się, że obie strony doszły do pewnych porozumień. Porozumień, które utwierdziły USA w przekonaniu, że mogą wyjść z Europy, zostawić ją pod zarządem francusko-niemiecko-rosyjskim (z brytyjskim nadzorem) i skupić się na rywalizacji z Chinami. Trudno stwierdzić, jakie konkretnie poczyniono ustalenia, ale można domniemywać, że obie strony się na nie godziły. Dowodem na to było zorganizowanie przez „zachód” tzw. Arabskiej Wiosny, na co Władimir Putin zwyczajnie musiał wyrazić zgodę (o czym świadczy brak protestu, gdy obalano choćby Kaddafiego – który współpracował przecież z Moskwą).

Coś jednak sprawiło, że Amerykanie postanowili zmienić kurs. Administracja Baracka Obamy zdecydowała się na obalenie rządów Assada w Syrii. Najwyraźniej albo nie było to przedmiotem umowy z Rosją, albo też, władze z Kremla zmieniły zdanie w tym zakresie i postanowiły bronić dyktatora z Damaszku. Asertywna postawa Moskwy doprowadziła do próby (udanej zresztą) wyrwania z jej strefy wpływów Ukrainy. Kreml odpowiedział zajęciem Krymu i inwazją na Donbas. Od tego czasu moskiewskie władze znajdują się na „cenzurowanym”, a Amerykanie wrócili do Europy i to ze sporym impetem (lokując swoje wojska na flance wschodniej, czego nigdy wcześniej nie zrobili).

 

Dlaczego Kreml powiedział Amerykanom „nie”

Patrząc z moskiewskiej perspektywy, Rosja posiada aktualnie dwóch zagrażających jej przeciwników. USA i Chiny (w sumie nic nowego). W europie środkowej z Kremlem może również konkurować Berlin, jednak wydaje się, że od czasu upadku ZSRR, Rosjanie i Niemcy potrafią zawierać korzystne dla obu stron kompromisy. W sytuacji, w jakiej znajduje się Federacja Rosyjska po 1989 roku, największym zagrożeniem dla niej wydawała się do niedawna Chińska Republika Ludowa. Dlaczego?

Podczas, gdy Europa kontynuowała integrację i pokojowo budowała gospodarczy projekt unijny, Amerykanie prowadzili wojny na peryferiach – w Afganistanie i w Iraku. Rosja w tym czasie doskonale współpracowała z Berlinem i całą UE, zachowując wpływy na Białorusi i Ukrainie, a także mając duże przełożenie m.in. na Polskę i jej politykę. Nie chcę poruszać tego drażliwego tematu akurat w tym miejscu, więc ograniczę się do stwierdzenia, że w zakresie Europy Centralnej, Niemcy i Rosjanie potrafili się dzielić.

W tym samym czasie, po drugiej stronie globu, chiński smok rósł i nabierał rozpędu. Na początku tego dziesięciolecia okazało się, iż nie można dłużej ignorować potęgi Państwa Środka. Dla Rosji, praktycznie każde wschodnie imperium jest śmiertelnym zagrożeniem, ponieważ w rejonie zachodniego Pacyfiku władza i możliwości Moskwy są niezwykle ograniczone.

Wzrost wschodniego sąsiada Rosji, został również dostrzeżony przez USA, które także poczuło się zagrożone przez nowego gracza. I tutaj istniało pole do rozmów. Przynajmniej tak się Amerykanom wydawało jeszcze całkiem niedawno ( do ok. 2011 roku). Problem w tym, że prawdopodobnie zagrożenie chińskie zostało dostrzeżone zbyt późno. ChRL zdążyła wzmocnić się na tyle, że podjęcie z nią walki byłoby dla Rosji samobójstwem. I być może dlatego właśnie Waszyngton nie zyskał sojusznika w przyszłej rywalizacji z Państwem Środka, na którego bardzo liczył.

 

Smok zbyt silny dla Niedźwiedzia. I jako wróg i jako przyjaciel.

Z pespektywy Moskwy, otwarta walka z Pekinem mogłaby okazać się zabójcza. Grawitacja chińskiej gospodarki zwyczajnie wciąga w swoją orbitę całą Syberię niczym czarna dziura. Po jednej stronie granicy obserwujemy rozrastające się miasta o wielomilionowych populacjach, inwestycje w infrastrukturę (autostrady, wiadukty, mosty, linie kolejowe, porty), podczas gdy na północnym brzegu rzeki Amur mamy do czynienia z niemal wyludnionym pustkowiem, przez które wiedzie jedna, nienajlepsza zresztą, droga łącząca Irkuck z Władywostokiem. Najbardziej położone na wschód regiony Rosji są odgrodzone od reszty państwa rzeką Leną, przez którą nie ma ani jednej stałej przeprawy. To wszystko sprawia, że cały obszar położony na wschód od Kraju Krasnojarskiego, jest bardziej powiązany z chińskim Harbin czy nawet Pekinem, niż z Moskwą (do której jest zresztą znacznie dalej).

Podczas, gdy Rosjanie uciekają ze Wschodniej Syberii na zachód, lub nawet do Chin, w ich miejsce przybywają tysiące Chińczyków. Pekin wydzierżawił ogromne połacie terenu na północnym brzegu Amur, gdzie prawdopodobnie zamierza zainwestować w infrastrukturę łączącą Chiny z Jakuckiem, rzeką Leną i dalej na północ z wodami okołobiegunowymi (vide Północny Szlak Morski).

Fatalna geografia Syberii ma również ogromny wpływ na możliwości militarne obrony tego regionu. Najkrótsza droga z Irkucka do Władywostoku biegnie przez Chiny. Jest ona również najszybsza (chińskie autostrady). Największy rosyjski port położony nad Morzem Japońskim jest praktyczne nie do obrony. By odciąć go od strony lądu, wystarczy zająć/zniszczyć praktycznie jedną drogę i jedną nitkę linii kolejowej, które w dodatku biegną wzdłuż rosyjsko-chińskiej granicy. By zablokować port we Władywostoku, Chińczycy musieliby wprawdzie oglądać się na Koreańczyków z południa i Japończyków, jednak Rosjanie nie są wstanie utrzymać tego przyczółka opierając się tylko i wyłącznie na wsparciu morskim i powietrznym (zbyt duże odległości). O ile Chińczycy, gdyby chcieli, mogliby eskalować konflikt w regionie w dość łatwy sposób, o tyle Rosjanie by go obronić, musieliby sięgnąć od razu po broń atomową (a przecież Pekin ma czym odpowiedzieć).

Jak wobec powyższego miałaby wyglądać wojna (na jakimkolwiek polu) z Chinami, w której Rosja musiałaby stanąć na pierwszej linii frontu? Moskwa zwyczajnie nie widzi i nie widziała kilka lat temu szans na zwycięstwo w starciu z chińskim molochem. Zwłaszcza, że przy takim scenariuszu ryzykowałaby wszystkim, podczas gdy Stany Zjednoczone odgrodzone oceanem, nie ryzykowałyby niczym. A po zwycięskiej wojnie, mogłyby narzucić osłabionym Rosji i Chinom własne warunki, jako hegemon na kolejne stulecie.

To nie była dobrze rokująca perspektywa dla władz z Moskwy. Dlatego Władimir Putin postanowił odmówić Stanom Zjednoczonym, a tym samym pokrzyżował ich plan polegający na odcięciu chińskiej gospodarki od gazu i ropy (bo temu właśnie służyło wzniecenie wojen na Bliskim Wschodzie).

Kremlowskie veto rozwścieczyło decydentów w Waszyngtonie. I nic dziwnego. Plan jednoczesnego odcięcia Chin od surowców z Bliskiego Wschodu i Rosji, był kapitalną koncepcją taniego zwycięstwa i uzależnieniem Pekinu od woli Amerykanów.

Wydaje się też, że była to jedyna realna droga do odzyskania przez USA dominacji nad Chinami. Z naciskiem na słowa „jedyna” i „była”.

To jest chyba prawdziwą przyczyną tak zdecydowanych kroków USA przeciwko Rosji, powrotu Amerykanów do Europy, a także zmianą strategii utrzymania hegemonii. O ile wcześniej USA chciało odciąć Chiny od dostaw ropy i gazu, o tyle teraz, dodatkowo zamierza nie dopuścić do stworzenia bloku Berlin – Moskwa – Pekin i chce rozbić poszczególnych jego członków, poczynając od najsłabszego (Rosji), co opisałem w tekście: Polska kluczem do strategii USA?.

Oczywiście oś Berlin – Moskwa – Pekin, to koncepcja bardzo umowna. W pierwszej kolejności dlatego, że z tych samych przyczyn, z powodu których Rosja nie chce walczyć z Chinami, Moskwie nie zależy też na sojuszu. Dalszy rozwój Chin, ich wzrost potęgi gospodarczej i militarnej są zagrożeniem dla Federacji Rosyjskiej w dłuższej perspektywie. Dlatego Kreml nie może orientować się na taki sojusz, który doprowadzi do jego gospodarczej, a następnie politycznej wasalizacji.

Idealnym dla Rosji wyjściem z tej sytuacji, wydawało się postawić na taktyczne partnerstwo z Chinami w celu uzależnienia Pekinu od rosyjskiej ropy i gazu (znając plany Amerykanów, które polegały na podpaleniu Bliskiego Wschodu, była to koncepcja zupełnie logiczna).

W interesie Rosji jest, by Chiny nie mogły pozyskać surowców z żadnego innego źródła, jak tylko od niej.

Oczywiście takie uzależnienie chińskiego giganta, od znacznie słabszej Rosji może okazać się niebezpieczne dla tej drugiej (co jeśli Chińczycy zdecydują się wziąć siłą to czego potrzebują?). Dlatego dla Moskwy kwestią nadrzędną i absolutnie priorytetową było utrzymanie swojej technologiczno – militarnej przewagi nad Chinami. Szeroko zakrojony program unowocześniania i wzmacniania armii nie jest spowodowany tylko i wyłącznie wyzwaniami, jakie czekają Rosjan w starciach przeciwko USA. Rosja rozpoczęła swój program reformy wojskowej już jakiś czas temu również po to, by móc odstraszać Chiny i przygotować się na czasy politycznego chaosu. Jednak sam rosyjski potencjał nie wystarczy, by utrzymywać nad Chińczykami bezpieczną przewagę. Rosja zawsze potrzebowała lepiej rozwiniętego sojusznika.

 

Sojusz z RFN – by wznieść się jak najwyżej

Rosja dysponuje surowcami i przemysłem, który wymaga jednak inwestycji. Przede wszystkim w nowoczesne technologie i innowacje. Tą słabość Kreml postanowił nadrobić poprzez sojusz z Berlinem. Niemcy wydawały się (w chwili podejmowania politycznych decyzji, czyli ok. 2011-2012 roku) idealnym partnerem. Całkowicie pacyfistycznie nastawione państwo bez armii (wówczas cała Europa praktycznie się rozbrajała), z silnym przemysłem, najnowocześniejszymi technologiami i bez roszczeń w stosunku do Rosji. Idealne źródło transferu nowoczesnych technologii i znakomity odbiorca gazu i ropy, dający dostęp do całego europejskiego rynku (UE). Niemcy są zbyt słabe by stanowić zagrożenie dla Rosji (militarnie i politycznie), a jednocześnie ich potężna gospodarka mogłaby być niebagatelnym wsparciem dla Rosjan.

Mogłaby być. Ponieważ dziś już wiemy, że Waszyngton posiada na tyle silne przełożenie na Berlin i całą UE, by zmusić cały Zachód Europy do podporządkowania się swojej polityce zagranicznej. Pokazały to sankcje ze strony UE, czy choćby ostatnia sprawa zamachu na Skripala i wydalenie rosyjskich dyplomatów przez wszystkie największe i najważniejsze państwa Europy. Nie wiadomo jeszcze, co stanie się z projektem Nord Stream II, jednak chyba nikt dziś nie postawiłby dużych pieniędzy na to, że rzeczywiście powstanie i zacznie przynosić zyski.

 

Podsumowując

Rosja mając do wyboru partnerstwo z którymś z dwóch najsilniejszych graczy na świecie postanowiła wybrać trzecią drogę. Samodzielną. W oparciu o Berlin.

Dziś już wiemy, jak kruche może okazać się to oparcie. I jak ambitną decyzją było wybranie takiej drogi. Czy Ikar nie wzniósł się aby zbyt wysoko?

Rosja znalazła się w sytuacji, w której musi finansować kolejny wyścig zbrojeń, wojny na Ukrainie i Syrii, utrzymać wydobycie i sprzedaż surowców, a jednocześnie radzić sobie z sankcjami „zachodu”. W tym czasie Chiny ze swoim ogromnym kapitałem i zasobami ludzkimi przejmują Syberię. Całkowicie pokojowo. A przecież to dopiero początek zmagań wielkich mocarstw.

 

Brak inicjatywy – pióra skrzydeł spojone woskiem.

We wszelkiego rodzaju konfliktach (gospodarczych, zbrojnych, a nawet takich zwykłych, z życia codziennego) przewagę posiada ten, do kogo należy inicjatywa. W starciu z USA Moskwa utraciła ją bezpowrotnie w latach 80-tych. Od tego czasu rosyjskie władze reagują jedynie na działania Amerykanów.

Stało się tak, ponieważ Rosja nie posiada zdolności do stworzenia bezpośredniego zagrożenia w stosunku do Stanów Zjednoczonych. Bez możliwości wywarcia presji na Waszyngton, Rosja nie ma szans, by przejąć kontrolę nad postępującymi wydarzeniami. Jednocześnie państwo rosyjskie samo jest bardzo podatne na wszelkiego rodzaju ataki.

Ostatnią groźbą ze strony Rosji, jaką USA potraktowały na prawdę poważnie, było zbudowanie wyrzutni rakiet balistycznych średniego zasięgu na Kubie. Fakt ten doprowadził do tzw. Kryzysu Kubańskiego, który zakończył się ustąpieniem Związku Radzieckiego. Pomimo takiego, a nie innego zakończenia, bezsprzecznym jest, że władze USA w czasie Kryzysu Kubańskiego stanęły przed wyzwaniem obrony własnego terytorium. To był chyba pierwszy i ostatni raz, gdy Amerykanie zgodzili się postąpić w określony sposób (wycofali własne pociski balistyczne z Turcji) na skutek jawnej groźby.

Dlaczego jest to tak istotne? Ponieważ nie da się zwyciężyć z przeciwnikiem, którego nie możemy dosięgnąć. Zwłaszcza, gdy sami jesteśmy podatni na jego ciosy. W takiej asymetrycznej sytuacji geopolitycznej znajduje się dzisiaj Rosja. I dlatego też, jedyne, co mogą robić władze z Kremla, to obserwować przeciwnika, robić uniki i kontrakcje, starając się zablokować ruchy Waszyngtonu. Nic ponad to.

Gospodarcza, polityczna, a nawet militarna wojna na linii Moskwa – Waszyngton toczy się tylko i wyłącznie w rosyjskiej strefie wpływów. Rosjanie mogą się obronić, ale tylko oni mają tutaj coś do stracenia. Jednocześnie nie są wstanie zaatakować USA ani na płaszczyźnie gospodarczo – ekonomicznej (zbyt słaba gospodarka, zbyt mały rynek, a Amerykanie są niezależni, jeśli chodzi o gaz i ropę), ani militarnej (brak dostatecznie silnej floty morskiej, a tym samym brak możliwości oddziaływania w regionie Ameryki Północnej).

To wszystko przekłada się właśnie na brak zdolności do przejęcia inicjatywy w starciu politycznym przeciwko aktualnemu hegemonowi. To nie USA reaguje na akty wrogości ze strony Rosji (który to przekaz jest przedstawiany w mediach), to Moskwa jest zmuszona odpowiadać na kolejne działania Waszyngtonu (vide Majdan, Syria czy choćby ostatnia sprawa Skripala związana z nałożeniem kolejnych sankcji i wydaleniem rosyjskich dyplomatów z wielu państw zachodnich).

Jedynym dostępnym dla Rosjan polem walki, na którym mogą dosięgnąć przeciwnika, jest cyberprzestrzeń. Jednak siła amerykańskiego soft power, które objawia się m.in. jako wpływ na przekaz medialny, jest jeszcze na tyle silna, by móc kontrolować rozprzestrzenianie się kolejnych wycieków (z których słynie np. WikiLeaks). Wciąż większość amerykańskiego (i nie tylko) społeczeństwa jest bardziej podatna na mainstreamową propagandę niż na perswazję i manipulacje, których zasięg jest ograniczony tylko do sieci internetowej ( a tutaj też wielką rolę odgrywają mainstreamowe portale internetowe, które przedstawiają w olbrzymiej większości amerykańska wizję świata).

To wszystko sprawia, że rosyjski Ikar nie jest wstanie przebić pewnego sufitu. Wznieść się wyżej, niż pozwalają mu na to możliwości. O czym wyraźnie zapomina, co może doprowadzić do jego klęski i upadku. Rosjanie nie mają obecnie absolutnie żadnych szans, by zmienić nastawienie decydentów w Białym Domu. Mogą jedynie grać na zwłokę i liczyć na to, że Ci się zniechęcą i odpuszczą. Problem w tym, że Amerykanie nie odpuszczą. Bo chcą wygrać z Rosją tu i teraz, póki są znacznie silniejsi i znajdują się w dość dogodnej sytuacji. Póki chiński smok nie przełamie ich hegemonii.

Federacja Rosyjska walczy w tej chwili o przetrwanie. I nie jest to walka tylko na jednym froncie.

Moskiewscy decydenci wciąż muszą kalkulować i balansować pomiędzy dwoma gigantami. Partnerstwo z Chinami jest z pewnością bardzo chłodno liczone. Z tej prostej przyczyny, że ewentualna klęska i upadek USA, przy jednoczesnym zwycięstwie i wzroście Chin sprawiłaby, że Rosja zamiast mierzyć się z przeciwnikiem zza oceanu (któremu zawsze zależało na tym, by Moskwa stabilizowała pobliski region) musiałaby się mierzyć z przygranicznym gigantem o nieograniczonym apetycie. O ile Amerykanom trudno jest oddziaływać na rosyjski heartland o tyle Chińczycy mogą go zwyczajnie zająć. Wykupić gospodarczo, zaludnić bądź nawet anektować. Prawdopodobnie jedyną przyczyną, dla której jeszcze tego nie zrobili, jest fakt posiadania przez Rosję broni atomowej. Która stanowi w tym przypadku jedyny i ostateczny argument.

Podkreślenia wymaga, że w chwili obecnej, w czasie konfliktu na linii Waszyngton – Moskwa, Rosja stała się politycznym i gospodarczym klientem Pekinu. Przyparci do chińskiego muru Rosjanie nie mają żadnych argumentów negocjacyjnych, jeśli chodzi o rozmowy z Chińczykami. Bo tylko oni są w tej chwili i chętni i zdolni do tego, by wesprzeć rosyjskiego niedźwiedzia.

 

Necessitates Mare – Morze Potrzeb

W tej globalnej grze Rosja posiada jeden ogromny atut, który stanowi również zagrożenie. Jest wielce potrzebna. Wszystkim istotnym graczom tego świata. USA widzą w Rosji front przeciwko Chinom, Niemcy rynek zbytu i magazyn surowców. Chiny potrzebują rosyjskiego terytorium do wydobycia surowców i kontrolowania szlaków handlowych do Europy (vide Nowy Jedwabny Szlak i Północny Szlak Morski). Część mniej ważnych państw potrzebuje Moskwy, jako alternatywy dla Waszyngtonu. Choćby po to, by móc sprzedawać się na amerykańskie potrzeby za znacznie wyższą cenę.

Jest to z pewnością podstawa siły rosyjskiej dyplomacji. Jednak sytuacja ta potrafi również stanowić niemały problem.

Zważywszy na wszystkie w/w interesy państw trzecich, a także to, że Chiny i Japonia posiadają roszczenia terytorialne w stosunku do Federacji Rosyjskiej, to państwo to musi być dostatecznie silne by móc oprzeć się wszelkim zakusom obcych. O ile chce pozostać całkowicie suwerenne i niezależne (a dochodzi jeszcze problem wewnętrznej spójności).

Rosja zdecydowała się grać swoją grę. I musi samodzielnie mierzyć się z amerykańskimi naciskami politycznymi i chińską potęgą gospodarczą. Jest to niezwykle trudne zadanie, bowiem USA jest państwem o największych wpływach politycznych na świecie, a Chiny już są, bądź lada chwila staną się największą gospodarką globu. Amerykanie „negocjują” z Rosjanami przy pomocy sankcji, nacisków politycznych oraz potęgi militarnej. Chińczycy zwyczajnie wykupują wschodnią część Rosji, zasiedlają ją i podporządkowują gospodarczo. Proces rozdrapywania dawnego sowieckiego imperium trwa od czasu jego upadku (z krótkimi przerwami), a w ostatnich latach mocno się nasilił.

Rosja całkowicie utraciła wpływy w Afryce Północnej po tzw. Arabskiej Wiośnie. Z ogromną determinacją walczy o utrzymanie kontroli nad Syrią. W czasie Europejskiego Majdanu przegrała Ukrainę. W efekcie walki z USA, wpadła w uzależnienie od chińskiej kroplówki, którą Pekin sprzedaje po znacznie zawyżonych cenach.

Podczas gdy dyplomaci z Kremla toczą batalię z adwersarzami z USA, a rosyjscy żołnierze walczą z Ukraińcami w Donbasie oraz islamistami w Syrii, Moskwa przegrywa wojnę z Chinami o Syberię. Ponieważ nie jest wstanie zmagać się na dwóch frontach jednocześnie. Władze z Kremla musiały wybrać, w którą stronę skierują swoją uwagę i wysiłki. W tej chwili rosyjski niedźwiedź ustawił się frontem w kierunku amerykańskiego toreadora, podczas gdy wielki chiński smok zamierza wgryźć się w jego zad. Jest to dość niekomfortowa sytuacja dla olbrzymiego futrzaka. Tym bardziej, że z jego perspektywy, nie widać żadnej sensownej alternatywy.

Zastawiana na Chiny pułapka (próba uzależnienia od własnych surowców) okazała się sidłami dla samej Rosji. Każdy kij posiada dwa końce. I tak w sytuacji, gdyby USA prowadziło walkę z Chinami, a Rosja byłaby jedynie neutralnym obserwatorem tego spektaklu, Moskwa mogłaby dyktować Pekinowi warunki. W zamian za gaz i ropę. Jednak Amerykanie postąpili zupełnie inaczej. W pierwszej kolejności skierowali swoje działania przeciwko Rosji. Tymczasem Chiny, wciąż posiadając dostęp do surowców z innych rynków, dyktują Moskwie warunki na jakich łaskawie będą importować z Syberii (a pamiętajmy, że rosyjska gospodarka opiera się na eksporcie surowców). Pozycji Rosji nie polepsza również to, że USA i część Europy robi wszystko, by uniezależnić się od dostaw gazu i ropy ze wschodu. Innymi słowy „Zachód” najwyraźniej celowo pcha niedźwiedzia prosto w smoczą gardziel.

 

Geopolityczna prognoza – pełne słońce, będzie gorąco!

Rosja znajduje się w bardzo trudnej sytuacji geopolitycznej, a należy pamiętać, że jesteśmy dopiero na początku wielkich zawirowań na arenie międzynarodowej. Opcja, którą wybrały władze na Kremlu (strategiczne partnerstwo z Berlinem) okazała się ułudą. Każdy inny wybór (USA/Chiny) naraża Federację Rosyjska na ryzyko klęski i upadku. Dlatego rosyjski niedźwiedź usiadł okrakiem, nie wybierając wcale. Zamiast tego desperacko broni zajętej pozycji. Każdy, kto uważnie obserwuje bieg wydarzeń dostrzeże, że temperatura na arenie międzynarodowej już jest gorąca. Tymczasem otwierają się wciąż to nowe fronty lokalnych konfliktów. Część z nich będzie dla Rosji mniej istotna, ale co się stanie, gdy wrócą demony Kaukazu? Konflikt Azerbejdżanu i Armenii? Próba odzyskania utraconych w wojnie z Rosją terytoriów przez Gruzję? Rewolta w Czeczenii? Nie zapominajmy również o miękkim podbrzuszu FR. Jeśli wokół Islamabadu sformuje się muzułmańska koalicja (wspierana przez Chiny), wówczas Moskwa może zostać zmuszona do obrony swoich interesów również na wschodnim brzegu Morza Kaspijskiego, a nawet w Kazachstanie.

 

Był moment, w którym kremlowskie władze nawoływały do podpisania drugiej Jałty. Chodziło o to, by na nowo określić role poszczególnych mocarstw, a także rozrysować ich strefy wpływów. Amerykanie nie byli tym jednak zainteresowani. Tego rodzaju układ, byłby niejako formalnym usankcjonowaniem upadku hegemonii USA. Tymczasem Waszyngton nadal zamierza być jedynym gwarantem ładu światowego. W tym celu Stany Zjednoczone muszą uporać się z poszczególnymi regionalnymi mocarstwami, które chciałyby wybić się na całkowitą niezależność. Początkowo wydawało się, że wyzwanie Amerykanom rzuca tylko jeden gracz. Chiny. Jednak twarde stanowisko Rosji oraz brak zgody na wspólną walkę przeciw Pekinowi, zmusiło Biały Dom do czasowego odejścia od pivotu na Pacyfik oraz powrotu do Europy. W celu pacyfikacji rosyjskiego buntownika.

Dziś już wiemy, że Drugiej Jałty nie będzie. Amerykanie grają o pełną pulę. A to oznacza, że będą wciąż podgrzewali atmosferę na świecie, wywołując jak największą ilość konfliktów. Wszystko po to, by inni musieli się z nimi mierzyć (głównie Chiny i Rosja). Opisywałem tą politykę i jej przyczyny bardziej szczegółowo w innych wpisach.

Niemniej, mam nadzieję, że nawet po tak ogólnikowym potraktowaniu tematu widocznym jest, iż analogia do starożytnego mitu o Dedalu i Ikarze nie jest wcale przypadkowa.

 

Rozpad NATO – szansą na przetrwanie?

Niniejszy wpis został poświęcony niemal w całości zagrożeniom i wyzwaniom, przed jakimi stoi rosyjska dyplomacja. Niemniej, decydenci z Moskwy posiadają również pewne pole manewru, które pozwala im zachować zimną krew i nie wywieszać białej flagi. O ile samo USA leży praktycznie poza zasięgiem Rosjan (ponieważ nie bierzemy tutaj pod uwagę scenariusza z nuklearnym holokaustem), o tyle Kreml może naciskać na coraz bardziej kruche podstawy amerykańskiej hegemonii. Należy bowiem pamiętać, że USA wciąż funkcjonuje w ramach koncepcji, która została stworzona po II Wojnie Światowej. NATO. Pakt Północnoatlantycki nie stanowi monolitu i można spróbować podważyć tą instytucję, co niechybnie mocno uderzyłoby w Waszyngton i jego pozycję na arenie międzynarodowej. Problem jednak w tym, iż całkowity rozpad NATO, mógłby oznaczać zmianę koszulki lidera. A tej z pewnością nie uzyskałaby Moskwa. Prymat Chin, jak pisałem wcześniej, jest śmiertelnym zagrożeniem dla Rosji. Stąd bardzo ostrożne działania FR, które póki co jedynie testują spójność sojuszu NATO, sygnalizując, że Kreml mógłby podważyć sens istnienia tej instytucji (vide choćby rozmowy i umowy zawierane z Turcją, Niemcami czy Węgrami).

Z pewnością jednak, w sytuacji bez wyjścia, Rosjanie będą na tyle zdeterminowani, by realnie uderzyć Sojusz. Gdzie to mogą uczynić? Oczywiście na linii styku pomiędzy Rosją i NATO. Tj. w państwa bałtyckie. Polska jest zbyt dużym i ważnym sojusznikiem NATO, by jej nie bronić (a inwazja w kierunku Warszawy nie tylko rozjuszyłaby USA, ale i zaniepokoiłaby Berlin). Jednolite narodowościowo społeczeństwo polskie nie jest również dobrym środowiskiem do prowadzenia tzw. wojny hybrydowej (oczywiście przyjechało do nas kilka mln. Ukraińców – jednak Ci, z oczywistych względów, nie będą skorzy do działań pro-rosyjskich).

Zupełnie inaczej to wygląda, jeśli chodzi o takie państwa jak Łotwa lub Estonia, gdzie występują liczne mniejszości narodowe (w tym rosyjska). Państwa te być może nie są atrakcyjnym celem, a ich aneksja/okupacja niewiele by dała (jedyny atut, to zwiększenie dostępu do Morza Bałtyckiego), jednak należą do NATO. Są słabe i podatne na wszelkiego rodzaju działania. Od gospodarczo-ekonomicznych, po hybrydowo-militarne. Wywołanie wojen na ich terytorium, byłoby ogromnym sukcesem Rosji. Ukazałoby słabość NATO, a także podważyłoby zaufanie sojuszników do USA, jako założyciela i głównego gwaranta bezpieczeństwa.

Póki co, Rosja jednak wstrzymuje się z tego rodzaju działaniami. Z różnych względów, ale w mojej opinii również dlatego, że woli poczekać. Poczekać, aż Amerykanie rzeczywiście odetną Chińczyków od surowców z Bliskiego Wschodu. Wówczas Rosjanie odzyskają kontrolę i siłę w relacjach z Pekinem.

Problemem tego rodzaju taktyki jest to, że Rosja gra w defensywie w konflikcie na wyniszczenie (gospodarcze i polityczne). Próbuje przetrwać i doczekać momentu, gdy Pekin i Waszyngton wezmą się wreszcie solidnie za karki. Tymczasem ani Amerykanom, ani Chińczykom nie jest na rękę, pozostawienie Rosji silnej, tak by mogła później w każdej chwili zmienić front i przeważyć szalę na korzyść jednej, bądź drugiej strony. USA jasno dało do zrozumienia, że jeśli Moskwa nie poprze działań hegemona, będzie musiała stawić mu czoła jako pierwsza (friend or foe – nie ma innej drogi). Z drugiej strony Chiny także kalkulują czy jest sens pozostawiać sobie niepewnego sojusznika pod swoim bokiem. Taki niepewny partner może zadać śmiertelny cios w plecy w najmniej oczekiwanym momencie.

I tego rodzaju kalkulacja, może doprowadzić do układu Xi – Trump, o którym pisałem wielokrotnie. Zwyczajnie oba mocarstwa mogą dojść do wniosku, że lepiej będzie, jeśli kwestię o prymat rozstrzygną między sobą. Solo.

 

Krzysztof Wojczal

geopolityka, polityka, gospodarka, prawo, podatki – blog

 

 

P.S.

Niniejszy tekst z założenia miał być ogólny i stanowić wstęp do bardziej szczegółowych analiz. Ponieważ rosyjskie terytorium ciągnie się przez całą Azję, a bywało, że docierało również do centrum Europy, to w praktyce nie ma takiej sprawy na arenie międzynarodowej, w której rola Rosji byłaby nieistotna. Natomiast niemal każdy front, na jakim walczą o własne interesy władze z Kremla, nadaje się na podstawę do badań i analiz, które zajęłyby opasłe tomy książek. I zajmują.

A ponieważ blogowe teksty żądzą się innymi prawami niż prace naukowe, dlatego pozwalam sobie napisać. CDN… 🙂

34 komentarze

  1. Bardzo przyjemnie się czytało. Mój umysł chłonie Pana wpisy jak gąbka:) w kontekście obecnych wydarzeń na świecie to naprawdę rozjaśnia sporo.

    Teraz przyszła mi do głowy dodatkowa rzecz A właściwie szalona wizja: czy jeśli Rosja zaryzykowałaby inwazję na Estonię lub Łotwę to czy USA mogłoby ukarać Rosję zabierając cały region kaliningradzki? Oczywiście to tylko luźna fantazja. Ale jak sobie wyobrażę taką małą wysepkę USA sąsiadującą z Polską to brzmi dobrze jako gwarant bezpieczeństwa. Chiny w tym czasie przejęły sporą część wschodu Rosji. Okay – przestaję już gdybać.

    Tak na poważnie to moim zdaniem gdyby Rosja zaatakowała Estonię to NATO musiałoby zareagować błyskawicznie. Rosja na pewno starałaby się kłamać w żywe oczy, że nic złego nie robią, tym samym grając na czas.

    Jestem ciekaw czy Trump też czeka i gra na czas z Syrią? Czy to wszystko to puste groźby mające na celu lepszą pozycję do negocjacji? Dziwi mnie, że USA nie zablokowali swoimi wpływami NS2. Być może chcą tego używać jako asa w rękawie A póki co zostawią Rosji nikłą nadzieję?

    Te wszystkie rzeczy piszę jako osoba która nie jest bardzo głęboko w tych tematach więc bardzo możliwe, że są duże luki logiczne w moim myśleniu.

    1. Trochę odpiszę, ponieważ osobiście uważam, że w Estonii mogą zacząć dziać się cuda w trakcie Mistrzostw Świata – podobnie jak podczas Soczi.
      Co do NS2, to na jego blokadę jest jeszcze sporo czasu. Póki co nie ma nawet zgody Danii na przejście rurociągów przez jej terytorium. USA pewnie to wymusi. To opóźni projekt, a to póki co wystarczy.

    2. Wątpię by ew. atak na Estonię czy Łotwę przybrał formę oficjalnej inwazji. Raczej stawiałbym na wojnę hybrydową lub ruchy szachujące (np. rozstawienie w pobliżu jakiegoś uzbrojenia i szantaż).

      W takim kontekście NATO raczej nie pokusiłoby o działania przeciwko Kaliningradowi. Wszystko rozbija się o granicę, gdzie codziennie stawiane jest pytanie: „Czy takie działania to już wojna, czy jeszcze nie i jak na to odpowiedzieć symetrycznie?”.

      Nawet gdyby doszło do inwazji na Ukrainę i na terenie tego państwa wojska NATO starłyby się z armią FR, to i tak obie strony utrzymywałyby, że to były potyczki pomiędzy „separatystami”, a „siłami pokojowymi”. Otwartej wojny zwyczajnie nikt nie chce.

      Nord Stream II – tutaj się nie śpieszy. Najlepszą opcją byłoby, gdyby rura została zbudowana, ale cały projekt by nie wypalił 🙂 Wówczas pieniądze wyrzucone w błoto byłyby znacznie większą stratą niż tylko zablokowanie inwestycji.

      pozdrawiam
      KW

  2. Dziękuję za kolejny świetny tekst. Z niecierpliwością czekam na kolejne wpisy na blogu.

    Mam nadzieję ze autor pokusi się o dalej idące analizy, np. Japonia, która ostatnio coraz bardziej się mobilizuje i oddala od swojego suwerena – USA. Myślę ze może sprawić spore kłopoty Chinom i być może nawet USA w starciu tych dwóch mocarstw. Tak samo ciekawi mnie sytuacja Izraela i Iranu oraz ostatnia wypowiedź prezydenta Francji Macron, o udziale w ataku na Syrię. Czy po Libii dalej marzy się Francji powrót do hegemonii na morzu śródziemnym i czy ich potencjał jest do tego wystarczający?

    Pozdrawiam,
    Ramius

    Ps. Powinno być: friend or foe a nie friend ore foe 😉

    1. Dziękuję za czujność. Literówka poprawiona.:)

      Co do Japonii, pomimo olbrzymiego potencjału, politycznie grają w drugiej lidze. I chyba póki USA nie spadnie ze schodów (krach finansowy), to Japończycy nie będą się liczyli politycznie jako niezależny podmiot. Japończycy zostaną zwolnieni ze smyczy w odpowiednim momencie. I się do tego zaczynają szykować (vide powołanie swojej piechoty morskiej, zmiana regulacji prawnych w zakresie używania sił zbrojnych, planowane modyfikacje okrętów i zakup f35 z myślą o stworzeniu floty „lotniskowców”).

      Wydaje mi się, że są szykowani do konfrontacji z Chinami, które w zamierzeniu Amerykanów powinny ulec procesowi dezintegracji. Nie jestem jednak przekonany, czy rzeczywiście tak będzie.

      Nie mam pojęcia co chciał zyskać Macron angażując się w Syrii. Z pewnością jednak nie chodzi o odbudowę hegemonii na MŚ. Już po „Arabskiej Wiośnie” było widać, że to mrzonki.

      pozdrawiam
      KW

  3. Jak zwykle bardzo ciekawie się czytało. Od razu zatem kilka kwestii:
    1. Dlaczego wobec tego wszystkiego Rosja nie dąży do chaosu na BW, co odcięłoby Chiny od surowców? Chce uzależnić ich transport/wydobycie od siebie, żeby mieć jeszcze większe przełożenie?
    2. Co do przejmowania Syberii przez Chiny – każdy o tym pisze, każdy o tym mówi, ale żadnych rzetelnych źródeł znaleźć na ten temat nie mogę. Oczywiście, wiadomo, że Chiny mogą to zrobić, ale czy robią?
    3. Jeśli zaś chodzi o Ukraińców, to owszem ci z Zachodu nie będą chętni do pomagania Rosji, ale tych ze Wschodu też przyjechało sporo.

    1. Ad.1.
      W moim przekonaniu Rosja nie musi nic robić. Amerykanie sami dbają „atrakcje” Bliskiego Wschodu.

      Ad.2.
      Chcę zrobić o Syberii osobny wpis. Niemniej o źródła ciężko, bo Rosja się nie lubi chwalić własnymi porażkami,a Chiny nie zwykły dzielić się ze światem swoimi przyszłymi planami… A że i tu i tu „demokracja” jest dość ograniczona, to nikt pary z ust nie puszcza.

      Ad. 3.
      Przyjechało sporo, ale są tutaj po pracę. Jak zaczną protestować, to zawsze możemy cofnąć zezwolenia na prace i ich grzecznie odstawić do domu. Wydaje mi się, że na dzień dzisiejszy nie stanowią oni zagrożenia.

      pozdrawiam
      KW

  4. Jest to mój pierwszy wpis, więc proszę większych od siebie o odrobinę wyrozumiałości. Wszelkie uwagi z chęcią przeczytam! No to jedziemy:
    Lato lub jesień. Turcja w końcu ma dosyć czekania i chce odzyskać to co swoje. Ma być pax Ottomana. Okazja dobra – wszyscy na górze się siłują. Atakuje Grecję. NATO oczywiście nie robi nic, USA niby naciskają, ale po cichu przyglądają się z boku i nawet nieco Turków po plecach klepią. I nagle Rosja uderza w Turcję. Niespodziewanie niszczy 2-gą armię NATO, i prze dalej na południe realizując skutecznie scenariusz z 0-wej wojny światowej – wojen krymskich. Czy „pozostałe” NATO [czytaj USA] zniesię tę obelgę? Oczywiście że nie. Nastaje konfrontacja globalna – świat atlantycki – Rosja. Każdy przegrywa i leje się morze krwi. Chaos wojenny powoduje masowe wymieranie ludzi zależnych od leków – pozbywamy się balastu budżetowego. Każdy centralny bankier wygrywa. W zawierusze Chiny robią swój porządek – wchodzą militarnie na bliski wschód, wchodzą administracyjnie na Syberię zostawiąjąc ochłapy Japonii. Dopiero na Uralu zatrzymuje ich strach innych przed całkowitą dominacją. Na koniec przy stole siedzą właśnie Chińczycy i mówią każdemu co robić.

    1. W jaki sposób Rosja ma uderzyć na Turcję i to jeszcze niespodziewanie? Oba państwa nawet z sobą nie sąsiadują, do operacji desantowej na większą skalę Rosja nie ma środków, pozostaje droga lądowa przez Kaukaz. Przy czym Kaukaz to góry i jednak po drodze jest Gruzja, niewielka, bo niewielka, ale zawsze. Rosyjska agresja wobec Gruzji na pewno sprawiłaby, że Turcy byliby uważni.

      Nie widzę też sensu w uderzeniu atomowym. Ba, szerzej – w ogóle nie widzę sensu w takiej wojnie. Po co Rosji atakować Turcję? Żeby przeć dalej, na Bliski Wschód? Rosja nie ma sił, na utrzymanie tych terenów, na dodatek odmiennych kulturowo, już dużo łatwiej byłoby jej ekspandować we wschodniej Ukrainie, Białorusi, czy w państwach bałtyckich. Po co Rosja miałaby wchodzić do wojny na tak wczesnym etapie i atakować państwo, które jej obecnie nie zagraża? Może ogólnie Turcja i Rosja mają jakieś sprzeczne interesy w rejonie Kaukazu, czy Morza Czarnego, ale dla żadnego z nich nie są to priorytety.

      1. Po co Rosji atakować Turcję?

        by ewentualnie rozbić 2-gą armię NATO [formalnie dalej przecież jest], by pokazać że sojusz i tak nic nie zrobi w tej kwestii. Ewentualnie by stać się 3-cim Rzymem de facto. Choć sam przyznam że argumenty te są na siłę i Kolega Mat ma tutaj pewną rację.

    2. Ten balast to ciekawa rzecz… NIe zdziwilbym sie gdyby rzadzacy naprawde chcieli sie pozbyc emerytow.

      Daje to nam niejako ciekawe spojrzenie czy warto wogule byc patriota – moze lepiej o wlasna dupe sie martwic, jak dlugo nie bedziemy traktowani jak niewolnicy to co nas tak naprawde obchodzi kto nami rzadzi?

      To ze np. Czarnecki albo jakis inny polityk z Polski moze swoja rodzinke ustawiac powinno nam byc obojetne ^^. Co za roznica czy Szmit czy Czarnecki to robi…

      1. Dodatkowo – wyobrazmy sobie ze udalo by sie pozbyc ze spoleczenstwa osoby chore, niedolezne, stare – jednym brutalnym slowem balast. Wiele problemow by zniknelo… Wchodzimy tutaj na niebezpieczne terytorium… Pawel jestes ludzka bestia troche… Ale kto wie czy ktos z rzadzacych nie mysli podobnie…

    3. W tym scenariuszu żaden bankier nie wygrywa, no może ten, który zainwestował w mocny i dobrze zaopatrzony bunkier przeciwatomowy.

  5. Swój obszerny komentarz do artykułu zamieściłem na grupie „Geopolityka i geostrategia” na facebooku. W bardzo wielu miejscach nie zgadzam się z interpretacjami autora. Zapraszam do dyskusji.

    1. Grupa „Geopolityka i geostrategia” to grupa lewacka gdzie admini wywalaja ludzi za pisanie własnych pogladów ,które nie sa zgodne z tymi obowiazujacymi. W sumie szkoda że merytoryczna grupa zeszła aż tak bardzo na psy.

  6. Kolejny bardzo dobry artykuł. Na miejscu Moskwy parlbym do konfliktu US vs Chiny aby oba się wykrwawiły. W takim scenariuszu Wygrany będzie łatwym celem. Nawet gdyby to były US nie mieliby sił by dalej ciągnąć konflikt. Czyż to nie idealny scenariusz dla Rosji i Niemiec. Wykrwawiony hegemon za słaby aby utrzymać dominacje w Europie?

    1. Rosji obecna sytuacja odpowiada. Gdyby doszło do wojny USA-Chiny to gdyby Pekin wygrał mógłby po jakimś czasie zabrać się za Rosję. Jeśli wygrałby Waszyngton to wprowadziłby w CHRL swoją demokrację wraz w wpływami i bazami. Następnym celem USA byłaby Rosja.

  7. Dziękuję za wysiłek ale… nie do końca zrozumiałem końcówki tekstu. Co Rosji da otwarta konfrontacja z NATO? Z jednej strony jest to istotnie jakieś zakotwiczenie USA w Europie, z drugiej od pewnego czasu mamy w tej instytucji do czynienia z pewną rozlazłością, przez co to zakotwiczenie staje się iluzoryczne. Taki atak doprowadziłby raczej do zwarcia szeregów, a wówczas korzyści Rosji stałyby się iluzoryczne.

    1. Nie pisałem o otwartej konfrontacji. Raczej o konflikcie hybrydowym/pseudo wojny domowej. Lub choćby zwykłym zagrożeniu i wywieraniu presji lub szantażowaniu.
      Kraje Bałtyckie są niezwykle trudne do obrony, jeśli NATO nie potrafiłoby uchronić swojego członka przed działaniami hybrydowymi, wówczas oznaczałoby to olbrzymią utratę prestiżu.
      pozdrawiam
      KW

    2. Otwarta konfrontacja z NATO to samobójstwo dla Rosji. Fakt zagranie vabanque w pribałtyce były by ciosem USA w splot społeczny, bo nadwyrężyłoby ich obraz jako gwarantów bezpieczeństwa na całym świecie. Dlatego byłoby samobójcze bo USA musiałby odpowiedzieć zbrojnie. Sanakcje by nie wystarczyły, a te były by mordercze i poważniejsze niż te, których zaznał ZSRR podczas zimnej wojny. Poza tym atak na państwa bałtyckie to tez atak na Euro, więc nie byłoby deali z Niemcami . Cały zachód stawiłby się karnie za USA do odparcia rosyjskiej agresji. I modląc się o to by Rosji zabrakło rakiet, gdy ta przejdzie do słania nuklearnych pozdrowień swoim adwersarzom.

  8. Ten atak niewiele dal – paradoksalnie nawet nie pomogl Izraelowi za bardzo… To po co byl?
    1. Obie strony prubuja sprawdzic swoje uzbrojenie (nie zabijajac przy tym za duzo cywilow)
    2. Amerykanie chcieli sie pozbyc nadwyzki rakiet – taki maly bodziec dla gospodarki – dodatkowo wiele krajow zacznie kupowac bron (no bo jest wojna i ogolnie) – moze od Ruskich i od Jankesow

    Wojna w Syrii jest troche na reke Rosjanom, maja pretekst do zwiekszania swojej obecnosci, byc przy stole (przynajmniej w tym regionie).

    Co do terytorium Syrii, nie dalo by sie tego ominac? Dajmy na to Rura konczy sie w Izraelu i potem statki do Turcjii dostarczaja. Wiadomo, rura tansza, ale chyba ze statkami wykonalne? Turcja i Izrael mogly by sie dodadac a Rosja stracila by na dywersyfikacjii.

    @Kto wykonal atak chemiczny ?

    1. Mossad/ (z CIA – bez CIA chyba by sie nie odwazyli?)
    2. Rosja (przedluzenie konfliktu jest im na reke).
    Sklanialem sie do 1, ale Izrael za duzo nie zyskal po ataku – chyba ze mieli nadzieje na wiecej a potoczylo sie jak zwykle.

  9. A w jaki sposób Rosja ma zostać pokonana?
    1. Utrata strefy wpływów (Białoruś, Kazachstan, Syria)?
    2. Wywołanie zapaści gospodarczej (jak głębokiej)?
    3. Rozbiór terytorialny (wspierany separatyzm albo jawna aneksja)?
    4. Wojna domowa i terroryzm (np mobilizowanie muzułmanów do wprowadzania prawa islamskiego)?
    Ile ma trwać pokonanie Rosji? Rok, 10 lat, 100lat?
    Mam wrażenie ze p. 1 i 2 są realizowane ale aby pokonać w ten sposób Rosję to trzeba dużo czasu. Opcja 3 to nie tylko pokonanie Rosji lecz przede wszystkim budowanie potęgi Chin (odłączona od Moskwy Syberia sama wpadłaby w chińską strefę wpływów).
    Wydaje mi się, ze dla USA długa walka z Rosją i tym samym odkładanie wojny z Chinami jest niekorzystne – im później będzie wojna USA-Chiny tym więcej szans w niej będą miały Chiny. Rosja potrafi (narazie?) trzymać pod butem islam i ciężko będzie wykorzystać ten wektor ataku do pokonania Rosji. Ciężko tez wyobrazić mi sobie pokonanie Rosji bez uszczuplenia jej terytorium.
    Z tego wychodzi mi, że:
    W każdym wariancie na pokonaniu Rosji traci nie tylko Rosja ale i USA. Wydaje mi się, że USA griluje Rosję aby ta się grzecznie przyłączyła do walki z Chinami. I prędzej niż później będziemy mieli znowu pivot na pacyfik i kolejny reset.

    1. W mojej ocenie nic nie jest przesądzone. Tzn. Amerykanie wciąż pozostawiają Kremlowi uchylone okno. Tyle tylko, że Moskwa jest w sytuacji ofiary, której podpalono mieszkanie. Znajdujące się na 8 piętrze. Skok przez to okno i zawierzenie Waszyngtonowi, że ten złapie Rosję na dole, to duża naiwność i pewne samobójstwo. Wobec tego Rosjanie chwycili za gaśnicę i walczą z żywiołem.

      Z perspektywy USA, ponowny reset byłby zapewne wielce pożądany. Z perspektywy Moskwy, niekoniecznie (a przynajmniej nie za cenę zgody na walkę z jeszcze większym pożarem całego miasta – Chinami).

      I w takim zakleszczeniu dyplomatycznym, Amerykanie najprawdopodobniej zdecydowali się dolać oliwy do ognia w mieszkaniu Rosjan. Że tak to obrazowo ujmę…
      Porażka Rosji może oznaczać załamanie gospodarcze, polityczne, rozpad strefy wpływów. To sprawi, że Rosja będzie bardzo podatna na rozpad (czy to z uwagi na czynniki wew. czy zewnętrzne). Eliminacja tego gracza może nie jest optymalnym rozwiązaniem ani dla USA ani Chin, ale też nie oznacza porażki. I może w przyszłości dać określone profity obu stronom (o tym zamierzam napisać jeden z kolejnych art.).
      pozdrawiam
      KW

      1. > (o resecie) Z perspektywy Moskwy, niekoniecznie (a przynajmniej nie za cenę zgody na walkę z jeszcze większym pożarem całego miasta – Chinami).

        To znaczy? Przecież teraz Rosja powoli traci swój daleki wschód na rzecz Chin. Co Rosja miałby stracić na amerykańskiej wojnie z Chinami?

        > Porażka Rosji może oznaczać załamanie gospodarcze, polityczne, rozpad strefy wpływów.

        A czy Rosję da się szybko zniszczyć gospodarczo? Mam wrażenie, że to jest taktyka, która wymaga 100 lat a tyle czasu na czekanie na wojnę z Chinami USA nie ma.
        Czy rozpad strefy wpływów (który w jakimś stopniu już sie dokonał) to pokonanie Rosji?
        Wydaje mi się, że Rosję można gospodarczo pokonywać przez 100 lat, bez gwarancji sukcesu. A jedyny trwały i szybko sposób to doprowadzenie do rozpadu, którego głownym beneficjentem będą Chiny.

        > (o Rosji) Eliminacja tego gracza może nie jest optymalnym rozwiązaniem ani dla USA ani Chin, ale też nie oznacza porażki. I może w przyszłości dać określone profity obu stronom (o tym zamierzam napisać jeden z kolejnych art.).

        O, jestem ciekaw jak może USA skorzystać na rozpadzie Rosji, bo ja nie widzę opcji w której USA (per saldo) są na plus.

        Powtórzę swoje pytanie:
        1. Jak ma wyglądać pokonanie Rosji? Prosiłbym o jakieś mierzalne wskaźniki. Utrata Białorusi, Krymu i Kazachstanu? Spadek PKB do jakiegoś poziomu? Co jest siłą Rosji? Jeśli surowce i położenie (np szlak pólnocny) i broń atomowa to zapaść gospodarcza tego nie zmieni.
        2. Ile czasu ma trwać pokonanie Rosji? W jakiej skali czasowej USA musi doprowadzić Rosję do stanu „pokonana”?

        1. Miarę porażki można określić po traktacie pokojowym. Granicę pomiędzy porażką, a „nie porażką” wyznacza sama Rosja. Jeśli się podda politycznie na warunki Waszyngtonu, oznaczać to będzie, że przegrała. Jeśli zrobi to po utracie Białorusi, to miarą też porażki będzie utrata Białorusi. Jeśli wystarczą sankcję, to okaże się, że Rosja była tak słaba, że to narzędzie wystarczyło.

          Upadek nastąpi wówczas, gdy Rosja przekalkuluje swoją odporność na naciski USA i po ewentualnej porażce zewnętrznej, zacznie się wewnętrzna walka o władzę i być może niezależność regionów. Upadek Rosji też może wyglądać różnie i będzie go łatwiej ocenić w przyszłości będąc historykiem.

          Ile czasu ma trwać pokonanie Rosji? W mojej ocenie może to przyjść bardzo szybko (choć nie musi). Proszę pamiętać, że o wiele potężniejsze ZSRR nie przetrwało tych 100 lat które Pan wskazał.

          Na „pokonaniu” Moskwy, Waszyngton może ugrać jedną rzecz. Silna Rosja, to obecnie silny partner dla Pekinu i mocne połączenie osi Berlin-Moskwa-Pekin. Upadek Rosji, to zerwanie możliwości zbudowania takiego anty-amerykańskiego bloku. Zyskiem dla Stanów Zjednoczonych w tym przypadku będą utracone korzyści Chin.

          pozdrawiam
          KW

          1. Widzę, że inne rzeczy mieliśmy na mysli pisząc o porażce Rosji. Przez porażkę rozumiałem sytuacje, w której Rosja jest tak słaba, że przestaje się liczyć w globalne geopolityce – nie jest zdolna do wpływania na rozgrywki USA-Chiny. Rozumiem, że Pan takiej mozliwości nie bierze poważnie pod uwagę a porażka to przyłączenie się do USA w walce z Chinamy. Czy dobrze zrozumiałem?
            Może ostatnie ruchy USA (odpuszczenie Syrii, ustawa 447, izraelski atak na Polskę, wojna celna z Chinami, wzrost cen ropy) wskazują, że reset z Rosją jest prawie gotowy?

          2. Ja zwyczajnie biorę pod uwagę cały wachlarz opcji. Taką, w której Rosja nawet się rozpada na mniejsze republiki również. Im dłużej trwa konflikt USA vs Rosja (co świadczy o nieugiętości Kremla, który wciąż chce samodzielnie balansować), tym bardziej możliwy jest scenariusz porażki Rosji w wersji o której Pan właśnie napisał. I tym mniejsze są szanse na reset.
            W mojej zupełnie subiektywnej ocenie – Rosji grozi jeszcze gorszy scenariusz (właśnie rozpad). Wątpię, by Putin zgodził się na podporządkowanie polityki interesom USA i zaczął walkę z Chinami. Pisałem o tym w artykule.

            Ruchy USA, na które Pan wskazał, ja nie widzę między nimi związku. Tzn. sprawa ustawy 447 to kwestia bardziej polityczna (wynikająca z relacji z Izraelem) niż geopolityczna. A kwestie pozostałe raczej nie są przygotowaniem do resetu z Rosją, a do odwrócenia Chin.
            pozdrawiam
            KW

    2. Proszę sobie popatrzeć na rozpad ZSSR i tak właśnie wyglądałaby kara cywilizacyjna degradacja i przypełznięcie do zachodu na kolanach.

  10. jest bardziej powiązany z chińskim Harbin czy nawet Pekinem, niż z Moskwą (do której jest zresztą znacznie dalej)….godpdaczo bardzo mocno z Japonia vide prawe kierownice

    Chiny nie zasiedlaja Syberii ani niema inwazji zwykle zatrudnaija sowich ludzi i infratrukture by obslugiwac surowce mineralne z Rosji, polityka bezpieczenstwa Chin jest oparta na prawie pelnym zatrudnieniu proletariatu, inaczej grozi tam rewolucjia, grozi codziennie

  11. Ciekawe analizy. Nie obejmują tylko jednej kwestii. Prezydentem USA został, delikatnie mówiąc, kandydat wspierany przez Kreml. Żeby nie powiedzieć ruski agent, jak go wielu jego rodaków nazywa wprost.

    1. A czy ma znaczenie kto jest POTUS’em? Te „wspierania” to była zwykła ściema dla publiki by się naoglądała igrzysk, podobnie jak ze Skrypalami i czy ostatnim atakiem chemicznym chlorem z płytek PCV w Syrii. Nie ma znaczenia jeden, co siedzi na stołku. Są ludzie za jego plecami. Putin sam o tym dobrze wie i co więcej, o tym mówił nie raz wprost.

Dodaj komentarz