Amerykanie uczą się grać w Go… Rzucając kamyczkami – czyli o co może chodzić z interwencją w Somalii – [komentarz]

W dniu wczorajszym (tj. 20 listopada 17’) rozeszła się wieść o tym, że w targanej niepokojami wewnętrznymi Somalii, liczba dzielnych amerykańskich obrońców demokracji podwoiła się na przestrzeni roku. Wprawdzie oficjele nie podali szczegółowych informacji, jak to się stało, ale faktem jest, że amerykańscy podatnicy utrzymują już pół tysiąca personelu w w/w afrykańskim kraju. Jednak, kto bogatemu zabroni?

Najwyraźniej demokracja w Somalii ma się coraz gorzej, na co może mieć wpływ bliskość nowej komunistycznej bazy wojskowej zbudowanej w przygranicznym Dżibuti, której właścicielem jest dumna Chińska Republika Ludowa.

Inną przyczyną zagrożenia demokracji w Somalii, mogą być złoża bogate w ropę naftową. Jak powszechnie wiadomo z historii, występowanie tegoż surowca znacznie zaburza procesy społeczne i sprzyja wszelkiego rodzaju złym, niedemokratycznym dyktatorom*. Z tych przyczyn Stany Zjednoczone Ameryki były zmuszone do „pomocy” m.in. Wenezueli, ale i wielokrotnie interweniowały również na Bliskim Wschodzie. Dziś USA walczy m.in. z komunistyczną Koreą Północną, terrorystami w Iraku i Syrii i cenami ropy sprzedawanej przez Rosję.

Zakażenie chorobą ropną i zaraza komunizmu znów zaczynają ogarniać świat. Przyczynia się do tego m.in. tak zwana epidemia terroryzmu. 

I tu należy postawić pytanie, w jaki sposób Amerykanie zamierzają walczyć z takim stanem globalnego organizmu?

Otóż całkiem niedawno amerykańskie dowództwo doszło do wniosku (Koncepcja wojny powietrzno-morskiej na Zachodnim Pacyfiku), że armia USA może nie być już wstanie zagrozić militarnie terytorium Chińskiemu. Od tego momentu można było zauważyć powolną zmianę w retoryce amerykańskich oficjeli. W tej chwili USA przekonuje świat, że Stany Zjednoczone wcale nie muszą dominować Chin, by utrzymać swoją pozycję światowego lidera. Jest to bardzo sprytne przerzucenie ciężaru dowodu na drugą stronę. USA stwierdzają, że są światowym hegemonem, a jeśli Chiny uważają, że to one mogą się takim stać – to niech to udowodnią. W jaki sposób? I tu, Washington rzuca Pekinowi niemal niemożliwe do spełnienia na dzień dzisiejszy wyzwanie: „Jeśli Chiny są tak potężne, niech same dbają o bezpieczeństwo szlaków handlowych dzięki którym funkcjonuje ich gospodarka, lub choćby niech zdominują własny region” ( co jest piekielnie trudne, o czym pisałem tutaj).

Taki zwrot w polityce zagranicznej, wydaje się być całkowicie słuszny z perspektywy interesów USA. Zgodnie z tą koncepcją, Amerykanie nie muszą wcale naciskać na region Zachodniego Pacyfiku. Wystarczy, że będą neutralizować Chińskie wysiłki podejmowane w celu zabezpieczenia szlaków morskich i lądowych do Europy. Proces tej neutralizacji obserwujemy od kilku lat. Jeśli spojrzymy na mapę w odpowiedniej skali, to zauważymy, że Amerykanie podpalają kolejne regiony,  przez które ma przebiegać lądowy Szlak Jedwabny, a także używają wpływów do zakłócenia handlu drogą morską.

I tak, jeśli chodzi o Jedwabny Szlak – wojna trwa na Ukrainie, w Syrii, Iraku, Afganistanie. Izolowane są Rosja i Iran.

W przypadku szlaku morskiego przez Cieśninę Malakka i Kanał Sueski , USA zdestabilizowało i zdominowało politycznie Egipt, z pomocą Saudów wywołało wojnę domową w Jemenie, posiada sojusz z Arabią Saudyjską (co łącznie pozwala kontrolować całe Morze Czerwone). Ponadto Trump odbudował sojusz z Filipinami, a wcześnie Obama przekonał do pozostania w partnerstwie Australijczyków.

 

Na te dość bezpośrednie i brutalne działania, Chińczycy wciąż reagują asymetrycznie. Nie posiadając wystarczających soft power , wpływów politycznych i zdolności militarnych, Chińska Republika Ludowa postanowiła zagrać w Go, wykorzystując aktualny okres wzrostu gospodarczego do podjęcia równoległe kilku inwestycji na raz (o czym pisałem tutaj). Podczas, gdy Amerykanie wykorzystują siłę dział i słów polityków, Chińczycy wydają miliardy USD na projekty infrastrukturalne (drogi, linie kolejowe, porty, rurociągi). Jednym z takich projektów było zbudowanie bazy wojskowej w Dżibuti. Niemal tuż pod nosem Amerykanów, którzy również posiadają tam bazę wojskową. Skąd to zainteresowanie obu graczy? Ponieważ jest to doskonałe miejsce by kontrolować Cieśninę Bab al-Mandab łączącą Morze Czerwone i Zatokę Adeńską. Inwestycja Chin miała być kolejnym kamyczkiem na planszy szeroko zakrojonego planu ustawienia i zabezpieczenia potężnej sieci logistycznej łączącej Chiny z Europą.

Tak wygląda wąskie gardło cieśniny, wokół której trwa wojenna zawierucha:

 

Oczywiście Władze USA dostrzegły tego rodzaju ruchy i… Postanowiły również zagrać w najstarszą chińską (a może i światową) grę strategiczną Go. Tyle tylko, że zamiast delikatnego stawiania kamyków, Amerykanie wybrali mniej wysublimowaną formę „ruchu”. Zwyczajnie zaczęli rzucać własnymi kamieniami w te, ustawione wcześniej na planszy przez Komunistyczną Partię Chin.

Tego typu zagraniem może okazać się również wprowadzanie sił do Somalii. Oczywiście tego rodzaju „pomoc” z pewnością nie jest udzielana z dobroci serca. Może ona stać się wstępem do uzyskiwania przez USA konkretnych wpływów.  Np. w niedalekiej przyszłości rząd Somalii może odwdzięczyć się Stanom Zjednoczonym za pomoc i zezwoli na zbudowanie na swoim terytorium amerykańskiej bazy eksterytorialnej z lotniskiem (na kształt Kosowa).  Lotniskiem, które miałoby w swoim zasięgu właśnie chińską np. bazę w Dżibuti, a jednocześnie byłoby poza zasięgiem operacyjnym Chińczyków… Innym politycznym celem Waszyngtonu może być chęć rozlania trwającego wewnątrz Somalii konfliktu na Dżibuti (Somalia posiada żądania terytorialne względem tego małego państewka). Wówczas dzięki ewentualnemu przewrotowi w tym małym, obwarowanym bazami państewku, nowy rząd być może zgodziłby się pozbyć Chińczyków.

Tym samym, USA może wprowadzić do rozgrywki nieco europejskiej sztuki wojennej. Zamiast okrążania pionków przeciwnika, będzie im bezpośrednio zagrażać.

Oczywiście to wszystko nie jest sprzeczne z możliwości upieczenia dwóch pieczeni na jednym ogniu. W końcu, kto nie chciałby zyskać kontroli nad złożami somalijskiej ropy?

 

Wojna domowa w Somali

Somalia uznawana jest za państwo upadłe, ponieważ od kilkudziesięciu lat kraina ta jest pogrążona w niemal nieustannych wojnach (z krótkimi przerwami). Po przegranym konflikcie z Etiopią w latach 70-tych, niezadowolenie w mocno podzielonym na klany społeczeństwie narastało. W końcu w 1991 roku Somalijczycy obalili panującego od 1969 roku dyktatora – Siada Barre. Od tego momentu w Somalii trwa wojna domowa, którą przeplatają interwencje z zewnątrz. W latach 1992 – 1995 do Somalii wysłano siły ONZ, jednak krwawe walki, wysokie koszty interwencji, a także porażki militarne sprawiły, że niebieskie hełmy opuściły Somalię, pozostawiając za sobą anarchię.

Krwawe walki wygasili dopiero w 2006 roku islamiści, którzy zdobyli kontrolę nad stolicą i połową kraju. Unia Trybunałów Islamskich zaprowadziła względny porządek i zlikwidowała przestępczość, wprowadzając drakońskie prawa wzorowane na tych, wprowadzonych przez Talibów w Afganistanie.

Jak tylko sytuacja w kraju uspokoiła się, islamiści z UTI wypowiedzieli świętą wojnę przeciwko chrześcijańskiej Etiopii. To wywołało zbrojną interwencję tego państwa, którego wojska wkroczyły do Somalii w celu usunięcia od władzy islamistów i wsparcia sił rządowych. Interwencja nie odniosła większych skutków i trwała do 2009 roku.

Wycofanie się wojsk Etiopskich, ponownie skłoniło skłócone ze sobą somalijskie frakcje do wznowienia walk wewnątrz państwa. Taki stan trwa do dziś.

Całkiem sporo informacji można przeczytać na polskiej wikipedii.

Ponadto dodać należy, iż Somalia posiada roszczenia terytorialne względem wszystkich swoich sąsiadów: Dżibuti, Etiopii i Kenii, co sprawia, że nikomu nie zależy na tym, by konflikt wewnętrzny wygasł.

Tak wygląda sytuacja obecnie:

Temu upadłemu państwo pomoc wielokrotnie oferowały USA, czy Wielka Brytania (zwłaszcza, gdy okazało się, że terytorium Somalii jest bogate w złoża ropy naftowej). Do dziś jednak, nie widać nadziei na zakończenie konfliktu, nawet pomimo tego, że somalijscy piraci zasłynęli z licznych uprowadzeń statków towarowych przepływających niedaleko wybrzeży Somalii.

 

*Ktoś może się przyczepić do podkreślonego określenia i spytać, czy dyktatorzy mogą być demokratyczni? Otóż tak. Wg niektórych środowisk, doskonałym przykładem demokratycznego dyktatora jest Prezes Kaczyński. Dyktatorzy mogą być również „dobrzy”.  Np. prezydent Recep Erdogan czy król Arabii Saudyjskiej – Salman ibn Abd al-Aziz Al Su’ud (z takim nazwiskiem musi być dobry). Pan Jarosław Kaczyński ma natomiast szansę połączyć przyjemne z pożytecznym i zostać nawet dobrym, demokratycznym dyktatorem (wystarczy consensus, w którym opozycja zgodzi się na dwa pierwsze określenia, a obóz rządzący na ten ostatni). Przy takich przymiotnikach, już chyba nikt nie będzie próbował podważać wielkości Prezesa 🙂

 

Krzysztof Wojczal

geopolityka, polityka, gospodarka, prawo, podatki – blog

 

Dodaj komentarz